Duże hobby – mała praca

Ja tak ciągle o przemyśle, o produkcji, bo sami Państwo rozumieją – ja jestem z początku koderem. I jak byłem mały i jeszcze w Czerwonym Raju dostałem pierwszy komputer, to mi wszyscy mówili, że to jest przyszłość i z tego będzie kasa, bo to mało kto umie obsługiwać. Ponieważ dziecięciem byłem naiwnym, a narzędzie do obsługi proste, ciekawe i dające duże 1,006 po każdej zmianie kodu, to poszedłem w tym kierunku. Jak już dziecięciem nie byłem (przynajmniej we własnym mniemaniu) i zaczęły mnie interesować tematy bardziej frywolne, to zacząłem się orientować, że – przynajmniej w moim środowisku – zarówno komputery, jak i umiejętność programowania, są dość powszechne. Ja oczywiście dzisiaj wiem, że to bias był, bo to dość szczególne środowisko było, a nagrywarka CD zapewniała przy odrobinie obrotności lepszy żywot niż z handlu używkami przy braku jakichkolwiek szykan z czyjejkolwiek strony, no ale w tym małym świecie przyszło mi zarabiać swoje ciężko uciułane, mimo że człowiek na boku papiery przekładał, księgowość podliczał i innym popiwkiem się jako brzdąc zajmował.

Komputery to, owszem, była przyszłość, tylko kto się w porę nie połapał, żeby z tego pociągu wysiąść, to został tam razem z dwoma miliardami konkurentów w składzie jadącym z wycenami na południe i nabierającym prędkości w rozszerzaniu kompetencji w takim tempie, że większość pary pchających skład szła w gwizdek. Nie róbmy sobie żartów – to, czego się nauczyliście 20 czy 30 lat temu z tej branży, to się dzisiaj nawet nie nadaje do uruchomienia kalkulatora. Chyba że w przemyśle – tam są i takie, i starsze maszyny – tam się przydaje. Po co to zmieniać skoro działa?

Jeśli jednak nauczyliście się 20 czy 30 lat temu coś produkować, toczyć, wiercić, frezować, to w tej kwestii, mimo postępu w materiałach, zrobiło się najwyżej taniej; sama technologia zmieniła się jednak niewiele, ot tyle że jest nieco prostsza w użyciu i nie trzeba czytać z noniusza – jest wyświetlacz na vernierze.

Te pociągi dalej jadą, dalej do przodu, ale ten przemysłowy pojechał do Chin, a nie wszystko da się dowieźć z dowolnych odległości, wożenie wszystkiego nie zawsze jest zasadne ekonomicznie, a czasem trzeba pewne rzeczy pokleić na miejscu. W rezultacie pociąg z przemysłem zaczął piąć się płacami do góry. Ja oczywiście wiem, że dla młodych ludzi, którzy pierwszy raz widzą ofertę czystej pracy przy klawiaturze za dwie albo trzy średnie krajowe, to jest to chwycenie Pana Boga za nogi. A jak dostaną dwa razy więcej w Lądku, to pakują się tego samego dnia. Z tym że coraz częściej będą konkurować z Pakisem i Czajnikiem, bo z Sovietem dawno już konkurencję, ze względu na poziom kształcenia technicznego, przegraliśmy. Gdy u nas szkolnictwo szło na manowce, oni z przyzwyczajenia jeszcze dokręcali śrubę i dobrze na tym wyszli. Taki jest los mieszkańców kolonii niestety. Sytuacja jest jednak obecnie taka, że ludziom, którzy potrafią wytworzyć, skonstruować, wyprodukować cokolwiek, płaci się dziś większe mnóstwo niż klepaczom kodu, a to z tej prostszej przyczyny, że próg wejścia w te kompetencje jest bardzo wysoki. Straszliwie wysoki. Natomiast utrzymanie się w tych kompetencjach jest już tanie i nie wymagające stałego przebierania łapkami w kołowrotku.

