Drzwi na małego kota

Temat o proporcji inwestycji do wyników w różnych systemach podatkowych oraz ich rezultatu nie jest zamknięty. Podałem kilka rozwiązań, jedno na rympał, inne na zwinięcie, wyjaśniłem też rozwiązanie skali. Podam teraz jak w praktyce wyszło z tymi rozwiązaniami (skali i bezinwestycji) oraz co nam zrobiły zmiany w demografii. Uważam, że to istotne, a sam jestem ofiarą własnych rozwiązań. Znam więcej ofiar i wszyscy to ludzie, którzy pochowali się w halach, szopach i na uboczu, często nawet bez postit na drzwiach, że “tu je firma”, a dostawy odbierają na telefon, przy czym pod adresem od ulicy nawet nie ma wjazdu dla ciągnika siodłowego, ale gdzie indziej owszem jest.

Skrót do liczb dla niecierpliwych mięsa.

Te drzwi dla małego kota to żart jednego emeryta, z mojego gadżeciarstwa i dopasowania narzędzi do konkretnych zadań “aby praca była łatwa i jakościowa”. Otóż dowcip jest taki, że dla zwierzaków w cieplejszych krajach robi się drzwi w drzwiach, mniej więcej coś takiego:

Oczywiście dla mniejszych zwierzaków mniejsze drzwi, a dla większych większe. Natomiast jak firma robi i duże i małe konstrukcje, czyli ma duże i małe koty, to oczywiście można wypuszczać małego kota drzwiami dla dużego, ale można zrobić jedne duże dla dużego, a drugie małe dla małego kota. To oczywiście bez sensu, ale ja tak właśnie robię i jeden emeryt się ze mnie śmieje, że mam w skrzyniach przygotowane różne stanowiska pracy, zamiast składać je doraźnie do danej roboty. Mała spawarka z małą szlifierką w jednej skrzyni do małych robót, duża spawarka z mejslem plazmowym do poważniejszych konstrukcji, tak jakby tą dużą nie dało się zrobić tego małego. Owszem da się, tylko stary, uparty osioł – czyli ja, ma do małego kota małe drzwi. I nikt mnie nie przekona, żeby kota puszczać niewłaściwymi drzwiami. Porządek musi być.

Żebym to tylko ja tak miał, ale prawie cały przemysł w krajach uprzemysłowionych tak działa. Jest na bogato. Bo inaczej nie działa. Teoretycznie, gdyby stosować się do pomysłów teoretyków organizacji, to powinien jeden człowiek mieć jedną kompetencję i jedno narzędzie, a praca powinna docierać do niego w tempie, w jakim on pracę może najszybciej wykonać. Wtedy wszystko będzie działać sprawnie.

Tylko że nie działa, nie tylko sprawnie (działa wtedy na jakieś 15% założeń), ale najczęściej takie centralne zaplanowanie nie działa w ogóle przy pierwszej zmianie w rozwiązaniach.


Wybrałem przemysł i produkcję nie dlatego, że musiałem, tylko dlatego, że po tym jak sprite’y z basica 64 zaczęły ewoluować w grafikę na pixelach, a później pojawiły się modele 3d i rosła liczba fotoSzop, 3dmaxów, narzędzi do tworzenia dźwięku, że o coraz to nowszych i ciekawszych kompilatorach i wersjach języków nie wspomnę, sytuacja zmieniła się diametralnie o jeden drobny szczególik. Ten szczególik to to, że o ile w 1984 roku można było posiadać kompetencje, aby stworzyć coś autystycznie lub binarnie z kolegą, to w ’92 trzeba było już w trójkę lub siódemkę, a sprawa miała się pogorszyć – w ’99 wysiadłem z tego pociągu, coś tam niby jeszcze czasem sobie skrobnę w jakimś prostszym języku dla laików, ale czułem pismo nosem i tak mi wychodziło, że w 2010 będzie to przypominało pracę w kombinacie. A każdy będzie młody, więc będzie posiadał WYŁĄCZNIE jedną kompetencję, bo będzie zbyt młody, aby mieć czas na więcej, a ponadto nowe kompetencje będą powstawać w takim tempie, że ludzkim umysłem się tego nie ogarnie (no dobra, twórca java’y ogarnia, ale on ma nieludzki umysł, on jest spoza krzywej dzwonowej).

A propos krzywej dzwonowej – u Azjatów jest węższa, dzwon jest ciasny, mają inny rozkład, nie ma tam prawie kretynów niezdolnych do pracy (u nich jest 3% takich, u nas 10% takich), ale też brakuje tam wysycenia kreatywnymi geniuszami spoza średniej (u nich jest 3% u nas 10%), a takich bardzo spoza krzywej, co potrafią zdawać testy w ośrodkach medycyny sądowej w kilku językach osiągając rezultaty wzbudzające uniesienie brwi u Azjatów prawie nie ma. A u nas są i mamy lepsze 1,006.

