Free for all cz VI

Kiedy już taki wybitny człowiek raz złoży wehikuł polityczny i wszystko zadziała, to zostaje to zawinięte w papierek mitów “był kiedyś taki ktoś kto tak zrobił, tylko myśleliśmy wtedy tak a siak” i jeśli znowu pojawi się ktoś z pomysłem, to wszyscy już będą gotowi iść w tym kierunku politycznym, bo to już kiedyś było i się sprawdziło. A nawet jak się nie sprawdziło, to i tak było lepsze niż ta rzeczywistość wkoło. Jeśli jednak brakuje tej wybitnej osoby, ale jest wiele słabszych sigm, to potrafią one kolektywnie kierować już uruchomionym wehikułem i podtrzymać go przynajmniej na biegu jałowym w oczekiwaniu na kolejnego bystrego. Co prawda taki kolektyw zazwyczaj powołuje jakiegoś bezosobowego władcę w postaci bóstwa czy innego “prawa” kierując się “słowami”, ale ze względu na koszt zasilania w celu podtrzymania hierarchii w strukturze i po odliczeniu kosztów na przepychanki polityczne (wszak od bóstwa żadne zasilanie nie spływa) taka struktura zazwyczaj się degeneruje, dochodzi do prób wymuszania na średnim szczeblu (a średni na niższych) suplementacji tych niedoborów i wychodzą nam takie kwiatki jak wielki głód w Chinach, kiedy korporacyjna partia wymusiła wysokie słupki zbiorów ryżu, średni szczebel udowodnił, że da się, a ci na dole poumierali z głodu. Dlatego w strukturach, które przetrwały, są zapasowe zestawy mitów na czas, kiedy nie ma tak światłego przywódcy i dochodzi do fragmentacji struktur. W pamięci zbiorowej jest oczywiście gotowość do odtworzenia struktury wyższego rzędu, ale dajcie nam wodza – gdzie jest wódz?

Czytasz szóstą część artykułu. Jeśli jeszcze nie znasz części pierwszej, drugiej, trzeciej, czwartej lub piątej, to polecamy lekturę.

Wódz ma też pewną właściwość będącą zagrożeniem dla mitów. O ile potrafimy się unosić emocjonalnie, że coś jest fajne, albo że nasz przywódca ma fajny krawat, albo się miło uśmiecha i podaje rękę; albo religijnie się unosić, że przywódca zgodny ze słowami z księgi i że proroctwa go zapowiadały – dla każdego coś miłego. Jednak to wszystko betka, gdy pojawiają się słupki. Nie ma Boga nad stosy złota i dominację nad pokonanymi. Żadne bóstwo nie ma więcej do powiedzenia, niż rzecze wódz, który koreluje nam profity. Nie ma religii, która wygra z człowiekiem. Jeśli szósta, albo siódma sigma ma talenty polityczne, organizacyjne, wojskowe, to nie ma takiego stosu trupów, jakiego by nie usypano na rozkaz człowieka, bo znajdzie się dość ludzi kalkulujących swoje fortuny aby wdeptać w ziemię bądź przekupić wątpiących. Wielki Chan był przecież Wielki, dajcie nam wodza! Któż by wspominał ogrom zbrodni?

<Wielki Chan> miał na rozkazy
Tłumy szczęśliwych piekłofilów,
Byśmy kpić mogli z tych – bez skazy:
Tak was niewielu! A nas tylu!

Cywilizacja turańska to po prostu cywilizacja człowieka odartego z mitów. Nie ma Słowa ponad Siłę. Powstała ona co prawda w środowisku plemiennym na etapie szamańskich kultów w żywioły, ale z pieniądzem fiducjarnym, nowoczesną doktryną wojskową i plemienną strukturą armii wyposażonej we wszystkie środki (zwiad, transport, komunikację) na każdym poziomie organizacyjnym niezależnie. Granicę wpływów Chin wyznaczyła śmierć Kubilaj Chana osiemnastego lutego 1294 roku. Śmierć jakieś wysokiej sigmy, a nie opór wdeptywanych w ziemię razem ze swoimi gusłami.

