Fabryka piecy, w których gaśnie ogień

Człowiek występuje w dwóch jakościach niezbędnych do przetrwania & ekspansji biologicznej gatunku. Jakości te mają na tyle różne metabolizmy, że różnią się materialnie – każdy widzi. Ludzie występują wyłącznie gromadnie – są stworzeniami gromadnymi i nawet jeśli jedni mają ekspresję metaboliczną na współgromadzenie się z innymi mniejszą, a inni większą, to duża część zasobów biologicznych organizmu jest przygotowana do natychmiastowego wejścia w interakcję z gromadą, w tym interakcję metaboliczną. Wynika to z długotrwałego wpływu stresorów, jakim poddawane były organizmy przodków, aż do takich, do jakich wstyd się przyznawać, bo ogryzali dzidy zębami, ale jakkolwiek pusto w czaszkach mieli ci przodkowie, to osią rozwoju naszego gatunku była jedna, podstawowa dla naszego metabolizmu działalność: wojna.

Nie istnieje żaden inny powód łączenia się w grupy i uzyskiwania chwilowej ilościowej i jakościowej przewagi nad zastaną rzeczywistością niż darcie z nią kotów. Nasza ekspresja lingwistyczna “wojuje” z klimatem, paleniem, Putinem, brakiem zaangażowania, nasi światli przywódcy “walczą” o podwyżki, o zasoby, o… Przecież to oczywista nieprawda – na spotkaniach zarządów w kwestiach budżetowania ludzie wcale się nie mordują, a mimo to twierdzą, że “walczyli”, ponieważ w naszych mózgach jest to ekspresja wyjątkowego wysiłku intelektualnego (bo wojna jest wysiłkiem intelektualnym) w konfrontacji z drugim homo sapkiem (bo przecież nie prowadzimy wojny z innymi gatunkami – nasza przewaga w zakresie organizacyjnym jest dominująca na planecie – decydujemy o życiu i śmierci wszystkich gatunków). Z tym, że w grupach od razu i bez rozkazu zajmujemy pozycje w hierarchii, ale od strony metabolicznej u samców dochodzi do asynchronizacji (tak aby w ciągu doby przy jak najmniejszym i jak najkrótszym stresie hormonalnym ktokolwiek w organizmie – grupie pozostawał czujny na wypadek konieczności uruchomienia pozostałym stresorów wymuszających mobilizację) skutkujących ścisłą specjalizacją o dużym wychyleniu i trudnej zastępowalności, a u samic wprost przeciwnie – dochodzi do synchronizacji metabolicznej (ponieważ w warunkach prowadzenia polowań, działań wojennych i patrolowych typowych dla naczelnych, samce uskuteczniają kontakty z samicami okazjonalnie całą grupą i są do tego gotowe zawsze kiedy już sobie podeżrą zdrowo; więc samice muszą być wtedy grupowo zdolne do skutecznego przedłużania gatunku w szyku zorganizowanym i zwartym, bo nie będzie żadnych przepustek w czasie działań wojennych, polowań i podchodów). Samce mają więc asynchroniczny metabolizm dobowy (aby przeżyć), synchroniczne zachowania długoterminowe (aby wojować), a samice mają inaczej i jakoś to sobie funkcjonuje od przynajmniej pół miliona lat.

Ten tekst będzie o tym, że to co sprawdza się w gospodarce opartej o wojnę i ekspansję terytorialną, jest śmiertelnym zagrożeniem dla populacji próbującej zająć się czymkolwiek innym. Śmiertelnym – widzimy po dzietności, że wymieramy, a śniadzi co przyjechali do Europy mają również dwa razy niższą dzietność w pierwszym pokoleniu niż mieli u siebie, w drugim 3 – 4-krotnie niższą, a w trzecim mają normalną – też wymierają. Mógłbym tu rzucić clickbaita, że “przemysł zabija” (bo przecież spadek dzietności jest w państwach uprzemysłowionych), że to wina skażeń, ścisku, stresu populacyjnego i takich tam dyrdymałów – przecież korelacje występują. Z tym, że przypadkiem, dzięki pomysłowości Jezuitów, wiemy że żadnego przemysłu do tego nie trzeba i żadnych skażeń, i żadnego ścisku, i żadnych tabletek antykoncepcyjnych (bo przecież nie takie ziółka & metody w kwestii regulacji urodzeń znały piękne panie i wcześniej). Otóż wystarczy wdrożyć synchronizację zachowań indywidualnych w całej populacji aby natychmiast osiągnąć skutki terminalne.

Całość jest dosyć banalna – indukujemy w sieci społecznej mem o kolektywie, że jak się wszyscy “weźmiemy i zmobilizujemy”, to coś tam osiągniemy. Ponieważ jedyną przyczyną mobilizacji naturalnej jest wojna, to nasza lingwistyka operuje tymi rejonami, które wzbudzają skutki metaboliczne takich rejonów mózgu opisując plany działań kolektywu jako działania wojenne. Z czego od razu wynika hierarchia, naturalny podział wyników, kolejność dziobania. I bardzo istotne funkcje gromadne wynikające z tego wysiłku osobniczego – kolektywny podział opieki nad samicami i potomstwem, kolektywny dostęp do samic, kolektywne to, śmo, piąte i dziesiąte. W warunkach naturalnych jest to możliwe, sensowne i korzystne, ponieważ taka mobilizacja powoduje natychmiastowe zniszczenie jednej ze stron konfliktu (i teatru działań poprzez wyeksploatowanie) przynajmniej do takiego stopnia, że odległość pomiędzy węzłami grafu łącząca je komunikacją geograficzną rośnie do stanu, w którym dokonanie napaści jest poza zasięgiem aprowizacyjnym którejkolwiek ze stron, względnie przy małym zasięgu początkowym (konflikt wewnętrzny, wojna domowa) jedna ze stron dokonuje przemieszczenia (ucieczki) i zwiększenia odległości, względnie jedna ze stron zostaje wyrżnięta przez Han i problem z węzłem grafu znika. Oznacza to, że w warunkach z ostatnich pół miliona lat po intensywnej mobilizacji wynikłej z komunikacji strategicznej na poziomie dopuszczającym energetycznie korzystne działania zaczepne następowała równocześnie redukcja zasięgu projekcji siły jak i rosła odległość logistyczna pomiędzy stronami konfliktu (choćby przez wyeksploatowanie/zniszczenie dostępów do wody, żywności, szlaków komunikacyjnych). Czyli po mobilizacji następowała wojna, i po jej wygaśnięciu następował chwilowy “brak wojny” z kuchnią. Do następnej razy oczywiście (ta następna raza i jej częstotliwość jest niezwykle istotna). Pokój, mimo że pojęcie abstrakcyjne tak samo jak wojna (ale przecież doskonale wiemy kiedy jest jedno, a kiedy drugie i co kiedy wolno, a kiedy pewne czyny są nietaktem), wiąże się relaksem metabolicznym, a co za tym idzie, zmianą organizacji gromady – przedmioty przestają być kolektywne – wszystko nagle uzyskuje przypisanie własności “co je czyje – co je moje”. Samice przestają być kolektywne dla tych na przepustce, imprezy przestają być kolektywne – to następuje natychmiast po każdym konflikcie. Chyba, że konflikt się nie kończy. I to jest właśnie ten zgrzyt, na który natknęli się Jezuici (na pewno wielu natknęło się przed nimi, ale nie zachowały się źródła pisane), ponieważ wytworzyli w swojej organizacji mem o tym, że ich zachowanie (korporacyjne – w ramach zakonu, który jest bardzo potężną konsolidacją sigm zajmujących się bardzo przytomnymi działami nauki, takimi jak geologia, handel, transport, giełdy, wydobycie, co skutkuje kopalinami, te skutkują zyskami – no przytomność tam po prostu jest) jest prawidłowe i jak wszyscy zrobią tak samo, to odniosą równie dobry skutek.