Jednakże kompetencje w IT, wraz z popularyzacją komputerów stawały się powszechne, a płace spadały. Tymczasem w przemyśle rosły wymagania kompetencji, ale z braku podaży ludzi do przemysłu płace nie spadały. Dziś to widzicie już chyba w całej okazałości, od lat 60tych płace wszędzie spadły (siła nabywcza płacy), ale w przemyśle spadły najwolniej. Tylko dlatego, że nikt nie chce dziedziczyć tych zawodów, a i wymagania zawodowe bardzo się zmieniły. Jest to nisza. I wcale nie robi się w niej ciasno, bo w Azji mają ten sam problem – ludzie ze wsi ruszyli do przemysłu i praca w przemyśle kojarzona jest z pracą ponad siły, z tępakami w źle zorganizowanym i źle płatnym środowisku. U nich to jest stan aktualny, u nas wspomnienie z przeszłości. Ale wspomnienie tak silnie odciśnięte przez pokolenia ludzi, którzy zmarnowali sobie życie w przemyśle, że brakło ludzi chcących się tym zajmować. A z braku nadwyżek populacyjnych brakło nawet głupich, żeby ich tam kijami zagonić z nakazem pracy.

I to właśnie zjawisko doprowadziło do bardzo poważnych konsekwencji. Najpierw zaczęto substytuować pracę ludzi maszynami. Do pewnego stopnia się to udało, przy czym trzeba było coraz kompetentniejszych techników do utrzymania tych maszyn w ruchu, w tym czasie też zmieniła się “technologia” zarządzania przez gryzibiurwy i zaczęto wymyślać takie fikuśne wskaźniki jak kapitał na ilość zatrudnionych, więc formalnie wypchnięto poza firmy to, co można było wypchnąć (na przykład serwis), co oczywiście spowodowało, że to wszystko podrożało – ale gryzipióry co wyliczą, to wyliczą, a na koniec złożą czynny żal. Powolutku zaczęła się przesuwać średnia wieku w przemyśle, tak bliżej wieku emerytalnego, a w niektórych krajach gdzie wcześniej zaczęli, to opieka socjalna musiała nieprzytomnych starców zabierać przemocą, bo ci już nie kojarzyli o co chodzi w życiu, ale przy tokarce jeszcze im przytomność wracała kiedy nucili piosenki, jakie pamiętali z czasów, gdy zajmowali ruskim Stalingrad.

W pewnym momencie z braku podaży ludzi i normalnego trybu reinwestycji w przemyśle, żeby jako tako utrzymać się z narzędziami w ostatnich sześciu cyklach inwestycyjnych (30 letnie maszyny dalej pracują) wyszło na to, że na jedno stanowisko pracy przypada wielkie mnóstwo wartości księgowej. Ktoś to musiał obsłużyć, więc przypadało na jednego człowieka wielkie mnóstwo kompetencji. Oczywiście ci, co sobie radzili z tym sprzętem, wiedzieli ile to dokładnie jest to wielkie mnóstwo i że mało kto sobie z tym chce radzić, więc na coroczne korpo-pytanie-ewaluacyjne “ile Pan chce zarabiać?” grzecznie odpowiadali tę właśnie kwotę “wielkie mnóstwo”. Im podwyżek co prawda nie dawano, ale nieproduktywnej reszcie lemingów płacono coraz mniej (w sile nabywczej). To nie jest tak, że dzisiejsze IT zarabia sporo (bo dużo to zarabia się w inżynierii górniczej), tylko cała reszta gryzoni po prostu nic nie umie wytworzyć, nawet czegoś takiego co się poprawi jak wywali błąd w linii. I jak nic nie umie, to się im też tyle mniej więcej płaci – nic.

I w takiej sytuacji historycznej wylądowałem ja. Ponieważ jakoś tam sobie radzę z ogarnianiem kompetencji (mam dość ale ciągle ogarniam nowe – bo muszę, a już mi się nie chce) to i tak do ich wykonywania potrzebuję narzędzi. Ponieważ maszyny, fabryki, linie technologiczne całościowo albo działają – i wypluwają rezultat, albo nic nie wypluwają (albo brak na śmieci), to nie ma innego wyjścia niż utrzymać je w ruchu w całości.

Oczywiście że teoretycznie powinniśmy nauczyć 16 latka w dwa lata jakiś tam podstaw jednego zawodu (na przykład elektryki) i w pięć lat zawodu w całości, tak żeby w wieku 21 lat mógł stanąć w fabryce do pilnowania działania sieci elektrycznej i jakoś to ogarniał. Teoretycznie, bo w praktyce to potrzebujemy na przykład 1/7 etatu elektryka w firmie. A jeszcze dochodzi sieć poza firmą, gdzie nam się nie wolno dotykać, bo to cudze, ale nam prąd dostarcza. Na 1/7 nikt nie przyjdzie, a jak ma się siedem firm podzielić elektrykiem, to znaczy, że ten elektryk musi sobie założyć firmę. Ponieważ biurwa dociąża go jeszcze dwiema operacjami (75% opodatkowanie), to znaczy, że on tę firmę będzie skutecznie prowadził (i raczej wtedy ją otworzy) kiedy będzie miał 30 lat, a do tego czasu to go muszą utrzymać rodzice. No i jeszcze znajdźcie takiego naiwnego, co będzie czekał do trzydziestki z realizacją potrzeb życiowych, kiedy popęd już po szczycie. Takiego wała!