Nie czarujmy się – wystarczy pięknie do ludzi przemówić, pokazać im złote góry do zdobycia i szarańcza w dymie muszkietów rzuci się rabować nowe kontynenty nie biorąc jeńców. Jedyne co musi zorganizować wybitny umysł to transport nieprzeliczonej rzeszy ciał z miejsca, w którym są, do miejsca, które zasugerował im pragnąć. Wiecie może kto przerzucił “pontonami” tę rzeszę dzikich z Afryki? Ale zorganizować takie przedsięwzięcie to nie w kij dmuchał, wiele plemion Izraela musiało się w ten cymes zaangażować.

Miasto – skoncentrujmy się w obozie

Źródłem każdej (prawie) cywilizacji, jak zapewne wiecie z historii, są wielkie rzeki, a najlepiej ich ujścia lub rozlewiska. Nie bez powodu. I dokładnie tym wzorcem powstają korporacje, mimo że w oparciu o dużo szersze zasilanie i formalny przesiew. I tak samo jak w mieście my się zaczęliśmy garnąć tu na portalu, bo jest z kim pogadać, mimo że rozsiani jesteśmy między lemingami. I chociaż różne tu czasem wizje tego samego mamy i czasem się wytknie nieścisłości w rozumowaniu, to jednak są tu same dusze piękne, mądre, dobre. A to dlatego, że jest tu jakaś zaczarowana bariera, ostrokół ostrych myśli, których lemingi ani myślą pokonywać, bo przecież nic ciekawego za ostrokołem nie ma.

Bo przecież w mieście w początkowej fazie jego powstawania nie ma nic ciekawego, żadnych tam skarbów, mimo że ludzie zbrojni i zamożni. Jedyne co tam jest to kupa ludzi i ścisk. Kupa ludzi dlatego, że w ujściu rzeki są ryby, czyli białko bez ograniczeń i powstają urządzenia do poruszania się po wodzie (wielkie rzeczy – nawet dzicy w dżungli potrafią), którymi można dotrzeć i wzdłuż brzegu morza i tą rzeką i jej dorzeczami do ludów lądu na granicę lasu, ale te ludy nie bardzo mogą dotrzeć bez tych urządzeń do miasta.

Warunkiem powstania miasta jest zasilanie w ryby i bieżącą wodę. Przedłuża to czas życia ludności tam mieszkającej poprzez zmniejszeni ich katorżniczego wysiłku przy pozyskiwaniu białka. A dieta oparta o białko zapewnia bardzo dobre zasilanie mózgu i kolejną zmianę metaboliczną. Wielu ludzi dzięki tej drobnej zmianie zasilania ma czas oprócz rzemiosła dla każdego “pozyskiwanie żywności” jeszcze na jakieś rzemiosło “wspólnie wytwarzamy coś, co pływa”. Oczywiście zaczyna się delikatnie od połowów. A ta rzeka jest po to, że z samego brzegu morza nie sposób dokonywać połowów – Księżyc temu winien, że mamy przypływy i odpływy, a pogoda, że fale o brzeg biją i łodzie dewastują. Zatoka, rzeka dobrym schronieniem – rzeka najlepszym. A szerokie rozlewisko zapewnia jeszcze zasilanie upraw wodą na wielkim areale. Oznacza to, że plemię, które zajmowałoby normalnie duży obszar, może mieszkać w kupie utrzymując zasilanie na tak małym obszarze. Zwarta siła na małym obszarze, krótkie łańcuchy dostaw i oszczędności pozwalające na odrobinę dłuższe życie, rozwijanie w tym czasie kolejnych kompetencji i operowanie strukturą zwartą plemienia codziennie, a nie co wiec. To bardzo zmienia gęstość rezultatów doświadczeń w takim politykowaniu. A ponieważ może na małym obszarze zamieszkać wielokrotnie więcej ludności, to będzie tam proporcjonalnie występować tyle odchylonych sigm ile powinno. Jeśli więc mamy w jakim miejscu 4500 ludzi w promieniu kilku kilometrów, to po raz pierwszy zachowamy ciągłość przekazywania doświadczeń pomiędzy trzecimi sigmami.

