Dekompozycja zintegrowanego systemu rozrachunkowego

Powszechnie wiadomo, iż ludzie czerpią wiedzę z otoczenia i posiadanych sieci społecznych. Ale nawet „nasz” syntetyczny system kształcenia w sztucznym środowisku równolatków, mający na celu dezintegrację hierarchicznych sieci społecznych innych niż autorytarne (pani przedszkolanka – lemingi, nie wiadomo, kto bardziej ogłupiały), nie potrafi stworzyć takiego substytutu środowiska, aby w perspektywie dwóch dekad kształcenia pozyskać potrzebnych pracowników.

Zjawisko nie wynika z popytu na zawody, o których 20 lat temu nie myśleliśmy, ponieważ wychodzi z organizacji gospodarczych założonych 20 lat temu przez ludzi też niemających pojęcia o tym, co dziś będą robić, ale wynika wprost z podaży kompetencji, z prostego pytania: „Wuju, tato, dziadku, sąsiedzie – czy to jest dobry interes, żeby zostać strażakiem, policjantem, mechanikiem precyzyjnym, lekarzem, przodownikiem na podłodze Amazonu?”. Czyli czy w moim interesie leży uczenie się tego, co umieją ludzie mi znani. Oczywiście można ruszać w nieznane, uczyć się tego, czego nikt w okolicy nie zna, ale sam fakt, że gdzieś człowieka przyjmą, świadczy o tym, że coś bardzo popsuli, skoro potrzebują krwi z zewnątrz.

Komunikat w czasie schyłkowej epoki specjalizacji w zawodach będzie jasny: robotnikiem być nie warto, specjalistą być nie warto, kierownik to ma dobrze, handel ma przyszłość – zostań administratorem. Oferta edukacyjna jest oczywista: marketing i zarządzanie. Chyba że ktoś wychował się w getcie i zostanie zbójem albo mieszkał na innym milicyjnym osiedlu.

Odwiedził mnie ostatnio jeden czytelnik poszkodowany przez ojca. Ojciec, będący specjalistą, a dostający w schyłkowym okresie dziadowskie zarobki, ciężką robotę i byle jakie warunki, z premedytacją nie przekazał synowi swoich specjalistycznych kompetencji. Jakkolwiek są one niekluczowe, to „przydałoby się” wiedzieć, jak to się robi, a szkoda w wieku dorosłym marnować czas na penetrację istotnego, ale pobocznego biznesowo tematu. Teraz czytelnik będzie musiał zapłacić na rynku. I oczywiście będzie przepłacał, bo sam się nie zna – ale to nie kłopot, wszyscy przepłacają. Wszyscy przepłacają, bo hurtowa ilość specjalistów od przemysłu nie przekazała kompetencji, ponieważ uznała, że warunki są pod psem, ponieważ nie miała komu, ponieważ potencjalni chętni też uznali, że to strata czasu i marketing z zarządzaniem na gazie ma przyszłość – a reszta, co nawet coś tam by chciała, nie miała gdzie praktykować, bo kto by miał maszyny po domach i warunki, żeby się w to bawić? No, niektórzy mieli, nawet wiem, gdzie ich szukać, ale bez powodu się nie ujawnią.

System rozrachunkowy opisuje proporcje wyceny czynników produkcji, czyli wprost tego, jak się podzielimy rezultatem pracy. Kwalifikacje są jakością wkładu pracy w proces (wytwórczy), ale jakością jest też skuteczność zarządzania, ścinająca zakręty i łącząca kropki. To, czy wynik tych działań jest masowy, czy indywidualny, mówi nam, czy panujący porządek polityczny (redystrybucji owoców pracy) jest masowy, czy indywidualny. Wprost – czy mamy coś bliżej decyzji zintegrowanych (na podstawie źródeł), czy mamy wysokie rozśrodkowanie.