Otóż bardzo (śmiertelnie) się pomylili – wstęp do cechu, korporacji, zakonu w szczególności, jest ekskluzywny, dobrowolny i niekonieczny. Albo się dopasowujesz do grupy do jakiej się przyłączasz, albo Cię tam nie wpuszczą. Natomiast koncepcja synchronizacji przymusowej oznacza wprowadzenie ładu korporacyjnego o charakterze organizacji wojskowej (samczy zakon katolicki jest wzorem organizacji wojskowej, w tym tytulatury używanej w armiach; prawosławne mają strukturę podobną do działalności opiekuńczej zbliżonej do czegoś w rodzaju Caritasu i parafii – tak funkcjonowały zakony chrześcijańskie oryginalnie – przed schizmą, jako aparaty samopomocowe). Czyli budzimy się na gwizdek, ubieramy na gwizdek, w to co kazali, jemy na trąbkę, sikamy kiedy każą i tak dalej. Nie jest to żaden kłopot dla przeciętnego, losowo dobranego z populacji samca w wieku wystarczającym, żeby się o sznurówki nie potykał. Ma do tego wszelkie przystosowania metaboliczne, automatyzm interakcji społecznych, a nawet istnieje pewna necesita gromadna warunkowana przez selekcję samic (choćby nieuświadomioną i w dysonansie do indukowanych propagandą zdolności poznawczych) motywująca do skutków, jakie niesie za sobą cała ta mobilizacja (odsunięcie zagrożeń, ostra selekcja osobnicza w warunkach konfliktu, branki, łupy, niewolnicy). Samce mogą całe życie pozostawać w ramach takiej przymusowej (same się przymuszą, jeszcze to zrytualizują) sytuacji metabolicznej na wysokim poziomie stresorów. Jezuici to wyłącznie samce. Ale samce samodzielnie nie wytwarzają małych jezuitów i ten fakt jakoś im umknął z początku, ale szybko się połapali, że poddanie całej gromady takim rygorom powoduje natychmiastowy spadek urodzeń. Już pomijając spadek poczęć (z innej przyczyny) to urodzeń również i to od razu – jest tego przyczyna metaboliczna u samic. Samice również mają mechanizmy biologiczne pozwalające przetrwać populacji w obecności ekstremalnych stresorów w ramach opisanego wyżej modelu konfliktu. Otóż jedna ze stron może zostać przymuszona do relokacji – zwiększenia odległości od przeciwnika, co oznacza (aż do udomowienia konia jakieś 55 wieków temu), że trzeba to i owo wziąć na grzbiet i się uruchomić nożnie w kierunku zasobów nieobjętych projekcją siły przeciwnika. Sami państwo rozumieją, że samice w stanie błogosławionym się na takie wycieczki nie kwalifikują, oseski się nie kwalifikują, starcy się nie kwalifikują, ranni się nie kwalifikują, chorzy się nie kwalifikują. W przypadku wdrożenia takich stresorów mobilizujących dochodzi do poronień, a w przypadku kobiet karmiących do wstrzymania laktacji – oseski nie przeżyją, i nie – na stepie, w puszczy i nizinie przypadkiem nie było supermarketów z mlekiem w proszku i nie można było tam płacić kartą męża, który z zawodu jest dyrektorem. Więc kobiety po zrzuceniu balastu mogą się uruchomić nożnie, reszta zostaje na pożarcie. Dlatego stres jest przygotowaniem do wysiłku fizycznego i dlatego u kobiet powoduje on natychmiastowy spadek urodzeń, jak również zdolności do poczęcia. Nie jest to problemem w warunkach naturalnych, ponieważ po dotarciu do miejsca zasobnego poza projekcją stresora można powrócić do życia po Bożemu i się rozmnażać. Ale w społeczności wykonującej czynności na gwizdek nie ma takiego relaksu ze stresorów, organizm pozostaje cały czas w gotowości do wędrówki, a nie do rozmnażania.

To nie koniec kłopotów – po to te simsy jako odniesienie daję, ponieważ każdy coś tam kojarzy z masowej propagandy, że chodzi o takie ludziki w grze, i te ludziki jak Tamaguchi mają wskaźniki. Te wskaźniki są głupie, ale gry generalnie są rozrywką płochą, ponieważ inaczej nie uznawalibyśmy tego za rozrywkę. Potrzebne to jest jednak jako pewne wyobrażenie funkcjonalne obiektu, który daje pewne rezultaty, posługując się terminem sims, będą miał tutaj na myśli człowieka z punktu widzenia obserwatora/centralnego planisty, który to planista ma takich simsów wielkie mnóstwo i może każdemu z nich poświęcić ograniczoną, uproszczoną i przefiltrowaną przez hierarchię atencję. Rozrysujmy sobie (kto da radę to w głowie) taki obiekt jak sims na osi czasu przypisując funkcjonalności. Do przypisania mamy takie funkcjonalności jak to że sims śpi, i co ciekawe simsy potrzebują przeróżną ilość snu zanim metabolizm odpali wybudzanie uznając, że już wystarczy, jedni potrzebują mniej, inni więcej. Sims również się budzi, jeden się budzi natychmiast i od razu ma pełną przytomność i gotowość, drugiemu zajmuje to godzinę, inny jeszcze bez kawy albo czego mocniejszego w ogóle jest niefunkcjonalny – w szczególności w poniedziałek. Sims ma aktywność intelektualną, nie za długą, tak w interwałach po kwadrans, i występuje ona maksymalnie do dwóch godzin na dobę, sims ma aktywność fizyczną z którą jest bardzo różnie, sims jest głodny, sims ma chęci do obłapki, przeróżne aktywności uruchamiają się u każdego simsa. I tutaj pojawia się kłopot z tymi funkcjonalnościami na osi czasu – otóż poczynając od tego, że każdy śpi różną ilość czasu (i owszem, można sobie folgować, bo lenie też przecież istnieją) to ludzie budzą się o różnych porach, jedni przed świtem, drudzy o brzasku, jeszcze inni później. I zasypiają też o różnych porach. Ludzie są aktywni fizycznie w innych godzinach i przez inną ilość czasu niż inne simsy, o innych mają aktywność intelektualną, o innych socjalną. I tak możemy zapisać simsowi cały dzień, tydzień i rok takimi funkcjonalnościami.

