Dygresja o żelazie

Poniższy artykuł jest rozwinięciem poprzedniego.

Żelazo to pewien specyficzny materiał. Jest popiołem gwiazd – ostatnim materiałem w cyklu spalania paliwa jądrowego – ma najniższą aktywność. Wszelkie materiały przed żelazem, od biedy, da się w jakichś warunkach palić w gwiazdach. Wszystkie po żelazie są wypadkami przy pracy – materiałami napromieniowanymi w eksplozjach lub reaktorach – są egzotyczne. Ale nie ta właściwość żelaza nas interesuje, że gwiazdy wypalają się do żelaza i niczego dalej.

Żelazo spala się (w tlenie) w temperaturze niższej od temperatury topnienia. To ciekawa i praktyczna właściwość, wykorzystana w obróbce żelaza. Jest jednym z najpopularniejszych pierwiastków w skorupie planety, jedynym popularniejszym metalem jest aluminium. Jak jakaś skała ma czerwoną barwę, to już jest podejrzana o zawartość żelaza. Większość powszechnie występujących skał składa się w istotnej części swej masy z żelaza.

Oczywiście współczesny człowiek wyobraża sobie, że do wielkiego pieca wrzuca się paliwo (koks), rudę (hematyty, limonity, syderyty czy co tam akurat się wykopało), podgrzewa to do 1540 stopni Celsjusza i wypływa nam coś, co po przedmuchaniu tlenem w obecności dodatków (fosforu) pozostawia nam surowiec składający się głównie z żelaza, zazwyczaj będący stalą.

Aby podgrzać żelazo o jeden stopień, potrzeba nieco mniej energii niż do podgrzania wody. Nieco – w praktyce 34, ale ma małą pojemność cieplną, więc szybko to idzie. Tylko woda jest płynna już powyżej zera, a dla żelaza brakuje 1540 stopni.

Trzeba jakoś dostarczyć tej energii, aby wyjąć żelazo z kopaliny. Tak, jak to robimy dzisiaj, z całą pewnością nie było technicznie i energetycznie możliwe dla ludzi w XV – XVII wieku. Nie mogli zasypać wielkiego pieca koksem. Ale stal mieli. I było to przed rewolucją francuską, a więc przed “rewolucją przemysłową” (taka bajka dla mapetów), z czego wnioskować można, że ludzie ledwo zleźli z drzewa i kuli szable młotkami (bajka dla mapetów o kuciu japońskiej szabli młotkiem na tysiące warstw).

Ktoś zaraz pomyśli, że dymarkę ludzie znają od dawna, a ktoś bardziej obeznany, że dymarki można łączyć gwiaździście, w każdym kolejnym stopniu uzyskując wyższe temperatury gazu już na wejściu. Jest to jakieś rozwiązanie jednostkowe, ale wymaga, jak już wspomniałem, góry koksu, ostatecznie węgla, ostatecznie węgla drzewnego. Węgiel drzewny robi się z lasu, aby wyprodukować tonę stali taką metodą (bardzo niewydajną, węgiel drzewny jest lichy) potrzeba półtora miliona kubików sosny. 200-300 kubików ze stuletniego sosnowego lasu z hektara. Czas regeneracji stuletniego lasu to oczywiście sto lat. Więc do utrzymania produkcji tony stali rocznie tą metodą potrzeba 500 tys. hektarów lasu. Nie jest to ilość niewyobrażalna z punktu widzenia rozmiarów lasów dziś czy w XV wieku. Ale… suma roboczogodzin, aby ręcznie wyciąć 5 tys. hektarów lasu rocznie, stanowi pewien problem. Bo w XV wieku nie mieli fińskich kombajnów do wyrębu w takim tempie, jak można to przeprowadzać dziś.

Naprowadza nas to na poszlakę dlaczego już w XII wieku Cystersi zajmowali się obrotem węglem – to był świetny interes.