Z powyższego wstępu możemy wnioskować (raczej prawidłowo), iż w epoce specjalizacji i masowej produkcji standaryzowanej kwalifikacje były wyceniane nisko przy przyzwoitym, średnim poziomie zamożności (polecam poczytać opinie współcześnie żyjących o epokach masowej produkcji dóbr, jak oni subiektywnie odczuwali wysyp wytwarzanych masowo dóbr i jak oni też mogli na tym skorzystać). Obecnie zaś, na przykładzie czytelnika, który już prawie ma zorganizowaną produkcję, wiemy, że musi on zintegrować wszystkie kompetencje i stać się scalakiem od produkcji i zarządzania, więc owoc jego pracy, jakkolwiek o bardzo wysokiej jakości, będzie ilościowo znikomy. A to dlatego, że będzie dość niepowtarzalny. I wątpię, żeby chciał się podzielić z innymi (za wyjątkiem swoich dzieci) w temacie sposobu wytwarzania, bo będzie z tego dobrze żył. Czytelnik więc będzie dzierżył w ręku olbrzymią zdolność decyzyjną – bez niego przy stole żadna decyzja nie będzie mogła z przyczyn obiektywnych zostać podjęta lub wykonana. W tej sytuacji proporcja kapitał–praca pozostanie na korzyść jakościowej pracy czytelnika, który będzie zarządzał bez ukończenia certyfikowanego zarządzania. W politycznej desperacji być może mu wstawią do firmy politruka, ale ta firma przestanie działać, a kompetencje czytelnika będą wyceniane tak wysoko, iż kapitał da mu nowe zabawki, aby tylko PSiM-om dostarczył materialnych rezultatów.

I to zjawisko pojawia się w całym systemie rozrachunkowym. Efektem jest gwałtowne rozwarstwienie dochodów pod rygorem zawierającym pewną proporcję kapitału i coraz większą część kompetencji produkcyjnych oraz jako dodatek polityczny – biurokratycznych i administracyjnych (w tym zdolności znikania z oczu Marksa, BIS i Brukseli). Warto zacząć przyjmować kapitał finansowy nie w postaci papieru, lecz w formie decyzji (popartej oczywiście w części papierem) pana Chińczyka, że przyśle Wam surowce, maszyny, ale know how i organizację to Wy musicie sami, bo on nie dostarczy – nie ma. To zapewne ucieszy wielu przedsiębiorczych czytelników, tylko pada kwestia: kto przeniósł kompetencje wykonawcze w przemyśle i dlaczego nie można ich kupić na rynku za prolski grosz? No cóż – prole nam wymarły i pozostały lemingi. Albo właśnie wymierają ostatnie. Czyli bez żadnych decyzji politycznych, bez żadnych dyskusji część systemu podpierającego papierową walutę, odpowiadająca za podaż kwalifikowanej pracy, się po prostu wypięła z systemu prosto pod wieczka trumien. Nie substytuowano tego żadnym rzeczywistym rozwiązaniem. A co do robotów, które będą za nas pracować, to w Göteborgu i Trollhättan właśnie zamknięto i zlicytowano olbrzymie, zrobotyzowane fabryki i można za psi grosz kupić całą tę zautomatyzowaną szpeję produkcyjną – o ile oczywiście macie specjalistów od jej uruchomienia.

I tutaj jest pułapka, na którą decyduje się wpaść nasz wspomniany czytelnik – chce rozkręcać pewien typ biznesu. Otóż firma produkująca budynki ze stali niczym się organizacyjnie nie różni od tartaku robiącego to samo z drzewa, ale tartak jest scalakiem zamkniętym – wiemy, jak się organizuje tartaki w każdej skali, i mamy to tak zoptymalizowane, że kupuje się gotowy produkt pod nazwą „tartak”, jedyna różnica między szerokościami geograficznymi w ciągu ostatnich 100 lat jest taka, że u amiszów napędza to koń, w dziczy silnik spalinowy, a bliżej cywilizacji – prąd z rozdzielni. W przypadku produkcji stalowej do dziś takich scalaków nie posiadamy – jeszcze zbyt często się zmienia technologia, a te zintegrowane (scalone) kawałki mają tę wadę, że już ich nie używamy (kuźnia). Na razie jako tako jest z fabryką gwoździ, z hutą, stalownią, hartownią – tam już są jakieś scalaki i globalne firmy powielające to jak McDonald’s kioski z kanapkami, zwrotem lingwistycznym nazywane jakoś głupio na r.