Teraz wyobraźmy sobie takiego simsa w warunkach idylli pełnej dereizmu. Otóż sims budzi się jak się wyśpi, o jakiejś tam godzinie innej niż sąsiad. Jak lubi to chlapnie sobie kawę, jeden sims po przebudzeniu jest głodny, a inny jeszcze nie i przez cztery godziny nie będzie. Jeden sims chce się od razu ubrać, uczesać i do świnek iść je nakarmić, drugi od razu łapie za telefon i się socjalizuje, albo sprawdza co tam Panie w polityce, trzeci zaczyna dzień od tej części gazety gdzie wskazują co mu urosło a co spadło w kasynie i chroń Panie rowerzystę rozrzucającego po skrzynkach gazety, który by dostarczył je później niż do kawy wyczekującego przy skrzynce, ubranego w szlafrok czytelnika. Potem sims w warunkach naturalnych w czasie pokoju jak już trochę się ogarnie to przydybie samicę, a potem ruszy do jakichś tam zadań gospodarskich/gospodarczych/przedsiębiorczych/biznesowych – krówki, garaż, rzeźba & malarstwo, fabryka, patrol, interrogacje wrogów waaadzy, akcje & pochodne – no co kto tam akurat ma za hobby mniej lub bardziej społecznie użyteczne. Potem taki sims może sobie podeżre, może nawet się zsocjalizuje przy obiedzie, później starszy podrzemie, a młody ruszy do aktywności, później jeszcze trochę popracuje, znów sobie odpocznie, zakończy działania danego dnia regulując porządek w miejscu wyzyskiwania siebie samego i ruszy do zajęć hobbystycznych, niekoniecznie potrzebnych innym, ale jemu bardzo, co dla jednych oznacza znowu piękną panią, dla innych garaż, dla innych socjalizowanie się w karczmie, no i w końcu przychodzi czas na sen, być może jakieś umizgi przed i tak do następnego cyklu dobowego. Zimą aktywności są nieco krótsze i odmienne niż latem, inne wiosną, inne jesienią, a jeszcze inne mają murzyni bo ich żadne niedobory żywności związane z sezonowością nie stresują i można spokojnie poprzestać na dwóch godzinach żerowania, a resztę dnia się socjalizować. Tylko, że takiej idylli nie mamy. Otóż co cwańsi wprowadzili do obiegu memy, że jesteśmy im coś winni, mamy raportować, oddawać owoce pracy, słuchać ich rozkazów (przestrzegać “praw” jakie ustanowili, tak jakby człowiek mógł ustalać innemu człowiekowi prawa w czasie pokoju – no, bo w czasie wojny to zrozumiałe pod groźbą tęgiej lagi) i w ogóle ceregiele straszne są z tymi, co wiedzą jak reszta ma żyć. Nawet byśmy ich olali jak to robiliśmy przez pół miliona lat, ale wymyśliliśmy pewne aktywności, którym trudno jest podołać przy deficycie środków technicznych i mocy korelacyjnej, które to można zastąpić zbiorowym wysiłkiem, tym większym, im bardziej brakuje tej mocy korelacyjnej i organizacja pracy jest gorsza. I wtedy trzeba to zrobić kolektywnie w jednym miejscu i czasie i oczywiście wdrożyliśmy najgłupsze z możliwych rozwiązań tej konsolidacji.