W rezultacie nie mamy 1/7 elektryka nawet za potrójną stawkę za te operacje, bo musimy płacić poczwórną, żeby on tylko zapłacił podatki, a pięć lat doświadczenia w elektryce, 5 lat w biurwieniu, żeby ogarnąć papiery, i pięć lat doświadczenia w ogarnianiu firmy (kup, zamów, przywieź, dowiedź, zapłać, zorganizuj kapitał – to nie w kij dmuchał – to są kompetencje, a za swoje się ich uczysz), przy takim przesiewie usługi elektryka są bardzo drogie, nie x3 czy x4 ale x15. Jednak JAKOŚ trzeba firmy utrzymać w ruchu. No to trzeba znaleźć ludzi, którzy mają 1/7 kompetencji elektryka, co wskazuje nam jasno, że tych kompetencji muszą mieć więcej, albo musimy ich przepłacić nad ich produktywność. Co więcej, muszą oni mieć czym to wykonać, więc i tak musimy albo zainwestować w kompletne stanowisko pracy (o czym nie mamy pojęcia), albo musimy płacić premię za utrzymanie tego stanowiska pracy przez 1/7 elektryka. Tym tokiem rozumowania dochodzimy do wniosku, że ten co ma 1/7 tej kompetencji technicznej ma też 6/7 innych. Jak to by tak rozliczać ułamkami i uznawać, że są przynajmniej dwie kompetencje po 2/7, to taki człowiek ma zainwestowane w sprzęt 5 stanowisk pracy, czyli 25 lat normalnego oszczędzania, czyli albo jest bogaty z domu, albo bardzo zaradny i bezwzględny w biznesie, czyli ma jeszcze jakieś dodatkowe kompetencje pozainwestycyjne (na przykład biurwi, organizuje i umie prowadzić firmę). Nie wszystkie ma w praktyce 5 letniej, niektóre można skompresować do 2 letnich, ale… ilu takich ludzi jest na rynku, żeby z takim garbem inwestycyjnym hasali? Ile drzwi dla różnej wielkości kotów można mieć w kontenerze? Ilu ludzi ma władowane 25 letnie oszczędności w kontener i jak je zdobyli? Mają wszyscy po 55 lat? Jakie kasują premie? Skąd się w ogóle bierze taka rozrzutność w przemyśle, żeby w jednego człowieka wpakować pięć stanowisk pracy, z których przecież pięciu na raz nie wykonuje, tylko płacimy mu premię za to, że łaskawie jest i w razie jakby coś to “się zrobi”. Wiecie ile pneumatyki, hydrauliki, elektryki, konstrukcji, rur i maszyn może się wysypać w normalnej instalacji? A narzędzia nie rosną na drzewach – to wszystko robi się narzędziami, które raczej do niczego więcej nie pasują.

I to jest bardzo dobry interes. I ma się w tym interesie czas, żeby bzdety na blogach wypisywać. Nie ogryza się pazurów jak przy inwestycjach w obiecanki, tylko czy fabryka stoi, czy leży uncja złota się należy. Się oczywiście to przejada i mało co trafia do świnki skarbonki (wszak trzeba inwestować w park maszynowy, aby mieć drzwi na kolejne sierściuchowate), ale sami rozumiecie – jak to nie będzie utrzymane w ruchu, to nie będzie wypluwać żadnej wartości dodanej i bez dodawania nie będzie się dodawać. Będzie można sobie skargi pisać na ośle.

Nie jest jednak aż tak różowo – zapadający się demograficznie system podaży dóbr przemysłowych drga już agonalnie waląc się co chwilę przy kryzysach, kiedy “inwestorzy” starają się odessać wartość z “inwestycji” i wtedy kompetentnym nie opłaca się utrzymać instalacji w ruchu – więc się instalacja zatrzymuje, zostaje sprzedana za mniej centów od dolara i po przetasowaniach między fabrykami po kryzysie specjaliści wracają na miejsca – i jeszcze się kręci. Te coraz częstsze, agonalne drgawki trzeba umieć przeczekać, najlepiej wtedy wyjeżdżając, dopływ zasobów nie jest więc liniowy, trzeba umieć przeczekać “zimę”.

Do liczb

Policzmy jak funkcjonuje firma, która jest przeinwestowana zarówno kompetencjami jak i sprzętem. Po pierwsze taka firma nie wyprodukuje 180 jednostek, tylko w najlepszym wypadku 20, a ze względu na skrajną niepowtarzalność pracy jak dobrze pójdzie to z tego jest 10 dobrych. Tymczasem koszt amortyzacji ma tak jak już wcześniej ujawnialiśmy koszty rzeczywiste to pięcioosobowa firma (kompresujemy na jedną osobę) niby ma 2k amortyzacji maszyn, z tym że obciążenie ich użycia jest takie, że wypadałoby to rozliczyć na 20-25 lat, co by nam teoretycznie dało 400-500 zamiast 2k. Do tego dokładamy jeszcze fakt, że te maszyny są, niekoniecznie ktoś chce je amortyzować – bo na przykład po co mu maszyny za 25 lat jak on już wtedy będzie się w fotelu bujał i wnukom najwyżej zabawki z drewna majstrował pomiędzy starczymi drzemkami? No i pracownikowi trzeba płacić stówkę. Razem 500-600. Bez podatków.