Nasuwa się też problem organizacji transportu takich ilości węgla i rozwiązanie jest banalne – kopaliny zawierające żelazo transportuje się do złóż węgla a nie odwrotnie. Widać to szczególnie na przykładzie średniowiecznej Japonii, gdzie ośrodki produkcji stali były tam gdzie lasy, a nie tam gdzie wydobycie rudy żelaza.

Z przyczyn energetycznych wymienionych powyżej węgla można użyć, ale dopiero w ostatnich procesach obróbki materiału, gdy jest on wstępnie oczyszczony. Wcześniej jest to ekonomicznie nieefektywne. Z tego powodu zarzucono dymarki; choć je znano, nie służyły do pozyskiwania stali, a jedynie do wstępnego wypalenia zanieczyszczeń z urobku, i mimo że wiedziano jak łączyć je w gwiazdy – nie robiono tego już od przynajmniej XII wieku (koniec epoki żelaza dla kopaczy), gdyż produkt uzyskany tą metodą był lichy, a nakład olbrzymi i oczywiście ktoś wpadł na lepszą metodę. Mechaniczną. Walenie w rudę młotkiem pozwala oddzielić żelazo od zanieczyszczeń, gdyż żelazo zbija się w grudę, a zanieczyszczenia najczęściej się kruszą. Nie wszystkie zanieczyszczenia, niektóre, głównie metaliczne, zostają. Więc udaje się z niektórych rud uzyskać ciekawsze gatunki materiału.

Tylko wal pan młotkiem w kamień. Japończycy są uparci, to mają bajki o tym, że tak się miecze robi. Bo technicznie to tak wygląda. Tylko nie robi się tego rękoma. Jaki młotek to wytrzyma, z czego musiałby być zrobiony?

W Castoramie to pewnie taki młotek mają, nawet sporo zniesie, ale skąd wziąć pierwszy młotek? I drugi, gdy ten pierwszy się popsuje?

Te młotki były już gotowe. Już ktoś je wcześniej wymyślił i zastosował. Takim młotkiem jest żarno dębowe. Jest to pal dębowy uderzający w kamień, pod który podkłada się zboże do zmielenia. Taki pal dębowy powolutku wybija w tym kamieniu otwór. Stąd otwory w kamieniach młyńskich, zanim zaczęto używać żaren złożonych z dwóch kamieni współbieżnych lub jednego tocznego i drugiego biernego.

Żarno z kamieni mle zboże wielokrotnie wydajniej od tego złożonego z tłuka dębowego. Ale żeby zmodernizować młyn, trzeba mieć chęci i się znać. A jak jest etatyzm, to właścicielem jest urzędnik, co się nie zna, więc młynarzowi leży martwym bykiem (brak motywacji) czy to jest nowoczesne czy nie, bo on tu tylko korposzczurzy na etacie. I tak w Japonii utknęli z tymi dębowymi bijakami do czasów, kiedy w Łodzi kładziono linie tramwajowe. Mam nadzieję, że daje to pewien obraz jakie zapóźnienie małpiej bandzie sprowadził etatyzm. Wystarczyło, że człowiek nie jest właścicielem środka produkcji i zatrzymał się rozwój tych środków produkcji. Urzędnicy NIC NIGDY nie potrafią zmodernizować, muszą to kupić od jakiegoś zewnętrznego źródła innowacji. Dlatego ustrój RON jest najlepszym z możliwych, jeśli chodzi o utrzymanie zrównoważonego poziomu rozwoju wszystkich branż, ale wymaga stresora zewnętrznego, którego zabrakło Japończykom. Ten stresor odwraca uwagę aparatu przemocy (ślachty) od doglądania środków produkcji, co zmusza ślachtę do podzielenia się własnością w celu podtrzymania wydajności produkcji. Z tego biorą się bogaci chłopi – gospodarze obnoszący się ze złotymi łańcuchami, aż trzeba to ustawą regulować. Ma też tę wadę, że nie dochodzi do koncentracji kapitału (aparat przemocy ma zrealizowane potrzeby i jest na regularnych wyjazdach) i nie ma możliwości zaryzykowania agregatem pieniężnym, na przykład do budowy floty. To rozwój metodami gospodarczymi. Problemem jest koncentracja kapitału choćby na chwilę.