Otóż scalaka w postaci tartaku produkującego budynki ze stali jeszcze nie ma. To dobrze, nasz czytelnik, jako kompetentny i interesujący się wieloma dziedzinami, ma szansę zrobić to, co nie udało się specjalistom w epoce specjalizacji – może zdekonstruować i zrekompilować cały ten pomysł, jego zintegrowana idea może być wzorem nowej, sieciowej wersji tartaku produkującego kanapki z żelaza. Z tym że aby to działało, musi być proste. Oni (nasi czytelnicy) to tam w górach knują takie rzeczy jak zbójcy jacy na pograniczu. Te góry mają taką wadę, że nie ma tam portu (a u mnie jest), i ta dziura w produkcji nazywa się: skomputeryzowana wycinarka plazmowa – obecnie jest używana w każdej firmie robiącej budynki ze złomu. A ponieważ obsługa tego wymaga pewnych kwalifikacji (zazwyczaj większych niż mniejszych, bo jeszcze trzeba w CAD/CAM siedzieć – no przykro mi, ale tak to funkcjonuje w praktyce), to oznacza, że nasz przyszły szef takiej firmy będzie musiał sam posadzić się za sterami, co zeżre mu masę czasu i pokrzyżuje plany firmie – zresztą nie tylko jego firmie. Więc podaż spadnie, zanim zreintegruje całe rozwiązanie bez tego upierdliwego detalu.

A jest on upierdliwy, objaśniam dlaczego – nie dalej jak w majowy przydługi weekend, w nocy z soboty na niedzielę, pisał do mnie lokalny przedsiębiorca, żebym przyszedł i posiedział przy maszynie, że na stałe, że mu firma bez tego nie działa, bo ten, co tam siedział, to poszedł do innej firmy ciąć laserem, a ten, co ciął laserem, poszedł na drutówkę, bo ten od drutówki poszedł na emeryturę. Cecha wspólna tych maszyn to obróbka zasadniczo w 2D (z pewnymi udziwnieniami niegodnymi wspomnienia), w banalnie prostym programowaniu, a różnica pomiędzy nimi to dokładność wymienionych procesów i produktywność oraz zakres zastosowań. Ja temu człowiekowi posłałem CV innego czytelnika, co właśnie by się nadał, i zobaczymy, co z tego będzie. Zwracam uwagę: czytelnik otwierający firmę będzie potrzebował specjalisty tam, gdzie grasują nasi szaleńcy – w złej geografii gór – a ja będę importował za wyższe stawki tych specjalistów do korzystnej ekonomicznie geografii portu. Nie ma takiej opcji, żeby kapitałowo dali radę w górach przepłacić tutejsze stawki, zresztą ja importuję stamtąd produkty, które po przeliczeniu z tych kopalnianych stawek na nadmorskie wychodzą mi taniej niż materiał. Więc nasz czytelnik od konstrukcji będzie musiał zreintegrować pomysł firmy tak, aby samemu nie siedzieć nad trywialnym, ale kluczowym detalem produkcji, oraz tak to uprościć, aby byle dureń, co nie trafi z gór do portu, mógł dane stanowisko pracy obsługiwać. Podejrzewam, że temu człowiekowi uda się to tak wymyślić. Specjalistów i tak powywozimy, chyba że będą szefami firm, wtedy powywozimy ich przy lepszej koniunkturze razem z firmami. Granatami od ciupagi będziemy ich odrywać, choć wiem, że trudno.

Szansą naszego czytelnika od produkcji wielkoskalowych szałasów z blachy jest to, że będzie miał okazję działać w sytuacji, w której nawet potentaci nie radzą sobie z tym problemem kadrowym, a wielkie fabryki, zautomatyzowane Industry 3.0 i z parciem na 4.0, wylatują z rynku jedna po drugiej z powodu niezdolności do podtrzymania produkcji. Krok do tyłu zrobi się bez przebierania nogami – część rynku się zdezintegruje i każdy będzie w stanie wystawić swój substytut, a któryś z nich okaże się firmą scalakiem, która bez istotnego wkładu mocy korelacyjnej (to taka droga rzecz dzisiaj) będzie pożerać materiał i wypluwać produkt. Z tym że jest to śmiertelne zagrożenie dla obecnego systemu społecznego i politycznego. Śmiertelne, bo ten system sobie na to umrze – już zdycha.