Przeciętna płaca jaką przyjęliśmy to stówka (plus podatki, brutto brutto i takie tam co wymieniałem), a że to wielki specjalista to rozrzutnie można dać mu dwie. Podatki 3/4 czyli w budżecie korpo wynajmującego naszego zucha jest jakieś osiem stówek na to stanowisko pracy. Czyli na razie, pomijając podatki po stronie naszego podwykonawcy klient chce zapłacić więcej niż sprzedający zarobić. No to jest wyśmienita sytuacja, no to jest biznes, to tak powinno działać. Z tym że nie działa, bo podatki. Te straszne 3/4 i przepisy powodują, że tych 2k amortyzacji nie da się w takich warunkach nijak rozliczyć, nie da się nawet 500, ponieważ to nasze korpo to te osiem stówek ma na stanowisko pracy, natomiast narzędzi to oni też mają na hałdy, stosy i kontenery i wcale nie potrzebują cały czas tego co ma nasz specjalista (a musi to mieć, żeby osiągnąć ten pułap kompetencji – tego się nie odejmuje). Tymczasem specjalista po to ma ten kapitał zainwestowany, żeby za to kasować. Korpo oczywiście z pocałowaniem zapłaci za każde nawet licho zasadne użycie tego sprzętu specjalisty, jak specjalista stwierdzi, że tym co ma korpo to można sobie palcem w d pogrzebać a nie pracować – proszę jedź do korpo składu – bierz z półki nowe, lśniące, co chcesz, ile chcesz, tam nawet cen nie ma, to tylko nam fakturę przyślą. Ty się nie martw – Moskwa, znaczy Bruksela stawia. Gdyby płacić podatki w takich warunkach, to nasza firma musiałaby zarabiać jakieś 1600-2k, żeby to się spinało. To więcej niż kupujący jest gotów zapłacić. I to nie trochę więcej, tylko x2, x2,5 więcej. To jest problem. A żeby przemysł działał i wszyscy byli szczęśliwi, to ten problem trzeba jakoś rozwiązać.

Ponieważ w korpo nie pracują sami kretyni (owszem jest tam wielu lemingów, ale coś jednak musi tam działać normalnie), to oczywiście rozwiązanie istnieje. Po pierwsze to na co nam te urzędy? Po co nam jakieś układy triangularne? Oczywiście korpo to też biurwa, więc oficjalnie się takich propozycji nie składa, ale też w takich strukturach oferenckich dla korpo pracują ci co sami ROZUMIEJĄ. Korpo ma w budżecie 800, oferujemy rosnący r/r flat rate, które zbierze 500-600 plus wybryki. Wybryki są raz po tej stronie, raz po tamtej – ale to rzeczywiste koszty – więc na bogato, bo budżet trzeba wykorzystać – centrala w Moskwie wymaga, znaczy w Brukseli, bo tam ludzie na stanowiskach pracy nie mogą tak bezproduktywnie do pracy przychodzić – trzeba zapotrzebowanie składać na chleb z cementu. O to jak są rozliczane podatki od 500 nikt nie pyta, księgowi raz do roku skasują 100 czy 200, gra i koliduje, a za 5 lat to i tak w tym korpo nikt nie będzie nic pamiętał, bo na wszystkich stanowiskach z prezesem włącznie będą inni ludzie. Wszyscy mają rączki czyste, a ci na dole i tak pracują w kanalizacji i są przyzwyczajeni do pływania w podatkowym g. W rezultacie taki specjalista dostaje stawkę x2,2 specjalisty bez zaplecza podatkowo-firmowo-sprzętowego. Ale wszystko formalnie i fizycznie się klei, aż do samego końca. Jednak tak drastyczne obniżenie stawki musi być czymś okupione. Otóż korpo gwarantuje takiemu sprzedanemu specjaliście, że czy się stoi, czy się leży, to mu płacą, żeby nie szukał okazji inwestycyjnych, ten jęczy że mało, ale ma czas na inne aktywności i work/life balance, a obciążenie pracą nie jest jakieś drastyczne. Do tego czasem są gratis jakieś graty, narzędzia, części – amortyzacja i dosprzętowienie. W biurze kradną kredki i papier, w warsztacie narzędzia. Pozostaje prywatną sprawą specjalisty czy on przejada czy amortyzuje. Jak amortyzuje to mu z x2,2 wychodzi normalna stawka plus utrzymanie kapitału plus leniwy socjalizm plus fuchy, a jak szczędzi na amortyzacji, to drożej konsumuje, czy też odracza konsumpcję aby w jakiej godnej ilości centów za dolara korzystać gdy już mu nie będzie stawało.

Z tym że jak już zauważyliśmy nasz specjalista nie ma żadnej amortyzacji faktycznej, bo narzędzia to ma z korpo, i realne obciążenie jego sprzętu jest 1/20 w porywach. Ale liczy się za każdą rozpoczętą godzinę bieżącą – sami rozumiecie ileż to razy można rozpocząć godzinę w ciągu godziny 🙂

To jest oczywiście gospodarka oderwana od produktywności, to kompletny korpo socjalizm pod przymusem rzeczywistych efektywności. To kompletnie bzdurne i bezsensowne w makroskali rozwiązanie jednak masowo sprawdzające się w zwijającej się technicznie gospodarce kraju uprzemysłowionego, gdzie znikają ze starości kompetentni ludzie, a w konsekwencji muszą znikać firmy wymagające tych kompetencji. Zauważyliście już ten problem w ogłoszeniach z Niemiec choćby? Ilu im brakuje inżynierów? Techników? Rzemieślników? Wszystkim brakuje. A przecież było takie wielkie mnóstwo – socjalizm sprawi, że nawet na Saharze piachu braknie.