Ale te tłuki im się przydały. Otóż takim tłukiem, jak go podnosić i opuszczać, to w kilku tysiącach cykli uzyskuje się mały kawałek zanieczyszczonej blaszki. I można go tak scalić z kolejną blaszką pod kolejnym tłukiem i tak uzyskać mocno zanieczyszczone żelazo w praktycznym rozmiarze do około kilograma. Do większych nie wystarczy rozmiar dębowego tłuka (dęby takie wielkie nie rosną na tej planecie) – potrzebny jest olbrzymi młot wykonany z żelaza (zazwyczaj waży ponad pół tony – tak się go nie zrobi – trzeba odlać, a to kosztuje bardzo dużo węgla drzewnego).

Podnoszenie tego tłuka jest nieco monotonnym zajęciem, więc żarna podłączano do koła nasiębiernego, to koło do potoku i korzystając ze spadku wody uzyskiwano coś, co mle zboże, a po modernizacji tłucze rudę na zanieczyszczone blaszki.

Te blaszki można w ogniu węgla drzewnego oczyścić z pozostałych zanieczyszczeń (z większości) i dalej klepać tłukiem na pniu dębowym (trzeba dobrze dobrać wagę tłuka do rozmiaru pnia, żeby go nie rozklepał i nie sklepał). Stąd te warstwy w szablach się wzięły. Podpowiem, że są też w gwoździach. Są przyczyną, dla której znajdziecie je w każdym wyrobie stalowym z okresu – nawet w kluczach. Po prostu innego żelaza nie było w obrocie. Sprzedawano je w płatkach i tak transportowano – w postaci tych płatków wyjętych spod tłuka). A tych płatków nie przetapiano zazwyczaj (bo to nieekonomiczne było z przyczyn praktycznych pozyskiwania węgla), tylko łączono w obróbce mechanicznej z udziałem ciepła. W praktyce można na węglu drzewnym z nadmuchem z miecha (a nawet z nadmuchem z pieca/dymarki dającego już wstępnie bardzo gorący gaz na wydechu) uzyskać pewne gorące barwy żelaza (temperaturę), ale stopienie w kontrolowany sposób znacznej ilości zużywa nieracjonalną ilość węgla.

Wróćmy jednak do tej monotonności walenia tłukiem. Ma to pewną wadę wynikającą z twardości skał. Nie każdą skałę daje się tak skruszyć waląc dębem o dąb, a zanieczyszczenie urobku inną skałą, waląc dębem o skałę czy młotem kamiennym o kamień, jest niepraktyczne (służy tylko rozbijaniu brył, ale zanieczyszcza urobek). A ponieważ nie każdą, to nie każdą rudę da się spożytkować na tym poziomie technologicznym. W Japonii występują najróżniejsze rodzaje skał zawierające żelazo. Tymczasem jedyna ruda, jaką powszechnie i skutecznie dało się wykorzystać do czasu, kiedy w Łodzi budowano linię tramwajową, to była ruda darniowa (w Europie używano tego już tylko jako budulca, ma niedość wysoką zawartość żelaza, aby to do pieca wkładać – węgiel kamienny rozwiązał problem wyrębu lasu na węgiel i zmienił technologię). Japończycy, aż do przebudzenia w huku dział, dzięki etatyzmowi używali tej rudy wydobywanej z torfowisk, rozlewisk rzecznych i jezior. Wydobycie tej rudy doprowadza do skażenia wody różnymi odpadami zalegającymi pod dnem i sprawia, że w okolicy ciężko o zdrową wodę zdatną do picia, ciężko o ryby. Taka lokalna katastrofa ekologiczna (budzi Godzillę).

