Ciężar myślenia

“Gdyby tylko ktoś pomyślał, wystarczyło pomyśleć” – bardzo częste roszczenie wobec świata wysuwane przez niezadowolonych z rezultatu działań. Gdzieś tam w oczekiwaniu że coś się samo wymyśli, albo że na kogoś spadnie z nieba obowiązek rozwiązywania przyszłych konsekwencji i ktoś bez umówionego ekwiwalentu dołoży mocy korelacyjnej, a następnie odpali efektor na swój koszt. Takie uroszczenie że powinno być inaczej, a jest jak zawsze.

Tekst świąteczny, długi tak jak życzyli sobie Czytelnicy, żeby cegła weszła w jednym kawałku. Nie polecam na jedno posiedzenie. Bo to miało być w 105 odcinkach^^ Cegła, na razie jeszcze zawierająca różne krzaczki redakcyjne, ale one poznikają – nie chcę po prostu w Święta niepokoić naszego bohaterskiego korektora i równie zaangażowanej administracji, ale będą ulepszać ten tekst w miarę posiadanego czasu dodając linki do spisu treści. Mam nadzieję że tutaj znajdzie się spis treści (i jakieś nazwy rozdziałów jakie dodaje bohaterski korektor) i wszystko będzie podlinkowane.

Przemysł… to nasycone szeleszczącymi zgłoskami słowo jest stare jak nieistniejące już bory wokół Kruszwicy. I nie ma wątpliwości że różni się od określeń tego samego w innych językach, co sugeruje że coś takiego było na tych terenach gdy Vikingowie kreślili mapy, na których wysunięte na zachód Slave oddzielały od Franków zapisane cienka czcionką w pionie ludy zajmujące dzisiejszy Hamburg i okolice górzyste na południu jeszcze nieświadome że w przyszłości będą walczyć o Stalingrad. Przemysł – jakaś działalność człowieka, która na tyle różni się od każdej innej czymś na tyle szczególnym że wypadało przydać jej nazwę własną przynajmniej kilkanaście wieków temu. Sama nazwa sugeruje pewną specyficzną czynność, która wielu boli. Że tam coś jest przemyślane. Że ktoś to wymyślił, wykonał i działa i zasługuje to na wyróżnienie nazwą. Czyli działalność przemysłowa tym różni się od każdej innej iż jest tam niezwykły nakład mocy korelacyjnej – że tam trzeba niebywale dużo i skutecznie myśleć. Że tam czai się fortel i przytomność.

Poruszę w tekście te niezwykle istotne kwestie skąd się moc korelacyjna bierze, dlaczego jest droga i niewykorzystywana mimo że “wystarczy chcieć, a im się nie chce” i dlaczego to przytomne że jednak nie jest wykorzystywana i że to przemyślane. Istotny będzie ogólnie podjęty temat następujących po sobie $ds’ów oraz ich wynikanie z wielkiego mnóstwa wszelakiego bogactwa, w tym organizacji społecznej, hierarchii, maszyn, dostępności przestrzeni, demografii. Zwrócę uwagę (znowu!) na Włochy i Japonię tym razem w kontekście ich organizacji produkcji przemysłowej, a w szczególności systemu wymiany i rozrachunku. Porównam to z innymi systemami o innym bogactwie niż struktura społeczna i skuteczne “dogadanie się”. Wszystko jednak będę odnosił do kontekstu obecnego jaki dotyczy czytelników mających biznes, tych którzy by chcieli mieć biznes, i tych których uwiera to że nie mają i jeszcze nie wiedzą czy to dla nich. Bo sami rozumiecie – nawet w fabryce śrubek o dwunastej jest przerwa i gdzieś tam musi obok fabryki i czy nawet w fabryce być jakaś stołówka, kantyna czy buda z kebabem, bo tych wszystkich ludzi trzeba nakarmić i to też jest biznes. Wielkie mnóstwo śrubek wymaga aby był kebab, a wielkie mnóstwo wieprzowiny wskazuje z czego go wyprodukować^^.

W branży pełnym wypasem jest posiadanie systemu iHAS Fortis stworzonego przez Lockheeda.

https://www.robrady.com/fortis
https://www.extremetech.com/extreme/191959-the-fortis-exoskeleton-let-you-lift-heavy-tools-indefinitely-and-its-unpowered

23k USD to nie jest jakaś wielka kasa za zabawkę, ale podatki… sami rozumiecie – biurwa szkodzi, bardzo szkodzi gdyż “effectively renders the tool weightless and extends their work periods by a factor of up to 27” a my mamy naprawdę ciężkie narzędzia (ten pozwala operować lekko do osiemnastu kilogramów narzędzia) i egzoszkielety pozwolą nam używać jeszcze cięższych. Przy czym konsekwencją będzie praca aż do śmierci – nie wykręcimy się że już nie dajemy rady dźwigać gratów. Oczywiście siły to dodaje, rozumu i kompetencji wcale, więc co zrobić tym narzędziem i jak żeby wyszło dobrze i żeby sobie krzywdy nie zrobić to urządzenie nie dostarcza. Nie dostarcza mocy korelującej nasze efektory, to tylko wzmacniacz efektora – działa jak klasa średnia, wystarczy skręcić tym pociągiem za ostro z dużą prędkością i nieszczęściom nie będzie końca.
Oczywiście mamy niemobilne substytuty, składamy sobie takie stanowiska pracy gdzie przeciwwagami odciążamy narzędzia, iHAS jest po prostu mobilny i fajniej wygląda. Ciekawe jak będą wyglądać w przyszłości szybkie akcje włamania do kantoru. Obecnie zabezpieczenia mają charakter opóźniający i kanalizujący zagrożenie. Z wyposażeniem technicznym jakie pojawia się w przemyśle jako mobilne czas ten znacząco spadnie, już teraz systemy alarmowe są omijane ciężkim sprzętem budowlanym wjeżdżającym przez betonowe ściany. A alarm całego obiektu nie strzeże, tylko punkty krytyczne, które racjonalnie trzeba przekroczyć by wzbudzić alarm, przechodzenie przez ściany jest jednak coraz częściej uwzględniane i jest drogo, a liczba fałszywych alarmów rośnie. Przynajmniej jednak będzie jak dźwigać magnesówki ze wspomnianą wcześniej B4-32 na miejsce wykonywania otworu.

Aby cokolwiek wyprodukować potrzeba środków kapitałowych w formie materialnej (maszyn, materiałów eksploatacyjnych, materiałów), infrastruktury materialnej (mediów, dróg, mieszkań, hal), infrastruktury organizacyjnej (rynku, sieci dystrybucji, sprzedaży, rozrachunku, systemu transakcyjnego), kompetencji (w postaci ludzi), geografii (dla wymienionych czynników) no i jeszcze fajnie jakby to wszystko było do czegoś potrzebne. A ponieważ wszystko to jest przekształcaniem jednych środków w inne to istotny będzie czas przekształcania, w tym przekształcania kompetencji, jej demografii i potrzeb. Funkcja zdolności do pogłębiania wydobycia, oraz “haraczu” na konsumpcję w czasie jest najistotniejszym rezultatem jaki będzie nas w końcowym rozrachunku interesował opisując nam przy jakiej liczbie młodych egzodynamików system się sam podtrzyma, a przy jakim można rzucić grabki. We wcześniejszych tekstach wyjaśniłem tarcie przy przekształcaniu wymienionych środków kapitałowych, poruszę jeszcze ich wymienianie na pozostałe elementy, z czego wyniknie nam dlaczego tam gdzie właściwie wszystko powinno się robić to “się nie opłaca”, a tam gdzie jest to pozornie bez sensu “taaaka kasa”. Czyli dlaczego biznes cały czas rotuje na prowincję, a atakuje centrum z którego wydobywa populację z kompetencjami.

Najpierw nasze przypadki

Mamy czytelników przemysłowców, z niektórymi utrzymujemy kontakt, inni się nie ujawniają. Zarówno organizatorzy “z telefonem & kapitałem”, jak i organizatorzy ze środkami technicznymi pracują na zlecenie klientów, tylko w jednym przypadku mamy do czynienia z konsumpcją na potrzeby własne wydobycia i przetwórstwa w celu sprzedaży półproduktu. Czyli nasi drodzy przemysłowcy ani nie są konsumentem końcowym, ani nie pracują dla ludności, ani też nie są początkiem łańcucha. Są gdzieś w środku wpięci w sieć powiązań uniżenie oczekując na wezwanie klienta aby dostarczyć mu rozwiązań jakich ten sobie zażyczy. Czyli zachowują się przytomnie jak na wymuszoną gospodarkę “opartą o sługi”. Ja sam też ponad to nie kombinuję – swoboda ruchów jest bardzo droga. Żaden z nas nie wymyśla nowych produktów i rozwiązań przemysłowych aby je wdrażać, nasze działalności są wtórną służbą dla tych co już wymyślili, narysowali i chcieliby aby ktoś to zamienił w rzeczywistość. Najwidoczniej to zamienianie w rzeczywistość jest trudne, drogie i wymaga takiego nakładu mocy korelacyjnej, że nam się ani chce, ani nie odczuwamy potrzeby aby się wysilać, jakoś unowocześniać czy kombinować, zrzeszać, łączyć i dzielić. Niby tam snujemy sobie różne pomysły, czasem nawet coś wydłubiemy, ale zasadniczo jesteśmy w strefie komfortu i spodziewamy się, że opływający nas rynek sam nas w strefy jeszcze bardziej komfortowe poniesie – bo tam właśnie zmierza. Dlatego jest tu tylu czytelników, ponieważ zwietrzyli, że warto przenieść się z branż gdzie trzeba się wysilać bardzo dużo intelektualnie, do takich gdzie można się powysilać mniej, a Hindusa okpić środkiem kapitałowym, którego ten nie będzie miał w takiej ilości jak biały człowiek, co wynika z podzielności środka kapitałowego na liczbę Paka. W ogóle to udajemy że nas nie ma – działa, nie psuj, samo jedzie. Owszem chcielibyśmy lepiej, ale lepiej już było.

Jednak najwięcej czytelników z tych co ujawnili czym się w ogóle zajmują (pomijamy IT) i prowadzą biznes to zajmują się handlem i organizacją – korelowaniem pracy firm wykonawczych. Najwidoczniej nakład mocy korelacyjnej jest w ogóle potrzebny, nawet bardzo, jest to dochodowe (no da się żyć), nie każdy to umie (ale każdy może położyć cash na stole i spróbować czy mu wyjdzie) i do tego trzeba mieć szczęście. Pozostaje zadać pytanie jak sobie radzą gospodarki przemysłowe gdzie nie ma takiej liczby korelujących sprzedawców i organizatorów w stanie wolnym, ani nawet ujarzmionym – dla przykładu będzie Japonia i Włochy. Bo przecież centralni planiści od nowego premiera coś tam w głowach mają, chcieliby czegoś, na Was krzyczą że jesteście nie tacy i już oni Was wychowają. Będziecie innowacyjni, zorganizowani – już premier z prezesem Was zmusi – taką mają nadzieję.

Zmuszanie polega na zastosowaniu przeróżnych środków, rezultatem których jest uzyskanie wyniku działania cudzych efektorów wedle korelacji zmuszającego czyli bez wykorzystania intelektu zmuszanego i bez wykorzystania krótkiej pętli jaka łączy korelator, akumulator, zasilanie i efektory zmuszanego. Rezultatem tego są “procedury”, a ich wykonywanie polega wyłącznie na podejmowaniu takich działań do jakich udało się skutecznie przymuszanego przymuszającemu skłonić i jeszcze skontrolować rezultat. W praktyce wygląda to tak, że polecenia “po otrzymaniu materiału rozpocząć wykonywanie na nim pracy” polegają na niekończącym się oczekiwaniu na materiał, który być może nawet nie został skierowany na dane stanowisko. Czekam na materiał – za godzinę mi płacą. Za rozważanie dlaczego materiału jeszcze nie ma, ile to jest długie oczekiwanie i czy to ma w ogóle sens mi nie płacą, nie mam tego na umowie i nie mam do tego zasilania – za słabo mnie karmią. Niby złośliwe – no ale skoro gospodarka centralnie sterowana to proszę bardzo – oto rezultat. Żaden przytomny mikroprzedsiębiorca by tak nie zrobił, ale ten sam mikroprzedsiębiorcy przymuszony do prolowania na dokładnie tym samym stanowisku w molochu zrobi tak i nawet mu powieka nie drgnie – tak się wszak umówił. Być może przymuszający nie wie na co się umówił i jakie polecenia wydał, ponieważ zakładał że przymuszony z odłączonym korelatorem dalej go będzie za darmochę używał w interesie przymuszanego.
Komisja do sprawy AG obrazuje nam jakie są rezultaty takiej wyuczonej bierności, oczywiście roją sobie niektórzy że trzeba wdrożyć więcej kontroli (i czymś ją zasilać, bo to za darmo nie jest) i ulepszyć procedury, a ludzie jak mogą unikać pracy do której są przymuszani to wtedy jej niby unikać nie będą. Mnie się takie rezultaty bardzo podobają, ponieważ funkcjonuję w państwie, które przestało funkcjonować, owszem jest niebezpiecznie, ale dla mnie w sam raz. Być może mi się przestanie podobać jak będzie gorzej, ale na razie samolot spada i ten stan nieważkości jest całkiem znośny.

Kontekst

Celowość naszych działań i metody organizacyjne, środki kapitałowe kierują nas na pewien zakres rozwiązań, który możemy uznać za wykonalny i racjonalny ekonomicznie. Różni dziwacy próbują nam wcisnąć jakieś inne metody rozrachunku niż ten sprawdzony abstrakcyjny (może nie najlepszy, ale działa – nie psuj) i bredzą coś o odpowiedzialności za społeczeństwo środowisko i jakieś planety, które eksploatujemy, z czego wynika że zostaną wyeksploatowane i porzucone gdy nie będzie tam już nic korzystnego więcej do wydarcia naturze. Optymistycznie zakładamy że ta jest pierwsza. Warunki ramowe dla tekstu są więc takie, że interesuje nas produkcja z materiałów jakie są dostępne i im bardziej są dostępne (jest ich pod ręką wielkie mnóstwo) tym lepiej, ale też łatwiej i można poszastać materiałem zdobywając na nim kompetencje. Produkcja takimi maszynami jakie są dostępne i najlepiej jeśli jest ich wielkie mnóstwo – wtedy żadna strata jak się w toku zdobywania kwalifikacji i przerabiania wielkiego mnóstwa zużyją, a nawet je w ramach zdobywania doświadczenia zniszczymy.Kompetencje powszechniejsze i słabiej skorelowane są tańsze, a te mocno skorelowane pod siwymi włosami rzadsze i droższe. Na koniec odniesiemy się do wolumenu – masowy oczywiście jest celem biznesu, ale na rynku trzeba jeszcze obronić zasilanie do niego, zbyt, wdeptać w ziemię konkurentów – realizacja tego planu nie zawsze jest możliwa. Pozostaje więc wydłubywanie jakiś racjonalnych ilości kitu z okien i gromadzenie kapitału, kompetencji. Albo produkcja niezwykle specjalistyczna w jakiejś wychylonej alokacji na rynku, wychylonej tym że mamy coś mało powszechnego co trudno skopiować, i najczęściej będzie to powiązanie know how jak robić coś mało lub średnioseryjnie przy nikłych stratach, ograniczonych kosztach i z nakładem kompetencji jaki nie występuje powszechnie w naturze co pozwoli nam wyzyskiwać popyt przy niezbyt szerokiej podaży i przełoży się do razu na dobrą proporcję w wymianie na inne wygody jakie oferują pozostali gracze. Na koniec uwzględnimy ryzyka i koszty wyjścia, ponieważ każda śmierć jest pewna, a w przypadku firmy choć godzina jest niepewna to zdarza się iż można uznać, że koń jest nie dość żywy i się go pozbyć.

Stąpajmy po ziemi – w tekście ująłem krok po kroku co zrobić żeby kapitał wytworzyć i zgromadzić, a następnie odrobinę pomnożyć, jakie są przy tym ryzyka, jak to ludzie robią gdzie indziej (i sami doskonale wiemy, że robimy to źle i na większych ryzykach dopłacając – no właśnie, co takiego pokrywa nam ryzyka kiedy nic niby nie mamy?), że posiadamy pamięć zbiorową jak to robili przodkowie i że robili inaczej, i że jeszcze na świecie ludzie tak robią, a co więcej tych ludzi uważamy za niezwykle zamożnych, zorganizowanych i uprzemysłowionych. Oczywiście najfajniej byłoby się urodzić i mieć, ale jakoś tak wyszło że mało kto ma taki luksus aby sobie zaczynać od 60 osobowej firmy po szanownym rodzicieli i pod jego mentorskim okiem rozwijać to do rozmiaru kombinatu. Powstaje też filozoficzne pytane – nie żałujmy sobie trudnych pytań – jak to jest że zwierzęta takie same jak my są gotowe oddać się pod rozkazy jednych, a nie innych, jak to jest że w przeróżny sposób nazywając to wpływami, udziałami, własnością i podległością wyrażają powszechną zgodę na status quo że jeden wilk przewodzi, a wataha słucha i wykonuje? W czym wilk jest jeden lepszy od drugiego aby mu przydać takiej odpowiedzialności i władzy, a inny chce mu czapkować? Jaka jest ta integralna właściwość człowieka co ma, tak żeby inni mu wyzwania nie rzucili, do gardła się nie dobrali i własności, władzy i kapitału statusu quo z flakami nie wyrwali?

Patrz na rynek

Szukaj okazji, ale uruchom neurony lustrzane, dlaczego mimo potencjalnych możliwości budowania trójkąta gospodarki o bardziej pionowym wzniesieniu ku lotniskowcom i niukom (czyli ku sile) te trójkąty gospodarki w jakich żyjemy są jakieś takie płaskie, skierowane ku kaszance i browarowi, mimo że tym samym wysiłkiem po przeniesieniu się w inną strukturę społecznoekonomiczną nasza produktywność z rezultatem finansowym okazuje się zazwyczaj od 5 do 10 razy korzystniejsza?

Możemy oczywiście niegrzecznie założyć że wszyscy nasi przedsiębiorcy są głupi, że trzeba im odebrać środki produkcji i dać politykom – łune polityki to się znają na biznesie jak nikt inny i takie kokosy nam zapewnią jakie obiecują. Ot taki Morawiecki zapatrzył się na jakieś Shenzen (na północ od Honk Kongu) i sobie wymyślił że skoro tam 20mln ludzi potrafi taki klaster zrobić, to i w Polin się uda jakoś głupich rabów przymusić do wydajnego strugania elektroniki. W tym kontekście nasi przedsiębiorcy i my sami to banda durniów oczywiście, gdyż średnia wyników rozumowania w Shenzen jest przesunięta od naszej średniej dokładnie o tyle, że stanowilibyśmy tam przeciętnie osiem i pół procenta najgłupszych. Oznacza to, że tam dysponują lepszą mocą korelacyjną, a do tego młodszą (o naście lat) populacją egzodynamików. Pomińmy już z grzeczności fakt że skoncentrowali tam elitę intelektualną w dziedzinie elektroniki ze sporego kawałka 1/6 populacji planety. Żeby nie wiem komu z puli jaką mamy dostępną wydać wszystkie środki produkcji i władztwo to ta populacja jaka godo po naszemu nie wytworzy uorganizowania z takim poziomem mocy korelacyjnej na twarz jaki jest w klastrach typu Shenzen. Po prostu jesteśmy od tego tam rodzynka na planecie przeciętnie głupsi, mniej zaradni i słabiej zorganizowani. Mamy co prawda w piku ludzi bardziej spostrzegawczych niż najbardziej spostrzegawczy ze skośnookich, ale oni wybierają z 30 razy większej puli, która jest przeciętnie bardziej rozgarnięta i może obsługiwać bardziej obciążone oczekiwaniem wydatku mocy korelacyjnej stanowiska pracy. A do tego od stu lat formalnie dominuje nas ideologia, w której premiowane są niezaradne głąby, a karani ludzie pracowici. No i takie mamy rezultaty po stu latach jakie widać wkoło – zima co roku zaskakuje drogowców.

Skoro tak mamy to co możemy? Ano dokładnie to co robimy. Mebelki, palety, żywność, półprodukty (deski), surowce (miedź), nawozy. Mimo że nasi czytelnicy mają zdolność do produkcji konstrukcji stalowych, a nawet mechaniki maszyn to jednak nie wszczynają z tego powodu produkcji maszyn własnego pomysłu na potrzeby własne czy na sprzedaż. Czekają posłusznie na zamówienie i zasilanie (najczęściej z Reichu) tworząc “gospodarkę opartą o sługi”. Wynika to z tego że nakład na zaprojektowanie, czy nawet skopiowanie już istniejącej maszyny jest na tyle wysoki, a ryzyka i zmienności przy produkcji i sprzedaży urządzenia tak znaczne, iż spodziewany wynik finansowy jest ujemny jeszcze w fazie planów. W rzeczywistości bardzo niewiele jest firm na planecie, które masowo produkują i sprzedają maszyny. Tych co produkują telefony czy up to date procesory to nawet potraficie wymienić z nazwy nikogo nie pomijając. Wdrożyć to my sobie możemy najwyżej nowy model biurka, albo kolor farby. Bo nawet palety musimy robić takie jakie Pan Klient kazał, a nie takie jakie chcemy. To nie my wdrażamy standardy. Mimo że w Polsce jest produkcja narzędzi skrawających (Fenes S.A. będzie dalej w tekście), huty, walcownie, to jednak robimy co kazali, a nie to co sami wymyślimy.
Na ten problem w dużo większym kontraście naprowadzili mnie czytelnicy z Afryki, w szczególności łaskawy czytelnik z Kenii, który odpowiedział na pytania o ceny narzędzi, betoniarek oraz wysokości płotu żeby to wszystko nie poginęło. Wycena mocy korelującej w miejscu gdzie jest ona nie tak powszechna powoduje przecenę nakładu kapitałowego na środki uważane przez nas za dostępne detalicznie na rynku do poziomów dziesięciu dolarów za dolara. To pewna upierdliwość przy prowadzeniu biznesu. Ale i u mnie wcale nie jest lepiej, na przykład sprowadzane z Polski deski i reszta drewna konstrukcyjnego są oczywiście potraktowane mnożnikami bo darmo nie jeżdżą. W rezultacie cena detaliczna dobrej, impregnowanej deski w Szwecji odpowiada cenie detalicznej jaką w Chinach osiąga najlichsza, nienormatywna stal w postaci rur. Oznacza to że Chińczycy są w stanie ekonomicznie uzasadnić produkcję trwalszą od naszej (meble) choćby ze względu na podaż materiału, lichego bo lichego, ale jednak krzesło metalowe znosi dużo więcej niż drewniane, szczególnie w budynku użyteczności publicznej. To znaczy że na czasie jego przydatności można skąpić serwisu, transportu do serwisu, kosztów awarii. Czyli gospodarka jest efektywniejsza jako całość, ponieważ ktoś naprodukował czegoś wielkie mnóstwo i oszczędza to czas całemu ustrojowi. Odrobinę, ale jednak zawsze. Suma tych “odrobinę” składa się na różnicę jakościową całej gospodarki i w rezultacie ceny. Te sumy wynikają z odrobinę bardziej rozgarniętego operatora odrobinę lepiej serwisowanego widlaka o nieco lepszej jakości i dłuższej trwałości środka kapitałowego poszerzającego interwał cyklu życiowego, który ze względu na bardziej wymyślny osprzęt korelujący ruchy maszyny odrobinę przytomniejszego operatora mniej dewastuje palety odrobinę lepszej jakości i powtarzalności, które przez to wytrzymują nieco więcej i cargo nie jest niszczone tak często wypadkami. W rezultacie takich drobnych “lepiej” cała gospodarka funkcjonuje zauważalnie taniej, efektywniej i sprawniej. I tego się niestety nie da zadekretować. Ludzi ma się tak rozgarniętych jacy się porodzili. Jak się dotowało patologię nieposyłającą dzieci do szkół (dopuszczając wagary) to się za Kitajcami nie nadąży.

Pierwszy jest turysta

To że rośnie liczba mikroprzedsiębiorstw, czyli jednoosobowych turystów rzucających etat i kupujących narzędzie do wykonywania jednego rzemiosła świadczy o tym, że sytuacja się normalizuje, a gospodarka rozpada. Czyli że doszło do jakiejś masowej, błędnej alokacji w niekorzystne grupowanie, którego rezultaty okazały się niecelowe. I coraz więcej osób rusza szukać samodzielnie szczęścia sprzedając pracę własnych rąk.
Rezultat pracy takiego turysty to jakiś tam wstęp do pracy rzemieślniczej. Która z przyczyn praktycznych jest potrzebna masowo do utrzymania w ruchu wszystkich używanych przez nas instalacji. Masowość tej formy wykonywania rzemiosła powoduje, że nie ma racjonalnego sposobu aby je opodatkować i skodyfikować, ponieważ sprowadza się do serii bilateralnych umów, ich samodzielnej oceny przez strony i egzekucji kontraktu wedle własnego rozumienia. Ze względu na bezskuteczność instytucji państwa i przewlekłość ich działania instancją odwoławczą są tu jedynie struktury pozapaństwowe lub protopaństwowe. Wpływ państwa terytorialnego z ludnością osiadłą jest na takich rzemieślników marginalny – ani nie wiadomo gdzie wykonują pracę (przemieszczają się), ani właściwie nie ma co im zabrać, gdyż albo mają plecak narzędzi, albo nawet mają narzędzi tyle, żeby wrzucić je do bagażnika, szczytem rozpusty jest pickup i wersja rozwojowa firmy “my ze śwagrem” i “ja z kuzynem”.
W tym biznesie $ds ma duży s – supply/podaż, wycena $ jest zazwyczaj zbliżona do przeciętnych zarobków, więc dla osób o “niskich” kwalifikacjach (umiesz uciąć prosto deskę na wymiar WOW! dla lemingów to jest WOW! po pierwszym podejściu jak deska jest jednak nie taka, mimo pozornej prostoty zadania), a d – demand/popyt jest sezonowy. Ludziom wiecznie ciekną dachy, budynki się rozłażą, ściany trzeba malować, kafelki skuwać i kłaść nowe, kłaść media (problem niewystępujący jeszcze 200 lat temu), i jeszcze po tym całym bałaganie posprzątać. O ile turysta z torbą narzędzi jest w stanie sobie samemu znaleźć zajęcie, uzgodnić wszystko z klientem, podjąć zapłatę i poradzi sobie z rozrachunkiem, żeby nie iść w bankruty, to wyłącznie od geografii zależy kwota pozostająca w dyspozycji. Więc turyści pakują walizy i uciekają do korzystniejszej geografii zostawiając na miejscu turystów słabszych z geografii, mniej mobilnych, słabiej znających języki i generalnie gamoniowatych. Co oczywiście stanowi pewien kłopot dla pozostających bo rośnie wysycenie gamoniami na stanowisko, więc to co podałem odrobinę lepszych wszystkich cech w Shenzen ma dokładnie odwrotny skutek, czego ekstremum widać w Afryce gdzie sprzedają miedź za ułamek ceny za jaką sprzedaje KGHM, ponieważ klienta interesuje franco Chiny, a nie loco Afryka. W Polsce jednak czytelnicy zatrudniający ludzi już się połapali że problem jest zauważalny, kiedy szuka się ludzi, którzy coś konkretnego umieją, a z mięsnego dochodzi tylko “nie ma i nie będzie”. A przecież jeszcze nie tak dawno dziesięciu chętnych czekało na jedno miejsce? I nie poczekali? Spakowali walizki i zostali turystami?

Nawet taki podstawowy turysta ma tę zaletę, że sam się motywuje i wie po co chce pracować, nie żeby do przesady – dostajesz to za co płacisz. Ale generalnie można takiego człowieka zostawić z robotą i liczyć na to że będzie to wykonane. Problem mają w korpo, i nieco mniejszy w mniejszych firmach, dlatego że koszt biurwy, organizacji i systemu transakcyjnego w korpo potrafi zjeść 11/12 środków, w mniejszej firmie do 2/3, a w mikrofirmach koszt korelacji cudzej pracy i pokrycie ryzyk (narzędzi, dojazdu, choroby) w najtańszej pracy na czarno nie schodzi poniżej 1/2. Taki samodzielny człowiek jest więc bardzo efektywny ekonomicznie przede wszystkim dla samego siebie. A to że skarbówka jęczy – no takie ma zadanie – jęczeć. W Szwecji też sobie wyliczają ile to budżet niby traci przez takich, i oszustwa na vacie, i ogólnie że ludzie k mimo że naród taki fajny to im wychodzi nominalnie… tyle co w Polsce tylko ich jest cztery razy mniej. Znaczy cztery razy lepiej per capita doją budżet? Czy może politycy mają czterokrotnie bardziej wybujałe fantazje ile to niby powinno być we wspólnym kotle na ośmiorniczki?

Zdegenerowana wersja turysty, czyli odarta z narzędzi i samodzielności, zaradności to po prostu pracownik, często kwalifikowany, ale nieodnajdujący się w kontaktach społecznych, organizowaniu sobie zajęcia, negocjacjach etc. Do tego biurwa wypycha wielu ludzi nieradzących sobie z konspiracją rzucając na nich ciężar dodatkowych kompetencji prowadzenia jakiej durnej papierologii i płacenia haraczu. Zalecam skopywanie ze schodów ludzi, którzy chcą od Was jakąś kasę “bo wszyscy płacą”, przytomności im to może nie przywróci ale jak ich nikt nie broni przed powszechnością takich szykan to sobie znajdują inne zajęcie, a skoro chcą z człowieka robić niewolnika to niech zamykają za pobicia. Potrzymają – w końcu wypuszczać będą, a świat z jedną połamaną biurwą zawsze lepszy niż z biurwą co dalej dopuszcza się zuchwałych kradzieży. Świat dzieli się na tych co płacą za ochronę i tych co z tych opłat korzystają.

Turysta ma dwie powszechne ścieżki rozwoju

Obie oczywiście w celu polepszenia jego $ds poprzez zwiększenie swojej części supply i kasowania przez to większej części tortu $ z rynku, albo poprzez wtargnięcie na rynek o słabszej podaży usług, lub lepszych wycenach, najczęściej obu po trochu. Manipulowanie popytem od tej strony jest praktycznie niewykonalne. Można zwiększyć podaż, wolumen swoich usług poprzez ich zawężenie, uzyskanie powtarzalności, ograniczenie swobody klientów. Na przykład produkcja tylko wybranych modeli schodów i płotów z wybranych wcześniej elementów, co oczywiście sprowadza się do odpowiedniej prezentacji klientowi opcji do wyboru, aby w rezultacie pozostał w przestrzeni dający pozór alternatywności, w rzeczywistości dość bezalternatywnej, ponieważ taki turysta sprzedaje to co i tak już w zasadzie wyprodukował i szuka jelenia. Celem takiego działania jest oczekiwanie iż przy zawężeniu rozwiązań uda się dzięki pewnej automatyce nawyków, powtarzalności i rutynie oszczędzić czas wykonywania usługi i pozyskać w efekcie większy wolumen dóbr na sprzedaż.

Wzywam do przytomności – nie po to uczymy się kompetencji zawodowych aby później prolować resztę życia. Tylko dlatego że do akumulacji kapitału z kompetencji akurat takie rozwiązanie w młodości jest racjonalne i zasadne. A że niektórym korposekty przesunęły młodość nieco tak że się nie połapali to wychodzi pewien poślizg. Celem jest akumulacja kapitału i rozwój przedsiębiorstwa aby uzyskać równowagę do rynku w postaci opcji realizacji zysków z kapitału w maszynach x kompetencje x wkład pracy. I czasem jeszcze wkład cudzej pracy dobrze skorelowany w ramach naszych kompetencji. W razie jakiegoś gwałtownego przebazowania do innej geografii czy dramatycznych wydarzeń w życiu takie kompetencje i plecak z narzędziami pozwala natychmiastowo podjąć prolską działalność zarobkową “na fuchach” i jakoś się odbić od metra mułu.

Drugi sposób może być bardziej interesujący dla czytelników (a pierwszy być dopiero wersją rozwojową po znalezieniu swojego rynku). Podnosimy kwalifikacje, turysty czyli w przypadku nas interesującym nasze własne. Inwestujemy – jakie ładne słowo, środki kapitałowe w przeżarcie w czasie nauki (z wyrachowania robimy to w czasie kiedy rodzice jeszcze nam jeść dają i płacą rachunki) i się edukujemy (ze dwa lata na zawód na poziomie technicznym zakładając że mamy podstawy w pozostałej edukacji aby się w zawodzie technicznym skupić wyłącznie na zadaniach praktycznych). Ale nie tylko – nie żałujemy środków kapitałowych i wyposażamy się w narzędzia do wykonywania naszego wyuczonego zawodu, bo samo twierdzenie że się umie to tylko obiecanki – robię, mam czym robić – o tu przyniosłem – takie robię i chcę za to dolara. Z moich początków z odległej przeszłości pamiętam że to wyjątkowo dobrze działało i dawało przewagę. Nawet zdarzyło mi się dostać parę groszy (wtedy było to dla mnie zauważalnie sporo) od człowieka, który co prawda nie potrzebował tej usługi, ale spodobał mu się sam fakt że ktoś łazi i się sprzedaje zamiast czekać aż się samo zrobi. Oczywiście dla młodego człowieka każdy wydatek na profesjonalny sprzęt to przygniatające koszty. Wpadł nam na forum z jednym tylko postem taki właśnie człowiek (podejrzewam że z Pobudkowców) i On właśnie tam wskazywał, że wydał na Messera (zgaduję że na picotiga AC/DC choć nie precyzował na którego), taka zabawka to jakieś 3-4k EUR, w szkole pierwsza rzecz jaką spawacz powinien sobie kupić to speedglas z szerokim polem widzenia i zapas szybek. Niby to jakieś 500eur wszystkiego w kupie, ale jak się jest w technikum to jest to wydatek rzucający na podłogę, gdy się nie ma zamożnych rodziców. Przy czym jak się idzie szukać pracy mając mleko pod nosem, i w garści się trzyma profesjonalną osłonę spawalniczą to wiadomo że nie na piekarza i nie za bezdurno. Bo na tego picotiga to może być nieco gruby wydatek.
Żeby nie było tylko o klejeniu blachy to wariantem jest sprzęt do dłubania w prądzie (przecinaki, wkrętarka, obgryzaczki do kabli, mierniki) czy zestaw “mały maszynista” (tak z angielskiego, bo u nas byłoby ślusarz, ale ślusarz się ludziom kojarzy z zamkami w drzwiach, a nie z obrabiarkami) zawierający okrutnie drogi sprzęt pomiarowy (dzieli się na klasy, to co widzicie w supermarkecie to są trójki, to co jest w laboratorium to są zerówki i jedynki, a to co jest w produkcji to zazwyczaj dwójki i darmo nie dają) czyli mikrometry takie zewnętrzne, i takie do otworów, jakieś blaszki do pasowania na tysięczne i kątomierze. Jest też zestaw “mały monter” zawierający klucze, młoty, szlifierki, siłowniki hydrauliczne i wyciągarki (zazwyczaj łańcuchowe). Można też bardzo specjalistycznie wybrać się z palnikiem na jakieś cięcie, złomowanie i montaż.

Tak jak zaczęliśmy na forum wątek o migracji tak wyszło błyskawicznie, że mamy pewne potrzeby kapitałowe i oczekiwania od miejsca docelowego. Musi tam istnieć struktura społeczna, handel, dostawy, jakościowe materiały, specjaliści, produkcja tego śmego i owego, a każde takie przesunięcie granicy cywilizacji jest poprzedzone eksplozją populacji białej (względnie jakiej przytomnej żółtej jak to teraz robią Chińczycy) i wypchnięcie najpierw gorszego sortu (tak jak Chińczycy teraz kolonizują Afrykę, tak Anglicy kolonizowali Amerykę i później Australię niewolnikami, więźniami). Trudno jest więc znaleźć destynację, w której istnieje ta infrastruktura jakiej poszukujemy, a jednocześnie nie wyrodziła się ono w to co u nas – walkę o ostatnie zasoby w postaci rozkradania resztek kraju, do której to z przyczyn praktycznych trzeba się przyłączyć, aby nie zostać z niczym gdy nic już nie będzie do wzięcia.

Kwalifikacje przekładają się na konkretne aspekty – przede wszystkim na wejście w droższe materiały i większe dokładności, w przypadku konstrukcji rośnie gabaryt i budujemy własny Babilon. Te kolejne materiały w kontekście precyzji, powtarzalności rzemieślniczej a później produkcyjnej i ich ceny to drewno, a jak tniemy drewno to potniemy i plastiki, ale z wierceniem będzie pewna zagadka, z tym że jak nabędziemy narzędzia do skrawania plastików to one też się nadają do obróbki aluminium (mają zbliżony kąt natarcia ostrzy), a skoro możemy obrabiać plastik i aluminium to da się wyprodukować “na śruby” wiele elementów konstrukcyjnych, wyposażenia z przeszkleniem, choćby wystawowych, i z podświetleniem – bo przecież turysta kable umie podłączać – a jak nie umie to niech się nauczy, i różnej podobnej armatury, i być może pierwsze wyjdzie nieco krzywe – tu i tam milimetra braknie do zamysłu, ale będzie to coś co można samodzielnie z dostępnych materiałów wyprodukować, iść z tym na rynek i… dostać mandat od straży miejskiej, że tu handlować nie wolno – tylko korpo, tylko we własnych marketach może.
Ten po dział: drewno, a następnie drewno i plastiki, plastiki i aluminium jest rosnący kosztowo. Więc ewentualne braki kwalifikacji kosztują materiał (narzędzi raczej na tym nie zdemolujecie) i dlatego wyższe kwalifikacje są droższe, gdyż oszczędzają zbędnych strat. Następny podział jest na stale, zwykły czarny żelaz, później stale jakościowe, nierdzewki i stale specjalne. Przynajmniej jeśli chodzi o obróbkę czy utnij pan na długość, wywierć otwór, skręć śrubami, tu dopasuj, tam ugnij. Tutaj cena rośnie również wraz z materiałem i kwalifikacje równie liniowo by się liczyły, ale koszt narzędzi do materiałów rośnie, więc składamy już dwa takie mnożące się jak króliki mnożniki, i jeszcze rośnie nam koszt maszyn, a nie dla żartów są te lepsze materiały więc rośnie nam też poziom dokładności i schodzimy w tolerancjach kolejne kroki za przecinek. Jak naskładamy takich mnożników to poziom kompetencji początkującego montera konstrukcji stalowych +/- 5mm, a 50-60 letniego ślusarza narzędziowego od mechaniki precyzyjnej, który na drutówce bawi się w mikrony i chropowatość powierzchni to dla niego binaria – dobre/złom… lądujemy na zupełnie innych nakładach kapitałowych, innych ryzykach i oczywiście innym $ds, który niekoniecznie jest dostępny dla turystów. Owszem można sobie być turystą na montażu, ale do produkcji narzędzi wypada mieć z 15-20 lat wysiedziane na stanowisku z tym związanym, żeby móc samemu od początku do końca przeprowadzić pewne procesy przemysłowe jakie są wymagane do uruchomienia procesów produkcyjnych z takimi dokładnościami (postaram się je opisać na końcu w pętli wykonawczej i dlaczego tam są potrzebne stare ramole trzymające dzioby w śmietanie). Ten podział między materiałami jest bardzo ostry kosztowo. Nie tyle w zakupie na tony, a w obróbce do gotowego produktu. 100kg płotu to może być trzy, może pięć tysięcy eur zależnie od nakładu detali i poziomu artyzmu. 100kg narzędzia do produkcji to może być x5 x10 przy nakładzie roboczogodzin dziesięciokrotnie mniejszym. Ale! Suma nakładów korelacyjnych przekłada nam $ds o dwa rzędy wielkości i to nie dlatego że demand jest taki wielki, tylko supply tych co mogą to dostarczyć i nie knocą na tyle często że się utrzymują na rynku, to ten supply jest sto razy mniejszy od oczekiwanego przez rynek i jeszcze lead time potrafi być “dwa lata”. W MiŚiach jak słyszą że zamówione narzędzie im wyprodukują za dwa lata i jeszcze może być poślizg to ludzie się w głowę pukają, wyobraźcie sobie jakie są straty w przemyśle petrochemicznym jeśli diabli wezmą jakiś istotny wał ze śrubą do przerobu gumy i fabryka staje dęba, a czas oczekiwania na nowy dwa lata, no jak znajdą u jakiegoś klienta zapasowy i odkupią to pół roku. Firmom zrzeszającym turystów płaci się wtedy wielkie mnóstwo za przywrócenie instalacji do stanu, żeby to chociaż podziałało do czasu znalezienia zamiennika, bo inaczej tysiąc ludzi i dziesięć tysięcy kooperantów idzie na dwa lata na trawę i nikt nie wie czy to da się odtworzyć jak konkurencja wejdzie. A wyobraźcie sobie taką sytuację w wymarzonym przez komuchów od @bmena ustroju, gdzie w “sektorze strategicznym” coś takiego się weźmie i ssss, a lead time dwa lata. I jak to zaraz nie zacznie działać i do biurwy dotrze że produkcja stanęła, a szef fabryki to mianowany urzędnik to nie będzie wyjaśnień że kurs akcji spadnie, że się kupi, zamieni, przeceni – nie nie, sektor strategiczny oznacza że wymieniamy dyrektora, a winnego czyli obecnego do lochu – i to jest wariant łagodny, bo w sektorze strategicznym wariant ostry jest taki, że się wkurzy Pan Pancerny i bez dyskusji postawi pod ścianą. Czytelnicy to w większości takich czasów nie pamiętają kiedy do firm przydzielono mundurowy dozór, ale pół królestwa i księżniczkę można na takiej awarii dostać żeby tylko pod murem dyrektora kombinatu nie postawili. Dobrze żyje się myszom niezależnie kto jest padyszachem. Byle zboże wozili. Bo w procesie jest bardzo dużo myślenia – inaczej nie działa.
Pozostaje nam jeszcze podział odnośnie łączenia metali. Lutowanie, spawanie. Plastiki da się spawać – to jest kompetencja, od biedy można ją nabyć samodzielnie i z YT jak się wie kogo poprosić o objaśnienia. Stal od biedy kleić też się można nauczyć. Dalej są już przeszkody w kwalifikacjach, a potem jeszcze w sprzęcie i $ds gwałtownie wybija w górę. Po pierwsze materiały są upierdliwe, najpierw nierdzewki są odrobinę wymagające, a potem duplexy i jakościowe dłubanie tytanu z aluminium. Kolejnym problemem jest rura i zbiornik. Tak samo z plastiku, jak z aluminium tak i z duplexów wyściełanych niklem nie ma prawa to ciec i musi znosić przewidziane ciśnienie, tutaj dniówki sypie się bardzo grubym groszem, a coraz mniej ludzi w Europie (bo to już w takich skalach się robi prace wyjazdowe) jeszcze to potrafi bo ma sprzęt i podtrzymuje motorykę do wykonywania tych czynności w oczekiwanej jakości. Są oczywiście korpo takie jak BAE czy Oerlikon które za państwowy wikt utrzymują jakąś marginalną podaż specjalistów na rynek i własne moce, ale jeśli kadrę techniczną IWI, IWE z tego zakresu porównacie zarobkami do IT to będzie to raczej wierzchołek, z tym że w IT nie można się tyle lenić za sam fakt że się coś umie i jak będzie trzeba to się zrobi.
We wszystkich tych aspektach wraz z kwalifikacjami supply spada nam również z powodu “nie chce mi się”, ponieważ w rezultacie dociążenia biurwą, i tak wysokich ryzyk, widzimisie klientów i ogólnego braku korelacji w procesach specjaliści oceniają wynik końcowy jaki dostają w brzęczącej postaci do ręki za niekontentujący ich dostatecznie i wolą wykonać prostsze, mniej ryzykowne czynności, ciekawsze i bardziej ich wzbudzające emocjonalnie (hobby – łódki, wyścigi samochodowe samodzielnie modyfikowanym pojazdem, samolot, własna produkcja). Od wyszukiwania takich co jeszcze im się chce i jeszcze umieją jest czytelnik @Wariat. On się zajmuje sprawami “nie wiem nie chce mi się” w zakresie przemysłu gdzie w grę wchodzi wiele ton stali.

Tutaj zapewne czytelnicy odczuwają pewien dysonans – przecież to wszystko robią prole, a narzędzia zapewnia im szef, nawet jeśli w postaci dobrodusznego korpo dbającego o swoje efektory. No do tej pory to wszystko robili prole, bo 70 lat wcześniej ludźmi po wojnie obrodziło, trzeba było po wojnie wszystko odbudować więc hurtem ludność wsi (miasta wszak wykoszono – bombardowano je sumiennie) dysponująca jakimiś umiejętnościami rzemieślniczymi ruszyła do przemysłu tam się doszkoliła i te dziadki przetrwały do naszych czasów zapewniając inercję taniej i powszechnie dostępnej pracy “dziesięciu czeka na miejsce” o bardzo niskim poziomie skorelowania (czyli wymagający brygadzisty, szefa od łączenia kropek pozazawodowych). Dlatego właśnie jeszcze co starsi czytelnicy odbierają te zdegradowane do prolstwa czynności jako “a co to takiego” i “u nas tego wielkie mnóstwo więc tanie”. Z tym że rzeczywistość już skrzeczy – poziom techniczny w tym czasie wzrósł, wymagania jakościowe też, a strukturę społeczną bez zasilania diabli wzięli, więc bez masowych, wielkich zakładów przemysłowych i wykwalifikowany prol wyginął. Został niewykwalifikowany i ewentualnie stary, ale nijak nie pasuje to do dzisiejszych puzzli.

Bycie turystą daje nam pewną swobodę ruchu. Po pierwsze ta już wskazana, że w razie czego możemy iść się odkuć rękoma i narzędziami. Po drugie to taka, że mając własne graty zdobywamy kompetencje kierunkowe zawsze bo zawsze coś nimi robimy. Po trzecie biorą nas poważniej niż proli-gołodupców, bo mamy własne, dbamy o własne i nie trzeba w nas wkładać środka kapitałowego i wdać sami się ogarniamy. Po czwarte – w razie jakiegoś zamieszania na rynku czyli deficycie lub nadwyżce okazji inwestycyjnych możemy z tego poziomu wchodzić jako najniższe w hierarchii stworzenie w spółdzielczość albo spółkę bo coś mamy i jest to przynajmniej najmniejsza, niepodzielna własność na wkład spółdzielczy a nawet kapitałowy. Pomiędzy przyczyną spółdzielczą a kapitałową jest znaczna różnica organizacyjna i polityczna, którą poruszę w przyszłości.

Problem listonosza, problem ostatniej mili, ostatniego metra i mikrona. Pociski odpala się w kierunku celu, ale żeby trafić trzeba dokonać szeregu rozważań i dorozumieć coraz drobniejsze modyfikacje kursu aby cel został osiągnięty z sukcesem a walizki wysypały się z aluminiowej rury razem z wrażym mięsem. Te końcowe korelacje kiedy już materiał jest przywieziony do fabryki czy na plac budowy są najkosztowniejsze – jeśli zostaną przeprowadzone nieprawidłowo cały proces na nic. Wystarczy spaprać ostatni krok i dostarczyć paczkę pod niewłaściwy adres aby z całej usługi logistycznej został chd & kamieni kupa. Czyli za zrobienie tego dobrze można skasować, można oczekiwać wymiany dość korzystnej na inne dobra. Ponieważ większość ludzi jest przeciętna i normalna to zazwyczaj myślą grupowo (będąc niepewnymi własnych kompetencji ogólnych w młodym wieku, ale z wiekiem im się to zmienia). Grupowo czyli trzeba wynikiem się podzielić, grupowo ponieważ narzucono ciężary kontrolne i sprawozdawcze i na dwóch co pracuje trzech co im myśli i pięciu co biurwi. Ale gdyby to tak skompresować to można zapłatę za wszystkich dziesięciu zgarnąć – a niech klient nawet ma rabat – taniej będzie. Wszak skoro gospodarka wytrzymuje (albo i nie) żeby korpo realizowało z takim rozmachem płacąc lemingowi byle co, to z tych 5 na prola w pionie te 3-4 wypłaty da się urwać, a jak jeszcze geografia dobra to wypłaty w obcym rozrachunku. To jest właśnie cała tajemnica dochodowości mikroprzedsiębiorstw i ich niezwykłej efektywności ekonomicznej – korelator jest zintegrowany z efektorem. Owszem większość sobie z tym obciążeniem korelacji własnych kompetencji nie poradzi, ale przecież nie wszyscy są najefektywniejsi. Część jest trochę mniej efektywna i działa parami, albo w trójkach, a inni muszą do korpo no i wtedy utrzymują biurwę – korpo też jest potrzebne.

Można też sprzedać się w niewolę Babilonowi. Wszak w młodości człowiek dysponuje egzodynamiczną liczbą godzin do zatyrania się na śmierć, kwalifikacjami raczej lichymi w porównaniu z przedemerytalnym wyjadaczem, kapitałem to o ile się po rodzicach trafiło, ale motorykę ma jeszcze młodą i jest w szczycie formy, jaki będzie nie do powtórzenia w przyszłości. Sprzedanie się jako turysta na godziny do średniej czy dużej firmy pozwala korzystać z wygód jakie mają tam myszy bez iluzji ich bezpieczeństwa socjalnego i z możliwością odsprzedaży olbrzymiej liczby godzin jakiej oni potrzebują do obsługi swoich środków kapitałowych a na dzień dzisiejszy pracę z kwalifikacjami jest dość trudno pozyskać na rynku. Ze względu na średnią wieku te egzodynamiczne, dodatkowe godziny kiedy nabywać będziecie automatyki i rutyny w pracy są płacone lepiej niż były kiedyś, są bardziej elastyczne i hojniej dostępne z braku podaży kwalifikowanej pracy na rynek. Więc macie gdzie sprzedać swój supply, jest na to demand, i trzeba kasować ekstensywnie wynikającą z tego liczbę $.

Wszystkie wygody jakie w Babilonie mają myszy

Jak się dobrze pogłówkuje można mieć ciasteczko, zjeść ciasteczko, mieć jeszcze rurkę z kremem, dwie szarlotki z lodami wciągnąć i łakomie spoglądać się na tort – o ile jest koniunktura. Młody człowiek ma olbrzymie wydatki – nowy skuter, nowa lodówka, piękne panie, wielki dom i dla kochanki mieszkanie. Jeśli macie kompetencje w omijaniu biurwy szerokim łukiem to stajecie się prawdziwym suwerenem – wtedy to Wy samotnym, przyszłym matkom suwereńskich pociech dajecie 666+ czy ile tam uważacie, bo przecież do grobu nie zabierzecie. W korpo można sobie pobuszować te kilkanaście godzin dziennie, ale przemysł na weekend to raczej zamykają – za to instalacje działają. To można iść na fuchę na instalacje, albo się wybrać do MiŚia co mu do zamówień rąk do pracy brakło, a po co pracownicy mają wiedzieć że jest jakaś druga i weekendowa szychta i się wtedy dodatkowy, nieewidencjowany przerób robi? Do tego z Babilonu można na wieczór albo weekend wypożyczać narzędzia na jakie jeszcze sobie skąpimy, albo tak specjalistyczne że w czoło się pukamy na co by to mikrofirma miała kupić za takie mnóstwo. Ale korpo kupuje – akurat nam na fuchę po pracy się przyda. Taki dostęp do środków kapitałowych poza ewidencją i na cudzy resurs (bo przecież materiały eksploatacyjne też się “pożyczy”, a przecież i sam materiał ma nogi) zapewnia dostęp do szerokiego rynku, ogranicza koszty i choć nie jest się kotem przy śmietanie to wielkiej wygody zażywać potrafią myszy.
Co sugeruje nam że celem całego tego przedsięwzięcia jest posiadanie własnego Babilonu, choćby małego i tylko na przedmieściach, ale zawsze, bo skoro Babilon stać i na śmietanę, i na koty, i na myszy to na rynku musi być jakieś wielkie mnóstwo jeszcze do wyjęcia i trzeba się na ten rynek wbić, silos spenetrować i gdzieś bliżej kalorii ustawić siedlisko. A nawet w kilku miejscach kilka siedlisk – bo co to komu szkodzi być myszą wędrowną?
Z tym że jak wspomnicie sobie później taki dobrobyt młodości to okaże się, że większość liczb poszła w rozkurz. Życie jest drogie i zawsze można wydać więcej. Dlatego trzeba zachowywać odrobinę choćby przytomności i sobie pochować różne materialne “przydasię” żeby było z czego robić restart, gdy koniunktura się załamie i zacznie wracać normalność.

Należy na sam koniec zwiedzania turystycznego przypomnieć, że nie wszyscy mamy podobne kompetencje, jedni są społeczni i kanałami społecznymi znajdą sobie dojście do klienta, inni są zorganizowani, tworzą bazy danych, znają się z kim trzeba i mają dojście do klienta, inni są zasiedzieli w geografii, mają swój wiek i klienci znajdują dojście do nich (ale zmienią geografię i czar pryska). Do tego geografia jest kompetencją, przebazowanie zrywa wiele powiązań z zaopatrzeniem i zbytem. Jeszcze w przypadku turysty to są jakieś tam problemy mnożnika, ale człowiek przeprowadza się z gorszej do lepszej geografii, i najwyżej pal diabli poduszkę społeczną co poratuje – zostanie w innej geografii. Ale w przypadku firmy to nie mnożnik, a wprost wydłużony transport i przez to zmiana środka kapitałowego w dłuższym cyklu dostaw i zbytu, czyli więcej kapitału w tym samym zadaniu przy nieco większym koszcie – spadek efektywności ROI. Ponieważ te kompetencje mamy różne to Ci co nie radzą sobie z aktualnym obciążeniem wedle jakiegoś wydumanego ideału (pomyślmy sobie jaki to musiałby być ideał geografii, omijania biurwy, dojścia do rynku, niewidzialnej-jawności Różowego Jednorożca, wieku młodego i kompetencji emeryta) to mają mnożnik tej niepodzielnej “minimalnej do przeżycia” słabszy od ideału. Oczywiście w ramach organizowania zajęcia turystom można na tym mnożniku pasożytować odciążając turystę od czynności “nie wiem/nie umiem/nie chce mi się”. O ile jest infrastruktura odciążająca (klaster przemysłowy). Im ten klaster jest słabszy, im uorganizowanie społeczne i utrwalone łańcuchy dostaw słabsze tym wyższe są koszty utrzymania potrzebnego turyście poziomu technicznego i zaplecza w danej geografii. Dlatego w Afryce jest dramat, a w Polsce jest tylko tak sobie – bo klient na podwykonawstwo tylko i czarną robotę “nicht fur Deutsche”.

Ten materiał – zapewne już zauważyliście, ani słowa o elektronice. Przecież elektroników w Polsce na worki. Nawet kiedyś zaczął powstawać przemysł pod to, ale jakoś się nie udało. Dobrze żarło ale jednak zdechło z istotną pomocą naszych sąsiadów, których nie najechaliśmy w porę, a to przecież nic nie szkodziłoby jakby tak Niemcom trochę przetrzebić kadrę inżynierską, spalić im fabryki, B&R. Takie regularne cofanie Niemców o pół wieku to nie jest zły pomysł na spokojną koegzystencję z dziadami co nas od tysiąca lat napadają i cofki rozwojowe nam robią. Mamy lasy, robimy z nich meble, palety, sprzedajemy belki i deski obcym, nawet całe domy drewniane w kawałkach (całe w kawałkach – czytelnicy rozumieją ^^). Jakiś tam przemysł betonowy co jeszcze nie wyniósł się na Wschód pod ciężarem biurwy krzyczącej na emisje wytwarza elementy zazbrojone, z których coś tam można sobie poskładać. Są huty, stalownie, budynki z tego się robi przeszklone, a nawet hale z blachy rozdzielonej pianką. Jest kilka “mniejszych” firm co robią jakieś maszyny, ale nie eksportujemy już fabryk (całych w kawałkach) ani nie robimy ich dla siebie, ani nawet linii technologicznych do tych fabryk, ani narzędzi do tych linii, ani nie produkujemy zaawansowanej elektroniki z własnych podzespołów, za to eksportujemy miedź jako surowiec bez nawinięcia go w jakiś bardziej zaawansowany produkt. Czyli dokładamy niewiele mocy korelującej do naszych surowców i niewiele przez to za nie kasujemy. Być może dlatego, że dokładanie tej mocy w tej geografii przy takiej biurwie jest niekorzystne i tworzymy płaski trójkąt, a może dlatego że ten płaski, wytwarzający nisko skorelowane mebelki, palety i podwykonawstwo konstrukcji metalowych jest podstawą trójkąta sąsiada, który sobie to przetwarza dalej i kasuje więcej na naszej pracy. Jakkolwiek jest – z takiej geografii i z tego trójkąta trzeba wiać, bo tam nie ma się gdzie wspiąć – wierzchołek jest zwyczajnie nisko.