Z tym że jak już wspomniałem wcześniej ta nisza jest niestabilna. Już kilka razy mnie z niej wypchnęły załamania rynku zwijając mi korpo spod nóg. A sprzętu jest na pięć stanowisk pracy… albo lepiej.


Korpo ma jeszcze lepsze liczby

Oni tam też potrafią oszczędzić, ale inaczej. Wszak przy takich podatkach to oni też nie widzą perspektyw długoterminowych, więc przedsiębiorstwa muszą wyssać krótkoterminowo co powoduje, że każde nowe zapotrzebowanie z przyczyn formalnych (pojęcie kosztu jakiego unikaliśmy w mikrofirmie z przykładu powyżej) staje się inwestycją, którą trzeba pokryć w całości i wyczerpać fałszywym amortyzowaniem, po czym pozostałości zlicytować tak, aby znajomy królika miał z licytowania zysk, a korpo koszt czyli stratę, co wpłynie na podatek. Bo amortyzacja to strata w biurwie nazywana kosztem – nie jest konieczna do osiągnięcia przychodu, ale nie da się udowodnić, że tak jest w okresie czasu w jakim rozliczany jest przychód.

Jak pamiętamy z poprzedniego tekstu na ten temat moloch miał 4650 (+00) kosztów utrzymania się w ruchu przy płaceniu podatków jak urząd przykazał, i 5600 (+00) przychodu przy trwałej stagnacji w rozwoju jakichkolwiek produktów. Oczywiście jak kogoś interesują takie osiemnastoprocentowe zyski przy przejadaniu amortyzacji, to to może sobie ciągnąć. Z tym że tych zysków jest, zaznaczam jakieś 9500 wypłat średnich rocznie z każdych 500 pracowników. To można sobie dwór, służbę, kochanki i partie polityczne tym kontentować, jednać i przekupywać. Skala jest z przytupem, szczególnie jeśli skonsolidowana we władzy kilkunastu osób zarządzających takim cyrkiem. Co tam korpo ukradnie na podatkach, to księgowi do spółki z prawnikami zjedzą i jakimiś drobnymi na pokaz się ewentualnie podzielą, ale jak widać jest te 9500 średnich wypłat co roku do rozdzielenia. Czyli co miesiąc nasze 500 zasuwających niewolników utrzyma dodatkowy 790 na tym samym poziomie. Tylko nam się powoli zdegeneruje park maszynowy, ale! Ale! Zakup nowego parku maszynowego jest kosztem, który ujmie nam podatków – no taki żarcik na temat tego po co jest podatek dochodowy; otóż wracamy do kwestii, że mamy tam nakład inwestycyjny 20k*700 średnich stanowisk pracy (tam niektórzy drożej biorą), z tym że jak go wliczymy w koszty, to mamy nie 17 z jednostki produkcji, ale korzystamy na ten nakład (wsad, amortyzację) z pełnych 33 zysku z jednostki produkcji. Tylko dlatego, że mamy cały kapitał na start całej firmy i jej podtrzymanie. Mała firma też by tak teoretycznie mogła, tylko mała nie ma tyle biurwy w pionie żeby sobie pozwalać na takie rozliczenie, faktycznie może tak zrobić, ale tego nie udowodni, bo tam 2/3 pracy to przypinanie papieru i żeby to utrzymać trzeba obniżyć kasacje – czyli produkować wyłącznie w kolorze czarnym przez trzydzieści lat.

Rozumiecie żarcik?  9500 wypłat średnich rocznie, z tym że nowe stanowisko pracy w MiSiu kosztuje coś ze 60. Czyli przeżerając to na fiu, bździu wydatki socjalne wystawiamy tabliczkę – “nie powstało 160 stanowisk pracy w MiSiach – dzięki kolektywowi dowodzonemu przez urzędnika”. Pomnóżcie to przez 60 lat wstrzymywania inwestycji w tylko jednej, dużej firmie. Gdzieś zniknęło miasteczko. A ile takich firm po 500 osób istnieje?

Nie jestem pewien czy wystarczająco jasno wyrażam logikę z poprzedniego tekstu o tych rozliczeniach w tym co robi korpo, więc na przykładzie.

Przykład:

Państwo z wielkim przytupem inwestuje, inwestycje państwowe, weźmy się wszyscy razem do kupy i se zbudujmy dobrobyt, ten dobrobyt daje dużo kasy, to jest infrastruktura, ona będzie działać po wsze czasy i ze zwrotów nam kiedyś coś zapłaci (niby emerytury) – pomożecie?

No i pomogli.

Zbudowali w latach 40-50 (u nas wtedy wojna była 39-52 razem z domową) sieć kolejową i to część od razu na prąd. To była inwestycja. Wielka, kosztowna inwestycja i zaczęły pociągi wozić towary, ludzi nawet, i komunikować kraj.