Dzięki etatyzmowi, w okolicznościach braku rozwoju, dzięki należymisiom otoczeni rudami żelaza Japończycy nie mieli ich jak kruszyć. W spiżarni umierali z głodu. Z powodu tego zapóźnienia w produkcji żelaza miało ono niezwykle wysoką cenę i w czasie, gdy podpisywali z jankesami umowę o szybkim handlu, za cztery stalowe gwoździe (kolejowe – używane przy budowie torów) Japończycy płacili jedną złotą monetę (o wadze około 4-4.15 grama). To tak na nasze dzisiejsze jest jakieś 150 pln od gwoździa. Jankesi ich wyssali z kruszcu, ze wszystkiego co mieli (nefryt, srebro, miedź) za kilka maszyn parowych. To jest właśnie rezultat tego, co robi Morawiecki – będą “gwoździe” po 150 pln, jak rozkręci program swojego odlotu kosmicznego. Ciekawe czy zostanie chociaż lokajem w BIS.

W Japonii było tak wesoło w ekonomii, że córkom powszechnie “szukano sponsora”, a nierząd, pijaństwo i hazard stały się podstawową działalnością w miastach. Chłopi podnosili bunty, a były wsie, gdzie zbiorowo popełniali samobójstwa po wykonaniu obowiązku podatkowego (dlatego nie należy płacić podatków – grożą śmiercią). Powstawały gangi polityczne, ale kupcy zorganizowali sobie grupę, która pomimo regulacji należymisiów kontrolujących handel z resztą świata sprowadzała już od początku XIX wieku do górskich, niedostępnych prowincji południa (od strony Chin) maszyny parowe, narzędzia, technologię. Samurajowie rezygnowali ze swojego ślacheckiego statusu i wstępowali do tej grupy. Dziś ta organizacja kupców bez barier znana jest pod tą samą nazwą co w XIX wieku – yakuza. I znana jest z tej samej działalności – przemytu, przemysłu i handlu nieruchomościami – cała reszta to widowiskowe dodatki. Grupy przestępcze powstają wokół fabryki Krupp’a i mają mundury od Hugo Bossa, a nie z tak zwanych pi… karmionych chłopców z miasta prowadzących ku… dołki. Co ciekawe, aby zachować pozory ścigania jakiejś przestępczości, to pokazuje się te płotki zajmujące się hazardem, nierządem i koksem, natomiast poważnych ludzi, zajmujących się korporacyjnym przemysłem i dysponujących agenturą wpływu i aparatem przemocy, nigdy się nie rusza – bo tam chodzi o poważne pieniądze i użycie prywatnej armii, aby uspokoić urzędasów, jest naturalnym odruchem. Zwróćcie uwagę, co się działo w Polsce, gdy niewolnicy w Wujku i na Wybrzeżu się pobuntowali i nie chcieli dla gangsterów robić tak tanio – od razu wjechały czołgi, od razu były ofiary – tak działa prawdziwa przestępczość.

Widzieliście w jakimś kraju zmiany zachowań, kiedy upowszechnia się pijaństwo i nierząd? Mieszkacie w takim – no to właśnie są rezultaty umów handlowych z USA. Umów handlowych w ogóle z kimkolwiek. Umawianie się to błąd. Jankesi się z nikim nie umawiają – narzucają warunki traktatu i biją, aż te zostaną przyjęte. Tak samo działała RON – warunki traktatów narzucano po uprzednim laniu.

Czym jednak różniła się obróbka żelaza w RON od tej dopiero omówionej? Co poszło tak dobrze, że Austriacy i Szwedzi oblegali Jurę Częstochowską i chcieli przejąć tamtejszy przemysł? Co takiego zbudowali nasi przodkowe od Krakowa po Poznań, czego wszystkim było trzeba?

Przecież przed rewolucją francuską i “rewolucją przemysłową” ludzie łazili po drzewach, gdzie tam im do fabryk, do produkcji?