Sims jest napędzany wewnętrznym ogniem metabolizmu i bardzo trudno ten ogień ugasić, ale przypadkiem wiemy jak. Otóż robimy to w sposób następujący. Mamy w nosie kiedy sims by się sam z siebie obudził – walimy mu z budzika nad uchem i ma wstać wtedy kiedy decydent zdecyduje. Są też wersje kiedy budzimy nieszczęśnika o piątej i goryle w kominiarkach łamią ludziom żebra i ciągną do lochu uzasadniając małpie okrucieństwo tym, że oni tylko wykonują rozkazy, bo sąd wydał postanowienie, ponieważ trzy lata temu na jakieś zagubione przez pocztę wezwanie się sims nie stawił, dostał grzywnę, zamieniono ją na areszt i teraz właśnie tam wloką – później jest wielkie zdziwienie, że ludzie podpalają samochody na parkingach, wyrażając tym swoje zadowolenie z działania kolektywu. Do wyboru jest jeszcze trąbka i wywracanie z buta simsa razem z kojem. O, to taką sobie stworzyliśmy cywilizację – bardzo fajna. W nosie mamy czy sims się obudził czy nie – jak nie, to kawa i do boju. Znaczy do komunikacji w stronę obozu pracy, która to ze względu na genialny pomysł rozpoczynania pracy przez wszystkich rano na równe godziny powoduje, że zapchane są wszystkie drogi ile by ich nie zbudować, a rozwiązaniem genialnych planistów jest to, aby upchnąć simsy w komunikacji zbiorowej (ponieważ niektórzy nie lubią czynów zbiorowych, preferują kameralne, to się na to nie godzą i nie podejmują pracy na takich warunkach, co najczęściej oznacza, że nie podejmują jej wcale), a tej komunikacji wydzielić buspasy (dlatego ludzie złośliwie je blokują pomimo straszenia lochem, ponieważ nie ma żadnego racjonalnego powodu, aby plebs w autobusie dotarł do tyry na czas, kiedy pozostali też nie mogą – skargi prosimy wysyłać do centralnego planisty). Wnerwione simsy jadą więc w ścisku do tyry, jechanie sprowadza się najczęściej do stania i trąbienia, część jest niewyspana, część głodna, część by się właśnie wzięła za obłapkę, a część by nawet nie wstała. Jest jakaś garstka dopasowanych do takiej godziny, z tym, że jest to garstka, no i są jeszcze motywacyjnie nakręceni tym, że dostaną tam owoce pracy ponad to czego oczekiwali – tacy są niezwykle aktywni, zmobilizowani tym rezultatem, który odbiorą innym. Wszystkie te aspekty złożone razem powodują stres u simsów co odbija się na organizacji, relacjach i produktywności (w porównaniu do simsa w idylli). Simsy są bez żadnej przyczyny trzymane w durnej, źle zorganizowanej i bezcelowej tyrce taką ilość czasu, która pasuje wyłącznie garstce, jedni by chcieli mniej, inni więcej, jeszcze inni w ciągu dnia by chcieli odpocząć, zdrzemnąć się, zjeść, zsocjalizować z panią i wróciliby do dalszych czynności, ale nie – jest egalitee i wszyscy muszą na gwizdek zasuwać cały dzień. I tutaj dochodzi cała masa problemów, otóż jedni aktywności ścisłe lubią realizować rano, a inni fizyczne, a inni intelektualne, a inny by się chcieli wyspać. A później jest ten sam problem po śniadaniu, bo jednym się chce to a innym śmo, a mają robić to, co jakiś tam planista każe i to na gwizdek, a przynajmniej w ramach czasowych przez planistę ustalonych. Po czym simsy muszą w tłoku, na gwizdek ruszyć na zakupy, gdzie sklepy były prawie puste cały dzień i nagle pojawia się stonka. Potem do domu, telewizorek i zasnąć. Każdy może kiedy mu pasuje, ale wstać i tak musi na gwizdek. Cały ten zestaw odchyleń od tego, co sims by chciał robić sam z siebie, powoduje reakcje metaboliczne, w tym wynikające z interakcji z nadzorcą poganiającym orka grubszym słowem, emocjami, batem. Stres odbija się na simsie, a w wieczornej tv dostanie jeszcze większą dawkę, bo wojna z klimatem, z wydawaniem paragonów, z paleniem, ze smogiem, a w ogóle to macie wyrzucić samochody i kupić elektryczne, bo taka jest nowa religia. Nie byłoby to problemem, ponieważ simsy mają wymienione wcześniej przystosowania do mobilizacji i są w stanie prowadzić takim wysiłkiem działania. Tylko nie mogą ich prowadzić bez końca przez pokolenia. Pierwsze wyniki zawsze są obiecujące, ponieważ simsy wykorzystują akumulator metaboliczny i kosztem własnych sił życiowych przepalają się w mobilizacji. Jeśli taka mobilizacja trwa za długo, to już w drugim pokoleniu nie ma istotnej liczby osobników zdolnych do ekstensywnego wysiłku egzodynamicznego – po prostu oni jako pierwsi nie doczekując relaksu metabolicznego, się nie rozmnożą, ginąc dla kolektywu w czynie. Zatyrają się na śmierć. Po trzech – czterech pokoleniach pozostają w takim modelu wyłącznie dekownicy – specjaliści od unikania wysiłku, ponieważ wyłącznie tacy są zdolni do podtrzymania funkcji biologicznych w obliczu stresora, jakim jest ten durny pomysł robienia wszystkiego synchronicznie, na gwizdek. I wtedy rosną kwiatki takie jak “Prawo do lenistwa”, ponieważ koncepcja, że życie jest po to, żeby zasuwać na jakiś aparat państwowy pod groźbą, że inaczej będzie się zasuwać na obcy, w oczywisty sposób prowadzi do odcięcia stresora (beneficjentów systemu “na gwizdek”) od owoców pracy, ponieważ brakuje frajerów, żeby w tym kolektywie produktywnie zasuwać. Lemingi zawalają robotę odruchowo, ludzie przytomni są w stanie skalkulować, że po zsumowaniu potrzeb życiowych, jakie są im niezbędne do realizacji choćby biologicznej, a jeszcze przecież jest jakaś kreatywność, hobby, sztuka, socjalizowanie się, no i trzeba konkurować z innymi o samice, to kredyt (zgodę na zasuwanie) trzeba podpisać na jakieś pięćset lat. Oczywiście w piku demograficznym, co niektórzy wymyślili że wezmą kredyt na dom na tyle, na ile się da, a potem będą się martwić, ale obawiam się, że będą niezwykle zmartwieni w wieku, w którym już nikt ich o nic nie będzie pytał. Co nie oznacza, że pozostali będą zmartwieni mniej – tańczmy więc póki bal trwa, a potem się pomartwimy, bo kłopot jest taki, że w aparacie przymusu dekownicy byli pierwsi, i oni już żadnej polityki siłą wdrażać nie będą, najwyżej śmigus – dyngus z armatek wodnych urządzą, ale tak żeby ich nikt nie miał powodu wróżdą ścigać gdyby jednak rząd odnalazł się dopiero na uchodźstwie, a na nich wskazałby nieubłagany palec.