Produkcja pokrywek do garnków, w warunkach lichszych niż garażowe, wygląda tak:

 

Wiem, że przegonienie kogoś od klawiatury, bez butów roboczych do takiej roboty jest nie do pomyślenia, przynajmniej tak długo, jak garnki są w sklepach. Bo mleko bierze się z lodówki. Chyba że mleko nie pojawi się w lodówce i co wtedy? Na razie możemy podziwiać kunszt chińskich panów, którzy robią to, co ukazani w innym tekście na zdjęciu wąsaci panowie z naszych okolic sto lat temu (prawdopodobnie Dingxiang – Shanxi Liyang Forging Co. ltd – ale nie jestem pewien, te wszystkie ich przydomowe kuźnie w ogródkach wyglądają podobnie):

 

Ale czy gdyby przypadkiem trzeba było coś wyprodukować, to liczycie że zrobią to jakieś roboty? Zautomatyzowane hale? Ci ludzie, co się wkoło tej odkuweczki kręcą, to oni doskonale wiedzą co robią. I raczej nie robią tego za darmo. Mamy Czytelników organizatorów, takich jak @Wariat, a i innych mamy, ale się nie ujawniają, to nie będziemy się im naprzykrzać. Potrafią spiąć łańcuchy zamówień i coś tam uzyskać. Ale te ich łańcuchy wymierają, a tu gdzie mieszkam już powymierały i jest drożyzna, z której się korzysta, a maszyny i narzędzia są tanie, bo tak po prawdzie Czytelnicy co mają te 3-4 średnie krajowe, w ogóle by podeszli bez strachu do maszyny, co stal kuje w dymie & hałasie, iskrami wkoło sypiąc? A jeśli chcecie mieć światłowody, to szpadlami się pod to nie kopie, tylko koparkami, a koparki są z odlewów oraz odkuwek (od biedy można je spawać), i oczywiście na razie Pan Chińczyk nam koparki przysyła za to, że mu oddamy fabrykę tego, śmego i owego, ale w końcu wyprywatyzujemy się ze wszystkiego i co wtedy? Skąd my kolejnych Ukraińców do brudnej roboty weźmiemy? Będzie trzeba te koparki sobie samodzielnie wydłubać. A taki młoteczek, jakim operują ci Chińczycy na podwórku, to wiecie jak skonstruować? A takimi “młoteczkami” przypadkiem zdarza mi się operować i mimo plugawych szat, jakie się w tej robocie przywdziewa, to płacą tam odrobinę więcej niż przy klawiaturze. Z tym że wypadki przy pracy nie sprowadzają się do przeciążenia nadgarstka.

A czasem nie jest to kwestia ceny, czasem trzeba przedyskutować z sąsiadami kwestie zasadnicze odnośnie położenia miedzy i tego że między Łabą, Donem i Nysą najważniejsze my są. Nawet nie śmiem pytać ilu z Czytelników umie jeździć samochodem, ale śmiem zapytać ilu umie ładowarką, dźwigiem, widlakiem, już nie pytam o kwity na to – wystarczy, że umie. A przecież to wstęp do kierowania czymś cięższym i bardziej funkcjonalnym.

Nie szalejmy jednak tak od razu. Można się zapakować w plecak, można na skuter, można do samochodu, do pickupa, na ciężarówkę, nie żałujmy sobie – są i Czytelnicy, co mają własną bocznicę kolejową, z tym że nie używają – ale skoro jest, to kusi użyciem. Przemysł ma jednak dość proste potrzeby, w większości to instalacje już w Europie i w Polsce jakieś są. No, w Polsce mniej, bo to kraj agrarny i za przemysł się tam do statystyk podaje zakłady rzemieślnicze & manufaktury, ale prawda wychodzi na wizytacjach tego samego w innych krajach – że to jednak nie jest przemysł tylko duży garaż w formie hali. Przemysł trzeba utrzymać w ruchu. Ruch zapewniają silniki, pompy, taśmociągi, suwnice. Akurat pompy najczęściej mają taką wredną przypadłość, że się ścierają w czasie pracy, a najlepsza praca jest w wydobyciu, więc taka głupota, jak odsysanie piachu z rzeki, zapewnia konieczność ciągłej regeneracji korpusu pompy przez napawanie, łatanie, szlifowanie, tak aby jakościowy piach z rzeki trafiał na budowę by zapoznać się ze stalą, wodą i cementem. Bo mieszkać gdzieś trzeba i chociaż wirtualny domek z Cada wygląda przyzwoicie, to jednak jego niematerialność sprawia, że przed deszczem, wiatrem i śniegiem nie chroni, a plugawa rzeczywistość pokazuje nam ile mamy metrów na twarz i w niektórych krajach mniejszy ścisk, a większy komfort, jest w więzieniach.