Może jednak nie chodzili po drzewach. W czasach zanim syn cieśli awanturował się z kupcami w świątyni, żaren z brązu używano do kruszenia rudy darniowej (bo jest “miękka” w porównaniu z powszechniejszymi skałami zawierającymi żelazo) i zaobserwowano, że na walcach pozostaje srebrzysty metal dający się oderwać w postaci zwartych płatków. Ponieważ z rudy darniowej produkowano również barwniki budowlane (czerwone, brązowe i żółte), ktoś przedsiębiorczy (przedsiębiorca, jak sama nazwa wskazuje) wpadł na pomysł wstępnego rozbijania brył młotem (początkowo ze znanym nam już napędem, ale on użył innego), następnie ich podgrzewanie i wpuszczanie na żarna, gdzie pylisty odpad nadawał się na pigment, a w kolejnych bębnach żaren przeplatanych podgrzewaniem uzyskiwano coraz bardziej rozgrzane płatki zanieczyszczonego żelaza. Była to linia technologiczna zużywająca węgiel, rudę i wodę (do płukania urobku z pyłu). Z naszego punktu widzenia była to walcownia, a zestaw maszyn, które obrabiały już samo żelazo (jeszcze zanieczyszczone, ale takie wtedy uważali za dość dobre i ekonomicznie uzasadnione), stanowił przeciągarkę wytwarzającą stal wypukłociągnioną kowalną w płatach. Te płaty nie były za duże. Takie wielkości palca i bardzo cienkie, ale dawało się je zbierać razem i po ponownym podgrzaniu – przepuszczać przez przeciągarkę jeszcze raz, uzyskując po wielu takich cyklach plat żelaza w postaci pasa grubszego w centrum i cienszego z boków (dlatego wypukłociągniona – nie dało się formować płatów równych ani wklęsłych z przyczyn technologiczny). To był hitech ówczesnych czasów i oczywiście natychmiast dał rezultat w zbrojeniach. Ten rezultat znamy pod nazwą lorica segmentata. Ale też pod postacią standaryzacji elementów maszyn i kolejnych reform wojskowych, związanych z ulepszaniem organizacji pracy przy linii technologicznej.

Coś jednak napędzało te żarna. Mają one niską prędkość obrotową i bardzo wysoką moc (z niej wynika maksymalny rozmiar uzyskiwanego kawałka żelaza), a tego nie uzyska się kołem nasiębiernym w górskim potoku, nawet przeniesionym akweduktem. Taką moc można uzyskać kołem podsiębiernym o bardzo szerokich łopatach na rzece. A ze względu na sposób mocowania takiego koła – pod barką wypełnioną ziemią (względy praktyczne i ppoż – wszak żelaza nie obrabiano na zimno) – od razu zaczęto tak napędzać tokarki. Cały przemysł był wtedy postawiony na rzekach, a rzeki zanieczyszczone odpadami obróbki. W Rzymie wodą z tego przemysłu zasilano termy, tak samo jak przemysł włókienniczy zasilał ciepłem opadowym mieszkania w PRL. Termy były dodatkiem do przemysłu.

W Japonii koło podsiębierne nie pojawiło się nigdy w rzemiośle, mimo że znali je przynajmniej koncepcyjnie. Nikt nie był właścicielem swojego warsztatu rzemieślniczego (etatyzm), więc nikomu, z tych co umieli to wykonać, nie zależało na poprawie wydajności – utknęli, napędzając wszystko prymitywnym kołem nasiębiernym.