A gdy już turysta wszystko zwiedzi

To dalej też się można rozwijać. Taki jest przecież cel. Wytrawny turysta być może jeszcze w wieku 30 lat nie jest specjalistą jak go porównamy z 60 latkami. Ale może być już gotowy do pracy w kilku destynacjach mając do każdej właściwą walizkę. Czyli firmę która sama z siebie wymaga pickupa, w naszych warunkach “taki mamy klimat” busa. Oczywiście jest pułapka w tym taka, że być może gdzieś po drodze odnajdziecie strefę komfortu albo ślepą uliczkę i bazując na takich kompetencjach jakie macie zostaniecie we właściwie dobrej sytuacji klejąc jakieś instalacje dla żywnościówki, rolnictwa, energetyki, farmacji, wydobycia, przemysłu ciężkiego albo przykleicie się w podwykonawstwie skierowanym do poważnego przemysłu, czyli już na etapie kompetencji zawodowych bez społecznych, organizacyjnych i walki o klienta znajdziecie sobie niszę i po co komu więcej? Właściwie co to komu szkodzi żeby sobie za 5-6kEUR miesięcznie netto przebimbać 20-40 lat w jednej firmie na jednym stanowisku stając się elementem otoczenia niezbywalnym i niedającym oddzielić do ich działania? Jeszcze sobie czasem fuchę jaką zrobimy i na piwko i grilla jest. Po co kruszyć kopie o więcej? Od razu podpowiem że długoterminowo efektywnie więcej w postaci brzdęku to wyjdzie może 150%, może dubel. Im większy biznes tym wyniki są coraz bardziej rozmyte przeróżne “szefowi się należy” i zazwyczaj nie jest to już gotówka per se, a operowanie dostępem do zasobów i prawem ciągnienia usług jak i materii na potrzeby zwiększenia zdolności operowania dostępem. Gdzieś tam pojawia się odpowiedzialność i władza w ramach tego dostępu. Te przeróżne wziątki są powszechnie rozumiane jako prawo do wyzysku, a ich nominalna (dość absurdalna) wycena w postaci uprawnień nazywanych udziałami, akcjami, wpływami (często niejawna, jednak powszechnie znana i oznaczona choćby na pagonie, czy nazwą stanowiska) ma taki potencjał liczbowy, że ludziom się wydaje iż szef przedsiębiorstwa po aktualnej wycenie aktywów (akcji) to krezus – ale niech tylko spróbuje sprzedać, to nie tylko z powodu rzucenia na rynek papieru będzie przecena, drugą przyczyną będzie potencjał do zmiany szefa, za tym kierownictwa i całego łańcucha. Jeśli więc kontentuje Was ten poziom dochodu i nie szarpiecie się o więcej, przynajmniej na czas akumulacji przez kilka lat, kiedy to liczycie iż nie roztrwonicie kapitału, a będziecie go gromadzić (próżne nadzieje rozrzutnej młodzieży – wiem po sobie, nie ma takiego stanu konta, do którego nie da się zrobić debetu).

Peak kompetencyjny ma takie same właściwości skoncentrowanych odchyleń (sigm) dla miasta jak dla zagłębia przemysłowego (klastru w dzisiejszej nowomowie), kombinatu i fabryki. Peak polega na tym, że mimo iż po ulicach nie większość zapytanych nie będzie miała oczekiwanych kompetencji technicznych i nic się od nich nie nauczymy, to w narzędziowni kombinatu w klastrze technologicznym jakiegoś bloku kontynentalnego zbrojnego w czołgi i myśliwce znajdziemy ludzi odchylonych, posiadających po kilka kompetencji władowanych w jedną specjalność. Od nich można nauczyć się wszystkiego z danej dziedziny – ale nie trzeba. Naszym celem wszak nie jest zostać specjalistą, tylko kapitalistą. Sigmy to tacy odchyleni, nie tylko intelektualnie – również kompetencyjnie.

Przyjmijmy że taki stan nas nie kontentuje i chcemy porwać się z sitem na Klondike.

Pierwsza uwaga rozrachunkowa – w powyższym przykładzie turysty do tej pory nasza sytuacja od etatu nie różniła się wcale, a co najwyżej tym, że sprzedaliśmy się na DG albo spółce prawa handlowego jakiejś tam wybranej jurysdykcji i ewentualnie mataczyliśmy w haraczu na Kapitana Państwo. Nasze koszty były dla nas wydatkiem po prostu – od własnej gęby odejmowaliśmy każde narzędzie, przyłbicę spawalniczą, wkrętak i paliwo na dojazdy. Gdzieś w tym miejscu się a sielanka kończy – nasze wydatki na sprzęt lub rozliczenia z innymi staną się poważną, a nie marginalną częścią przychodu i albo damy sobie radę z tym rozrachunkiem – albo będziemy za dużo przeżerać na prywatę, nie oddzielimy rachunku pierwotnego firmy od prywatnego i popłyniemy na zobowiązaniach, najpierw na terminowości, a potem nas zjedzą żywcem i przestaną dawać materiały na krechę. Będę tu co jakiś akapit wrzucał wtręty o rozrachunku na kolejnych poziomach Wieży Babel (na razie jesteśmy w piwnicach dłubiąc kit w fugach fundamentów), tak że na końcu dojdziemy do rozrachunku z bankiem centralnym i innymi centralnymi izbami clearingowymi. O tym jak to wpływa na Nowaka to rozpisuje się @bmen, ale to nie jest tak, że krawaciarze w bis o czymkolwiek decydują bo tak sobie ustalili, tylko dostają z przemysłu przefiltrowaną przez banki rozpiskę jak się faktycznie rozkłada gospodarka za ostatnią dwu, trzy i pięciolatkę, jak są rozłożone akcenty i jak mają rozpisać zobowiązania względem alokacji, co w rezultacie oznacza poziom dodruku, rozkład stóp, i wpływ na krzywą progresji fiskalnej. Wiem że w rezultacie sprowadza się to do pomstowania klasy średniej że jest wyzyskiwana, ale to nie tak że celowo i z zamiarem – po prostu utknęliśmy błędnymi alokacjami w nieracjonalnej gospodarce i klasa średnia jako jedyna ma jakikolwiek stan posiadania do przepalenia – to nie jest tak, że jakaś klasa wyższa coś od klasy średniej przejmuje, to średniaki się oligarchizują, awansują w trójkącie wytwórczym wyżej, ale kosztem pauperyzacji trójkąta pod sobą, i tutaj między akapitami wyjaśnię w następujących po sobie krokach jak sami na siebie kręcimy bat w serii racjonalnych kroków.

Do dyspozycji mamy ścieżkę ekstensywną z tej pozycji, i intensywną. Intensywna jest prostsza choć wymagająca i gwałtownie zwiększy nam ryzyka, co wymusi kolejne kroki finansowe i możecie sobie z tym nie poradzić jak nie macie kompetencji, w tym charakteru do trzymania siebie samego za mordę oraz poduszki w postaci rodu na wszelki wypadek, jakbyście jednak nie utrzymali sami siebie za mordę w nazbyt ostrym otoczeniu. Zacznijmy jednak od trudniejszej, czyli poszerzenia ekstensywnego. Otóż najprostszy, znacie go przecież z Polski, a i mamy takich czytelników z budowlanki, sposób najprostszy i nasuwający się od razu to wziąć sobie do pomocy (niech graty nosi jak nic nie umie) kuzyna, albo wuja (niech cięższe rzeczy robi jak mało umie, ale ma 300 funtów goryla więc jak się go ze szlifierką na stos tregry napuści to nawet połączenia “na klucz” tam powycina, i po co kupować palnik?). Od razu można kasować dubla za dwie twarze, a nawet zrobić roboty co “samemu mi się nie chce”, i zapłacić “po kompetencjach” czyli zawinąć sobie odrobinę do kieszeni, bo przecież nie dzielimy się po połowie, tylko sprawiedliwie (fura moja, klient mój, narzędzia moja, odpowiadam ja – pełen wyzysk^^). Tym tokiem myślenia dochodzimy do wniosku że z rodziną to jeszcze po ludzku się rozliczamy, ale możemy wziąć prola, i wtedy wyzysk na pełnej … petardzie. Bo sami rozumiecie – żeby zrobić głupi płot, albo obsłużyć głupie obrabiarki, to trzeba kable rozwinąć, narzędzia przynieść (szlifierka, spawarka, przedłużacz, dwa kable, elektrody, tarcze, klucz, młotek, “duży Szwed” – 24calowy klucz nastawny do prostowania płotów, albo “większy niż duży Szwed” – mamy dużo dużych kluczy i jeszcze większych, i same Bahco, zapewne nie widzieliście w sklepie klucza nastawnego Bahco, Seco czy Peugeot o długości metra? A przecież istnieją, najwidoczniej trafiają jakimś drugim obiegiem do firm). Jest prol, jest wyzysk – poczuliśmy krew – ruszamy tym tropem!

Na prola ruszamy. Bo to sami rozumiecie – prol dlatego jest prolem, że sobie sam Jaśnie Pana Klienta nie znajdzie, nie podejdzie do niego dość uniżenie, nie ukłoni się dość nisko i tak dalej. Przyjmijmy na początek że kwalifikacje zawodowe ma dobre bo taki dobry prol niewyzyskany nam się trafił. No to jak traki prol chce mieć własnego sprzedawcę usług, co się za niego będzie kłaniał uniżenie i Jaśnie Klientom dogadzał z grubą dawką wazeliny to to musi kosztować. I tak prolowi odliczamy na swoją kupkę, a jak jeszcze prol chce opiekę Kapitana Państwo i tak dalej to prol kończy gdzieś pomiędzy połową a średnią krajową na rękę zależnie od kwalifikacji i aktualnych fochów rynku. Prol oczywiście ma iluzję zabezpieczenia, bo jak zwiniemy interes z braku rynku to może nas w nos pocałować i pisać na Berdyczów, ale prole lubią iluzję że na emeryturę coś kiedyś ktoś im da. My za iluzjami nie przepadamy – dolar dziś jest lepszy niż dwa dolary pojutrze pojutrze. No jak jeden prol jest dobry to dwa prole są dwa razy lepsze, ale szybko się połapiemy, że kiedy my szukamy klientów to jak mamy trzech proli to oni na przykład nie pracują, albo nie dość intensywnie. I tu dochodzimy do systemu rozrachunku – bo przecież zazwyczaj z klientem jest dyskusja stawki za pracę, a z prolem za czas, bo prolowi na koniec jakby go nie wyzyskiwać musi wyjść na jednostkę czasu niepodzielna kwota pozwalająca na przeżycie i utrzymanie poziomu życia, bo jak nie to nawet prol tego nie zniesie i mu się samopoczucie popsuje. To takie rzeczy tylko na blogach, że jak czytelnicy licho wpłacają i przez tydzień wrzucili całe 450 pln w różnych walutach, to się okazuje że na otarcie łez połowę z tego wrzucili sami sekciarze co tu korekty robią i ciężko harują. Ja to chociaż na utopienie smutków jakie szkło od czytelników dostaję co przyjadą, to się chociaż jak porządny grafoman napiję, i mam jaki chamski posmak tego jak na rauszu czuli się wieszcze w nędzy swojej i niedocenieniu za życia (a cóż mi po wpłatach pośmiertnych?).
Od razu rzucę szlaban przywracający przytomność – trzy prole na oficera to jest granica racjonalnej wydolności korelacyjnej. Dalej jest bałagan, prace ziemne i przekopywanie pola – o to takie rzeczy można w tym porządku zorganizować. Przy trzech prolach już będziecie potrzebowali turysty na brygadzistę, człowieka całkowicie przytomnego i rozgarniętego, najwyżej bez kompetencji społecznej żeby się w pas kłaniać Jaśnie Klientowi, ale zdolnego do korelowania prac innych ludzi, zarządzania nimi, prowadzenia własnej “jednostki budżetowej” i łatania dziur w korelowania poleceń samego szefa, bo tutaj po raz pierwszy ujawni nam się pętla zwrotna korelowania, ale krótka więc nie dość dobra aby nas na niej powiesić. Taki turysta – brygadzista nie dość że musi być kompetentny to jeszcze byle czego nie zje i jest tu i tam pożądany i się go aktywnie szuka. Wyjęcie go z Twojej firmy może położyć interes, a przynajmniej tak Cię dociążyć obowiązkami że będziesz miał dość całego tego cyrku. I w przypadku koniunktury dochodzi jeszcze obsługa jakiś innych, skomplikowanych, wynikłych bez zysku, bo przeżerająca na koszty działalność zwiększająca co prawda wolumen, ale tylko w celu podtrzymania płynności i gładkiego przechodzenia pomiędzy robotami, a z tego wynika “zatrudnienie” (dokooptowanie) takiego turysty jak Ty sam tylko o kompetencję czy dwie młodszego, na początku swojej kariery. On nic nie da zarobić, jeszcze się do niego czasem dołoży jakieś fanty, ale znakomicie odciąży korelacyjnie, bo można go posłać na dowolny front i mieć z głowy – poradzi sobie, a nawet jak nie to tak skoreluje z brygadzistą i prolami że będzie dobrze. No chyba że natknie się na problem do którego będzie potrzebował mentoringu, ale to po prostu taki podatek jaki wynika z przekazywania wiedzy następnym pokoleniom – trzeba zdradzić nieco tajemnic zawodowych, aby pozyskać oddanych (przynajmniej na czas koniunktury) bohaterskich egzodynamików firmy. Wychodzi nam pięć osób, z tego zysk jest na poziomie być może 3-4 średnich do kieszeni szefa. Tak funkcjonuje większość firm budowlanych i innych średniokwalifikacyjnych w Polsce i za granicą. Kwotowo w lepszej geografii to wychodzą 2-3 średnie, ale dochód dysponowany w wyniku tej geografii właśnie to x2 najwyżej. Nie znajdziesz tym ludziom zajęcia, stracisz płynność czy Ci ich podkupią na wyjeździe zagranicznym i tracisz źródło dochodu – machasz biznesowi na pożegnanie, nie licz na to że jesteś w stanie na wysokiej koniunkturze odbudować potencjał łapanką, a przy niskiej psu na budę pracownicy – żeby mieć się o kogo martwić?
Zarządzanie piątką ludzi to nie jest lekka praca. To jest trudne, większość ludzi sobie z tym nie radzi, więc większość nie jest szefami nawet takich małych firemek. Do tego z czasem (jeden krótki cykl koniunkturalny) taka firma obrasta w koszty (transport) i staję się obciążeniem stałym w funkcji czasu, a zarabia tylko na robotach. Samo utrzymanie tego w ruchu jest trudne. Z przyczyn obiektywnych i łatwości oddolnej samoorganizacji (bo sami widzicie jak łatwo to oddolnie zorganizować, jakie to samorzutne) biznesy większego uorganizowania nie dbają o takie struktury, wyzyskują je bez wahania, a w razie potrzeby same potrafią zwinąć szerszy trójkąt do takiej struktury jako przetrwalnika kryzysu. Jeśli pójdziesz w tę stronę to jak widzisz w Polsce te 12-15kPLN może Cię nie ukontentować, a nie będziesz miał kiedy się wyspać. Jak znam sytuację takich szefów w budowlance obecnie w Szwecji (a kiedyś sam tak robiłem) to metr mułu i dopiero dno, nie żeby kasy brakowało, ale czasu na życie brakuje i nerwy straszne, i jeszcze skarbówka upierdliwa dla budowlanki (bo przecież w budowlance szukają kasy, bankom nie podskoczą). A jeśli jeszcze do tego na poważnie macie prowadzić księgowość i papiery to można cały ten cyrk rzucić w kąt przy pierwszym wierzgnięciu koniunktury.

Zanim ruszymy dalej warto podsumować gdzie jesteśmy. Otóż po wysługiwaniu się jako turysta mający w plecaku ulgę podatkową w postaci spółki kapitałowej o niedopowiedzianej kwestii stosunku do rozliczania się z haraczu, oraz (zakładamy ten kapitał jako podstawowy) władowane kompetencje i zapał do pracy (ten minie, ale kompetencje zostaną) w celowe umiejętności związane z wykonywaniem zawodu (przy czym operowanie papierem tak żeby sobie te ulgi od haraczu na Kapitana Państwo zorganizować to też kompetencje) gromadzimy brzdęki. Na czas kształcenia wykorzystaliśmy rodziców tak jak się dali wykorzystać, a my sobie zdobyliśmy takie wykształciuchostwo jakie nam akurat przyszło do głowy nie słuchając rad starszych i mądrzejszych, żeby na żadne studia nie iść tylko od razu do roboty i firmę zakładać. Co może powodować, że jak wielu czytelników budzimy się w okolicach 30 mając odłożone nic, koszty stałe, kredyt i perspektywę że w korpo mają stałe dostawy młodych egzodynamików skuszonych sektą co się nimi zajmie jak pani Basia z dziekanatu. Z takiego układu nic tylko wiać. A z kapitałem może być licho. Jeszcze jak kto może delikatnie wyjść to sukces, a jak wywalą cały dział z braku zajęcia przy kryzysie?
Nie nazywajmy więc miejsca w jakim się jest w takiej sytuacji, bo i ja nie miałem złudzeń, że jest tam czarno i niepolitycznie jak zwiedzałem. Z powodu powszechnego niedoboru kapitału po dwóch wojnach i dwóch okupacjach, a teraz trzeciej amerykańskiej jesteśmy tak wydojeni, że nawet dostrzegamy iż kapitał społeczny nam wydoili i jesteśmy zatomizowani. Młodzi w poczuciu niedosytu tego kapitału łażą sobie co roku z flagami i wykrzykują nienawistne hasła, a i co starsi też tam się potrafią zaplątać. Połażą po stolycy, pośpiewają kumbaja, potrzymają się za ręce i wracają w poczuciu że takich porzuconych bez sieci społecznej jest więcej.
Lecz jakże trudno jest polować samotnikom!
Z łownego zwierza oczyszczono cały las
Wywracamy kieszenie i liczymy – zakładając dobre przyciśnięcie samych siebie wychodzi nam 1-2 średnie z pracy i kompetencji, +1/2 -1 z supply (nadgodziny trzaskamy w młodości ile wlezie), *2(prawie dwa) z robienia sobie żartów z Kapitana P. i wszystko mnożnikiem geografii *2. Jak dobrze pójdzie to w młodości wyciągamy około 20kPLN na rękę, co nam wraz z kompetencjami i wybieraniu lepszych kąsków zapewni na dobrej koniunkturze 30kPLN. Bez mnożnika geografii wyjdzie połowa, tak samo bez mnożnika “unikania Kapitana P.” też będziemy wyglądać licho. Teraz odniosę to do praktyki średniokompetencyjnej budowlanki jednego z czytelników w złej geografii z pięcioma właśnie UkroProlami o pewnych cechach turystów (no przyjechali czyli turyści). Jemu właśnie wychodzi 15kPLN+ jakiś tam plus. Przy dobrej koniunkturze jaka teraz była i jeszcze chyba jest w złej geografii, bo w dobrej szlaban. W dobrej geografii wyszedł by mu prawie dubel. Ale prawie czyli tak liczmy 23-28kPLN z tym że już w innej walucie liczone (koszty życia zapomnijcie – w Polsce są już takie jak w innych krajach, to co jest tanie to są detale życia a nie rdzeń wydatków). Przyjmijmy te 20kPLN jako nasze 300 jednostek z tekstów o wyliczeniach, gdzie standardowy, wykwalifikowany ale niesamosterowny pracownik o istotnych kwalifikacjach w dobrej geografii wyciągał 200. Z mojej praktyki wynika że spełniając wszystkie stawiane sobie, ostre wymagania i zasuwając po 55-60h tygodniowo w młodości wyciągałem około 500 jednostek. Z tym że będąc człowiekiem rozrzutnym nie starczało mi do pierwszego. Państwo rozumieją – żyło się pełną paszczą. Dość szybko skalkulowałem że nie tędy droga i zacząłem paszczę przymykać.
Żebym ja to wszystko wiedział co dzisiaj wiem ze 20 lat temu to ja byłbym starszy i mądrzejszy, aj waj! Ale wylądowałem w geografii gdzie Ci młodzi – to oni wszystko to wiedzą, oni mają tę wiedzę przekazywaną z pokolenia na pokolenie i dlatego na nich wołają “stare pieniądze”. Czyli ciągłość stanu posiadania i przekazywania wiedzy o unikaniu Kapitana P. jak i dojeniu najkorzystniejszych części gospodarki – czyli przemysłu, bo kraje bogate to kraje uprzemysłowione – jest formą kapitału jaki można przekazywać, a są nawet części innych narodów co tak robią. Czyli oni mają kapitał wiedzy, kapitał społeczny, kapitał w maszynach, kapitał w zorganizowanych strukturach, i kapitał w postaci brzęczącej gotówki + zdolności zalewarowania pod inne posiadane pasywa. To trzeba zrobić żeby mieć tak samo. I tutaj pada pytanie – czy się w nich w trzy pokolenia wtopić i obrzezać, – czy też zbudować sobie własną chąsę, i czy to jest wielkie wyzwanie taka własna spółdzielcza grupa kapitałowo przemysłowa… Włosi i Japończycy zbudowali, WASPy zbudowały, znaczy da się. Ale iluż nie zbudowało i tylko kurz po bombach się tam unosi?
Rzucamy się więc na piątkę ludzi po 200 sztuka, z czego zgarniamy po 100 z proli naszych, z a których we trzech z brygadzistą i turystą dokooptowanym wykonujemy bolesne czynności intelektualne załamując ręce nad tym, co takiego za nich jeszcze trzeba zrobić i co się zawali. 100 jednostek z prola to sporo, pod warunkiem że jest on produktywny, mało stratny i tniemy Kapitana P. na należnościach za niewolnika, który to (jak twierdzi Kapitan) jest wykwalifikowaną częścią infrastruktury tak jak chodniki i trzeba za to państwu dawać działę, a jak nie to won do Sudanu. Ja bym jednak Kapitana wysiedlił do Sudanu bo tu wszystko myśleniem moich przodków postawione, a państwo ma krótszą ciągłość niż mój ród. Czyli moje to jak Jerozolima jest fenicka. Moje czyli sobie biorę – jak komuś potrzebny pozór uzasadnienia moralnego do niepłacenia haraczu, ja wszystko umiem zracjonalizować, nawet że białe jest niebieskie, chociaż w nocy czarne. Rozsądnie jest jednak założyć że z prola dźwigniemy po 50 jednostek. Co w rezultacie postawi nas na poziomie 350-400 jednostek przy takiej organizacji, z ryzykiem na poziomie kwartalnego utrzymania stanu podtrzymania pracy i kwartalnego opóźnienia płatności, co razem daje nam (wraz z kosztami utrzymania tego cyrku) jakieś 15k jednostek, co oznacza że półroczny bufor kosztuje Was jakieś pięcioletnie oszczędności z turystyki, o ile cały cykl koniunkturalny pilnie oszczędzaliście i jeszcze udało Wam się wstrzelić. To jest po prostu NIEREALNE. A ponieważ takie jest, a ludzie jednak chcą u Was prolować, bo przyjmujemy że jesteście kompetentni i wypłacalni, to lądujemy z całym biznesem w bezalternatywnej sytuacji przymusowej. Przyjmujemy do wiadomości że ryzyko jest na poziomie 15k jednostek, podejmujemy zobowiązania, wszyscy wiedzą że to palcem na wodzie pisane i każdy trzyma krótką pozycję żeby wyjść (nawet prole – raz nie zapłacisz w terminie i może ich już nie być – nie masz wtedy firmy wcale, a zobowiązania masz), czyli jak to tąpnie to w postaci gotówki, kontaktów społecznych, układów z klientami i jakiejś tam odpowiedzialności honorowej względem “proszę wstać Szaman idzie” będziecie 15k w plecy. Na przykład dostaniecie bana na prowadzenie DG, sprawowania funkcji w spółkach i jeszcze jakąś nieegzekwowalną karę finansować w postaci czarnej listy u komornika i w bankowym spisie nielubianych, co sprowadzi Was z możliwościami wynajęcia lokalu, prowadzenia działalności na drakkarach i tak dalej z kosztami w górę i prosto w ramiona Szarej Strefy i nieco ciemniejszych zaułków.
Dlatego w normalnych gospodarkach smarkateria przed 30tką nie zatrudnia ludzi, chyba że dziedziczy firmę po szanownym rodzicieli i sama tam robi za turystę – bo to jest kapitał społeczny, finansowy i organizacyjny żeby to podtrzymać i żeby się nie rozleciało. Dlatego nie macie zaufania do polskich pracodawców, ich wypłacalności i uczciwości, bo bez kapitału nie mają płynności a każda obsuwa jest dzielona na ten kapitał społeczny i organizacyjny, którego ubywa po każdej takiej akcji i dochodzi do inflacji, niszczenia tych kapitałów i w rezultacie atomizacji społecznej. Nie mamy płynności w zaufaniu – nie ufamy sobie nawzajem, bo jesteśmy gołodupcami. I nie ma się co oszukiwać – trzeba stanąć w prawdzie i przyjąć do wiadomości że jesteśmy biedni, a jedyny sposób dalszej akumulacji kapitału tą metodą to eksploatacja proli. Czyli ubożenie najbiedniejszych. Aż się wkurzą i zaczną zjadać ludzi żywcem na ulicach.

Na chwilę porzucamy opowieść o tej ekstensywnej ścieżce rozwoju i ruszamy na ulicę Alternatywy dowiedzieć się jak u Anioła w raju. Czyli jaka jest alternatywa intensywna. Od razu zwrócę uwagę że ma dwa rozwiązania finansowe, jedno nam wróci bumerangiem niczym weksel później w tekście. Czyli ładujemy się bez żenady w kapitałowe środki służące zwiększeniu wyceny naszej pracy. Wszelkimi możliwymi sposobami, czyli w obecnym ustroju kupujemy spółki zagraniczne i tworzymy sieć tożsamości prawnych na każdą okoliczność ofertową (bo w innym ustroju to kupujemy dzieła wybrane z Ventotene i wkuwamy formułki jakie mają być obowiązujące, zapisujemy się do eurpartii, kupujemy flagę w gwiazdki i spisujemy się na eurofolklistę jako postępowy Europejczyk z pięcioma rekomendacjami od naszych przyjaciół o nieokreślonej płci), a przy okazji wyposażamy się w możliwie wyżyłowane narzędzia do wykonywania naszych najszerszych i najostrzej wycenianych kompetencji. Przemysł aby funkcjonować potrzebuje, aby na samym dole “ktoś coś przemyślał” i z praktyki funkcjonowania przemysłu oraz zbudowanego na tym kapitału (piszę o geografiach przemysłowych, w Polsce pozostały tylko firmy na zgliszczach molochów przemysłowych gdzie jeszcze ktokolwiek pamięta że taka logika i praktyka była, ale po co ona była to już mało kto – bo wyjechali tam gdzie jest to praktyką dnia codziennego – inaczej nie działa). Ale po pierwsze to 1/12 jest taki nieco bardziej myślący, a jeszcze nie każdy pcha się do przemysłu – jeszcze 100-200 lat temu to była prestiżowa fucha, ale się inni też zaczęli reklamować, i młody człowiek myśli że bogactwo bierze się z socjologi, politologii, historiozofii, socjoekonomii, historii sztuki czy jakiś innych pierdół, ostatecznie zostanie łekonomem, bankowcem, urzędnikiem, kto by tam przez ten labirynt pokus trafił do jakieś brudnego i znojnego przemysłu dla proli? Jednak są tam frukta. Tylko udowodnij że myślisz i dadzą Ci pomyśleć. CV to umie napisać każdy, ofertę – no to można różne rzeczy napisać, zdjęcia – aparaty są powszechne, ale pokaż Pan to – sam Pan to robiłeś? No to już jakaś szansa. Młody człowiek musi więc przynieść swoją historię (CV), która i tak nikogo sama z siebie nie zainteresuje bo to powieść fantastyczna, względnie przygodowo awanturnicza, może mieć firmę i napisać ofertę – a to już jest szansa że zaprowadzą do prodDyra, albo i samego DyrDyra bo coś tam słyszeli że ludzi trzeba. Tam uzyskuje się minutę na przedstawienie o co chodzi – wykaż że jesteś zwięzły, i pokazanie fotek, oraz wzbudzenie zainteresowania twierdzeniem, że to wszystko macie przy sobie (a przynajmniej część), co sugeruje że jakieś próbki pacy albo maszyny wypada ze sobą przywieźć choćby tak na smaka. Jeśli dyrektorom pociekła ślinka że oto pojawił się ktoś, co umie i wyprodukuje coś i nie trzeba będzie za niego myśleć, to się pofatygują na parking i pokaż czym jeździsz oraz co tam wozisz za próbki, względnie narzędzia. Co sugeruje nam że trzeba mieć te narzędzia, i wykonać nimi jakieś próbki, aby jeździć z ofertą i w kieszeń można sobie wsadzić swoją przygodowo awanturniczą historię.
Czyli narzędzia, maszyny. Czytelnicy w postach uparli się na obrabiarki, generatory prądu i w sumie ich zupełnie rozumiem – miałem kiedyś taki biznes na kółkach i to nawet niezły interes jest, póki człowiekowi się chce z tym kramem obwoźnie po portach i grubym przemyśle jeździć, między instalacjami skręcając na obiekcie i dorabiając na miejscu braki. Nie będę przytaczał całej historii ale zaraz Wam przejdzie zapał jak dojdziemy do liczb. Tych co stać – to już nie potrzebują, to bardzo egzodynamiczna działalność, a dla tych co nie mają to im się wydaje że “taaaaaka kasa”. Tak jak ścieżka z prolami była na wysokich ryzykach i na koniec cyklu z powodu akumulacji zobowiązań na poziomie oszczędności z całego cyklu jest drogą donikąd (trzeba wymienić wektory zaufania, organizacji i zdolności honorowej na kasę, albo zabrać kasę na następny cykl, ale zdemolować inne wektory uspołeczniając koszty) tak i w tym wypadku zaraz się przekonamy że kupiliśmy bilet raczej w tę samą stronę. Donikąd, z tym że innego, nieco innego, gdyż wytworzymy kapitał materialny, który będzie można jakim psim swędem przenieść w przyszłość przez przepaść kryzysu pomiędzy “krótkimi cyklami”.

Co możemy więc zaoferować idąc do fabryki. Powiedzmy że interesuje nas praca przy obrabiarkach – to rozwiązanie najdelikatniejsze ekonomicznie. Po pierwsze musimy umieć je programować, ustawiać i pracować na nich. Gdybyśmy jeszcze umieli serwisować (ja nie umiem i nie lubię umieć) to zostaniemy bohaterem fabryki już na wejściu. Do wyglądania godnie w tej pracy są nam potrzebne narzędzia. Potrzebujemy sprzętu pomiarowego, ale zazwyczaj do małych detali, bo na początek ustawią nas w jakim mordorze między trzema obrabiarkami i jak już się wyrobimy z ustawianiem i kontrolą pierwszych sztuk, poprawkami to przydadzą nam prola, żeby wciskał guzik i podawał maszynie materiał. Sprzęt pomiarowy jaki będziemy mieli do kontroli uzyskanej jakości detali i ich zgodności z rysunkiem (a wypada znać rysunek) jest wstępem do posadzenia tyłka na stołku QC (quality control), gdzie dadzą nam sprzęt własny bo certyfikowany (choć ja trafiłem i w takie miejsca gdzie muszę wyciągać własny bez podpisów i pieczątek bo nawet nie wiedzą że potrzebują, dopiero jak im pokazałem to załapali że mieli takie coś na uczelni i raz im pokazali do czego). I będziemy się na tym stołku użerać z nieprzytomnymi wymaganiami względem ponurej rzeczywistości maszyn i obsługi. Tutaj dominuje heurystyka – wychodzi panie taki towar w takiej jakości i taki sprzedajemy i się tym więcej nie wyciśnie inaczej niż wysyłając kadrę z QC do maszyny. A to wcale nie będzie szybkie i wydajne, a na pewno nie do powtórzenia. Kolejnych narzędzi jakich potrzebujemy to takie do rozkręcania narzędzi w obrabiarkach, ich skręcania, ewentualnie pomiaru tyle o ile. Wszystko to razem mieści się na połowie palety, z rozmachem na palecie jak wciśniecie tam jeszcze orzeszki, napoje, ciuchy i kask. Są takie gotowe zestawy w cenach chińskich i miernej jakości – ale jak się nie ma to się musi polubić, są też niechińskie, ale nie ma ich na otwartym rynku (będzie dalej akapit o tym gdzie są), i ewentualnie można sobie samodzielnie zrobić taki superwypas. Z czasem ta szafka (im większa tym lepsza) zapełni się różnymi zagubionymi w korpo gratami, jakie przydadzą się we własnej działalności. W normalnej firmie produkcyjnej w ciągu roku przeciętna szafka technika obsługi obrabiarek zasysa narzędzia w kwicie 25-50kPLN i nikomu to nie przeszkadza, póki nie wynosi, ponieważ ta kwota jest rozkurzem uznawanym za “koszty nauki” czyli połamane przez obsługę narzędzia. Ja wiem że szefom zakładów ślusarskich jak się opowiada takie rzeczy to wąż w kieszeni się budzi, i przypominają sobie co pracownicy potrafią zdemolować i za ile, ale pomyślcie że nie macie przy maszynie doświadczonych, 60-65 letnich dziadków, tylko Wam przysłali ze szkoły 20 letnią małpiarnię i zróbcie nimi produkcję – postawcie ich przy maszynach – teoretycznie wszystko umieją. To tylko w zdegenerowanej gospodarce przyzwyczailiście się że macie wybór i bierzecie emerytów, ale w gospodarkach gdzie wszystko działa normalnie nie ma takich wygód dla myszy – bierze się co szkoła urodzi, a kwiat narodu do technikum nie celuje.
Mamy więc szafkę nieco mniejszą od palety, chyba że zrobiliśmy ją sami na rozmiarze palety, na niej jest imadło, jakieś uchwyty na narzędzia do skrawania, miejsce na rysunki, narzędzia pomiarowe, w środku przeróżne graty do rozkręcania i skręcania narzędzi i karmienia nimi obrabiarek. O ile trafimy do zorganizowanego korpo, albo firmy średniej wykupionej przez korpo to sobie tam możemy zdobywać doświadczenie, obsługiwać coraz szerszy zakres maszyn, powoli akumulować kapitał i dostaniemy za tę robotę zależnie od tego jak się dogadamy i okpimy Kapitana P. i geografię od 300 do 500 jednostek przy zdrowych nadgodzinach. Z tym że wkręcenie się w taki interes wymaga rekomendacji, polecenia, szczęścia, koniunktury etc. Czyli wymaga kilku kapitałów i jeszcze na terenie musi być klaster co ma taką firmę i tyle zboża tam się sypie dla myszy. W Polsce może się Wam ta sztuczka nie udać, bo konkurujecie o miejsce z emerytem, który dostaje wypłatę na czarno i jeszcze kasuje dwa pińcet emerytury – nie przelicytujecie sukinsyna taniością, najwyżej możecie postulować eutanazję.
Możecie też trafić do lokalu podlejszej kondycji, gdzie jest krótsza pętla korelacyjna do szefa-wyzyskiwacza, maszyny o generację starsze niż w kopro, kraść nie bardzo jest co, ale poziom wciskania w Was kompetencji przez brygadzistę i kolegów większy. Z tym że tam będzie więcej czynności serwisowych, częstsze przestawianie maszyn, krótsze serie, częstsze fuchy bez rysunku “no takie mi pan dorób dwie sztuki”, czyli generalnie wyższe wymagania kompetencji, gorszy socjal i kantyna, ale potencjalnie lepszy demand na naszą usługę. Logika działania takich firm będących uzupełnieniem łańcucha korpo o “nie wiem nie chce mi sie” to robimy wszystko co uda nam się zrobić, a zrobimy co możemy o ile mamy sprzęt i ludzi i znamy kogo trzeba, tutaj więc pada pytanie czy jesteś kim trzeba i co takiego nam możesz wytworzyć z czym normalnie musimy się kopać albo przepłacać?
Jeśli więc macie jeszcze drugą paletę na pickupie, i na tej palecie macie spawarkę (najlepiej tig) i sprzęt pomocniczy do ustawiania detali i kawałek stolika do spawania i jeszcze – daj Panie macie sterowane z nogi obracanie detali na stole uchylnym i obrotowym to zakładając jakość kwalifikacji dorabiacie drugą wypłatę, a Wasz Szanowny Wyzyskiwacz poszerza ofertę. Powoli szerokość kompetencji i coraz większa praktyka będzie Was kierować w stronę zostania może nie szefem całego takiego bajzlu, ale chociaż jakimś małym wytwórcą, może brygadzistą, “szefem” DURu? Kapitał jest tu w maszynach. Ta pierwsza paleta z gratami do obrabiarki to kupowane po sztuce narzędzia, więc bez jakiegoś gwałtownego, skumulowanego wydatku kwota pomiędzy 500 a 1000 jednostek. Czyli jakie trzy skumulowane wypłaty, choć przekonacie się w czasie kariery że to wszystko można zebrać ze wziątków, znalezisk i wykopalisk. Ta druga paleta to zależnie od tego czy szarpiemy się na aluminium czy nie to skumulowany wydatek nie mniejszy niż 500 + 500 jednostek, a to może być dopiero początek, bo to jest zestaw do małych i średnich detali – zrobienie tym płotu czy bramy Was przerośnie, ale instalacji gazowej, wodnej, czy jakiej innej drobnicy do maszyn będzie akurat pasowało do takiego stanowiska na palecie.

Dlaczego turyście z walizkami płacą tak wiele, a prolowi tak niewiele? Czy mają różne żołądki? Czy inaczej się przez szychtę męczą? Ot wielka to dla socjalistów zagadka. Po prostu człowiek który sam sobie potrafi przygotować ustawić maszyny, sam rozpoznać co im jest i co im zrobić aby im przeszły fochy dostarcza tyle mocy korelacyjnej, że sam sobie umie wszystko wyprodukować i tylko nie ma maszyn (co nam sugeruje że jakby miał to by zarabiał więcej), a prol pozostawiony samodzielnie między maszynami nic nie wyprodukuje i jeszcze trzeba nad nim stać i mu zadawać mco korelacyjną “wdech wydech” w postaci powtarzania polecenia “pracuj” – bo inaczej się zwiesi i będzie dłubał w nosie, a po szychcie stwierdzi mimo lichej liczby produktów na palecie, że przeca całą szychtę był w pracy i mu się należy miska – wszak bez miski nie dożyje jutra. A Ty bądź tu mądry i prolowi daj. Turysta natomiast niczego prócz maszyn, zadań do wykonania i czasu mentorskiej eksperiencji niczego nie potrzebuje, wie po co tu przyszedł, sam wie co ma robić i nawet jak się go zostawi samopas, to wieczorem po szychcie paleta będzie zasypana towarem, być może nie tym którego akurat w dany dzień było potrzeba, ale produkujemy na następny tydzień, a turysta tak sobie ustawia maszyny, aby w najmniej obciążających go intelektualnie krokach ustawić następny produkt najmniej się przy tym guzdrząc stąd i kolejności często nie takie jak byśmy oczekiwali, ale po to mamy elastyczność czasu, aby mniej godzin sumarycznie poświęcić na całą robotę. Bo rozliczamy się wszak za godziny (mając w przytomności pracę), a w dodatkowych można zarobić jeszcze więcej – będzie się czym dzielić i turyście się dostanie.

Tutaj dochodzimy do wniosku że tak bez końca można dokładać kolejne “palety” ze stanowiskami pracy i poszerzać zakres, z tym że stanowisku pracuje tylko jak stoi przy nim człowiek. A ten człowiek musi wiedzieć co robi i coś umieć, czyli człowiek kompetentny, jeszcze dobrze jak zmotywowany, ostatnio zaś mamy z samicami jakie problemy i nam tych człowieków nie dostarczają, edukacja dogorywa i nie dostarcza nam człowieków przetworzonych na te kompetencje jakich stanowiska wymagają, wychowawcy nie formują prawidłowo kręgosłupa moralnego, a inne, jakieś kompletnie zbędne działalności jak przerośnięty sektor bankowy, absurdalna biurwa i durne gry komputerowe porywają nam łebskich ludzi, którymi można by wytworzyć bogactwo materialne, a tych wkręcono w robienie wirtualnego Wiedźmina, z tym że Niemców i Ruskich te wirtualne zastępy bohaterskich graczy do przytomności nie przywołają jak trzeba będzie to i owo ręcznie przetłumaczyć – pozostaje wiać z wirtualnej geografii eskapistów i trzymać się od nich jak najdalej. Jakby nawet jaka okupacja się przytrafiła twardo stać na stanowisku że się jest dobrym untermenschem i umie trzymać rękoma narzędzia, a nie tylko klikać myszą. I że się okupantowi w fabryce po ostatecznym zwycięstwie dobrobytu przysporzy, a może uda się przeżyć do jakiego “wyzwolenia” przez przeciwną stronę sporu większych & silniejszych.

Uwaga rozrachunkowa. Tak już sobie policzyliśmy że wchodzenie w ten interes z “meblami” do cudzej firmy jest ekonomicznie bardziej zasadne niż kopanie się w pięciu i “szefowanie”, użeranie z klientami etc, oraz zapewnia nam poszerzanie kompetencji, a nawet jakieś śladowe bogactwo materialne, co prawda niezbywalne, ale takie którym jakoś w połączeniu z odpowiednią firmą jesteśmy w stanie użyć do zarobkowania. Trzeba jeszcze mieć gdzie z tym wyjść. Trzeba ponosić ryzyko utraty, zepsucia, zniszczenia. Trzeba prócz tego zapasu na poziomie sprzętowym posiadać materiały eksploatacyjne i środki zapasowe na odtworzenie biznesu w razie W. Łącznie wydrenuje nam to 8-10 pełnych wypłat na sprzęt i jeszcze drugie tyle wypada trzymać w papierze na wypadek (aha – już to widzę jak zamrozicie tyle papieru żeby sobie leżał, po co komu poducha – jak będzie problem to się będziemy martwić?). Co oznacza, że władujecie w ten interes oszczędności z 2-3 lat. No to połowa tego co ryzykowaliście przy biznesie na pięciu pracowników, i zawsze wychodząc macie zakumulowany po przecenie do centów z dolara sprzęt do zarabiania wyceniany na roczne, lub dwuletnie Wasze oszczędności co przy okazaniu winduje w górę wycenę Waszej pracy, Waszej przydatności w biznesie, a nawet pozwala marzyć o skumaniu się z innymi co też coś mają mniej lub więcej i rozliczaniu się w wariancie ostrym (kapitałowym – na takie małe skale dość niepraktycznym), albo w wariancie poniżej maksymalnych kompetencji i zdolności sprzętowej, ale egzodynamicznym (czyli wykorzystując następną koniunkturę po kryzysie) tworząc jaką spółdzielnię. Oczywiście w takiej spółdzielni, z takim wkładem to tam będzie wyżej prola, ale nawet nie na poziomie średnim, więc będziecie dokładać pracy więcej niż inni, ale że takie mamy czasy iż samice proli nie porodziły, a państwo straszne wziątki chce za użyczanie niewolników, to wygląda na to że zgarniesz swoim sprzętem swoje stanowisko, jego potencjał i wynik finansowy przewidziany na prola, z tym że będziesz zasuwał od siódmej do siódmej. A spółdzielczość ma pewną olbrzymią zaletę – jest to zrzeszenie ludzi z na tyle niepodzielną ilością środków kapitałowych i osobowych, że od biedy i dla wygody mogą oni wszyscy przyjąć że są sobie równi, powiedzmy że równi, i na tym właśnie polega spółdzielczość klasy średniej, że niby każdy z nich nie ma kompletnego środka kapitałowego i zastępu proli, ale raz tworzą bardzo wydajny aparat, który eksploatuje to co jest do wyeksploatowania na rynku być może drożej niż formy kapitałowe zrzeszeń, ale robi to kapitałem organizacyjnym (samoorganizacyjnym), samomotywującym, doraźnym bez długoterminowych zobowiązań (to te 15k jednostek co nas bolało przy pięcioosobowej firmie) i właściwie nie potrzebuje ekspozycji wszystkich na oczy biurwy i rynku kapitałowego. Czyli potrafi ograniczyć koszty transakcyjne tak jak nie zrobi tego żadne korpo żeby nie wiem co tam wymyślili. Działalność spółdzielcza finansowo jest 2-3 krotnie efektywniejsza od każdej innej, ale dlatego że korzysta z kapitału własnej organizacji, zaufania (czyli potencjału płynności do rozliczenia w walucie jakiej nie zaoferuje nikt inny, wrócimy do tej waluty później). Z tym że na tym etapie zamożności to się dowiecie że taka opcja jest, ale jeszcze jesteście na nią za biedni (czyli nie jesteście jeszcze szlachcicem na zagrodzie, ale już wiecie że potrzebujecie własnej zagrody aby tam dołączyć) i właściwie to ta opcja nie jest odległa, szczególnie jeśli ubywa ludzi na rynku.
Gdzieś tu ze zwrotów lingwistycznych w tym akapicie przebija teza, że my to wszystko znamy, że nasi przodkowie tak właśnie mieli zorganizowane państwo, nie na kanwie kapitałowej, a spółdzielczej właśnie, i potrafili jako tacy skonfederowani, zanarchizowani spółdzielcy wbrew zdaniu króla się zorganizować i pojechać na wycieczkę ot tak zająć Moskwę z jakim tam dorwanym na drodze Samozwańcem. Mieli oni jednak takie wysycenie podbudowy kapitałowej, że każdy dysponował niepodzielną ilością środków produkcji aby nie patrzeć ze strachem w przyszłość, a nawet z optymizmem. I coś się nagle wzięło i wywróciło, bo nikt nie przewidział że ten sen zawsze kończy się gdy przypływają okręty zza morza i wysadzają desant, który wjeżdża do kraju dysponującego tylko zdolnością do napaści a nie obrony rozstrzygając wszystko demolką w huku dział.

Jesteśmy więc na etapie że pół cyklu koniunkturalnego (krótkiego cyklu) będziemy sobie spokojnie ładować kapitał, a potem to się zobaczy. Ponieważ za pierwszym razem wstrzelimy się w nieznany punkt cyklu to jest to mniejsze zagrożenie niż wynikające z wariantu z pracownikami. Może mniej rozwojowe, ale pozwalające na akumulację nie tyle drobnymi kroczkami, ale jakimiś krokami o przytomnej długości. Wiem że cały czas będziecie się patrzeć chciwie na obrabiarkę i tego ile z nie się kasy wysypuje. Powoli zaczniecie dostrzegać koszty serwisowe, straty w materiale i cenę obsługi to zauważycie ile kasy się do obrabiarki wsypuje, a przede wszystkim jaką wywrotkę papieru trzeba wrzucić do maszyny aby zaczęła wypluwać drobniaki. Porachujmy sobie jednak dla sportu. Nowa obrabiarka na poziomie to wydatek na poziomie pięcioletnich dochodów nie jedząc, nie pijąc, uroków niewiast sobie odmawiać o chleb i wodę żebrząc. Możecie się na taką obrabiarkę poślinić nawet nie przez szybę a przez katalog bo jest w cenie nowego ciągnika siodłowego z naczepą. To jest tej klasy środek kapitałowy jako pojedyncze stanowisko pracy. Z tym że pracę na ciężarówce biurwa reguluje (kiedy operator ma mieć wolne, kiedy spać, jak szybko jechać, ile płacić viatollu) i jeszcze bezczelnie wymaga aby im prowadzić papiery i tacho (skandal – bić psubraty!), a do obrabiarek jeszcze się nie przyczepili ale coś już tam przebąkują o opodatkowaniu robotów. Ponieważ to są za wysokie progi na lisie nogi to poszukajmy czegoś starszego, nieco zużytego, pięcioletni obrabiarka jest po kropo zazwyczaj dość już wyeksploatowana. Na tyle że jeszcze działa, i po włożeniu w nią tych 40roboczogodzin serwisu i drugie tyle w częściach będzie w stanie zadowalającym. Taka obrabiarka (powiedzmy coś wyobrażalnego dla większości czytelników, bo nie będziemy straszyć spaleck screenerem , czyli wyobrażalna tokarka, frezarka, drutówka, względnie jakaś kombi do dłubania mebelków, duża prasa w setki ton, kantówka tego kalibru + gilotyna) to wydatek na poziomie 1/4 takiej nowej. No niby byśmy się jeszcze wysilili przez 2-3 lata w dobrze trafionym cyklu koniunkturalnym i grat nasz. Chyba że ryzyko nietrafienia w cykl… sami czytelnicy rozumieją – możemy tego zakrętu na takiej ścieżce nie wyrobić i będziemy na kryzysie szli w bankruty wyprzedając się po dziesięć centów za dolara. A obrabiarka wymaga jeszcze tych 40 roboczogodzin serwisu i części, co nam może podbić cenę o 25%, a jeszcze trzeba smarów, oleju, chłodziw, kompresor jaki większy ze zbiornikiem dostawić, wytłumić bo to hałasuje przecie, narzędzi dokupić, materiał jaki, wychodzi nam na taką przechodzoną pięć lat przyzwoitą obrabiarkę władowanie się oszczędnościami turysty z 5/7 cyklu koniunkturalnego, a trzeba jeszcze jakie metry kwadratowe pod to mieć, prąd w gniazdku i to nie takim małym bo to w dziesiątki kilowat prądu bierze po 3 fazy na 25 amper. Czyli jest to na bardzo bolesnej granicy bólu i decyzja zapadnie że “raczej nie”. Przynajmniej jeszcze nie z tego poziomu.
Tutaj nam pojawia się myśl, że nawet jakby nam tę obrabiarkę kto “darmo” dał żeby ją nakarmić papierem, w postaci części, serwisu, jakiego metra kwadratowego warsztatu, smarów, chłodziw, oleju do hydrauliki beczkę cała (bo stare to cieknie), już nie mówiąc o spełnianiu mrzonek biurwy żeby ten olej na podłogę nie ciekł i do ścieku, to jesteśmy na tyle niezamożni iż możemy nie wytrzymać takiego cyklu koniunktury do końca i zwyczajnie przepalimy kapitał. Czyli nie tędy droga. Wrócimy do pomysłu obrabiarek jeszcze, bo wszak są na świecie maszyny 30-40 letnie w cenie busa czy nawet manualne, ale mają one inne wady, pomijając te narzędzia i materiały eksploatacyjne do nich, że nie da się ich kalkulować w tym kontekście. Najwidoczniej w jakimś innym, i inaczej się je kupuje, i nie za tę walutę którą oszczędzacie do rachowania. Zapewne za jaką inną, ale jeszcze takiej nie macie i nikt z Wami nie chce na ten temat dyskutować – jeszcze na tym etapie nie rokujecie. No chyba że trochę rokujecie. To wtedy wariant drugi.

Drugi wariant jest taki że w szczycie koniunktury ktoś nas dostrzeże i pozwoli się wkupić w interes, albo po prostu nam wydzierżawi czy na innych warunkach “da” środek produkcji. Najczęściej na wyłączność produkcji i przy podjęciu się utrzymaniu środka (oczywiście ze wsparciem gdyby jednak nas przerosło). Z tego wynika że cykl koniunkturalny ma się dobrze i idzie w górę – znaczy niebawem będzie spadał, w takiej sytuacji możemy liczyć że mamy 3 lata lub mniej żeby wszystko podopinać i się przebić z 50cent za dolara do następnego cyklu po stratach branych na klatę w kryzysie. Zapłacimy za to ilością roboczogodzin, odraczaniem konsumpcji i własną krwawicą. Albo się nam wcale nie uda, bo jak wyjdzie że cykl się zamknie po 12-14 miesiącach to będzie najwyżej za co się upić (jeśli wydaje Wam się że w przemyśle przy zawaleniu się łańcucha dostaw 50kPLN oszczędności na stanowisko pracy to jest w ogóle cokolwiek to Wam się jeszcze wydaje – to jest nic, to na kurz i miotłę wystarczy z ledwością). Ponieważ powołujemy się na jakiegoś ktosia co to niby ma nas dostrzegać to musimy się przytomnie zastanowić kto to taki nas może dostrzec. Najpewniej ktoś kto nas zna długo, sam dysponuje kapitałem i brakuje mu kogoś kogo jest łaskaw dostrzegać. Mamy więc takie opcje że to ktoś z pierwszego przypadku – czyli potrzebujący proli, brygadzistów i turystów w różnym wieku; drugi przypadek że ktoś kto potrzebuje umocnienia szerokością możliwości produkcji bez zwiększania wolumenu; trzecia że ktoś zwyczajnie potrzebuje aby mu kawałek firmy popchnąć samodzielnie i żeby to wypluwało elementy potrzebne reszcie firmy bez obciążania mocy korelacyjnej trzonu jakim zajmuje się dostrzegający; oraz ostatni przypadek, kiedy dostrzegany jesteś, ponieważ ktoś szuka firmy pozarynkowej (wykluczonej, ukrytej, bez oferty na zewnątrz, w nomenklaturze PRLu – gospodarstwa pomocniczego) i ze względu na pewne Twoje cechy o których za chwilę może dogadać się z Tobą na zasadach spółdzielczych, a nawet kapitałowych jak jesteś na tyle mocny (jeszcze nie jesteś, ale w dalszej części tekstu rozpatrzymy przypadek w którym jesteś, z tym że wtedy Ciebie to mało może interesować propozycja).
Cała ta przyczyna dla których ludzie przytomni rozglądają się za innymi przytomnymi jest taka, że środków kapitałowych, sprzętu, maszyn i nieruchomości od groma, robić nawet od biedy jeszcze jest komu, ale myśleć nie ma komu i sterować tym zaprzęgiem. Czyli brakuje średniej kadry kierowniczej, bo ta jaka jest z gołodupców po studiach nie nadaje się na nic więcej żeby im dać Tamaguchi pod opiekę, a nie firmę z maszynami, a co jeszcze śmieszniej – z pracownikami i zbytem. Potrzebny jest korelator, który ma dowody swojej prawidłowej korelacji, dowody materialne, czyli ma zasoby. A jeszcze ma dowody w swojej historii czyli jest dostrzegającemu osobiście znany, osobiście z przemysłu, z biznesu, z zaradności i się jakiś tam kontakt przez cykl czy kilka cykli koniunkturalnych miało i “znaczący wzrost organizacyjny towarzysza” widziało, dostrzegło i widocznie nikogo lepszego do współpracy nie ma. Bo to już jest współpraca, nawet jeśli mało proporcjonalna kapitałowo, bo jeden jeszcze myśli o zagrodzie, a drugi ma dwa plutony pod komendą.

Rzućmy więc okiem jakie to mogą być te opcje w praktyce, co się proponuje, komu, dlaczego i za ile. Na pierwszy ogień w firmie mającej powiedzmy z 60 pracowników, przemysłowej o charakterze rzemieślniczym (produkcja stoczniowa, konstrukcyjna, instalacje przemysłowe, utrzymanie ruchu w portach, praca czasowa dla firm przemysłowych) potrzebny jest jeszcze jeden, przytomniejszy od prola turysta, którego można samodzielnie posłać na odcinek frontu, ale żeby mógł być bardziej ukontentowany ekonomicznie (żeby nam nie uciekł) to oferujemy mu ukontentowanie się w ramach obecnego systemu rozliczeń kosztem własnym i podatkowym z pominięciem funduszu płac. Czyli oferujemy mu samozatrudnienie przez DG lub spółkę jako konsultanta na fakturę (albo to on firmie to proponuje) i co z podatkami zrobi to jest Jego prywatna sprawa – z grzeczności nie zadajemy pytań zakładając że pan sam rozumie. Jak nie rozumie to jego strata. Najczęściej jednak dogadujemy się z ludźmi którzy doskonale rozumieją i nic im już więcej nie trzeba tłumaczyć przy takiej propozycji. Czyli jest rynek, na którym jest więcej ziarna dla myszy, ale filtr na myszy jest bramką logiczną taką jak te teksty – mysz albo rozumie, albo nie wie że bramka istnieje i istnieje flip side. Bardzo trudno jest spenetrować takie środowisko nie będąc z tego środowiska, to jak penetracja charakternych nie będąc z onych. Człowiek nawet nie wie o czym się nie mówi, ale jak się już dyskutuje to z poważnym przytupem i bez owijania w bawełnę.
Cóż taki samozatrudniony może wytargować – otóż zależy to od zakresu jaki oferuje, my go musimy dość ukontentować ofertą zapewniającą że od niego te usługi kupimy, on z kolei będzie wiedział że z czasem może coraz więcej zaoferować rynkowi i nas mieć w poważaniu, z tym że my konkurujemy ciągłością, a gdyby nawet padła to dajemy mu bilet na rynek, referencje, układy i układziki. Szerokość oferty zależy od sprzętu, czyli na ile odciąża przeznaczone dla proli środki kapitałowe w postaci maszyn. Ma własny samochód a do robót trzeba jeździć – brawo – dostaje więcej, trzeba pracować na hali i mieć własne narzędzia na własnym wózku czy melexie – jak ma – brawo – dostaje za to więcej. Trzeba spawarkę i go nie stać na taką drogą do aluminium jak na stoczni przy produkcji jachtów – załatwiamy leasing, albo mu nawet wypożyczamy własną umawiając się na spłatę w ramach roboczogodzin (i spisujemy ze stanu^^ a podatki już się amortyzowały, przecie narzędzie jest na hali, a później się spisze w zużycie – dwie księgowości, dwa światy).
Ten poziom kosztów w granicach trzech wypłat spłacanych w ciągu roku przez dostrzeżonego to taki próg bólu nowej inwestycji w sprawdzonego turystę. Oczywiście taki turysta więcej zrobi jak sam przyjdzie z ofertą że on już sprzęt ma i nic się z nim nie trzeba umawiać ani mu pożyczać – ze swoim przyszedł. A to wtedy w pas się Panu Turyście kłaniać że nas odciąża korelacyjnie, kapitałowo i w ogóle robota będzie zrobiona, zapraszamy, ile Pan sobie życzy? Takiego człowieka co tak z ulicy przychodzi i ma (bo są ludzie co mają i pozostali) to nawet jak pierwszy raz ma kontakt z żywym szkockim wita się po 800p/w do ręki, a potem proszę pana się zobaczy jak ten most wyjdzie, bo my tu mamy taki układzik z BAE i tam dadzą prawie dubel, a jak jeszcze pan przyprowadzi proli to i na nich można co skubnąć.

Gdzieś tutaj zapala się lampka, że taki samokorelujący się turysta to jest poszukiwane przez przemysł stworzenie i z powodu braku gwarancji jakich iluzja otacza proli ich stanowiska pracy, za które pracodawca ma taaaaaaaaaaaką odpowiedzialność zapewniającą prolowi ochornę (iluzoryczną) przed złym światem, że to stworzenie jest bardzo potrzebne. Bo jest. Bo kiedyś jak jeszcze nie było podatków dochodowych to to zoo nazywała się kadra specjalistów i sobie żyło pod ochroną ekonomiczną wielkich kapitalistów trzymających w ruchu fabryki. To było bardzo dawne temu, paszporty były wtedy tylko w Rosji u batiuszki cara.