Te stresory tak zadane “na gwizdek” powodują, że bardzo wiele simsów nie odnajduje samicy w czasie kiedy akurat natura sprzyja w realizowaniu potrzeb, ponieważ są wtedy w pracy, albo w czasie dojazdu do pracy, albo są już po całym dniu wykończeni i zestresowani, i nie takie rzeczy im w głowie. To jeszcze jakoś dałoby się strawić, dzietność w takich warunkach spada do sześciu, czasem do czterech. To dalej wystarcza na jakąś śladową realizację. Ale jak pisałem w tekście o sensowności wdrażania drugiej i trzeciej zmiany do pracy w fabrykach. Tylko, że utrzymywanie takiego stanu mobilizacji już po kilku tygodniach zaczyna trzeszczeć (w modelu “zarządzania” Scrum trzeszczy już po pierwszym razie, ponieważ w tych modelach życzeniowych kierownictwo nie dostarcza mocy korelacyjnej, a model dobrano taki głupi dlatego, że nie ma już skąd brać darmowego kierownictwa, które za czapkę drukowanych śliwek będzie moc korelacyjną zespołom dostarczać) i trzeba wprowadzać aparaty kontrolne, sprawozdawcze, enforcery, mobilizatory, czyli dorysowywać trójkąty do trójkątów, które upilnują strażników strażników. Powstaje w tym multum powiązań na płaszczyznach pozaformalnych i robi się z tego przaśne nieróbstwo. Moc korelacyjna jest bardzo droga, szczególnie jeśli rezultat ma być skoncentrowany. Nie żałujmy sobie, dokręćmy śrubę – na drugą zmianę wciągane są samice, tym stresorem, że z niewydajnej gospodarki nie ma czym zapłacić źle skorelowanym samcom. A nie ma dlatego, że przystosowanie do mobilizacji ma u samców podstawę wojenną, musi po tym nastąpić konflikt i niezależnie od jego wyniku część samców ginie pozostawiając owoce swojej pracy. Tymczasem w gospodarce nikt nam raczej masowo nie ginie, no nie na tyle, aby się majątkami dzielić. Wszystko to jest maskowane składkami, podatkami, opłatami i mieszaniem herbaty, ale w gospodarce, gdzie masowo występują stresory właściwe dla działań zbrojnych z definicji muszą wystąpić wojenne niegospodarności i straty. Wyjaśniałem dlaczego wciąganie samic na drugą zmianę jest pozbawione gospodarczego sensu (wzrost strat, spadek wydajności, braki w aparacie organizacyjnym i kontrolnym), a ma jedynie sens rozrachunkowy w przypadku konkurującej gospodarki o cechach komparatywnych pod jednym, szczególnym warunkiem, który zaraz tu wyjaśnię. Nie dość, że te samice nic nie wyprodukują, to w wyniku stresu jakiemu zostaną poddane, natychmiast wystąpią rezultaty związane z dzietnością wymienione wyżej. I wyłącznie brakowi rzeczywistych możliwości zagnania wszystkich do koncłagrów zaraz po 2WW zawdzięczamy to, że jeszcze rodzą się jacyś ludzie, tylko jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności dzietność w ciągu stu lat spadła o rząd wielkości. Jezuici potrafili zagnać do obozu całą populację na małych obszarach (z pomocą stresora, przed którym tę ludność chronili) i uzyskali takie właśnie wyniki natychmiast, dlatego porzucili to dzieło niebu obrzydłe i dzisiaj misje chrystianizacyjne działają w innym modelu (w modelu indukcyjnym opartym o zwiększenie wydajności pracy i zmniejszenia tym obciążenia pracą, wzorowy misjonarz to specjalista od upraw, hodowli, organizacji gospodarstwa, który nie wchodzi z butami w kto kiedy ma robić, tylko pokazuje jak uzyskać lepsze plony przy minimum wysiłku). No, a potem wymyśliliśmy przemysł, zorganizowaną produkcję i już przy tajloryzmie poszło w USA na noże do tego stopnia, że próby wdrożenia pochodnych tego japońskich pomysłów (Japończycy i Polacy uczyli się z jankeskich fabryk organizacji pracy i produkcji, Polacy stanowili tam główną mniejszość w produkcji, a Japończycy w obróbce ówcześnie precyzyjnej) takich jak kaizen, lean i inne etosowe brednie, którymi jest naćpany każdy młody gotowy ze śpiworem się przenieść pod suwnicę. Tailoryzm wprowadził problemy korelacyjne. Obciążył system rozrachunkowy rozbijając ówczesny etos podziału zadań i specjalizacji, podniósł wydajność, ale obciążenie jest stresem i wywołuje reakcje obronne polegające na niszczeniu źródła stresu – czyli sabotowania organizacji pracy, takiego choćby jak stosowanie się do przepisów – strajk włoski.
W wyniku posłania samic i samców do regulowanego gwizdkiem wysiłku praktycznie nie występują interwały funkcjonalne, gdzie samiec i samica na raz są chętni i zdolni do prokreacji, a warto przypomnieć, że żadna firma nie wytwarza dzieci, nie przeprowadza procesu wychowawczego i nie formuje z nich dorosłych ludzi. Tym zajmuje się wyłącznie rodzina. Rodzina jak sama nazwa wskazuje, zajmuje się rodzeniem. I nie – nie państwo, państwo nie wytwarza żadnych ludzi i brednie powerpointów o tym, że za dostęp do tego luksusowego zasobu należy płacić państwu podatki kwalifikują do skompletowaniu żwiru na ciężarówce. Płacić owszem trzeba – w kozach, owcach i wielbłądach, ojcu za wydanie córki, no to tak się odbywa w normalnych cywilizacjach. Mamy więc sytuację, w której 90% przypadków skutecznej prokreacji, jakie miały miejsce jeszcze 120 lat temu, nie ma dziś miejsca i mamy dzietność jednocyfrową, a za istotne uznajemy nawet to, co jest po przecinku, kiedy jeszcze sto lat temu nikt by takiej resztówki nie rozliczał, tylko zgrubnie się zliczało czy to jest jedenaście, czy trzynaście.

Gospodarka konkurencyjna o cechach komparatywnych

To jest takie zwierzę, w którym to jakoś utarliśmy stanowiska do etapu, na którym komparatywny podział pracy (czy muszę wyjaśniać?) zapewnia nam sumaryczną korzyść wyższą niż potencjalny brak tego podziału. Co powoduje, że wdrożenie do wytwórczości jednostek mniej produktywnych podnosi ogólną produktywność dzięki specjalizacji. Tylko, że kłopot jest przy podziale rezultatów, bo o ile wiemy o ile nam wzrosła produkcja w ogólności, to rezultaty pozostają w rękach wytwórców i każdy uważa, że jego poświęcenie na specjalizację i skupienie się na tym co robi najlepiej daje przyrost rezultatu ogólnego i on chce cały zysk dla siebie. Ten najsłabszy też 🙂
I tutaj pojawia się taki tyci tyci problemik – przyrost mamy jeden, a chętnych do uczestnictwa w nim bez liku. Przyrost wynika ze specjalizacji/specjalistów pod warunkiem, że specjalizacji < specjalistów i w takiej sytuacji największy przyrost/uczestników jest kiedy najproduktywniejszy zorganizuje się z kolejnym w hierarchii, ale zaangażowanie wszystkich (bajka o pełnym i produktywnym zatrudnieniu) powoduje, że już tak gdzieś od mediany produktywności w buty można sobie wsadzić całą koncepcję i to w rozumieniu skuteczności ilościowej (produkcji netto). Teraz do tego dochodzą nam specjaliści organizacyjni zajmujący się podziałem pracy pomiędzy pozostałych oraz rozrachunkowi, rozsądzający spory wynikłe z tego etc. – zagadnienie jest bardzo skomplikowane, ale pełne i produktywne zatrudnienie w konkurencyjnej gospodarce komparatywnej powoduje, że albo mamy rzędy wielkości w zarobkach (“Wszystkie ręce pod dach”) pomiędzy najlepiej zarabiającymi, a masą tych najmniej zarabiających, co oczywiście wyklucza jakieś tam egalitee, albo (jeśli przemocą wprowadzamy egalitee, choćby w postaci podatków) najwyższej klasy specjaliści uciekną nam z jurysdykcji, bo nie chcą się dzielić swoimi rezultatami ekskluzywnymi z resztą gamoni, którzy nie są w stanie ich substytuować. Przy czym zignorujmy na razie tych specjalistów, bo oni się na kamieniu nie rodzą, oni przechodzą szczeble kariery, rzućmy okiem na początek kariery kiedy produktywność jest licha, specjalizacja powszechna i w wyniku działania systemu rozrachunkowego dostaje się jakie ochłapy ze stołu. Przychodzi taki młody człowiek do tyry i stawia przytomne oczekiwania względem społeczności, w której to ma się trudzić “we wspólnym celu” zadając banalne pytanie: co on z tego będzie miał, bo chciałby domek, działkę, samicę (proponuję w konstytucji zapisać prawo do ładnej kochanki dla każdego), drugą na zapas gdyby ta pierwsza była już nadmuchana, no i żeby mu nikt tego nie popsuł czyli gwarancji bezpieczeństwa. Oczywiście śmiechu przy tym cała kupa, bo niby po to wymyśliliśmy cywilizację, żeby w koncłagrach – miastach na kupie mieszkać, bez dzieci i w ścisku. System rozrachunkowy proponuje zadłużenie na 500 lat w celu realizacji tych potrzeb, przy czym nie przydzieli takich zasobów, bo sims nam nie rokuje takiego resursu. Czyli człowiek jest wyceniany przez nasze dobrotliwe społeczeństwo, że nie zasługuje na wymienione dobra materialne, socjalne i pozostałe. Jeszcze pokolenie temu ludzie się zagryzali, żeby jednak przeżyć, ale nie przeżyli, nie rozmnożyli się za nadto i obecni już mają na cały ten interes wywalone – po prostu nie podejmują żadnego zajęcia, bo i niby po co?
Oczywiście w ramach jakiegoś tam pojęcia uczciwości, sprawiedliwości oraz innych bredni dla potłuczonych, jesteście gotowi uzasadniać (z fotela szefa firmy, haerowca czy innego dysponenta) dowolne dyrdymały, dlaczego sims powinien zasuwać jak osioł i nic z tego co chce nie mieć, w ogóle to powinien zrezygnować ze swoich potrzeb i zadowolić się tym co jest. Na tym polegają negocjacje. Tylko, że młodzież symetrycznie i zupełnie racjonalnie, nawet tego sobie nie uświadamiając, stwierdza dokładnie to samo – “musicie się zadowolić tym co jest” i nie podejmuje pracy. Ale dalej je, mieszka kosztuje, najpierw rodziców, a potem to już trzeba spać na stojąco, bo wszystko czego nie uda się upilnować znika. Wszak po co ktoś miałby brać udział w społeczeństwie, w którym nie może nic swojego zrealizować? Ja na przykład wiem po co, ale dla ludzi chcących zrezygnować z dzietności, oddać się pracy na rzecz społeczności i żyć z miski owsa lada jakiej, to mamy zakony i tam się można tak realizować w ramach przyjętych norm społecznych, ewentualnie można wstąpić do jakiej sekty. Natomiast nie po to organizujemy firmy, żeby płacić podatki, tylko po to, żeby sobie zrobić dobrze. A jak nie jest dobrze, to nie robimy.
W Szwecji to nieśmiało dyskutowany problem, że powstało społeczeństwo alternatywne, które w nosie ma kwestie formalne i żyje po swojemu, a aparat przymusu wcale nie przymusza do zmiany tychże zachowań, bo też ma w poważaniu. Ałtorytectwo moralne grzmi z wysokości kontrolowanych przez siebie mediów, że to bardzo źle. Ale kwestia jest obecnie następująca: przepisów (przykazań państwowych) jest coś koło miliona, to ile papieru dostanę od przestrzegania każdej sztuki na godzinę ich niełamania?