Tymczasem w Grecji i Italii zniknęły lasy, a ulepszona metoda wypukłego ciągnienia coraz dłuższych elementów, rozwijana w ówczesnej Hiszpanii, przyniosła rewolucję w zbrojeniach, pozwalając na uzyskanie wypukłego płata stali szerokości 45-50mm i długiego na 700mm. Ten płat stali tanią i szybką metodą przekuwano i przeszlifowywano na gladius. To była produkcja masowa. Gdy następował jej schyłek, w całej Europie Północnej kwitła produkcja żelaza, handel i próbowano komasować te ośrodki przemysłowe, by uzyskać koncentrację taką jak w Rzymie – pozwoliłoby to na poważne obniżenie kosztów obróbki.

Przemysł oparty na ogniu stworzył pewne nowe, nieznane do tej pory zagrożenie. Rzymianie zaradzili mu tworząc militię vigilum – straż przemysłową przeznaczoną do radzenia sobie z wypadkami przemysłowymi (na służbie byli lekarze) i pożarami, działającą na trzy zmiany na terenie miasta – fabryki. To było ówczesne 911.

Rzym nie wytrzymał gospodarczo tego wyścigu przemysłu i zbrojeń – rozpadły się łańcuchy zaopatrzenia. W ciągu stu lat doszło do rozpadu państwa i po dwustu do jego zaniku w części zachodniej. Było wiele czynników, które łącznie do tego doprowadziły, ale istotne jest to, że korporacyjny przemysł Rzymu nie wytrzymał konkurencji z rozproszoną konkurencją mniejszych organizmów. Jednakże to w Rzymie były maszyny – coś do czego potrzeba koncentracji kapitału, a czego nikt więcej nie potrafił zorganizować.

Warto zwrócić uwagę, że przemysł został skoncentrowany dopiero przez imperium, ale podstawy technologii i samą ideę wytworzyła republika. Tysiąc lat później w res publice – rzeczy pospolitej podobne, unowocześnione ciągi przemysłowe zajęły Jurę i całe terytorium od Krakowa po Poznań.

W czasie Potopu Szwedzkiego to z takich wypełnionych ziemią barek tworzono platformy strzeleckie dla dział. Bo te barki z kołami podsiębiernymi nigdzie nie pływały – stały zacumowane w dole biegu rzeki od miasta i na trzy zmiany walcowały miedź, cynę, brąz, żelazo i stal. Z tych materiałów drykowano na, znanych już w XV wieku, drykarkach kubki, misy, puchary. Drykarka stała się pierwszą przemysłową konkurencją kowali. Prędkość, z jaką produkowano metalowe naczynia, była niesamowita, a ich jakość nieporównywalna, robiono tak nawet hełmy / kaski (już wtedy pojawiały się kaski dla kawalerii). Ze względu jednak na mocowanie narzędzi drykarskich w otworach działały one po łuku i nie było możliwe uzyskanie w prosty sposób technologicznie prostej linii na wyrobie (było to możliwe, ale było trudne i nie dawało się łatwo powtórzyć).

Jeśli przyjrzycie się elementom zdobniczym z epoki – one były produkowane masowo, ręcznie, rzemieślniczo – ale powtarzalnie, na maszynach. Ze względu na niską prędkość obrotową koła podsiębiernego i jego dużą moc, popularnym motywem zdobniczym była wtedy spirala / gwint o bardzo dużym skoku. Robiono tak choćby balustrady. Ale też splatano tak liny (robiono to maszynowo na przeciągarkach), produkowano drut (też na przeciągarkach, tylko nieco innych, z oprzyrządowaniem do metali). Cel był jednak, jak zawsze, militarny – produkcja stali.

Ze stalą jest ten problem, że albo jest za miękka, albo za krucha. Jak jest sztywna to dobra na broń, ale krucha – więc mechaniczne łączenie większych brył takiej stali jest trudne. Te kilka procent węgla zmieniające strukturę krystaliczną żelaza czyni obróbkę trudną, wymagającą wstępnego ogrzania i większej mocy do walcowania. Z tego powodu (kruchość) z początku ze stali uzyskuje się krótkie igły (o kształcie igły i jako igły stosowane), które z powodu bycia odpadem produkcyjnym błyskawicznie wypierają igły żelazne – są cenowo bezkonkurencyjne. Stal łuszczy się na takie igły w procesie produkcyjnym.