No i amortyzację wydawano na 1,035, więc powoli rosły koszty serwisu, na każdą nową pięciolatkę finansowano to dodrukiem. W rezultacie dziś, w 2017 mamy w Szwecji sieć kolejową jednotorową z mijankami (tak – 2017 i tory z mijankami), więc jak chcecie sobie pojeździć szybkim pociągiem to się nie da. Jak zorganizować logistykę na jednotorowych połączeniach to najwięksi specjaliści z Japonii nie wiedzą, bo natężenie ruchu (obciążenie sieci) jest zbyt wysokie. Do tego trakcja elektryczna jest też z lat 50tych i się sypie, dosłownie w oczach, utrzymanie serwisantami oznacza “naprawianie tego co się popsuło” a amortyzowanie sprzętu “naprawienie tego co się popsuje zanim się popsuje”. Gdzieś pomiędzy tymi skrajnościami jest codzienna przytomność prowadzenia biznesu prywatnego i trzymanie wszystkiego w ruchu tak aby racjonalność wydatków nie była nadto nadszarpnięta (tak, ja wiem, drzwi dla małego kota i pięć stanowisk pracy skondensowanych w jedną firemkę, no to taka jest ta racjonalność kompetentnego prywaciarza). Gdyby co pięć, siedem lat to 18% ROI ładować w odtwarzanie całej sieci to by mogła być niejaka rozpusta, bo przecież jest tyle innych wydatków i nie samą koleją Szwed żyje. Szwed żyje przede wszystkim myśliwcem, okrętem i obroną wybrzeża, bo za morzem czai się soviet i szwab i Szwedowi żyć nie da żaden z nich jak tylko gardę na chwilę opuszczą – Szwedzi wiedzą co w Polsce narobili strategiczni partnerzy i oni tak nie chcą skończyć to się zbroją. A agentura im w tym przeszkadza.

Nie ładowali więc w budowę nowej sieci przez 60 lat. Dziś ta sieć to sypiący się skansen, a duże firmy (między innymi IKEA) z litości podjęły postulowanego przez Pana Karonia “róbta co chceta – jak chceta to se zróbta” i sobie zorganizowały transport zastępczy autobusowy żeby leming do pracy mógł dotrzeć na czas. Korpo techniczne ma inne problemy – bo parkujemy coraz większe samochody na coraz bardziej zagraconym parkingu, nic nie wspominają żebyśmy jeździli do pracy autobusami, bo jak każdy przyjedzie własnym autobusem (redneckom nie wyjaśnisz, że chodzi o komunikację publiczną, publiczne to są domy), to dopiero będzie ciasno, a i tak zdarza się, że kto przyjedzie ciągnikiem albo buldożerem, czy z jachtem na przyczepie. Nie ładowali więc w infrastrukturę i się ta infrastruktura zaczęła sypać. Drogi też mają wady – na przykład nie mają odpływów (działających), więc jak jest deszcz to spada przepustowość. Sieć elektryczna ma te same wady, więc firmy nie można tam gdzie się chce, tylko tam gdzie duży prąd dochodzi, a sieć teleinformatyczna właśnie jest przygotowywana jak na wojnę, więc narobiło się przy tym przekrętów aż giełdą szarpnęło (Eltel, Securitas) i kupa sprzętu poszła na licytację (w tym polski oddział Eltel i jacyś podwykonawcy).

Ale dobrobyt w tym czasie był, a że dziś infrastruktura się wali – chceta to se zróbta. Jak umieta oczywiście ponaprawiać to sobie zrobicie. No i jak macie narzędzia.

A przecież i serwisantów zabrakło (demografia), żeby to wszystko jako tako utrzymać. Jeśli myślicie, że służba zdrowia w Szwecji działa jakoś sensownie, to wyprowadzam Was z błędu – w Szkocji jest co prawda gorzej, ale to nie powód aby korzystać z którejkolwiek z nich. Na szczęście wchodzi prywatna służba zdrowia, bo wcześniej taka była rezerwowana tylko dla starych pieniędzy (gamla pengar), a teraz będzie po prostu za pieniądze.

Mam nadzieję, że ten przykład wyjaśniający jak przekręcić infrastrukturę jest zrozumiały. Zastanawiacie się czemu w Polsce jest problem z budową elektrowni, a ile wydano na nieistniejące atomowe to pozostaje zgadywać? No właśnie dlatego i w taki sposób jak opisałem.


Jakkolwiek dwie opisane metody obecnie będące w użyciu, to są one istotne. Pierwsza jest smarem utrzymującym infrastrukturę w ruchu, ale bez możliwości legalizacji dochodu w postaci nieruchomości w danej jurysdykcji wprost (bo z przełożeniem na słupa i owszem). Czyli nie wolno się oficjalnie bogacić. Druga jest przyczyną, dla której siła nabywcza pensji spada – otóż każde takie “weźmy się i zbudujmy” oznacza emisję (kredytów, waluty, akcji, obligacji państwowych czy korpo – wszystko jedno), a ta wylewa się w kolejnych dekadach wąskim strumieniem podnosząc koszty wszystkiego i obniżając dochód pozostający w dyspozycji. Wysysa to powoli zasoby od pracujących w stronę zachodzącego słońca, ponieważ nikt na tym nie zarabia – po prostu pozorowana jest praca, bo serwisowanie infrastruktury, a budowanie nowej daje bardzo odmienne rezultaty.