W gospodarce komparatywnej, w której simsy przestają konkurować o “przywilej” zasuwania za bezdurno, ci co chcieli podzielić się (w łaskawości swojej – nie dla korzyści własnych przecież^^) zadaniami z resztą, muszą sobie zrobić wszystko sami, albo przynajmniej w gronie kameralnym. Co powoduje, że mogą sobie wrócić do szopy czy do garażu i tam wydłubywać kit z okien. No nie udało nam się społeczeństwo na gwizdek – mieszkamy w ścisku, jesteśmy zmęczeni, niewyspani, nie realizujemy tego co chcemy, działamy pod przymusem i w wiecznym stresie. To już nawet nie wnikając co tam Unabomber popisał w manifeście wiemy dlaczego w gospodarkach uprzemysłowionych ludziom odbija, zaczynają demolować infrastrukturę, a poza samym czynem nie zdradzają żadnych objaw patologicznych przynajmniej wg norm przyjętych dla zasuwających całe życie mieszkańców koncłagrów, dla żartu nazywanych miastami.

Pomęczmy jeszcze Jezuitów.

Nie żałujmy prowodyrom co wymyślili brzytwę i zostawili ją małpie. Jezuici od samego początku byli kongregacją łowiącą do swojego grona sigmy, tam nie ma żadnych ludzi przeciętnych intelektualnie, albo jedynie nieco bardziej spostrzegawczych. Ponieważ jest to cech (korporacja zawodowa kapłanów, w tym misjonarzy), to pierwsze co musieli sobie zorganizować lepiej od innych, aby zaistnieć był dobór i selekcja kadrowa. Co za tym idzie, maszyna do pozyskiwania kadr. W czasach współczesnych dla ich powstania, kształcenie miało charakter wyspowy, rozproszony i nieprzymusowy. Było więc kosztowne, przeciętnie skuteczne, i przeciętnie drogie – był to jeden z wielu elementów gospodarki fakultatywny, ale obecny zależnie od zamożności jako forma alokacji. Kształcenie zawodowe miało charakter cechowy, w szczególności dziedziczny i niczym nie różni się od dzisiejszej wędrówki specjalistów po świecie, tylko zaczynało się wcześniej (w młodszym wieku). Nie było różnicy (poza specjalizacją) pomiędzy kształceniem metalurga czy oficera – najpierw praktyka, a jeśli były zasoby i kandydat był obiecujący, to kształcenie ogólne (co oznaczało dla ówczesnych jakieś głębsze słowo pisane, geometrię, algebrę, ewentualnie historię, sztukę, literaturę) i wymianę z kadrami w świecie. Nie było wtedy czegoś takiego jak akademie wojskowe w dzisiejszym rozumieniu – terminowało się po prostu u dowódcy jak w każdym cechu i uczyło wszystkiego w praktyce, organoleptycznie. Co oznacza, że teoretycznej formy badania wojskowości czy metalurgii właściwie nie było, ponieważ nikomu nie było to potrzebne za taką cenę, jaką to kosztuje – dziś możemy być nieco bardziej rozrzutni (tak gdzieś od XVIII wieku to nawet bardzo). Oddzielnym modelem kształcenia było kapłańskie, ale było ono rozumiane jako kształcenie z administrowania i zarządzania (coś jak dzisiejsze szkoły dla elit władzy o tym jak się w praktyce rządzi, jak się operuje aparatami administracyjnymi, prawnymi, siłą, religią, zasobami) dla co bystrzejszych dzieci przeznaczonych do aparatu trzymającego zarządzanie zasobami w kupie, tak żeby starczyło do przednówka bez zjadania się nawzajem. Tam też była wykładana dyplomacja, teoria polityki i podobne kwestie kwestie praktyczne, w tym literatura przedmiotu (głównie antyczna). Powszechnego szkolnictwa na poziomie ponadpodstawowym nie było, ponieważ nie było ono nikomu do niczego potrzebne, a jest okrutnie drogie gdyż większość ludzi, to z punktu widzenia takiej specjalizacji jaką jest teoretyczne przekazywanie wiedzy w postaci encyklopedycznej, to delikatnie sprawę ujmując kompletne tumany.