Z punktu widzenia wymierającego pokolenia, które pracowało w latach 60-80 w przemyśle i masówką zostało zdegradowane do proli, co to “mamy tego pełno”, praca w przemyśle jest oczywiście głupim wyborem ścieżki życiowej. Obecnie mamy proli-koderów z Indii i problem nadmiernej alokacji w danej branży wywiera presję na pensje wśród klepaczy. A nie czarujmy się, ja żyłem jeszcze w czasach gdy za durną stronę internetową kasowało się minimalną pensję, bo takie było ssanie na rynku, że o poważniejszych rzeczach nie wspomnę. A potem był wodospad, bo się futrzaki na to rzuciły.

Na razie żadne futrzaki nie biegną w stronę przemysłu. Piasek do cementu by co prawda chciały, ale żeby kto inny to za nich wyczarował, a oni tylko podpiszą kredycik i “niech się stanie” (fiat). Jak już na przykładzie @cheniek z IT21 zauważyliśmy, kwota do spłaty kredytu rośnie wraz z postępami w spłacaniu. Dlatego sugeruję popatrzeć w tę stronę, w którą nie ma presji na alokacje ludźmi, mimo że Niemcy stają na głowie, żeby ktoś chciał do ich szkół rzemieślniczych się pofatygować i zostać robolem. Z tym że ta imigracja, jaka im się trafiła, nie chce, a u nas są pewne fochy po tym jak batem pognali naszych dziadków w tamtą stronę do roboty.

W dawniejszych tekstach pisałem jak wygląda strona konstrukcyjna, instalacje, które COŚ produkują, w rozumieniu produktów materialnych, a nie “produktów” ubezpieczeniowych, bankowych i innych bredni (ani tego włożyć w garnek, ani nie da się wydoić). Luksus, jaki mamy w Europie, polega na tym, że większość tych gratów jakie Chińczycy z filmów kują sobie w “ogródkach przygarażowych” to mamy już zrobione. Trochę podniszczało i mamy parę pod kotłem ustawioną na 5-10% mocy produkcyjnych (w Szwecji na przykład od kryzysu w 2008 produkcja przemysłowa ma obsuwę o 18% i to tylko dlatego, że ludzi starość dopada, a nie żeby przemysł gdzieś się wybierał – Chińczycy robią, co mogą, żeby to zostało gdzie jest i demografię dowożą), ale to tak wiecznie nie będzie. Szlaku Północnego przez Arktykę na razie nie ma, kolej jest transsyberyjska z początków XX wieku, Chińczycy dużo deklarują czego to nie zrobią przez kontynent i jak to fajnie nie będzie, ale na razie gadają, a Jankesom nie wiadomo kiedy do łba strzeli Suez i Malakę docisnąć, żeby sobie przedyskutować pewne sprawy z Czajnikami, kto tu ma dłuższego. Bo to nie może być tak że społeczność wybranonarodowa wydaje pozwolenia na niuki i inne zabawki, a tu sobie jacyś Chińczycy w garażu zaczęli lotniskowce szyć. Co by to było gdyby tak bez pozwolenia kto bądź mógł sobie broń w garażu wyprodukować tylko dlatego, że potrafi, tak bez pozwolenia? O czym by dyskutowali wtedy komuniści. Oni sobie tam roją, że ja się ich pytał będę co mi wolno strugać w garażu. Marzyciele i fantaści. Sobie wystrugam, co uważam i nie po to żeby mieć, tylko z potrzeby użycia i to ja będę decydował w kogo będę strzelał. To się trzeba ze mną dogadywać czego takiego mi trzeba, zanim ja się poczuję przymuszony strugać szable i samopały nie mogąc znieść dzielenia planety pod jednym niebem z takimi, co mi się nie podobają i w szkodę włażą samymi swymi roszczeniami. Pozwolenia mi chcą wydawać i sprawdzać czy ja jestem poczytalny. Na tyle poczytalny, żeby wystrugać dzidę i bez dania racji i pytania gdakaczy o zgodę użyć.

