Die Endlösung

Ten popularny dawniej u naszych zachodnich sąsiadów termin oznacza dosłownie “ostateczne rozwiązanie” a stosowany był w czasach, w których importowany z Austrii kanclerz Rzeszy postanowił ostatecznie pozbyć się Żydów z terenów własnych wpływów. Skończyło się na poprawianiu granic, zlikwidowaniu wielorasowości drugiej Rzeczypospolitej i reszty krajów, do których dotarł Wehrmacht oraz powstaniu państwa Izrael w ramach odszkodowania za holokaust. Niby że każdemu narodowi jego własne narodowe piekiełko. Mądre to, ale tak do końca to znowuż też nie za bardzo przemyślane.

Nie da się trwale zabrać Arabom ich ziemi twierdząc, że Jahwe jest ważniejszy od Allacha. Obydwaj bowiem są konkurentami i o dziwo sami ze sobą nie walczą, zadowalając się wojnami, które prowadzą w ich imieniu ich wyznawcy. Bluźnierczo można stwierdzić, że gdyby kolejność na Olimpie była ważna, to bogowie sami wzięliby się za łby i ustalili ją między sobą. Skoro bogom najwyraźniej wystarczą wojny prowadzone przez ich wiernych, to kwestia kolejności w Panteonie dla bogów najwyraźniej znaczenia nie ma, w przeciwieństwie do ich wyznawców. No jasne, nikt rozsądny przecież nie będzie się modlił do pucybuta.

Efektem tego oraz efektem dwóch wojen światowych powstały w Europie mniej lub bardziej stabilne jednorasowe i przeważnie mononarodowe państwa, które splątane wzajemnymi interesami odpuściły sobie chwilowo wojowanie ze sobą. Pod amerykańskim płaszczykiem atomowym rozumie się, z tak jakoś swojsko wyglądającymi Amerykanami kontrolującymi europejski system bankowy, z odpowiednią opłatą za ochronę, jak na każdą normalną mafię przystało.

Ale problem z sąsiadami pozostał. Tym razem nie na poziomie wsi, w której karczma żyda stała zawsze na uboczu, lecz na poziomie państw, które to przejęły sąsiedzkie stosunki z dobrodziejstwem inwentarza. Stosunki z sąsiadami popsuć łatwo a naprawić trudno, więc dużo małych problemów z poziomu wielonarodowej wsi zostało po ostatniej wojnie scentralizowane do postaci małej liczby, ale za to dużych problemów na poziomie państw, co czyni zarządzanie problemami dla zarządzających tym cyrkiem zadaniem łatwiejszym.

Łatwiej też już zresztą było. Katalonia szarpie się na smyczy a Baskowie, Padańczycy Ślązacy, Bawarczycy czy Flandowie uważnie się sytuacji przyglądają.

Ten tekst traktuje o naszych zachodnich sąsiadach i bynajmniej nie mam na myśli Francuzów. Po drodze do Paryżewa, pomiędzy zachodnim brzegiem Odry i Linią Maginota znajdują się kiedyś żyzne i kiedyś bogate w minerały ziemie porośnięte kiedyś gęstymi mieszanymi lasami. Las jest naturalnym sprzymierzeńcem partyzanta, to znaczy oczywiście terrorysty oczyma okupanta patrząc. Na szczęście sto lat uprawy lasów w Niemczech spowodowało powstanie monokultur, a te monokultury napędzane nauką padają teraz powierzchnią całych powiatów pod uderzeniami kolejnych fal robali i rzadziej orkanów. Las zatem nie jest już sprzymierzeńcem Teutona, on sam go sobie zniszczył. Dawniej Teutona w lesie bali się nawet Rzymianie. Skoro las nie jest już problemem, to i Teuton problemem nie jest, bo nie będzie miał dokąd uciec, gdzie się zregenerować, sformować i skąd nacierać na nowo.

Jako naród Niemcy nie istnieją. Wystarczy postawić obok siebie wschodniego Fryzyjczyka, Saksończyka i Bawarczyka. Nie dość, że nie będą mogli się ze sobą porozumieć w warstwie wspólnego protokołu komunikacyjnego (poza wielkimi miastami mało kto potrafi mówić literackim niemieckim), to jeszcze okaże się, że używają oni różnych systemów wartości. Zarówno w Saksonii jak i w Bawarii mieszkańcy nie uważają się za Niemców, lecz odpowiednio za Saksończyków i Bawarczyków. Bynajmniej nie jest to efekt Bundesligi, lecz wielu setek minionych lat, w trakcie których królestwa, księstwa i hrabstwa niemieckie istniały czasami bardziej a czasami mniej niezależnie obok siebie.

Integracja odbyła się za Bismarcka i wyglądała tak, że kto się do Rzeszy nie przyłączył dobrowolnie, ten został przyłączony, chyba że zdążył schronić się pod skrzydła niemieckojęzycznej konkrecji z Wiednia albo wybłagał przyjęcie do konfederacji Helwetów.