To może być dla niektórych zbyt ambitne połączenie – co takiego ma reintegracja w scalak przedsiębiorstwa złożonego z potokowych stanowisk pracy z systemem rozrachunkowym? Otóż zdradzę tę wielką tajemnicę – za materiał, pracę i produkty trzeba płacić. Inaczej na razie nie działa. O, to wszyscy na pewno rozumieją, i biurwa też. Powołam się na dawnego dyskutanta z IT21, nazywającego się @Pan Sarmacki, który podjął bardzo ważny temat i poinformował wszem wobec o sprawie oczywistej, cytuję z mej marnej pamięci przeżartej okowitą: „kreacja pieniądza jest decyzją administracyjną”. To bardzo ważne stwierdzenie (co prawda miał na myśli walutę, ale skoro to działa, na razie nie wnikajmy w ten detal), ponieważ stwierdza, iż o tym, czy możesz podjąć pracę, materiał i produkt, decyduje administrator w rozumieniu biurwy formalnej. A przecież on ani nie pracuje, ani nie przyniósł materiału, ani nie wymienia się żadnym produktem. A ma tę władzę dlatego, że po epoce specjalistów trzyma łapę na wyprodukowanych dobrach w magazynach. Na wodociągach, sieciach energetycznych, teleinformatycznych, drogowych, kolejowych i dodatkowo na nieruchomościach, które może obronić wyprodukowanymi lochami i katowniami. Że to się sypie, to wiemy po tym, iż wywołańcy prowadzą blogi, wielką tym czyniąc konkietę.

Pierwszym wyłomem w systemie jest barter. Co prawda janusze zaraz pomyślą, że pójdą na targ wymienić śledzia na kota, ale to nie tak – wymienia się pomiędzy przedsiębiorcami nadwyżki pracy i produkcji na inne. Barter nie jest dla lemingów, one są przymuszone do użycia waluty, nie mogą się spółdzielić z innymi spółdzielcami – nie są dopuszczone do nowych, wspólnych kotłów o racjonalnej dystrybucji, bo prywatnej. Oczywiście biurwa jeszcze szaleje z dotacjami, zasiłkami etc., ale coraz mniej można dostać za walutę. W gospodarce jest to odbierane jako impuls deflacyjny z objawami inflacji i to nie jest odlot, jak jest inflacja z deflacją – to rozpad systemu rozrachunkowego, przestaje się do czegokolwiek nadawać.

Drugim wyłomem jest shadow banking. Oficjalnie towar jest umarzany za jakąś tam kwotę na fakturze, ale nie da się go już wycenić rynkowo, ponieważ nie istnieje podaż rzeczywista (znaczy za złotówki nie ma – za dewizy jest). W tym wypadku rolę dewiz odgrywa nieopodatkowany, równoległy rozrachunek w bankach poza jurysdykcją, gdzie nikt się o nic głupio nie pyta i niczym nie interesuje. Czyli ja Tobie sprzedaję kota za stówkę, pięć tysi przechodzi równolegle w banku w obcej jurysdykcji, a podatki i kota odprowadzamy od stówki w jurysdykcjach, gdzie to fizycznie się odbyło. Czyli do transakcji jest załącznik niejawny, jak do umowy Ribbentrop–Mołotow. I biurwa nie ma już nawet jak położyć łapy jak na barterze. Mało tego – pozwala to na import siły spoza jurysdykcji, a to już nie są żarty.

Idźmy naprzód – nie cofajmy się przed konsekwentną analizą. Państwo czy jakiś tam fundusz wypłaci emerytury w jurysdykcji, ale warunkiem nabycia dóbr jakościowych będzie wykorzystanie shadow bankingu – w formie banków czy kryptokotków, czy co to tam będzie akurat – a w tym jurysdykcja przecież nic nikomu nie wypłaci (no, generałom ze złotego funduszu może wypłaci, ale tak powszechnie to nie). Oznacza to, że za te jurysdykcyjne papierki będzie mógł emeryt nabyć kiełbasę lux z mielonej marchwi oraz zwyczajną (niech ma wybór), z trocin. I chleb z cementu, żeby sobie miał czym przegryźć.