Dalej zaczyna się pewna koncepcja niekapitałowa, czyli damy Tobie ludzi, jednego rozgarniętego i dwóch co ich trzeba pilnować i ruszaj z nimi na front robót. Coś nimi wyprodukuj, tu masz środki kapitałowe, liczymy że masz kompetencje w zarządzaniu ludźmi i sobie nimi poradzisz. To jest trudne, ale to taki wstęp z przygotowania do prowadzenia biznesu prolami na cudzy koszt. Jest też wariant tego rozwiązania który się w Polsce jeszcze nie zdarza z powodu niskiego poziomu zaufania wzajemnego, że się najpierw przestawia w ramach grupy spółdzielczej lub kapitałowej maszyny tam gdzie najczęściej będą chodzić, a potem wysyła do takiego mikroklastra własnych proli pod wodzą turysty razem z materiałem żeby wyprodukowali na potrzeby firmy i wrócili z łupem.

Pętla korelacyjna. Właściwie to jest temat na oddzielny tekst. Ale spróbuję pewne aspekty tutaj ująć. Otóż zdarza nam się po niemiecku skategoryzować myśli nieuczesane w sposób dzielący przestrzeń jak droga przemarszu szeregów z pochodniami. Zdarza nam się mieć myślenie życzeniowe Ich Will! I tam się nam w głowie roją roszczenia względem rzeczywistości cóż takiego miałoby się urzeczywistnić. Najkrótsza pętla korelacyjna to jest własna, sam sobie wymyśliłem – sam sobie zrobią. Mam taki pomysł, miarkuję jakie mam środki, zapytuję sam siebie czego jest wielkie mnóstwo w dyspozycji, rozważania prowadzę nad pomysłem, kontroluję swoją praktykę i jeśli jestem zadowolony z przeprowadzonej w głowie fazy projektowej to czynię jakie szkice, dowody materialne planowanej zbrodni wytworzenia potajemnie czegoś co mógłbym kupić w celu uiszczenia podatków, obliczenia, rachunki, wysyłam to do działu zakupów rzeczy tanich, bo takich jakich jest wielkie mnóstwo, terroryzuję sprzedawców na ebayu, po trzech miesiącach dochodzą rzeczy z Chin, w tym czasie było pięć narad produkcyjnych i review projekty, w rezultacie po pół roku rozpoczynam produkcję i po dwóch latach pracy w godzinach po godzinach szabrując materiały do klientów mam w dyspozycji urządzenie, którego odbioru dokonuję ze zdziwieniem i niesmakiem, konsultuję ze znajomymi wady, dowiaduję się że “się musi dotrzeć – wszystko jest dobrze” i mam rezultat – Ich Will zamieniło się w materię, odarło z marzeń i ubrało w rzeczywistość. W całym procesie sam sobie byłem decydentem, dawcą kapitału, odbiorcą (to najważniejsze) i sam musiałem ocenić czy jestem zadowolony z pracy rzemieślników, sam też byłem każdym rzemieślnikiem i wymyślałem na durnia od projektu, a ten zastanawiał się na co komu tyle złomu, sam też się motywowałem do dalszych postępów, sam dokonałem ich walidacji, wreszcie sam przekazałem odbiorcy towar i jako odbiorca sam go przyjąłem, po raz pierwszy uruchomiłem i coś wyprodukowałem, a nawet udało mi się produkt wyprodukowany na urządzeniu tego zacnego producenta sprzedać firmie trzeciej. O tyle to wszystko proste i trudne za razem, że tę pętlę przeprowadziłem we własnej głowie, będąc w jednym ciele, raźny duchem w jednym miejscu. Sprawy skomplikują się przy kilku osobach. A co dopiero przy międzynarodowym podjęciu decyzji odnośnie wydobycia na polach o zakresie sporego akwenu na szelfie – i tam na samym końcu jest przecież ręcznie wiercony otwór, przełożona przez to śruba, dwie podkładki, nakrętka i ktoś to dokręcił, a ktoś inny sprawdził czy dobrze. Jak taki proces przebiega to musi być bałagan i to nie może byle czego kosztować?

Skoro już wiemy po co całe to myślenie, i wiemy że potrzebne jest bogactwo materialne, w celu stworzenia logicznymi następstwami większej liczby bogactwa materialnego, czyli uorganizowania materii walającej się w naszym małym rejonie wszechświata w sposób jaki sobie wymyślimy i przydający nam korzyści, to racjonalnym z punktu widzenia zleceniodawcy jest taki turysta, który sam już sobie wszystko poukładał. Czyli ma jakiś kawałek garażu, względnie chce wynająć kawałek hali u zleceniodawcy i tam sobie urządza włości, stawia maszyny, wyzyskuje proli i molestuje asystentki – jego małe księstwo. Ponieważ z punktu widzenia właściciela środka kapitałowego może wystąpić taka sytuacja, w której jest kapitał i leży bo nie ma kto go korelować i wykorzystywać do pomnażania bogactwa, to trzeba się tym środkiem podzielić, tak aby ktoś kto ma swobodne moce korelacyjne połączył je ze środkiem kapitałowym. Rozsądnie jest więc dać mądremu człowiekowi narzędzia i podzielić się wynikiem. To co prawda wielkie ryzyko i gdyby tak zaproponować komuś kto ma zbędne, powiedzmy na tym etapie i poziomie rozwoju, sto tysi PLN, że jak damy temu tutaj korelującemu turyście te środki to on ma będzie sprzedawał co miesiąc ekskluzywnie produkcję o takiej wartości, że będzie nam taniej od zakupu z rynku o 5k PLN i tak przez przynajmniej dwa lata, a potem taniej tylko o 4k PLN przez rok i spadająco do zera przy stracie kapitału. Czyli po dwóch latach mamy zwrot kapitału i 20% zysku (potencjalnie, bo jeszcze musimy to zbyć), potem jeszcze w ciągu roku prawie 50% wyniku, na koniec czwartego roku jeszcze dodatkowe 35%, piątego teoretycznie 25% ale liczymy że się cykl gospodarczy (krótki) zbiesi nam do tego momentu i co było a nie jest nie pisze się w rejestr. Więc w dając komuś sto tysi do łapy plus 10% inflacji rocznie to na zero wychodzimy przy 146% po 4 latach, a tutaj potencjalnego zwrotu mamy 205% czyli dobrze, chyba że koniunktura siądzie rok wcześniej i ewentualnie nie będzie tak różowo to konkuruje nam 146% ze 170% plus ktoś przejmuje środek kapitałowy i nas lubi bo ma czym pracować. Niby z ryzykiem 3 letnim nie jest to dobry interes, ale przy szansie że podziała 5 lat i będziemy nie 60% a 85% nad inflację to jest potencjalnie wielki wypas. Są tu więc przytomne zmienności i ryzyka. Z tym że gdyby to było takie proste to by się tym zajmowały banki, a zajmują firmy, które w przemyśle są określane jako “kapitał ryzyka”. Bo koniunktura może się wysypać w dwa lata i wtedy jesteśmy pod inflacją, a w żaden sposób nie odzyska się wkładu w maszyny przy kryzysie czy choćby niskiej koniunkturze – nawet nie ma po co tego ujmować w umowach.
Bardzo dokładnie opiszę ten mechanizm (w dalszej części tekstu) jak on wygląda w praktyce bo w tym siedzę, ale już zauważamy że komuś opłaca się nam przekazać środek kapitałowy i podjąć gwarantowane ryzyko jego utraty (że mu nie oddamy maszyny, lub że w przypadku zwrotu będzie ona bezwartościowa z punktu widzenia efektywności kapitałowej po wprowadzeniu rezultatu do księgi minus koszty jej zbywania, transportu, wystawiania i reklamy, koszty transakcyjne). Nie jest to jakiś super złoty interes i wymaga istnienia całkiem rozwiniętej piramidy produkcji w klastrze przemysłowym żeby taki “kapitał ryzyka” mógł w ogóle funkcjonować, ale jest on dużo bardziej dochodowy niż jakakolwiek inna działalność w przeliczaniu na głowę zaangażowanego, a to właśnie o tę głowę co umie skorelować produkcję tym środkiem tu chodzi – byle kto najwidoczniej nie umie dostarczyć z maszyny towaru jakie potrzebujemy żeby coś z tego zmontować i sprzedać.
Czując więc pismo nosem – szuka się średnioterminowych dostawców wyrobów w pożądanej jakości przez oczekiwany czas i nie że za każdą cenę, ale za cenę pozostawienia im środka produkcji do dalszej dyspozycji, czyli sumaryczny zwrot dla wszystkich wygrywających stron jest przynajmniej intratny. I o im większą firmę chodzi tym bardziej jest to rozwiązanie rzucane na stół. Oczywiście w nieco innej formie – ale o tę logikę chodzi, tylko podział ryzyk jest inny. Z tego wynika dalszy krok jaki racjonalnie można by podjąć zbywając kompetencje, najpierw jednak męska bajka “We have a dream”, potem trochę porachujemy i przejdziemy do dalszych planów rozwoju.

We have a dream

Mamy takie marzenie o samodzielności, generatorze prądu, warsztacie na kółkach (wojsko i korpo takie ma, to my też chcemy). Zdarzyło mi się zrealizować takie marzenie, ale… na tych kółkach marzenie było łaskawe dachować gdzieś w północnych śniegach niedaleko koła polarnego zimą, samochód w leasingu, 3/4 tony generatora z busa nie wyniesiesz, więc się większość dolarów po zero centów przeceniło i już tam zostało, a byle co tym wożone nie było. Podatek od marzeń, za wojsko płacą podatnicy, a za korpo konsumenci. Za mnie musiałem podatek od marzeń i rozmachu zapłacić sam. Co na kilka zimowych miesięcy pozbawiło mnie animuszu i zachęciło do poszukiwań dna w butelce, jednak tam wcale nie było żadnego wyjścia awaryjnego – pozostało po raz kolejny odkuć się po przegranej bitwie. Ale nie martwmy się na zapas, tylko ucząc na błędach i doświadczeniu cudzej głupoty uniknijmy tych już znanych pomyłek aby władować się z realizacją w pułapki jeszcze nam nieznane.

Po pierwsze do czego służy taki co istnieje i czym się różni nasz wróbelek od zielonych i babilońskich. Podstawowym problemem jaki trzeba rozwiązać w czynnościach warsztatowych w “plenerze” jest to że trzeba to przywieźć, rozładować, uruchomić, obsłużyć, załadować, wywieźć. A w międzyczasie upilnować, bo jak to przy wyjeździe na piknik zdarza się że co zginie i nikt nic nie widział. Do tego trzeba być gotowym na każdą okazję – pęknie w spodniach guzik – trzyma pasek, pęknie pasek – trzymają szelki. Drzwi na tyle kotów ile się da załadować i w plener.
Zaczynimy do wojska bo to oni zaczęli. Oni w plener po prostu jechać muszą i już pomijam taką ekstremę jak ładowanie się wyciągarką w błoto żeby wyciągnąć kilkudziesięciotonowy pojazd gąsienicowy zagrzebany półtora metra w terenie złośliwie podmokłym i zakrzaczonym, któremu wieża spadła z wrażenia jak został rozpoznany pułapką. Wieżę się wykopie jak znajdzie – najczęściej lufa jak spławik wystaje. Pomijając tę złośliwość to trzeba na ten piknik dojechać – my mamy ten luksus jakiego nie mają zieloni że po normalnych drogach będziemy jeździć, najwyżej po kolana w śniegu (więc ładujemy szuflę do śniegu i pół litra rozmrażacza do szuflującego). Następnie trzeba się zatrzymać na pikniku, wystawić schodki i ustawić warty, wojscy przywożą sobie wartowników, my zazwyczaj mamy alarm w samochodzie, a czasem na instalacji jak jest groźnie (w Polsce jest) to wkoło jest płot i straż z jakiej ubeckiej jaczejki umundurowana, że to niby ochrona.
Do pracy najczęściej potrzeba coś przeciąć, skleić, przewiercić, jakieś imadło jest potrzebne, klucze, narzędzia ślusarskie. Te rzeczy co mają napęd (spawarka, szlifierki, piły, kawałek tokarki) to mogą mieć spalinowy, ale mogą też elektryczny i generator prądu. Wojsko najczęściej w pojeździe warsztatowym ma jakiś tam kawałek generatora, taki po 7-10 kVa na dieslu, który pali jak smok, ale pali cokolwiek palnego się tam wleje byle wybuchało jak się spręży, więc byle nafty, kerozyny oby nie za suche, oleje to przepala. Na przyczepie może ciągnąć generator 20-40kVa, taki wciąga 20-40l diesla czy czegokolwiek co tam się wleje na osiem godzin. Miałem taki generator (Deutz), pali jak smok, jest niezasadny ekonomicznie do pracy, należy go rozebrać, powymieniać wtryski i przystosować do pracy w cywilu. Wtedy pali mniej a nawet połowę. Generator asynchroniczny ma tę wadę, że właściwie działa tylko na pełnej petardzie bo inaczej obciążenie go rozłącza, a do tego trzeba go jeszcze uziemić – więc po opuszczeniu pojazdu ciągniemy kabel w krzaki i wbijamy śledzia. Spróbujcie się wbić ze śledziem na zabetonowanej instalacji – trzeba się żabą gdzieś przyczepić i liczyć że nie będzie przebicia ze spawania. Dziwne prądy łażą po instalacjach i czasem kogoś kopnie, czasem się co zapali, czasem coś wybuchnie. Wyposażając generator na nasze potrzeby to oczywiście chcielibyśmy jaki Deutz czy Geko, Kipor, Perkins, Atlas Copco (ewentualnie). Ale finanse nas obudzą na jakimś rozwiązaniu pośrednim, używanym czyli historia prawie jak z obrabiarką – kupimy używane i dołożymy pracy i finansów. Na potrzeby mobilnych warsztatów istnieją generatory z kompresorami, pasujące montażem do busa, ale one nie są w stanie pracować ciągle, to jest wyposażenie serwisowe.
Teraz jeszcze zróbcie wietrzenie tego generatora i wydech w normalnym busie, bo wojsko to sobie może mieć samochód z kominem i nikogo to nie zainteresuje, ale na postoju nie wytrzymacie jak toto będzie dmuchało na dół, do tego trzeba wytłumić hałas. Najczęściej więc wyczarujecie sobie generator do 10kVa wożony “na wszelki słuczaj” zamontowany na wyjmowanej widlakiem szufladzie na środku pomiędzy osiami pojazdu. Albo gdzieś blisko tak żeby napęd działał. No i wydech się nagrzewa, więc nie może byle gdzie dotykać.
Po rozwiązaniu problemu zasilania i podłączeniu narzędzi (albo wypakowywanych z busa – wtedy generator na przyczepie jest lepszy), albo działających z pojazdu (do prac obsługowych wkoło instalacji i częstego przemieszczania) pozostaje tylko jeden delikatny problem – DMC. Z grzeczności nie będę wyjaśniał jak się modyfikuje zawieszenie żeby samochód udawał niezaładowany mimo pięciu ton na pace na 3,5 dopuszczalnych całkowicie., ale sami rozumiecie – spawarka potrzebuje butli z gazem albo dwóch nawet, acetylenu i tlenu nie wozi się plastikowym wiaderkiem, piła choćby i taśmowa coś waży, szuflady pełne szlifierek, wiertarek, wierteł w każdym rozmiarze i gwintowników ważą. Spawarki ważą, szczególnie te do grubszej roboty, drut waży, elektrody ważą i tak powoli jak dodacie co wszystko waży, doczepicie do tego jeszcze jaki kompresor na przyczepie, jeszcze trzecią przyczepę z generatorem hydraulicznym do poważniejszych wiertarek, wstawicie kawałek tokarki “na szufladzie”, jaki stół roboczy i imadło, to wyjdzie na to że nawet nie ma co z biurwą dyskutować tylko bulić mandat jak złapią że to wszystko razem z siedem ton z materiałem wszyło i jeździ, a nie powinno, a jeszcze przyczepa, razem zestaw ponad 10 ton, 10 metrów długi, a przecież nie na bliźniakach bo na bramce za autostradę oligarcha od koła kasuje. Państwo rozumiecie że to marzenie nie spina się z wymogami biurokratycznymi naszego kołchozu. Ale marzenia tak mają.
Wojsko z żadną biurwą oczywiście tego nie dyskutuje, tylko mają na wozie naprawczym co chcą, ile chcą i można ich w d pocałować. A korpo – Babilon nasz umiłowany ma pojazdy specjalne, serwisowe, (czyli rejestrowane jako specjalne, tak jak dźwigi i inne takie), natomiast rozwiązanie pośrednie firm działających “na legalu” tak żeby się nikt nie czepiał to przebudowanie ciężarówek metodą gospodarską “to tylko ładunek, to się da zdjąć”, względnie metoda awaryjna korpo – kontenery (60 ton sprzętu razem z opakowaniem, sześć na dwa i pół metra skrzynki narzędziowej dwa wysokiej), kontener na samochód i do boju w plener. Produkowałem takie kontenery dla GE i Haliburtona. Chciałbym taki, ale strażnika trzeba przy tym stawiać.
Bus – bo to przytomne rozwiązanie w naszym klimacie, to nie Australia ani USA, to buda z blachy, która w złych warunkach (granica mrozu) kondensuje wewnątrz wodę i wszystko rdzewieje w takim tempie, że jak nie uwalicie wszystkiego smarem to po dwudniowym postoju zorientujecie się, że sprzęt się postarzał. A elektronika w spawarce to nei dostaje w tyłek? A przecinarka plazmowa nie jest elektroniczna? A uzwojenia to niby wszędzie w każdym narzędzie zasmarowane i albo zabezpieczone epoksydem?
To męskie marzenie najczęściej nie jeździ samo (znaczy nasze, hobbystyczne musi, ale Babilon i Zieloni się nie wożą jak nie muszą) tylko dociera na innym pojeździe na miejsce i tam jest rozładowywane i można się zacząć bawić, na terenie obiektów takie pojazdy w ogóle bez jakiś zbyt wymagających dokumentacji jeżdżą poprzerabiane nie do poznania, ale nie mogą wyjechać “na miasto” (czasem wyjeżdżają, ale na tej zasadzie że pilot na gwizdkach przed jedzie, i pilot, za najczęściej w kawalkadzie też jakiś “widlaczek” podnoszący ze sto ton czy inny dźwig, bo to z byle powodu karawana z portu nie wyjeżdża i daleko nie jedzie na własnych kołach, a i nie byle kto i nie za czapkę gruszek takie manewry sobie może urządzać).
To nie koniec kłopotów z marzeniem. Pięć dni pracy w plenerze stojącego pojazdu na trzy szychty wymagają żeby jeszcze ze dwa campingi były pociągnięte, albo jeden duży. Robi się wyjazd cyrku. To oznacza elektronikę, komputery, delikatny sprzęt – to się podłącza przez UPSy i inne filtry, ale najczęściej UPSy jakby co padło i kto musiał iść na mróz ciemną nocą generator restartować. Pięć dni to jakieś 0,4 metra sześciennego ropy na generator. To bardzo dużo wiader paliwa, a jak jeszcze samochody jeżdżą, a jeszcze zwyżka na diesla, widlaczek, dźwig? Cyrk przyjechał i paliwo na cysterny wciąga. Oczywiście można zbiornik na palecie załadować do samochodu, ale właściwie to gdzie? Zaczyna się logistyka jak u prepersów na pikniku. Jeszcze te pół tony paliwa jakoś da się w bardzo dużym busie upchnąć że nie przeszkadza, ale waży, zresztą pisałem że to wszystko waży tak że ustawa nie przewiduje.
Amerykanie najfajniej spełniają marzenia – tam nikt nie pyta ile do waży, to od razu jest ciężarówka, są dumni z tych pojazdów i nie muszą się przed skomuszałą biurwą kryć, ich pojazdy są czerwone, żółte, pomarańczowe, na gwizdkach i z przytupem. Nie to co w naszym smutnym koncłagrze.
Oczywiście takim pojazdem się zarabia, to bardzo dobra przekładnia na pracę wyjazdową, pozwala ogarnąć zlecenia nie do ogarnięcia. Tylko za te zlecenia kasuje się dużo, za resztę to tak normalnie. Jest to przerost formy nad treścią i drzwi na wyjątkowego tygrysa. Ale jak ktoś coś takiego ma to wszyscy w branży w okolicy wiedzą i chcą się chociaż przejechać. Zresztą w mojej okolicy sprowadza się pojazdy z USA, bo ludzie chcą, bo biurwa ma inne zmartwienia niż czepianie się rednecków czym tam jeżdżą po dzielnicy przemysłowej, jak i tak jeżdżą ładowarkami po ulicach wokół szkoły. Ale w Polsce to nie przejdzie – porzućcie wszelką nadzieję jak nie macie dość szabel i samopałów.
A może jeszcze byście chcieli dźwig? A wiecie ile papieru musi dźwig dźwigać tak go biurwa inspekcjami dociąża? Ja sobie na otarcie łez wygodziłem “pod choinkę” widlaczkiem, bo każdy sobie jaką tam wiertarkę czy szlifierkę kupi, a że Mikołaj był laskawy to od razu wziąłem dwa. Takim widlaczkiem co waży prawie pięć ton, ma długie widły i niech no kto na moim miejscu zaparkuje to go zaraz przestawię bo 3.5 tony na garba weźmie lekko, to takim widlaczkiem może jeździć piętnastolatek po mieście, a zrobienie uprawnień zakładając że ma kwita na skuter (i automatycznie traktor z dwoma naczepami do 60 ton zestawu – przepisy łunijne są przytomne) zajmuje jeden dzień i można sobie podjechać koparko-ładowarką do szkoły na zajęcia. Ale piwa mu nie sprzedadzą na legalu.


Wróćmy do rachowania, powyżej oszacowałem ile w cyklu koniunkturalnym mającym średnio 7 lat z poślizgiem do 9 wliczając kryzys będzie trwało nasze oszczędzanie na kolejny element środków produkcji i kapitału kompetencji, oraz ile lat odrabiania strat (być może uspołecznionych – odrabiał będzie kto inny jeśli zdoła) nas czeka w przypadku załamania rynku. Podałem tutaj w rozumieniu lat ile jest na stoliku, ile mamy “po kieszeniach” w maszynach i sprzęcie, jaki jest przeciętny czas gry do osądu (kryzysu), przynajmniej z punktu widzenia tej ścisłej mikrogospodarki. Wszyscy, absolutnie wszyscy przedsiębiorcy nawet jak świadomie tego nie robili, tylko emocjonalnie odbierając sygnały od klientów czego chcą, a czego nie chcą i za co ile zapłacą, metodą prób i błędów dokonali tego rozróżnienia i mamy w Polsce produkcję mebli, palet, przemysł drzewny, budowlankę, futerka, produkcję mleka, sera i jogurtów, statków kosmicznych i lotniskowców nie produkujemy. Nie produkujemy nawet samochodów, rowery importujemy, a spinacze do papieru mamy z Reichu. Czy dziesiątki milionów ludzi mogą się mylić w podejmowanym co dzień trudzie?
Zapewne nie, choć kilkukrotnie mniejsze państwa sąsiadów produkują myśliwce, okręty podwodne, czołgi, banki i jeszcze od nas posysają energię której produkują od nas więcej. Dlatego że mają infrastrukturę organizacyjną i społeczną, a kapitał jest kwestią drugorzędną. Za każdym razem jak kupujesz jakieś istotne kapitałowo narzędzie/maszynę (kwestia Twojej skali) która nie jest z kupki papieru odłożonej “na hobby i gadżety” dokonujesz tego procesu rozwagi nad rzeczą w kilku aspektach. Jeśli się pomylisz to rynek zabije Twój biznes, a może i Ciebie. I to w znaczeniu dosłownym. Jeśli rezultat Twojego przewidywania następstwa zdarzeń będzie niezgodny z rzeczywistością to tak jak przy maszynie możesz stracić, oczy, palce, rękę, życie, tak w życiu społecznym, w grze o bezpieczeństwo, piękne panie, pozycję w hierarchii i prawo do grania z kim warto grać w golfa też można stracić. Jak się zaczną Wam walić finanse, a przecież dlatego czytacie tego bloga że są one dla Was istotne, bo to nie są teksty o pacykowaniu się przed lustrem, jak się zaczną walić, to oparte o finanse istotne części Waszego życia, w tym bezpieczeństwa, rodziny, pozycji w rodzinie, stosunków z “tato daj stówę” i “wujo może załatwi jaką robotę” mogą się zachwiać, a nawet lec w gruzach. I bardzo odczujecie to metabolicznie, będziecie czuć się bardzo źle, na szczęście struktury społeczne mają od dawien dawana przygotowane modele wyciągania swoich przywódców rodowych z takich opresji, bo najwidoczniej głowa rodu do czegoś jest potrzebna, można ją na przeróżne sposoby wesprzeć, uzupełnić, odremontować i posłać z powrotem na front dowodzenia rodem i trzymania wszystkiego za mordę, aby ród znów mógł żreć pełną paszczą. Ale jeśli taka struktura za Wami nie stoi, a po wielu przejściach historycznych mamy te struktury mocno zdemolowane, wyssane z kapitałów, nie tylko materialnych, które pokradło nam sovieckie PKWN zwane dziś 3RP, ale też organizacyjnych, hierarchicznych, społecznych… no jeśli nie stoi za Wami struktura to metabolizm może Was wepchnąć w ciemny, czarny tunel utraty wyobrażeń o sobie samym i swojej pozycji, miejscu w hierarchii. I czasem ten tunel wyprowadza ludzi w jakieś narkotyki czy pijaństwo, czasem zaś prosto na sznur, ciepłą wodę w wannie i ostre narzędzie czy inne proszki kończące układy z tym nie najlepszym ze światów. I to nie mówię o przypadkach skrajnych, że ludzie tracą wszystko i stają się bezdomnymi, czy lądują na emigracji odbudowując kapitał od pracy jako prole i turyści. Absolutnie nie – często są to ludzie mający tyle, że jakby to wszystko sprzedali nawet po pięć centów za dolara to mogą sobie spokojnie dożyć trzystu lat nie trzeźwiejąc i nie wyciągając dzioba z owsianki, a mimo to wypalają limpę fajek, włażą na stołek i huśtają się na powrozie. Ponieważ inaczej musieliby stanąć przed setką załogi i powiedzieć im że mimo przebytych wspólnie lat papa-szef już się swoimi smerfami nie zajmie, ponieważ dostawcy nic już nam nie dostarczą, klienci nie chcą nam tyle płacić co uważamy, urząd nie pozwala bo nam źle wyszło na kontroli piętnasty rok z rzędu i nie da się już tego ukryć bo w gazetach piszą że jesteśmy lenie, obiboki i kanalie do pracy nieskore, a zarząd to banda komunistów i złodziei. I ratuj się kto może droga załogo – takiego stresu papa-szef przed smerfami by nie zniósł i lepiej się wyhuśtać.
Jeśli więc zaczniecie liczyć za własne, to dobrze skalkulujcie poduchę na jakiej będziecie lądować w złym stanie jeśli Wam cymes nie wyjdzie. Od lądowania d może nieco boleć, ale trzeba się przygotować na to, że ze względów jakie dalej wyjaśnię nasza gospodarka nie jest w stanie funkcjonować wydajnie bez gwałtownych remanentów. Przynajmniej nie w takiej skali w jakiej funkcjonuje. Dlatego te wyliczenia podaję w latach. Z wiekiem będziecie mieli coraz więcej wiedzy i doświadczenia na temat tego w której geografii jest która część cyklu i jak się przenosić z czołem fali, tak aby jak najrzadziej czekać z deską do surfu w garści na następnym wznoszeniu. Bo deska ma koszty stałe i nawet jak nic nie robi to kosztuje papieru i papier może się skończyć, i sprzedacie na dołku deskę po pięć centów za dolara.

Liczycie więc ile macie w kieszeni, i na utratę tego co nie macie w kieszeni a co jest też Waszym kapitałem (zdolność honorowa wobec struktury społecznej, organizacyjnej, miejsca w hierarchii) też liczycie i zastanawiacie się czy o tyle grać. Jak wskazywałem włożenie organizacji w pięciu ludzi jest dość proste o ile jesteście w stanie nad tym zapanować i coś tym narzędziem wyprodukować, spróbować każdy może, ale jeśli strzelicie na tym bankruta, a raczej strzelicie, i nie macie tego kapitału aby zapłacić za rozwód z ferajną w papierze to rozejdzie się to kosztem społecznym, Waszą złą opinią wśród dostawców pracy jak i klientów. Być może nawet złą opinią w Urzędzie i u ministra wieszającego za Ziobro, no ale to akurat jest gra warta świeczki, bo Urząd wypłaca w papierze, a odbiera w lochu, i ten pobyt w lochu nie jest wcale w stosunku do papieru taki zły jak sobie porównać do pracy pod niemieckim butem w montowni u Hansa. Zapewne dlatego w Polsce lochy przepełnione, bo w porównaniu do otaczającej nas rzeczywistości to jest jakaś rozsądna alternatywa.

Potraktujmy więc lapidarnie temat tego jakie maszyny kupić co i komu produkować, bo branż jest wiele, a przemysł szeroki i każdy ma jaką własną wiedzę, własny rynek i swoje wie bo swoje racje ma. Natomiast po tym przejdziemy do bardzo ważnego aspektu – jak kończyć, bo każdy biznes się kiedyś kończy i jak przygotować się na własny upadek w błoto i gnój, jak się z tego błota podnosić, bo nie raz się będziecie podnosić, i jak odzyskiwać pozycję gdy wszyscy poobijani będą z kolan wstawać i niepewnie się rozglądać za sygnałami “czego ten rynek teraz od nas chce, co takiego mu damy czego mu trzeba?”. Bo zacząć biznes każdy umie, każdy sił spróbować może, ale nasze myśli kierują się tam, gdzie się ten biznes kończy. Bo kończy się z całą pewnością.

Perspektywa cyklu koniunkturalnego jest wyznaczana sumaryczną zdolnością intelektualną wszystkich uczestników do średnioterminowego podtrzymania swojej koncentracji na celach korelując ich wyniki, czyli produkując to czego trzeba przy jak najmniejszym wysiłku. Ponieważ entropia zagnieżdża się w każdym systemie to zaczynają rosnąć przeróżne koszty jakie powstają gdy ułatwiamy sobie pracę wciągając do działań siłowych coraz trudniejsze w korelowaniu czynniki, oraz gdy korelację zastępujemy automatyzacją (nawet jeśli to w przyszłości będzie AI wykazująca jakieś ślady choćby przytomności, ale to na razie pieśń przyszłości) i wykańczają nas awarie wynikłe z aktualnego poziomu technicznego naszej cywilizacji. Na chwilę obecną potrafimy działać w cyklach pięcioletnich (nawet w przodującym ustroju), rozciągnąć ten cykl do lat siedmiu (nawet w hodowli pasterskiej tysiące lat temu tak opisywano cykle koniunkturalne, mamy od tego Święte Księgi lat tłustych i chudych), a nawet manipulując i przeżerając zasoby przeciągnąć go do lat dziewięciu i tak jak dziś – odrobinę dłużej czyli dziesiąty rok nam zaraz będzie wchodził na licznik (o ile to wszystko nie pi…) co jest najdłuższym krótkim cyklem koniunkturalnym w historii (i powiedzmy że działa, choć colateral mamy taki że jęk się z całej gospodarki odzywa, że jak dojdzie do remanentu to będzie cofka aż strach).

Już wiemy, że w pierwszy cykl wchodzimy w nieznanym nam w młodości miejscu cyklu, powiedzmy że ojce nie nauczyli i nie wsparli wiedzą o tym jak to się je. Powiedzmy że mamy dwa lata, bo źle się weszło, jest szał, jest kasa, są wydatki, jest kryzys i jest ściana. Powiedzmy że to tak w wieku młodzieżowym albo studenckim nas dopadło i mamy nauczkę, że dobrze się żyło i nagle zdechło, a my zdezorientowani nie wiemy dlaczego. Do następnego cyklu wchodzimy z pewnym opóźnieniem bo zastaliśmy się w byle jakim prolowaniu za byle co żeby przetrwać, i pozostaje nam 4-5 lat cyklu do wydojenia. W tym czasie podnieśliśmy nasze kompetencje techniczne i ruszamy, na początek, do jakiej zorganizowanej firmy Średniej-60 osobowej, mamy jaką referencję choćby ze szkoły w jakiej doszlifowaliśmy nasze kompetencje i dostajemy tam zajęcie, od razu negocjujemy na jedyne *2 jakie nas stać poza geografią, czyli DG i twardy kurs na chomikowanie obieramy, ale chomikowanie w postaci waluty i narzędzi potrzebnych do wykonywania tej pracy aby wyglądać jak miłośnik turystyki. Z czterech lat, to tak z rok, dwa pójdą nam oszczędności na zbytki młodości, czyli pojazd, lodówka, piękna pani. Piękna pani bardzo się przydaje do motywowania Jaśnie Pana w porannym wstawaniu i zasuwaniu do tyry, oraz nie wracania bez odrobienia godzin 14 w tejże tyrce, w soboty łagodniej może być – 12 starczy. Długo tak fizycznie zasuwając jak Chińczyk bez urlopów nie pociągniemy – rok, góra dwa ludzie wytrzymują takie tempo. Z tym że my mamy perspektywę góra 4-5 letnią przed sobą, więc po drodze czeka nas zmiana pracy w najbardziej wznoszącej części cyklu kiedy po dwóch latach rzucimy grabki w pracy pierwszej, a mając już jakieś narzędzia i pierwszy drakkar, oraz godny środek transportu jak na nasze młode lata (czyniący nas w przeciwieństwie do kolarzy redneckiem w drelichu) ruszamy dalej bez oszczędności (wszak te wszystkie wygody wymienione kosztowały) po odespaniu miesiąca czy dwóch i oddawaniu się pijaństwu, na szczycie koniunktury, na ostatnie 2-3 letniej prostej przed ścianą kryzysu ruszamy szukać zajęcia na rynku łatwym z jakim narzędziem w ręku aby poważniej w tym młodym wieku wyglądać. Zapewne nam się to uda, zapewne znowu będziemy zasuwać dwa kolejne lata i one są kluczowe – wszystko idzie w oszczędności, nawet na pięknej pani można oszczędzać, wszak w czasie kryzysu gdy braknie zasilania będą z tego scysje, a po komu pięcioletni już wtedy samochód z takim przebiegiem – trzeba będzie planować wymianę, gdyż nasza kultura nie dozwala tak byle komu trzymaniu większej floty w garażu^^
A to przecież nic nie szkodzi jeśli pozostawimy stary pojazd razem z garażem i jako tako unormowanym życiem, a nawet potomstwem, bo skoro samice sobie uznały że dzietność po sztuce im wystarcza, a my poczuwamy się do liczniejszych obowiązków, to trzeba zmienić którą ze zmiennych tego równania tak aby wynik po prawej stronie nas kontentował. Ja wiem że to kulturowo nie do przyjęcia, ale to są oczywiste, matematyczne konsekwencje babskich “zmian kulturowych”. Liczba potomstwa ma się zgadzać, ród ma przetrwać, i może nawet się rozwinąć. W tym miejscu można przewinąć do komentarzy i wyrazić naganne opinie co do szowinistycznego świństwa owej kalkulacji. Ale ponieważ mnie się musi podobać w każdym ustroju, to w takim też mi się podoba, i proszę – to racjonalne skutki. Ponieważ słupki liczby potomstwa muszą się zgadzać. A że co miesiąc będzie to odsysać nieco budżetu – niech odsysa, po to wszak się wyzyskujemy w naszym przodującym ustroju.

Te narzędzia jakie do tej pory, jakie były Wam potrzebne stanowią o stanie gospodarki. Tego co najpowszechniej było potrzebne. Czyli to na co jest demand, i to taki niesłabnący. W czasie kryzysu wszystkie elementy popytu słabną, ale wysycenie gospodarki specjalistami jest takie, że (wcześniej pisałem o materiałach) Ci od podaży drewna, i wstępnej obróbki podniosą się pierwsi, więc rzemieślnicy od pracy na drewnie najwyżej zostaną obłupani z partaczy i tych co im nie wyszło przy pięciu pracownikach. Ci od plastiku i aluminium (nie uwzględniłem w tej klasie wcześniej kompozytów, powiedzmy że tutaj leżą te oparte o żywice) zniosą to trochę gorzej i ich rynek będzie się podnosił z opóźnieniem, nieco specjalistów wyjedzie, część przerwie kształcenie (będą niepotrzebni) część z tego samego powodu porzuci zawód, a najlepsi w szczycie koniunktury przejdą na pracę z trudniejszym materiałem. Przypiszmy jakieś tam aprioryczne mnożniki $ dla $ds wymienionych działów czyli drewno 1, obróbka zgrubna drewna 2, i końcowa 5, dubel tego wszystkiego na plastiku i x5 na aluminium (oraz coś pomiędzy 2 a 5 dla kompozytów opartych o żywice, epoksydy, substytuty plastików, drewna i lichego metalu). Oczywiście wolumeny stanowią o tym, że mimo tego lichego mnożnika opłaca się prowadzić tartak – schodzi tego towaru ile wlezie bo jest tani, czyli wracamy do produkcji wielkiego mnóstwa, jest tanie bo jest wielkie mnóstwo – każdy może spróbować swych sił w obróbce i coś tam sobie na miarę swoich talentów z drewna zrobić. Na samym końcu jest obróbka precyzyjna, ale to w drewnie jest nisza, tak samo jak w aluminium – nie są to materiały przeznaczone do tego sportu. Kiedy gospodarka nam wstaje po kryzysie to dostępność drewna jest pierwsza i jest ono tanie, plastik i kompozyty pojawiają się chwilę później, a po 2-3 latach wraca do normy praca na stanowiskach do obróbki aluminium (pozostaje 4-5 lat cyklu do wydojenia).
Gdzieś w tym czasie kiedy gospodarka powszechnie zasila podaż w aluminium (czyli koniec pierwszego roku po kryzysie) rośnie zasilanie w stal (zawsze na początek konstrukcyjną), na drugi rok powszechnie trzeba ludzi do grubej obróbki, w trzecim rusza maszynowa, i w czwartym (3-4 lata przed końcem cyklu) jest czas by trafić do masowej firmy zajmującej się obróbką precyzyjną stali i tam nauczyć się zawodu. W ciągu ostatnich dwóch lat cyklu ssanie na specjalistów będzie takie, że mnożnik $ w $ds stali zacznie wysysać ludzi z obróbki maszynowej na precyzyjną, a maszynowa w stali zacznie wysysać ludzi z plastików, kompozytów i aluminium lepszymi płacami. Mnożnik podstawowy w odniesieniu do drewna 1 dla stali przyjmujemy od 4 wzwyż, to podstawowa różnica wyceny “surowca”, ale dalsze mnożniki są nieniski (bo o srogich zaraz będzie mowa).
Disclaimer taki od razu – że to nie jest tak że cała gospodarka zalicza glebę w czasie kryzysu, coś tam zostaje, tylko zwalania się młodych, niedoświadczonych, pechowych, zamyka się słabsze firmy, przesuwa sprzęt po ćwierć za dolara. do specjalistów co je sobie do garażu czy mniejszej firmy wysyconej turystycznie zabiorą. I jakoś to tam sobie przetrwa. Ból d jest kiedy trzeba to podnosić. O przecież w Polsce się podnosi – robią narzędzia ze specjalistycznych, poważnych materiałów, może nie na poziomie SECO i Sandvik, ale zaraz wyjaśnię że aż takiej jakości nie trzeba od razu (zresztą ja jestem w miejscu gdzie mnie nikt nie pyta czy ja chcę Sandika i SECO, tylko jak kto kombinuje żeby kupić z Izraela narzędzia to zaraz krzyczą “hańba!”, “zdrada!” krzyczą):

Jak powstają gwintowniki? – Fabryki w Polsce

 

Jak powstają wiertła i frezy? Fabryki w Polsce

 

Narzędzia z węglika spiekanego – produkcja FENES S.A.

 

A nawet robi się maszyny i to przetrwało:

Dobre, bo Polskie – Andrychowska Fabryka Maszyn

Cały klops w tym że takie firmy podnoszą się gdzieś na końcu cyklu, a to znaczy że w Polsce nie podniosą się firmy, które potrzebują tych i poważniejszych narzędzi do jeszcze poważniejszych zastosowań. Przy podnoszeniu się w cyklu dadzą radę tylko najlepsi, najlepiej przygotowani i zorganizowani, tacy co wiedzą jak to się robi krok po kroku i mają za sobą struktury, siłę, kapitały (finansowy, maszynowy, energetyczny, społeczny) i prosty azymut na przemysł aerospace, może bez nacisku na space, ale przynajmniej na poważne aero. czyli w Polsce przytomność trzyma ludzi na drewnie, mebelkach i podwykonawstwie dla Hansa konstrukcji metalowych, śladowo na produkcji narzędzi do tego wszystkiego (bo zawsze można się poratować wymianą pięciu stołków na frez), nawet ktoś tam maszyny robi w Andrychowie, są zbiorniki aluminiowe (w Bydgoszcyz jak pamętam), a stocznie utrzymują rzesze specjalistów co jachty robią, ale jak trzeba to i inne rzeczy tymi samymi metodami też wydłubią z aluminium. Ale samoloty są z innego aluminium i nie stoczniowymi technikami robione, a do śmigłowców potrzebna jest jeszcze fabryka łożysk, a najbliższa jest chyba w Leningradzie (czy jak się tam teraz Piotrogród nazywa). Czyli jak przytomnie szukacie zajęcia to bierzecie pod uwagę Wasze miejsce w łańcuchu i Wasz poziom profesjonalizmu odnośnie materiału, poziomu obróbki i dostępności maszyn. Bo na nic cały pogrzeb jakbym przyjechał do Polski z tym co robię, jak tam nawet fabryki pod to nie ma co w takiej jakości robi, a przecież o obróbce mebli i drewna ja zielonego pojęcia nie mam, nawet byłem się dowiedzieć w fabryce mebli jak to tam z obrabiarkami stoją, obejrzałem stolarskie rysunki, rzuciłem okiem na słownictwo i wyjaśniłem, że musieliby spędzić ze mną kilka miesięcy i nauczyć mnie wszystkiego od nowa, a w rezultacie dostałbym… 1/5 mojego najbardziej leniwego $. Wałkujmy temat dalej bo jest istotny.
Mamy to nieszczęsne drewno, pomińmy koncepcję budowy własnego tartaku, dlatego że podaż drewna jest regulowana i trzeba mieć układy, żeby mieć surowiec po cenach lepszych niż rynkowe, z czego wnioskujemy że rynkowe są niekorzystne. Ale obróbka już przetworzonego drewna jest umiejętnością która nam może zapewnić pracę w każdym cyklu kierując nas do budowlanki i to tej, która wstaje już w 2-3 roku cyklu jest płacona indywidualnie więc nie trzeba tam nawet drakkaru, każdy sił swoich spróbować może i jest tam duża konkurencja. Duża część populacji tam bazuje, poziom kompetencji nie jest tam potrzebny zbyt wysoki. Alternatywnie można przejść w metal, tam trzeba trochę więcej przytomności, przy czym rozwiązane jest to w gospodarce w praktyce tak, że średnia wieku jest przesunięta o 5-10 lat w stosunku do konstrukcji na drewnie i tym załatwione są kompetencje. I nasi przedsiębiorcy w Polsce zachowując stan wysokiej przytomności w stosunku do tego jak jest trzymają park maszynowy do tego poziomu prac, na zlecenie klienta, który przynosi rysunek i trzeba mu wyprodukować konstrukcje stalowe, ewentualnie o nieco wyższym poziomie dokładności w milimetrach, gdzie jest już poziom delikatniej obróbki maszynowej – i takie firmy istnieją powszechnie. Są firmy bardziej specjalistyczne, ale nie ma w nich masowości, ani nie są powszechne, ponieważ “nasza” gospodarka w Polsce do niczego takich firm masowo nie potrzebuje. Czyli powszechnie nie korelujemy wyższej złożoności niż konstrukcja metalowa dla Hansa i kadłub jachtu dla naftowego księcia. Na tym kończy się wielkie mnóstwo które robimy, więc zdobycie umiejętności powyżej tych nie jest powszechne, zaraz wyjaśnię w akapicie jak jest reglamentowane. Jeśli spróbujecie wejść na taki rynek z ofertą ponad możliwości tego rynku (na trójkącie gdzieś na ścianie dorysujecie wystający minaret) to poziom napięcia powiązań w gospodarce będzie równoważny przestrzeni brakującej pomiędzy wierzchołkiem trójkąta, wierzchołkiem minaretu i podstawą ściany. Podpowiadam że ten trójkąt jest bardzo wielowymiarowy, a nowy (potencjalny) rozkład powiązań spowoduje przekształcenie wszystkich istniejących, najczęściej gospodarka nie znosi takich szarż jak ma słabą podstawę, ale polska gospodarka akurat ma podstawę silną, tylko “minaretów” tam nie ma. A nie ma ich dlatego, że te przestrzenie wymiarowe trójkąta, które opisują elastyczność naszych hierarchii, nadwyżkę kwalifikacji i poziom samoorganizacji są pod psem i inne trójkąty odsysają od nas tę moc korelacyjną zwyczajnie wykupując sigmy, które zajmują się budowaniem tych drobnych, wystających odrobinę z trójkąta opcji rozwojowych. Jeśli czytelnicy oczywiście nadążają za tą geometrią – łatwiej sobie to narysować. i zrozumieć skalę naprężeń przy kompletnie zatomizowanej strukturze społecznej jaka jest w Polsce. Problem więc w realizacji wielkich planów nie leży w naszej gospodarskiej niemożności, ale z braku podstaw społecznych w postaci zaufania do zbudowania trwałych powiązań biznesowych godnych specjalizowania się w stronę przemysłu jaki nie istnieje. Mebelki zawsze można wyeksportować jak nie kupią na miejscu, deski i belki też. Konstrukcje stalowe takie czy siakie się zrobi, nawet płyty obornickie są na jakieś standardowe wymiary hal podobne na całym świecie, a jak co to tanio się dotnie. Śruby, podkładki i gwoździe pasują do każdej konstrukcji, rury ze stalowni do każdej instalacji, nawet takie przetworzone ociepleniem i izolacją od wilgoci. Kable pasują do każdego prądu, najwyżej więcej tam miedzi. Ale nikt w Polsce nie porwie się na produkcję wielkogabarytowych silników do pojazdów elektrycznych jak nie zapłacą mu za 15 lat dostaw z góry, bo nikt w żadne moce polityków nie wierzy, bo oni się zmieniają, watahy się wycinają i nikt nie zapewni stabilności produkcji i jej finansowania na 3 dekady – po prostu nasi przedsiębiorcy są przytomni i zapłatę przyjmują z góry, a Ci co robią inaczej idą z torbami. Taki mamy w Polsce klimat. Dlatego Ci specjaliści od obróbki maszynowej i Ci od precyzyjnej od stali specjalistycznych wyjechali, bo onichcą mieć pewną michę, a jak mają się tułać i szukać zajęcia to od razu tam gdzie do miski skwarki sypią ledwo kaszą przemieszane. Się lud dogada że specjalista ma inny żołądek i zapewni na 50 lat wypłatę 10 krotnie wyższą niż prola to specjalista będzie łaskaw do takiej geografii przyjeżdżać, a jak lud tego nie pojmuje to kto z ludu się wykształci na młodego pół specjalistę ucieka kształcić się w inną geografię, bo tu już musiałby o dostęp do materiałów i narzędzi stawać na uszach, a tam gdzieś trawa jest bardziej zielona, maszyny stoją, narzędzia czekają – łamać, psuć, uczyć się i produkować, i korelować innym ludom produkcję, bo wszystkie ludy potrzebują ludzi bystrych odchylonych kompetencjami w swój zawód, ale trzeba im zapewnić kaszy, skwarek i realizacji potrzeb życiowych – poczucia tego, śmego i owego co tam specjaliści lubią odczuwać.

Reglamentacja. Przeciwieństwo sytuacji “mamy wielkie mnóstwo – stać Cię aby z wielkiego mnóstwa i dla Ciebie było”. Dla przykładu produkujemy “Wielkie Mnóstwo” żywności, każdy może skorzystać z tego WM i kupić w sklepie mąkę i pobawić się w piekarza. Nie każdy może ma talent i kompetencje, ale jak nie wyjdzie – mała strata. Nie dojdzie do powszechnego kryzysu żywnościowego jak byle pacan weźmie się za produkcję chleba w domu, najwyżej sam go jeść nie będzie chciał. Z tym że konkurencja w podaży chleba jest taka, że raczej na rynek się nie przebije, w najlepszym wypadku pójdzie prolować u kogoś kto ma piekarnię, tłok tam straszny – praca prosta. Choć trzeba wcześnie wstawać bo ludzie chleb chcą świeży rano. Reglamentacji nie ma tu żadnej – każdy dzisiaj wygrać może.
Podobnie mamy z drewnem – chcesz robić konstrukcje z drewna? No to kupuj sobie ile chce drewna konstrukcyjnego, jest tanie, nawet najbiedniejszego pracownika stać na to żeby sobie kupić jakie liche narzędzia i się popróbować z drewnem. Jest to na tyle wyobrażalne że kompetencje można nabyć dość szybko (ponieważ powszechnie spotykane osoby mogą nam kompetentnie dopomóc). Ziemia tak samo jest tania – każdy może sobie bez pytania urządzać ogródek, a nawet zboże wysiewać bez zapisywania się do kompartii. Nikt nikomu nie broni, a środki ochrony roślin można dostać nawet w tak nędznych ilościach jakie są potrzebne najmarniejszemu ogrodnikowi żeby sobie uprawiać cokolwiek zechce. Mamy tego WM – wielkie mnóstwo.
Chcesz sobie dłubać w stali – nie jest droga, narzędzia są dostępne, trochę kosztują, a te lepsze to nawet są zauważalne w domowym budżecie, ale to podlega reglamentacji w ramach domowego decydenta budżetu. Różnica kompetencji na rynku konstrukcyjnym jest taka, że jedni marnują mniej narzędzi niż inni i częściej ucinają materiał, który z żadnej strony nie jest za krótki, czyli go nie marnują i mniej wraca do huty. Śrub, wierteł i żelaza jest WM. Brać wybierać, w pas się kłaniają sprzedawcy kupującym. Pewne reglamentacje zaczynają się kiedy chcemy podnieść jakieś cięższe konstrukcje, nie żeby to jakieś drogie było, no ale nie każdy ma dźwig, choć na placu stoi wielkie mnóstwo – tylko trzeba przynieść gotówkę, albo zorganizować przelew czy zdobyć zaufanie banku, który stwierdzi “dajemy wiarę w zdolność honorową tego pana że tym dźwigiem nam zarobi i odda należność za ten dźwig” i bank wtedy już się dogaduje (jak to później podam) ze wszystkimi w łańcuchu części do tego dźwigu, z montownią i wszyscy dają wiarę w to że w banku są ludzie przytomni i po to tam siedzą żeby środków na dźwigi byle durniom nei wydawać.
Tu dochodzimy do pierwsze zauważalnej reglamentacji – pojęcia własności. Mamy taki powszechny mem że na dysponowanie władzą (nad rzeczami i ludźmi) trzeba sobie jakoś zasłużyć, i ludzie pilnują innych ludzi, żeby nie nadużywali faktu że mogą się dostać do sprzętu i go użyć (co nazywamy kradzieżą). Otóż wszystko to sprowadza się do udowodnienia rezultatami swojej pracy, że się jest człowiekiem przytomnym i jak się popsuje to swoje i na własne ryzyko, a nie że rezultat czyjejś pracy się popsuje – czyli pożyczone. Celem tego jest doprowadzenie do sytuacji w której zasoby mają ludzie przytomni w celu konserwacji i ekspansji naszego powszechnego bogactwa przekazywanego następnym pokoleniom. Więc zasobów których nie mamy WM trzeba reglamentować bo szkoda żeby zmarnowali je durnie, kiedy Ci co pomnażają nimi bogactwo przydadzą wszystkim korzyści wytwarzając czegoś WM. Czyli podjęcie decyzji o dysponowaniu władzą jest powszechnym zachowaniem gromadnych. Alfa lepiej dowodzi watahą niż inny wilk, dlatego łun kieruje polowaniem a nie byle dureń. Aby więc dysponować dobrami trzeba wykazać innym, że nie jest się durniem (bo zaraz okpią i pozabierają zabawki), największą wiarę w rozum dzieci przejawiają ich rodzice i przekazują im do ćwiczeń narzędzia, od dzidy do polowania, przez miecz kupiony za płaszcz, aż po spółkę naftową ku wprawianiu syna do dziedzicznej prezydentury. Z tego wnioskujemy że jak nam ktoś na własne ryzyko da narzędzia bo lokalnie on ma WM czegoś czego powszechnie nie ma, to możemy się nauczyć operować tym narzędziem (na przykład firmą, albo tokarką, albo naprawiać rower – po to nam dali rower, żeby się psuł). A przynajmniej mamy większą szansę niż robiąc to teoretycznie bez narzędzia. I inni widząc rezultaty naszego operowania tym narzędziem będą decydowali czy nam podżyrować operowanie większym i bardziej złożonym – czy być u nas podwładnym, czy jesteśmy godni roli szefa, czy też nas olać. Nie każdy wszak zasługuje na wkrętarkę tak jak nie każdy zasługuje na proli i turystów. Nie ma powodu aby durnie sterowali innymi i własnością – durniom się odbiera bo nawet nie umieją podtrzymać stanu posiadania i upilnować zabawek. Durnie mają bankrutować – to taka prosta metoda bez ucinania im głów w celu podkreślenia, że źle zrobili. Prezydent, który stworzył sobie taki aparat polityczny, a ten tak pokierował ochroną że prezydenta razem z ochroną zabił swoim generałem inny dyktator okazał się w wyniku takiego rozwoju wydarzeń pechowym durniem i trzeba brać z tego nauki jak się nie eksponować na wraże ciosy – bo wszyscy wokół są wrogami.
Trzeba więc się przytomnie zastanowić – umiem czy nie umiem, czy jestem kompetentny i za ile siadam do tego aby się dowiedzieć. Ile będzie mnie kosztowało odrabianie jak popsuję? A popsuję? A ile razy popsuję zanim się nauczę? A stać mnie na to? A czy jak zrobię dobrze to sprzedam temu co tego potrzebuje i czy on akurat ode mnie kupi? Ilu ze mną konkuruje? Czy mam lepszy dostęp do klienta, krótszy proces rozliczeń (tańszy)? Czy mogę mojego klienta kredytować i czy on nie jest durniem – więc spłaci? Przez jaki okres cyklu funkcjonuje mój klient? Czy to jest trwały, stabilny interes czy doraźny? czy moi dostawcy działają okresowo i muszę mieć magazyn? Czy moi pracownicy i współpracownicy dobrze to wszystko zrobią, czy to banda durni i trzeba im znaleźć coś prostszego? Jaka jest korzystna geografia gdzie pozbyli się z gospodarki durni na margines i majoryzując ludźmi mądrymi i zaradnymi marginalizują byle kogo, czy ja w tej geografii sobie poradzę? Nasi przedsiębiorcy odpowiedzieli na te wszystkie pytania i mamy przemysł w Polsce taki jaki mamy. Jest kilka wysp – szpilek wystających z trójkąta, podłączonych pod przemysł chemiczny, kopalnie, huty i tam są jeszcze jakieś badania. Jest masa hobbystów co z powodu braku wypełnienia przestrzeni przez przemysł tworzy oddolnie rzemiosło wytwarzając sobie bardziej uorganizowane narzędzia jak obrabiarki, ponieważ przy braku gospodarki rozwiniętej korzystają z pierwotnej i sami sobie wszystko robią, na nic im durnie, na nic im pracownicy. Ale nie mamy zorganizowanego społecznie jak Włosi z Północy czy Japończycy przemysłu, ponieważ w tym morzu roszczeniowych durni nie można się dogadać w tak prostej sprawie jak gwarancja dostaw i utrzymanie jakości przez lata. Nie ma więc prawie w ogóle spółdzielczości w przemyśle – bo nie ma na nią podbudowy w zasobach i płynności, kapitalizm jest odgórny, odbankowy, a konkretnie to odniemiecki, a ktokolwiek nawet by wyprodukował cążki do paznokci to może sobie konkurować na ebayu czy allegro z Chińczykiem, albo rzucać do za pół od dolara na targ, ponieważ w sklepie jest Sholl, ma układy i nikt żadnego innego towaru nie weźmie do sieciówki, bo po co Hansowi konkurencja w wolumenach? A taka bez dużego wolumenu, na sztukę nie zagraża kapitałowo, zresztą zawsze można na to wymyślać jakieś biurwie zakazy i certyfikaty koszerności na taki sprzęt. I wyprzeć siłą “ludu oburzonego na jakość” konkurencję z rynku. Wszak ten rynek wypiera nasze własne, kieszonkowe banki z rynku dozwalając na działania oficjalne tych koncesjonowanych, tak jakby bez koncesji na koszerność to nie był już bank tylko po prostu piramida finansowa. Piramida finansowa uznana przez przedstawicieli durniów nazywana jest bankiem i tylko BFG czasem jęczy, że jednak piramida z tego tak czy tak. Ale BFG dotują durnie z podatków.
Chcesz więc robić co przytomniejszego w metalu? A to trzeba tokarkę i frezarkę, szlifierkę magnesową jaką, może drutówkę do jakiej większej precyzji na co wredniejszych metalach? W takich $ds’ach klient może nie mieć do Twojej jakości zaufania jak Cię nie zna – klient sam się reglamentuje. Trzeba go przekonać, on musi być w potrzebie, wiele “if, else” na nas tu czyha. Powiedzmy że klienta nie ma – czy jesteśmy w stanie mimo wkładu kapitałowego zejść piętro niżej do obróbki konstrukcyjnej? Czy nasze maszyny dają nam tam przewagę będąc spłaconym środkiem kapitałowym? A jak rynek się popsuje jeszcze bardziej zajmiemy się czymś prostszym? Ile miesięcy wytrzymamy na jałowym biegu?
Chcesz coś w poważniejszych materiałach? Utwardzanych narzędziach? No to tam jest reglamentacja, cenami jest prowadzona, za narzędzia do poważnych materiałów trzeba zapłacić WM mirabelek. Im wyższa precyzja tym więcej mirabelek i węższy rynek.