Sama zaś integracja Niemiec nie do końca została narzucona siłą: była ona efektem rozwoju gospodarki koncentrującej się w dwóch zagłębiach węglowych: nad Renem i na Śląsku. Zjednoczone Niemcy zatem są dzieckiem dwóch okręgów przemysłowych, z których kontrolę nad jednym utracili (na pewno?) a drugie wyeksploatowali.

Lasy zniszczyli sobie sami, minerały w zagłębiu Ruhry się im skończyły, kontrolę nad Śląskiem utracili (czy aby na pewno to inna sprawa, o kontroli kolonii pod nazwą III RP dyskutujemy tu od dawna).

Niemieckość pozostaje zatem pojęciem w formach kultury, ziemi, krwi, systemu i infrastruktury.

Kultura: w rzeczy samej, kiedyś nie bez zazdrości nazywano te rejony państwem “myślicieli i poetów”. Ale to minęło. Ostatnim przejawem niemieckiego geniuszu było stworzenie formatu mp3. Od tej pory niewiele się dzieje. Kultura wymaga wolnego czasu, pełnego brzucha i finezji, ta zaś wymaga geniuszu. A geniuszy wcięło, bo – o czym się głośno nie mówi – kto ma łeb na karku ten z Niemiec wieje, zupełnie jak w latach 30 ubiegłego wieku. Szwajcarzy mają już na ten przykład Niemców dość. A z drugiej strony są od ich umiejętności uzależnieni. Wielu łebskich Niemców wieje do USA, jeszcze więcej do Kanady (która jest jak USA, tyle że pozbawiona jest wad USA), powoli niektórzy zaczynają rozglądać się po Azji. A na miejscu w Niemczech specjalistów brakuje i to dramatycznie.

Słowo o ziemi: niemieckie ziemie są zniszczone intensywnym rolnictwem. Ilość chemii używana na niemieckich polach powoduje, że coraz trudniej znaleźć w Niemczech słodką wodę nadającą się do wtłoczenia jej do kranów. Coraz więcej coraz bardziej kosztownych instalacji jest potrzebnych, aby usunąć z wód gruntowych resztki gnojówki, azotanów, fosforu, potasu i tak dalej.

Krew: krew Teutona w sumie nie różni się dzisiaj specjalnie od innej krwi. A jednak Teutonom udało się zachować zespół cech pomocnych w przeżyciu we wrogim środowisku: módl się i pracuj, oszczędzaj, biją to oddaj, w kupie raźniej, no i oczywiście “mocniejszy ma zawsze rację”. Szczepy Teutonów zatem są zagrożeniem dla sąsiadów ze względu na zespół cech Teutona wymienionych powyżej, ale dopiero kiedy znajdzie się wśród Teutonów samiec alfa potrafiący resztę wziąć pod but, wyznaczyć cel i rozdać karabiny. No i pod warunkiem, że energia Teutonów nie jest marnowana na wewnętrzne spory.

Taka soczewka, która skupi i przeniesie energię Teutonów z samych siebie na Lebensraum albo cokolwiek innego, czego Teuton pożąda, a co można za granicą znaleźć czasami może nieźle w Europie namieszać. Wtedy drżyjcie sąsiedzi.

Niestety (niestety dla nas) jednym z sąsiadów Teutonów są Lachy. Teutoni bili Lachów w przeszłości nie dlatego, że coś do nich specjalnie mieli, tylko dlatego że najechać Lachów było taniej niż najechać Francuzów, Helwetów czy nawet Duńczyków. ROI był lepszy: gorsza obrona, zasobniejsze spichlerze, ładniejsze dziewoje, lepsza gorzałka. Lachy zamieszkują bogaty kraj polami a nie lasami poznaczony. Lachy po melodii duszy oceniając to anarchiści, którzy zamiast łapać za widły cieszą się kiedy sąsiadowi obcy oborę spali a córki zbrzuchaci.

Co do systemu: okupanci doświadczeni dwoma wojnami światowymi założyli na Niemcy nowy kaganiec: ustrój federalny. Zamiast mieczem prostować losy kontynentu, niech Niemcy lepiej kłócą się o pierdoły między sobą. Dziś te hamulce powoli tracą na znaczeniu, bo władza okupantów słabnie. Dodatkowo Niemcom umożliwiono ekspansję ekonomiczną, bo to się okupantom opłacało. Ta ekspansja już w latach 60 ubiegłego wieku doprowadziła do zalewu kraju gastarbeiterami, bo gospodarka rosła szybciej niż populacja przetrzebiona ostatnią nieudaną wyprawą na wschód. Mało emerytów (całe pokolenie pozostało pod Stalingradem, na łuku Kurskim, padło w obronie Berlina), czyli małe wydatki na ZUS, olanie długów III Rzeszy, małe wydatki na armię i już mamy receptę na gospodarczy cud. Dodruku waluty, kiedy Niemcy mieli jeszcze swoją walutę, specjalnie nie było, bo wspomnienia hiperinflacji z Republiki Weimarskiej i przymusowego obciążania hipotek zobowiązaniami podatkowymi były jeszcze zbyt żywe, więc efektem tego marka była stabilna. Była, podkreślam. Czas przeszły dokonany.