Przy projektowaniu każdego zestawu udogodnień (na przykład domu i gospodarstwa) musimy się zastanowić jaką część pracy (ile godzin dziennie) jesteśmy w stanie poświęcić na serwis i obsługę. Przy projektowaniu państwa też. Następnie trzeba sobie zdać sprawę z kompetencji jakimi się dysponuje i nie przekombinować. Bo owszem – kompetentne panie elektryczki mogą na drugiej szychcie utrzymać nam walącą się infrastrukturę przesyłową, ale w tym czasie nie będą rodzić kolejnego pokolenia. A jak już zwracałem uwagę dość istotną konsumpcją jak ma się z jednej strony Rosjan, a z drugiej Niemców są zwarte oddziały stojące na straży w miarę samodzielnego podejmowania decyzji. Te oddziały nie rodzą się na kamieniu, nie są uzbrajane w patyki z lasu, trzeba ich płodzić, urodzić, wychować, ustawić w szeregi, nauczyć obsługi sprzętu, sprzęt wyprodukować, to strasznie dużo czynności. Jeśli zaś przeznacza się ten czas i środki na opiekę nad starcami, downami, imigrantami, uchodźcami i propagowanie gender, to liczyć można tylko na to, że Niemcy zapomną o swoich przyzwyczajeniach i nie napadną. Ale liczyć na raz, że Niemcy i Rosjanie zgłupieją, to szalony optymizm.

Ktoś więc musi czuwać, aby państwo było otoczone Bałtykiem, a nie rozciągnęło się nagle od Władywostoku po Lizbonę. Bo któż wie jak zarządzać tak dużym państwem? Próbował kto?

Druga strona medalu

Przegięliśmy z wymaganiami od samych siebie, bardzo dawno to zrobiliśmy. Crackdown na tym aspekcie był pewny i to że dojdziemy do tego, o czym opowiada Pan Karoń było gwarantowane naszymi własnymi oczekiwaniami. I nie chodzi mi o metodę zdobywania władzy jaką jest marksizm, chodzi mi o te najprostsze konsekwencje – prawo do lenistwa, dyktaturę przyjemności. Poddaliśmy się straszliwemu rygorowi, aby osiągnąć sukces, a później dokręcaliśmy śrubę samym sobie. Azjaci dokręcają ją sobie dalej, ale demografia zaczęła piszczeć. Każdy problem powstały z dokręcania śruby rozwiązywaliśmy substytuowaniem urodzeń – przedłużaliśmy nasze życia rozsmarowane jak odrobina masła na zbyt długiej pajdzie chleba.

Zaczęliśmy bardzo dawno. Nasze dzieci rodzą się niedorozwinięte – nie chodzą, nie komunikują się, tylko leżą i konsumują. W przeciwieństwie do większości zwierząt nasz rozwój nie jest w stanie przebiec do poziomu “zdolny do samodzielnego podążania za stadem” w łonach naszych matek. Mamy zbyt wiele wybiórczych przystosowań, które powodują, że nasz rozwój musi przebiegać poza tym komfortowym środowiskiem i potrzebujemy opieki stada, aby nas nosili, kołysali, uczyli komunikować potrzeby, komunikować myśli, polować, programować, konstruować wahadłowce. Azjaci są opóźnieni w rozwoju dziecięcym w stosunku do nas, my w stosunku do murzynów. To znaczy, że każda kolejna wersje hominida wymaga więcej czasu opieki, gdyż coraz większa część rozwoju przebiega poza łonem matki. To już detal, że zdolność do rozrodu faktycznie osiągamy po kilkunastu latach od urodzenia, a nasze ciała są przygotowane na maksymalnie 30 lat użytkowania (ludzkie zęby nie wytrzymają dłużej na naturalnej diecie – nie mają zdolności dłużej ścierać ziaren i ogryzać kości, ale na jogurtach i chlebie pociągną, gdy ziarna zmielą za nas żarna).

Dokręciliśmy sobie śrubę dalej, aby zdobyć istotną ilość umiejętności przedłużaliśmy czas nauki, przedłużaliśmy go w nieskończoność, kolidowała z tym biologia – trzeba się rozmnożyć zanim się umrze. Zanim organizm wyczerpie biologiczne możliwości do skutecznego rozrodu. Musimy, to absolutnie konieczne. Musimy mieć je ponad śmiertelność. Ograniczyliśmy śmiertelność wysiłkiem intelektualnym, pokonaliśmy wiele chorób, nawet rodzą się dzieci, które w ogóle nie powinny żyć, gdyż nie nadają się do funkcjonowania (wypadałoby je zrzucać ze skał, czy co tam akurat mniej drastycznego mamy w dyspozycji). Mamy technikę, mamy leki, mamy wsparcie maszyn, mamy ropę i nie potrzebujemy już karmić koni konkurując z nimi o żywność przetwarzaną na moc. Nawet ropę jemy – coraz częściej w postaci serów i tłuszczów, węglowodorów jest mnóstwo we wszechświecie, w układzie słonecznym całe planety i księżyce są tym pokryte. Ropę mamy też w krowach, w zbożu – nie uprawialibyśmy takiej ilości żarcia gdyby nie maszyny pompujące wodę, środki przeciw szkodnikom, chorobom, gdyby nie maszyny napędzane ropą, które orzą, sieją i zbierają. Bez smarów nie działa żaden silnik, żaden kawałek substytutu smarującego nie jest do wytworzenia bez użycia ropy, za wyjątkiem brązu, no ale nie chcecie wracać do epoki brązu?