Tak czy siak, część z nas odnajdzie zyski w produkcji i wyląduje w mniejszym lub większym garażu, w ogródku na skalę swych potrzeb i możliwości. Co więc nam w tym garażu będzie potrzebne, gdzie to tanio zdobyć i skąd to brać? I właściwie czego takiego nam nie dowiozą z Chin, co z tego powodu będzie straszne mnóstwo kosztowało i aż warto to będzie w garażu substytuować?

To nie jest tak, że zgaśnie światło i wylądujemy w przaśnym średniowieczu. Po prostu ceny pewnych elementów staną się paskudnie drogie i trzeba je będzie substytuować. Pierwsze co nas dopadnie, to ceny inwerterów i sterowników. Robi się to w Japonii i przez Niemców w Chinach. Tak czy tak, obszar, który jest daleko i może być problem, jak się zaczną Yankee srożyć na morzach. Za inwerterami idzie taki problem, że substytuują je transformatory jako downgrade technologiczny. Trzeba będzie maszyn do nawijania drutu na rdzenie, trzeba będzie też te rdzenie jakoś wycinać. Z tym że płaskownika miedzianego o kilku milimetrach grubości nie nawija się na rdzeń rękoma, trzeba do tego maszyn. Ze względu na to, że ceny mogą poszybować, każdy będzie mógł spróbować swych sił i fortunę przytulić. Z tego, że będzie ból na “przekładniach prądu”, bo tym właśnie są inwertery i transformatory dla mocy w kablu, wynikną takie konsekwencje, że ten sprzęt, jaki jest w użyciu, nie będzie zastępowalny i dla tych, co prowadzą biznes z pewnych rozmachem jest to oczywiste, ale dla warsztatowych hobbystów nie jest – narzędzia takie jak spawarki, ręczne elektronarzędzia, silniki elektryczne to nie są środki trwałe, mimo że biurwa tam każe to wpisywać – to są materiały eksploatacyjne i przy obciążeniu pracą wymieniane są równie szybko jak papier w drukarce. I trzeba to będzie produkować, a taki Ozas z Opola kiedyś (za PRLu) robił bardzo fajne spawarki, tylko jak je rozbierałem, to mi wychodziło że to szwedzkie jest, a teraz to się nawet nie kryją: Ozas-Esab Sp. z o.o. I trzeba im będzie wdrażać konkurencję. Czyli produkować transformatory, spawarki (bo na inwertery przy downgradzie technologicznym to nie liczcie – w Europie nie starczy produkcji, żeby samym fabrykom starczyło i będzie reglamentacja jak za wybitnego przywódcy partii narodowo socjalistycznej – podanie o części zamienne będzie trzeba pisać do Siemensa, a oni je rozpatrzą, jak się będzie miało dojścia polityczne).

Nawijanie drutu na rdzenie po to, aby móc przetapiać drut do naprawy korpusów pomp ścierających się przy wydobyciu piasku, żwiru albo pyłu z form w piecu odlewniczym i materiału ściernego do szlifowania odlewów. To może nas czekać. Do tego trzeba będzie narzędzi – bo te chińskie nie dojadą, a na miejscu mamy ledwo kilka fabryczek takich jak Kuźnia, więc takie będziecie mieli narzędzia, jakie sobie sami wystrugacie. I wiem, że bez problemu zrobicie to szlifierkami, wiertarkami, brzeszczotami i pilnikami. Z tym że wiertła Bosch do tych wiertarek są z Chin (mnie przysyłają jakieś polskie, produkowane nad Pucyfykiem, 10 razy tańsze od tych “niemieckich”), a szczotki do silników tych szlifierek i wiertarek, dla odmiany, też stamtąd. Co niejako przymusi nas do substytuowania tych jakże istotnych gadżetów. Jankesi to w nosie mają, bo oni jeszcze produkują kute narzędzia dla swojego przemysłu, ale w Europie robi się je ze spiekanego proszku (są o wiele gorszej jakości, ale możliwe w produkcji w małych seriach).