Teraz kanclerzyca podejmuje w imieniu Niemiec międzynarodowe zobowiązania finansowe, które przekraczają poziom pełnomocnictw na zajmowanym przez nią stanowisku. Nie chodzi o to, że żadna prokuratura (podległa w RFN PISim wzorem federalnemu ministrowi sprawiedliwości) nie ośmieli postawić jej zarzutów. Chodzi o to, że ona się za bardzo wychyla, nakładając na Niemcy ryzyko, które w razie jego zmaterializowania może wywrócić całe państwo. Bawi się kobieta zapałkami siedząc okrakiem na beczce z kerozyną i wygląda na to, że nawet naklejek na beczce nie przeczytała. Jej inkompetencja jest, niestety dla nas, problemem jej sąsiadów: jak pierdyknie, to oberwiemy rykoszetem, nie ma się co łudzić że nas ominie.

Obecny system jest Niemcom obcy, został im narzucony czołgami, tak samo jak Polakom komunizm.

Infrastruktura & przemysł: podstawą ekspansji gospodarki są niskie podatki, mało przepisów i infrastruktura. Niskie podatki bundesrepubliki brały się z małej liczby emerytów a infrastruktura wyszła Niemcom Zachodnim z wojny prawie niezniszczona. Tak, tak (no przecież widzę, jak wam się oczy szeroko z niedowierzanie otwierają): dzięki ministrowi zbrojeń III Rzeszy Albertowi Speerowi który niszczył, zmieniał i unieważniał rozkazy Führera Niemcy wyszły z wojny z gospodarką nietkniętą w ponad 60%. Co ważniejsze: kluczowe gałęzie przemysłu (ciężki, maszynowy, chemiczny) przetrwały trzy rodzaje ataków na raz w stanie praktycznie nietkniętym: amerykańskie i brytyjskie bombowce do podziemnych fabryk z prezentami nie dotarły, rozkazy ich zniszczenia wydawane wiosną 1945 roku przez Hitlera były systematycznie sabotowane przez Speera, a demontażu przemysłu w zachodniej strefie mało było. Zachodni alianci dokonywali zaboru mienia raczej w formie prototypów i planów niż kompletnych linii produkcyjnych. Tylko Rosjanie rozebrali wszystko co im w łapy wpadło.

Kolejna dygresja: teraz już wiecie, dlaczego Albert Speer po pierwsze proces w Norymberdze w ogóle przeżył, a po drugie dlaczego tak szybko wyszedł po wojnie z więzienia. Oczywiście uniewinnienie Speera wzorem Hjalmara Schachta, ministra finansów III Rzeszy, człowieka, który razem z J.P. Morganem stworzył Bank Rozrachunków Międzynarodowych w Bazylei, nie wchodziło w rachubę, ale 20 lat więzienia za rozkręcenie przemysłu III Rzeszy to w sumie niedużo. Inni ministrowie Rzeszy zapłacili głową.

No, ale wróćmy do infrastruktury jako takiej: im większa kooperacja, im więcej logistyki półproduktów w procesie produkcji tym infrastruktura ważniejsza. Im infrastruktura lepsza, tym kooperacja tańsza. Im kooperacja tańsza, tym jakość wyższa albo cena niższa, a najczęściej to i jedno i drugie.

Niestety, dzisiejsza niemiecka infrastruktura leży i kwiczy. Ciężko w to uwierzyć… aż przejedzie się człowiek autostradą A-81 ze Sztutgartu na północ: każdy wiadukt posiada ograniczenia prędkości, zwężenia i 300 metrowy nakaz minimalnego odstępu dla ciężarówek. Wystarczy wsiąść do pociągu z Monachium do Zurychu: jeden tor, kręta trasa, niezelektryfikowana w dodatku. Cywilizacja na tej trasie kolejowej zaczyna się w Lindau, na austriackiej granicy. Nastawnie pomiędzy Monachium a Lindau sterowane są mechanicznie, stalową linką, z przeciwwagami noszącymi do dziś bardzo niepoprawne politycznie oznaczenia “Deutsche Reichsbahn”. Nawierzchnia autostrady pomiędzy Monachium i Salzburgiem to betonowe płyty wylane za czasów III Rzeszy. Oczywiście są i inne przykłady: jechałem również nowym fragmentem autostrady A-3: miód. Równo jak na pasie startowym (nierówności na pasie startowym 07R/25L lotniska we Frankfurcie są większe). No i co z tego? Z czterech pasów w każdym kierunku trzy zajęte są przez ciężarówki: prawy pas: 80 km/h (Rumun coś tam wiezie w zgodzie z przepisami, na mandaty nie ma), drugi pas od prawej: 83 km/h, Polak zadziorny, spieszy mu się, trzeci pas od prawej: 88 km/h, Teuton TIRem zapindala, BAG go nie ruszy, bo dla swoich większą tolerancję mają. A cała reszta kisi się przy 105 km/h na czwartym pasie od prawej strony licząc. 105 km/h, na lewym pasie czteropasmowej, nowiutkiej autostrady. W jedynym kraju na świecie, w którym nie ma ograniczenia prędkości maksymalnej na autostradach. Czaicie ironię? 105 km/h to była maksymalna (z rezerwą) konstrukcyjna prędkość garbusa policzonego i konstruowanego przez Niemców w latach 30 ubiegego wieku. 90 lat temu!