Dokręciliśmy śrubę za bardzo, najpierw zaczęliśmy wciskać zdolnym do rozrodu 14 latkom, że są za młodzi na posiadanie rodziny, bo dopiero w wieku około 12 lat zaczynają łączyć kropki przyczynowo skutkowe, wymyśliliśmy im 15 lat (hiszpańskojęzyczni w Ameryce Południowej dla dziewcząt), potem 16 lat (Szkocja i Irlandia jeszcze niedawno), 18 w wielu krajach. Gdzieniegdzie celują już w 21, a na przykład prezydent musi mieć wielkie mnóstwo, tymczasem Iskander miał lat 17 gdy wygrywał pierwszą bitwę – z tym że to była epoka brązu, a nie ropy. Faktycznie zaś przesunęliśmy granicę rozrodczą na 28 lat, bo 25-26 zajmuje “nauka”. Czyli od osiągnięcia dojrzałości (około14 lat), gdy człowiek może mieć potomstwo, różnymi zakazami i nakazami wstrzymywaliśmy możliwość realizacji popędu, aż do czasu gdy “dom, kariera, samochód”… no to przecież nie miało prawa się utrzymać. Nic dziwnego, że jak ktoś wyszedł z propozycją, żeby jednak z tym wszystkim dać sobie spokój, i jednak realizować popędy to wszyscy się ucieszyli. Bo ta nasza “cywilizacja” to jednak straszny kierat. Aby utrzymać skupienie intelektualne i system kary/nagrody na nauce należy wstrzymywać u nastolatków popęd. Czyli nie informować ich o możliwości realizacji popędu (rozdzielne nauczanie kobiet i mężczyzn – nie bredźmy, że to dziewczęta i chłopcy – są dorośli – mogą dawać życie, mogą odbierać), a nawet karcić za realizowanie samodzielne. No fajnie – można taki reżim u co mniej spostrzegawczych utrzymać do 16 roku życia, ale krew nie woda. I się “cywilizacja” rypnęła.

Do tego starsi też nie w ciemię bici, przecież każdy przytomny samiec ma oczy i bardziej odczuwa popęd do płodnej 20tki niż do 30tki. Bo gatunek musi przetrwać, a 30tka to już raczej planu minimum – trzynaściorga dzieci nie wykona. Z tego połowę wytłuką choroby do 5 roku życia, jeden będzie głupi, drugi będzie miał wypadek i może czwórka, może piątka przy wielkim szczęściu da radę przeżyć. Cywilizacja poradziła sobie ze śmiertelnością przy porodach, więc połowa kobiet nie umiera przed wykonaniem planu i nie trzeba mieć 4-5 dzieci osiągających dorosłość, można 3-4. A z resztą śmiertelności też sobie jakoś poradziliśmy i wypadkami w pracy w wieku dziecięcym tyle o ile. Zabraniając dzieciom pracy oczywiście.

Było kwestią czasu, aż ktoś wyjdzie z propozycją, żeby dać sobie z tym spokój, wrócić do ogniska, palić zioło i urządzić bachanalia. Nie ma się co oszukiwać, że smarkaczom nie spodobało się czekanie dekad na kolejkę do młodych samic, kiedy starsi i zaradniejsi, mający szerokie kompetencje, a w rezultacie zasoby w dyspozycji mogą sobie po prostu młode samice kupić – stać nas. Do tego nie mogli się dopchać do kompetencji i zasobów (a po co starszym konkurencja?) i posłuchali pierwszej propozycji – “przestańcie pchać kierat, a my każemy starym pracować”, z tym że to była propozycja wyborcza, to równoległa padła “starsi mają prawo odpocząć – zmusimy do pracy młodych”. Sprzeczności w tym systemie politycznym nikt w porę nie dostrzegł – zdążyliśmy zlikwidować szkolnictwo zawodowe, z wyższego zrobiliśmy socjolożnię i eurogeistykę, z miejsc pracy mordor, a przestrzenie gdzie jest normalna gospodarka i etos pracy zaczęły się zawężać – one są, ale tam się nowych ludzi już nie wpuszcza. Tam tylko z polecenia, z wychowania, z rodziny. To zawężająca się mniejszość – prekariusze tam nie wchodzą. Nawet się im nie mówi gdzie taka gospodarka jeszcze jest ukryta i w katakumbach buduje dobrobyt, ale już wyłącznie dla siebie samych, bo nie wytwarza tyle, aby dać wszystko wszystkim nierobom.

I musimy to zorganizować jakoś inaczej. Albo wyginąć. Bo to my oczekujemy takich kompetencji, jakie w praktyce wynikły w tekście powyżej. Nasza wina, bardzo wielka wina. Myśleliśmy że podaż ludzi do przemysłu jest za darmo ze wsi. Wydawało nam się. Ledwo 150 lat temu zaczęło nam się wydawać i już jesteśmy mniejszością na wymarciu.