Warto jednak zwrócić uwagę, że gospodarka to nie pruska armia. W każdym czasie istnieją też firmy specjalistów skrajnie wyspecjalizowanych, gdzie będąc w białym kasku, ma się gamonia w niebieskim do wydawania poleceń tym w żółtych i czerwonych. Bo rurociągi przecież ktoś musi budować, ropę z dna morza i odległej Syberii wysysać. A w takich warunkach na rurach poniżej 6 metrów musi być napisane na obu końcach kredką świecową, że są to rury krótkie, na takich do 12 metrów, że są średnie, i w połowie też, żeby inżynier mógł wypić kawę w czasie powtórnego pomiaru, zarządzonego technikowi do wykonania przez robola od trzymania miary, a na długich rurach musi to być napisane co 6 metrów, aby nie przeoczyć i żeby pan inżynier miał czas na fajkę i o tym od razu wiedział.

Są też firmy reintegrujące technologie i są firmy hobbystów, praktykujących jakieś tam zapomniane rozwiązania, i są działy badawczo-rozwojowe, i są firmy garażowe – zmieniają się jedynie proporcje uczestnictwa tych firm w głównych nurtach gospodarczych. W naszych czasach akurat tak padło, że będzie cofka techniczna i reintegracja w scalaki – tak jak drobnicowce reintegrowano w kontenerowce – i będzie można produkować własnymi pomysłami, deflacyjnie tanio, z coraz powszechniej dostępnej technologii, coraz tańszej i coraz mniej uniwersalnej (w końcu dojdziemy do tego, że zostaną ze dwie–trzy marki obrabiarek i będą tanie, bo będzie tylko jeden sensowny rozmiar w każdej skali). Na tyle taniej, że dzisiejsi serwisanci staną na produkcji maszyn, które po pierwsze się nie będą zbytnio psuły, a po drugie jak się popsują, to zdążą zarobić na zastępstwo i nie będzie się opłacało ich naprawiać, bo serwis będzie jeszcze droższy niż dzisiaj (bo serwisant będzie musiał utrzymać zdolność reintegracji technologii o coraz wyższym poziomie zintegrowania – więc będzie wymieniał moduły).

Za 15–20 lat będą już w tych firmach rosnąć specjaliści od całokształtu i specjaliści od stanowisk pracy, a za trzy dekady pewnie będziemy mieli na bazie Waszych firm nowy, zintegrowany system kształcenia fachidiotów do pracy w Waszych firmach, które dopiero budujecie. I będziecie zainteresowani takim systemem kształcenia niewolników, którzy nie będą mieli Wam gdzie uciec, jak dziś te uniwersalne gamonie od pracy na plazmie, laserze i drutówce. A jak się połapią, że tokarka ma ten sam poziom komplikacji, a frezarka tylko odrobinę wyższy i mniejsze moce przerobowe, to już ich nie poskromicie. Nastanie więc znowu epoka specjalistów, najlepsze firmy (dobrze umocowane w aparacie – nie zapomnijcie kupować polityków i hetmanom dogadzać) będą duże, dostaną dotacje, niewolników, przydział wódki, cukru i węgla na zimę oraz zamówienia na to, co akurat robią, mniejsze zostaną wchłonięte, a najmniejsze sobie będą gdzieś tam w garażach dłubać kit z okien.

Z tym że… szefami tych dużych firm będą musieli zostać ludzie prezentujący wysoki poziom z zakresu zarządzania – a najlepszy prezentują ludzie wychowani od małego w zarządzaniu własnym majątkiem i firmą. I tak coś podejrzewam, że to będą dzieci tych reintegratorów, co stworzą nowe scalaki tartaków do blachy, wyeliminują żaby, które mamy w obecnych systemach produkcji, i wyrzucą do kosza wszystkie te brednie o nowoczesnym zarządzaniu przez wyzysk, mającym tylko maskować nazwami „smart” i „agile”, że jełopy od gotowania wody na gazie nie umieją zarządzać i potrzebują samoorganizujących się, ogarniętych pracowników, bo na prowadzenie czegoś sami są po prostu nie dość kompetentni. Co zresztą mogą wiedzieć o zarządzaniu 40-letnie, bezdzietne, zakredytowane lemingi, jeżdżące rowerem do pracy, do których podwładni zwracają się wprost „durniu” albo w których rzucają gałganami?