Przyjmijmy że na krótki cykl gospodarczy przez 7 lat trzeba umieć robić w drewnie, ale każdy ma te powszechne 1-2 kompetencje, a niektórzy lepsi robią w tym na wyższym poziomie kompetencyjnym i mają dobry, spłacony park maszynowy. Ale jest on tani i dostępny. Przyjmijmy że 6 lat można przerobić w konstrukcjach stalowych, sprzęt jest dostępny choć nie jest on tani, ale w granicach przyzwoitości i trzeba tam ze 3-4 kompetencje, a 6 ułatwia życie poważnie. Do obróbki maszynowej zaś i pierwszych poważniejszych materiałów, która podziała w Polsce może 4 lata w cyklu potrzeba tych kompetencji wszystkich poprzednich i jeszcze ze trzech, to jak nic musimy czymś takim zająć się z dobranym innym turystą, albo użyć proli. No i co przez pozostałe 3 lata cyklu? Co takiego mamy aby ludzie z nami zostali i kompetencje się nie rozpełzły? A mechanika precyzyjna 2 lata z siedmiu na samym końcu cyklu? Jak z tego wyżyć? A jeszcze kompetencji tyle, że trzeba mieć ze 60 lat żeby w tym siedzieć, albo ze czterech rozgarniętych ludzi w średnim wieku po jednym na maszynę specjalistę i się wynikiem podzielić na czterech konkurując z pracującym na czarno emerytem, który dostaje jeszcze emeryturę – kop się z koniem i konkuruj. A taki emeryt umie tyle, że w ogóle nic nie psuje i strat nie ma, jeszcze umie na narzędziach zaoszczędzić jak nikt inny, dokładności ma bezkonkurencyjne bo na pamięć od 40 lat robi to co robi. Kop się z koniem i konkuruj. A jak emerytowi padnie rynek to porobi okazyjnie co droższej obróbki maszynowej, a tak to sobie przeczeka na emeryturce i ma rynek w nosie. Narzędzia da mu każdy, bo każdego on zna, ona nawet nie musi mieć środków kapitałowych (ale może mieć) bo zna się z każdym kto ma i każdy go zna i ma do niego zaufanie i można mu zostawić narzędziownię i nic tam się nie popsuje – czy Tobie ktoś da takie zasoby? No to kop się z koniem i konkuruj. Dopiero jak emeryt jest zawalony robotą to robota przyjdzie do Ciebie i wtedy możesz się wykazać i zdobywać kompetencje i szlify. Masz dwa lata w cyklu na tę zabawę. A jeszcze przez wszystkie siedem i jeszcze kryzys musisz przeczekać. To ta obróbka precyzyjna w Polsce wychodzi pieruńsko dochodowo? A figę, mamy taką nadpodaż emerytów co jeszcze to umieją i są dotowani przez ZUS że nie ma sensu nawet startować w konkurencję z nimi, a jeszcze płacić podatki? Dasz radę?
Dlatego mamy tutaj czytelnika co ma obrabiarki, może produkować zębatki, śrutować i nie kopie się z koniem – niech to sobie leży i czeka na sensowne zlecenia, przymusu pracy nie ma, środek kapitałowy nie musi być wykorzystywany. A teraz sobie wyobraźcie że jaki premier-fantasta wyda czytelnikowi nakaz produkowania środkiem produkcji pod rygorem odebrania środka produkcji i przekazania komuś kto będzie produkował. No to nawet co większy zwolennik kolektywizmu, a konkretnie rozwiązań faszystowskich, czyli kolektywizmu korporacyjnego uzna że dopuszczalne jest użycie siły aby zmusić do wykorzystania środka kapitałowe. Tylko konserwacja środka jest właśnie racjonalna – bo nikt tych zębatek nie potrzebuje. I powiedzmy że minister tak zadecyduje, a kolega schowa maszyny pod stóg siana i nie ma środka – zbył przechodniom, akurat przechodzili i pół litry za to dostał. Możecie też sobie wyobrazić że istnieją jakie służby co by mu z drona pod ten stóg zajrzały i ujawniły maszyny – wtedy kolega może te maszyny spakować na swoje ciężarówki i wywieźć do mnie poza jurysdykcję premiera-fantasty. Bo nie bez powodu premier i Kapitan P. nie mają maszyn – są bandą durni którym nie wolno dawać środków produkcji bo do bankructwa wszystkich doprowadzą. Durnie nie mają maszyn i nikt im dać nie chce (ani środków kapitałowych w podatkach bandzie durni nikt dać nie chce, bo to na roztrwonienie wszystko pójdzie). W tej sytuacji (wysyłania za granicę) pozostaje tylko wziąć wszystkich za mordę i wprowadzić faszyzm, czyli zamknąć granice. Łatwo powiedzieć, ale wojskowi wiedzą że to dla nich żaden interes i gamoniom z rządu nie będą tak nieba przychylać – chcą gamonie niech sobie zamkną strażą marszałkowską i BORem te granice. Dzięki temu nasze środki kapitałowe w postaci maszyn są bezpieczne, konserwują się i rząd nie może rozdysponować ich w ręce gamoni co popsują, zużyją, a zbędne zębatki będą sprzedawane hurtem za czapkę gruszek – bo do tego sprowadza się gospodarka centralnie planowana, żeby wyprodukować Wielkie Mnóstwo gratów których nikt nie chce, i sprzedać to po centa za dolara, żeby sobie za to kupić co użytecznego.
Mamy kilka metod stochastycznych na selekcję tego kto durniem nie jest, bo nas tylko to interesuje. Po pierwsze dokonujemy testu obciążeniowego zdolności korelacyjnej – bawimy się w najstarszą grę intelektualną “kto wie więcej” i podług klucza sprawdzamy kto odpadnie ostatni. Potem badamy zainteresowania w różnych egzaminach (testach obciążeniowych) czym by ten człowiek się mógł zająć i zaczynamy wydawać mu narzędzia aby pokazał co mu wyjdzie (zabawki). Cały sens kupowania dzieciom zabawek jest rozwijanie ich zdolności do przyszłego rzemiosła. Obecnie dzieci mają wyrabiane na konsolach odruchy bezwarunkowe i koordynację oko-ręka-kontroler jakiej nie miało żadne pokolenie w historii, jeśli te dzieci miałyby sterować dronami to wojna stanie się piekłem. Ale te dzieci dronów nie zrobią, tam nie koordynacja potrzebna, a przytomność, dokładność, fachowa wiedza, i bardzo dużo praktyki. Tym co mają smykałkę i zdobywają odchylenia w organizowaniu innych i politykowaniu (soft skill) odgarniamy na oddzielną stertę i dajemy do zabawy “organizacje” – można zostać szefem klasy (można szefem klasowego gangu odbierającego kanapki – są struktury alternatywne co zabierają zasilanie i wprowadzają terror). Wszystko po to że gdzieś tam na końcu łańcucha do jakiego dojdziemy na końcu tekstu potrzeba ludzi korelujących swoimi umysłami dział techniki – aby rzeczy działały, dział kadr – aby raby kornie pracowały, dział rozrachunku – aby wszyscy byli po równo niezadowoleni, i jakiegoś młodego, siedemdziesięcioletniego biurokratę co nam porówna czy po stanięciu nad przepaścią z zeszłego roku uczyniliśmy dość zdecydowany krok naprzód. Cały ten intelektualny łamaniec jest po to, aby durnie nie łamały w obrabiarce jednego frezu za drugim, bo trzy takie frezy są warte utrzymania prola przy życiu przez tydzień. Tylko po to, aby zasoby których nie mamy jeszcze WM nie były marnowane. I pal diabli że marnujemy je na produkcję drutówkami części do zegarków w cenie awionetek – na zegarkach specjaliści od mechaniki precyzyjnej, w kraju gdzie mają pod sobą solidną piramidę, tak że im niczego nie brakuje (nawet durni) i ta piramida w każdym wymiarze i każdym wektorze jest solidna, i Ci specjaliści mając tak zrealizowane swoje potrzeby szkolą się w coraz bardziej powtarzalnej, masowej, prostszej (wymagającej coraz mniej korelacji, czyli dopuszczającej mniej bystrych do fachu) obróbce, dzięki której z roku na rok zegarki stają się tańsze, jest ich więcej, jest więcej specjalistów od obróbki bardzo precyzyjnej i precyzyjnej po bandzie, i można dłubać satelity, które dzięki sprawniejszym i lżejszym mechanikom kontroli położenia (dysze gazodynamiczne) utrzymują się na orbicie coraz dłużej marnując coraz mniej gazu na korekty lotów, dzięki czemu systemy nawigacyjne są coraz tańsze, na drogach trzeba coraz mniejszej liczby znaków, a gamonie łażące z telefonami po ziemi mogą bez pytania ludzi o drogę trafić tam gdzie chcą najkrótszą, niezakorkowaną trasą – bo gdzieś tam specjaliści mają święty spokój i biurwa, i Pan Pancerny im nie zwraca głowy pierdołami.
Oni tam tak knują, Ci specjaliści aby było wszystko prostsze i tańsze. Oni tam wytwarzają jedną, bardzo istotną rzecz i to jest jedyna kwalifikacja Wielkiego Mnóstwa. W pocie czoła produkują tam deflację, morze deflacji. A my korelujemy im na swój sposób to co możemy i dostarczamy im tanie mebelki, tanie palety, tanie gwoździe, śrubki i transport tanimi kierowcami, i bardzo byśmy chcieli dostać tańsze paliwa. Bo my im w pocie czoła, może przy mniejszych mocach korelacyjnych, ale z tym samym skutkiem i na niższych poziomach piramidy pomagamy produkować dokładnie to samo – Wielkie Mnóstwo wszystkich potrzebnych im do bycia specjalistami rzeczy. Jeśli my im nie zrobimy tanio mebelków, to oni przestaną robić dysze gazodynamiczne i zaczną sobie strugać stołki – to nie jest najlepsza alokacja w ich kompetencje piłowane od pokoleń, dziedziczone, specjalizowane do poziomu sztuki. Dlatego musimy powstrzymywać durniów przed psuciem produkcji stołków, palet, gwoździ, kół do samochodów, najlepiej żeby durnie w ogóle cicho siedzieli i nie przeszkadzali – dla durniów własnego dobra. Bo będziemy musieli ich przegarnąć na stertę ciał jakim środkiem technicznym na gąsienicach i skończą się grzeczności.

Druga uwaga rozrachunkowa. Jak na razie siedzimy sobie w mikroekonomii, mamy jakiś tam maszopski podział zysków między turystów, jakieś tam koszty na proli, kaszty narzędzi. Może nam dojdzie jaki koszt stały leasingu pojazdu, wynajęcia lokalu, jakaś telekomunikacja. Prowadzenie rozrachunku w takiej małej pięcioosobowej firmie nie stanowi problemu dla przeciętnie rozgarniętego ojca rodziny, bo szerokość zasilania (ojciec rodu) vs koszty (babiniec i dzieci) i czynniki potencjalnie neutralne (średniomłode, pracujące samce rodu ciągle chcące na jakiś ważny cel młodości pożyczyć). Dokładnie takie same błędy alokacyjne i konsekwencje są i tutaj i na samej górze na poziomie bloków kontynentalnych. I to niezależnie od ustroju, w jednym się bankrutuje, w innym stawiają pod ścianą – to jest detal opisujący formę utraty zdolności honorowej i sposobu jej wykonania. Natomiast warto zwrócić uwagę, że w domu ojciec rodu nie ma nad sobą żadnego czynnika kontrolnego weryfikującego mu księgi – żadnego urzędnika. Przytomnie rozumując to małej firemce księgi też nie są potrzebne i właściwie to na … je prowadzić – no przepisy każą i to jedyny powód. Wymyślenie myku jak prowadzić przedsiębiorstwo zupełnie ignorując prowadzenie ksiąg (ileż wydatków odchodzi) to jest wyższa szkoła gotowania na gazie.

Myślę że po tym przydługim wstępie (hihi^^) można przejść do konkretu. Celem stawania się zamożnym człowiekiem z gołodupca jest takie pójście krętą ścieżką udowadniania mądrzejszym i zasobniejszym od siebie, że pod żadnym pozorem nie jesteśmy durniem – że jesteśmy godni tego aby dysponować środkami technicznymi bo w naszym ręku przysporzą one najkorzystniej bogactwa decydentom, których inni się słuchają – bo jak ich słuchają to jest dobrze (a jak nie to przyjdzie zły Putin i każe chodzić do cerkwi a parady pedałów będą pacyfikować kozacy nahajami, na ulicach zaś zalęgną się białe niedźwiedzie i co drugi obywatel zapisze się do STASI – tak będzie jak przyjdzie Władymir Władymirowicz – tak straszą).
Musimy więc przekonać tego co ma nam dać środek techniczny, że to będzie dla niego korzystne bardziej niż stan obecny. Najprościej jest przekonać sprzedawcę papierem i wziąć na siebie całe ryzyko. Pozostaje jeszcze przekonać siebie że rozstając się z papierem nie jest się durniem (to ta czynność jaką wykonujecie przy zakupie narzędzi w towarzystwie ślubnej, że nie jesteście durniem i to narzędzie jest Wam absolutnie potrzebne do zostania bohaterem domu; no chyba że jesteście mężczyznami niezależnymi finansowo i wyemancypowanymi, wtedy kupujecie co uważacie^^ – które myszy mają dzisiaj takie wygody?) no i ruszać do roboty. Jak zwróciłem uwagę to kupując narzędzia do drewna, nawet jaką obrabiarkę jak ma się na nią miejsce do produkcji jakich ładniejszych detali z drewna wskazuje się jasno że jest się człowiekiem ceniącym bezpieczeństwo i mimo lichego $ w solidnym demand i olbrzymim supply zawsze coś tam się na sól do śledzia zrobi. Celując wyżej (pomińmy na razie te nieszczęsne plastiki i kompozyty) możemy stanąć do stali na poziomie konstrukcyjnym – piła taśmowa, wiertarki, spawarka (kompetencja do narzędzia!) $ to lepszy, udział w rynku 5/(7do9 +kryzys) – da się z tym żyć, demand istnieje (w tym wymienionym 5/7), supply wymaga kompetencji ale też jest powszechny (i ten poziom gotowości nasi przedsiębiorcy utrzymują – dołącz się, bierz kawałek tortu). Na te narzędzia do metalu będziemy jako bohaterski turysta w dobrej geografii oszczędzać około 3-4 lat, w dobrej geografii odrobinę wcześniej rusza ten sektor, więc nie 5/7 a 6/7 sobie porządzicie, będziecie mieli więc dwa lata na konstrukcyjnym, jak jesteście kompetentni to traficie na dwa lata do obróbki maszynowej, i ostatnie dwa jak szybko się ogarniecie do precyzyjnej lub maszynowej masowej (gdzie dadzą Wam do ogarniania cały proces, bo w ostatniej fazie cyklu ten biznes chodzi na dwie lub trzy szychty i nawet młody i nędzny brygadzista jest lepszy niż zmiana bez obłożenia, nawet jeśli druga szychta daje ekonomiczny rezultat połowy pierwszej, a trzecia daje 20-30% normy szychty głównej z dnia, to jednak środek kapitałowy mający +80% rezultatu finansowego w jednostce czasu, kiedy przecież konkurujemy o specjalistów i w jednostce czasu się z nimi rozliczamy “mnie panie leży czy materiał i rysunek dotarł – za godzinę czekania też mam płacone jak za robotę” to jest to sprawa dość istotna. A koszty nauczania ludzi o słabszych niż oczekiwane kompetencjach są po prostu kosztem jaki przemysł musi ponosić kiedy edukacja nie staje na wysokości stawianych przez nią zadań i kształci polityloków na kierunku “europeistyka”.
Coś tutaj pewnie Was tknęło – zaciskając pasa na godny środek transportu (busa), generator prądu (mobilność), porządną spawarkę (czy dwie), piłę taśmową (i jaką ściernicę), jakie szlifierki, wszystko pro, jakiś drakkar, to wychodzi że to będzie z 4-5 lat odrywania sobie od paszczy w wieku kiedy chce się żyć pełną paszczą, a jeszcze ma zostać na przetrwanie kryzysu, a jeszcze piękne panie, dzieci, lokum… jak na to wszystko w 5-6 letnim cyklu nawet przy dobrych wiatrach zarobić… rozsądnie jest uznać że trzeba mieć więcej szczęścia niż rozumu, względnie pozostaje kraść i grabić pod siebie wszystko co kto upuści (ale to też nie tędy droga bo nie szabruje się drobnych). Przyznam że w jednym cyklu nie da się tego wykręcić i plan trzeba mieć nieco dłuższy. Można zaryzykować, ale raczej popłyniecie na tym interesie (ja popłynąłem). I podpowiem Wam, że ciężko się żyje w kawalerce mając w niej piłę, migomat na kółkach, kompresor, narzędzia ręczne i rozkręcony motocykl w przedpokoju. No po prostu ciasno jest, a jeszcze piękną panią zaprosić – sami rozumiecie, że to nie są warunki. A mieszkać w jednym mieszkaniu, a w drugim zrobić skład narzędzi to też nei jest interes, bo utrzymać trzeba oba. Wypadałoby mieć jaki domek z garażem po rodzinie, no jak się ma to dobrze, ale jak się nie ma to czytelnicy sami rozumieją jakie ryzykowne niedogodności mogą w tym interesie wystąpić. Informatyk z komputerem jeszcze się jako skryje przed kryzysem w domu, ale jak kupicie tokarkę to ten numer no pasaran.

Gdzieś już zwróciłem w tekście powyżej uwagę, że jest jakiś drugi i trzeci obieg narzędzi, jakich nie sposób w sklepie nawet zobaczyć i jakich nie ma w katalogu, na ebayu, nie sprzedaje ich amazon, no po prostu nie istnieją. A jednak w firmach je mają. Oczywistym jest że w sklepie dla lemingów nie ma sensu kłaść na półce klucza nastawnego z 3kPLN, bo przecież ukradną samą zawieszkę z ceną żeby sobie pokazywać jaki odlot. Ale są takie sklepy z narzędziami, gdzie trzeba zadzwonić do drzwi i wpuszczą jak znają, a na wejściu leży metrowy gwintownik ISO 240mm tak żeby robił wrażenie co do zakresu obsługi. Tam jest oczywiście bardzo drogo (nawet mnie telepie jak płacę, a przyjmują tylko cashless, więc robię drakkarom koszty jak kupuję). Ale są też inne źródła zaopatrzenia, bo przecież poważnym ludziom sprzedaje się zaciski Famco France, które są przemyślane w każdym detalu, i tak sprytnie zrobione że pod każdym względem lepsze niż popularny chiński model (http://www.techmiks.pl/zacisk-spawalniczy-do-profili-195-mm-carolus-2826-06.html) jak się na to patrzy to widać że wielu ludzi długo nad tym myślało (kiedyś wrzucę zdjęć takich narzędzi co ich nie ma w marketach szczególnie markami). Do firm zajmujących się obróbką i produkcją zgłaszają się czasem sensowni dostawcy (bo większość zgłasza się bezsensownych), a czasem udaje się coś wyszperać na likwidacji innych firm (im starsze tym lepsze, @strzasu kupił warsztat ślusarski i aż się ślinię na myśl co tam dostał w hurcie). Ale najfajniejsi dostawcy trafiają do dużych zakładów przemysłowych, tam to dopiero można dostać ofertę na zboże dla padyszacha. I tam się ten sprzęt kupuje tak długo, aż odpowiedzialni za nie w warsztatach uznają że mają dość dobrze wyposażone warsztaty w domach, garażach i dość sprzedali firmom zaprzyjaźnionym – wtedy można zmienić profil zamówień na kolejne narzędzia jakich naród pracujący garaży i warsztatów potrzebuje. Bo nie czarujmy się – te narzędzia są tak pieruńsko drogie w produkcji z takich materiałów i w takiej jakości, że jeśli dodać by do tego koszty dystrybucji pod własną marką na rynek detaliczny i koszty reklamy to nikt przytomny by tego nie kupił. Więc kupują molochy bo muszą w ramach grupy kapitałowej wziąć w rozliczeniu narzędzia, i płyną za tym jakieś kompletnie niepowiązane z racjonalnością kwity i wyceny, i się to kręci, a człowiek soviecki to na dole prywatyzuje.
Mamy co prawda takich dusigroszy w niektórych korpo, co kupują chińskie narzędzia, ale bez szczególnych złośliwości to nawet imbusy można połamać i cęgi pokruszyć, bo nie są z porządnej stali. Młota niby nie da się zepsuć? Młotka? Chiński był i o! Popsuł się!

Rozłóżmy to na kilka cykli – pierwszy w wieku młodzieńczo-studenckim niewstrzelony, bo to nie od nas zależy kiedy się urodziliśmy, i przebimbany, ale ciągle na zasilaniu na chleb i masło do bohaterskich rodzicieli, a czasem na zasilaniu własnym z pracy. Ten cykl się kończy, przyjmijmy że nam nieco rozumu do głowy trafia, jesteśmy w lepszej geografii (jako ludzie uparci, zresztą większość czytelników w takiej sytuacji i tak jest w Lądku i okolicach) więc obieramy w czasie kryzysu (są wtedy programy socjalne od Kapitana Państwo) azymut na szkołę, wykorzystujemy Kapitana P. i się kształcimy na kredycie studenckim, benefitach i zapomogach wyrywając każdą robotę na czarno, żeby tylko mieć jakiekolwiek kontakty z biznesem, który jakoś kryzys jest zdolny przetrwać. Drugi cykl zaczyna się kiedy jesteśmy w szkole, i szkoła posyła nas ze swoim błogosławieństwem na front pracy, od razu mamy wcześniej przygotowany drakkar lub DG (jak jesteśmy biedni i głupi, albo zdesperowani) i wchodzimy z ofertą do naszego szanownego Wyzyskiwacza w pas się kłaniając i o wyzysk prosząc. Jak rodzice dali na jakie narzędzia – mamy lepsze karty przetargowe, jak co żeśmy sobie kupili za kredyt studencki, żeby lepiej wyglądać, profesjonalniej – mamy blotki przetargowe, jak mamy godny pojazd – lepiej wyglądamy, jak mamy papiery na widlaka – lepiej wyglądamy, ale i tak jesteśmy marni bo młodzi, kompetencje mamy tylko szkolne (chyba że nas dziadek w wieku dziesięciu lat przeganiał od tokarki po spawarkę, a babcia z kompartii wyjaśniała jak działa polityka, druga babcia zaś jak działa księgowość, a reszta rodu jak się prowadzi interesy i po co komu babcia w kompartii na takim szczeblu wojewódzkim), ale przemysł potrzebuje ludzi rozgarniętych (zakładam że mamy czytelników wyłącznie rozgarniętych, bo kto by czytał takie długie teksty?) więc przemysł zaryzykuje wydanie nam narzędzi, doda jakiegoś starego fachowca i ruszaj bohaterze na front pracy. A my bohatersko od razu walimy w nadgodziny. Kwota wolna w dyspozycji jaka nam zostanie to jakieś 2 wypłaty wykwalifikowanego prola plus nadgodziny to 2,5-3 (trzy cykle później będą Wam 3 płacili za pierdzenie w stołek do szesnastej). W dobrej geografii to oznacza jakieś 3-4k EUR swobody po i tak rozbuchanych wydatkach na życie z poziomu 2k EUR. Wyjdą Wam różne inne koszty (środek transportu, podtrzymanie drakkaru, potomstwo, piękne panie), ale tak co miesiąc uda Wam się wrzucić tę kwotę w dyspozycji, po ujęciu dwóch miesięcy słabszych w roku (sezony urlopowe) i jakieś zimowo słabszej koniunktury macie w dyspozycji około 8-9 takich nadwyżek rocznie, co jest kwotą w granicach 20k EUR, czyli jak się przytomni zastanowicie to czterech Waszych wypłat. Fortuna to to nie jest. Teraz dopuśćmy się głupot. Pierwsza głupia rzecz to oszczędności długoterminowe (wiem wiem, naganiam, niech będzie że naganiam) czyli złoto i srebro – w to ładujecie coś ze 4k czyli będą tego ze trzy uncje złota (w srebro się nie bawicie na tym poziomie, bo Was nie interesuje odliczanie vatu z kosztu), z pozostałych może Wam w tym okresie wyjść zakup jakiego samochodu (4-5k), wypada wydać coś na życie (3-4k) i resztę (6k, może 7k) ładujecie w narzędzia do wykonywania zawodu. Oczywiście narzędzia nowe, pro, błyszczące – one są jak dla sprzedawcy dobre ciuchy – mają sprawiać wrażenie, przecież do pracy to każdy szanujący się przemysłowiec na takie zabawki wyciąga z tylnej kieszeni spodni i uzupełnia z kieszeni marynarki. Ale dla Was na tym etapie to majątek. Zapewne kupicie narzędzia i nie będzie Was stać na materiały eksploatacyjne do nich, ale to akurat utargujecie z zaliczek na fuchy. W normalnej gospodarce fakt posiadania profesjonalnych narzędzi wskazuje Wasze ukierunkowanie oraz co najważniejsze – dyscyplinę finansową. A w nienormalnej to sami wiecie co się dzieje jak do wyboru jest podwykonawstwo w lizaniu d Hansa, albo robienia clintona jankesom za darmo.
Rzućcie okiem tutaj:

“Lakfam producent szlifierek narzędziowych” – wszystkie narzędzia na filmie (przeklikałem, ale wszystkie jakim się przyjrzałem) są narzędziami do drewna, najwidoczniej na to jest zbyt nad Wisłą, w inconelu się powszechnie nie dłubie, a w drewnie i owszem i do tego warto narzędzia naprawiać. A premier coś tu opowiada o przemyśle ciężkim i samochodach na prąd? A narzędzia do produkcji samochodów to się przypadkiem nie robi w twardościach 65hrc? Bo niby co się wkłada pod prasę? Styropian niby? A do takich materiałów to są trochę inne narzędzia do skrawania, bo fakt że przed hartowaniem się je obrabia zgrubnie i dokładnie, ale po obróbce cieplnej jeszcze raz jak najbardziej, i tego palcem się nie robi, tam kobalt i wąglik na zapiekance.
Po dwóch latach w tym wieku raczej mała szansa żeby Was zrobili brygadzistą, ponieważ nawet jak macie kompetencje, to w tym zawodzie dominują mężczyźni w średnim wieku i nikt nie będzie szczyla słuchał – to nie budowlanka gdzie dominują 20 latkowie od wbiegania na czwarte piętro z dwoma workami cementu. Ale możecie mieć jakiś cień szansy (jak macie kompetencje i wykształcenie) na wepchnięcie się pod dach (tam ciepło, nie to co w konstrukcjach), względnie awans z konstrukcyjnej na instalacyjną (montaż i spawanie rur, tam już są poważne dozory bo to ciec nie może, a czasem się nawet RTG świeci). I to niekoniecznie trzeba zaraz szefa zmieniać, to może być lepsza fucha w ramach tej samej firmy, po co zmieniać szefa swego kiedy można mieć gorszego?
Następne dwa lata w instalacyjnej, jak nie udało się “pod dach” szlifujemy umiejętności, wykazujemy się bohaterstwem godnym medalu i wypalamy się zawodowo. Rozkład wydatków taki jak w poprzedniej dwulatce, z tym że nasz wydatek celowy na narzędzia najpewniej okaże się specjalistyczną, wypasioną spawarką do rur jeśli w tym siedzimy (& certyfikat = i czasopisma) co będzie nas wiodło do jeszcze specjalistyczniejszej branży jaką są instalacje wysokiego ciśnienia, kriogeniczne, i inne takie duperele jak żywność & pharma (chyba że ktoś chce się pchać na energię, elektrociepłownie i remonty – tam ostro jest, nie polecam choć kasa dobra). Zaczynamy trzymać więcej gotówki (jak nam przez palce nie przelatuje) i powoli przygotowujemy się do ostatniej fazy krótkiego cyklu koniunktury, czyli zajęcia pozycji zabezpieczonej biurwą, albo wysokim apanażem, z którego wykopać nas mogą dwie rzeczy – ciężki kryzys lub fala dla surfera. Ta dobra pozycja to nie jest w doraźnej firmie instalatorsko monterskiej & konstrukcyjnej, bo w młodym wieku przy pierwszych objawach kryzysu lecisz pierwszy, a zostają dziadki z doświadczeniem i układami z szefem i klientami. Oni tam mają stałe zajęcia, a Ty jesteś zasób koniunkturalny (a tak mieli być potrzebni turyści!). Więc ładujesz się w ostatniej fazie cyklu do korpo pod dach i zbierasz grzecznie papier. Możesz od razu kupić pięknej pani i potomstwu jaki dom w biedniejszej geografii, bo na koniunkturze w droższej to Cię nie stać, jesteś tylko droższym prolem.
W korpo pod dach kryzys też dotrze, tylko oni mają z innymi korpo układy i układziki (później wyjaśnię jakie to korpo jest na tyle elastyczne i dlaczego, aby brać sobie drakkary i palić głupa że to konsultanci), więc jak nie będzie wariantu ostrego (zwinięcia produkcji overnight) to sobie tam przebimbacie pierwsze 3-6 miesięcy kryzysu, później będzie mniej godzin, a potem mogą chcieć się pożegnać. I tu pada kwestia, że surfer czeka na falę, na wznoszącą, surfer zna języki, surfer umie strugać drakkary pod takie fale, surfer ma kilka groszy w kieszeni. Surfer rozgląda się po rynkach jak IT21 i już ma spakowaną torbę, już tupie, już meble z domu wyniesione kiedy kryzys się rozkręca i… w jakimś kraju rząd nie wytrzyma pierwszy i zrobi pompkę (będzie pobudzał gospodarkę), pompka polega na tym, że ze względu na demolkę ekonomiczną pada tam czujność fiskalna, a przeregulowanie doprowadza do zmiany przedsiębiorcą systemu zwrotów w helicopter money, ale tak żeby nikt się nie połapał że to celowo (wszyscy wiedzą że celowo, ale z grzeczności pali się głupa, że to taka niezdarność biurwy). Przybrało to w ostatnich “kryzysach” formę zwrotów vat, podatku RUT/ROT (też zwrotów) i wspierania projektami unijnymi jakiś kompletnie kretyńskich podaży narzędzi (dopłaty) różnych wpływowych korpo przemysłowych, które nie miały z nadprodukcją co zrobić (z błędną alokacją, i trzeba było uzasadnić jakoś opchnięcie tego, a frajerom trzeba było dopłacić żeby się znaleźli, prym wiedzie oczywiście produkcja sprzętu medycznego, bo tam papieru więcej niż narzędzia). Gdy zaczyna się taka zabawa zrzucamy drelich, wysyłamy ogarniętego leminga do przygotowania bazy (lokum), ścinamy brodę, wypędzamy wszy, ubieramy się w garniak i lakierki, ryj świński i ręce zarobione oddajemy pod opiekę kobiet od piłowania pazurów, po czym ruszamy na łowy, też sobie w tym natarciu myśliwych polując na jakiego zwrota. Niebawem czekają nas takie właśnie spazmy pobudzania gospodarki po QE i sami widzicie jaki to jest zwrot przez rufę na silnym wietrze i wysokiej fali. Wymaga to pewnego opanowania nerwów, jakich tam kompetencji księgowych, obeznania z przepisami (najlepiej sobie ludzi od tego kupić, oni są tani w tanich geografiach co lubią pobudzać; a najlepiej to sobie kupić jaką firmę w opałach płynności za te nasze marne oszczędności i wepchnąć ją na tory łupieżcze bo ona ma historię i czeka na gotowo) oraz zdolności kłamania w żywe oczy napotkanych urzędników. Zapewne w ciągu dnia? Tygodnia? Miesiąca? (przyznaję się do studiowania przepisów tydzień, wyprodukowania dokumentacji w kwadrans, i tygodnia oczekiwania na przelew) zarobicie tyle co w rok w drelichu. Oczywiście zdemolujecie tym zdolności honorowe, tkankę społeczną, zaufanie urzędów do niewolnika, no ale jak już wskazywałem na to że fala wznosząca będzie w słabszej geografii to jest to gol strzelony na wyjeździe. Ponieważ krótki cykl gospodarczy dobiega końca kryzysem, a w poprzednim z tej okazji wskazywałem matematykę trzymania starego samochodu względem ilości oferowanego potomstwa to tradycji musi stać się za dość, papier na otarcie łez jest (obu stronom), więc jakiś tam domek można sprezentować “na potomstwo” i wracamy do polowania na hajs. Oczywiście tyle sukcesów oraz kroki na nowej, kolejnej drodze życia trzeba uczcić, korki strzelają, brokat się sypie. Potem będzie kac, ale pożyć trzeba pełną paszczą. W jednym kraju zrobili pobudzanie gospodarki to w drugim pewnie też zrobić – łapiemy kolejną falę wznoszącą i przebazowujemy się do kolejnej krainy zawijając mapę. Tam też oczywiście sobie nie żałujemy, jak się dobrze pokombinuje to można sobie tak prawie cały kryzys przebimbać, z tym że oszczędności to z tego raczej żadnych nie będzie, kryzys kończymy ładując się w jakiej nierzucającej się już po czasie na nas jurysdykcji, niechętnej nam czynić przykrości (względnie dającej bana na kilka lat w prowadzeniu DG i sprawowaniu funkcji; ostatecznie nawet można iść do lochu pokuty zażywać, wyciszyć się, książek wreszcie poczytać, na konsoli pograć, ciekawych ludzi poznać – rozrywki na jakie przedsiębiorca w normalnych warunkach nie ma czasu). Podbijamy sobie nową specjalizację z wykształciustwa co nam się przyda w ramach posiadania makulatury dopuszczającej tu i tam i ruszamy z naszą przewagą konkurencyjną znowu w drelich.
Zapominamy całą naszą awanturniczą historię, zawsze byliśmy kornym rabem, zajmowaliśmy się tylko techniką, no może na bogato mamy sprzętu i narzędzi, ale to dlatego że jesteśmy z “dobrego domu”^^ i ponieważ rynek dopiero się podnosi po przejściach to odwiedzamy naszych poprzednich klientów, sygnalizujemy że jesteśmy na rynku, że mamy sprzęt, dowiadujemy się gdzie kto pozmieniał stołki, jakie są roszady, kto wypadł, kto się zapił, kto się wyhuśtał, gdzie się jaki prodDyr zmienił i na początek delikatnie staramy się usiąść w jakiej tam branży (wszak się kształciliśmy) gdzieś tam bliżej obrabiarki, programowania – ważne żeby pod dachem. Ponieważ kryzys dogorywa, a wszyscy kojarzą nas z konstrukcjami, to trzeba porobić ostatnie remanenty, tymczasem w firmach konstrukcyjnych jeszcze się nie rozkręciło – jeszcze nie ma tam nadwyżki proli bo za duże ryzyka kapitałowe, i jeszcze nie mają szerokiej zdolności wykonawczej w takich firmach. A trzeba zdemontować stare linie produkcyjne, wstawić nowe (będzie fucha przy uruchamianiu), stare trzeba gdzie zawieźć, uruchomić nowym panom (bądź tu mądry – złom poskładaj), więc się zaczyna od takich remanentów. To nawet fajna robota, z tym że oferujemy to dumpingowo i właściwie to za 1/2 czy 2/3 naszych poprzednich stawek, a przecież w głowie jeszcze szum szampana z innego życia. I wkręcamy się dumpingiem w rynek, a przy takich przeprowadzkach to ileż rzeczy można naszabrować, szczególnie jak się jest w dobrych układach i wszyscy co są starsi i mądrzejsi to wiedzą że to drakkar, oni też palcem nie są robieni. Więc zaczynają się pojawiać palety z dobrem, maszyny bez przetargu, a kto ma płynność po kryzysie ten rządzi, bo przecież kasa przeceniona inflacją, mało kto to trzymał…
Ale weźmy pod rozwagę przypadek, że nie zrzuciliście drelicha, że nie poszliście na viking, że się z takimi rzeczami krygujecie. Przyjmijmy że kryzys wysya Was z gotowizny i złota. To struktura powrotu jest ta sama, też dumping, tylko narzędzi mniej i mniej lśniące, środki transportu jeszcze na chodzi, i z takimi samymi, źle potraktowanymi przez złych banksterów przedsiębiorcami staracie się jakoś zarobić na przeczekanie aż będzie jasny sygnał, że już można produkować. I ten sygnał nie wiadomo kiedy nadejdzie. A nie będzie się on rozchodził jawnie i równomiernie w gospodarce będącą niedotartym konsensusem faszyzmu (korporacjonizmu) z 35% komunizmem (strefa budżetowa) i 50% szarą strefą. Zwracam uwagę że przy deficycie budżetowym i zalewarowaniu korpo suma przekracza 100% o to właśnie zadłużenie. Nas interesuje sygnał w dysponentach instalacji czyli miejsca gdzie wynika konsensus w kwestii przetrwania pomiędzy stronami, czyli tam gdzie wytwarzana jest podaż dóbr masowych zapewniających spokój społeczny podtrzymujący władzę na stołkach. W tym czasie kiedy się na ten sygnał oczekuje gospodarka jest przywracana do przytomności, czyli Ci co doszli do ściany i nikt ich już nie podeprze (albo mają dość kopania się z koniem) odchodzą od stolika zostawiając maszyny, zbywając je po 10-25centów za dolara (podawałem wcześniej źródło obrabiarek, tak samo jest z liniami technologicznymi, całymi fabrykami), Ci którzy doszli do ściany i chcą grać dalej są oceniani przez starszych i mądrzejszych (oligarchów, wyjaśnię dalej co takiego robi oligarcha w przemyśle) którzy biorą słabych i bezbronnych pdo swoje skrzydła i dodają płynności. Kończą się restrukturyzacje, na halach jest pusto i cicho, zmiany krótkie, pracowników mało, załogi skadrowane. Cały nawis biurwi wyrzucony na pysk głodem i brakami formalnymi przedsiębiorstw w jakich mieliby pasożytować. Wszystkie operacje prowadzą ludzie, którzy mogą. Istotne jest kto może…
I tutaj pada pytanie do oferentów takich jak Ty, czy przyjdziesz tyrać godziny, jeszcze przyniesiesz własny sprzęt, sobie zorganizujesz pracę bez nadzoru kierownictwa, dasz odroczony termin płatności żeby to się rozkręciło, i do tego połowę odroczysz o rok czy dwa (a to inflacja i takie palcem na wodzie pisane) i jak się kilku takich zbierze to może ruszy fabrykę do przodu własnymi siłami. To taka paradna sytuacja rozruchu, kiedy hala jest oligarchy, maszyny (duże) są oligarchy, każdy z przedsiębiorców – szlachty gołoty przynosi własne szable, konie i samopały (spawarki, przecinarki, stoły montażowe, szlifierki, komputery, projekty, know how) i zaczynają kleić jakąś tam prostą produkcję. Bo coś robić trzeba. Licha to kasa, ale to wróci bumerangiem jak weksel. Takie działanie oznacza że jeśli bierzesz w tym udział to potrafi, i stać Cię – nie jesteś wygłodzonym przez kryzys lemingiem, może jest biednie, ale masz z czego ruszyć, umiesz się podnosić. Twój dumping to wielokrotność tego co dostanie goły prol, a prola nikt nie potrzebuje bo goły i trzeba na niego środki kapitałowe, i Kapitanowi P. działę dawać – proli się ruguje z rynku w ten sposób i to Kapitan P. ich właśnie swoimi haraczami eliminuje. Jeśli wszystko dobrze idzie to jakoś w ciągu roku gospodarka zacznie dawać sygnały i gołota zaczyna pakować swoje graty do intratniejszych biznesów o wyższych wymaganiach jakościowych. Ale i korpo potrzebuje rozruchu, tylko tam pchnięcie idzie od góry – na koncie pojawiają się środki, a w dół płyną rozkazy organizowania produkcji. Być może możecie tam pójść jako gołota, ale Ci starsi i odrobinę bardziej doświadczeni przyjadą tam z maszynami i nawet z ludźmi. Ci bardziej doświadczeni sprzedadzą się tam na lepszych warunkach bo mają szerszy park maszynowy i właśnie to doświadczenie. Kwalifikacje techniczne też są istotne, ale Ci od kwalifikacji wyłącznie sprzedają się inaczej, umawiają się na wykonywanie zleceń dla korpo, tych najtrudniejszych zleceń i na gębę ustalają na to wyłączność – oni tam też robią później swoje fuchy, ale korpo zleca im trzon trudnych “nie wiem nie chce mi się”, a jest tego sporo, szczególnie gdy trzeba wyręczyć dział prototypów, który po kryzysie może mieć problem z ruszeniem, bo wymaga przytomnych ludzi, którzy zazwyczaj mają co robić i są mało elastyczni. Albo okrutnie drodzy bo ktoś ich ma, i wypożycza się ich tylko w ramach odnajęcia zasobu z firmy.
Ruszacie w jakimś średnim przybytku Babilonu, może nawet organizujecie rozruch jakiegoś Babilonu gdzie podłoga jest poznaczona w kratkę gdzie chodzić wolno, a gdzie nie (to są straszne miejsca), a pracownicy mają obowiązek egzekwowany pod rygorem żeby nosić okulary ochronne, zatyczki do uszu, drelich, buciki, kask i rękawice nawet w sytuacjach absurdalnych. No ale w celu zabezpieczenia najgłupszych nawet lemingów zagonionych do przemysłu wprowadza się taki rygor na najdurniejszej produkcji i pozostaje się tylko w głowę pukać. Ja z takich miejsc uciekam, ale niektórzy lubią i tam zostają.

W tej nowej sytuacji, już jako zasób DURu czy nawet wydziału prototypów, albo wdrażania produkcji, ulepszania procesów, z własnym sprzętem “żeby była podkładka pod ten konsulting” zaczynamy już na luzie kosić kasę regularnymi wypłatami na poziomie miesiąc w miesiąc, jeszcze bez nadgodzin, robimy sobie na jakiej mało dokładnej obróbce maszynowej, ludzi jeszcze jest mało, 5-7 lat do przewidywanej, następnej zapaści całego interesu, obsługujemy po kilka stanowisk, czas płynie leniwie, jeździmy do klientów wybadać co oni gdzie montują, co do czego ma pasować, konsultujemy rysunki, projekty, upraszczamy “procedury” (zaraz pojawią się tacy co potrzebują procedur), przepychamy cały cykl produkcyjny jednoosobowo, pomagamy w QC, zahaczamy o wysyłkę, słowem poznajemy firmę od magazynu po załadunek wyrobów gotowych, z każdym nawiązujemy kontakt i czas sobie płynie, licznik bije, obrastamy w gotówkę, odbudowujemy zapasy metali szlachetnych, dokarmiamy nasze rodowe lemingi, wszak mamy tu i tam zobowiązania. Odbudowujemy naszą siatkę społeczną, naszą hierarchię, pasiemy to finansami. Po godzinach, w ramach fuch popychamy spółdzielnię prowadzoną w ramach poprzedniej “samopomocy”, która powoli przekształca się w klub spotkań po godzinach, oligarcha zostaje z problemem, że hala kosztuje nawet jak nic nie robi, maszyny kurz zbierają i zaczyna się wyprzedaż. A chętnych na stare rupiecie w takiej gospodarce, gdzie społeczeństwo się starzeje to zbyt wielu nie ma. Co cenniejszy sprzęt się oczywiście sprzeda czy to bezpośrednio czy na aukcjach, ale jest wiele maszyn, których laicy nie kupią, a wyjadacze się targują i wtedy można ruszyć na tanie maszyny, dogadać się na boku, za gotówkę, bez udziału Kapitana P. Gdzieś tutaj jesteśmy już na etapie, na którym jesteśmy w stanie samodzielnie poprowadzić każdy aspekt przedsiębiorstwa produkcyjnego z zakresu prostej, niewymagającej produkcji metalowej, montażowej, konstrukcyjnej, i wszyscy mogą nas po prostu pocałować w d, nikogo o nic nie musimy się prosić. Z tym że kompetencje mamy już poważniejsze niż posiadany sprzęt, i bardziej opłacalne zajęcie w korpo niż to co możemy robić sami.

To właśnie pewien paradoks naszych czasów w krajach uprzemysłowionych. Kapitał można sobie “wydrukować”, nawet na siłę kanalizują go różnym rozdawnictwem helicopter money żeby się ten rozpędzony wózek produkcji nie rozleciał. Bogactwo jest tak niezmierzone że nawet komuniści mogą sobie istnieć i nawet postulować. Maszyn mamy ile chcemy, ich wycena jest formalnością, a reglamentacja dla picu, ponieważ więcej kosztuje wożenie się z nimi niż są one warte. Aktualny model produkcji jest w logice “zużyć – wyrzucić”. Elektronarzędzia, drobny sprzęt zapełnia magazyny, ale on ma wyceny w walucie bieżącej i jest z punktu widzenia leminga drogi, z punktu widzenia przemysłu jest z nim tylko taki problem że prole to kradną, wynoszą, psują. Bo są w stanie użyć, więc trzeba to ciągle dosypywać, bo ciągle wycieka. Najwidoczniej mnóstwo nie jest jeszcze wystarczająco wielkie. Trzeba wyprodukować więcej i przestaną kraść (tak jak przestali kraść w niektórych krajach rowery). Za to kapitał kwalifikacji, kompetencji, przytomnego myślenia a nie jakiś bzdur z kursów dla przodowników przodownictwa drożeje. Z tym że nierozerwalna jest zdolność do operowania narzędziem z dostępem do tego narzędzia by nim operować. Najprościej będąc właścicielem, albo mając ojca czy wuja, czy dziadka właściciela, który dopuści do narzędzi które są reglamentowane, szczególnie reglamentowane w powiązaniu z udzielającym wyjaśnień mentorem, który wyjaśni do czego to jest. Coraz częściej pada pytanie od oligarchów – kto jeszcze umie poprowadzić fabrykę? Bo dziadki znające proces i prowadzące to wszystko (a za czapkę gruszek tego nie robią, ba jak ktoś z “etatu” w “cudzej” fabryce utrzymuje stadninę koni i jacht co pali tyle w weekend tyle co bus w pół roku to sami rozumiecie – on to własną głową i rękoma ogarnia, bez proli) są na wymarciu. Jeszcze od biedy załatwią sprzedaż, ogarną dostawców (mają wszak rabaty takie że tylko pomarzyć), ale już nie przypilnują procesu, produkcji, najwyżej coś doradzą i zgubią się gdzieś na hali kiedy głowa zaczyna szwankować. Albo wsadzą łapę w maszynę i krew się leje.
Pewien paradoks, w którym kompetencje od pewnego poziomu są wyceniane ponad kapitał materialny. Przynajmniej tam gdzie demografia załamała się wcześniej i żaden Jaruzelski nie zgasił świata, więc brakło wyżu ten dramat już siłą tsunami rozbija się o puste hale, gdzie pracownicy odeszli na emerytury, wymarli i nie został nikt kto potrafił poprowadzić to dalej. Gdzie firmy nie mają dziedziców, gdzie bez dziadka, który umie wszystko uruchomić nie ma nikogo kto jeszcze wie jak cała instalacja działa i jak przebiega proces produkcji. A jest to o tyle ciekawe, że są to kluczowe elementy dla pewnych branż i bez dostaw nastąpi tam cofka techniczna do powszechnie dostępnych, masowo produkowanych podzespołów o dużo prymitywniejszej niż przez nich stosowana technologia dzięki którje prowadzą eksport. Downgrade to są poważne problemy standaryzacji i ujednolicania produkcji, stąd te gwałtowne projekty ucieczki do przodu, żeby zamrozić pewne technologie w fazie masowej produkcji, a do tej fazy trzeba je dopchnąć bez względu na koszty (przynajmniej komuchy w Brukseli uważają że te koszty to pikuś).

Nie da Ci ojciec, nie da Ci matka! Babilon aby uzyskać końcowy rezultat musi utrzymać równowagę pewnych aspektów koniecznych do własnego działania i to na takim poziomie żeby ustroju nie rozniosło. Musi utrzymać przepływy dóbr, oraz transfery zobowiązań w przyszłość (nikt Wam tyle nie da ile korpo obieca). Z tym że nadmierne przepływy zostawią puste magazyny i zniszczą wiarygodność stanu posiadania, a pozbawione ryzyk transfery o znacznej wartości w krótką przyszłość sprawią że zniknie motywacja, a pojawi się roszczeniowość niewolników. Jest na to plan awaryjny – ostry ale to już kompletna demolka i obsadzanie pagonami stanowisk w co bardziej lukratywnych elementach układanki. Oprócz kasy przyobiecanej i wypłaconej Babilon może zaoferować Ci reglamentację innych dóbr, których dostęp sam Ci ogranicza (wszak w Ameryce każdy mógł być niby bogaty, a w ZSRR trzeba było się zasłużyć). Otóż może Ci dać możliwość realizowania Twoich własnych zamierzeń, oczywiście w postaci dostępu do zasobów i jeśli lubisz może być to klepanie asystentek po … ramieniu oczywiście^^
Ale zakładając że musi mieć dopływ świeżych pomysłów i rozwiązań technicznych to MUSI co bystrzejszym udostępniać plac zabaw z maszynami, narzędziami, wykonawcami i zapasy waluty na to. To konkretnie poziom swobody twórczej. Ten stopień swobody jaki możesz dostać jest właśnie wstępem do wsadzenia dzioba w śmietanę. Bo tutaj zaczynają się luzy, ponieważ kreatywności nie da się wyzyskać w koncłagrze to się luzuje poziomy kontroli do tego stopnia, że jedynie długoterminowe i ciągłe dostarczanie rezultatów jest wskaźnikiem odpowiedzialnym za decyzję czy dosypywać kasy (pomijając inne problemy Babilonu kiedy są cięcia na kasie). Poziom swobody – to jest coś co Ci mogą dać.

Ta kłująca w oczy prawidłowość, że pomijając przypadek rozruchowej spółdzielczości na początku krótkiego cyklu cały Wasz sprzęt jest na pokaz i ewentualnie do drobnych robót pomocniczych, względnie fuch, bo do pracy zawodowej potrzebujecie sprzętu o większej kapitałochłonności wskazuje jasno na Wasz stan – jesteście niedokapitalizowani względem kompetencji. Nie ma się co dziwić – przyjmujemy że zaczynacie od zera. Zresztą sam fakt tego że możecie zdobyć kapitał wskazaną w tekście ścieżką (ścieżkami, bo zaraz ruszymy dalej z tą opowieścią wigilijną, a jest to kompilacja wielu przypadków w różnym wieku) wynika z produkcji Wielkiego Mnóstwa, z którego po prostu udaje się Wam czerpać odrobinę więcej niż innym. Jak już zapewne zauważyliście ta cała część materialna “firmy” oprócz pokazowej zdolności do sprzedania Twojego zorganizowania jest hobby & poduszką na wypadek zjazdu z koniunktury. Prole nie mają takich poduszek do miękkich lądowań, więc tworzy im się polityczne iluzje “okresu wypowiedzenia”, “zabezpieczenia socjalnego”, “emerytury” przy czym jak przychodzi co do czego to się okazuje że do podziału jest bida z nędzą.
Jest całkowicie racjonalnym następstwem tej ścieżki rozwoju gromadzenia kapitału, że wkręcicie się gdzieś w propozycję prowadzenia komuś produkcji. I jedyny powód dla którego ta propozycja będzie nęcąca to taki, że macie świadomość kosztów i konieczności zapasów na prowadzenie własnej produkcji i lepiej się pod kogoś podwiesić, ponieważ rozpatrujemy scenariusz w którym zmieniliście geografię i nie ma tam gospodarstwa po przodkach i własnej szopy na biznes. Bo jeśli rozpatrywalibyśmy sytuację, w której szlachcic urodzony jest na zagrodzie i może tam sobie produkcję uskuteczniać to znajdziemy się o kilka kroków do przodu, bo i narzędzia jakie w szopie może się po przodkach znajdą. Przyjmujemy jednak na cele tej gawędy, iż zliczamy ile krótkich cykli koniunkturalnych trzeba aby do takiego poziomu dojść od zera, co uświadomi nam w liczbach dlaczego korzystne jest przygotowanie potomkowi dobrego startu i zadanie mu solidnego kopa na rozpęd. Tak żeby już korzystał z kapitału nie tylko materialnego, ale organizacyjnego i społecznego zdobytego przez przodków. Bo ktoś to wszystko musi odbudować, i wygląda na to że jak strategiczni partnerzy z atlantami nie przebiją nami trzeciego dna to wyjdzie na to że to my będziemy tworzyć zalążek diaspory i za jakieś dwa tysiące lat jacyś ludzie uważający się za Polaków będą kłócić się z mniej wartościowymi narodami tubylczymi, że Kruszwica jest ich stolicą od trzech tysięcy lat^^

Podałem te mnożniki, takie przykładowe, ale to może nie być dość czytelne, że obróbka precyzyjna materiałów narzędziowych:
https://www.uddeholm.com/en/applications/hot-stamping/
w stosunku do konstruowania z drewna ma mnożnik złożony w okolicach x500, co wprost przekłada się na wypłaty dla specjalistów i zarobki spółek. Być może jest trudne do wyobrażenia dla wszystkich czytelników, więc objaśnię to geometrycznie. Ludzie wyobrażają sobie (liniowo), że do każdej kolejnej branży ludzie (specjaliści) spadają z nieba (z jakiejś nieskończonej puli ludzi do zajmowania stanowisk w gospodarce), wyobrażenie to ma następujący charakter:
-wyobrażamy sobie trójkąt, o podstawie dostępu gospodarki do żywności i zasobów (wszystko jest z ziemi), o wysokości 1/3 długości podstawy;
-przecinamy ten trójkąt po wysokości i rozdzielamy na dwa prostokątne, symetryczne;
-wstawiamy w środek trójkąt o podstawie dostępu gospodarki do drewna, o wysokości dwa razy wyższej od poprzedniego trójkąta;
-dociągamy w poziomie krawędzie sterczące nam po kątem prostym z trójkąta pierwszego, tak żeby nam się dokleiły do trójkąta drugiego przeciągając wierzchołki w poziomie – uzyskujemy “trójkąt z wystającym kolcem” z tym że o szerszej niż podstawa gospodarki (wydobycie plus żywność, ponieważ drewno też rośnie z ziemi);
-teraz powtarzamy to dzielenie trójkąta z kolcem, tak jak dzieliliśmy sam trójkąt i wstawiamy coraz ostrzejsze trójkąty jako kolce w środek – rośnie nam podstawa i coraz ostrzejszy szpic z każdą kolejną branżą, ostatni to technologie kosmiczne i wąski kolec do nieba;
W ten sposób ludzie widzą liniowo gospodarkę, to widok całkowicie fałszywy, ponieważ liczbę ludności ogranicza zasadniczo podaż żywności i to jest podstawa trójkąta, a wysokości kolejnych branż wyznaczają wysokości kolejnych trójkątów. Na chwilę zachowajmy z boku w pamięci ten wykładniczo wzniosły szpicem trójkąt. Wyobraźmy teraz sobie następujący:
-rysujemy trójkąt o podstawie żywności w gospodarce i wysokości odpowiadającej liczbie ludności;
-ścinamy go na wysokości zatrudnienia w branży żywnościowej i ten trapez uznajemy za moce korelującą potrzebną do nakarmienia wszystkich co żyją;
-zacieśniamy/rozwijamy krótszy bok równoległy trapezu do szerokości wszystkich innych branż – tego ile potrzebują zasobów wyjąć z ziemi, wody i powietrza, na tym rysujemy kolejny trójkąt, tą samą metodą zamieniamy go w trapez i powielamy operację aż do branży kosmicznej;
Uzyskujemy w rezultacie figurę, która jest kanciastym (całkowanym po trapezach) przybliżeniem połowy elipsy o r1 równym dostępie do żywności i wysokości (r2) odpowiadającym poziomowi rozwoju technicznego w sumie wszystkich branż. Ludzie bystrzy są więc wyciągani za uszy i na siłę z branż słabszych do silniejszych, przez co moc korelacyjna w branżach słabszych spada, i muszą one zatrudniać więcej ludzi pracujących w coraz głupszych i gorzej zorganizowanych warunkach. Teraz wróćmy do naszego pierwszego trójką – tego o szpicy rosnącej wykładniczo. Odwróćmy go do góry nogami, dopasujmy proporcję wysokości do tej scałkowanej elipsy. Ta figura oddaje nam teraz poziom “nakładów na stanowisko pracy” w proporcji do sztuki homo sapka w danej branży. Ci na dole męczą się z kakaowcami za dolara czy dwa dziennie, a ci na górze to kadra największych korporacji, udziałowcy, kadra techniczna, ludzie główkujący nad taką dystrybucją zasobów na planecie, żeby się ludzie nie rzucili sobie nawzajem do gardeł i jeszcze chciało im się robić, a nie zalegli z piwkiem przed tv w oczekiwaniu na sobotniego grilla. Proporcja jest drastyczna, ale mnożymy każde piętro przez liczbę mieszkańców danego piętra zarobków z danego poziomu korelacji (tak – cwaniaki dobrze korelują i dlatego mają dużo zasobów na rozrywki). Ten rezultat jest powszechnie uważany za niesprawiedliwy – ale działa, na razie nikt nie wymyślił żeby zrobić inaczej i żeby jeszcze działało, było kilka podejść, ale wszystkie skończyły się tak że nie działało. Choć wydaje się że najbogatsi są absurdalnei bogaci, to gdyby jednak rozdzielić wszystkie zasoby najwyższych pięter (10% najwyższych dochodów pomnożone przez liczbę mieszkańców na tych piętrach) i podzielić między wszystkich pozostałych to muszę Was zmartwić – wyjdzie po BigMacu bez frytek i coli dziennie dla każdego z 90% z dniówki 10%. Opodatkowanie progresywne bogatych nie ma więc żadnego sensu jeśli do tego kotleta z BigMaca zeżre nam jeszcze urzędas. No chyba że celem życia jest przywracanie ułudy sprawiedliwości. Do tego “system” od razu wlicza sobie w zmianę rozkładu zarobków tę ewentualną “sprawiedliwość” (dalej w systemach rozrachunku wskażę jak) i na wszelki wypadek zabiera 90% po BigMacu, bo może będą chcieli go odzyskać w podatkach progresywnych – na wszelki słuczaj lepiej im te kanapki przygotować.