Jedna jedyna linia kolejowa zapewnia połączenie Rotterdamu z Genuą. Wystarczy, że tunel drążony pod tą linią kolejową w Rastatt się zawali i cały transport towarów na osi północ-południe pomiędzy morzem Śródziemnym i Północnym zanika. Na więcej magistrali kolejowych zorientowanych południkowo Niemiec nie stać, dlatego trzy z czterech pasów autostrady A-3 zajęte są przez ciężarówki: bo w Rastatt się torowisko zapadło i Genua została odcięta od Rotterdamu. Ręce na taką “polnische Wirtschaft” opadają. W Niemczech. Jakoś opozycja o tym w dopiero co zakończonej kampanii wyborczej nie wspominała, pewnie ze wstydu. Gospodarczy motor Europy z całą jedną linią kolejową jego mać.

O stanie technicznym niemieckich szkół nie będę się rozpisywał, bo i tak mi nie uwierzycie. O uniwersytetach, w aulach których miejsc siedzących brakuje nawet po zajęciu schodów p/poż też nie będę pisał. O tym, że w domach starców ktoś, kto nie potrafi się samodzielnie umyć ma prawo do jednego prysznica w tygodniu też pisać nie będę. To też jest infrastruktura, to jest bowiem końcowy etap życia typowego Teutona, któremu polska pielęgniarka “za dziadka wywiezionego na roboty przymusowe” a to pieluchy nie zmieni a to galaretki nie poda, a to pełnego worka przypiętego do cewnika nie zauważy.

Szykując się do Endlösungu wypadałoby poświęcić ustęp albo i dwa Bundeswehrze, było nie było głównemu przeciwnikowi odrodzonych sił zbrojnych Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Otóż: Tiger nie lata w kurzu, bo się zaczyna krztusić. Nowe ciężkie helikoptery kupione marynarce wojennej mają zakaz latania nad słoną wodą, bo rdzewieją. Błędy w konstrukcji poszycia doprowadziły do zmniejszenia o połowę żywotności Eurofightera, do tej pory zresztą nie wolno wnosić na jego pokład broni osobistej. A400M dostarczył co prawda ministerkę obrony na Litwę, ale już jej z powrotem nie dał rady przetransportować (chciała dać baba w kampanii wyborczej czadu zdjęciami z A400M w tle a wyszło jak zwykle). To nie pierwsza usterka w silnikach tego samolotu, zdarzyło się nawet, że mechanicy Luftwaffe wyciągnęli ze skrzydła oklejony fabrycznie worek pełen podkładek i nakrętek i zadali sobie całkiem przytomne pytanie, czy aby akurat tych nakrętek nie brakuje gdzieś tam na śrubkach sterczących wszędzie w samolocie… TransAl nie może już latać pod obstrzałem, bo resurs na maty przeciwodłamkowe minął a nowych nie ma sensu zamawiać, bo przecież A400M wchodzi do służby. G36 strzela dobrze, chyba że się rozgrzeje. Wtedy plastikowe łożysko lufy zaczyna mięknąć, lufa zaczyna tańczyć a nieprzyjaciel zaczyna się śmiać. Z 13 armatohaubic na stanie pewnego samodzielnego oddziału artylerii Bundeswehry cztery znajdują się na chodzie, z tego trzy są w dyspozycji NATO a ostatnia czwarta robi za ruchomy magazyn części i rekrutom nie wolno się nawet zbliżać. Szweje zatem malują trawniki zamiast uczyć się tymi cudeńkami strzelać i jeździć.

Ministerka tego bundesbajzlu to temat na osobny artykuł. Przyszła kobita z ministerstwa pracy i swoją pierwszą decyzją na fotelu Antka rozkazała wyposażyć wszystkie niemieckie koszary w przedszkola. No, przedszkole to w rzeczy samej jest broń o znaczeniu strategicznym. Potem próbowała jakoś nad tym chaosem zapanować, aż w pewnych koszarach odkryto izbę pamięci z pamiątkami z czasów Wehrmachtu a krótko później pewien żołnierz Bundeswehry zarejestrował się w urzędzie d/s imigrantów jako uchodźca polityczny z Syrii (nie mówiąc ani słowa po arabsku), dostał azyl, skombinował giwerę i zaczął planować terrorystyczny atak.

Na co ministerce wreszcie po czterech latach rządzenia tym bajzlem kołnierzyk pękł i ogłosiła w telewizorze, że ona rozpoznaje słabość w strukturach dowodzenia. Jak korpus oficerski to usłyszał, to na szczęście był po służbie, bo inaczej to by chyba babę bagnetami na żyletki pokroił.