Do podstawowych narzędzi, jakie nam będą potrzebne, to oczywiście (wszystko na trójfazowych silnikach, bo tam żadnych szczotek przecież nie ma ^^) zaliczymy tokarki (ale nie te cnc, tylko suportowe, w których najnowocześniejszym, doklejonym ostatnimi czasy urządzeniem jest DRO) i to będziecie mieli szczęście, jeśli kupicie jaką soviecką, czechosłowacką, czy daj Panie szwedzką, bo angielskie mogą być niestety na imperialnych przełożeniach dla śrub i do niczego to nie będzie pasowało. A można takie maszyny wyciągnąć za 4–15k PLN, zależnie jak się trafi i wykorzysta kontakty na Północy (bo przecież po to była żelazna kurtyna, aby sobie Szwedzi zastawili hale tokarkami od Pepiczków). Jaka wiertarka słupowa (za 2-4k PLN) też na odlewach gdzie stali nie brakowało, jakaś mechaniczna prasa z motorkiem (to i za 1kPLN za 10ton się dostanie, bo to nikt już prawie nie wie do czego to takie), a można się i na frezarkę za 10-20kPLN wykosztować. Do tego te wymienione “materiały eksploatacyjne” i można rozkręcać małą produkcję narzędzi dla przemysłu w ramach substytuowania tego, co akurat nie może dojechać z Chin, a z USA i Europy nagle okazuje się zabójczo drogie (zresztą Milwaukee aktualnie z Niemiec jest zabójczo drogie). Licząc oczywiście na to, że w przypadku zgrzytów w gospodarce, ceny będą kierowały się na północ, a robić tak jak dziś – nie będzie komu. No i padnie jeszcze ta kwestia: kto w ogóle umie coś zrobić, bo praca w warsztacie to nie jest programowanie, gdzie wyrzuca błąd, jak się człowiek chlapnie i nic się z tego tytułu nie dzieje. W produkcji błędy kosztują. Materiał, narzędzia, ofiary – to wszystko nie jest za darmo. Taka produkcja ma też tę zaletę, że ma bardzo wąski kanał kontaktu z klientem (to nie sklep, że się wchodzi, wychodzi), co za tym idzie nie jest eksponowana i nie lezie biurwie w oczy. W efekcie dzięki innym talentom i biegłości w sztuce ukrywania obrotu poprzez podstawiane taśmociągiem spółki możemy oddzielić materialny majątek zapewniający dochody od łańcucha sprzedaży i palić głupa przy dorzucania się do wspólnego kotła.

Prawdopodobnie od następnego roku będę uruchamiał jakiś nowy taki warsztat, to pokażę co i jak. Od następnego, bo żeby dostać “garaż”, to trzeba casting wygrać, za to hal na wynajem od groma, ale nikt mniej niż 500m^2 nie chce wynająć. Liczą za to sobie jakby namiot był z blachy, ale złotej. A ile referencji trzeba mieć, żeby w ogóle z człowiekiem chcieli rozmawiać, nie ma Panie – nie ma i nie będzie. A kogo Pan zna? A jak tego, to zaraz sprawdzimy, zna, to będzie.

Dobrym wprowadzeniem do organizacji produkcji, jak nie macie kompetencji praktycznych, byłoby to, czym zajmują się niektórzy Czytelnicy – organizują podwykonawców (bo w Polsce podwykonawcy jeszcze są, a na Północy już jest zgrzyt). No, ale to są ludzie zajęci i zalatani, nie mają czasu tłumaczyć jak się buty szyje, a nawet nie bardzo mają czas kurtuazyjnie co jakiś czas napisać, że żyją i mają się dobrze, tak na wypadek gdyby się do nich kontakty zawieruszyły na jakimś popsutym laptopie.