Istotne na tym etapie jest wskazanie w jaki sposób Babilon przydziela zasoby w postaci firm, da nam to odpowiedź jaką firmę i kiedy będziemy w stanie zbudować, z jakimi ryzykami i za ile. Od razu pojawia się czytelnikom w głowach budowa firmy samodzielnie, oddolnie – to podstawowe źródło paszy jaką żywi się korpo, tak jak pierwszy przykład z pięcioma pracownikami zjedzonymi na koniec krótkiego cyklu. Tak Babilon żywi się właśnie takimi egzodynamicznymi firemkami, ale nie od razu je pożerając, a inwestując w nie.

Trzecia uwaga rozrachunkowa. Wraz z rozrostem struktury zmienia nam się sposób szacowania (metodologia), jak i sposoby zabezpieczania płynności (coraz więcej refinansowania nawet jeśli z własnych stanów magazynowych “gotówki”). Logicznie ekstrapolując wychodzi iż ten stan będzie się wraz z efektem skali rozwijał i wygląda na to że niepewność kosztów do zysków rośnie do wartości nieprzewidywalnych. A mimo to ponadnarodowe, międzykontynentalne korporacje istnieją, wydobywają, przetwarzają i dostarczają produkty, energię, usługi. To znaczy że ich strona techniczna mimo absurdalnie wysokiego poziomu uorganizowania działa i nie mamy ani jednego przedsiębiorstwa dominującego tak teoretycznie jak dominować mógłby jakiś rząd planetarny. Czyli z punktu widzenia nawet tak wysokiego poziomu uorganizowania nie jest on wielki ponad wyobrażenie, ponieważ da się wyobrazić bardziej zintegrowaną strukturę. Jednak nawet taki poziom integracji jaki wykazują największe korporacje na planecie jest przytłaczający liczbowo ryzykami, więc musi istnieć system ich magazynowania, refinansowania, użycia w stanie nieaktywnym, muszą istnieć gwaranci i reasekuranci, a co najważniejsze – tego nie da się liczyć jak małego przedsiębiorstwa czytelną księgą wydatków i przychodów (mimo że rzeczywistość dalej tak funkcjonuje). A skoro nie tak – to jak, jak wygląda rozrachunek dużej korporacji i jaki ma to wpływ na różne struktury przedsiębiorstw, branż i klastrów przemysłowych?

Czujemy się niedoinwestowani, ponieważ względem naszych kompetencji możemy dostać lepszy sprzęt zapewniający nam wyższą efektywność pracy i tym samym lepsze dochody. To “poczucie niedoinwestowania” występuje na każdym szczeblu aż do samej góry. Każdy ma niezrealizowane potrzeby i “gdyby miał to czy tamto to by tak wszystkim dogodził, że by się w dobrobycie kąpali”. Dlatego państwa wiecznie trują o wydatki infrastrukturalne, szybsze pociągi, lepszą organizację, szybsze taczki, barwniejsze pasiaki, mocniejsze łańcuchy, ostrzejsze kilofy – aby niewolnikom dobrze płaciło się wysokie podatki. Jedyny luksus jaki mamy na tym etapie to taki, że ktoś ma większą od nas wiedzę i zasoby, więc podążamy wydeptaną ścieżką korzystając z już istniejących narzędzi, które to właśnie my mamy mieć w ręku, ponieważ w morzu ludzi durny średni i wcale okazujemy się tym który rokuje bardziej niż inni. W morzu durni, ponieważ durniom odbiera się narzędzia i daje tym co ich nie popsują, a przynajmniej nimi zdążą zarobić tyle, żeby było na nowe narzędzia. Durniom odbiera się wszystko po kawałku, aż po sądy, państwo i suwerenność – bo po co durniom państwo? Po co durniom samostanowienie? Rozpędzić takich po świecie i niech sobie blogi piszą. Przyjdą starsi i mądrzejsi to im będzie terytorium jak znalazł.
http://wolna-polska.pl/wiadomosci/szabasowa-kolacja-polskojezycznymi-politykami-2017-11

Na szczęście naszym zmartwieniem raczej nie będzie dojście do ściany i kopanie się z rozwojem technologii, chyba że będziecie mieli niezwykłego pecha i jednak dobrniecie do tego absurdalnego miejsca w gospodarce, które też opiszę choć jest tam nieco surrealistycznie. Naszym najpoważniejszym zmartwieniem jest to, że to od nas odsysają ludność spostrzegawczą tak jak opisałem we “free for all”, a zostawiają ogłupiałą resztę, czego rezultatem w technice (rezultatem tego że Ci bystrzy nie wracają z technologiami i ich nie wdrażają) jest zjawisko wyważania otwartych drzwi – wymyślane są technologie znane już powszechnie w krajach uprzemysłowionych. Jednak ze względu na to, że jesteśmy niezorganizowaną bandą durni, niezdolną bić sąsiadów, to sąsiedzi biją nas i żaden przytomny inwestor z zagranicy nie przywiezie fabryki i technologii żeby ją rozwijać w Polsce, choć często w międzynarodowym gronie omawiamy takie projekty, i ze względu na stresory wewnętrzne (bandę durni) Polska odpada z listy krajów, gdzie można stawiać B&R. Polskie firmy wyważają więc otwarte drzwi regularnie i odkrywają na nowo rozwiązania już znane. Jak choćby wskazane powyżej maszyny do szlifowania frezów – to są oryginalne, polskie rozwiązania. Tylko że funkcjonalnie identycznych nie trzeba było wymyślać – wystarczyło przywieźć, po chińsku skopiować, a jakby kto z pretensjami przyszedł to mieć Pana Pancernego co by kazał pozwy zeżreć i odszczekać. Niestety nie mamy własnego Pana Pancernego, to Pan Pancerny ma nas do płacenia haraczy.

Wróćmy do tego gdzie jesteśmy w gawędzie o bogactwie i rozwoju. Mamy jakieś tam swoje graty do prowadzenia biznesu na poziomie konstrukcyjnym, zaczynają nas opanowywać myśli o własnym lokalu, i własnych obrabiarkach, które wytworzą nam bogactwo. Na tym etapie powinniśmy mieć już ogarnięte jakie są koszty funkcjonowania przedsiębiorstwa, albo jeśli jesteśmy wyjątkowo mało spostrzegawczy to właśnie na takie stanowisko rozpędem koło czterdziestki trafimy, gdzie się dowiemy. W firmie konstrukcyjnej koszty materiałów eksploatacyjnych, oraz koszt kapitałowy odroczonych płatności sprowadza nas na ziemię wymagając na stanowisko pracy bufora na poziomie 30k EUR, czyli zapasu na delikatne pół roku poślizgów. Albo kwartał poślizgów niedelikatnych z poważniejszymi awariami. To nasze przedsiębiorstwo jakie trzymamy hobbystycznie w domu, na pickupie lub we właśnie zajmowanym garażu/lokalu (nie myślcie że do tego robi się jedno podejście, raczej przygotujcie się na przeprowadzki i doraźność takiego rozwiązania jak nie traficie w rynek, albo jak rynek zacznie się rozpadać i się nie utrzymacie na pływającej w wodospadzie wskaźników kierujących się na południe na krze) to to przedsiębiorstwo raczej zapasu materiałów eksploatacyjnych na pół roku nie ma. Chyba że w ramach swoich przejść z Urzędem gdzieś tam musieliście albo zapłacić haracz, albo jednak zrobić jakieś zakupy, żeby to się do papieru dobrze kleiło, i nakupowaliście materiałów jak były tanie. To tak się też w życiu zdarza – na co wszak komu srebro przy takim vacie jak nie po to żeby sobie ten vat odliczyć w ramach kosztów, skoro i tak się trzeba z czegoś tam nazbyt jawnego rozliczyć? Z tym że nie w każdej jurysdykcji takie brewerie uchodzą.
Rozsądek nakazuje traktować więc własną firmę jako kartę przetargową, ale nie wyjmowaną na stół, tylko taką, o której Wasz chlebodawca wie, że Wy sobie coś na boku dłubiecie i jak co to macie gdzie pójść, a nawet ktoś z klientów może Was kupić i z dnia na dzień Was nie ma. To się bardzo przydaje jak stawiacie oczekiwania finansowe. Dla Was pójście na swoje jest zbytnim ryzykiem kapitałowym, bo poślizgi z własnych oszczędności byście musieli uzupełniać, a tych oszczędności możecie nie mieć tyle, lub Wam ich jeszcze szkoda. Natomiast w przypadku jakiej demolki na rynku jest to dla Was deska ratunku, bo macie firmę która Was zatrudni i jakoś da przeżyć dając narzędzia i nikogo innego nie weźmie, bo to Wasza firma i Wy tam rządzicie. Prole takiego ratunku nie mają i dlatego wymuszają różne dzikie rozwiązania, które sprowadzają się do tego, że dostają mniej niż 1/4 zapłaty, a resztę ich opiekun wrzuca do skarbonek “na odchodzących proli’, “na proli chorych”, “na proli w wieku ochronnym”, “na proli odzieciałych”, “na urlopy dla proli” i jak prol potrzebuje to się ze świnki mu wyciąga i daje, bo przecież prol sam by o siebie nie potrafił zadbać. Trzeba się nim jak dzieckiem opiekować.
Własna firma ma tę wielką wadę, że potrzebuje kapitału i tych 30kEUR, i może na maszyny na miarę naszych kompetencji, i pewnie jakieś inne wydatki jak lokal by się nasze rozbuchane potrzeby zamierzyły. I tak zanim zaczniemy myśleć o pierwszej obrabiarce… to nie nasuwa się koncepcja że nas ten przemysł ciągnie za uszy w górę, daje kompetencje, maszyny, tak jakby się z góry na dół kasa strumieniem sypała? A czy przypadkiem startupów ktoś nie dofinansowuje? Zwracałem uwagę na dwie kwestie – pierwszą taką, że Babilon się tymi firmami żywi, a drugą taką, że na tym etapie życia jak nic musimy mieć już jakiś wgląd w koszty działalności i przytomność umysłu żeby to ogarnąć i pojąć czy się w tym czujemy. I mamy za sobą ze trzy typy firm.

Przyczyną dla której praca w przemyśle tak bardzo różni się od IT jest istota optymalizacji. W IT żaden kod nie ginie, nawet jak prawnicy wymyślą patentowanie rozwiązań to substytucja tych już znanych jest błyskawiczna co dobrze wpływa na ceny. Żadne oprogramowanie się nie zużywa, więc w IT optymalizacja to następstwo, a nie substytucja (zastępstwo). Tymczasem maszyny materialnego tego fenomenu nie dzielą z oprogramowaniem, maszyny się zużywają, wymieniamy w nich części, czasem zaczynamy budować od nowa te same, proste mechanizmy. Robimy je więc od nowa doskonalszymi, dlatego maszyny są tak dopracowane, dlatego rozwiązania w nich tak piękne i proste (w przeciwieństwie do tego co powstaje w IT) i dlatego jest tak niski nakład korelacyjny na ich obsługę, a tak wielki na ich wytworzenie i dlatego wytwarzanie nowych maszyn jest najbardziej dochodowym procesem na tej planecie. Bo żeby nie wiem co wymyślili klepacze kodu, to procesor jest urządzeniem materialnym produkowanym w urządzeniu istniejącym fizycznie. I może akurat tego nie robi się młotkiem, ale komory reaktorów atomowych są kute (google: forging nuclear reactor – tylko obrazki są ciekawe).

Pierwsza, taka którą z rzadka widujemy, raczej nas tam nikt nie wpuszcza, i wiemy o niej tylko stąd że czasem trzeba było coś z takiej firmy odebrać, czego nikt nie chciał wyprodukować, albo nie za tyle. O to taka firma “garażowa”, najczęściej zaczyna się do jednej obrabiarki numerycznej kupionej za 5kEUR i odremontowanej wiedzą i siłami własnymi. Jeden z czytelników dla przykładu taką ma, szukał do niej instrukcji, stara Hitachi na FANUCu 21-T, pracowałem na podobnych. Dobra do obróbki miękkich stali (takich akuratnych do toczenia) lepsza do plastików. Nazbyt skomplikowanych, ani dużych detali się na tym nie robi, pole robocze niby tam jest spore, ale zazwyczaj nie szaleje się z detalami większymi niż to co się w rękach zmieści, ponieważ stan tych maszyn i ich dokładność ze względu na wiek jest taka akurat na potrzeby produkcji z tych materiałów. Na jakieś udziwnione zastosowania brak tam mocy mi prędkości obrotowych. Ale za 10-15kEUR już można dostać nowszą maszynę z siemnumerikiem i narzędziami z napędem (dodatkowa oś), z tym że zazwyczaj się w takich maszynach montuje nie uchwyt szczękowy, tylko zaciskowy (jak potrzebujecie normalnej tokarki to zaciskowy jest upierdliwy, ale jak dostosowanej do produkcji masowej z konkretnego rozmiaru pręta to na wypasie). Taka zaleta takiej tokarki nad manualną, jeśli chodzi o robienie drobnicy (jak już wywalimy drzwi i zabezpieczenia, drzwi służą do zasłaniania się przed chłodziwem), że uchwyt jest hydrauliczny “na pedała”, względnie na “guzik”, a nie na klucz i jak trzeba uzyskać ręcznie jakiś przerób to oszczędza czasu i wysiłku. Wada każdej tokarki cnc jaka jest w naszym zasięgu (pomijając pewne takie jeszcze manualne, a już cnc, które są normalnymi tokarkami suportowymi z dodanymi napędami i zazwyczaj na jakimś systemie typu trak – wygooglujcie trak cnc i pojmiecie o czym mowa, dziś by wam kontrol na żadną produkcję tego nie wpuścił w obawie o życie leminga). Wadą tych starych i małych tokarek jest to że się sypią w nich głupoty, takie serwisowe rzeczy dla uważnych, a to gdzieś kable się przetrą od drgań, a to coś zaczyna stykać, a to uszczelki i hydraulika pluje olejem, raczej nic poważnego się im nie dzieje. No i wada jeśli chodzi o podłączanie się do sieci czy użycie USB – można zapomnieć. Można oczywiście wymienić cały komputer, co jest nieracjonalne ekonomicznie, ale ludzie są przywiązani do narzędzi traktowanych jak skarbonki. Powyżej tego są tokarki cnc o “normalnych” wymiarach i mocach przerobowych, zazwyczaj w granicach 30kEUR udaje się coś takiego dostać w wieku pięcioletnim, raczej jakiegoś doosan’a
http://www.doosanmachinetools.com/en/main.do
czy EMCO:
https://www.emco-world.com/en/
I to wciąga koszty serwisowe proporcjonalnie do wieku. Czasem trafi się jakiś Haas:
http://int.haascnc.com
Z tym że Haas ma własny język programowania i jak się w niego wgłębicie to są tam braki zależnie od wersji, że pewne polecenia po prostu tam nie działają (jak choćby zadanie promienia r dla g2 i g3 z punktu do punktu, maszyna uparcie oczekuje ijk dla centrum okręgu, a w simnumeriku potrafi sama sobie wyliczyć), no i ma bardzo nieergonomiczną klawiaturę, więc programy robimy na komputerze, a nie na pulpicie i wrzucamy dopiero na maszynę. Co ja zresztą narzekam – stare FANUCi to są dopiero nieergonomiczne w pisaniu z pulpitu.
Raczej większej skali maszyn się po garażach nie chowa, głównie z powodu kosztów serwisowych. Większa skala i więcej osi w tokarce, i większy uchwyt i większa moc, to są już raczej kierunki na produkcję wałów, to już trzeba wiedzieć jak się rozkłada suporty, podparcia, to jest wyższa szkoła jazdy i do takich rzeczy zatrudnia się tokarza, który spędził ponad pięć kompetencji na tokarce, z 50 lat życia wszystkie zawodowe przesiedział na ślusarstwie i dopiero wtedy zaczyna się poważne dyskusje o takich zastosowaniach. Trzeba mieć świadomość czego się nie wie i do czego się nie podchodzi, chyba żeby narzędzia podawać. To bardzo ważna kwestia, bo szef nie musi wiedzieć wszystkiego – ważne żeby wiedział czego nie wie i w co się nie powinien wp…
Do warsztatu na pewno będzie nam jednak potrzebna tokarka, choćby suportowa. Najpopularniejsze są TOS:
http://www.trens.sk/en/home
Ale jest też wiele innych. Z TOS to w ogóle ciekawa sprawa, bo Szwedzi je importowali mimo własnej produkcji, i bardzo cenili, ale pierwsze co to wywalali ich oryginalne uchwyty szczękowe i montowali polskie:
http://www.bison-bial.pl/
ostatecznie jak nie było Bizonów to montowali Emco. Czyli polskie wyroby traktowano bardzo poważnie.
No i żeby nie było że w Polsce się maszyn z przytupem nie robi:
http://porebamt.com/pl/
Tokareczki, od zawsze pamiętam je jako “małe”. Tylko że to jest produkcja rzemieślnicza i mechanika owszem, ale elektronika nie jest produkowana w Polsce… a przypomnę że były takie podejścia i plany produkcji polskich obrabiarek cnc właśnie na bazie tej firmy jeszcze w latach osiemdziesiątych. Tylko ktoś nam rozwalił przemysł elektroniczny. Jakiś sąsiad.
Wracając jednak do takich zamkniętych warsztacików robiących zlecenia dla korpo, to zazwyczaj jest tam sprzęt dość specjalizowany. Głównie dlatego że sami go sobie potrafią serwisować, i przede wszystkim turyści-hobbyści umieją się nim posługiwać, bo mają w domu. Jeśli celujecie w coś takiego, to większymi gabarytami Poręby (nawet jakiejś mniejszej i 30 letniej) zakasujecie okoliczną konkurencję z suportowymi w kwestii tego co możecie wsadzić w uchwyt – bezkonkurencyjne. Małymi, tanimi tokarkami jakie wymieniłem na początku można produkować tanio wiele dupereli, które dla normalnych gabarytów byłyby kalkulowaniem się do kosztu utrzymania maszyny i nastawiania budzika (produkcja uszczelek, podkładek specjalnych). Większość detali do przemysłu nie przechodzi na normalnej produkcji bo “za dokładne, za tanie, nie opłaca się”. No i średnie tokarki do normalnej pracy, “do zarabiania, do przerobu”. Jeśli oczywiście bawicie się w przerób a nie w wyciąganie rodzynek z Babilonu.
Zaraz przejdziemy do frezarek, jednak pewna uwaga na temat tokarek – zasadniczo mają dwie osie, mocne wrzeciona i dają większy przerób niż frezarki, a są dużo sztywniejsze, w rezultacie uzyskuje się nimi znacząco lepsze dokładności, chyba że ktoś chce się bawić w mechanikę precyzyjną i mu dzień psuje bicie – ale obróbka precyzyjna to inne piętro, później do tego wrócimy, przy grubych mnożnikach). Jest jeszcze jeden typ obrabiarki – prasa, ta ma tylko jedną oś (pomińmy te nowoczesne), raczej nie zdarza się żeby trzeba było w niej coś regulować szimeringiem (nie znam polskiej nazwy technicznej na to, skimy, blaszki takie bardzo cienkie po setkach i dziesiątych co się je wycina i podkłada w różnych mechanicznych częściach maszyn, żeby im pracę na detalu “wyprostować”, trochę zapomniana metoda odkąd w maszynach cnc można robić korektę adaptatywną, no ale w prasach gdzie potrzeba dokładności do setki przy detalu to się ciągle przydaje), jedna oś – kupa mocy, najszybszy przerób. Może nie jakoś wybitnie jakościowy, lepsze otwory są wiercone niż bite sztancą, ale jeśli macie zamówienai masowe na jakiś detal do którego macie narzędzie, to prasa wysypuje walutę w takim tempie że nie nadążycie szuflą przegarniać. I tam się prawie nie ma co zepsuć, a powtarzalność jest do bólu.
Frezarki – właściwie to frezarki są ekonomicznie niezasadne, ale z powodu tego jak mamy zorganizowaną produkcję i jakie robimy detale są konieczne. Frezarki są drogie w utrzymaniu, ale bardzo proste w ogarnięciu ludzkim umysłem po szkole, w której wyjaśniają jak działają osie współrzędnych. Gdyby nie ilość rzeczy, które się w nich może rozregulować, popsuć, ciec, zatkać, zapchać, zablokować to byłoby podstawowym narzędziem do każdego warsztatu. A tak jak jest to na potrzeby firmy, która nie używa frezarki do produkcji powtarzalnych detali i wciskania zielonego guzika to na takie potrzeby wywala się z frezarki wszystko począwszy od podajnika narzędzi i jak się kończy, to właściwie cały proces można zacząć od zakupu manualnej frezarki z DRO – i powinno starczyć. A jeśli już wchodzimy w produkcję, to tak, żeby na polu roboczym albo zmieścić jak najwięcej detali, wcisnąć guzik i iść się jaką pożyteczną robotą zająć, albo żeby to była produkcja drogich narzędzi (na przykład do pras). Za równo frezarkę jak i prasę w pewnych granicach tolerancji, w niektórych (najpopularniejszych) zadaniach zastępuje wycinarka laserowa, względnie wodna, względnie plazmowa. To dość proste w użytkowaniu urządzenie, stworzone do produkcji, pozbawione wad dwóch wymienionych, i jeśli już macie włożyć w coś dużo kasy, a potrzebujecie produkować, a nie bawić się w dokładności (na przykład produkować blachy/blaszki do konstrukcji, albo jakieś zgrubne, miękkie zębatki) to tędy droga. Serwis swoje oczywiście zje, wentylacja musi być, ale kasa się z tego wysypuje, no powiedzmy w stopniu umiarkowanym, bo $ds wyszedł taki, że wszyscy się na to rzucili i supply na rynku jest dobrze obłożony.
Jak już straszę upierdliwością serwisową pojedynczych maszyn, to szczytem upierdliwości jest drutówka (EDM). Japończycy produkują to na pohybel białemu człowiekowi, wymaga to utrzymywania w czystości jakby tam żaby mieli kroić, wszystko co da się tam rozkręcić i skręcić jest za małe pod palce białego człowieka, za delikatne i w ogóle przekombinowane. Jak się coś popsuje to zaczyna wciągać kasę na serwis jak pralka skarpetki. Ale można tym pracować w materiałach twardych (narzędzia) i jest to początek dłubania w mechanice precyzyjnej. Oczywiście nie zapomnijcie gdzieś tam w warsztacie ustawić wiertarki słupowej, najlepiej z własnym posuwem, wolnymi obrotami i jakimś wyposażeniem do gwintowania – “przydasie”.
Rozpędzając się przy maszynach to przypominam, że beczka chłodziwa “na dwa razy” do obrabiarki kosztuje około 2kEUR plus vat. I obrabiarka zalana chłodziwem nie może sobie stać, bo się tam zalęgną pleśnie i trzeba będzie lać chlorem i będzie wszystko rdzewieć, i zeżre uszczelki i w ogóle nieszczęście będzie. Olej hydrauliczny do tokarki jak ona chodzi nie idzie co prawda na beczki, ale na 5 obrabiarek to już jedna rocznie może iść, też piechotą nie chodzi, a jeszcze smary, oleje, prąd – obrabiarki wciągają walutę jak Reksio szynkę. Więc wystartowanie skomputeryzowanej obrabiarki (a jeszcze przypominam że kompresor ze zbiornikiem trzeba takiej kupić) to nie jest sama cena zakupu obrabiarki. Hobbysta to oczywiście może sobie kupić i na raty robić jak ma lokum, ale jak chcecie wystartować produkcję tak powiedzmy w ciągu miesiąca, a sami nie umiecie jej serwisować, to będzie to kosztowało. No i materiały eksploatacyjne, narzędzia… o narzędzia do obrabiarek też kosztują i to nie mało, tokarka to jeszcze jak Cię mogę płytek się kupuje na pudełka i można coś sobie podłubać, ale do frezarki to walutę na frezy wrzuca się jak do świnki skarbonki. A jak już jesteśmy na kierunku obróbki precyzyjnej to dojdzie nam szlifierka pozioma z magnesem, a to dopiero pierwszy krok z krawędzi przepaści.
I jeszcze dodam tutaj… no tak, bo przecież o maszynach, mógłbym temat ciągnąć bez końca, już nawet nie rozpisywałem się markach frezarek, powstrzymałem się… To jak już planujecie laser/wodę/plazmę do cięcia cnc to najbardziej odporna (i dająca najniższą jakość, ale tnąca najgrubszy materiał w stosunku do ceny urządzenia) będzie plazma. Z laserem jest kupa zabawy, bo tam sztoff (pył) taki drobny się zbiera w filtrach, czyścić to trzeba, trujące to, wyciąg trzeba poważny (do plazmy też, ale nie trzeba filtrów – wystarczy stół wodny), a woda jest dość uniwersalna, ale koszty materiału ściernego do niej są zauważalne.

Nie istnieje technologia, która nie jest uruchamianą ludzką wolą i fizycznym działaniem. Nie ma żadnych robotów samodzielnie produkujących cokolwiek w fabrykach, stocznia, branża, przemysł w całości jak i najmarniejsza fabryka z najmarniejszym młotkiem na środku hali jest tylko narzędziem kierowanym wolą i dążeniami ludzi, którzy tego narzędzia wspólnie i niekoniecznie w porozumieniu używają tak jak zechcą. Nie ma żadnych świadomych czy nieświadomych AI – są automaty do gier, które w samej swojej istocie są systemami eksperckimi. Nasza wola, nasza jaźń w naszych głowach to mechanizm, ale na tyle złożony i tak oćwiczony kubłami zimnej wody, że nie tylko Grindwal może się z nami mierzyć (no dobra – nie mamy szans z nimi w lingwistyce). Jesteśmy jednostkami, nie dzielimy żadnych myśli, nie mamy wspólnej woli, ani jaźni. Możemy sobie roić przeróżne rzeczy, ale żebyśmy nie wiem jakie mieli fantazje, to póki co żaden nóż (choćby skazany za morderstwo, bo przecież mamy takie loty u dzikich plemion) czy pistolet nie zabija ludzi. To człowiek jest przyczyną każdego wypadku gdy “zawodzi technika” bo to człowiek tę technikę tworzy.

Zejdźmy z maszyn do rachunków. Gdzieś na tym poziomie macie już tak ustawione zarobki i pomijając jakieś straszne kryzysy ciągłość zajęcia, że pozostaje zadać sobie pytanie co takiego chce się robić przez pozostałą część życia. Trzeba się nad tym zastanowić bardzo intensywnie, ponieważ w przemyśle, a ten jest źródłem siły w postaci ostatecznych argumentów królów (ultima ratio regum), w przemyśle właśnie piętro wyżej zaczyna się polityka lokalna, a ponieważ królowie i Panowie Pancerni w chciwości swojej sięgają łapami coraz niżej penetrując kieszenie rabów swoich kornych to i polityka po prostu, a nie lokalna wyłącznie zaczyna się właśnie na podłodze zaraz nad tym sufitem. Praca w przemyśle zawsze była bardziej opłacalna od jakiejkolwiek innej, tak jak nawet bycie największym przemysłowcem jest korzystniejsze od bycia największym bankierem. Po pierwsze nikt się rodów przemysłowych nie czepia, a banksterki to owszem, a po drugie ludzie walili drzwiami i oknami do miast aby pracować w przemyśle i porzucali wieś. Bo to jest dobry interes. Natomiast w naszych czasach mamy rezultat jednego dziwnego zjawiska z czasów minionych i jednego już całkowicie naszego. Z czasów minionych to to, że każda “rewolucyjka” taka jak zamiana człowieka na konia w kieracie po wymyśleniu sprzęgła (jak wyglądają sprzęgła w kieracie z koniem? albo w kieracie z rzeką?), zmiana konia na węglożera, zastosowanie pary w marynistyce, chemia w rolnictwie, antybiotyki – każda z tych “rewolucyjek” miała jeden skutek liczbowy – gwałtowny, masowy przyrost populacji. I to taki że populacja urosła 20 krotnie w niecałe 200 lat. Tymczasem po antybiotykach mieliśmy tranzystor, lasery, oprogramownie, internet i nic… białych nie przybywa, liczba się ustabilizowała na poziomie przemysłu w granicach 2WW. O to nic takiego zapewne pomyślicie bo wtedy praca w przemyśle była uciążliwa, ale od tego czasu, i to już jest nasze zjawisko, które narasta – powstała olbrzymia liczba branż pobocznych do przemysłu związanych z przetwarzaniem danych, głównie obrachunkowych, ale też dotyczących sterowania procesami masowymi, emocjami ludności, rozrywką, informacjami. Każda z tych pobocznych branż zasysa ludzi jak pralka skarpetki. A jak przed chwilą zwróciłem uwagę – liczba ludności (białej, przemysłowej) się nie zmienia, za to przesuwa się średnia wieku. To znaczy, że te trójkąty branż rozrysowywane wcześniej zasysają łebskich ludzi, no przecież nie z przestrzeni kosmicznej tylko z innych branż ich wysysają – głównie z przemysłu bo tam był człowiek, z rolnictwa, z produkcji żywności. I to wysysają tych bystrzejszych do korelowania potrzebnych, a tych gorszego sortu pozostawiają bez korelatorów, bez kierownictwa. Tylko dzięki tak zwanej automatyzacji się to jeszcze nie zawaliło. Postaram się wyjaśnić jak to robimy, bo każdy proces przy jakim obecnie dłubiemy (a są to technologie z badań podstawowych sprzed 60 lat, samochody elektryczne sprzed 120) ma tę samą immanentną cechę – zautomatyzować, uprościć, wdrożyć masowo. To są warunki być albo nie być każdego projektu. Bez masowego wdrożenia nawet nie ma co siadać, mamy tyle technologi specjalistycznych, że brakuje sigm do dziedziczenia wiedzy o nich, bo się rozłażą do coraz to nowych dziedzin. Nie udaje nam się uzyskiwać ciągłości przekazywania pewnych umiejętności, na przykład za jakiś czas może być problem z użyciem broni jądrowej, bo prawie nie ma już specjalistów, którzy umieją ją produkować, wiecie kiedy były ostatnie testy w realu? Pomijając Koreę i śmieszne bombki po 10kT jakie tam niby testowali? W Pakistanie i Indiach w 1998 roku przeprowadzono ostatnie próby. Czyli mamy dorosłych ludzi, za życia których ani nikt nie leciał na Księżyc, ani nie testowano broni. Niebawem padnie kwestia – czy ktoś kiedyś widział jak to w ogóle działa i czy wszystkie czynności nie są dla sportu? Kształcenie teoretyczne.
Robimy to tak. Wiemy że proces ma być samowykonalny, czyli w dorozumieniu “zautomatyzowany”. Czyli trzeba napisać program. Ponieważ nie będzie nikogo zdolnego do wprowadzania ręcznych proprawek i kontroli przebiegu procesu należy opisać każdą możliwą sytuację i określić działania w danej sytuacji. Oczywiście czytelnicy wiedzą co się stanie – dojdzie do wykonania prawa Murphego i natychmiast dojdzie do sytuacji nieprzewidzianej przez program. Dojdzie dlatego, że środowisko nie jest dość kontrolowane. Od razu wyobrażacie sobie hale pełne ramion robotów budujących mercedesy – otóż nie. Najpierw uprościliśmy te miejsca, gdzie najłatwiej było pozyskać dużą liczbę ludzi, w ich liczbie sigmy. W produkcji żywności, w rolnictwie, w opiece socjalnej i w bezpieczeństwie (policji, wojsku, straży pożarnej). Nie ma tam ani krzty robotów, więc programy nazwaliśmy “procedurami” – resztę historii znacie – lemingi dziś żyją procedurami. Policja ma procedury, a w kiblu torturuje omyłkowo zatrzymanych – aż do śmierci – to taki właśnie poziom ludzi zostaje po odcedzeniu bystrzejszych do innych dziedzin ludzkiej działalności, a zostają obiboki i patole. Przykłady tego jaki kwiat narodu sterowany przepisami został w “państwie procedur” macie w komisji Amber Gold. Nie wymaga to chyba żadnego komentarza – to nie są szczególne przypadki i zła wola – to jest rzeczywistość powszechna, to tak właśnie działają “procedury” skrzyżowane z odsianiem sigm. To tak będzie dalej i będzie jeszcze śmieszniej. Ale zapewniliśmy Wielkie Mnóstwo bezpieczeństwa, opie socjalnej i procedur.
Tam gdzie się udało w ramach “automatyzacji” używamy chemii – na przykład w rolnictwie i produkcji żywności. Czy to się nadaje do jedzenia to inna sprawa, ale jest Wielkie Mnóstwo z napisem “żywność”. Trochę przeholowaliśmy z rowerami – jest ich tak dużo że zamiast dbać o stare ludzie kupują nowe “jednorazowe” – zwalamy na Chińczyków że to oni tak ten badziew produkują, ale u siebie mają wysypiska rowerów – nie ma czego zazdrościć. Było groźnie z samochodami – 50 lat temu mieliśmy już taki poziom techniczny, że właściwie niecelowe było produkowanie nowych samochodów, bo stare nie chciały się psuć, no ale sami wiecie jak zaradziliśmy – zaprojektowaliśmy żaby w rozwiązaniach i teraz trzeba dawać dwuletnią gwarancję, na to, że po roku to w ogóle dojedzie do ASO. Mam dostęp do takich niezdzieralnych elementów, które potem światowi giganci “poprawiają”, ja mam oczywiście “serie” testowe, ręcznie robionych prototypów na testy, więc wiem ile powinna działać zmywarka czy lodówka, ale potem dodają do tego elektronikę jak trzeba i tak się zastanawiam czy przypadkiem nie złości Was to na tyle, żeby… no nie wiem – referendum urządzić? Zebrać milion podpisów pod petycją że to ma się nie psuć i być wymienne? Bo ściepy na to żeby wprowadzić do produkcji niepsujące się to raczej nie zrobicie, z tego prostego powodu, że co to za inwestycja, jak nie będzie z tego regularnych dochodów bo każdy kupi tylko raz? No to jest właśnie nierozwiązywalny problem ekonomii jaką tu będę dalej prezentował. Na razie jednak zwracam uwagę, że ekspandują nam kolejne branże, ludzie instalują się w tych branżach, tam łapią kompetencje, coraz mniej ludzi zajmuje się coraz bardziej zautomatyzowaną produkcją, z tym że w takim wąskim gronie to możemy albo zapewnić podaż super produktów dla magnaterii, bo przecież robimy supersamochody, a Szwajcarzy dłubią werki. Albo możemy zapewnić identyczne produkty masowe (w to poszli w Chinach – dobrobyt dla każdego, ale identyczny, zero personifikacji). Chcecie meić wszystko takie samo jak sąsiad? Nawet poglądy? W naszym indywidualistcznym społeczeństwie?
To jest problem tej pozornej automatyzacji, że moc korelacyjna jak na razie pochodzi od człowieka i owszem używamy programów eksperckich, wspierających decyzje, przedstawiających w udanej mnemotechnice zjawiska i procesy. Z tym że długość procesu korelacyjnego we własnej głowie jest wykonywana w krótkich interwałach, tymczasem w szerszym gronie już nie. Dlatego coraz wyżej wprowadza się “procedury”, przepisy, rozporządzenia – po czym zabiera się ludzi od myślenia, i kolejna fabryka wytwarza “coś” i tego akurat Wielkie Mnóstwo. Z tym że wraca nam ekonomia, te fabryki się wywracają dokładnie w takiej perspektywie w jakiej funkcjonuje ludzka pamięć (pomiędzy dwa a pięć lat). Zresztą w takiej perspektywie działa biznes i produkcja, inaczej nie potrafimy tego zorganizować. Przynajmniej jeszcze nie mieliśmy okazji przekonać się że musimy coś zmieniać, jednak tym razem – czytelnicy pytali o opis problemu społeczeństwa deindustrializowanego – czyli takiego w którym coraz większy kłopot sprawia wytworzenie funkcjonujących przedmiotów. Po pierwsze wynika to z coraz większej złożoności przedmiotów, ale co jakiś czas jakiś geniusz (jeden z tych co zakładali B&R w którym robię) rozłoży coś skomplikowanego na części pierwsze, złoży pozbawiając udziwnień i po pięciu latach jest światowy bum na nową technologię, która różni się od starej jak AK47 od nowoczesnych pistoletów maszynowych – nie ma w nim czego popsuć nawet najgłupszy użytkownik, a działa samo. Pierwszym więc aspektem będzie upraszczanie rozwiązań technicznych w takim społeczeństwie, a co za tym idzie zapotrzebowanie na moc korelującą przez te urządzenia ze strony użytkowników. Bo to czego oczekujemy od automatów to to, żeby same się ogarneły z tym co mają robić (a inżynierowie teoretycy są zdziwieni gdy coś się nie dzieje samo, tylko trzeba proces “ustawić”). Na przykład samochody mają same jeździć – jeszcze nie wiemy kto je będzie sam naprawiał, na razie nie sposób naprawić Tesli po stłuczce – szkoda całkowita. To zapotrzebowanie na moc korelującą oznacza odpływ myślenia z górnych branż ku realizacji własnych potrzeb – może się okazać że nie będziemy w stanie tak długo pracować, bo będziemy mieli do załatwienia kupę własnych spraw w wyniku tej cofki technicznej. Ot choćby te coraz bardziej złożone (więc awaryjne) urządzenia trzeba będzie ogarniać w kwestii stwierdzania usterek i wzywania serwisu, a potem użerania się że naprawdę było zepsute “no przecie mnie działa, co mi pan… a że cukru nie sypie do kawy – pański lekarz panu zalecił nie spożywać tyle cukru i automat się zastosował” – no i weź mi pan zrób obejście na tego łapiducha – ja chcę z cukrem. To musi kosztować ekstra zdaje mi się.
Obecny stan przemysłu wcale nie różni się od naszych powszechnych oczekiwań, większość z nas nie umie konkretyzować myśli i tworzyć do nich specyfikacji. Ci co pracują samotnie to po prostu tego nie potrafią, a część nawet nie chce – więc pracują samotnie, bo nie chce im się wyjaśniać innym dlaczego robią coś tak czy siak. Obecny stan formalności w przemyśle wyklucza zastosowanie lemingów działających według “procedur” i tych gburowatych samotników. Po prostu przepisy nie przewidują takiego rozwiązania, aby było bezpieczne dla lemingów. Aby był przykład jakie to ma konsekwencje, to podam taki, że zmieniają się przepisy odnośnie zabezpieczeń maszyn i powiedzmy że mamy czepliwego na punkcie przepisów prodDyra. Od nowego roku mają być fotokomórki (podaję zdarzenie z przeszłości – tak to właśnie było) wstrzymujące pracę maszyny w przypadku wejścia w strefę. Poprzednie maszyny wymagały położenia dwóch palco “na kamieniu” (na przyciskach wyzwalacza maszyny). I w grudniu te jeszcze były dobre z “ręce na kamieniu”, a w styczniu jak się czepimy że są zmainy w “prawie” to już nie wolno ich uruchomić pracownikowi. Sobie pomyślcie teraz o akcjonariuszach, że im wyłączyli takim przepisem park maszynowy (a było modernizować – niby można tak argumentować, ale niby z grudnia na styczeń ludzie aż tak głupieją że się pozabijają jak im nie zmodyfikujemy maszyn?). Rozwiąznie jest proste – park nie działa, pracownicy na bruk. Po co komu pracownicy bez sprawnych maszyn? Takich detali jest więcej – dźwigu nikt nie może naprawić, bo wymagany jest przegląd u producenta, w UKu do legendy przeszło wymienianie świetlówek na hali.

Skoro żyjemy w oparach absurdu to zwróciłem ostatnio uwagę w jednej z podfabryk Wielkiego Babilonu, że w całej fabryce nikt nie ma uprawnień aby zgodnie z wymogami tubylczego PIPu użyć szlifierki kątowej na obiekcie. ProdDyr podrapał się po głowie, przywołał przepisy i stwierdził że rzeczywiście, na szczęście kontrola z PIPy ostatni raz była ze 20 lat temu, bo wypadków nie ma, pożaru nie było. Ale nie we wszystkich krajach tak jest, znamy wszyscy takie gdzie za wymiar drzwi do stołówki potrafią łapać za kieszeń. Pozostaje się pozbyć pracowników – nie ma pracy – nie ma inspekcji.

Rezultat tej szopki jest taki, że akcjonariusze szukają na zarządców swojego majątku ludzi przytomnych, a przytomni mają od tego akcjonariuszy aby ich dokapitalizowali (przypominam – każdy czuje się niedokapitalizowany), sami zaś szukają ludzi, którzy zapewnią cash flow, a ten w przemyśle pochodzi ze sprawnych produktów jakich pożądają klienci, czyli trzeba te produkty dostarczyć bez względu na klimat i przepisy. Co za tym idzie kalkulacja od strony oligarchy wygląda tak, że hala kosztuje jak robi i jak nie robi, więc skoro kosztuje, i park maszynowy kosztuje (jest zamrożonym kapitałem i sprzeda się po 10centów za dolara jak dobrze pójdzie, a pewnie pójdzie źle), więc ma płacić i działać, bo płaci tylko kiedy działa i wypluwa Wielkie Mnóstwo, które przekracza potrzebę jego zliczania swoją Wielką liczbą. Już wiemy kiedy nie działa – jak biurwa napisze jakiś przepis i jakiś leming weźmie to na poważnie. To trzeba poszukać ludzi, którzy po pierwsze wiedzą jak taki proces przeprowadzić cały, po drugie nie pytają o głupie przepisy biurwy i mają je w nosie, po trzecie też czują się niedokapitalizowani, więc można z nimi dyskusje sprowadzić do kwestii – ile dobra Ci trzeba? Bo skoro hala z parkiem kosztuje tak czy tak, to neich sobie kosztuje jeszcze trochę, ale żeby działała. A działa jak tam się nic nie psuje (nawet jeśli to nie psucie się kosztuje tyle co naprawy i wziątek dla krasnoludków). I tutaj właśnie spinają się interesy przemysłowców z interesami turystów, którzy już mogą się wykazać własną zagrodą, więc można im dać do korelowania nieco większą – bo i tak nie ma komu dać, a ten jest najlepszy, a po co dawać jakim durniom?
Oto czego przemysł oczekuje od Ciebie w takiej sytuacji – dokładania mocy korelacyjnej. Nieba Ci za to przychylą bylebyś daną Ci zagrodę utrzymał w ruchu bez dokładania Ci polecań, zarządzeń i rozporządzeń. Żeby się ten samochód sam prowadził i sam naprawiał – a Ty masz być jego mózgiem. Oczywiście warunkiem wstępnym takiej automatyzacji jest to, że nie będzie tam pracowników. Owszem przydaliby się, ale biurwa postawiła przepisy zaporowe i opodatkowanie pracy (ludzi, bo maszyn to nie, maszyny nie płacą dochodowego, nikt nie sprawdza ile pracowały), więc ani ta praca nie jest opłacalna (przez opodatkowanie), ani te przepisy przytomne. Więc bierzemy tylko tych co twierdzą że wcale nie pracują – oni są przedsiębiorcami. A to zazwyczaj oznacza dysponowanie własnymi środkami produkcji (na przykład DURem) i udział w zyskach. Czyli wkład kapitałowy. Przed chwilą jeszcze chcieliście być dokapitalizowani, a teraz to Wy dokapitalizowujecie swoją firmą jak kapitałem oligarchę – paradoks? Będzie śmieszniej. Ale już widać kierunek przepływu kapitału, on idzie z dołu do góry, ten co idzie z góry to nie działa, póki przy nim nie stanie rozgarnięty człowiek i nie skoreluje działań linii produkcyjnej to ona nic nie wypluwa, a ponieważ przeróżne branże powyrywały ludzi z produkcji dóbr materialnych & liczba ludności nie wzrosła (nie tej co się przemysłem zajmuje) to środków produkcji jest ile tylko się zamówi, ale ludzi co umieją się tym posługiwać jest coraz mniej.
A jeśli dać produkcję durniom to macie przykłady z Polski co Niemcy zrobili – wszystko pozamiatali. Dalej tak robią i to nie tylko w Polsce, tak jak Kociołek (niemiecki agent) pacyfikował przemysł stoczniowy w Polsce dając rozkaz walenia ze wszystkiego do pracowników stoczni (zastanówcie się ile decyzji i opinii musiało być właściwych aby takie rozkazy można było w ogóle wydać, żeby sprzęt dojechał na miejsce, żeby żołnierze byli tam tacy co takie rozkazy wykonują – ujmę dalej w tekście jak to działa); tak samo teraz w Goteborgu po odkupieniu od Niemców stoczni okrętów podwodnych (kto to w ogóle obcym sprzedał?!) zaczęły się problemy (dwa lata temu) w porcie kontenerowym i w wyniku konfliktu zarządu (udającego że umówił się ze związkami, tylko z takimi co ich nie ma w porcie, takimi wyjętymi z kieszeni – jawna prowokacja) przepustowość spadła z 10k kontenerów tygodniowo do 4k.
http://sverigesradio.se/sida/gruppsida.aspx?programid=104&grupp=24013
Warto zwrócić uwagę że ten problem z terminalem kontenerowym już rozregulował zdolność eksportową całego przemysłu. Czyli można w ramach i w granicach prawa spacyfikować eksport państwa przemysłowego.
Bo fabryki nie działają same sobie, tylko muś czegoś dostarczają, bo komuś to jest potrzebne do wykonania czegoś innego. A nie robi się tego wszystkiego w jednym miejscu na kupie, choć integrujemy jak możemy przemysł w takie klastry – żeby oszczędzić na logistyce, na transporcie. Jak potężne moce logistyczne zasysają sigmy odkąd lemingi porzuciły sklepy i kupują wysyłkowo?
I tylko z tego prostego faktu wynika to, że możemy sobie pozyskać istotne zwroty z tego interesu. 40 lat temu zapewne zachęcałbym do zainteresowania się handlem, dziś produkcją. Bo ten nasz biedny oligarcha od naszej strony musi spiąć zaopatrzenie (czyli ktoś nam musi dostarczyć WM surowca i go wstępnie obrobić, profili stalowych z huty po 60 metrów się nie wozi do warsztatu, tylko pocięte po 6m i 12m, ktoś to tnie), zbyt musi nam zorganizować (żeby to co trzaskamy na maszynach było potrzebne w korelowanym przez jego bandę mózgów procesie), musi dostarczyć maszyny, albo finansowanie na te maszyny. A jeszcze nie po naszej, a po swoje stronie musi wymusić dodruk kapitału, ochronę przed biurwą, ochronę przed bandziorami (porządek społeczny), dać coś Panu Pancernemu żeby pilnował podaży z kopalń do hut i patrzył na ręce innym Panom Pancernym czy na terytoria nie nastają, a jak nastają to ucierać się z dodrukiem, aby przemysł wypluł nieco środków przeciwdziałania, zamiast ajfonów i rowerów dla mieszkańców miast. Trzeba zapewnić drożność szlaków handlowych, sprawność telekomunikacji, i przypilnować systemu rozliczeń, żeby dało się wykazać kto dobrze robi słupki, a kto blefuje i w grze w drunia trzeba mu zabrać maszyny i dać mu co prostszego do roboty. Jakoś się te stanowiska ucierają. Ale postawiłem kwestię, czy po danej liczbie cykli koniunkturalnych jesteśmy w wieku kiedy nam się jeszcze chce. Bo może nam się już nie chce? Trzeba kiedyś przecież oddać maszyny kolejnemu pokoleniu, można oczywiście liczyć na wnuki, ale nie znam nikogo kto liczył i się nie zawiódł już na poziomie własnych dzieci, które mają inne plany i marzenia, i wymienią wszystko po 10 centów zadolara, bo potrzebują dolara, aby stworzyć biznes na miarę swoich marzeń. A nie naszych. My swoje pięć minut już mieliśmy w historii.

Przyjmijmy, że nam się nie chce – mamy swój warsztat, być może “odkupiony” przez oligarchę, albo wypożyczony razem z nami (więc mamy “wypłatę” i bonus kapitałowy za ten wkład, czyli za odciążenie środków kapitałowych firmy, choć tak naprawdę za dbanie o tę naszą część bajzlu tak żeby zawsze działała). Przy okazji jak nikt nie zadba dbamy o instalacje tak żeby nie trzeba było dzwonić po serwisy, łazimy z miarką i czytaniem rysunku po produkcji, czasem staniemy przy maszynie, czasem jakąś “ustawimy”, czasem zaprogramujemy, skwitujemy jakie rysunki, pomierzymy na QC, przeprowadzimy “na szybko” prototyp przez proces jak trzeba co pokazać na wczoraj, rzucimy okiem jak się mają myszy w magazynie i tak sobie możemy przetuptać do kryzysu, kiedy to na nowo dogadamy się z naszym oligarchą czy jest jak było, czy pracujemy przez kryzys na pół gwizdka i wrastamy w otoczenie jako ekspozycja stała. Można tak sobie kosić te 5-8k EUR na produkcji maszynowej, więcej na precyzyjnej, nieco mniej na konstrukcjach na hali, mieć wszystko w nosie, nic już więcej nie trzeba inwestować, kupować, dożyć tylko swego i z niech się następne pokolenie martwi. Co oznacza że uda nam się jeszcze odłożyć jakieś 40kEUR gotówką i drugie tyle w fantach do wieku kiedy trzeba myśleć o owsiance. Choć jak znam aktualne życie na produkcji – na tym się nie kończy, a będzie gorzej – będzie trzeba tam siedzieć aż do śmierci. Na razie można – to siedzą, ale to będzie obowiązkowe jak się z systemów emerytalnych zrobią kpiny na poziomie zasiłku socjalnego czy innej emerytury obywatelskiej.

Przyjmijmy że nam się trochę jeszcze chce. Z tym że traktujemy to jako “mogę, ale nie muszę”. Wyjmujemy więc rodzynki, albo hobby (czyli realizację własnych pragnień) i robimy dla oligarchy to co mu tam potrzeba (może nie bezpośrednio, ale już dla jego rejenta owszem), a nawet czasem szarpniemy się z ekipą drobnej szlachty u pańskiej klamki (bo przecież nie ogarniemy sami całego przedsiębiorstwa, jednego trzeba od handlu i twarzowania na expo, jednego od układania się z ludem pracującym hal, ktoś musi pilnować specjalistycznych usług dla firmy jeśli takie występują) poszukując alternatywy dla naszej wytwórczości. Alternatywa ma trzy rozwiązania – robimy dla siebie hobby, nawet w ramach firmy, to uchodzi. Robimy usługi dla ludności i drobniejszych przedsiębiorców jako fuchy – to nawet dobrze, bo w razie czego firma może się utrzymać w przypadku gdyby była wojna na górze, a czasem naszym częściowym oligarchą nie jest ktoś kogo znamy, albo do kogo ostatecznie można pojechać ze skargą na kliencki los szaraka u Jaśnie Wielmożnego Magnata, czasem trafi się że udziały ma jaki Haliburton (przypadek z życia) i nie wiesz czy jeszcze zarabiasz, czy już po Tobie, a nie wiesz o tym tylko dlatego, że jesteś niedoinformowany. Akurat ten aspekt bardzo dobrze własną małą firmę z możliwościami fuch w większym aspekcie fabryki. No i ostatecznie można próbować ekspansji, co z definicji oznacza wcinanie się w rynki sąsiadów, konkurencji, może nawet samego oligarchy. Nie ma w tym nic złego jak się w poziomei firmy nawzajem zjadają – przynajmniej konkurencyjność z tego jest, dopóki ktoś za mordę i z góry trzyma dostawców i odbiorców, żeby się tam jakie politykowanie i rozwalanie rynku nie zaczęło. To pozwala korzystać z pewnych zmienności koniunktury i przy pewnym wysiłku wzmocnić swój udział w spółdzielni, wpływy w firmie (nawet w postaci formalnych udziałów), i co prawda przełoży się na wycenę majątku (w tym aktywów w firmie) bardzo dodatnio, to będziemy dysponować mniejszą gotówką (za to większym parkiem maszynowym skupwanym okazyjnie od innych firm i potencjałem organizacyjnym, zapleczem kontaktów).

Uwaga rozrachunkowa – waluta. Przedsiębiorcy w przemyśle mają pewną specyficzną formę rozliczeń i to w każdym kraju dokładnie tę samą. Otóż w ramach rozliczeń “pozafakturowych” jak już nie mają waluty, albo skąpią o dają sobie wzajem maszyny, elementy maszyn (na przykład “delningsapparat” – po polsku kątowy stolik obrotowy? spotkałem w trzech krajach jako zachomikowany na “regale” jako rozliczenie, regał oczywiście na palety), i to zazwyczaj takie bardziej leciwe, z lamusa wyciągnięte, kiedy jeszcze odlewy na bogato były robione do maszyn. Co ciekawe z wiekiem sam zacząłem się tak rozliczać, ponieważ jest to korzystne (tym korzystniejsze im bardziej się drobnicę przyjmuje, nawet po dolara za 20 centów udaje się dostać), a ponadto pewnych narzędzi nie można sobie od tak po prostu dostać na rynku. Bo jak ująłem to w akapicie gdzieś powyżej, a jeszcze dodam – ktoś przytomny ma wiertarkę Husqvarny? A przecież istnieją. W ramach rozliczeń widziałem już całe linie technologiczne, stację generowania azotu (do poważnego cięcia laserem z butli się nie nadąży wiązek dowozić), wycinarki laserowe, linie do szlifowania, do cięcia, pojazdy (widlaki, zwyżki), szlifierki stacjonarne, tokarki, suwnice, frezarki, prasy, bębny do śrutowania – czego to ludzie nie używają jako środka płatniczego… I to ma płynność – to jest zadziwiające że to często wiele rąk przechodzi jako środek rozrachunkowy i nikt tego nie używa. Jest to jeden z najkorzystniejszych ekonomicznie sposobów wejścia w posiadanie maszyn, jakich się nie da w inny sposób tak tanio dostać. Wykonuje się komuś usługę na odroczony termin, potem odracza dalej, potem krzyczy aj waj, i w końcu ostaje maszyn i narzędzi o wielokrotności tego zobowiązania (najlepiej jak są potrzebne do własnego biznesu, jak w branży wiedzą że takie rozliczenia już przyjmujesz-czyli masz zapas papieru do życia-to otwierają się przed Tobą nowe przestrzenie). Czasem jest to nawet dopuszczenie przez strażnika u oligarchy, aby sobie rozszabrować co tam się chce, bo tu w ramach wypełniania zobowiązań wpisujemy że “hala pusta”, a wiele z takiej “pustej” hali po przemyśle można wyjąć. Szczególnie jak tam pusto jest tylko po załodze.

Przyjmijmy że chce się nam jak za młodu, bo może ze względu na wsparcie ojca jesteśmy jeszcze młodzi i cykle robiono przed naszym urodzeniem dla naszej korzyści, albo udało się okpić jakich Kapitanów Obwiesi na kwoty jakich nie przepuściliśmy na bale i szampana. Czyli chcemy dobrze służyć panu magnatowi miłościwie nam panującemu w księstwie swoim udzielnym i nieco wyżej wspiąć się w drabinie sług jego łaski zażywając. Czyli pchamy się w politykę gdzie tyran obala tyrana, aby tyrania miała się dobrze. I tutaj zaczyna się soczyste mięso. Otóż od tego poziomu kiedy ustalicie że tu jest zagroda, ta zagroda wyrąbie sobie kawałeczek, okruszek z tortu serwując usługi dla innych firm, w desperacji nawet dla ludności (nie jest to wysoki poziom przetworzenia, ale zdarza się że coś można ludziom z zyskiem sprzedać i z gotówki proli odessać, a i lepszym wyrobem klasę snobującą się na średnią)., a w szczególności dla wyżej uorganizowanych procesów przetwórczych w rękach oligarchy osobowego i instytucjonalnego (korpo), otóż od tego momentu musicie sobie upilnować porządek, spokój i zadowolenie ludności, może nie w jakiejś wielkiej skali, ale trawnik wokół zagrody to jest Wasz, udzielny trawnik. Od tego momentu to Wy jesteście patron, może jakiej małej trzódki, ale to do Was przyjdą jak się komu co popsuje – “czy da się naprawić, i zlituj się panie nie mam czym pracować – narzędzie mnie się jedyny żywiciel złamało” – i trzeba ludziom za jakie ludzkie usługi (bo przecież groszem to oni nie śmierdzą) to i owo poskładać (nie liczcie na to, że ludzi stać na poważne naprawy narzędzi na poziomie przemysłowym, mamy zbyt wysoki hajtek – to się zużywa i wymienia). To do Was przyjdą skauci, zuchy i harcerze jak będzie czyn społeczny, bo przyjdą zapytać czy ciężarówka by się znalazła na sobotę (i kierowca w czynie, a kierowca może na rozkaz szefa i przyjdzie bo jest człowiekiem spolegliwym, ale za dobre nie wypada nie wynagradzać), czasem o koparkę zapytają. W czynie trzeba będzie wydać z magazynu młotków (po to MiŚ ma tego na palety), gwoździ, piłę jaką, majstra (a ten też byle czego nie pije, a jak byle co to nie mało; najczęściej jedno i drugie) bo małolaci będą chcieli co zmontować i wyjdzie im że srebrną taśmą może być za liche. W czynie trzeba będzie czasem wyjąć parę groszy z lewej kasy i czyn wesprzeć, społecznei trzeba będzie na nasiadówkach w sprawie nowych, wielkich planów włodarzy siedzieć, aby przy rozdziale zamówień i o naszym kiwaniu głową pamiętali, trzeba będzie bywać na spędach ludu, na festynach wystawić namiot z szyldem “jesteśmy, działamy, będziemy”, trzeba będzie z czasem na jakie expo pojechać i rozdać bibułę, ręce pościskać i się pouśmiechać, a później to i jakie stoisko tam rozstawiać i się poważniej wygłupiać, że się dziurki do guzików luzem na kontenery dostarcza. Ze związkami trzeba ędzie posiedzieć i posłuchać co uważają, szkolenie w PIPie wykupić żeby nie zawracali głowy, praktykanta ze szkoły przyjąć, do szkoły odpad wysłać żeby mieli na czym robić, po proaktykach trzeba będzie kogo zatrudnić jak się jaki trafi (a kwiat narodu to się może nie trafić, i to może nawet nei być bylina, a chwast zwykły jaki). No i jeszcze trzeba będzie cały ten bałagan zwany firmą upilnować, zbudować tam sobie pozycję etc. A tam nie można sobie na tym poziomie wejść z kapitałowego nadania tak jak wchodzą ustawieni synalkowie szefa komitetu, tam pracownicy muszą być przekonani, że szef to tak tylko głupa pali, ale sam wszystko potrafi i jak się zezłości to sam stanie przy maszynie, nową normę produkcyjną & jakościową wyznaczy i dopiero będzie. A to dopiero początek. Trzeba się dogadać z jakim lokalnym źródłem przemocy i porządku społecznego i dowiedzieć się jak tam się uiszcza opłaty za prostowanie ścieżek ludzi o lepkich rękach, najczęściej trzeba być dogadanym z patrolowymi, z komendantem samym, w jakiej firmie ochroniarskiej wykupić zniżkę na alarm i ulgę w ubezpieczalni od ognia, wojny, głodu i Urzędu, a i z grupą realizacyjną panów na motocyklach wypada się poznać, dowiedzieć jaki prowadzą interes i też dać im zarobić. Polityka pełną gębą, produkcja dodatkiem.