Po istocie, która posiada władzę wydawania rozkazów całej umundurowanej i uzbrojonej strukturze hierarchicznej, jaką jest Bundeswehra, nie spodziewałem się tak otwartej samokrytyki a już w ogóle nie w kampanii wyborczej. Bajer polega na tym, że ona do dzisiaj nie zjarzyła, że to była rzadka u polityka, szczera samokrytyka. Módlmy się zatem, żeby Frau Doktor Von Der Leyen pozostała wodzem naczelnym Bundeswehry na kolejne cztery lata.

Jak więc widzicie, planując Niemcom Endlösung można Bundeswehrę w rozważaniach spokojnie pominąć. Szkoda na to naszego czasu i elektronów za które kiedyś zapłacimy własną pylicą. Wybaczcie, celem kompletności wypracowania wypadało jednak o niej wspomnieć.

Podsumowując stan dzisiejszy: System wyssał niemieckie zasoby naturalne, wszczepił w niemieckie DNA geny imigrantów, osłabiając zespół cech typowego Teutona, zatruł ziemię i zniszczył lasy. Co gorsza (dla nas) w Niemczech istnieje potężna góra niespłacalnych długów hipotecznych, która jednocześnie stanowi często podstawę indywidualnego planu emerytalnego oraz jednocześnie figuruje w pozycji “aktywa” w niemieckim systemie bankowym. System regularnie wysysa inteligentnych na miejscu zostawiając spady. Bundeswehra to Witz. Gdzie się nie obrócić, tam ch.., d… i kamieni kupa. W Niemczech, Szanowni Czytelnicy, w Niemczech…

Oto stan lokomotywy gospodarki Unii Europejskiej, kraju z którego pochodzi co czwarte Euro wydawane przez Komitet Centralny Związku Socjalistycznych Republik Europejskich w Brukseli.

Jak na wprowadzenie w temat to całkiem sporo tego wyszło. Zatem: przerwa na kawę, jointa, modlitwę, kibelek czy co kto tam lubi.

Zarysowana na wstępie różnica pomiędzy tym, czym Niemcy są dzisiaj, a tym co im się ciągle na temat własnego kraju wydaje, jest dla sąsiadów Niemiec perspektywicznie patrząc szalenie, śmiertelnie niebezpieczna. Doskonale rozumiem kolegę @3r3, który nawołuje do zniszczenia Niemiec zanim Niemcy po raz kolejny zniszczą nas.

Tylko że… no właśnie.

Naszych jest mniej. Aby podbić Niemców należy dysponować przewagą liczebną bądź technologiczną a najlepiej obydwoma. Albo przynajmniej wolą polityczną dokonania uderzenia wyprzedzającego, wzorem Izraela z wojny sześciodniowej. Tyle że aby taka agresja uszła Polsce na sucho, to trzeba mieć w światowych mediach taką agenturę wpływu jaką ma Izrael. Zachodnie prowincje Germanii nadal okupowane są przez Francuzów, Brytyjczyków i Amerykanów. Czołg to czołg, Abramsa od Leoparda czy Leclerca w ogniu natarcia odróżnić trudno. Jakoś zatem trzeba by było okupantów zachodnich prowincji Germanii przed rozpoczęciem własnego natarcia z ich koszar wykurzyć i do domów pogonić, a sztuka ta nie udała się ani Stalinowi ani Chruszczowowi.

Roztrząsając kwestię ostatecznego rozwiązania kwestii niemieckiej pierwszym pytaniem jest pytanie o cel wojny. Fizyczna eksterminacja najróżniejszych szczepów Teutonów nie wchodzi w rachubę. Za miękkie serce mamy, z organizacją u nas też nie jest różowo. Bo czy ktokolwiek przytomny jest w stanie sobie wyobrazić “Endlösung der Deutschenfrage” poprzez Auschwitz a’rebours? Najpierw musielibyśmy zasiać w sobie nacjonalizm, ale nie taki salonowy a’la PiS, lecz taki gorący, żeby się nam łapy same trzęsły na widok dżalabii. Żeby sam jeden dumny wąsacz herbu dwa piwa z Biedronki ruszał na dziesięciu arabów z nożami, z uśmiechem i “Bogurodzicą” na ustach doskonale wiedząc, że nie przeżyje, i to na trzeźwo nawet. Następnie wypadałoby tą złość w narodzie przekierować na Niemców. Ciężko wykonalne, w końcu nasz naród do dziś uważa niemieckość w jej ogólności za zbiór cech cywilizacji stojącej wyżej od naszej. Potem wypadałoby się zorganizować, podbić na rozgrzewkę kilka sąsiednich państw typu Czechy i Słowacja, aby to u nich postawić nasze obozy zagłady z grubymi kominami. Bo przecież nie będziemy Teutonów zwozić do siebie, u nas tych obozów po ostatniej wojnie jest już dosyć.