Zadanie: Jeśli Ty masz siedem długopisów, a ja cztery jabłka, to ile samochodów ma Jaś? Odpowiedź: Fioletowy, ponieważ kosmici nie noszą czapek.

Naprawdę większość ludzi tak widzi zadania matematyczne. Większość ludzi nie umie dokonać inwersji procentowej czyli stwierdzić jaki jest procentowy udział podatku VAT w cenie brutto jeśli wiedzą ile jest to procent ceny netto. Możecie przekręcać ludzi bez mydła i większość się nie połapie, że robicie ich w konia na liczbach. Od małego siedzę w księgowości właśnie dlatego, że starsi nie okazali się mądrzejsi i ktoś tam musiał to wszystko policzyć kiedy brakło jeszcze starszych co potrafili.

Większość kształcenia przed Jezuitami, jaka była dostępna na rynku edukacyjnym w Europie, uznalibyśmy za pierwowzór “szkoły realnej”, ale bez elementów formacji i wychowania. Wychowanie było w domu. A formację w znanej nam dziś z systemu edukacji metodzie wprowadzili właśnie Jezuici. To był ich pomysł. Brzytwa taka. Wszyscy później z tego korzystali, nawet Marks, opracowania na ten temat pisali Szaccy i Sztompka. Przy czym metodą pierwotną było przyjmowanie na siebie kolejnych zobowiązań wobec siebie i innych w celu wykonywania zadań użytecznych dla siebie i innych. I chodziło o sformalizowanie tego procesu jaki zaczyna się od chrztu, później komunii, bierzmowania, ślubów takich czy siakich i ich odnawiania przy czym mam pełną świadomość że dziś są to czynności formalne i mało kto kojarzy po co one są i po kiego jest całe to nauczanie przed każdym etapem formacji. Marksiści zrobili po prostu kopiuj- wklej tego procesu i spowiedź zastąpili publiczną samokrytyką identyczną jak w innych sektach, a wariacje tego są w obecnych systemach zarządzania przez robienie wody z mózgu. Istotnym elementem formacji i podtrzymania rezultatów jest regularne przypominanie o co w tym wszystkim chodzi, czyli rekolekcje, a jeśli rzucicie okiem na scjentologów i inne bzdety niebu obrzydłe, to tam jest to na niebywale odlotowym poziomie spięte z kontrolą sygnałów zwrotnych. Istotny jest jednak cel. Jezuici potrzebowali dorosłych, poważnych ludzi do trzeźwego myślenia i wyciągania wniosków z rezultatu działań własnych i cudzych. Stworzyli więc cały aparat kształcenia, potanili koszty edukacji, zasilili je z kasy KK, ponieważ jakoś tam sobie doszli do wniosku, że trzeba przeczesać całą populację w poszukiwaniu ludzi spostrzegawczych i wpięcia ich w aparat zakonu. A ponieważ zdominowali w ten sposób produkcję aparatów korelacyjnych, to mieli ludzi w każdym aparacie zajmującym się jakimkolwiek myśleniem do jakiego byli potrzebni ludzie myślący, poza grupami hermetycznymi zarówno religijnie jak i kulturowo, mieszkającymi w autoizolacji (w gettach).

Po czym do tego aparatu pozyskiwania kadr dorwali się reformami józefińskimi inni, Jezuitów rozgoniono, majątki zakonne skonfiskowano i stworzono nowoczesną biurokrację w tym bizantynizm niemiecki. Prusacy tego tworzenia nie przeżyli, chociaż to niby oni zaczęli. Ten model indoktrynuje do posłuszeństwa wobec państwa, tak jak jezuicki indoktrynował do posłuszeństwa woli bożej (też w celu tworzenia lepszego świata, bo przecież nie gorszego), z tym że zabrnął (model) w to samo w co dzisiaj prawo pozytywne, czyli w drobiazgowe wyliczanie co i jak wolno, a czego nie wolno, przy czym należy mieć na uwadze, że model jezuicki poległ w konfrontacji ze scalakiem jakim było uogólnienie liberalne podejścia do zasad “co nie jest zabronione wprost jest raczej dozwolone” (zwracam uwagę na “raczej”) pod ówczesnym pojęciem laksyzmu. Zastosowanie tego modelu formacji z kultem państwa prowadzi nas do pewnego kompletnego odlotu.

Popijając mojego ulubionego Blantona (czytelnicy mi do kalifatu przywieźli, bo przy tych szariackich podatkach człowiek o suchym pysku pisać by musiał) prostującego myśli zawiłe w proste jak labirynt korytarze, których rozwiązanie jest oczywiste, jeśli istnieje… popijając mogę wreszcie usiąść do tematu simsów. Długo się zbierał (ten temat) i jest porozrzucany po różnych plikach. Bo przecież “my chcemy Boga” – napisali uroszczeniowcy na transparencie, który zanieśli na wprost ZOMO (czy jak to się ta prewencja teraz nazywa) w celu objaśnienia enfocerom polityki (policji) jakie komunikaty ma przyjmować od abstraktu sterowniczego (państwa, a nie kościoła^^). Bo w ramach państwa i w oparciu o nie suwereni organizują swoje życie religijne^^ bo przecież nie w oparciu o KK. Zamiast jako płatnicy utrzymując produkcję batów na przymierze z własnymi częściami ciała niegodnymi wspomnienia odciąć sterowanie, wygasić proces, wsadzić nowy zestaw poleceń (no jak chcą Boga to wypadałoby wyrzucić całe prawo pozytywne i plik wsadowy zrobić nie z konstytutki, a z katechizmu) i odpalić urządzenie na nowo. Wrzask by się podniósł, że Bóg co prawda organizował leczenie za darmo ślepcom i chromym, ale nie wszystkim, a darmowe szkolnictwo urządzał ognistym mieczem wypędzając z raju, a potem studząc gorące głowy Potopem. Durnie więc – nie szczędźmy sobie nazywania zjawisk – chcą z pliku wsadowego na obiecanki dotyczące życia doczesnego (w tym odległej emerytury i nieodległych podatków) uzyskać rezultaty organizacyjne jakie dawało uorganizowanie, kiedy zapłata przewidziana była w nieco odleglejszej przyszłości. Ciekawe, że nie wybrali się do hierarchów kościelnych z transparentem, że teraz od nich będą przyjmować rozkazy i policja też ma ich słuchać, a rząd świecki może sobie urządzić placówkę w Lądku. Coś widać nawet lemingi pragnące podążać śladami Pana Naszego jakoś tak nie są otumanione łaską wiary na tyle, aby zaryzykować, że na pewne rzeczy trzeba będzie sobie zapracować i żadnego wspólnego kotła pod przymusem nie będzie – będzie tylko taki, jaki bardziej zaradni postanowią zorganizować dla pozostałych. Wstęp wydaje się całkowicie pozbawiony sensu i związku z tematem, ale jest istotne czego te biedne lemingi chciały od aparatu organizacyjnego – otóż chciały żeby nimi kierować “po Bożemu”, zamiast posługiwać się wolną wolą czy jakimś tam własnym rozumem. Tego samego chcą lemingi szukające porządków kolektywnych według innych źródeł pisanych, a papier przecież wszystko przyjmie. Ale natura nie – morduje całe gatunki, całe ekosystemy bez wahania.