Zastosowanie przemocy niemającej na celu zniszczenia przeciwnika (czyli przemocy nie będącej wojną totalną), a jedynie zmuszeniu do uległości, złamaniu woli polega na obciążaniu tegoż przeciwnika wydatkami obronnymi aż do załamania kluczowych funkcji życiowych i uznaniu obrony za nieracjonalnej, a zracjonalizowaniu swojego poddaństwa. Przemoc mającą na celu zniszczenie przeciwnika też zazwyczaj się rozpoczyna przy pozorowaniu obciążalności zdolności do stawienia oporu, jednak oczywistym i ostatecznym celem każdego działania Urzędu Skarbowego jest zniszczenie przedsiębiorstwa, stąd wszyscy co jakiekolwiek zaufanie do biurwy mieli już są biedni, a pozostali bez wahania robią uniki i udają że ich nie ma, a gdy nadarzy się okazja i urzędas akurat się odsłoni to dokręca mu się śrubę, sika do mleka i wylewa na tapicerkę nowej fury nawaniacz do gazu. Powszechną przemoc grup zorganizowanych wobec wszystkich innych aby nie mieli kapitału do organizowania się (poprzez niszczenie im jakiegokolwiek wytworzonego kapitału w tym społecznego włączając w to kulty religijne i więzy rodzinne) jest właśnie stosowanie biurokracji – nęka się ludźmi ciągłymi “obowiązkami” tak aby musieli marnować swoją moc swobodną na rozważania jakich rezultat nie prowadzi do polepszenia ich sytuacji pod rygorem uruchomienia stresora, który ich sytuację pogorszy. Jest to pewna przypadłość naszego mózgu i kaskadowej obróbki danych w tym rozwiązaniu korelacyjnym, otóż nasz sposób rozumowania włącza pozyskane z otoczenia treści, ale segreguje je metabolicznie i uruchamia dopiero kiedy warunki pozwolą na ich obróbkę, co oznacza, że treści istotne dla przeżycia są uruchamiane od razu z silnym bodźcem hormonalnym na rozpęd do działania – czyli wzbudzają nas emocjonalnie. Jedną z krytycznych istotności przypisany ma stosunek gromady do jednostki, czyli cała ta gmatwanina neuronów lustrzanych jakie służą do myślenia o tym co myślą inni. Dla zwierzęcia gromadnego stosunek członków gromady do jednostki jest krytyczny dla przetrwania, więc plotki, obgadywanie i opinia są racjonalnym celem ataku. Wzbudzają silne emocje i uruchamiają agresywne procesy, mimo że w obecnych warunkach ich istotność nie jest decydująca dla życia i śmierci jednostki, raczej dla jej dobrostanu (trzeba się podwiesić pod właściwych osobników mających wpływ na opinię innych osobników tak aby dali nam czego nam trzeba z samego faktu przynależności do “właściwej” grupy; bo są zwierzęta równe no i oczywiście świnie nienażarte). Mamy cały przemysł zajmujący się opiniami, media, reprezentantów, sędziów od naruszania dóbr osobistych (jakby nie można się było po prostu pojedynkować), rzeczników, lobby, drugi obieg informacji. Dzięki temu macie jakąś opinię o rządzących – a znacie ich w ogóle? Widzieliście ich na żywo? Oni w ogóle istnieją? Czy to może aktorzy, a nam jakiś serial puszczają?

Jedną z reakcji na przemoc biurokratyczną jest po prostu na nią nie reagować i nie być na nią eksponowanym, nic nie mieć, nie istnieć, nie mieszkać. Jak nie mają za co złapać, czego odebrać to się mogą w nos pocałować. Albo niżej. Wielu czytelników na ten clickbait tu przyszło i część została, bo to nie jest takie proste zniknąć, ale da się, a potem to można sobie kpiny – byle nie za duże – urządzać. Takie dokładnie jakie Kapitan Państwo na danym etapie własnego obciążenia znosi mając ważniejsze sprawy na głowie. Osoby mieszkające poza Skandynawią, w szczególności poza jej ludnym i przemysłowym centrum nad cieśninami duńskimi nie bardzo wiedzą co tu się dzieje i opowiadają sobie różne bon moty o tym jak funkcjonuje taki organizm w trakcie rozkładu. Otóż funkcjonuje znakomicie – zepchnięto państwo do tego czym się powinno zajmować – walką o przetrwanie na globusie. A nie walką z przedsiębiorstwami o nieużywanie sprężonego powietrza przy wiertarce i stosowaniu zmiotki zamiast jak to ma w zwyczaju polska PIPa. Ma to swoje pewne konsekwencje szczególnie w przemyśle, szczególnie w dzielnicach przemysłowych. Bo są pewne rzeczy, które trzeba sobie samemu “wyprodukować” albo kupić za swoje produkty na rynku kiedy siedzi się na zagrodzie. Choćby najmniejszej. Trzeba sobie wyprodukować bezpieczeństwo. To znaczy że trzeba na miejsce dostarczyć porządek publiczny, a jeśli z pewnych przyczyn niezależnych od ludzi przytomnych śniado się zrobiło i publiczne są tylko domy to trzeba ten porządek sobie wyprodukować. Najprościej jest dostarczyć przemoc i dawać świadectwo gotowości jej dostarczania w dzień i w nocy. To żmudne i nudne zajęcie, normalnie to mieliśmy od tego sąsiedzkie milicje, nawet państwowe policje, ale tam teraz nikt przytomny nie chce pracować bo Kapitan P. cierpi na jakieś zaburzenia psychiczne i ciężko za tymi rojeniami nadążyć, więc nie wiadomo kogo macać gumą po nerach, kogo nie wolno, komu zrywać paznokcie. Służba Więzienna już też głupie jak im dowożą wagonami ludzi, co się w ogóle nie kwalifikują do resocjalizacji bo są zupełnie normalni. Skoro Kapitan nie dostarcza przemocy tam gdzie trzeba w odpowiedniej dawce to trzeba sobie wrzucić suplementy. I tutaj pojawiają się gangi. Najczęściej wyobrażacie sobie gangi jako (w polskiej rzeczywistość) karków ściągających haracze z knajp (to tak funkcjonują Jugosłowianie, Albańczycy i inni walczący o miejsce ze śniadymi, Rosjan nikt nie zaczepia – mają swoje knajpy, swój przemysł i swoje panie) względnie jakieś wyobrażenie z filmów. Dajmy przykład pierwszy z brzegu, z sąsiedztwa. Mamy tutaj znany na całym świecie “klub wielbicieli motocykli znanej marki”, wszyscy wiedzą kto to. Nikomu to nie przeszkadza, jeszcze dajemy im zarobić, bo to porządni i uczciwi biali. Prowadzą takie najlichsze przemysłowe biznesy – rozbiórki, złomowiska, transport i spedycję. Generalnie obsługowe gdzie dużo jeżdżą i każdy ma z nimi jakiś kontakt. Dzięki temu w dzielnicy przemysłowej ginie co najwyżej złom (jeżdżą złomiarze i kradną co popadnie więc zaczęliśmy zamykać drzwi), ale odkąd HA sobie siedli na zagrodzie to samochody się nie palą, ciężarówki nie giną, transporty dojeżdżają, o tyle że im złom sprzedajemy po cenach jakie im pasują (a nie przeginają pały tylko płacą tak że nie ma o co kruszyć kopii), a kierowcy mogą sobie zaparkować i się wyspać. I spokój jest, no może była mała scysja jak się postrzelali o klub z policją, ale policja powinna wiedzieć gdzie się nie robi nalotów bo na motorach jeżdżą ich koledzy z armii i lubią sobie postrzelać. Z tym że korelatory poszły do innych branż i w policji zostali już sami durnie, że ich nawet nie ma kto powstrzymać jak zmierzają ku przepaść. Protopaństwowe funkcje dostarczania porządku & przemocy oddolnie przywrócono. Ta oddolność to jest taka, że chłopaki z wojska jeżdżą na motorach i wybijają śniadym z d głupie pomysły na rewirze. Wszyscy są szczęśliwi, a motocykliście jeszcze w ramach pobierania opłat na swoją działalność prowadzą firmę ochroniarską, zresztą kto by miał pracować w ochronie jak nie mundurowi? No ale to w sercu chaosu, w samym oku maelstormu o którym Pan Gadowski jest czasem łaskaw wspomnieć co tu się wyrabia. Inna sprawa że w centrum handlowym na parkingu naprawdę gwałcą, ale to poza strefą przemysłową i transportem – niech się cywile sami ogarną, albo zabierają wazelinę na zakupy.
Wiele jest takich śródel przemocy, niewiele z nich służy porządkowi publicznemu, większość służy do trzymania się nawzajem w szachu przez udziałowców i oligarchów. Związki zawodowe, urzędy kontrolne, inspeckje, audytorzy, rewizorzy, organizacje branżowe – to wszystko po to aby prezentować własną siłę, prężyć muskuły (nawet jeśli istotnym kosztem) oraz w razie czego mieć środki zaczepne zdolne sparaliżować przedsiębiorstwa, które psują interesy. Tak jak port i stocznia w Goteborgu szkodzi Niemcom i Francuzom mogąc zaoferować Polsce okręty podwodne tak nagle zaczęły się protesty w porcie, wdrażanie jakiś głupich rozporządzeń przez biurwę, do szczętu remontami zakorkowano miasto, a zieloni protestują przeciwko morskiej przepompowni fosfatów. Wcześniej problemu nie było, a teraz jest.

Co my takiego właściwie możemy w takiej firmie produkować to wyznacza nasz poziom wiedzy specjalistycznej – istotne jest to żebyśmy wiedzieli co ogarniamy i w co się nie pchać (w górę), a do czego nie schodzić i zostawić braciom mniejszym (w dół). Jak już wspomniałem dla braci mniejszych (przedsiębiorców bez zagrody) udostępniamy po kosztach i za usługi wszelkie (z pominięciem Kapitana P. skoro rozliczamy się wzajemnym usługiwaniem sobie) naszej bazy przemysłowej i remontowej (bo choćby najdurniejsza, 15 osobowa firma ma DUR, a przynajmniej coś co go udaje), a zasilanie zapewnia nam produkcja dla innych firm lokalnych przeróżnych detali. Na najniższym poziomie to są prace blacharskie pozostawiane firmom konstrukcyjnym – częściowo pod gołym niebem, takie firmy są częściowo budowlane i instalacyjne, zazwyczaj mają spore stany osobowe (są kompozycją 2-3 firm takich jak podana na początku pięcioosobówka, które to prawie nie zapewniają nam dochodu, ale podtrzymują jakościowo i wydajnościowo zlecenia, do tego ze dwóch brygad 15 osobowych do prac wszelkich, oraz 15 osób z zakresów specjalistycznych, organizacyjnych, spedycyjnych, czyli sprzęt ciężki, spawacze od rur, gazu i aluminium, elektrycy od podłączania zasilania na budowach, dozór biurwokratyczny na budowy, trasnport, ciężki sprzęt), taka firma na biegu jałowym ma około 4mln euro obrotu i potrafi doraźnie wyzyskać dodatkowe miliony przy bardzo wysokich kosztach ich uzyskania, dezintegruje się w sposób zbieżny z pięciosobową, w tym samym okresie i z tych samych przyczyn, ale zostaje z pewnym zapasem papieru i kosztami stałymi jako firma skadrowana do 10-15 osób z tych wymienionych na końcu specjalistów coś tam sobie na 20% mocy dłubiąc i pilnując kapitału w maszynach do kolejnej koniunktury, gdzie będą wchodzić od niskopoziomowych prac w budowncitwie i stopniowo wrócą do stawiania fabryk i instalowania rur tłoczących dobrobyt.
Wersją takiej firmy na odrobinę wyższym poziomie jest firma usługowo wypożyczająca kompetencje ze sprzętem, zazwyczaj jest tam trzeci sort i drugi garnitur operatorów maszyn (stawianych za małpę zaraz po szkole od podawania roboty maszynie, wciskania guzika i na poziomie poważniejszym nawet mierzenia tego co wyjdzie), spawacze na różnym etapie swoich kwalifikacji, operatorzy ciężkiego sprzętu i sprzęt, instalatorzy, tradycyjnie ciężki sprzęt i maszyny, w tym dźwigi, wywrotki, lawety do maszyn gąsienicowych. Taka firma w czasie prac firmy konstrukcyjnej pierwszego typu dorabia detale w konstrukcjach rozumiane jako “dokładne” czyli takie żeby pasowały do przyszłych rysunków, zajmuje się pomiarami (człowiek co coś umie mierzyć i to uciąć na wymiar i jeszcze zamontować do dalszych prac to nie są małe miki, cyrkiel i miarę to poważne organizacje w logo mają), kleją rury, montują flansze, pompy, silniki, podłączają elektrykę, stawiają szafy sterownicze, podłączają gruby prąd, podpisują odbiory, rewidują dozory, zwożą maszyny produkcyjne, instalują je. Taka firma przy 30-40 pracownikach ma na biegu jałowym 4mEUR obrotu, ma poważne problemy przy spadku koniunktury, ale część specjalistów odsprzedaje do firm bo to turyści podnoszący swoje kwalifikacje traktujący (jak to ująłem w opisie kariery turysty) tę pracę etapowo i utrzymuje się na kolejnych koniunkturach poprzez odsysanie ze szkół i uczelni stałej liczby specjalistów – to te firmy są rynkiem pracy po collegu i licencjacie dla chcących zająć się wykonawstwem fizycznym, a nie męczeniem produktów autodesku. Taka firma w czasie koniunktury gwałtownie zwiększa przychody nie mając gwałtownego wzrostu kosztów i pozyskując z dolara około 50cent minus podatki (albo i bez minusa jak się pogłówkuje). Przez 3-4 lata koniunktury zasysa ze szkół i wydala na rynek kadrę wykonawczą-techniczną, przez dwa lata siedzi cicho i zajmuje się przetrwaniem z wynajmowania rpacowników byle gdzie na koszty, przez rok prowadzi gwałtowną agresywną rekrutację kogo się da (uczniowie, turyści, łapanka – i na selekcję).
Firma produkcyjna (produkcja mechaniczna) przy 20 osobach ma podobny obrót na biegu jałowym, zazwyczaj ma jednego człowieka z dużym pojęciem o obróbce, dużo średniaków i kilka małp. Poziom maszyn różni się zależnie do formy kapitałowej co przedstawię dalej, choć dotyczy to wszystkich firm, to ta jest sztandarowym przykładem, bo tutaj raczej nic nie ginie – za ciężko to od podłogi oderwać w stosunku do ceny maszyn. Takie firmy gwałtownie rozszerzają liczbę zatrudnionych i obroty przy niewielkim wzroście kosztów (powiedzmy że da się odzyskać 65 centów z dolara minus podatki) dokładając zmiany z niższej jakości pracowników i drogich turystów-konsultantów.
Firma specjalistyczna (obróbka precyzyjna lub dział badawczy), tam są albo specjaliści w wieku przedemerytalnych (mechanika precyzyjna) oraz młodzi, rozgarnięci zapaleńcy i jak się da to specjaliści wyrwani z obcych krain, albo są tam specjaliści zebrani z całego świata żeby uzyskiwać jakieś abstrakcyjne rezultaty wykonawcze mając skondensowaną bazę wiedzy, doświadczenia i szalonych pomysłów. O ile firma obróbki precyzyjnej wciąga kapitał w maszynach i narzędziach jak pralka skarpetki, to tyle badania i rozwój wciągają kapitał na przeróżne specjalistyczne produkty z tego pierwszego typu firmy (i różnych freelancerów), niekoniecznie w sposób racjonalny i mający choćby pozory przytomności. Obie firmy przy obrotach 4mEUR (licząc że sprzęt jest i nie kosztuje, jest w pełni zamortyzowany) nawet jeśli prowadzą jaką produkcję i sprzedaż dla stałych klientów przynoszą około 15% straty rok do roku i inwestorzy zamawiający produkty, usługi, patenty, badania rok w rok do obu typów firm dosypują kasę w tempie wystarczającym, a nawet te potrzeby przekraczającym, ponieważ nie da się tego inaczej zorganizować – inaczej nie działa. Ta abstrakcja ekonomiczna wynika z pozarynkowego rozrachunku potencjału tych firm, który nie jest wyliczalny w formie kapitału finansowego. Istnieją firmy mechaniki precyzyjnej formalnie trzymające się w bilansie, ale są one zalewarowane, a ich klienci funkcjonują w sytuacji bez alternatywnej odnośnie rozwiązań racjonalnych.

Uprzywilejowana pozycja kapitału innego niż finansowy. Co to w ogóle jest przywilej w rozumieniu, że nie trzeba jak wszyscy płacić finansami, a można “należymisię!” postawić to łatwo wyjaśnić kiedy komuś udaje się zebrać zaangażowanych specjalistów z jakiejś dziedziny, skoncentrować podwykonawców, powiązać to na swojej hali w rezultat końcowy potrzebny w przemyśle i zaoferować sprawny produkt niezbędny do prawidłowego funkcjonowania fabryk (zazwyczaj jakiś potentatów). Znam takie przypadki z własnej praktyki, są takie kluczowe instalacje produkowane doraźnie, które wymagają wytworzenia narzędzi do ich produkcji zależnie od zapotrzebowania, następnie wykonania bardzo precyzyjnych detali i przy dużej stratności ich przetworzenia w produkt. Cykl produkcyjny od pomysłu do sprawnego rezultatu zajmuje 2-5 lat, a konserwatywna branża jaką jest przemysł nie zleca tego byle komu, tylko komuś kto już dostarcza, czyli stać go na wrzucanie po 2-5 lat w procesy, które płacą po 6 latach, czyli jak się dobrze przyjrzymy – jest to firma funkcjonująca ponad krótkim cyklem koniunkturalnym nawet jeśli dokarmia się jakąś uboczną produkcją. Samo jednak zebranie ludzi i zorganizowanie tego jest tak wysoko wyceniane, że choć z bólem ale wielcy przemysłu odpiszą sobie takie drobne na kwoty na samo podtrzymanie procesu, aby im takie firmy gotowe świadczyć takie produkty istniały, bo zapewniają one swobodę ruchów, a bez tej swobody trzeba sobie pod własnym dachem tworzyć ośrodki R&D i mechaniki precyzyjnej przy aerospace (i tak się tworzy, ale tam lęgną się koty z mordami w śmietanie, a produktywność pod psem i wymagania z kosmosu), płacić za to kroci, tworzyć biurwę prywatną co jajogłowych z taaaaaakimi łbami kontroluje (no weź skontroluj tych co kontrolę wdrożyli zanim wynaleziono pieczątki) a na sam koniec i tak z konieczności dosypywać Wielkie Mnóstwo wszystkiego co tam będą chcieli, jeszcze się u nich prosić i nie móc zastosować środków ultymatywnych. Drogie cudze lepsze niż bardzo drogie własne bo oszczędza mocy korelacyjnej, a papier i tak się jakoś odeśle z dołów.

Oczywiście te firmy są podwykonawcami, dostawcami firm o większej skali potrzeb (chyba że zaczniemy dyskutować o produkcji specjalistycznej w jakiej siedzę to wtedy nie – wtedy jest się całym łańcuchem w skali mikro i wszyscy rzucają w to kasę żeby zrobić z tego masówkę, a my i tak wiemy że nie będzie do tego specjalistów tylu ile taki przemysł będzie potrzebował – nie ma infrastruktury edukacyjno-społecznej do wdrożeń). Jakkolwiek cała gospodarka to dystrybucja rzeczy istniejących, a nie obiecanek i ostatecznie to co działa w mikroekonomi ujawnia się w makroekonomii to jednak decyzje (po zaspokojeniu potrzeb) dotyczące realizacji “potrzeb wyższego rzędu” (czy robimy sobie dobrze emocjonalnie czy wojnę, czy lecimy na Marsa czy pod gruszę na grilla) podejmujemy na poziomie emocjonalnym, i obiecujemy sobie rzeczy nie mające nic wspólnego z rzeczywistością, ale rezultaty tych decyzji stają się przyszłością. I trzeba to jakoś rozliczać. Trzeba popatrzeć po sobie nawzajem i zastanowić się kogo posłuchać, kto nie jest durniem i co takiego może nam dać jak się pomyli i okaże durniem?

Szeroka korelacja w dużej pętli. Pograjmy w pingponga. Przyjmijmy model korporacyjny, czyli ktoś tam na górze, jakiś straszny ważniak ma plan. To jest wielki plan wielkiego ważniaka. Zastanawialiście się ile mocy musi dostarczyć na sam dół po tych wszystkich piętrach po drodze, żeby mu wrócił wymarzony rezultat i czy ten rezultat po przeleceniu przez wszystkie piętra będzie w ogóle podobny do tego co zamówił? Niby rozwiązaniem jest że “ma kasę”, no ale wszelkie zasoby szefa pochodzą z organizacji, i jeszcze musi działkę wypłacić udziałowcom – on tam tylko urzędnikiem, nawet jeśli urzędnikiem-udziałowcem, szef korporacji, czy firmy o ładzie korporacyjnym, choćby najmniejszej to nie jest samowładny przedsiębiorca na swojej zagrodzie, co może sobie zarządzić bezpośrednio co kto ma zrobić i użyć poza strukturalnych nacisków na pracowników aby wszelkimi siłami dopięli wyobrażeń bazując na długich i testowanych związkach korelacyjnych z szefem – czyli rozumiejąc się i dorozumiewając bez wydawania poleceń szczegółowych. W korpo nie ma innego kanału komunikacji niż hierarchiczny (i ewentualnie operowanie bezpośrednie enforcerem do specjalnych poruczeń czyli gaszenia pożarów zaniku myślenia w sposób komisaryczny), jeśli by zaistniały tam powiązania poziome to natychmiast wytworzyłyby się spółdzielnie i szef nie miałby realnej władzy – to biurwa średniego poziomu zaczęłaby rządzić firmą w swoim interesie (znacie jakieś państwo gdzie aparat sądowniczy, biurokratyczny, przymusu zaczęły sobie tworzyć powiązania poziome i kierować bałaganem we własnym interesie? fajnie się w takim państwie żyje? nie bez powodu wyjeżdżamy^^ – w PRL Partia miała ten sam problem z dołami i gospodarką jak się aparat partyjny-kontrolny w zjednoczeniach skumał z zasilaniem i olał hierarchię, to nie KK żeby tam jaka pokora była i umiarkowanie oraz śluby posłuszeństwa, organizacja okupacyjna okupuje jak bez mrugnięcia okiem nawet własnych zwierzchników; w KK spisek wikariuszy nie ma wielkich szans powodzenia w zmianie biskupa, a w Partii owszem jak się skumają z Bezpieką i Zjednoczeniem żeby to kto finansował). Jeśli więc stosujemy model hierarchiczny to musimy odessać z całej organizacji moc (ona przeleci tymi rurkami tam się wszędzie osadzając, więc sterując organizacją 3 piętrową to jeszcze coś tam z 66.9% mocy odzyskujemy i po wysłaniu impulsu na dół uzyskamy jakieś 22.8% rezultatu mocy całej organizacji przy 10% tarciu na każdym piętrze. Oczywiście z tego wynika że nie da się przy takim tarciu zarządzać międzynarodową struktura rozmiaru armii. Musi być mniejsze tarcie (czyli muszą być procedury), a to oznacza że nie może być tam żadnej korelacji, musi być pełna wymienność, i co z tego wynika – taka struktura nie jest w stanie posiadać jakichkolwiek specjalistów od czegokolwiek innego niż zarządzania strukturą. Pozornie wydaje się to głupie i bez sensu, ale korpo nie prowadzi własnej działalności technicznej i produkcyjnej. Prowadzi tylko dozór rozprowadzania środków finansowych w strukturach w jakich ma udziały i pilnuje egzekucji słupków oraz przepływów (systemu transakcyjnego) mając swoich specjalizowanych odpowiedników ze strony przedsiębiorstw produkcyjnych do komunikowania im z produkcyjnego na rozrachunkowe. Takim łącznikiem zajmującym się liczbami przedsiębiorstw produkcyjnych jest na @Arcadio i ma łeb jak sklep, chociaż ze względu na to w jakim otoczeniu wykonuje swoje działania to ma taką (możemy uznać za skrzywioną, ale taka tam jest potrzebna) wizję dystrybucji kosztów, formy zasilania etc. To jest świat, który wielu z czytelników zna i wie że coś tam z rozumowaniem to się dawno wykoleiło. Dlatego korpo zajmuje się tylko nalepianiem logo na produkty i to też pośrednio mając od tego firmę nalepiającą logo. Wszelkie produkty jakie pod logiem Babilonu są zbywane są wymyślane przez firmy jakie kupuje się z dachem i podłogą w całości przekierowując ich rezultat do firm zajmujących się wdrożeniem, wdrożenie do produkcji masowej też w firmie kupionej (lub gdzie są wykupione udziały częściowe) i do wykupionej (stworzonej prze innych specjalistów) sieci dystrybucji produktów. Korpo operuje tylko wyrównywaniem słupków i tym się żywi – z tego ma zasilanie, że to wszystko jest transferowane z pozorami śladami sensu w skali w jakiej nikt by nawet pozorów sensu nie potrafił przydać takiemu absurdowi jak wysyłanie krewetek z Morza Północnego do obrania do Afryki, żeby sprzedać je w sklepie w Norwegii i na tym mimo kosztów transportu zarobić przebijając (z powodu podatków i kosztów pracy w Norwegii) producentów lokalnych (najwyżej się w nie trochę słonej wody wpompuje żeby ważyły. Ta pętla – to odbicie piłeczki po wszystkich piętrach jest właśnie szeroką pętlą korelacyjną, tymczasem racjonalne gospodarowanie mocą korelacyjną aby wytworzyć innowacyjny produkt wymaga aby każdy uczestnik (procesu decyzyjnego) przyłożył swoje pomysły (czyli w ogóle musi myśleć), i jeszcze kto mądry musi to zebrać (a ludzie zbierają takie impulsy w czasie i dopiero po jakimś czasie coś wymyślają – tak działają sieci neuronowe w naszych głowach) i potwierdzić że tak właśnie robimy, ewentualnie (w spółdzielczości) każdy sobie słucha co tam w grupie (na forum choćby) się postuluje i sobie wdraża jak uzna że to ciekawe, a on przecież na swojej zagrodzie może wdrażać co zechce (w spółdzielczości prawa patentowe są pozbawione sensu). Niestety nie możemy na obszarze całości społeczeństw prowadzić w tylu branżach tak szerokiej korelacji “z systemu” jak z sieci neuronowej, ponieważ nasz system komunikacji nie działa dość szybko, interfejs nie jest dość zrozumiały (wiele czasu zajmuje wytłumaczenie sobie nawzajem specyfikacji pomysłu, choć są ludzie co rozumieją się w zespołach bez słów, tak jest w kinestetycznych rezultatach nauki), a do tego jest bardzo różny poziom wzbudzenia i zdolności przetwarzania impulsów poszczególnych ludzi w sieci.
Takie szerokie korelowanie różnie powiązanych dostawców w hierarchii korporacyjnej powoduje, że z przyczyn koniunkturalnych (krótki cykl) i psychologii ludzi zaangażowanych po obu stronach (przedsiębiorstwa produkcyjnego i biurokracji Babilonu), nawet jeśli same związki kapitałowe są długoterminowe (a najczęściej nie są) to cykl produkcyjny zazwyczaj zamyka się w trzech latach, kiedy trzeba zarobić, spłacić sprzęt i wtedy z różnych przyczyn (zmiany na stanowiskach łączników po obu stronach w różnych łańcuchach dostaw) sypie się łańcuch. Po pierwsze dlatego że przedsiębiorstwu z powodu presji inflacyjnej w cyklu koniunkturalnym rosną koszty, po drugie dlatego że korpo naciska wdrożeniami i chce ciąć koszty, po trzecie dlatego że otoczenie rynkowe na to reaguje i wychodzi z ofertą substytucji dostaw, a po czwarte dlatego że w korpo inny dział szuka cały czas aktywnie substytucji dostaw aby konkurować wolumenem i podduszać dostawcę zmiennością przepływu wpływając na jego wycenę i pompując sobie z niego wartość – przejmując akcje lub potaniając produkcję, czyli szabrując firmę, a do tego szuka tańszego zamiennika. W takim towarzystwie korelujących aby się wyzyskać wzajemnie i wydusić z siebie słupki, napędzanym awansami i uznaniem w hierarchii mechanizmy psychologiczne prowadzą do utraty zaufania i wtedy albo idzie duża kasa i stabilizacja układów (są dostawcy na tyle wyjątkowi, że się ich bardzo trudno substytuuje, ponieważ zmajoryzowali rynek na skalę kontynentu, a mają ledwo trzy fabryki i łącznie niecały tysiąc ludzi, z czego setkę specjalistów od jakiś produktów – ale pozostały na kontynencie tysiąc ma swoje sprawy na głowie i nie będzie ich substytuował), albo się produkcja wynosi na inny kontynent. Przechodziłem takie przeciąganie liny w dwóch krajach w kilku firmach i jest to z ekonomicznego punktu widzenia zupełnie od czapki, ale tutaj chodzi o władzę – o to kto kim rządzi, bo ten kim się macha nie jest przecież psem – musi być ogonem.

Kasa misiu! Kasa! Żeby złożyć taką firmę w małej skali jak opisane powyżej do naszej ścieżki kariery trzeba nie tylko kapitału na start, ale trzeba też bufora żeby ją podtrzymać i zaangażowanych korelatorów aby prowadzić. No i trzeba dóbr reglamentowanych (dobrem reglamentowanym naturalnie w najswobodniejszym nawet wolnym rynku jest terytorium – każdy by chciał się zbudować przy ujściu rzeki, na skrzyżowaniu doku ze zwrotnicą kolejową, ale nawet jak się cały port zawali torami to dalej jest to skończona liczba niepodzielnych, minimalnych działek produkcyjnych – na mniejszych nie da się funkcjonować z poważnym biznesem). Teraz mamy trochę luzu z reglamentacją bo przemysł stoczniowy na kontynencie Chińczycy wzięli (i wywieźli do siebie ^^) więc porty i zwrotnice są w nadmiarze, ale normalnie to były o to zgrzyty i budowano huty w jakieś dziwnych miejscach w szczerym polu. Te dobra reglamentowane musimy pozyskać od kogoś kto nimi dysponuje, a to wyższa polityka, problem ten zasypuje się oczywiście środkami kapitałowymi w znacznych ilościach.
Po rozwiązaniu tego problemu trzeba naszym maszopom stworzyć system motywacyjny, zakładamy że tworzymy najbiedniejszą firmę spółdzielczą, każdy przynosi jakiego tam ma “kapitału” w maszynach i jakoś ugadujemy się, że to mniej więcej po równo jak dodać kompetencje, a ponieważ jest to najmniejsza liczba maszopów aby całe przedsiębiorstwo działało i wbrew woli któregokolwiek nic nie będzie działało to wynika z tego podejmowanie decyzji przez aklamację i prawo veta dla każdego. Jedyne co spaja taką organizację to ekspansja stałego zasilania, w wieku poważnym stabilne, stałe zasilanie. Oczywiście wyłoni nam się z tego kto równiejszy, ktoś się może z innych powodów później zwinąć, spauperyzować, ale generalnie na początku jest to spółdzielnia maszopów. Z tym że ktoś ten teren wniósł i formalnie ktoś nim włada – to nasz mały wojewoda jeśli to jeden z nas, albo oligarcha udziałowiec oczekujący tym wkładem udziału w ROI (najczęściej to tak wygląda). Oznacza to że od samego początku musimy wiązać spółkę (nawet jeśli nieformalną) z oligarchą i spowiadać się z tego jaka mu się działka należy w naszym torcie. Jeśli idzie nam dobrze to odkładamy jaki kapitał, rozwijamy pasmo zasilania, inwestujemy w park maszynowy i jakiś proli, może nawet rozwijamy to w biznes rodzinny i ktoś wreszcie osiąga wiek lub kapitał że odchodzi i wtedy trzeba zastąpić jego wkład (poprzez wykup jak szło dobrze), albo przez wkład uzupełniający oligarchy (jak nie szło aż tak dobrze). Oczywiście chciałoby się zebrać kapitał na ucieczkę choćby na najmniejsze swoje, ale licząc cykle koniunkturalne vs ceny nieruchomości przemysłowych to może życia nie starczyć jadąć po równym – trzeba wspinać się na szczyt fali i dobrze tam ogrywać lepszych od siebie w tę zbiorową grę w durnia. Zresztą zebranie tego kapitału na własne terytorium wcale nam wiele nie zmienia. Najwyżej zmienia oligarchę z osobowego na kilku instytucjonalnych – jeszcze gorszych. Tylko specjalistyczna specjalizacja jest ratunkiem i bardzo trudno jest rafić w taki rynek i tak szybko przebierać łapkami w kołowrotku na tłustsze chomi, żeby się utrzymać na powierzchni. Przykłady! I nie żebym je wymyślił – wszystko z życia.

Mamy “prawie nic” (lemingom się wydaje że mamy dużo, ale to marność nad marnościami), czyli powiedzmy jednego specjalistę, ze dwie stare obrabiarki, paletę produktów na pokaz, 50kEUR (wszystko dalej w EUR) w zalewarowaniu wielką, rodzinną ściepą, 50k w jakim majątku i 50k w pozostałych maszynach. Znajdujemy odbiorców, wchodzimy w koszt stały z kawałkiem hali u oligarchy, szef jest obrotnym organizatorem więc mamy wszelkie usługi, pracowników etc. Czeszemy pierwsze dostawy, koszty wbijają nas w minus (kapitału ubywa) i dostajemy większe zamówienia bo dostarczamy to czego trzeba w dobrej jakości, oligarcha okazuje się łaskawy na takie warunki, dostarcza nam zabytkowe obrabiarki z napisem “leasing od oligarchy”, zatrudniamy proli, zamawiamy materiał (mamy obrotnego sprzedawcę więc wszystko na kredyt), i na dwuletniej górce koniunkturalnej wychodzimy na tyle, że w leasing bierzemy jakieś nowsze, poważniejsze maszyny. Robimy jakie fuchy na boku żeby mieć na sól do śledzia. Rozszerzamy bazę odbiorców i kontentujemy oligarchę spłatą maszyn leciwych (są w naszej dyspozycji, ale dla bezpieczeństwa pozostają z napisem że to pana oligarchy). Po co nam ten oligarcha tak cały czas… przecież moglibyśmy się dogadać z dawcami kapitału pod nazwą “inwestorzy”, każdy z nich po pare kilo ojro ma, co lepsi i po ćwierć miliona, by się uzbierało w takiej spółce na wyprzedaży udziałów. Niby by się uzbierało, ale konkurencja jest okrutna i może wpaść kontrol z jednego z licznych urzędów i nam napsocić, kary nałożyć, na maszyny wywiesić kartki że brakuje zabezpeiczenia zgodne z jakim tam rozproządzeniem, że wióry, że szczury, że woda w kranie mokra, że oświetlenie nazbyt frywolne – sami wiecie co PIPa, Ppoż, US, Dozór Techniczny i innie tacy potrafią narozrabiać. Ale że na maszynach jest napisane, że to pana oligarchy, i w umowach jest że to pana oligarchy, to różnica w kwestii inwestora jest taka, że tych nicponi co byśmy ich mogli nałapać z naszych czytelników czy na blogu u komuszków @bmena czy @IT21 to ich nikt nei słucha i nic oni nam w takiej sytuacji nie pomogą. A pan oligarcha i owszem, jak się biurwa robi nachalna to im się zwraca uwagę czyj to jest interes, i jak oni nie rozumieją (bo może wojna jaka jest a my nic nie wiemy, a może mamy posłużyć za przykład w jakich rozgrywkach, a może to tak na wybadanie co kto może) to się podnosi telefon do zarządcy dóbr pana oligarchy, on dzwoni gdzie trzeba i kontrol znika. A my jesteśmy winni flaszkę, ścieżkę i rudą na weekend plus koszty delegacji. Czasem są oczywiście wojny na górze, czasem są zmainy polityczne, czasem są zmiany na stanowiskach i wtedy sam pan oligarcha musi z samym panem naczelnikiem Urzędu się rozmówić i oni już tam sobie dojdą do stosownego porozumienia i dlatego nam pan oligarcha do tej spółki potrzebny. Bo pan oligarcha ma udziały we wszystkich istotnych firmach, a Ci nieistotni to niech się sami o siebie martwią, cicho siedzą i z działalnością nie afiszują.

Bywają i występy solowe. Gdzie ktoś kto ma nieco więcej niż nic, i same bez niczyjej łaski wbił się z dostawami do większego oligarchy (do hut, odlewni, walcowni) bo produkuje precyzyjne narzędzia co tam są potrzebne w pas się kłaniając, ale twardo walcząc o słuszne ceny. Z zysków pokazanych bankowi dostaje leasingi na kolejne maszyny o bardzo wysokiej precyzji, a z drobnych i lewych kupuje starsze obrabiarki do masówki, najmuje rabów, tyra nimi i pohukuje ale zapewnia dostęp do kompetencji, wchodzi w maszyny precyzyjniejsze i staje się bezkonkurencyjny w kwestii dostaw najwyższej jakości poza obrotem reglamentowanych przez aerospace i inne przybudówki tak drogich że nie do przełknięcia. O ile firmy nie wykończą urzędy (jakieś układy z lokalnymi magnatami trzeba mieć) to następuje pompowanie bogactwa prywatnego z wyników firmy, a spółka jest coraz bardziej zalewarowana i wszystko się kręci dopóki nestor rodu jest w stanie podtrzymać jakość i zbyt. Pozostaje kwestia czy dzieci trafią się na kontynuatorów czy nie, majątek prywatny pozwala na restart w innej branży już z lepszego pułapu.

Babilon na pełnej petardzie – mały warsztat typu pierwszego dostaje zlecenia w branżach reglamentowanych (wydobycie, produkcja energii, czyli GE i Haliburton), ale warunek jest taki że kupią od nich po 35% mocy produkcyjnych uzależniając dostawcę, a później zaczną nastawać na ceny nie pozostawiając swobody ruchów. Kupują więc udziały w firmie, wstawiają tam dokapitalizowaniem najnowsze maszyny, a z szefa czynią swojego urzędnika na wysokiej korpo-pensji i udziale w dywidendzie z akcji. Wariantem tego jaki jeszcze widziałem było zastosowanie przemocy przy wykupieniu przez grupę kapitałową konsolidującą branżę (zagrożenie porwaniem rodziny, naciski na firmę, demolki, paraliżowanie dostawców, mieszanie u odbiorców, naciski na biurwę firmową obsługującą kontakt z klientem, naciski z urzędów) i pozostawienie szefa wykupionej tak firmy rodzinnej na stanowisku szefa tegoż nowego oddziału spółki w grupie kapitałowej przy przechwyceniu dostaw, magazynów i odbiorców. To jest współczesna forma niewolnictwa i łapania niewolników. Skargi można pisać na ośle i kupić sobie bilet na pustynię.

Obrabiarki do ciastek, obrabiarki do cukierków. Nie wspomniałem w akapicie o obrabiarkach (bo i tak był przydługi) o robotach. Ich programowanie jest dość proste i mają ciekawe programy i narzędzia wspierające:
http://new.abb.com/products/robotics/robotstudio/tutorials
Choć polecam rzucić okiem na tutki z YT, bo zakładam że nie macie jeszcze robotów po warsztatach. Ze względu na ilość “stawów” (joints) wyznaczających stopnie swobody są one niedokładne (w porównaniu z obrabiarkami, a nie rękoma alkoholika w delirium), ale potrafią podawać detale do dokładniejszych maszyn, odbierać je po obróbce i wykonywać różne monotonne czynności w powtarzalnych sekwencjach, póki się na tyle nie rozkalibrują że trzeba im przywrócić przytomność (maszynom przywraca się położenie wedle krańcówek).
Jakbyśmy jednak nie kombinowali to nadmiar wolnego czasu myszy spędzają na wdrażaniu jakiś tam własnych urządzeń do produkcji różnych drobiazgów, które wykonane w technologiach dostępnych dla bardzo zaawansowanego przemysłu są po prostu niezniszczalne. Co prawda nie ma ekonomicznego uzasadnienia aby tak produkować linie produkcji cukierków, aby one były zdolne funkcjonować bez utraty jakości (na przykład wyciskając kształty bez zużycia formy), ale ponieważ mamy dostęp do takich technologii i materiałów to zdarza się wytworzyć takie elementy dla własnego hobby, a czasem powstają z tego jakieś rodzinne biznesy. Taki skutek uboczny Wielkiego Mnóstwa materiałów i czasu obróbki. Oczywiście z punktu widzenia organów kontrolnych (które nie są w stanie tego skontrolować) jest to marnotrawstwo, sabotaż i szkodnictwo, a z punktu widzenia producentów sprzętu dla żywnościówki dramat, tak jakby dla automotive ktoś nagle wrzucił na rynek niepsujący się przez 10m km silnik i jeszcze rozdawał go swoim za darmo, względnie za dwa piwa. Ale taka podaż istnieje. Istnieją materiały tak miękkie (jak masy cukrowe) że w konfrontacji z nowoczesnymi materiałami o twardościach 65hrc i dokładnościach w mikronach nie zużywają maszyny (poza może silnikiem co to napędza), która przetwarza bezkształtną masę w kształtne cukierki. Konsekwencją jest wielka rozrzutność w podaży cukierków i uginające się od nich półki w sklepach – mamy czegoś Wielkie Mnóstwo i możemy zająć się dostarczaniem czegoś bardziej skomplikowanego. Może następna będzie niezniszczalne urządzenie do produkcji szklanek? Bo obróbka cieplna szkła jest nieco niszcząca dla obecnej metalurgii, ale jak wymyślą coś takiego do silników rakietowych to na pewno zaadaptujemy to do jakiś szklanek^^

Interesujące jest jak prowadzone są rozrachunki w takim biznesie przekupionym, wykupionym, przejętym, przymuszonym. Wolnego rynku nie ma tam śladu, więc nie ma mowy o przytomnym zachowaniu uczestników rynku sprowadzonych przemocą (w tym kapitałową, związków zawodowych, naciskiem na szlaki transportowe) do roli urzędników w globalnym koncernie i to gdzie na samym dole. Trzeba jakoś wymusić pozory przytomności i pozory rynku, inaczej w wielkiej skali makroekonomia się zwyczajnie rozleci – wyprodukujemy chleb z cementu i trzeba będzie się rozejść i przestać tworzyć struktury organizacyjne i hierarchiczne, a zająć się zdobyciem żywności, butów i czapek na najbliższą zimę. Jedynym znanym sposobem dogadania się w tej skali jest kredyt wymuszony przemocą aparatu przymusu, w którym stale trzeba płacić określone liczby punktów aby nie zostać wykluczonym z udziału w zdobywaniu punktów. Tym jest cały system finansowy – sposobem ucierania stanowiska ile komu punktów za swój wkład przyznać JEDNOCZEŚNIE wymuszając odzyskanie tego wkładu z samego dołu, bo każda, najlichsza nawet maszyna jest obsługiwana przez prola, ostatecznie turystę, każdy aparat organizacyjny na dole ma przedsiębiorcow (nawet jeśli rzucicie okiem na zakony to to są przedsiębiorstwa, tam się pracuje, w jakimś wyższym celu, ale pracuje!) i nie da się stworzyć mechanizmu kontrolnego, który w nieznanym otoczeniu (przyszłość) zapewni nam wiedzę o stanie systemu (Finite-state machine) i pozwoli dokonać korelacji rozdziału wyników gry. A model oddolny (budowanie na bazie stanu posiadania) jest tak okrutnie wolne (przetestowane przez KK, rezultat nazywamy średniowieczem), choć bardzo stabilne, że nie ma chętnych na stosowanie tego algorytmu.
Rozrachunek więc następuje częściowo tak jak w firmach na dole (czyli normalna ekonomia ma/winien) z tym że coraz więcej różnicy z rezultatu planu (im dłuższego tym bardziej ta metoda), szczególnie w postaci manka jest uzupełniania z puli dostawcy (większego korpo zazwyczaj jeśli dyskutujemy o automotive, elektrowniach, kopalniach, uzbrojeniu, lotnictwie, przemyśle i produkcji masowej, ale nie żywności, dystrybucji, ciuchach – o tam to nie, tam jest kapitalizm materialny, a nie finansowy) czyli masz ten luksus że przedkładasz swoim klientom ile wydałeś na oczekiwane przez nich produkty, i albo płacą albo zamykamy ten cyrk (względnie rozwiązania pośrednie są wdrażane w ramach zaufania do rynku vs koszty transformacji środków materialnych w kapitałowe i dalej). Oczywiście rozwiązań na uzupełnienie bilansu jest kilka, warto się im przyjrzeć. Bo to już tutaj, na poziomie średnich przedsiębiorstw dostarczających kluczowych produktów (choćby w samochodzie jest kilka urządzeń, których w obecnej jakości na obecnym poziomie technicznym nie każdy potrafi wyprodukować tak aby je upchnąć w budzie, tak samo żywicę na PCB też nie wszędzie się robi, jest wiele firm, które produkują coś bazowego, pozornie mało istotnego, ale wymagającego do utrzymania jakościowych parametrów produkcji w skali masowej takiej kadry, że samo jej zebranie w intelektualny i wykonawczy “młotek & przecinak” jest kapitałem skranie niekorzystnie przeliczalnym ze środka rozrachunkowego, nikt nawet sobie nie wyobraża ile czasu i kasy trzeba aby zebrać od zera ludzi do zbudowania i uruchomienia elektrowni atomowej, a to przecież powszechny dziś typ eletrowni). Te firmy wytwarzają warunki do istnienia bogactwa materialnego, którego dystrybucja zapewnia władzę. Bez tego bogactwa materialnego władza nie jest zdolna do dostarczenia tego zapewnia jej zwrotnie posłuch – nie jest w stanie dostarczyć zasilania aby uzyskać choćby pozory korelacji, że w zamian za wydanie smyrfona, służbowego pojazdu, tabletu leming jest wzbudzony aby stuknąć kopytkami i zadeklamować iż wiernie służy NWO i Babilonowi. Ta konotacja jest istotna krytycznie, bo armia bez dostarczonego uzbrojenia nic nie warta jak ochrona bez kamer i policja bez lochów. To wszystko trzeba najpierw wytworzyć, nie można zadekretować formalnie istnienia tego wyrażając wolę podniesienim nogi i wciśnięciem przycisku. Z tego wniosek, że musi istnieć racjonalny materialnie model podtrzymywania tych przedsiębiorstw w ruchu i zapewniania im pozorów racjonalności ekonomicznej aby realizować potrzeby metaboliczne i emocjonalne władców (potrzebę sprawowania władzy i dominacji nad wyobrażoną przestrzenią). Klient zainteresowany władzą oczywiście płaci (wyjaśnienia i powrót wątku w akapicie rozpoczętym od “Klienci oczywiście płacą”).

Metody przywracania racjonalności ekonomicznej w przedsiębiorstwach dostarczających dóbr niezbędnych do realizacji popędów emocjonalnych, czyli realizujących podaż dóbr w odpowiedzi na popyt nie będący absolutnie konieczny dla produktywności, a wynikający z tego na co zwrócę uwagę dalej, że nam jedna mapa nie wystarczy i trzeba to jakoś rozstrzygnąć, bo przestrzeń mamy niewątpliwie reglamentowaną przez naturę. Te metody sprowadzają się do odpowiedzi na pytanie kto za ten księżycowy ustrój ma zapłacić, i najpierw ochotnicy którzy chcą dobrowolnie, a jak nie wystarczy to z narastającym przymusem kolejni, aż do wyrównania bilansu. Pierwszymi których się eksploatuje są dostawcy – stawia im się warunki dostarczania dóbr i usług tak aby zrównoważyć obniżonymi wydatkami liche dochody. Ci dostawcy to cała paleta firm mniejszych i większych szlachetków w znoju i trudzie sobie gospodarujących na swoich zagrodach i są oni częściowo uzależnieni od swojego odbiorcy, ale tylko do wyczerpania swoich stanów magazynowych i/lub zmiany kierunku podaży swoich rezultatów na rynku – ci dostawcy starają się pozostać w sytuacji wyboru innych opcji sprzedaży swoich produktów – w sytuacji alternatywnej. Oczywiście odbiorcy by chcieli doprowadzić dostawców do uzależnienia i sytuacji bezalternatywnej co pozwoli na przesuwanie (odraczanie) terminu płatności (i redukcję inflacyjną traktując dostawcę jako pozbawionego siły wierzyciela czyniąc sobie z niego bank) oraz silniejszego lewara w presji na obniżenie cen, co zmusi dostawcę do presji na obniżenie płac i dostaw materiałów, obniżenia cen usług. Metodą przymuszenia dostawcy do takiej sytuacji bezalternatywnej jest wykup udziałów w jego przedsiębiorstwie, wdrożenie aparatu kontrolnego (miało być taniej?), rady nadzorczej i wyciskanie wody z kamienia mając udziałami wpływ na decyzje dostawcy. Z tym że kosztuje to wykup udziałów (czyli zamieniamy dolara dzisiaj na więcej dolarów w przyszłości), a wykupiony od razu kombinuje jak się odkupić, jak wyrwać z takiego przymusu, albo jak sobie z biznesu wyprowadzić wartość i zostawić odbiorcę z wydrenowanym przedsiębiorstwem. Ponieważ jest to pozbawiony moralności (kaizen) system gdzie wszyscy chcą wszystkich wykorzystać, wydrenować i porzucić to jest on metastabilny (przeciętny czas trwania takiego powiązania kapitałowego to trzy lata, po tym zaczyna się to sypać bo uciekają kluczowi pracownicy, serwisanci kluczowych maszyn rzucają grabki, dostawcy robią opóźnienia, a kapitał leci=licznik bije). Ostatecznie można do takiej niekorzystnej sprzedaży udziałów w przedsiębiorstwie namówić niechętnego przedsiębiorcę stresorami – czyli przestępczością zorganizowaną, o ile ten nie jest dobrze podwieszony i nie zabezpieczył już sobie pozycji politycznie u oligarchy, lokalnych gangów i służb porządkowych. Ostatecznie można próbować wyciskać przedsiębiorcę formalnie i urzędowo – takie wojny cały czas się toczą, óźniej są z tego programy “państwo w państwie” i podobne w różnych krajach. Polityka – sprawdzamy kto sobie lepiej zabezpieczył pozycję i kto jest lepiej podwieszony. Dlatego prywatne aparaty przemocy (gangi) są zainteresowane udziałem w przedsiębiorstwach tworząc w ten sposób swoje terytoria i co ciekawe – dominują wyłącznie gangi zdolne racjonalnie gospodarować w taki sposób jakby państwo miało dysponować przedsiębiorstwem nie interweniując w jego funkcjonowanie, a jedynie pobierając rentę w usługach i czasem w gotówce (w usługach lepiej, czegóż to zbójom może dostarczyć profesjonalny warsztat mechaniczny^^).
Drugą metodą jest presja na płace, to się może udać tylko przy stresorach zewnętrznych, czyli znowu bezalternatywności na rynku. Im kto ma więcej kompetencji, im kto ma więcej własnych narzędzi, a nawet własny kawałek zagrody, któremu tylko kawałka płotu brakuje tym trudniej na niego naciskać bo jego sytuacja ma alternatywy. Ale lemingów jest tak Wielkie Mnóstwo (i trzeba dbać o podaż – trzeba lud duraczyć do granicy ich zdolności pracy, ale nie poniżej tej granicy), że ta metoda ma bardzo wysoką skuteczność. Od lat osiemdziesiątych dochody z pracy spadły przeciętnie prawie pięciokrotnie, a sytuację ratuje wyłącznie deflacja na podaży dóbr powszechnego użytku. O ile jeszcze 50 lat temu normalny człowiek kalkulował zakup mieszkania czy domu z oszczędności, za gotówkę, to dziś nie ma właściwie szans, aby o tym marzyć kalkulując z pensji (a to czy tam ja czy inni przedsiębiorcy kupujemy czasem to reglamentowane dobro za gotówkę to jest zupełnie inna sprawa, ponieważ nie stanowi to dla nas istotnej części majątku i zazwyczaj jest nam to konieczne jako środek do działania przedsiębiorstwa i jest to od razu traktowane jako wydatek, zbytek i strata).
Kolejna metoda jest lokalnie spółdzielczo/finansowa, bazuje ona na wejściu w spółkę poprzez udziały, pożyczkę lub obligację; wejściu z kapitałem oczywiście którego ktoś ma nadwyżkę z nadzieją zwrotu (a jak się to tak po sąsiedzku nie udaje to demolowana jest struktura społeczna i kapitał zaufania). Wersją masową tej metody dla drobnicy finansowej są giełdy poboczne takie jak NewConnect, które pracują na spółkach z ofertą publiczną akcji, a wersją o nieco innych zmiennościach i z celowym wpływem na spółki są takie z ofertą niepubliczną i obrotem prywatnym udziałami, akcjami i dywidendami oraz innymi “co mi się za to należy”. W tej grupie są też różne drakkary umorzeniowe w rodzaju spółek z ugruntowanym, sprawnym i niepodlegającym wątpliwościom negative equitty. Tę część finansuje oczywiście aspirująca klasa średnia, czyli taka, która ma nadwyżki, których nie potrafi wykorzystać w swoim biznesie (być móże są za małe na nieruchomości), a zbyt emocjonalnie rozbujana aby je zabezpieczać ze stratą (złoto, maszyny) i radzić sobie psychicznie z aspektem stratnym jako racjonalną formą długoterminowego zabezpieczenia. Do tego żyją jak lemingi, w otoczeniu lemingów i bogactwo wyznacza tam nie stan posiadania, a płynność niskiego poziomu (w rozrachunku za żywność, odzienie, transport) więc nie w potencjale wytwórczym i usługowym oraz stanach magazynowych, a w papierze FIAT i stanie konta FIAT. Są to wprost dawcy kapitału grający w małego lotka o istotne dla nich wygrane, ale należy pamiętać że większość z nich przegrywa, gdyż w krótkim cyklu koniunkturalnym oni nadwyżki wytwarzają w ostatnich latach przed kryzysem i gdy mają już (wg swojego mneimania) tak wiele że trzeba coś z tym zrobić i “zainwestować” to ładują się w rynek przygotowywany na zawalenie i pompowany obiecankami z każdej strony. Dotują w ten sposób nadwyżkami swojej pracy bilanse łańcuchy wykonawcze jakie właśnie opisują na tym etapie tekstu, czyli producentów podzespołów kluczowych dla produktów złożonych (na przykład elementów kluczowych pojazdów).
Dalej mamy systemy depozytowe ze zobowiązaniem do podwyższania lub utrzymania depozytu w długim terminie z płatnością dywidendy wynikającą z ryzyka i obwarowania umowami. To jest refinansowanie w długim cyklu, polega ono na wykupie długoterminowych obligacji, ubezpieczeń, ogólnie jest to rynek dający pozory długoterminowej stabilności zdominowany przez majoryzujące instytucje finansowe (takie choćby jak AIG). Przy czym finansujemy tym firmy działające w perspektywach 2-3-5 letnich. Zawsze później są zgrzyty i swary, a niezawisłe sądy mogą sobie najwyżej napisać wyroki na ośle, ponieważ państwo średniej wielkości w konfrontacji z armią prawników takiego giganta może sobie co najwyżej wyrzec wyrok (co jest wobec takich molochów zupełnie niepoważne).
Kolejna jest giełda (już taka prawdziwa, a nie dla drobnicy), gdzie można bezpośrednio finansować duże przedsiębiorstwa zajmujące się podażą tych krytycznie potrzebnych decydentom produktów. Razem z giełdą instytucje przymusowe (choćby ZUS, US) i różne inne narośla udziałowców w dysponowaniu siłą (bo państwo jest udziałowcem systemu rządzenia, a nie jakimś wyrażaniem woli politycznej narodu, narodowy w państwie to jest najwyżej dług – o ten to będą musieli narodowcy spłacić jak już się dorwą do władzy), oraz pochodne giełdy czyli rynek walut, derywat, opcji i gwarancji (w tym surowcowych).
Cała koncepcja tych metod odsysania polega na tym, że obiecujemy ludziom COŚ, za co muszą się wysilić i płacimy im obiecankami w postaci papierków (Ci biedniejsi bardziej odroczonymi obiecankami), a potem tak nimi manipulujemy żeby te sobie zracjonalizowali czemu tych papierków nie mają, albo nie mogą za nie spełnić swoich oczekiwań. Dlatego powstają różne systemy zapasowe oparte o bezpośrednią podaż dóbr i pracy z jakich korzystają przedsiębiorcy, czyli pętle podaży na samym dole bez udziału 3rd party banku centralnego. Taki tam nasz grzeczny barter bez wypisywania faktur. W takiej formie nawet handlujemy przedsiębiorstwami.