W miarę postępu metalurgii, uzyskiwania coraz bardziej pożądanych stopów i technologii ich przedmuchiwania (Sędziwój herbu Ostoja – przedsiębiorca) udawało się wytworzyć coraz dłuższe igły, a te igły – łączyć w kolejnych procesach ich “wyciągania” (technicznie tak się to robi, że się wyciąga stal przez obracające się z różną prędkością powierzchni walce). Na tych wyciągarkach uzyskiwano coraz lepszą, bardziej sprężystą, jakościową stal. Uwieńczeniem tego procesu technologicznego jest sztaba stali, z której można odkuć koncerz. Broń husarii jest produktem przemysłowym. A rezultatem pracy wyciągarki jest stal wklęsłociągniona. To ciągnienie polega na tym, że stal jest zwężana w środku biegu płaskownika – to technologia, jaka rozwinęła się do dzisiejszych extruderów profili.
http://www.directindustry.com/prod/amut/product-20400-1445019.html

Tylko w tamtych czasach nie udawało się uzyskać profilu o jednolitym przekroju na całej długości – był on wrzecionowaty po długości.

To wyciąganie profilu służy technologicznie jednemu celowi – taki profil, zachowując właściwości mechaniczne, jest lżejszy od jakiegokolwiek, jaki dałoby się wprodukować w postaci odkuwki.

I po to było to oblężenie Częstochowy i okolic tyle razy – ta technologia była tym, czego obcym było trzeba. A gdy ją już mieli, to chociaż zniszczenie kombinatu badawczo-przemysłowego, jaki tam powstał. Bo RON była krainą przemysłu. Bogactwo Poznaniaków, którzy urządzili sobie dymitriadę za swoje, nie za pożyczone, wynikało z produkcji, a nie z uprawy ziemi.

Do istnienia tego przemysłu nie były potrzebne silniki parowe – potrzebne były rzeki. Częste były awantury o spławność takich zastawionych manufakturami rzek.

W Japonii Michałów Sędziwojów zainteresowanych w rozwijanie swojego biznesu nie brakowało – ale instytucjonalnie zabroniono im wycieczek zagranicznych, a wewnętrznie promowano dupolizów-politykierów. Więc cały system gospodarczy, zamiast być wydajny, sprowadził się do pisania raportów i utrzymywaniu stanu jaki był. Nikt nie miał interesu w forsowaniu zmian, ponieważ nie przynosiło to korzyści, a windowanie się podwieszeniem pod kogo trzeba w bakufu i owszem. Utknęli w XV wieku z powodu należymisiów. W rezultacie stali się kolonią, raz podnieśli bunt, dostali dwa niuki i znowu są kolonią. Zostali wyeksploatowani biologicznie do takiego stopnia, że wymierają (to piramida sprzed 12 lat – teraz jest gorzej):
piramidajaponia

Tak wygląda demografia po etatyzmie. Jak widać, sama koncepcja politycznego sprawowania władztwa przez juntę wojskową może prowadzić do opłakanych skutków. Nie miejcie złudzeń, że te piramidy są wynikiem zmian światopoglądowych (że niby ludzie zbiorowo postanawiają wymrzeć) w krajach rozwiniętych. To rezultaty pasożyta wysysającego zasób biologiczny na potrzeby produkcji. Jakoś w Izraelu demografia wygląda tak:
israelpop

A to przecież zaawansowane technicznie państwo dysponujące bronią jądrową. Czyli jednak da się.

Jako podsumowanie tej piętrowej dygresji na temat przemysłu stalowego przed rewolucją przemysłową pragnę zwrócić uwagę, że ci, którzy z powodu etatyzmu usankcjonowali pseudoinnowacje zamiast rozwoju, skończyli kupując 10 kilo gwoździ za Krugerranda i dziś wymierają.