Następnym celem wojny jest dostęp do ziemi i tego co w niej jest. Tyle, że na dzisiejszych terenach Niemiec nie ma już nic, co by nas interesowało. Zagłębie Ruhry dziś to muzeum a w halach hut rozpleniły się teatry i inni rzeźbiarze. Po co nam kolejne muzeum? Zagłębie Ruhry jest interesujące z powodu Renu. Kto trzyma rękę na Renie ten trzyma Szwajcarów za jaja. Ale podbijać całe Niemcy tylko po to, żeby doić Szwajcarów na tranzycie benzyny z Rotterdamu do Bazylei to mocno nieprzytomna koncepcja, Teutoni nazywają takie coś “Schnapsidee”, czyli pomysł który może się zrodzić tylko po (przy) wódce.

Ziemia: no bez jaj. To nie ziemia, to trucizna. Za sto lat, może. To samo z lasami: teutońskie lasy będą interesujące, ale dopiero kiedy naturalny stan zadrzewienia, czyli las mieszany powróci do Niemiec. Naukowcy szacują, że potrzeba na to co najmniej stu lat, pod warunkiem, że z niemieckiego lasu się leśniczy już dziś wycofa, a na to się (zarówno u nich jak i u nas) jak na razie nie zanosi.

Przemysł: Cały ten niemiecki osławiony przemysł to wydmuszka. To minione dni chwały, dzisiaj niestety to raczej Ahmed po Volksschule, przepchnięty kolanem przez wieczorowe TU (Technische Universität gdzieśtamgdzieśtam) z paragrafu “wyrównywanie szans dla dzieci imigrantów”, próbujący na zmianie razem ze Zlatko zrozumieć jak rozkładają się temperatury i gradienty ciśnienia w kolektorze ssącym, jak rozchodzą się drgania powietrza spowodowane klapami i filtrem powietrza i jaki wpływ ma olej turbosprężarki zassany wraz z powietrzem z recyklingu do cylindra na końcówkę wtryskiwacza sterowaną piezoelektrykiem a umieszczoną bezpośrednio w komorze spalania. Ktoś, kto z domu oprócz umiejętności dojenia kozy wyniósł znajomość techniki na poziomie rozłożenia i wyczyszczenia kałacha nie jest w stanie zaprojektować silnika spełniającego normę Euro 6. To nie ten poziom rozwoju i nie ta rasa. A potem się jeszcze dziwimy, że nowoczesne niemieckie silniki trzymają parametry czystości spalin, ale tylko na hamowni stanowiska homologacyjnego…

Znam niemiecką dokumentację techniczną. Jest wspaniała. Pod warunkiem, że została stworzona przez człowieka operującego językiem niemieckim od kołyski. “Einzelabfertigungsanlage”, “temperaturgesteuerte Mischvorrichtung” czy “variable Nockenvellensteuerung” to są jednoznaczne nazwy, dokładnie opisujące funkcje procesów, urządzeń, miejsc i części. A teraz wyobraźcie sobie, że Zlatko próbuje wyjaśnić Ahmedowi “zulässige Fertigungstoleranzen” ślęcząc nad “Eksposionszeichnung”, podczas kiedy ich znajomość języka wyniesiona z osiedla dla imigrantów sprowadza się do pojęć typu “ey, dasz is krass, ey”.

Przyznaję, powyższego akapitu nie jestem w stanie napisać raz jeszcze, poprawnie i po polsku. Mimo to spróbuję, wybaczcie jeśli od czytania rozbolą was zęby: … “miejsce odprawy pojedynczej”, “temperaturowo sterowana mieszalnia” czy “zmienne sterowanie wałkiem rozrządu” to są jednoznaczne nazwy, dokładnie opisujące funkcje procesów, urządzeń, miejsc i części. A teraz wyobraźcie sobie, że Zlatko próbuje wyjaśnić Ahmedowi “dopuszczalne tolerancje” posługując się “perspektywicznym schematem przestrzennym”, podczas kiedy ich znajomość języka wyniesiona z osiedla dla imigrantów ogranicza się do pojęć typu “k…, to jest zajebiste, k….”.

Niemcy są w czarnej d. i powoli zaczynają sobie zdawać z tego sprawę. A my – ich sąsiedzi – powinniśmy zdawać sobie sprawę z tego, że oni zaczynają zdawać sobie z tego sprawę. Zaczynają się powoli orientować, że różowo to u nich już było. AfD, partia antyimigrancka, antysystemowa i tak dalej nie bez powodu z zera nagle stała się trzecią siłą polityczną Bundestagu.

Co to dla nas oznacza? Ano że kiedyś Teutoni znowu się zorganizują i znowu ruszą wzorem przodków na wschód – jak ich przyciśnie albo jak się obudzą, co w sumie na jedno wychodzi. Na Francuzów wtedy raczej nie ruszą, bo koszty najechania na Paryski Kalifat będą zbyt duże. Białych to już dzisiaj we Francji nie lubią, a jak biały się jeszcze w meczecie po niemiecku odezwie, to od razu dostanie kosą pod żebro. Nie opłaca się. Francja też się już zresztą skończyła, ziemia skażona gorzej niż w Niemczech, a berety miejscowi mają już socjalizmem zryte do kwadratu. Koszty inwazji Państwa Niegdyś Znanego Jako Francja są wysokie a zyski niskie. Nie ma co rabować, mówiąc wprost.