Do brzegu!

Podsumowując: najpewniej nasz gatunek nie jest zdolny do życia w stanie mobilizacji na trzeźwo przez tak długi okres, a ponieważ władców mamy jak psów i każdy chce być ważniejszy, to stale wysyłane są wzbudzenia wymuszające mobilizację. To działa jak reklamy – uodporniamy się na nie, a specjaliści wymyślają nowe. Mamy coraz więcej specjalistów od wzbudzania, coraz mniej od produktów. Oznacza to dokładnie to samo, co zawsze i dokładnie to spotkało Indian w jezuickich redukcjach. Zamiast niewolnictwa mogli sobie w spokoju wymrzeć wstając co rano do pracy na gwizdek. Wiem, że nikt wtedy nie pomyślał, że neolitycznej kultury po nawiązaniu styczności bojowej z uzbrojonym w muszkiet białym człowiekiem nie da się uratować. W ludzkim odruchu próbowano uchronić ich przed niewolnictwem. “Strzeż się swych pierwszych odruchów – zwykle są szlachetne”.
Od kilku dekad w sposób dla nas trudny do zbadania konfrontujemy się w wojnie informacyjnej z najstarszą istniejącą nieprzerwanie cywilizacją na planecie, i wciskają nam takie durnoty, a lemingi tak to łykają, że oddajemy im przedsiębiorstwo po przedsiębiorstwie – hurtem całe branże. W tamtej cywilizacji nie ma pojęcia “miłosierdzia”, nie ma w ogóle czegoś takiego jak religia, oni nawet pismo mają jeszcze obrazkowe, ale to nic im nie przeszkadza, by być wyjadaczami w intrygach. Ich metoda konfrontacji polega na niewzbudzaniu nas sygnałami mobilizacyjnymi. Nie oni jedni wyszli z tym pomysłem, ktoś podsunął islamistom pomysły o tym, aby wzbudzać “Zachód” do bezcelowych konfrontacji i utrzymać w mobilizacji przez zbyt długi okres bez łapania oddechu. Całe nasze szkolnictwo jest nakierowane na wytwarzanie jednostek zdolnych żyć w stanie ciągłego wysiłku i mobilizacji, ale z naszej wiedzy o procesach kontrolnych wiemy, że sygnał wzbudzający te procesy ma już takie natężenie, że ludzie go ignorują i przechodzą do stanu spoczynkowego ignorując te przeróżne sygnały emocjonalne, formalne, prawne. Stają się bierni. Obecnie skala zaangażowania (ludzi zaangażowanych) w działania kolektywne, względem wolumenu w danej jurysdykcji jest znikoma, nasze struktury mobilizacyjne (armie, policje, służba zdrowia, pomoc społeczna, system emerytalny) stały się w wyniku tego długotrwałego wydatkowania czysto teoretyczne. W funkcji czasu aktywności simsów nie pokrywają się ze sobą do tego stopnia, że ludzie wyznaczają sobie godziny w jakich w ogóle odbierają telefon spoza listy osób zaufanych i niekoniecznie pokrywa się to z godzinami kiedy inni od nich coś chcą. Mamy takie sytuacje, że policja odpisuje, iż sprawę rozpatrzy w ciągu roku, bo się nie wyrabia, a skarbówka dostaje takie same odpowiedzi od firm. I jak się coś komu nie podoba, to polecamy zakup osła, napisanie zażalenia na ośle i pognanie go w pustynię – sułtan osły złapie i na pewno przeczyta. Z cybernetycznego punktu widzenia taki układ stał się niesterowny, a z punktu widzenia naszej wiedzy o sieciach, aktywność sama z siebie wygaśnie, zresetuje się i po rekonfiguracji odżyje. O ile wtedy właśnie, przy tej demobilizacji Han nie zrobią ze zdemobilizowanymi porządku takiego jak to mają w zwyczaju.

Słusznie zauważył komentator @Tomasz Goździk opisując o czym dyskutują ludzie o nie dającej się ukryć spostrzegawczości:

Brakowało mi komentowania jednego tematu. A mianowicie współpracy.
Każdy przyszedł tam sam. I szuka możliwości pomnażania/ochrony kapitało tylko dla siebie.
Nikt nie szuka współpracy.
W takim skupisku bądź co bądź inteligentnych ludzi.
Ja szukam!!!
Od pewnego czasu jestem w stadium prawie maksymalnego wykorzystania sil, środków, czasu. Widzę, że nie pójdę dalej bez wspólników.
A wspólnicy to jest dopiero temat!!

Otóż tego tematu brakuje, ponieważ współpraca oznacza kolektyw, a ten pcha się do nas drzwiami i oknami i chcielibyśmy bez wzbudzania podłubać co nieco w samotności. Ponieważ nasze lemingi czeka dokładnie to samo co Indian w redukcjach. Redukcja. I co bystrzejsi już się połapali, że trzeba wyprodukować sobie samemu zasoby do tej legendarnej “współpracy”. Otóż trzeba sobie zrobić populację – każdy swoją. A do tego trzeba się wypiąć z kolektywu, przestać ponosić koszty na ośmiorniczki, porwać z kolektywu samice i zrobić co trzeba. To na co zaganiane w kieracie lemingi nie mają sił i czasu.
Nie chcemy żadnej współpracy, ponieważ selekcja konieczna do uzyskania tej korzystnej jest droższa niż korzyści z niej ewentualnie wynikające. I dlatego właśnie większość czytelników się nie ujawnia, bo nie jest im to do niczego potrzebne. Nam zresztą też nie. Każdy rozwój polega na tym, że z ograniczonej przestrzeni (zasobu) pozwalamy spaść słabszym (w funkcji czasu poprzez nierozmnażanie się tych co łyknęli jak pelikany, że to w ich interesie) i zdominowania populacją lepszą (czyli własną^^) zasobu.
Co jest oczywiste i nie widzę żadnego sprzeciwiającego się australopiteka, ani nawet neandertala, który by nie spadł z zasobu^^ A tego przecież dostarcza nam nowoczesne szkolnictwo – wygasza w ludziach ogień do przetrwania, pobudka jest dopiero kiedy trzymają w ręku kwitek z wysokością przyznanej emerytury^^ – za dużo żeby umrzeć, zbyt mało przy przeżyć.