Co do walut warto też wziąć pod uwagę, że samemu wprowadza się wartości do obrotu. Prowadząc biznes, nawet usługowo utrzymując ruch po jakimś czasie pewne “przydasie” kupuje się na zapas gdy na rynku jest kryzys i trafia się okazja tezauryzacyjna. Na przykład kupuje się węże do hydrauliki z likwidowanych firm, szybkozłączki, węże na wiatr z kompresora, zbiorniki, rury, kable na taką ilość faz co człowiek częściej potrzebuje i odpowiednio grube. Drut do EDM, materiały spawalnicze, narzędzia to skrawania, wiertła na wagę, śruby, maszyny i przyrządy “na zaś”. To sobie w leży i jeść nie woła.

Warto zwrócić uwagę, że podaż “nowego kredytu” czyli obiecanek jest dokonywana na branże, które nie są przez żadnego normalnego przedsiębiorcę, ani nawet raba kornego całościowo czy w ogóle istotnie wliczane do koszyka inflacyjnego. Po prostu niewiele nas interesuje ile lokomotywy staniały. Ale przemysł zaawansowany (gdzieś tu zaraz wrzucę akapit o maszynach do produkcji ciastek i cukierków) ma bezpośrednie przełożenie na to co w koszyku ludzie mają, czyli żywność, ciuchy, transport. Z tego przemysłu wysokich technologii każde dosypanie tam obiecanek powoduje ich natychmiastowy wyciek na branże-ssawki zbierające żniwa z całej populacji (bo nie czarujmy się – to prolami dostarcza się mocy gospodarce, a nie noblistami z ekonomii), co prowadzi do deflacji tych dóbr w podaży i inflacji cen pracy przy ich dość pracochłonnym wytwarzaniu generując gwałtowną dysproporcję ceny cukierka, buta i amortyzacji z kilometra do ceny reglamentowanej ilościowo nieruchomości w rezultacie powodując, że istotny jest sam koszt rozrachunku płatności za produkt, a nie sam koszt produktu (ołówki w IKEA są za darmo), ale przecież ludzie przy produkcji tych dóbr nie pracują za darmo. Oni ustalają swoje oczekiwania zarobków względem dóbr reglamentowanych, bo te nieraglemntowane gwałtownie tanieją, a niektóre są za w ogóle za darmo, za sam fakt przyjścia do sklepu – paśnika z ołówkami, co może oznaczać że koszt dotarcia do tego sklepu jest wyższy niż sama wartość pozyskanego gratisu-benefitu. Skasowanie więc dodruku spowoduje gwałtowną deflację cen pracy (odpływ mocy korelującej w postaci specjalistów z branż dotowanych przez system ekonomiczny w dół gdzie się mniej nagłówkują, a zapewnią racjonalniej potrzebne dobra), gwałtowny spadek zdolności kontroli ze strony władzy, a co za tym idzie zdolności kontroli terytorium i redystrybucji (już mamy objawy przecięcia się krzywej kosztów z krzywą kontroli – państwa tracą kontrolę nad jednostkami co umieją się chować, nad firmami, które mają takie jednostki, a nawet nad całymi miastami – Chicago, czy choćby dzielnicami NoGoZone), a ta pociągnie za sobą deflację pracy na najniższych stanowiskach czyli opieki zdrowotnej i pdoaży przemocy (bezpieczeństwa), obecnie w Szwecji praca policjanta jest traktowana jako zajęcie dorywcze – udział we “władzy” jest zajęciem nieatrakcyjnym i dorywczym, warto sobie posmakować co to w ogóle oznacza taki zwrot lingwistyczny. To już nie jest zaszczytna służba. To konieczność aby sobie na chleb zarobić – kwiat narodu musi tam trafiać^^

Klienci oczywiście płacą (przyjmijmy na razie) po pewnych kontrolach, wdrożeniu poprzez wpływ
udziałami (mają coś do powiedzenia w firmie, mają radę nadzorczą) jakiś tam regulacji naprawczych, dopchnięciu kogoś do okruchów tortu stanowiskiem etc. Płacą ponieważ to oni ustalają jaka była wydajność przemysłu i o ile trzeba zmienić podaż waluty, aby było z czego odessać wartość, aby wyrównać te niedobory. Czyli na tym poziomie mamy ustalanie przez przemysł jaka ma być oczekiwana decyzja banków centralnych (i ustalenie stóp transferu kapitału w przemyśle), a członkowie rad baków centralnych zbierają te skonkretyzowane i sformalizowane decyzje z przemysłu, finansów, potrzeb rządów, gospodarki żywnościowej i starają się ważyć te interesy ustalając jakąś podaż waluty i manipulując jej dystrybucją. To jest aż tak krótki łańcuch, sam siedzę jedną nogą (i to tą bardziej) w firmach, które tak funkcjonują i bezpośrednio korzystają z dodruku. To już na tym poziomie dostaw specjalistycznych produktów i rezultatów badań jest kontakt poprzez lewar wielkego korpo (które ma kilka takich źródeł produktów na świecie i każdy swoje – nie możesz produkować jak nie masz tego kluczowego, trudnego w uzyskaniu produktu) prosto na bank centralny i tam nikt nie pyta ile co kosztuje (to co wycisną z poddostawców to ich). Płytkość gospodarki z bankiem centralnym zadziwia. Ale jeszcze sto lat temu było płyciej. Fabrykant u którego pracowały rzesze ludzi bezpośrednio ustalał z bankami koszt obiecanek.

Co to są udziały, wpływy i po co kto to kupuje i czemu tak wysoko wycenia? Nie mamy sposobu reprezentacji wpływów pozakapitałowych, ale większość ludzi przytomnych ma świadomość istnienia takich wpływów, pewną trudnością są opcje na akcje pracownicze, czyli forma akcjonariatu pracowniczego i bezwładność decyzyjna z tego wynikająca (wielu ludzi rozumie ten akcjonariat tylko jako benefit z dywidendy, natomiast wynika z tego też pokrywanie ryzyka i dostarczanie mocy korelacyjnej przedsiębiorstwu). Wpływy i udziały nie są płynnością, ale są w płynności kapitałowej wyrażane (dlatego wyrażane są takimi astronomicznymi liczbami), opisują (te liczby) limes wysiłku prolami do pozakapitałowego przejęcia aktywu kontrolnego. Oznacza to że zamiast konfrontować się uzbrojonymi w dzidy prolami rachujemy ile nasze raby mogą wyprodukować, ile z nich wyjaśnionym systemem zwrotów do puli potrafimy wydoić i rzucamy to na sztos, aby ustalić czyja wola będzie realizowana z góry na dół tak potężnym impulsem kapitałowym (w systemie hierarchicznym, w kaskadzie rozkładów z góry na dół piramidy siła impulsu musi być olbrzymia aby nie wygasł do samego dołu, trzeba więc albo krótszych piramid, albo niżej muszą być inicjowane impulsy – czyli władza jako bezskuteczna z biedy i jej kosztowność=niepotrzebna, bezskuteczna). Nie wszystko jednak jest na giełdzie. Wróćmy tu jeszcze do przykładu tej kaskady wytwórczej firm, w której możemy być urzędnikiem, a nawet głównym udziałowcem tej firmy mając oczywiście udziały w innych firmach (niektórych dostawcach, odbiorcach, podwykonawcach tworząc sieć w której siedzimy wszędzie i nie sposób nas wyprzeć, wykluczyć z dealu, zignorować, albo nei dać nam dywidendy). Podałem tam zjawisko presji cenowej na dostawców. Na przykład można wywrzeć presję cenową na formalny aparat władzy aby obniżył płacę minimalną na nasz wsad pracy z proli, ale to delikatna operacja i może zawieść z innych powodów, możemy wywrzeć nacisk na bank, tak aby te wywarł nacisk na bank centralny, a ten jeśli nie jest dość niezależny na BIS i MFW aby nas zasilili liczbami i je uznali bez spuszczania nam lania związkami zawodowymi, sankcjami, protestami, blokadą handlową i cłem. Ponieważ bank komercyjny bazuje na depozytach przedsiębiorstw to obciążamy tym kawał gospodarki jeśli prowadzimy produkcję jakiś samolotów, pociągów, fabryk, mostów, autostrad, i wszyscy nam dodają odrobinę swojej mocy ze swoich rachunków. Dlatego jest to piętrowe rozmycie na bank centralny (i resztę banków) i BIS & MFW (i resztę banków centralnych pod nimi), żeby wszyscy ustalili na ile nam wolno rozepchnąć się kredytem na rynku. To ograniczanie rozpychania ma taki cel, żeby w tym kompletnie odrealnionym systemie rozliczeń z podażą siły dla władzy zachować racjonalność tej podaży i nie przejść na wojenny tryb gospodarki (bo ten wymusi zaostrzenie trybu wojennego i w konsekwencji pożary, gwałty i niszczenie osiągnięć materialnych, a jajogłowi się mogą wkurzyć jak im kto popsuje ich Wielki Zderzak, w którym z wielkim trudem udało się zutylizować tyle prądu – zapewnie nie z OZE^^). Wszystko po to abyśmy nie użyli swoich wpływów w aparacie przemocy i to tej najpoważniejszej. Bo wróćmy do dostawców – jaki nacisk może wywrzeć dostawca na hutę? No niech mi to ktoś w liczbach narysuje od strony przemysłu “cywilnego”, a nie decyzji mundurowych że jest tryb wojenny, lemingi mają dać się doić bo zaraz idziemy w kamasze i stocznia ma mieć na lotniskowce, więc wszystkie ręce na pokład po 14h/d 6d/w co zbije dla stoczni i fabryki czołgów ceny stali o całe 30%, a na rynku będzie odpad co spadł z ciężarówki, który zagospodaruje się w trakcie W wycinając ludziom żelazne płoty wokół domów.

Jaki można wywrzeć wpływ na hutę? Albo na elektrownię? Albo na kopalnię węgla, miedzi, soli, fosfatu, srebra, niklu czy co tam używacie w swojej branży? Można oczywiście kupić udziały (ale te sektory bronią się tym że są “strategiczne” i trzeba płacić ekstra jeszcze ośrodkom władzy tam się wkupując. Wychodzi więc na to, że opór zakupu wpływów, a co za tym idzie zakup nieformalnych wpływów aby kupić te wysoko wyceniane aktywa powoduje to rozbuchanie rozrachunku jakie wskazywałem w rysowaniu trójkątów płacowych względem zakresu branż. Żeby to unaocznić sobie warto rzucić okiem na koszty produkcji myśliwców i infrastruktury (w tym latającej jak AWACS, i naziemnej, i satelitarnej) aby były one zdolne do wytwarzania presji na chętnych gwałcić nasze owce, kucyki oraz piękne panie. I tak jak my sobie na dole kupujemy udziały w przychylności lokalnych komendantów, zbójów i biurwy tak tam wyżej kupuje się pułkowników (zdarzyło się), generałów (za wysokie progi, znam tylko z opowieści), partyjnych kacyków, oligarchów przemysłowych (takich jak w Szwecji rodzina Paulsson, Katrina Martinson, Cristina Stenbeck, Rutger Arnhult, Hans Wallenstam, Sven-Olof Johansson, Liselott Tham, Erik Paulsson, Louise Limdh czy też tuzy cięższej wagi jak Erik Selin, Axel Johnson, Carl Bennet, Fredrik Lundberg, Gustaf Douglas, i niekwestionowany władca folwarku Stefan Persson z rodziną), ale też zarządy związków zawodowych, organizacje zielonych, partie polityczne, organziacje paramilitarne z kraju i zagranicy gdyby jednak komuś trzeba było wyprostować myślenie przypominając że mogą mu przypomnieć skąd wyrastają nogi. Bo przecież nie czarujmy się, ale ktoś kontroluje flotę, która pilnuje porządku na Bałtyku i w razie czego można tej floty użyć gdyby jakiś nieporządek zagrażał i ktoś do portów przyjmował towary bogacąc się nie płacąc działy komu trzeba? Ruch na bałtyckiej kałuży z palcem w nosie można zamknąć i cła nałożyć.
To są problemy przedsiębiorcy na własnym, średnim już przedsiębiorstwie, aby kupić sobie układy polityczne w regionalnym układzie sił i wyzyskiwać swoich rabów i podwykonawców, aby też być dobrze wydojonym. Szans na jakieś gwałtowne bogacenie się od tego poziomu nie ma co wypatrywać bez dysponowania kapitałem organizacyjnym i hierarchicznym. W opisywanej poliarchii od strony praktycznej czyli od turysty do urzędnika w Babilonie (zwiedź Babilon i już go nie opuszczaj^^, ciesz się że nie pojechałeś na wycieczkę do Sodomy & Gomory^^) daje się zauważyć, że globalnym systemem dominującym jest bez ideologiczny korporacjonizm w rozwiązaniu faszystowskim. No taki mamy ustrój – inny jakoś nie zaistniał i się nie przebił.

A my Ci hali nie wynajmiemy, dostawcy dostaw nie zapewnią, podwykonawcy nic nie załatwią; bo Ty tu będziek konkurencję robił, albo pracowników wykorzystywał i się zrobi szum, albo Cię nie lubimy bo jesteś nie swój i nam w biznesz wchodzisz i układy psujesz, i rynek demolujesz. W najlepszym wypadku wykup u nas udziały, my wykupimy u Ciebie, wejdziesz z kapitałem, nie będziesz nas majoryzował (ustalenie spółdzielcze na wybranym poziomie), podzielimy się zleceniami i łapówkami o il emasz za sobą całą infrastrukturę (firmy, firemki, poddostawców, apart przemocy, lobby, jakiś polityków, jakś udział w biurwie, najlepiej port i dozór w nim żeby sobie zapewnaić wsparcie overseas). I możesz nas pocałować tam gdzie Covec nie sięga. Bardzo ciężko wejść na pewnych poziomach w rynki.

Pracujemy na chwałę Boga, która nie ma celu sama w sobie. Ku zbawieniu. Nie ma związku pomiędzy pracą a jej skutkiem – kupujecie to? Tak pracują dziś Chińczycy – na chwałę Chin. My nie mamy żadnych Chin, a w EU jakoś 40+ społeczeństwa nie uwierzyły. No to trzeba to zorganizować jakoś inaczej, jak nie tak to jak? I ja nie wiem jak, żyjemy w społeczeństwie gdzie istnieje powszechna wiara w to że pracują na nas roboty, a my będziemy żyli długo i szczęśliwie (w jednej z dyskusji nam wyszło z danych, że gdzieś pomiędzy 1/3 a 1/2 z Was nie dożyje wieku emerytalnego – przynajmniej na razie taka jest przeżywalność, więc płacicie na emerytury 35 letnich sędziów i mundurowych), będzie trzeba ostro przygiąć pałą plecy tych wiernych żeby przenieśli kolejne góry.

Przestrzeń wyobrażona i dominacja w tej przestrzeni.
Mamy tu następujące zjawisko – sieć dostosowała się do panuącego systemu zasilania w bodziec sterujący i zaczęła ten bodziec kumuloawć, gromadzić, i ukrywać przed jednostką indukującą bodziec. Dlatego są opowiadane przez komuszków takie bajki, że należy uwolnić środki płatnicze z kieszeni gromadzicieli aby waluta krążyła w gospodarce bo to jest dobre. Ależ waluta krąży i odkłada się u tych bystrzejszych, co chcą sobie za tę walutę kupić wpływy w siłowniku, w aparacie wpływu i gromadzić jej przez to jeszcze więcej, jedyne co utrzymuje aktualncyh dysponentów bodźca na powierzchni nad tymi pokątnymi gromadzącymi walutę jest gwałtowna, inflacyjna podaż bodźca. To jest gra w dobrego (konsumpcja nakręca – kosnumujcie) i złego (reset walutowy), w której dysponenci bodźca zakładali że mogą w razie czego zrobić reformę walutową i skasować wszystkim wyniki na kontach, a tymczasem pojawiło się tyle alternatyw, że owszem skasują ale system amortyzujący podaż środków materialnych utrzymujących ich przy rzeczywistej władzy (choćby śladowej jak obecnie). Przestrzeń gospodarki finansowej (czyli kapitalizmu finansowego) nie jest przestrzenią rzeczywistą tylko wyobrażoną, wiemy że reset walutowy i próba zaistnienia nowej waluty może się władzuchnie nie udać z powodu istnienai nieresetowanych walut konkurencyjnych (już żeby nie szastać tulipanem BTC, ale mamy złoto, srebro, maszyny i bardzo dużo farby i papieru). Przetrzeń gospdoarki finansowej jest wyobrażona w komputerach banków, w razie próby resetu może się okazać że ich nowa waluta poresetowa nikomu na nic nie jest potrzebna i mogą tam sobie zagrać w River Raid. Co oznacza utratę władzy i zbuteczność ich kapitału organizacyjnego i społecznego, bo przemysłowcy puszczą ich po brzytwie w pierwszy dzień kiedy nie będą mogli się ich walutą rozliczyć i nei będzie środka zapasowego – oni, przemysłowcy wezmą pierwsze działające rozwiązanie jakie im kto podsunie i dostarczą mu materialnych środków dominowania w przestrzeni rzeczywistej nad zdrowiem i życiem byłej klasy panującej nad środkami transakcyjnymi (systemami rozliczeń, nie walutą).

Kłopot z zastosowaniem przemocy jest taki, że sam efektor na końcu musi być wyposażony w korelator aby chociaż rozróżnił, stosując moralność sytuacyjną, czy to swój czy obcy. Jak swój – nie zabijaj, jak obcy – no to inaczej. A przecież i jeden i drugi niby homo sapiens. Z ambony krzyczą że to bliźni nawet. A jakoś wojny ci “bliźni” z nami prowadzą, są nam winowajcami i ciężko odróżnić kiedy którzy będą i w jakim czasie. Jak brakuje korelacji w realizacji to się wydaje takie rozkazy jak “Bóg rozpozna swoich”, albo realizacja trafia na złe piętro i poniewiera “nie obcych”, ale nie rozpoznanych. Jak niby odróżnić przedstawicieli narodu przeklętego winnych wspólnie i w porozumienia niezależnie do czasu indywidualnych urodzin zamordowaniu Boga, którzy to napierają na nas jawnie i w kamuflażu, osobiście i szabesgojami – jaka jest metoda selekcji? Być może nie da się takiej dwuwartościowej selekcji swój/obcy dokonać i prewencyjnie bez adekwatności w czasie (ale z adekwatnością zamiarów) odeprzeć napaści… a przynajmniej nie da się w ramach paradygmatu obecnej moralności katolickiej? Bo według tej z pism Papieża Urbana II to jak najbardziej się da, później tylko bzdur nadopisywano. Chyba że stosować inny algorytm rozpoznawania swój/obcy (etniczny, plemienny). W tym algorytmie plemię przeklętych, którzy są właśnie plemieniem czczącym samego Szatana jest rozpoznawalne jak na dłoni, z tym że moralność katolicka kazałby tych biednych pogan ratować, jak oni we wrogości do ludzi żyją już dwa tysiące lat. Moralność etniczna, plemienna, taka jak tych pogan implementuje nam inne, dawne kulty, co sprowadza do poziomu obcych, do poziomu wroga. Jak z puenty dowcipu o wojnie z kanibalizmem – aby pokonać kanibali trzeba ich zjeść. I samemu stać się obcym. Bądźmy jednak przytomni – trzeba wiać, zostaliśmy pokonani, rozbici, spenetrowani i pozostaje się wycofać. I sobie znaleźć inne miejsce do życia – o to nad Wisłą jest zbyt wielka konkurencja.
A wszystko to dlatego że najeźdźca w ramach moralności plemiennej ma banalną selekcję swój/obcy a co za tym idzie skuteczną skrytość komunikacji, a my nie. My nie mamy i nas łatwo penetrować. Nie każda logika nadaje się do rozwiązania każdego problemu rzeczywistego czy urojonego. A do tego stosowana logika ma wielowątkowy wpływ na szereg innych zachowań i najważniejszym z nich jest kwestia czy ta logia pozwala na przetrwanie i ekspansję w tym nienajlepszym ze światów. Logika pasożyta jest dla poasożyta korzystna tak długo jak jest on w stanie wyodrębnić się z żywiciela, więc co jakiś czas pasożyt musi przeprowadzać selekcję kto jest jeszcze koszerny, a kto już nie i czy w stopniu skreślającym z liczby parchów.

“Służby” są bezskuteczne przy braku korelacji na najniższym poziomie z takiej banalnej przyczyny, iż służą. Czyli oczekują na wzbudzenie i eksponują się ewentualnie a wzbudzenie patrolem (choćby patrolując głupoty wypisywane w internetach). Ze względu jednak na powszechność wszelkiego szumu muszą ustawić próg pobudliwości na poziomie nieprzeciążającym ich skromnych zasobów. Ma to swoje wady praktyczne, ot takie na przykład że urzędy w modelu skandynawskim (implementowany w Polsce) wymieniają się (również z bezpieką i kontrywiadem) informacją osobową o wzbudzeniu podejrzeń i utracie zaufania do jednostki, co w systemie komunikacji urzędów jest notowane jako “impuls”. Z tym że z przyczyn formalnych dotyczy to wyłącznie osób system jest bezwładny wobec spółek (w Polsce próbowano to robić wiążąc KRS, ale zaczęło to gwałtownie przesuwać próg pobudliwości w górę i się do niczego nie przydaje w praktyce dochodzeniowej – za dużo szumów) i ze względu na tożsamość prawną spółek nie da się tego legalnie powiązać z osobami, więc sobie kontrywiad swoje wie, ale nikogo zawiadomić w ramach systemu nie może skutecznie, może co najwyżej oficjalne pismo wysłać zawiadamiające – a w urzędach to akurat najwięcej czytają jak im coś nie chce się samo wprowadzić do systemu, bo nie da się tego powiązać z rozporządzeniem – i kółeczko się zamyka.
Oczywiście ludzie sobie wyobrażają, że istnieją jakieś superskuteczne służby co wszelkie menty wyłapują i zaciągają do lochu jak za bluźnienie przeciwko Komoruskiemu. Bo w mediach udaje się przeprowadzać pokazowe egzekucje, jak kiedyś na rynkach i ludzie powszechnie mając sygnały że inni to zdarzenie widzieli roją sobie że powszechnie to tak działa. Nie działa, komisja do sprawy Amber Gold pokazuje w przesłuchaniach poziom zaangażowania urzędników – to są realia. To jest ten poziom kiedy korelatory odessano na inne odcinki frontu do biznesu, do manipulowania mediami, do banków i systemów transakcyjnych, do IT. Z przyczyn obiektywnych “służby” są złożone z ludzi zwyczajnych i hobbystów, a patrząc po płacach – to nie jest kwiat narodu. W policji jest jeszcze gorzej, jest tam po prostu dramat, bo to nie tylko przedsiębiorcy nie nadążają za przepisami i mają je w nosie, tam to w ogóle nie nadążają z czytaniem. Już pomijam wdrażanie, egezkucję tych przepisów czy jakiekolwiek zainteresowanie tak przeciążonych sieczką legislacyjną oficerów. A przecież oczekujemy że oni na samym dole nie wedle procedur będą działać, tylko sami pomyślą i wydedukują kto jest huligan i zadadzą gumą przez nery za plucie na ulicy czy trzymanie rąk w kieszeniach przy starszych, albo nie zdejmowanie czapki przy pozdrawianiu przechodniów. Niestety jakoś nam się tak bystrzy stróże porządku nie trafiają i trzeba spać na stojąco. Jeśli ktoś sobie roi że informacje zbierane przez banki przetwarzane jakimiś algorytmami (pracują za nas roboty^^) trafiają na biurko jakiegoś rozumnego urzędnika i ten zaraz posyła kominiarzy żeby zapukali o szóstej (jak znajdą właściwe piętro albo drzwi w Magdalence) to żyje urojeniami państwa teoretycznego. Ale co to przeszkadza, żeby żyć w społeczeństwie ludzi, którzy uważają że przed rzeczywistością chronią ich przezroczyste tafle siły państwa, której to siły w żaden sposób nie dostarczają? To nawet fajniej się w takim kurniku buszuje jak kury myślą że mają immunitet na lisa i gdy zaczynają lecieć pierza gdaczą tylko jakie to ukazy samego koguta ich chronią przed konkurencją. która nie opłaca się kogutowi.

Mechanika precyzyjna to głównie wytwarzanie narzędzi, które są etapem pośrednim w produkcji. Jak podany wyżej korpus reaktora czy “wafel” do wyciskania na prasie. Zazwyczaj są to rzeczy o takich dokładnościach i takich upierdliwościach obróbki przy jednostkowej produkcji, że stanowią jakiś kompetenecyjne osiągnięcie. Oczywiście są firmy zajmujące się obróbką gdzie zebrano sigmy z danej branży i tam takie narzędzia produkują z palcem w nosie, a próbują robić pwoażniejsze (coś w firmie musi przynosić straty) więc cały czas każdy próbuje zarobić przesuwając granicę własnych kompetencji. Upierdliwość jednostkowa polega na tym, że koszt materiału i włożony w każdy etap wytwarzania koszt korelacji, w tym narzędzi, czasu pracy specjalistów, czasu maszynowego jest tak wysoki, że sknocenie procesu (czyli realizacja ryzyk) jest poważnym kosztem. Kiedyś kowale byli specjalistami od drogiego materiału, później ten przywilej dotyczył tylko jubilerów, dziś nawet praca szlifierzy diamentów jest generalnie zautomatyzowana, i tylko poważne sztuki naturalne podpadają pod obróbkę precyzyjną. Która to obróbka ze względu na upierdliwość powtarzalności jest po prostu sztuką. Zawsze ten segment “zbyt drogie by powtórzyć” nazywamy sztuką, dlatego medycyna jest sztuką, mimo że to żadna sztuka przepisać paracetamol, ale przecież nie tutaj doszukujemy się sztuki, tylko na granicy dzisiejszych osiągnięć, tam gdzie wsparty maszyną neurochirurg lepi zdemolowane połączenia korelatora z efektorami czy usuwa coś czego być nie powinno (babski ośrodek generujący kłapanie dziobem^^). Oczywiście wyobrażamy sobie już maszyny, które będą potrafiły to falsyfikować, tak jak dziś powszechne są w maszynach moduły obróbki adaptatywnej (maszyna sama dopasowuje się do rzeczywistego położenia detalu i modyfikuje geometrię obróbki), tak dawniej robiliśmy to ręcznie (i dalej robimy, tylko odwrotnie). Ale póki co na wybranym narzędziu zamiast wiercić nawet najsprytniejszą obrabiarką często taniej jest dać to 60 latkowi z dobrą kinestetyką, ustawić przy wiertarce i będzie zrobione przy uniknięciu ryzyka połamaniu narzędzia i zostawieniu twardego narzędzia w twardym materiale, czego usunięcie bez zniszczeń jest trudne, a często i niewykonalne. Ot wszystko to zwyczajnie dlatego, że dziadek będzie czuł jakie jest naprężenie na narzędziu i w jakim stanie są ostrza.
Tak jak wcześniej widzieliście filmy z YT o tym jak się produkuje narzędzia skrawające – frezy… to tam była obrabiarka do freów na całkowicie zautomatyzowanym stanowisku – niby powtarzalność kropka w kropkę. Nic z tego, są firmy (protetyka i podobne cudeńka), gdzie te frezy dzieli się według odchyleń jakościowych (mimo że wszystkie przecież są najwyższej jakości, nikt Seco czy Sandvikowi nie zarzuci że lipa jakaś schodzi z produkcji) i dzieli po grubości odchylonej w tysięcznych i gęściej czasem. Bo każde z tych narzędzi zostawi przecież różnie obrobiony materiał. Wiem że dla większości siedzących w obróbce takie rzeczy jak protetyka zębów czy stawów to ajkieś herezje co tam się wyrabia, no ale tak to wygląda – ustawili sobie dwie maszyny tylko do testowania narzędzi odnośnie zużycia i wyciągają 8-10 krotnie dłuższe żywotności tylko manipulując parametrami obróbki, w sposób jakiego sobie producenci nie wyobrażali – oszczędności są gigantyczne, bo na narzędzia taka firma wydaje dziesiątki milionów euro rocznie, a wydawałaby setki i protezy byłyby paskudnie drogie (tak jakby były tanie teraz). Mało które państwo ma na swoim terenie firmy operujące taką jakością, choć mamy znakomitą liczbę czytelników ze Szwajcarii, a nawet z Lichtensteinu, to jednak do Polski nikt przytomny nie zawiezie takiego biznesu, ponieważ byłoby niegrzecznie strzelać do urzędników za wtargnięcia i śmiałość podjęcia kontroli czegokolwiek. Aby więc uniknąć niegrzeczności nikt tego do Polski nie przenosi, przecież to i tak bez znaczenia ile kosztują produkty, których nikt inny nie umie wykonać. Ten top of the line istnieje jednak cały czas przesuwając się z grzbietem fali – gdy uprościmy jedną rzecz (obróbkę, pomiary, powtarzalnóść) to zaraz pojawia się jeszcze wytrzymalszy i bardziej upieerdliwy materiał, do niego większe doladności, i nowe narzędzia. Przynajmniej tyle z tego dobrogo, że już od 200 lat każdy może się sprawdzić w wytwarzaniu czegoś z byle jakiej stali – jest aż tak tania. I tak z postępem tehcnicznym przesuwa się czoło fali korelacyjnej i kompetencja specjalistów, ubytki w słabszych branżach uzupełniały eksplozje demoraficzne wynikające z postępu. A tym razym jakoś nic nie eksplodowało, nawet się nie zatliło. Czoło fali dalej odsysa kogo zdoła nakłonić do myślenia, ale szerokość fali względem liczby ludności wzrosła niepomiernie ilością branż.
Zaistniało też bardzo ciekawe zjawisko – maszyny mimo dość wszechstronnych zastosowań są przez specjalistów przygotowywane do jednej, względnie kilku zbliżonych czynności, po to aby w każdej chwili można było przyjść “na gotowe” i sobie coś w prostych krokach z marszu uruchomić. Jest to wprost lewarowanie środkami kapitałowymi do jakoś nieopisywanej jeszcze liczbami miary kompetencji na podłodze. W fabrykach kryją się więc drzwi na każdego kota, przygotowane właśnie na gatunek kota do przerobienia w procesie.
A inne ciakawe zjawisko jest taki, że aby odsysać sobie do bilansu pracy z lemingów produkujemy rzeczy, które mają się popsuć po terminie ustalonym formalnie z władzuchną (która wyznacza w jakich granicach wolno lemingi doić płacąc haracze w tym vat), tymczasem dla siebie potrafimy wyprodukować narzędzia prawie niezniszczalne, ale w ogóle nie ma na nie rynku tak żeby sprzedawać je zainteresowanym, ponieważ porównują je oni do przedmiotów nietrwałych ceną.

Jest jednak coś ciekawego w tej produkcji specjalistycznej. W normalnej masówce bierzesz do ręki kawałek materiału i nie wiesz co z tego będzie – cokolwiek zamówią to będzie. A w specjalistycznej już w hucie jak mieszają stop w “garze” to wiadomo że to na przykład będzie korpus reaktora, i żadnego następnego kroku nie wolno sknocić, bo to musi się udać. Na szczęście coraz więcej modułowych elementów dla wymagającej produkcji powstaje hurtowo u specjalistycznych dostawców i “sobie adaptuj”. I można by pomyśleć że nie trzeba już będzie ściągać pod dach specjalistów, że takie piękne hasła jak “Outsourcing” i bon moty “każdy problem można rozwiązać dowolną liczbą prekarów za darmo” to prawda i rzeczywistość, tymczasem czoło fali już się odbiło od rzeczywistości i wraca do starych nawyków. Mieliśmy taką chwilę w demografii gdzie dochodziło do ekspansji specjalistów, już pisane były książki o ekploatacji górniczej Księżyca i bazach na Marsie. No i poszliśmy w wirutalne światy, ludzie skolonizowali Azeroth (mam nadzieję że nie pomyliłem nazwy, jestem trochę na bakier z grami) – na Marsa było jednak za trudno, lepiej zaatakować z kijem w ręce kępe pokrzyw, a jeszcze lepiej jak są to pokrzywy zmyślone. Chińczycy wzięli się za pracę masową, a w “naszych” gospodarkach pokonkurowaliśmy o resztki. Zostało ledwo kilka krajów z przemysłem maszynowym, precyzyjnym, ciężkim. Te kraje przebrały specjalistów ze wszystkich pozostałych i wybrały sobie najlepszych, nie było po ko kształcić kolejnych ani w krajach deindustrializowanych, ani w tych które zassały sepcjalistów – podaż była olbrzymia, $ spadło, praca straciła prestiż, pozamykano szkoły (do dziś jest tak zła fama że nikt nie chce tam chodzić, bo zbyt długo nie było z tego kasy – koszty kolapsu, a teraz jeszcze jest konkurencja w postaci wymyślania kęp pokrzyw całkowicie urojonych), demografia była kulawa i specjaliści nie mając następców dożyli swoich lat. Nagle zaczęto zamykać firmy z powodu braku kompetentnych pracowników, a nawet takich co dałoby się za uszy z kompetencjami wyciągnąć i jakoś przystosować do pracy. Pojawiła się dziura pokoleniowa i to taka rosnąca. Nie miał już kto komu przekazywać kwalifikacji. Mamy obecnie takie wąskie gardło specjalistów, że tylko automatyzacja prostych procesów zapewnia nam iluzję, że jeszcze utryzmujemy przemysł w ruchu, ale jak porównujecie jakość wyrobów sprzed 50 lat i dzisiejszych to widać że coś tu nie gra. Ani nie ma wyboru produktów, ani nie ma jakości, a do tego prawie wszystko jest outsourcingowane w Chinach. Doszło do sytuacji, że najpierw trzeba było nasypać górę papieru, żeby znaleźć serwisanta, a dziś to już właściwie na porządku dziennym jest porywanie sobie specjalistów i to coraz młodszych przekupując ich górami papieru. Są to kluczowe, wąskie gardła personalne podtrzymania zdolności produkcyjnych firm. A że czas transportu tych osób kosztuje, to zbiera się takich w grupy i ściąga całe podwykonawstwo pod dach (dachy) tam gdzie oni są, żeby jak najbardziej skrócić pętle korelacyjne poprawek i utrzymać coraz bardziej wymagającą jakość produkcji masowej. Coś co kiedyś było nie do pomyślenia jak 50% kasacji w małej produkcji seryjnej staje się normą i reszta gospdoarki musi to uciągnąć. Ale do takiego poziomu wyśrubowania wymagań doszliśmy, a spełniać tych wyamagań nei ma komu. Oczywiście specjalistów dalej liczymy w grubych liczbach, ale w porównaniu do rozmiaru populacji jest ich mniej niż kiedykolwiek, a prędkość rozprzestrzeniania się ich kompetencji wzrasta o tyle, że mamy internet i “wszyscy na planecie się znamy” przynajmniej w zakresie grup językowych (english, spanish, chinese). Z tym że podstawową formą przekazywania wiedzy jest kinestetyka, szczególnie w tak wykonawczych, praktycznych zagadnieniach. I niestety mało kto jest w stanie ruszyć z miejsca filmami z YT, jak nie ma dostępu do specjalisty który pokaże jak to się robi. Dawniej ściąganie produkcji pod dach służyło wykształceniu specjalistów, aby otwierali firmy i outsourcowali produkcję już nieco uproszczoną, powszechniejszą i tak organizowano przemysł we Włoszech czy Japonii. Dziś niczemu takiemu to nie służy, przemysł i tak działa w coraz krótszych cyklach, nie rozprzestrzeniają się żadni specjaliści. Zapewne dojdziemy do ściany zanim to się odbije, nie ma się co jednak tego spodziewać w najbliższym czasie, więc będzie można zarobić.

Z wiekiem dostrzegam coraz większą przewagę non-core (pozawiodących?) środków kapitałowych, coraz większą istotność kapitału organizacyjnego, kompetencyjnego, wpływów, rozkurzu i zapasu uniwersalnego, stanów magazynowych. A za coraz mniej istotne uważam inwestycje wiodące (zakup głównej maszyny roboczej, narzędzia). Być może wynika to z rosnącej skali przedisęwzięć, być móże z ich rosnącej długoterminowości, być może po prostu się starzeję. Jednak lemingom oferuje się różne dopłaty, programy wpsarcia i dotacje “pierwsza firma” gdzie zwracane są koszty nabycia tylko głównych maszyn, głównych narzędzi bez branai pod uwagę koncepcji przetrwania pierwszych miesięcy biznesu nieporadnego jakby nie było, młodego leminga na rynku. W niektórych krajach są szkolenia odnośnie takiego cashflow (Szkocja), w niektórych szkolenia i pół roczne wsparcie (w tym finansowe, jak renta), a nawet dwuletnie ulgi (Szwecja), z tym że wszystkie te helicopter money prowadzą do wygaśnięcia firmy po okresie wsparcia. Wcale mnie to nie dziwi, bo oczekuje się innowacyjnych startupów, a nabór jest z ludzi których interesuje parę groszy na przeżycie.

Z logiki pętli korelacyjnej jaką stosujemy w gospdoarce wynika, że jest ona sprzeczna z praktyką stosowaną przez naturę i z rzeczywistością jaką zastajemy. I to nie dlatego żebyśmy nie wiedzili że to co robimy jest głupie, tylko nie potrafimy odwzorować pętli naturalnej i przeżyć – pozabijamy się już w momencie transformacji ustroju logicznego, dlatego że ten ustrój jaki wytworzyła natura waląc gatunkami w mur przetrwania kosztował bardzo wiele gatunków, a całość funkcjonuje na bardzo dobrym zasilaniu z lokalnej gwiazdy. Nie możemy przestawić gospodarki na korelowanie wielowartościowe, ponieważ wszystko co wiemy o działaniu gospodarki z naszych modeli wymagałoby dla funkcjonowania w modelu większej ilości energii niż ten model jest w ogóle w stanie choćby teoretycznie podjąć z otaczającej nas natury. I zupełnie nie wynika to z naszej liczby, a ze złożoności i sumy złożeń macierzy jakie powstaną. Na ten problem natyka się każda władza kiedy ludzie przestawiają się z systemu hierarchicznego (radio/tv/gazeta) na system powiązań równoległych (internet) gdzie każdy może ekscytować i być ekscytowanym. Pierwszy problem to taki że każdy może przedstawić swój pomysł teoretycznie wszystkim i to jeszcze przez długi czas może funkcjonować w tym hydeparku, nawet po swojej śmierci. Po drugie ludzi to tak niezwykle interesuje że poświęcają tej komunikacji wiele czasu zaniedbując płacenie podatków i korne rabatanie dla swoich hierarchów. Zamiast słuchać władzy próbują słuchać siebie nawzajem i jeszcze coś powiedzieć. W rezultacie nie da się w żaden sposób zapanować nad małpią bandą, a jeszcze w sposób skryty powstają ośrodki krystalizacji, które w chaosie potrafią wyzyskać innych. Mniej lub bardziej, ale Kapitan Państwo by na pewno lepiej zagospodarował czas kornym rabom jakby im te wszystkie połączenia z internetem odciąć i w pasiaki zagonić.
Zakładam że to jak działa neuron jest oczywistą oczywistością – jest wejście wielowartościowe na dendrytach, następuje złożenie proste sygnału z zasilaniem komórki (głodny myśli agresywniej) i wyprowadzany jest sygnał wielowartościowy na zakończeniach aksonu do dendrytów innych neuronów. To jest wielowartościowa bramka logiczna (tranzystor elektryczny jest bipolaryzacyjny, natomaist błona sodowo/potasowa jest hiperpolaryzacyjna – jakby kto miał problem lingwistyczny to tranzystor nie jest zrobiony z elektryczności a błona z sodu; pomijam refrakcyjne bramki logiczne komputera optycznego https://en.wikipedia.org/wiki/Optical_correlator), od razu zauważamy że nie działa to w logice dwuwartościowej (wielowartościowość wynika ze wzbudzania podprogowego manipulującego częstotliwością wzbudzania sygnału), bo taka jest w świecie zastanym niepraktycznie złożona (co za tym idzie energożernie podejmuje się nią decyzje), ale nie jesteśmy Grindwalami i nasza komunikacja międzyosobnicza odczytywana ściśle jest dość uboga. Przy czym od razu tworzymy sobie doraźne interfejsy komunikacji swobodnej i każdy sobie z przekazu czyta takie rzeczy jakie mu akurat pasują – czy te same nie wiemy, ale kiwamy głowami że się zgadzamy częściowo, wcale a nawet wybraną paletą smaków. To bardzo ciekawe zagadnienie komunikacji “co autor miał na myśli” przy założeniu że autor oczywiście na myśli coś miał, a nasza twórcza interpretacja nie jest szerszym dziełem od tego co sobie autor mniemał. Bo tak właśnie działa sieć neuronowa – wzbudza, ale co tam sobie jednostka ekscytowana z tego wymyśli to nie wiadomo. Bo możemy sobie wyobrazić taką sytuację, że wszyscy się zmówią i to jest oczywiste, że się komunikowali, potwierdzali sobie to co myślą, konkretyzowali, i podjęli działania efektorami jak nasi bohaterscy kibole wywieszający przeróżne transparenty mające coś wyrazić, zamiast wybijać biurwom inicjowanie wrogiej propagandy ze łbów solidnym Krzyżem. Ci sami kibole śpiewają pieśń rewolucyjną, którą podstępnie ktoś im przemycił w szkołach jako polski hymn. Ja nie śpiewam bo nie kładą za nieśpiewanie pały na nery. Nawet bezczelnie potrafię zaintonować Bogurodzicę na wezwanie do hymnu, gdyż jak powszechnie wiemy śpiewanie Bogurodzicy to mowa nienawiści podłych nienawistników. Oczywiście z koniunkturalnej przewrotności intonuję tę właśnie pieśń, bo pierwszy w pierwszym odruchu “wyznanie grupowe” wcale mnie się tam nic o Spasie naszym nie budzi, ale pieśni rycerzy Bolesława Krzywoustego nasi bohaterscy kibole powszechnie nie znają. Bo jakby znali, jakby się przez przypadek kiedyś obudzili i na jakim stadionie na wezwanie do hymnu pod tę nutę stanęli do śpiewu to struktura polityczna przestała funkcjonować w dokładnie tym samym momencie, generałom pozostałoby wrzucić plany obronne do pieca razem z mapami, a mundury odwiesić na kołki i się czym innym zająć, albo nauczyć śpiewać. Bo do tej pieśni jest inna mapa, bo tam chodzi o Morze Wattowe u ujścia Łaby i Wezery, bo to jeszcze wtedy pamiętano jako “nasze morze” w zakresie naszej wzajemnej zrozumiałości języków (mutual intelligibility):

Bo za morze przytomnie uważano to co jest wyjściem na ocean, skąd bez przechodzenia przez jakie cieśniny można dopłynąć wszędzie i gdzie tam nad ujściem naszych rzek – Łaby i Wezery (miecze wszak obmywali w oceanach nasze dziady) zaczęli nam się osiedlać Germanie ekspandujący wedle modelu opisanego we “free for all“.
Jak sami rozumiecie – pętli korelacyjnej jaka jest w naturze nie da się zasilić w takim stopniu w jakim zasilane są przerośnięte (względem innego zwierza) sieci neuronowe naszych ciał. Ale to nie powód aby nie wysuwać pretensji, bo cały wschodni Reich i tam aż do tego ujścia rzek to jest nawet dzisiaj jakiś taki niezbyt niemieckojęzyczny. Jakąś tam imigrację mają taką naszą, bo ciągnie wilka do lasu na swoje rodzime tereny. Dla ułatwienia polecam zwrócić uwagę jakiego zasilania wymaga mózg nawet w stanie spoczynku – myślenie czyni głodnym, dlatego ludzie jak nie muszą to nie myślą. I za dużo nie kombinują. Bo rezultat myślenia jest taki jak minięcie się na zbyt wąskiej drodze – potrzebne są dwie drogi, a żeby dwa ośrodki krystalizacji politycznej na poziomie kulturowym zrealizowały swoje ambicje na jednej mapie, to potrzebne są dwie, identyczne mapy i każdy na swojej będzie dominował – nie mamy tylu światów, mamy tylko jeden. A korelatory się nie łączą – to agresywne struktury nietolerujące żadnej decyzji poza swoją własną (nowożytne państwo) – na tym polega właśnie bycie korelatorem. Z tego powodu nie da się stworzyć kontrolujących wszystko służb specjalnych i policji w modelu hierarchicznym, działającym wedle litery prawa na całym obszarze społeczeństwa, nie da się więc jedną wolą rządzić tak rozległymi społeczeństwami jakie mamy. Nie da się przy korelacji hierarchicznej dostarczyć tyle mocy z pierwszego decydenta wzbudzającego reakcję, aby ta moc dostała się na dół hierarchii i była dalej korelowana w tym samym celu. Dlatego wszystkie protopaństwa pierwszym impulsem, pierwszą swobodną myślą konsolidującą tworzą spółdzielnię – na tyle ludzi stać. Nawet jeśli jest to banda zbójców, dyrektoriat czy inna gwardia albo strażnicy rewolucji. W tym kontekście monarchia może wydawać się więc pozbawioną sensu, ale nie – monarcha jest grzecznym typem, któremu pozostawia się kwestie bycia formalnym właścicielem wszystkiego czego musi bronić zbrojnie o ile się nie wtrynia z instrukcjami obsługi drabiny i nie wyznacza krzywizny banana.

Są jednak inne rozwiązania tej gry w korelacyjnego pingponga dające w rozwiązaniu tańsze (niż korporacyjne) rezultaty w postaci materialnych produktów zaawansowanej techniki składanych etapowo. I też powstają z tego lotniskowce (oczywiście na miarę):
https://en.wikipedia.org/wiki/Italian_aircraft_carrier_Cavour
https://en.wikipedia.org/wiki/Izumo-class_helicopter_destroyer
czyli zapewniają projekcję siły poza własną gospodarką. Zwrócę uwagę że z jakiegoś powodu rosyjski przemysł sobie śmigłowcowców nie struga, być może nie potrzebują, ale być może nie potrafią skonstruować po rozpadzie ZSRR floty na miarę dzisiejszych potrzeb. Rosja to nie ZSRR mimo wszelkich aspiracji.
Otóż Włosi mając swoje doświadczenia z przemysłem & kapitalizmem (to istotne powiązanie) nieco starsze niż reszta kontynentu wytworzyli u siebie taki model, w którym firmy produkują ciągle to samo i w powiązaniach jednopoziomowych ulepszają te produkty wprowadzając nowe serie w ramach ciągle tych samych firm i powiązań biznesowych. Prawie nie ma tam konkurowania, firmy mają stabilny rynek i nie są wypychane (ma to też związek z tym, że bez wahania się tam konkurencję morduje), a jedyne dyscyplinowane stosowanym do tego modelem społecznym i wzajemnymi, bilateralnymi spotkaniami. System nie jest szczególnie gospodarczo wydajny, ale jest tani w korelowaniu. Ma on pewne cechy spółdzielcze (ale nie jest tak agresywny jak w krajach niemieckich czy skandynawskich), a nawet akcjonariatu pracowniczego (w rozumieniu akcjonariatu rzemieślników tworzących spółdzielnię, to nie jest model kapitałowy) i są tam niewyobrażalne dla nas rozwiązania jak firma produkująca klamki. Klamki do lodówek i samochodów, od 80 lat produkują klamki i nic innego, i do nich się jeździ po klamki, i fabryka lodówek nie wdraża innych klamek bo tu się robi klamki, fabryka samochodów najwyżej sugeruje jak powinien wyglądać następny model – szeroka oferta klamek do wdrożenia przez firmę jest w ofercie. Inna firma robi drzwi do lodówek, inna wymienniki, inna pompy, ktoś to składa do kupy i te firmy się nie zmieniają – mają ustalony model i najwyżej się nawzajem czasem ochrzanią w ramach podnoszenia jakości, ale nikt nikogo nei wyrzuca z rynku i nie szuka substytucji (no chyba że coś po prostu przez dłuższy czas nie działa i taką decyzję podejmuje cały łańcuch produkcji, bo do nowego ogniwa trzeba się będzie dostosować, a myślenie boli). Japończycy przywieźli takie rozwiązania przemysłu maszynowego z Włoch razem z wymiarami szaf sterowniczych, rozmieszczeniem przycisków i organizacją pracy, po czym dołożyli do tego swoje doświadczenia rzemieślnicze i w rezultacie oba kraje dysponują śmigłowcowcami. Choć tylko jeden ma Nintendo, a to znaczący krok naprzód wskazujący że tylko bazując na przemyśle ciężkim i jego automatyzacji można zbudować przemysł elektroniczny i w Polsce to też właśnie tak wyglądało, tylko przyszli źli Niemcy, wyszli źli Rosjanie i wyszło jak zawsze.

Wesołych Świąt!

Szanownych Czytelników prosimy o komentowanie zgodne z tematyką wpisu. Zapraszamy na forum po dyskusje na tematy wszelakie.

Jeśli chcesz zwrócić uwagę na literówkę lub błąd techniczny, zapraszamy do formularza kontaktowego.

  • Bodek

    ” …. z grzeczności nie będę wyjaśniał jak się modyfikuje zawieszenie żeby
    samochód udawał niezaładowany mimo pięciu ton na pace na 3,5
    dopuszczalnych całkowicie …. ”

    Czasem nie trzeba modyfikować, przytomni wiedzą które Duże Fiaty zniesą dużo więcej niż w papierach mają napisane. I na te Duże Fiaty w kooperacji z Achleitnerem jest największe ssanie.

    Cóż w zupełności zgadzam się za biedni jesteśmy, w naszym pokoleniu jeszcze nie damy rady skumulować i stanąć do walki.Ja się muszę dzielić tym co wypracuje z obcym bo on szyld(kapitał) ma ale zdolności korelacji to on nie ma żadnej chociaż się napina i narzędzia stwarza, tylko te narzędzia nikomu nie potrzebne do zarabiania pieniędzy. Mój cel, dać dzieciom narzędzia, kąt i pokorelować ewentualnie, o ile dopuszczą. Nie mniej oba młode już wiedzą, że hunowie i franca to nie są święte mikołaje, że oni tu przyjechali zjadać świeże mięso, a mają kapitał, jedyna siła na nich to przemoc. Tylko my z tą przemocą spoglądamy i puszczamy oko do Pana Kapitania, a on jakby nie rozumiał kto mu do michy nakłada. Cóż do Kapitana nie biorą najbystrzejszych tylko takich co umiom “uszczelniać”.

    Zmęczyłeś mnie muszę rozłożyć na dwa razy.

    • 3r3

      @Bodek – kozacko że przyznałeś się iż tego na jeden raz się nie strawi.
      Mam podejrzenie że wiem jak odtworzyć Kapitana oddolnie, bo Germańce i Szwedy próbują, idzie im to jak po grudzie, a Kapitan na nowe zagrożenia hybrydowe (media) jest inny niż ten którego znamy, i ma inny system delegowania działań (zbliżony do takiego jaki wprowadzili na bazie błędów dowódcy muzułmańscy pod koniec zeszłego wieku i unowocześnili już za naszych czasów pod silną presją dronów), ale skoro nawet poważni gracze zaczynają u siebie takie nonszalancje asymetrii wdrażać, to znaczy że obawiają się symetrycznych bęcków.

  • bdgr

    No tego się faktycznie na jeden raz nie łyknie.

    Technikalia jak zwykle to to nie rdzeń a warunek konieczny, ale skoro jest okazja… Piszesz że retrofit sterowania w starej obrabiarce nie ma ekonomicznego uzasadnienia. Dedykowany kontroler od Heidenhaina czy innego sinumerika rzeczywiście jest doższy od całej maszyny, ale wynalazki typu mach czy inny emc2 tak samo zrozumieją G kod i wysterują serwa – a ruszą na przeciętnym prolskim PC. Chytry dziadek kamar z cnc.info patroszy tak całkiem poważne maszyny:
    https://www.cnc.info.pl/modernizacja-frezarki-4fya-t23983.html
    Spotkałeś się w praktyce z rozwiązaniami tego typu?

    • 3r3

      @bdgr Tak! Spotkałem się i jestem w szoku. Nie w związku z tym co robi @kamar bo to jest ekonomicznie od czapki, ale ludzie mają hobby to robią. Na początku maszyny suportowe tak właśnie przerabiano (na trak’u i podobnych zabytkach). Potem wyszło że z powodu ogólnych warunków i prędkości obróbki trzeba to zamknąć w pudle bo leci z tego masa wióra. A potem to już były zamknięte w pudłach cnc i wszystko byłoby oczywiste gdyby nie…

      Chińczycy postanowili przejść całą drogę od nowa i stworzyć u siebie przemysł maszynowy od podstaw.
      Z tym że postanowili nie robić żadnych żabich skoków i nie zaczynać od poziomu światowego tylko zrobić wszystko po swojemu od nowa. W rezultacie:
      https://xlmachine.en.alibaba.com/?spm=a2700.details.shnsopsi9.4.229d910d9i4wq5

      produkują maszyny najstarszego rozwiązania ogólnego (z nowocześniejszą mechaniką) uzbrojone w systemy sterowania takie jak FANUC czy Simnumerik (bo akurat szukałem) w cenie niższej niż chodzą stare, skandynawskie maszyny, czyli używki jakie normalnie kupujemy bez uzbrojenia cnc. Gdybyśmy nie mieli na miejscu sprawdzonej techniki to patrząc na te ich śmieszne ceny, właściwie sam się zastanawiam czy nie kupić i jedyny powód dla którego tego nie robię jest taki, że nie mogę pójść do kogoś kto ma, dotknąć, zobaczyć, pomacać, posłuchać jak to pracuje i wysłuchać opinii jak jest w przypadku awarii i czy się dużo klnie i czy to dużo kosztuje zrobić.
      Oczywiście żaden lokalny serwisant mi tego nie poleci, ale…

      I najciekawsze jest to, że historycznie w procesie unowocześniania te maszyny były planowane, ale postęp był tak gwałtowny że nigdy nie powstały (w rozumieniu produkcji seryjnej).
      A w Chinach powstały i to na bardzo przyjaznym sterowaniu.

      Odnośnie mach czy emc2 i ich “awarii” w bezpośrednim dostępie do sterowania (gubienie kroków) to ja mam niestety tę wadę, że kształcony byłem od razu na sprzęcie przemysłowym, a jedyna maszyna na takim “domowym” rozwiązaniu była właśnie po to aby objaśniać na jakie problemy możemy się natknąć gdybyśmy jednak w garażu coś psocili i czym się różni high end od rozwiązań garażowych. Bo to było poważne kształcenie w kraju przemysłowym, a że byłem jedynym uczniem to zajęcia były dla mnie i z mojego powodu zapalano światło na hali. Dlatego mam taki bias, że wolałbym w najgłupszej maszynie od razu simnumerika, nie lubię siadać do heidenheima, fanuca jeszcze jakoś trawię, marudny z wiekiem się zrobiłem, no bias taki.

  • Eltor

    “W tym miejscu można przewinąć do komentarzy i wyrazić naganne opinie co do szowinistycznego świństwa owej kalkulacji.”
    Niniejszym wyrażam naganną opinię, że jeszcze nie zdradziłeś nam tajników dopuszczania się szowinistycznie świńskiej kalkulacji. 😉

    Z Twoich wypowiedzi wnoszę, że lepiej w ogóle się nie brać za Macha do garażowej dłubaniny i lepiej szukać czegoś używanego profesjonalnego, albo lepiej w Chińczyka. Czyli tak w ogóle tego nie dotykać?

    • 3r3

      @Eltor tak delikatnie wspominałem o tym w zarządzaniu czasem – o tym szowinistycznym świństwie. Ponieważ mamy niewielu czytelników (mniej niż 1/13 populacji męskiej w każdym razie) i ja na przykład chcę mieć trzynaścioro dzieci && samice decydują się na sztukę to jasno wychodzi ile samic muszę pobrać ze wspólnego kotła do realizacji zamierzeń, co z powodu ograniczonej liczby samic (pi razy oko proporcjonalnej do samców, w każdym razie nie mamy proporcji 13 samic na samca) od razu musi jakoś dyskwalifikować 12 innych samców z ich zamierzeń. To znaczy że w ustroju gdzie samice chcą po jednym, a ja chcę naście implikuje tę konsekwencję że muszę się okazać od nastu samców jakoś lepszy, szybszy, zaradniejszy. Co jest krzyżem i udręką naszych czasów, szczególnie jeśli w konsekwencji potomstwo a co za tym idzie samice muszą się w końcu jakoś poznać, co implikuje w naszej kulturze pewne tarcia i… I jest to krzyż jaki niosę raźno go podrzucając! Nie ma co narzekać – trzeba nieść!
      Choć przyznam że wiele to kosztuje.

      Państwo rozumieją – samice są dobrem narodowym, pobieranym ze wspólnego kotła, przedmiotem a nie podmiotem i kto by pobrał więcej niż się z rozdzielnika należy i użył do celów ostatecznych ten egoista i wróg!

