Co produkować w MiSiu?

Rozwijając firmę w pewnym momencie możecie znaleźć się w sytuacji, w której są nadwyżki, jest czas, rynek ma się dobrze. Czy warto wtedy podjąć próbę wybicia sobie niszy w rynku, aby móc przez kilka lat konsumować rezultaty jako monopolista w niszy?

Jest to ryzykowne, ale z praktyki firm zajmujących się takimi niszami wynika, że bardzo dochodowe. Jakość może być zapewniona przez małą firmę. Po prostu jest tam ktoś, kto bezpośrednio odpowiada za cały proces powstawania produktu i mu zależy na własnej marce. Takie firmy produkują specjalistyczne komponenty dla przemysłu, których zamienniki można kupić tanio i często je wymieniać.

Ze znanych mi przykładów to transformatory, układy elektroniczne, grzałki, wymienniki ciepła, układy mechaniczne, pracochłonne elementy dla aerospace, nagłośnienie i tłumienie dźwięków. W kilku miejscach już spotkałem dość zbliżoną produkcję schowaną pod nic nie znaczącym szyldem, albo i bez szyldu. Zazwyczaj są to jakościowe transformatory, grzałki i wymienniki ciepła. Produkcja jest na tyle dochodowa, że te firmy potrafią egzystować obok siebie i współpracować tworząc te same produkty. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest oferowanie produktu na rynek przemysłowy. Próba konkurowania na rynku dla ludności kończy się właśnie konkurowaniem. A to oznacza konkurowanie ceną. Tymczasem na rynku przemysłowym liczy się jakość, ponieważ koszt roboczogodzin na wymianę części jest problemem przerwania pracy linii produkcyjnych i ogólnego bałaganu przy takim wydarzeniu.

Wyjaśniam bezsens konkurowania o klienta indywidualnego.

Próba sprzedaży czajnika elektrycznego, który nie popsuje się przez 50 lat, jest o tyle bez sensu, że ten czajnik zostanie wyparty designem. Ponadto jest produkowany masowo i tanio. Jak się ubrudzi – można wyrzucić i kupić nowy. Konkurowanie więc ceną nie ma tu sensu, a jakością do niczego nie prowadzi, ponieważ nikomu nie zależy na jakości tego produktu. Jego wymiana kosztuje pół godziny roboczej potrzebnej na wyjazd do sklepu.

Tymczasem te same grzałki, umieszczone w zbiorniku podgrzewającym ciecz roboczą w procesie przemysłowym, gdyby miały się psuć co roku i być wymieniane, powodowałyby przestoje tym częstsze, im więcej jest ich w procesie. A taki przestój kosztuje roboczogodziny całej linii technologicznej zatrzymanej na tę okazję. Tutaj jakość grzałki czy wymiennika ciepła jest kluczowa. Im rzadziej się psuje – tym mniejsze są straty na przestojach.

Z jakiegoś powodu w średnich przedsiębiorstwach to samo już nie wychodzi. Zaczynają się procedury, “za godzinę mi płacą”, brak zaangażowania i dynamika grupy. W rezultacie im firma bardziej oddala się od małej w stronę dużej, tym mniejszą ma zdolność zaspokajania takich rzemieślniczych potrzeb rynku. Z jakiegoś powodu nawet ułamkowe niewolnictwo się tu nie sprawdza. Jedyne działające rozwiązanie to bezpośrednio zaangażowany w swoją pracę rzemieślnik.

Złożony problem przemysłowy można rozdzielić w miejscu (co tworzy wydatki na transport), albo w czasie (co wydłuża proces, oddalając wynikającą z niego zapłatę). Jest wiele jednoosobowych bądź rodzinnych firm, które przeprowadzają złożone procesy przemysłowe (od rolnictwa poczynając). Na obecnym poziomie technologii pojedynczy człowiek może obsługiwać całą halę maszyn i znam takie przypadki.

Oczywiście próba robienia tego jawnie w Polsce skończy się przymusem zatrudnienia księgowego, bo przecież sprawozdawczość musi być. Pozostaje więc niejawnie lub nie w Polsce.

Utrzymanie linii technologicznej wymaga jednak opisywanego we wcześniejszych artykułach MiSia zajmującego się DURem. Dlatego nie każdy jest w stanie prowadzić dowolnie złożony proces wytwarzania depozytu na handel. Nie należy przesadzać z poziomem komplikacji, każdy łączy tyle kropek, ile łączy i pewne rzeczy albo są dostarczane w modułach, albo są nie do ogarnięcia.

Oczywiście ta sztuczka nie uda się w Polsce – narzut na energię elektryczną wynosi 500%. Jeśli więc chcecie włączyć piec i wytapiać (bądź lutować) w osłonie gazów (bądź próżni) – przegrywacie z powodu biurwy już w tym momencie. Przegrywacie brakiem wiaty (podatek od dachów – biurwa) chroniącej materiał przed deszczem, przegrywacie UDT (biurwa), które wie lepiej od Was, co jest dobre a co złe do produkcji i rozdaje naklejki. Przegrywacie nieuznawaniem polskich certyfikacji na rynkach podległych biurwie niemieckiej (Arabia Saudyjska). Chcecie konkurować, to musicie sprzedać się Niemcom i dostać tam łaskawy chleb. Albo prowadzić działalność w innym kraju i udawać, że stamtąd jesteście, ostatecznie bawić się w kontrekonomię i prowadzić działalność niejawnie, pozyskując zasilanie po stawkach dla ludności, a nie dla przemysłu.