Na południu są góry i uzbrojeni po zęby górale: 8 mln ludzi z tego dwa miliony imigrantów (ruchome tarcze znaczy się) i ponad 2 mln sztuk zarejestrowanej broni palnej, a i to tylko w rękach prywatnych. Co tam za zabawki i ile armia trzyma pochowane w schronach w górach na wypadek “W” to jeden Bundesrat w Bernie wie. Oj, można sobie na Szwajcarach zęby wybić.

Na północy siedzą Duńczycy pilnujący bałtyckich cieśnin. Kontrola cieśnin Bałtyku to dobry cel, ale na wschodzie cel jest lepszy, tłustszy, gorzej broniony.

Mamy zatem spokój tak długo, jak długo w Niemczech nie pojawi się następny Führer. Kiedyś pojawić się musi i zapewne pojawi się po upadku Republiki Federalnej, tak jak jego pierwowzór, który pojawił się po upadku Republiki Weimarskiej.

Zniszczyć Teutonów rady nie damy, podbić nie ma po co. Pomysł kolegi @3r3, aby radioaktywnie skazić im ich ziemię jest… no cóż, wiatr u nas wieje przeważnie z zachodu na wschód. Kto sikał pod wiatr wie czym się taki eksperyment kończy. Zamianę Germanii na radioaktywną pustynię lepiej więc sobie we własnym, dobrze pojętym interesie odpuścić.

Ostatecznym rozwiązaniem kwestii niemieckiej jest zatem emigracja całego narodu i to zanim Niemcy zdążą się pozbierać. Emigracja narodu polskiego, paradoksalnie. Tylko że taka emigracja rodzi napięcia pomiędzy Indianami a osadnikami, pomiędzy Palestyńczykami a narodem wybranym, pomiędzy Zulusami i Buurami też.

Wniosek: przeżyje ten, kto będzie wolniej wymierał albo napisze sobie swoją własną Biblię od nowa, wraz ze swoją własną obiecanką własnej ziemi wybranej otrzymaną od swojego własnego boga. Niemcy starzeją się w tempie rekordowym (w roku 2100 Niemcy zamieszkiwać będzie 3 miliony etnicznych Niemców), ale Polacy im prędkością wymierania wcale nie ustępują.

Różnica polega na tym, że w Polsce nikt nie prowadzi jeszcze publicznej dyskusji na temat “kto po nas”, a w Niemczech tematem tym zajmują się już od dawna mądre głowy. Aktualnie planem jest równoważenie wpływów Turków, Jugoli, Polaków, Arabów i NAfri (“Nord Afrikaner”) ze starą miejscową krwią w roli kasty panującej, coś a’la Południowa Afryka, z czasów w których Mandela siedział jeszcze w więzieniu.

W Polsce głupi miejscowi uważają, że samo się to jakoś ułoży ograniczając się do grupki Greków, potem Wietnamczyków, następnie Czeczenów a ostatnio Ukraińców. Czeczeni w Polsce to ciekawe zjawisko: imho odegrają tutaj kiedyś taką rolę jak Włosi z ich rodzinnymi organizacjami biznesowymi w USA, trzeba tylko i u nas prohibicję albo inny debilizm na jakiś czas wprowadzić.

Endlösungu jeśli o Niemców chodzi w naszym upragnionym rozumieniu tego słowa nie będzie. Będziemy się nawzajem jak na dobrych sąsiadów przystało okładać laskami siedząc obok siebie, każdy we własnym wózku inwalidzkim oczywiście, aż wpadnie do nas leśniczy i po rytualnym “Salam Alejkum” pogoni i nas i Niemców z lasów, które ciągle jeszcze uznajemy za swoje.

Bo las, nawet las monokultury sosny, to i tak o niebo więcej niż ma do zaoferowania Sahara czy pękające od skwaru skały Afganistanu. I tutaj ministrowi Szyszce należą się wyrazy szacunku: strategia wyciętej puszczy to w końcu do cholery jest jakaś strategia, to jakaś wizja. Nawet jeśli niszczenie własnego habitatu jest głupotą: to nasz habitat i mamy prawo go wyciąć. Kiedyś odrośnie albo i nie. Ponieważ jednak nas wtedy już i tak nie będzie (a przynajmniej nie będzie nas tu na miejscu), to mniej zaboli. To takie typowo polskie: sam nie przeżrę a następcy nie zostawię. Nie będzie Mohammed sobie z polskich dębów alkowy do haremu strugał!

A co do nas: mamy przesrane, czujemy to przez skórę, ale najwyraźniej nie jesteśmy w stanie własnego losu zmienić. No to wypadałoby wzorem tow. Rakowskiego jeszcze ustalić kto sztandar wyprowadza i dokąd. Bo prawdziwych sarmatów poznaje się po tym, jak kończą.

Allach jest wielki.

Post Scriptum. Celem zwiększenia nakładu (klikacze klikać!) postanowiłem dopisać happy end. Opowieść z happy endem sprzedaje się lepiej.