      Co do amatorki, czyli macha etc to widziałem bardzo fajne maszyny na tym działające, o wiele stabilniejsze niż te profesjonalne i to się aż tak często nie gubi, ale! Zawsze jest to ale w machu, którego nie ma w normalnych operacjach profesjonalnych na plc z serwem. Jak produkujesz narzędzia (od dla żartu takie do bicie monet) i to pogubi kroki, to masz wszystko po zgubieniu przesunięte i narzędzie do kosza. Jak masz narzędzie do prasy na tydzień obróbki to możesz nawet tego kroku zgubionego nie wykryć – po prostu produkty jakie Ci zejdą z tego narzędzia nie będą funkcjonowały prawidłowo (najczęściej wcale jeśli dyskutujemy o takich z poważnymi dokładnościami jakie zawodowo dłubię, bo nawet te dobre czasem nie działają). Narzędzia typu linuxcnc i machy omijają pewno istotne wsparcie i pętlę sprzętową, to nie jest wada, ale nie da się w locie stwierdzać że się to nie zgubiło, a gubi się czasem.
      Jak produkujesz detale po tysiącach i czasem jakiś wyrzucisz to nie jest to problem, ale jak produkujesz na sztukę to zaczyna być to koszt. I to jest jedyna przewaga maszyny profesjonalnej nad nieprofesjonalną – reszta to przyzwyczajenia zgreda co guziki wciska i chce mieć tak jak się przyzwyczaił.
      To jest tylko kwestia tego co chcesz na tym robić i czy podejmiesz ryzyko, że windows nagle sobie zacznie szaleć z innym procesem, bo tak i Twój leci w priorytecie i sobie poczeka.

      • bdgr

        LinuxCNC niby jest na kernelu RT, do tego można użyć serw albo krokowców z enkoderami co daje sterowanie w zamkniętej pętli. Dalej jest to zamknięcie na poziomie sterownika serwa, nie całego kontrolera.
        Jak bardzo w praktyce problematyczne jest gubienie kroków przy takich założeniach to pewnie musiałby powiedzieć ktoś co ma używa tego co dzień na dużych detalach ostatnich kilka lat. Reaktorów atomowych i tak się na takim sprzęcie raczej nie będzie robić 😉

        • 3r3

          @bdgr no też właśnie, a ja robię rzeczy na tyle precyzyjne i o takiej liczbie linii programu, że technologia musi wykluczać gubienie. To rozwiązanie które podajesz (z enkoderami) generuje pętlę zwrotną i autokorektę, co na tyle podnosi cenę normalnie budowanych zabawek na krokowcach, że można się od razu przesiąść na PLC i zrobić po Bożemu.

  • Eltor

    Pozwól, że odniosę się do tych wędrujących cykli gospodarczych, po szczytach fal których można surfować. Czy to nie jest przypadkiem tak, że jak wprowadzą jednolity, globalny system rozliczeniowy/walutę, to i te cykle się zsynchronizują?
    Tak, jak ucieczka przed hiperinflacją w inne waluty miała niegdyś sens, dziś coraz mniejszy, a po ujednoliceniu przestanie takie zagadnienie istnieć.

    • 3r3

      @Eltor cykle nie są sterowane przez kogokolwiek i nie da się ich synchronizować. Można najwyżej próbować się dogadać kiedy komu wolno się lenić, ale nie zmieni to faktu że po cyklu jesteśmy o cykl starsi, a młodsi mają świeższe pomysły.
      Systemu nie da się ustabilizować żadnym sposobem ponieważ cały czas rodzą się ludzie, cały czas starzeją i cały czas umierają.
      Żaden bank centralny nie jest w stanie wyemitować “kogo znasz & komu ufasz” oraz nie emituje Twoich pomysłów na radzenie sobie ze światem. Żaden bank nie ma więc prawdziwego źródła siły waluty.

      Po tym co podajesz – po ujednoliceniu w cashles praca straci sens. Nie będzie po co iść do pracy nie mogąc nic za jej rezultaty otrzymać. Zdaje się mieliśmy już taki ustrój? Proli nawet nie miał kto upilnować żeby się robotą zajęli a w pracy nie pili i w karty nie grali.

      Przyczyną istnienia cyklu jest Twój cykl aktywności, niczyj inny. I inne homo sapki też mają takie cykle aktywności, człowiek jest w stanie wydajnie pracować (w obecnym trybie pracy w przedsiębiorstwach) do trzech lat, potem jeszcze trochę na offie poleci i dziękujemy – może udawać że pracuje, można go wysłać na roczny urlop czy coś takiego, albo go wywalić, sponiewierać i niech sobie znajdzie nowe zajęcie we własnym interesie. Po wstawieniu nowych ludzi na jego stanowisku i rozpadzie w czasie jego pracy struktur z nim powiązanych (współpracowników, dostawców, odbiorców) po 3 latach niezależnie kiedy komu zaczyna się cykl aktywności masz demolkę w połowie struktury, po 6 nie ma tam ani jednego człowieka z początku – no to kto tam koreluje plan jaki był na początku? Przy takiej rotacji?

      Firmy które funkcjonują w dłuższej perspektywie korzystają z gwarancji, takich że jakby im brakło w bilansie to im aparat przemocy załatwi dopisanie bez względu na wynik, i te firmy dają gwarancję pracownikom, że mogą pracować 180 dni w roku, czyli tyle ile człowiek jest w stanie stabilnie wytrzymać w warunkach naturalnych. Z tym że inni są przymuszeni za te gwarancje zasuwać ekstra.

      • Czesio

        “Po tym co podajesz – po ujednoliceniu w cashles praca straci sens. Nie będzie po co iść do pracy nie mogąc nic za jej rezultaty otrzymać. Zdaje się mieliśmy już taki ustrój? Proli nawet nie miał kto upilnować żeby się robotą zajęli a w pracy nie pili i w karty nie grali.”

        Przesadzasz – jednak mimo grania, picia itp jakieś efekty pracy były. A Ci “operatywni” sami sobie budowali i strugali czy krowy paśli.

        Fajnie że blog ma pozamainstreamowe gabaryty (arty typu cegła ;-D). Co ty na to żeby jakieś ciemne tło dać żeby wzrok się nie męczył i “przyjemniej” się czytało?

        • 3r3

          @Czesio skoro przesadzam to ja Ci znajdę zajęcie i zapłacę Ci kartą prezentową ze sklepu znajomego. Będziesz więc ograniczony do zakupów z jego asortymentu. Ciekawe po ile centów za dolara wymienisz te produkty lub kartę i ile Ci to zajmie czasu.
          Nie interesują nas “jakieś” efekty pracy tylko interesuje nas najwyższy możliwy standard życia i jeśli nie będzie on dostarczony to jaka płaca taka praca. A operatywnych to jest garstka i sobie ustrój może być jakikolwiek.

          Ciemnego tła nie będzie bo ja lubię jasne i mi się z ciemnego źle czyta – przykręć jasność na monitorze to będzie Ci lepiej.

          • splinter

            Jeśli możesz napisz coś więcej o cyklach koniunkturalnych w kontekście aktualnej sytuacji – wspomniałeś, że w Szwecji wychodzi, że to już 9 dobrej koniunktury. Co to oznacza? Spodziewać się można jakiegoś spowolnienia, czy skoro cykl wydłużony to pogłębionego dołka?
            Jak to się ma do sytuacji w Polsce (oprócz tego, że tu permanentny kryzys i na poprawę się nie zanosi)?

            • 3r3

              @Splinter to trudny temat, piszę kilka tekstów wprowadzających dotyczących między innymi działania sieci (zarówno bazujących na symulacji neuronów, w powiązaniu z tym co wiemy o nas samych jak i sieci kontaktów & zaufania). Tylko to jest bardzo trudne, bo nie wiem dla kogo piszę (cegłę strawiło ledwo kilkunastu czytelników klikając że takie teksty im pisać – jakbym podzielił na 10 części kliknęłoby po 50 osób na każdej i jeszcze byłoby po 15k unikalnych odwiedzin miesięcznie, a to są rzeczy ważne dla admina). Nie wiem jakim zasobem powiązanej wiedzy z różnych dziedzin dysponuje czytelnik, więc muszę pewne rzeczy pisać wielowątkowo. W tekście zacząłem wyjaśniać jak i dlaczego wycena dominującej pozycji w spółkach jest liczona w hopsztylionach (czyli trzeba się wykazać niebagatelną kondensacją władzy nad rzeczami, żeby sobie kupić stanowisko dominującego akcjonariusza i posadzić się na fotelu szefa twierdząc – mam materialne dowody tego że umiem ogarnąć tak wiele jak wymagane jest na tym stanowisku – oto góra hajsu na jaką Was ograłem), ale nie wiem na ile kto to zrozumiał jak wyceniana jest władza nad powiedzmy 30 osobami i że to nie jest kasa, którą można od tak ze spółki wypłacić likwidując ją. Że ta wycena dotyczy przejęcia funkcjonującego aparatu, a nie rozparcelowanych assetów.

              W Szwecji ten dziewiąty rok to jest kreatywna księgowość, mam bardzo silne podejrzenia (w następstwie zdarzeń z ostatnich 5 lat), że w Szwecji było przesilenie polityczne (USA vs GER vs RUS) w wyniku którego wycofało się USA-liberal i wyparto siłą USAwasp+UK germańców, a RUS włażą drzwiami, oknami i na chama przemysłem stalowym, aluminium, rurami z gazem i kupują partie polityczne, straszą wojskiem, lotnictwem, marynarką i chcą wymóc neutralność elit wojskowych i wywiadowczych. Wynikiem tego przesilenia politycznego (tak mi się wydaje po tym co się dzieje w przemyśle) jest to, że zebrali wszystko w kupę, wojują o własne porty i stocznie z Niemcami i chcą stworzyć flotę aby izolować się od konfliktu na kontynencie kordonem floty blokującej Kronsztad. I że finansują im to wszystko UK+USAwasp.

              Oczywiście wszyscy liczą że to się zakończy wesołym oberkiem, ale lepiej się uzbroić. Jankesi oczywiście im stręczą patrioty i eskalacyjne rozstawienie ciężkich brygad amerykańskich, a na Gotlandii Szwedzi postawili czołgi, Duńczycy zapewne ustawią czołgi na Bornholmie. Wiadomo – czołgi bardzo potrzebne na morzu^^

              Da się na tym zarobić, ale nie wiem czy pozwolą wyjść z wynikiem.

              W Polsce to się zanosi tradycyjnie na to samo, z tym że w Polsce nikt już nie ma potencjału biologicznego na wojowanie, podejrzewam że wszystkie strony konfliktu mają pełną świadomość tego że Polacy zostali wyeliminowanie jako populacja tworząca organizm polityczne. Chyba tylko do polskiej młodzieży nie dotarły te fakty, ale na tyle na ile miałem kontakt z oficerami i kadetami wojsk lądowych w Polsce to tam dominuje pojęcie “procedura”, samodzielnego myślenia u tych ludzi się nie wzbudzi, to nie jest kwiat narodu.

              Cykl gospodarczy wydłużony do wojny i resetu.

            • PawelW

              @3r3:disqus “(…) podejrzewam że wszystkie strony konfliktu mają pełną świadomość tego że
              Polacy zostali wyeliminowanie jako populacja tworząca organizm
              polityczne (…)”

              Czyli jakie to będzie miało konsekwencje? Dobiją, to ci jeszcze jest czy zostawią w spokoju?

            • 3r3

              Wyeksploatują do ostatniego. Leżącego trzeba kopać, aż się z niego wszystko wykopie.

            • Bodek

              Tak dokładnie tak to będzie wyglądać. To inna kultura, oparta na ciągłym ssaniu, na ciągłym żądaniu od kogoś innego, to co wydaje ci się że jest Twoje nie jest twoje, tu się nic nie zmieni …..

              Kiedyś maiłem taką sytuację w pokoju w akademiku, mieszkałem tam z kolegą z innej kultury. Dostałem od mojego pracodawcy na prezent kalkulator HP 19BII, był w delegacji w HK, przyniosłem do akademika w 1991 roku, nowy kalkulator w pudełku. Kolega z innej kultury miał taki sam tylko 2 letni kalkulator, ojciec jeździł do USA, więc kolega miał swój. Za to od ojca dziwnie pachniało IPN. Kolega rok wcześniej zepsuł klapkę od baterii kalkulatora, połamał ją. Mój kolega z akademika ucieszył się na widok mojego kalkulatora, wyjął z pudełka mój kalkulator zmienił na moich oczach klapki i mówi przecież to nie Twoje. Szczena mi opadła. Wtedy zrozumiałem co jest nie tak.

              Ta Pani dość prosto to tłumaczy :
              http://tiny.pl/g4rrm

              O księgowości posta, to ja nie będę komentował drogi @3r3:disqus bo zaniżasz poziom i narażasz niepotrzebnie wszystkich którzy tu zaglądają.

            • 3r3

              @Bodek co do księgowości, to ja opisuję co działa u mnie. Opisuję stan faktyczny.
              Obciąłem koszty na prowadzenie papieru ponieważ założenie nowej firmy jest tanie, a likwidacja starej tak prosta, sankcje zaś tak nieefektywne, że nie ma sensu samodzielnie zgłaszać się do spowiedzi.

              Jeśli odczuwasz lęki przed Urzędem to weź tabletki podnoszące odwagę. Co to w ogóle jest za wyraz “narażasz”? Gestapo ma 82 tys miejsc w więzieniach i 100 tys policji, 4 tys miejsc wolnych, przedsiębiorstw jest 2,3 miliona zatrudniających jawnych i 2 miliony “dormant” różnych wehikułów oraz nieznana bliżej liczba działalności niejawnych.
              Jeśli uważasz że szansa 1/500 czy teoretycznie 1/1000 rocznie to jest jakieś poważne ryzyko i “narażanie się” na wykonalny kontakt z aparatem opresji to stwierdzam że jesteś w błędzie, ponieważ ludzie nie żyją po 500 lat. Podejrzewam że nawet nie prowadzą firm po 50 lat. Mam za sobą całą stertę firm, które trzymałem aktywne po 2-3 lata do wystawiania kwitów i pies z kulawą nogą się nimi nie interesował ani jak działały, ani jak się zamknęły, ani niczym w ogóle.
              Urzędy zajmują się walką ze smogiem i kontrolą ilości dwutlenku węgla na ulicach, a nie jakimiś tam przedsiębiorcami.

              Przyznaj się bez bicia że za długo mieszkałeś w państwie milicyjnym i odczuwasz lęki z tego powodu.

              Ja Ci podpowiem – połóż sobie na stole ćwierć miliona złotych, weź z tego 65% na podatki, i zastanów się czy odczuwasz lęk, że tyle musisz oddać, czy większy że być może Cię za 10 lat wezwą do wyjaśnień (o ile się przepisy nie zmienią do tego czasu 20 razy). Ja nie oddaję, ja sobie radzę z lękami.

            • Bodek

              @3r3:disqus nie unoś się, ja nie jestem dobrym europejczykiem to dlaczego ty byś nim miał być? Lęków już dawno nie odczuwam, bo jak Ciebie na świecie nie było, to ja już watę przy reslingach miałem w jednym palcu. Jak byłem mały to faktycznie lęk mnie ogarniał jak widziałem pana w niebieskim, ale te czasy już minęły. Nie martw się ja rozumiem co piszesz i zgadzam się, że to zbędny koszt. Akurat ja to wiem, bo z tego żyje. To znaczy ja żyje z milicyjnego Państwa, a nie że ja się jego boję, boją się moi chlebodawcy, zazwyczaj zagraniczni hunowie lub france.Mieszasz porządki. Ja nie dumam, tylko robię swoje. Wnioski, że kradli na potęgę a my wierzyliśmy, że na biedne głodne dzieci pojawiły się 15 lat temu jak przeczytałem, że 30% polskich dzieci jest niedożywionych, wtedy zrozumiałem, że to co ja widzę i mam wgląd to są małe miki, że tam chodzą kwoty do 9 potęgi się okazało.

              Najczęściej rada na pana kapitana jest jedna, po prostu należy nic nie robić, to znaczy się, nic sobie z pana kapitana nie robić.

              Nie musisz mnie tak po oczach tych 65%, bo ja dobrze wiem o czym piszemy. Tylko, że nie należy tak się ze swoim bogactwem, bogactwem wiedzy i doświadczenia obnosić. Ci co są rozumni sami dojdą do słusznych wniosków i sobie poradzą. Jak trzeba, to się da udowodnić, że smoczek dziecięcy był w firmie potrzebny. Jest takie orzeczenie NSA, że ro podatnik najlepiej wie co mu jest w prowadzeniu firmy najbardziej potrzebne.

            • 3r3

              @Bodek ja Cię w zupełności rozumiem, ale widzisz – mnie zależy na tym aby jak najwięcej osób zostało pchniętych intelektualnie do tej analizy, że Kapitana można zlekceważyć byle mu w oczy nie leźć.
              Ponieważ Ci ludzie co się wzbogacą to oni po pierwsze czytają w moim języku, po drugie ciągnie wilka do lasu i może co dziesiąty kupi szablę, a już niech będzie – samopał też. I mi się bardzo dobrze żyje w miejscach gdzie wielu ludzi ma i używa samopałów, z tym że razi mnie iż dużo krzyczą o Allachu.
              Uważam że takie środowisko diaspory, w którym będziemy się sami, własną wiedzą i cudzym doświadczeniem (bo czasem mnie sponiewierano) bogacić będzie bardzo korzystne, bo będziemy mieć wszystko taniej niż inni.

              Dlatego muszę się unosić. Niech się młodzież też nachapie. Po co mi biedna młodzież?
              Niech się nachapią, firmy pobudują, rodziny założą, przynajmniej nie będę musiał się ukraińskiego uczyć żeby nad Wisłą kotleta w karczmie zamówić.

            • Bodek

              No rozumim, rozumim. Cel jakiś musi być, bo samo robienie dla robienia, to nie tak.
              Z samych maszyn cze szabel fabryki czy nowego kapitana nie ma, ruch jakiś musi być i utrzymanie w ruchu.
              Wracając jeszcze do amerykanek. Widzisz ja już z 10 lat wyleczyłem się z myślenia, że nasz kapitan chce mieć jak najwięcej czynnych poddanych. Okazuje się, że teraz walka trwa o to żeby każdego czynnego wyrejestrować pod byle pretekstem. A wiesz dlaczego. Paradoks im mniej podatników, tym więcej podatków można zebrać. Nielogiczne? Ależ skąd dokładnie tak to działa. Znasz druk TAV-7M wiesz kiedy się należy kapitanowi?

              Widzisz ja cię trochę hamuje, bo mnie wyszło jak się o to oscy zapytałem, że ja tu z gołodupcami rozmawiam, bo się halo o 40 władysławów zrobiło, że za dużo i że o co chodzi. Że, jak na edukacje 12 latka, to za dużo. Kurna jeźdżę wozem co ma 12 lat i wrat jest 120 władysławów, ale na edukacje młodego nie żałuję bo kumam o co idzie walka. A dodatkowo gdzieś trzeba to dobro zaalokować, każdy takie narzędzia sobie kupuje jakie brudne drelichy mu się podobają. Mojemu się podobają niebieskie, ale z kołnierzami wywijanymi. No wszyło mi, że nie ma tych władysławów u kolegów bo gdzieś kapitan zebrał te 65%.

              A cha i madbrainowi dziękuje za ten STM32F4. Młody pomyka od kilku dni. Chociaż są błędy na foorbot z VCT zamiast VET – nr. chipa – znów spędził kilka godzin bez durno. To niepotrzebne palenie mocy swobodnej, my nie mamy czasu na takie ślepe uliczki to uwaga do magików z Bootland. Obiecywanie, że się coś poprawi to ja mam gdzieś.

            • 3r3

              @Bodek weź pod uwagę, że większość co czyta to odrabia pańszczyznę i kombinuje jak nawiać z folwarku, a tutaj czytają dokąd. Znają się na wielu rzeczach, ale nie wiedzą jak to monetyzować, a nie są jeszcze na etapie kiedy papier nie jest osią dochodów (bo się go nieefektywnie zamienia na pewne dobra, budynki są z cegieł, maszyny ze stali). Mamy kilku czytelników co liczą w jelonkach, ale oni zazwyczaj nie mają czasu pisać, albo potrzebują dużo czasu żeby się zastanowić i dużo się za plecy oglądają. Ci co mają wiedzę i nie wiedzą jak monetyzować po to udzielają się z wiedzą, że liczą iż jakoś potrząsną stołem i im się inne karty rozdadzą, na przykład mogą tu poznać wziętego sprzedawcę, organizatora i zacząć zarabiać na swoim, a nie na folwark.

              Z ich punktu widzenia 4kPLN to jest jakaś tam średnia. Jakby mnie syn przyszedł i powiedział żebym mu kupił sprzęt za tyle, to bym się zastanowił czy nie mam zastępnika i na co mu taka mała spawarka.

              Sylwester, wódki się wypadałoby napić…

            • Bodek

              A z folwarku uciec łatwo i wcale daleko nie trzeba, tylko jak uciekać to tradycyjnie z folwarku coś trzeba wziuńć ze sobą, ale nie drelich z napisem MONTOCHEM, tylko coś cenniejszego. Masz rację ludzie nie wiedzą jaka jest rzeczywista wartość ich pracy. Jak ja mówię, że biorę 100 EUR za godzinę za to, że gram w szachy to nie wierzą. Ale tak jest nie koloryzuję. Mam czas pisać bo jak pisałem efektywnie gram w szachy 10 godzin w tygodniu. Więcej mi się nie chce.

              No właśnie ten zastępnik, ma być szybko i na wysokich falach surfować, bez tych zbędnych ceregieli zwanych przymusem edukacji, jego nie bawi odrabianie lekcji tylko co innego. On się mnie pyta, skąd się pieniędze biorą.

              Jelonki to jakie są? Bo aluzji nie poniał. Bo, że ze plecy trzeba się oglądać to ja się już naumiał. Baltazar jest już po uczcie, już uczony.

              A tak wódka dzisiaj musi być ….

              Do Siego Roku.

            • 3r3

              Właśnie siadłem do Blantona, bo to takie nawet smaczne na rozpoczęcie, a później będą podlejsze smaki kiedy smak się już stępi, bo nachlać się burbonem ma w tym wieku konsekwencje w dniu następnym.

              Jelonki są na odwrocie Brodaczy i tam jest napisane że fynguld 1 oz.

              W szachy obecnie tak dobrze nie grywam. Ale kiedyś grałem, może mi nawyki wrócą ^^

              Mam interpretację tego że zaniżam poziom. Ty zapewne uważasz, że to bardzo niegrzecznie tak na rympał udawać że firma jest nieaktywna i się ulatniać jakby kto się przyczepił?
              I że jak tak wszyscy zaczną robić to sens kontroli skarbowej w ogóle straci sens.
              No ale cała infrastruktura jest pod to przygotowana, aby tak właśnie to funkcjonowało.

            • PawelW

              No ja właśnie liczę w jelonkach, czasu mało, u teutona w R&D koreluję… i mi się to przestaje podobać. Ina razie siedzę w tej klatce, złotej co prawda, ale klatce i się zastanawiam jak z niej wyfrunąć, tak aby dodatkowo zwiększyć ilość jelonków na jednostkę czasu, a i się przy tym nie za bardzo narobić… hmmm

            • 3r3

              @PawlW napisz na forum jakimi obszarami się zajmujesz, mamy tam ukryty wątek w którym nieczęsto piszemy, bo mało kiedy kto ma czas, ale knujemy właśnie biznesy wyjściowe na spodziewane w tym roku osłabienie koniunktury.

            • Eltor

              Spodziewane w tym roku osłabienie koniunktury? Zakładasz, że pociąg się wykolei już teraz? Przecież właśnie się porządnie rozpędza – jak to zawsze przed szczytem.

            • 3r3

              @Eltor – w różnych krajach robimy, w niektórych nieruchy już zjeżdżają od roku.

            • Eltor

              O Sztokholmie słyszałem, ale gdybyś coś zechciał więcej naszkicować o sytuacji na nieruchach w całym kraju, to byłbym Ci wdzięczny.

            • 3r3

              @Eltor rynku w Szwecji to tak za bardzo nie ma – gminy i rząd wykupiły całe dzielnicy od deweloperów aby zapewnić mieszkania przybyszom. Przybysze niby będą pracować czy jak… jak się ma do sprzedania Chińczykom Volvo, elektrownie atomowe, sieci wodociągowe, parkingi to jeszcze można sobie posocjalizmować jakiś czas. Ale biedę widać w oczach, Szwedów nie stać na mieszkania po 6-10kEUR/m2 w Sztokholmie czy Goteborgu, i po 4-8k w innych miejscach. Młodym w dużych miastach proponuje się czynsz po 1kEUR za kawalerkę albo jeszcze więcej na kredyt (a zdolność?) tymczasem miasto daje darmo nachodźcom to samo tworząc slumsy.
              Tutaj jest kompletny odlot.

            • Bodek

              Jak myślisz co oni tu myślą :

              : Od czego zależy czy mój kredyt zostanie przeniesiony z PKO Banku Polskiego do PKO Banku Hipotecznego?
              Przeniesienie kredytu zależy między innymi od wyników ekspertyzy wartości nieruchomości sporządzanej przez PKO Bank Hipoteczny.

              Przeniesienie Państwa kredytu z PKO Banku Polskiego do PKO Banku Hipotecznego nie będzie wiązać się ze zmianami w Państwa umowie kredytowej ani koniecznością poniesienia przez Państwa jakichkolwiek kosztów. Nie zmieni się również sposób obsługi Państwa kredytu. Nadal będzie on obsługiwany przez PKO Bank Polski. Sposób spłaty rat kredytu, w tym numer rachunku do spłat podany w umowie kredytu pozostają bez zmian.

              Przeniesienie kredytu oznacza dokonanie cesji wierzytelności tj. zmianę wierzyciela kredytu z PKO Banku Polskiego na PKO Bank Hipoteczny. Fakt ten wykazany zostanie w księdze wieczystej nieruchomości stanowiącej zabezpieczenie Państwa kredytu. Koszt wpisu w księdze wieczystej pokryje PKO Bank Polski.
              … ”

              Co ten ruch ma dać? Że jak Hipoteczny się wykolei to PKO BP będzie chyba jechała dalej? Jakieś inne wytłumaczenie?

            • Eltor

              Przy pierwszym akapicie czytania Twojego postu, od razu pojawia się myśl “bad bank”.
              Czy to nie jest przypadkiem (może) ruch pod emisję listów zastawnych przez PKO BH? Choć w sumie nie potrzebowaliby chyba wtedy spółki celowej tylko do tego…

            • 3r3

              Być może po prostu sprzątają strukturę po poprzednikach do swojego modelu zarządzania.
              Rokujące kredyty do wydzielonej spółki na wzrosty, zagrożone do spółki o dużej płynności żeby klienci pokryli collateral.

            • Bodek

              Moim zdaniem oni chcą robić to samo co inny. Zarobić 3 razy na tym samym, czyli zapakować ten gorszy sort w MBS i opchnąć.

            • Bodek

              Niepotrzebnie się taka myśl u Cibie pojawia, bo to jest dobry bank, bo “nasz”.
              Ja myślę, że trzeba sobie różne bezpieczniki w system powstawiać i to jest taki duży 40A.

              Listy zastawne może emitować i PKO BP.

              Zobacz w zeszłym roku PKO BP miał hipoteczne kredyty na STAŁY PROCENT UWAGA na 2 LATA!!. Nazywali to IRS 2 lata. Od 1 stycznia 2018 nie ma takiego produktu. Zbyt ryzykowny dla banku był? 2 lata stałego oprocentowania, ale dobroć.

              Co będzie jak trzeba będzie PLN bronić i WIBOR skoczy do 15%? Przyda się taki PKO BH?

            • Wariat

              Dokładnie, te same przypuszczenia. Z tym, ze mnie już do wora PKO BP nie wrzucili, tylko od razu w hipoteczny. Wspominałem gdzieś już o tym jako o pierwszym sygnale w swojej sieci alarmowej.

            • PawelW

              Dobrze ukryty jest ten wątek ^^ jak znajdę napiszę.

            • 3r3

              @PawlW już masz zapkę – ukryty ukryty – bez zapki nie widać.
              Widziałem że łazisz po wątkach i kleisz serduszka to kliknąłem.

            • bdgr

              >VCT zamiast VET – nr. chipa – znów spędził kilka godzin bez durno. To niepotrzebne palenie mocy swobodnej

              Witamy w świecie programowania sprzętu. Kaftany rozdają przy wejściu, ale nie można się po nie cofnąć bo drzwi nie mają klamek. Problemy to też element kursu, po temu coś to warte że na tyle trudne, długie w nauce i bez dróg na skróty że potem mniej konkurencji niż na kasie w Lidlu. Tak jak dziadzio tokarz jest lepszym majstrem gdy nie łamie frezów, tak tu fachowość polega na unikaniu kosztu godzin naprawiania nie tego co trzeba. Należy poznać wszystkie warstwy narzędzi którymi się pracuje i wyrobić sobie umiejętność szybkiego zacieśniania miejsca wystąpienia problemu. A ogólnie przyjętą grzecznością jest to że wypada o wykrytych błędach (w darmowych jak ten kurs narzędziach) powiadamiać twórców żeby mogli naprawić. To są najczęściej biedni pasjonaci co widać po forbocie.

            • 3r3

              @bdgr napisałbyś tekst jak zacząć, jak usiąść do programowania sprzętu? Może tak delikatnie jak się podłączyć do sterownika silnika w generatorze prądu i co tam jest ciekawego?

            • bdgr

              Nie jestem zawodowcem od tego, nie wiem czy wypociny kogoś kto się ciągle w to uczy mają wartość dla spiskowców… no może tyle że pamiętam na co uważać przy uczeniu się.

              Podejście do programowania sprzętu który projektujesz sam/w małym zespole to jak budowa jakiegokolwiek softu, tylko uruchamiasz na płytce deweloperskiej, nie swoim PC czy serwerze. No i błędy w logice mogą pochodzić nie tylko z kodu ale także z psującego się sprzętu – dodatkowe debugowanie i sanity checki, juhu. Robisz sobie jazdę testową: hello world / blink (miganie diodą) na danej platformie i tych klockach (ekrany, moduły radio etc) które będą potrzebne żeby wykonać zadanie. A potem standardowo: zgadujesz ile czasu ci całość zajmie, mnożysz razy tradycyjne pi (projekt zawsze zajmie dłużej niż się to wydawało), wbijasz zęby w temat i się wkurwiasz.
              Z rzeczy które sprawdziłem na własnej skórze i zmniejszają cognitive load (wkurwienie): polecam testy jednostkowe, nawet tak prymitywne jak odpalane z funkcji dołączanej z łapy w main() w uruchomieniach z debuggera. To pomaga sprawdzić pierdoły ale przede wszystkim wymusza lepszą strukturę kodu. Jest nawet książka o tym Test Driven Development for Embedded C.
              Polecam2: przy budowaniu sprzętu nie oszczędzać na płytkach deweloperskich, konektorach, dołożyć optoizolację portu szeregowego jak urządzenie jest zasilane z zewnątrz. Ja zaczynałem naukę na studenckim braku budżetu, kleceniu płytek dev, odzysku części i do teraz mnie strzela na moje kutwiarskie zapędy. To jest potrzebne w brzegowym przypadku masowej produkcji (lub miniaturyzowanych zastosowań) gdy wiemy wszystko o tym co robimy i policzyliśmy że warto ściąć serwisowalność wraz z centami na sztuce lub gramami. Wcześniej to jest bardzo głupia oszczędność.

              Co do inżynierii wstecznej ile widziałem co inni robili to punkt wyjścia to duża szansa że pacjent nie przeżyje, także nie rozgrzebywać czegoś, co szkoda stracić. Hakerzy od aut wyciągają ECU i komputery pokładowe ze złomów. Dalej tak jak AvE robi: sporo informacji jest na samej płytce, czasem coś się da znaleźć w sieci. Często będzie port szeregowy i bootloader albo jakiś JTAG żeby wgrać nowy firmware. Jeżeli na tym etapie nie wiadomo (po oznaczeniach lub internetach) co tam jest za chip to przy takich umiejętnościach i narzędziach jakie ja mam najlepiej odpuścić temat, nie warto. Jeżeli wiadomo co to jest za układ to możemy poszukać pasujący programator/debuger, ściągnąć go z przykładową płytką developerską (żeby sprawdzić czy działa), poinstalować sterowniki, z noty rozpoznać pinout, podłączyć właściwe linie danych pod właściwe wyprowadzenia obudowy. Jak producent urządzenia był takim ogórem że nie włączył zabezpieczenia przed zgraniem firmware z pamięci flash (albo zapłaciło się ruskim za obejście tego, albo produkt był na tyle ciekawy że już to zrobili) to mamy binarnego skompilowanego bloba. Znając architekturę, można zazwyczaj ściągnąć jej toolchain i zrobić disassembly a nawet dekompilować. Czytanie logiki z takiego kodu z zoptymalizowanej binarki to póki co to nie na moje nerwy, ale pewnie warto tam szukać jakiś infosecowych rzeczy typu klucze. Jak pod tą spódniczką chcesz szukać logiki zaszytej to (powodzenia) potrzebujesz cierpliwości, szczęścia, i wiedzy czego właściwie szukasz. Na razie na takie rzeczy się nie miałem potrzeby porywać i póki co mi to odpowiada, chociaż pewnie jest kilku lepszych którym składanie klocków już się po latach znudziło i teraz bawią się w ich rozkładanie.

              Bodek fajnie ma twój młody, pewnie niejeden ogarnięty czytający niekomentujący nieźle mu zazdrości startu (tak jak niejeden konkurent za parę lat). Tym bardziej że stworzenie takich warunków to rzeczywiście nie jest koszmarny koszt dla dorosłego faceta który nie jest zupełnym patusem – kwestia podejścia i postarania się – a mimo tego nie jest to częste..

            • Bodek

              Drogi @bdgr dziękuje za komplement, lepiej mi się zrobiło, że jestem w miarę dobrym ojcem, chociaż młody uważa inaczej – bo “czasem zbyt często” krzyczę :-).
              Widzisz, tu nie chodzi o to żeby zazdrościć bo nie ma czego. Ja gołodupiec jestem jak większość z nas, w końcu kupiłem mu oscy za 16 Władysławów i dokradłem u Dawida z Australi następne 24 Władysławy do tego oscy. Ten świat jest stworzony dla sprytnych ludzi. A że producent czyli Rigol sam chce żeby klienci sobie resztę dokradli. Tu nie trzeba zazdrościć tu trzeba powielać Panowie.

            • 3r3

              @Bodek poinformuj syna że ma doceniać iż krzyczysz. Mój wie że po Stalinie rządził Beria i go zamordował Chruszczow i się cieszy jak krzyczę, bo przecież mogłem udusić.

            • Bodek

              Drogi @bdgr też sobie tłumaczę, że 4 godziny na odkrycie że Keil uVision jest właściwym frezem to nie tak bardzo dużo. Tak masz rację, szybkość analizy problemu i sposoby jego najbardziej optymalnego-najtańszego rozwiązania to to na czym dziś ja zarabiam. Kaftan już mamy, w szkole uchodzimy za ludzi z star-treka i młody i ojciec też. Na szczęście do szkoły w kaftanie nie trzeba chodzić tam nie jest wymagany.

              Młody się denerwował tym STM32, jakieś nakładki na Eclipse instalował, które nie działały bo z przyczyn nieustalonych, kompilator wyrzuca błąd wewnętrzny – niezwiązany z błędami w kodzie programu. Jak zaimportuje kod z STM32CUBEMX i skompiluje bez zmian w Eclipse z nakładką do chipów STM32 z kursów forbota to też jest błąd.

              Ktoś tych z forbota poinformował o błędzie w oznaczeniach kości, a oni nic z tym nie zrobili.

              Tak jak pisałem naczelnikowi @3r3 zastępnik ma być gotów jak najszybciej. Kiedyś 15 lat to była ta cezura, wchodzenia w życie zawodowe. Mnie zabrakło czasu – na duże rzeczy. Jemu czasu ma wystarczyć, o ile Pan Bóg da zdrowie i życie w warstwie biologicznej. Młody nigdy nie grał w gry komputerowe, ma komputer T430 nowy, ale na nim żadnej gry zainstalowane. Nie dlatego, że mu zabroniłem. Nie on nie zainstalował, bo go to nie interesuje. Tylko, żeby się zaczął koleżankami interesował, zachęcam go ale słabo mu to wychodzi nieśmiały niestety jest. W szkole liczę tylko na to że nauczy się życia w grupie, socjalizacja to jest rola szkoły. W domu optymalizujmy czas, nie mamy TV i dzięki temu mamy dużo czasu na ATinki :-).

            • 3r3

              @Bodek – gry to trzeba sobie napisać samemu^^
              Obawiam się że przywracanie normalności nie zajmuje jednego pokolenia i nie o jedną sigmę chodzi.
              Musimy się przywrócić do normalności i liczebnie i stanem posiadania. Sam widzisz co tu się dzieje o czterdziestu Władysławów.
              Ale powrót do normalności może nam zająć więcej niż przewidujemy żyć.
              Chińczycy tak robią – im wychodzi.

            • Bodek

              Zrobię ile mogę, bo nic więcej nie mogę.
              Nie zakładam, że się uda w jednym pokoleniu. Co mogę rozsądnie zaalokuje w tym przypadku 40 władysławów w oscy to nie byłyby stracone pieniądze. Nadwyżki zachomikuje, w jelonki, świnki i inne futrzaki. Musimy się obronić przed próbą zrobienia z nas bezkształtnej masy, musimy być jak piszesz masą i to 2sigma tak jak chińczycy, – innej drogi przetrwania nie ma. Młody zrobił, projekt płytki i wysłał do chińczyka zamówienie na 10 sztuk, Dziwił się bo płytki przyszły w 4 dni robocze i nie płaciliśmy za szybką przesyłkę, koszt całości 5 USD ( słownie pięć dolarów amerykańskich ). Młody pyta mnie tatuś przecież wysyłka z chin kosztuje 20 USD, o co tu chodzi. Ja mu tłumaczę, że tu Pan chińczyk nie zarabia tylko zbiera informację, kto co potrafi zrobić i gdzie zapukać jak będzie potrzeba. Chińczyk wie że najcenniejsza jest informacja. Najbardziej był zdziwiony jak w ramach usługi jakaś miła chinka, 4 godziny po wysłaniu zamówienia napisała maila, że projekt jej się składa, ale nie naniósł na pliki projektu dolnego solder maska i żeby dosłał asap, to zaczną zaraz wycinać. materiał. Słownie po czterech godzinach, była reakcja taka że ktoś te pliki projektu przeanalizował. Młody podziękował, przeprosił poprawił i odesłał. Pan listonosz przyniósł płytki po 4 dniach.

              Jedną grę napisał. Córka nie może się od niej oderwać, mimo tego że to zwykła paletka do obijania kwadratów, bo to brat zrobił.

              Jak pisałem o kwasie z kapusty i kiełbasie to nie żartowałem. To element tych STM32 i Atinów, jest olbrzymia walka ze zdrowiem naszym i naszych dzieci. ten kwas z kapusty to ten sam projekt produkcyjny.

            • splinter

              Artykuł typu cegła może być. Przecież nie zależy Ci na tym, żeby jak najwięcej użytkowników odwiedziło bloga. W takim przypadku zamieściłbyś śmieszne rysunki z napisami, albo zdjęcia kotów.

              >>W Szwecji ten dziewiąty rok to jest kreatywna księgowość,
              Szykujesz się zatem na spowolnienie, przeczekanie, czy zebranie kapitału w postaci maszyn/narzędzi, by być gotowym, kiedy cykl sie odwróci? A może zmieniasz krainę, bo z tekstu wynika, że jakiś bal się szykuje?

            • 3r3

              @splinter – nie wiem co będzie, ale po to zbieram zasoby by być gotowym na różne scenariusze. Po pierwsze liczę na to że mnie korpo w tym roku zasadzi kopa w tyłek i przepędzi. Po drugie liczę na jakąś własną produkcję ze zredukowanego poziomu przy zwiększonym wysiłku.
              Po trzecie jestem gotowy na relokację, a nawet mam już z kim dyskutować o lepszych warunkach relokacji.
              Po czwarte… i tak dalej – mam wiele opcji na stole. A do tego czytelnicy tej strony też mają jakieś swoje różne plany i otwartą pozostaje kwestia co takiego mamy – czego im trzeba.

            • splinter

              A jest taka opcja, że jedno korpo odpada i zaczynasz produkcję dla innego?
              Po drugie – rozumiem, że chodzi o produkcję czegoś innego, skoro pierwsze korpo może już nie chcieć.
              Po trzecie – może wykraczam za daleko, ale jak taka relokacja przebiega – tak jak na początku opisywałeś – w kontener wszystko i w drogę? Czy całą familię również zabierasz?

            • 3r3

              @splinter – zależy ile mam gratów w danym wypadku – część rozdaję, reszta na koła i w drogę, a rodzina jak chce to jedzie, a nie chce to się substytuuje – kobiety i dzieci nie zawsze mają zaletę mobilności, więc ich liczba rośnie.

            • Maksior

              Mocno jedziesz po narybku, ale moze to i skuteczne. Jesli przy postepujacej idiokracji potrzebne bedzie rozwiazanie jak z “Cylindra van Troffa”, to nie zrobi sie tego bez paru wysokich sigm na baze, ktore beda polaczone wiezami krwi… 😉

        • gość

          do ff są od tego specjalne dodatki, np:
          https://addons.mozilla.org/pl/firefox/addon/owl/

  • wariat

    Ekhm… Tak więc Disqus wyrzucił mnie niczym @Arcadio. 🙂
    Nie potrafię odzyskać hasła, które gdzieś mi z głowy wyparowało. Odnośnie lektury…przeczytanie ze zrozumieniem zajęło mi tyle czasu, że życzenia wesołych świąt przyjmę z wdzięcznością na za rok.
    Do tego zapomnianego hasła dochodzi jeszcze fakt, że po zesłaniu do lochu forum, odwykłem czynić na portalu cokolwiek. Jednak jak to jeden poseł zwykł zawoływać “…apeluję!…” o niezaprzestawanie wpisów.
    Dziękuję

    • 3r3

      @wariat byś wyraził który z przekrojowo mieszanych w tekście tekstów uznałeś za godny?

      • Wariat

        Widzisz, jest taki problem, że ja wariat to nie tylko z nicka jestem.
        Od samego tytułu “Ciężar myślenia” trzeba by zacząć. Myślę. Dużo. Za dużo. W wielu przekrojowo mieszanych w tekście tematów czułem się jakby mi ktoś własne przemyślenia rwał z umysłu. Potem zastanawiałem się czy jednak VPNa jakiego nie montować i się nie anonimizować, bo na 100% podlegam inwigilacji z Waszej strony. Autentycznie. W końcu opanował mnie spokój.
        Wszak to nic nowego. Ludzkość mierzy się z tymi problemami od samego początku. W mniejszej i większej skali. Potem umiera. Część przemyśleń i rozwiązań zabiera do grobu, część zostawia w skrawkach, resztę gubi bezpowrotnie. A współczesnym pozostaje składać to i wymyślać od.początku. Może to górnolotnie wszystko napisałem. Może wcale nie. Jedno pewne. Myślę. Dużo. Trochę też działam. Są szklane sufity do przebijania, powodujące natłok myśli. Każdy z nas stoi pod swoim. Tematy poruszane zahaczają o te właśnie sufity, które pod i nad nami. Dlatego, każdy z nich ważny. Od pierwszego na tym forum.
        Za to – dziękuję.

        • PawelW

          Jak byś mi Waści słowa z ust wyjął 🙂

  • Comte

    Powitać szanownych czytelników, komentatorów i samego gospodarza,
    chylę czoła – przed samą stroną, gronem, jak i powyższym wpisem (który przebił chyba wszystkie wcześniejsze treści – co zważywszy na poziom nie było łatwe).

    Lemingiem jestem od zawsze – świadomie albo i nie. Od zawsze słuchałem też “starszych i mądrzejszych”, ale

    od dawna czułem też, że moje umiejętności nie przystają do fundamentów jakie winny cechować prawdziwego chłopa (mennica, strzelnica, bimbrownica itp.:).

    Pytanie do naczelnego predatora – i pozwalam sobie mieć śmiałość tylko dlatego, że:
    a) gospodarz mógłby się ucieszyć, widząc, że jego praca wywołuje rezonans w mózgach czytelników, którzy – choć nie mają wiedzy ni kompetencji – zaczynają myśleć nad tym i owym.

    b) gospodarz rzuca okiem na komentarze, a nawet bierze w nich udział

    Czy próba podpięcia się – do owego najprostszego “nurtu” przemysłowego – budowlanki, za pomocą wypożyczalni prostych maszyn przemysłowych na dni ma sens?

    Na obsłudze sprzętu się nie znam, ale:
    – Wiem, czym robią firmy w regionie,

    – Jako (powiedzmy czwórkowy) uczeń i IT21 i Bmena, i wiem że obecny, pompowany sterydami przez Banki Centralne cykl ma się ku końcowi, i nim zacznie się wesoły oberek (który przebiegnie nie wiadomo jak – od kapiszona po ekspolozję fabryki TNT) można przygromadzić różne papierki i metale, ażeby w czasie najciemniejszej godziny mieć oczy na okazje.

    – Wiem, jak to ugryźć w sieci, wiem, jak traktuje się sprzęt pożyczony

    Za wszelkie uwagi niech się sypią klony, pandy, orły i brodacze.

    • 3r3

      @Comte – a na Twoje wyczucie to zdążysz zorganizować i odessać wartość z cyklu organizując taką wypożyczalnię?
      Bo to nie tylko wystarczy mieć ofertę, to trzeba z nią wejść przed górką, aby wspiąć się na szczyt wycen danej usługi i zarobić zanim będzie zjazd. Zdążysz? Ile potrwa ta obecna “koniunktura”? Jak będzie wyglądał nacisk fiskalny na eksploatację czego się da?

  • 3r3

    @Comte centralni szamani mogą wydrukować ile liczb chcą, ale ktoś te liczby musi chcieć. To znaczy że musi istnieć aparat przymusu, który po przymuszeniu przymuszanego dostanie z tego jakieś dobra do konsumpcji, a przymuszony nie zdechnie z głodu, aby można go było przymuszać dalej. Na kogo ma wywierać nacisk aparat fiskalny, skoro kilka milionów Goplan, Lędzian i Mazowszan poszło szukać chleba w szerokim świecie? Na Ukraińców? A mają tam aparat wywiadowczy między nimi? Wiedzą który jest który gdzie mieszka i co ma? Ukraińcy to swój majątek trzymają w pl czy wysyłają do trizubów i tam sobie rodziny utrzymują?
    Waluta bez dóbr niczego nie reprezentuje, wodą w pustej szklance ciężko się zarządza.

    Oba rozwiązania są prawidłowe – najpierw będziesz miał przecenę maszyn, a potem będzie chudo i po tym trzeba będzie czymś sobie wygospodarować – maszynami da się cokolwiek nawet przy jałowym biegu i braku zwrotów, ale bez gospodarowania cała reszta będzie na wyprzedaży – na tym polega kryzys. Trzeba trafić w czas kiedy kupować i nie wystrzelać się z całej amunicji.

    Jeśli laik widzi ssanie na rynku to już jest po grzbiecie górki. Usiądź, zastanów się, jeszcze poobserwuj stolik – przegrać żetony zawsze zdążysz. Może nie graj za wszystko? Może zarób firmę za 1/4 środków i zobacz jak Ci idzie?
    Zapłacić za naukę na własnych błędach 1/4 stanu posiadania, a 1/1 stanu posiadania to 3/4 różnicy.

  • Dzik

    Faktycznie cegła, i to wielowątkowa. Ale zapewniła przyjemne zajęcie na 3 dni. Dopiero nadrabiam zaległości po świąteczno-noworocznym detoksie od ekranu. Jedną małą uwagę techniczną mam – korektor nie wrócił z urlopu czy zapił w święta? Bardzo dużo literówek, jak kto wrażliwy to przeszkadza. A może pomocy potrzeba?

    Do dyskusji się nie włączam bo i nie za bardzo mam z czym. Usiądę sobie z boczku, popatrzę przez pręty klatki dla futrzaków. Może w klatkach też jest kit do wydłubania 🙂

    A kolega @gruby to wrócił już ze świąt? Odgrażał się jeszcze na jesieni jakimś tekstem pod choinkę.

    • 3r3

      @Dzik @gruby już w publikacji, niebawem zejdzie. W “ciężarze myślenia” mam nadzieję korekta jeszcze będzie grzebać, bo ja to wrzuciłem na szybko tak żeby nie niepokoić redakcji w święta, za co administracja wysmarowała mi informację, że mi odbiorą możliwość bezpośredniego publikowania i będę musiał przez redakcję, bo w tekście wyszła sodomia i gomoria.
      Podejrzewam że jak przeczeszemy ten tekst jeszcze kilka razy to jeszcze niejeden kwiatek tam znajdziemy.

    • Witaj @disqus_tjeEVE2atI:disqus

      chętnie przyjmiemy pomoc w dziedzinie korekty – daj proszę znać na redakcja @zarobmy.se

    • gruby

      Pod choinkę tekst był gotowy, gdyby nie te błędy. Po świętach jeszcze raz go sprawdziłem po czym przepisałem go praktycznie od nowa.

  • Mariusz Sternik

    Super artykuł, co prawda tydzień czytałem, ale tylko na przerwach w robocie. Sama radość oby więcej. Sam zszedłem z poziomu turysty do wykwalifikowanego prola i siedzę na zielonej trawce w Norwegii akumulując kapitał. Możliwe że po najbliższym zawale na koniunkturze wrócę do PLa i coś pomyśle bo z wiekiem człowiek ma dość wysługiwania się innym.

    • 3r3

      Nie wracaj – nie warto – próbowałem z pięć razy (i tylko nakraść waty tam ma sens ekonomiczny).
      Otwórz biznes na miarę sił i możliwości tam gdzie akumulujesz kapitał – bo tam on jest i masz tego wyniki we własnej kieszeni.

  • uberbot

    “Żaden z nas nie wymyśla nowych produktów i rozwiązań przemysłowych aby je wdrażać, nasze działalności są wtórną służbą dla tych co już wymyślili, narysowali i chcieliby aby ktoś to zamienił w rzeczywistość. Najwidoczniej to zamienianie w rzeczywistość jest trudne, drogie i wymaga takiego nakładu mocy korelacyjnej, że nam się ani chce, ani nie odczuwamy potrzeby aby się wysilać, jakoś unowocześniać czy kombinować, zrzeszać, łączyć i dzielić.”

    Może jednym z powodów jest też to, że zrobisz samochód ‘na wodę’ i przyjdą smutni panowie i Ci popsują zabawki i zdrowie i nie daj boże życie. A większość ludzi uzna za wariata i tak….

    Stąd chyba robicie w ‘usługach’ pomiędzy, bo dla ludu nie ma sensu, a wyżej trzeba mieć armię i szykować się na ostrą konkurencję…

    Stąd wiele takich wynalazków jest ‘pochowanych’, bo nie można się przyznać (‘Jak to produkować własne paliwo i nie płacić podatków? Toż to oszustwo. A poza tym niemożliwe. Nie da się’)….

    Wniosek, jeden z wielu, my ludzie sami sobie na złość robimy. Na szczęście można lawirować w tym matrixie.

    • Wariat

      Sprawdzian generalny z lawiranctwa będzie myślę jeszcze za naszej kadencji. I raczej go oblejemy w pierwszym podejściu.

    • 3r3

      @uberbot jeszcze weź pod uwagę nakłady na wdrożenia nowych pomysłów, a jak nie wypali?

      • uberbot

        To już temat na kolejny artykuł. W skrócie jak nie wypali i byliśmy jako tako rozsądni to mamy doświadczenie/umiejętności, które można wykorzystać gdzie indziej (jak nie byliśmy to można i cmentarz zaliczyć – choć teraz taksówka jest w modzie).

        Ja się teraz uczę sprzedaży, bo się zawsze przyda. Łącze to z IT, ale rzygam tzw IT, bo na ekran już patrzeć nie mogę (mimo że w pracy rozdają ordery i uśmiechy)… Znaczy się warto coś robić, ale sam pisałeś gdzieś, że pomysłów do wdrożenia, sprzed 30 lat jest masa…

        Szacunek za artykuł. Ja go i na pięć razy nie dam rady, ale składny jest i dobrze się czyta.

        • 3r3

          @uberbot – w ciężar myślenia napisałem, że po każdej operacji mamy nie tylko kompetencje – mamy też narzędzia aby zrobić krok w tył i tam się od dna odbijać. Po to tezauryzujemy w gadżety.
          Co to byłby za sprzedawca bez zegarka?

  • splinter

    1. Gospodarka oparta o sługi, a produkcja już w Chinach. Czy nie zmierzamy do tego, że wszystko będzie produkowane w Chinach, że ta produkcja wykonywana w kraju to są ostatnie podrygi firm, które jeszcze się trzymają?

    2. Nie trzeba przekonywać, że najlepiej byłoby zmienić położenie geograficzne. Jeszcze nie teraz z różnych względów. Czy pozostaje tylko produkcja mebli, europalet i nawozów? Czy nawet to jest tylko chwilowe i będzie jeszcze gorzej?

    3. Rozsądnym kierunkiem jest Północ, ale z innego postu wynika, że sam rozważasz przeniesienie gdzieś indziej. Daleko?

    4. “Można zaryzykować, ale raczej popłyniecie na tym interesie (ja popłynąłem).” Jak oceniasz ryzyko niepowodzenia po takim wstępie, przygotowaniu, rozeznaniu itp.? Czy w chwili obecnej, po wyciągnięciu wniosków z przeszłości, inaczej oceniasz ryzyko niepowodzenia ?

    5. Czy wobec tego, że cykl koniunkturalny dobiega końca, szykuje się jakaś wyprawa wikingów na inne krainy?

    6. W tekście poruszyłeś temat możliwości zakupu maszyn po symbolicznej cenie. Podane są przykłady, że przedsiębiorcy upadają i zdarza się, że porzucają firmy. Dlaczego, nawet jeśli kupisz te maszyny tanio, produkcja się w Twoim przypadku opłaca, a nie opłacała się firmie, która zbankrutowała?

    cdn
    przez sen piszę, więc proszę o wyrozumiałość

    • 3r3

      @splinter
      6. Maszyny kupuję od firm, gdzie przeciętny szef zbliża się do osiemdziesiątki, a pracowników nie ma bo to byli o ponad dekadę młodsi od niego smarkacze co poszli na emeryturę. To są realia demograficzne Północy w której Jaruzelski nie zgasił światła.
      Pan profesor Gwiazdowski twierdzi że Jego pokolenie odniosło sukces bo zrobiło wyż demograficzny na swoje emerytury, ale coś po ukraińsku ten sukces zaciąga i nie wiadomo kto tu komu ma płacić.

      5. Dopiero wrócili – spakowali Eneę, Taurona – przecież mieli olbrzymie udziały w tym interesie i ssali prąd i podatki aż się kable grzały. Jankesi im sprzedają patrioty i podnoszą wysycenie rekrutem. To przecież bez znaczenia z punktu widzenia ofshore balancera który z sojuszników zdominuje którego – ważne aby wszyscy mierzyli w Rosję – ostatecznie aby odsysały ich z kasy sukinsyny co w Rosję mierzą – po to przecież wspierane są kraje z Rosją graniczące.
      Jeśli chodzi o takie ludne^^ – dziesięciomilionowe kraje, to jak ofshore balancer będzie miał potrzebę strategiczną to podtrzyma tu iluzję koniunktury czy ona będzie czy nie będzie.

      4. Rzucałem się na nierozpoznany teren. Teraz luksus jest taki, że jest już rozpoznany bojem. Ryzyko niepowodzenia to z punktu widzenia zaangażowanych pół roku prób na obcym rynku w plecy i później czas na pozbieranie się po niepowodzeniu. Czyli normalne warunki emigracji. To się tak wszystkim tylko wydaje że mogliby być przedsiębiorcami ale na razie siedzą w korpo – wyjdą z mordoru to się dowiedzą czy im się to uda.

      3. Rozważać to ja sobie mogę, a grawitacja ściąga mnie zawsze w te same okolice jak do domu.

      2. A to myślisz że w gospodarce gdzie nazjeżdżało się dzikich i wymierają autochtoni to lepiej będzie?
      Tutaj coraz lepiej płacą za coraz prostsze prace, a system podatkowy dokonuje supresji płac za te bardziej złożone. Doszło do pewnego absurdu, ale jak to tak ma wyglądać to ja jestem elastyczny, no skoro gospodarka potrzebuje kowali i rzuca w nich walutą to może niebawem będzie trzeba kołodziejów.

      1. A to Chińczycy mają nieskończone zasoby ludności, żeby je przepędzać z interioru do fabryk na wybrzeżu? Nieskończone ilości czystej wody do chłodzenia instalacji?
      Przemysł wędruje po planecie z bardzo ważnych powodów – nie da się takiego ciśnienia w jednym kraju utrzymywać stale. Kończą się zasoby – ludzie, gotowość do tyrania darmo po naście godzin, woda, chęci. I trzeba przestawiać fabryki do Indii, a potem dalej.

      • Eltor

        “skoro gospodarka potrzebuje kowali i rzuca w nich walutą”

        Masz moją atencję 🙂 Przybliżysz nieco temat?

        • 3r3

          @Eltor – byłem właśnie zmierzyć u klienta dwa i pół metra barierek bo nie ma mu kto zrobić (pół roku już czeka), bo to trzeba z metalu. To są jaja po prostu że mi się kalkuluje robić takie bzdety – ba sam rozumiesz – musi kosztować. Ale gospodarka przegrzana to nikt nie pyta czemu godzina liczona jak za R&D – robić i tak nie ma komu.

      • Maksior

        “3. Rozważać to ja sobie mogę, a grawitacja ściąga mnie zawsze w te same okolice jak do domu.”
        Sadzisz, ze jak sie w Europie zapali, to szwedzka chata znow zostanie “z kraja”, ewentualnie eksportujac rudy w kierunku, w jakim sobie wielcy zazycza…?

        • 3r3

          @Maksior – Unia Nordycka (razem mieszkańców tyle co w Polsce nie mają) dysponuje około osiemdziesięciokrotną przewagą w powietrzu nad Polską, niepoliczalną w uzbrojeniu rakietowym, okrętach podwodnych, i flocie. Jedynie w czołgach licho stoją. Mam silne podejrzenie że przy takiej geografii utrzymają się dłużej niż dwa tygodnie, a być może nawet do jakiś rokowań i handlu.
          Bo oni broni nie kupują w przetargach – łune sprzedają.