Happy endem w skali europejskiej będzie “bum” na skalę kontynentalną. Nie “boom” tylko “bum”.

Francja jest naszpikowana reaktorami jak ruskie pierogi boczkiem. W Niemczech też tych reaktorów trochę jeszcze stoi. U Czechów też są, w Szwecji również, i na Białorusi, i na Litwie, i na Ukrainie i nawet w Obwodzie Kaliningradzkim, tym bękarcie procesu przesuwania granic po ostatniej rozpierdusze reaktory stoją.

W Polsce może też kiedyś będą (pożyjemy zobaczymy, jak mawia mistrz Zen). Te kierunki są dla nas istotne, bo one są z paragrafu “wiatr stamtąd wieje”.

Jedyne co chroni nas przed jądrowymi fajerwerkami już dzisiaj, to stałe dostarczanie do tych reaktorów energii elektrycznej celem utrzymania w nich wymuszonego pompami obiegu w układach chłodzenia. Nie ma znaczenia, czy reaktor efektywnie energię produkuje, czy nie. On ją zawsze w postaci ciepła wytwarza i zawsze część na własne chłodzenie zużywa. Zawsze. Tak długo, aż zostanie rozebrany, ale to nie o to chodzi. Nie ma energii, nie ma chłodzenia. Nie ma chłodzenia jest Czarnobyl. Chodzi zatem o Czarnobyl.

Dlatego dla naszych następców na tym kontynencie mamy niespodziankę: przyjdą na gotowe, nas pozabijają i zjedzą, naszymi oszczędnościami się obwieszą, nasze zwłoki do rzek powrzucają albo psom rzucą, naszą ziemię gospodarskim okiem obejmą. Nie zdążą się jeszcze swoim nowym Lebensraumem nacieszyć, nie zdążą go jeszcze pomiędzy siebie podzielić a już na horyzoncie zaczną pojawiać się grzybki. Skóra zacznie naszych następców swędzieć, włosy zaczną wypadać, wzrok zaczną tracić…

To my, to nasze dziedzictwo. Który Ali wpadnie na to, żeby prąd do starej odłączonej elektrowni wysyłać? Który Mohammed wyważy i wypośrodkuje wirniki turbin? Kto pospawa dziury w pierwotnym (zamkniętym, skażonym radioaktywnie) obiegu chłodzenia reaktora i to pracując zdalnie? Ilu operatorów takich robotów szkoli się rocznie w Damaszku? Wiecie, że pięciotonowy, dwunastometrowy wirnik generatora napędzany parą wodną obraca się z prędkością 100k RPM? [40-120k rpm – przyp. @rednacz]. A wiecie, że montowany jest w obudowie z dokładnością do dwóch tysięcznych milimetra? [powiedzmy, na dwie dziesiąte to tam można dać wiarę, przy montażu gripena całość jest składana z taką dokładnością – po długości wychodzi jakieś ćwierć milimetra dokładności – przyp. @rednacz]. A wiecie co on jest w stanie zrobić, jeśli oś jego obrotu będzie oddalona od środka jego masy o więcej niż pięć setnych milimetra? [dotrze się,  po prostu łożyska częściej trzeba wymieniać jak wychodzi mało dokładnie;  ale zdarza się takim ustrojstwom, balanserom, obrabiarkom, czasem wypaść i tak pofrunąć po hali, czasem pociąg spadnie spod sufitu, czasem tam gdzie się robi pociągi to spada co innego i gąsienicami w kreta się chce bawić, na szczęście fundament stalowy dwa metry w głąb wpuszczony – przyp. @rednacz].

Nie wiecie? Takie ustrojstwo wyrwane z fundamentu frunie sobie przez halę elektrowni, mieląc po drodze ludzi, ściany, lokomotywy, mieląc dokładnie całą materię która stanie takiemu wirnikowi na drodze. Trwa to całkiem długo, zanim taki wirnik się gdzieś za sąsiednim miasteczkiem uspokoi. 100k obrotów na minutę to całkiem solidna prędkość, pięć wirujących ton daje całkiem solidny moment obrotowy. Potencjał zrobienia sobie ‘ała’ jest całkiem spory.

Endlösung w kwestii sąsiedzkich stosunków pomiędzy Teutonami i Lachami wyglądać zatem może tak, że wzajemnie będziemy się kąsać po kostkach powoli sobie biologicznie wymierając. Bo ani jedni drugich ani drudzy pierwszych do końca wyrżnąć rady nie dadzą, różnica potencjałów jest zbyt mała.

I dobrze jest tak jak jest, to nasz płot i nasze sztachety. Ale jak nas obcy z naszej Europy pogonią, to nasz “dead man switch” uczyni ją pustynią pykającą sobie regularnie w odczytach czujników Geigera.

Bo może i osranym, ale to naszym osranym do wierzchu być musi. Dlatego jest to happy end: albo my (wraz z nielubianymi sąsiadami),
albo “żeby nic nie było”, tak jak naucza Kononowicz.