Z punktu widzenia ludności stabilny korelator zapewnia olbrzymie oszczędności i jest niezwykle korzystny – wszak kto by ogarnął umysłem tak skomplikowany organizm, gdzie każdy zna te 200-300 osób, z tego oczywiście rozpoznaje tych ważniejszych “z miasta”, ale macierz polityczna na ponad 20 milionów pozycji w jednej warstwie przekazu już tam nie występuje – część komunikatów jest jednokierunkowa, właściwie nie ma recepcji komunikatu zwrotnego czy się coś ludziom podoba czy nie. A ponieważ piramidy zarządzania ludnością obejmują w najlepszym wypadku 1/3 ludności przy normalnym rozkładzie sigm, to trzeba coś z tym rozkładem zrobić, aby się ten drogi w utrzymaniu (zależny od zasilania w białko) bajzel utrzymał. Zresztą trzecie sigmy dobrze kombinują, a co osiem – dziesięć pokoleń pojawi się i czwórka (pełen odlot) i zaczynają powstawać dość powoli koncepcje instytucji. Czyli samograja struktury memetycznej, gdzie wystarczy podmienić człowieka, ale tytularnie (nazwa urzędu) to dalej jest ta sama osoba. Z punktu widzenia sigm to korzystne (bo proste w obsłudze), ale i wadliwe (bo można tam wstawić byle kretyna i też jakoś to będzie funkcjonować, tylko zdezorganizuje instytucję i zmieni kanały zasilania na korupcjogenne), ponadto może powstać parcie oddolne na awans i przy użyciu “innych środków” wliczając w to “zbiegi okoliczności” ktoś zaradny w zdobywaniu władzy i czyszczeniu sobie drogi, ale niezaradny w niedestrukcyjnym, konstruktywnym zarządzaniu zmieni całą organizację w aparat militarny oparty o podbój. Niby niegłupie, ale jeśli są to pierwsze miasta, to nie ma nikogo bogatego do podboju, żeby były z tego łupy, a ludność posiada inne zasoby (zaraz je złupimy inaczej), więc trzeba skierować nadwyżkę mocy swobodnej ludności na co innego niż łupienie. Na przykład na budowę czegoś dużego, jakiś świątyń, grobowców, systemy irygacyjne. Jakieś wielkie projekty dobrze przepalą nadwyżki i nie zdemolują okolicy.

Okolica jest bardzo ważna, macierz komunikacji ludów odciętych pivotalnym punktem ujścia rzeki, a więc i ludów lasu odciętych rzekami nie jest tak rozbudowana jak macierz komunikacyjna ludu ujścia rzeki dysponująca środkami transportu wzdłuż brzegu morza i po rzekach. Z tego względu mit miasta będzie się rozprzestrzeniał w szerokiej liczbie plemion, a mity plemienne nie będą się tak rozprzestrzeniały.

Tu pragnę zwrócić uwagę na brednię wielkiej Sveni:

 

Nikt przytomny nie twierdzi, że te tereny zaznaczone zamieszkiwali sami brodaci z toporami, oni jedynie stamtąd ciągnęli rentę. Tak samo powszechność systemu windows nie świadczy o zakresie populacji plemienia Microsoftu tylko zakresie wpływów, z jakich korporacyjne plemię ojca założyciela Billa G. ciągnie rentę. Ale sami rozumiecie – mamy takich, co sobie w epoce uorganizowania plemiennego wyobrażają wielkie organizmy państw instytucjonalnych po szerokości plemion lennych, jakie uznawały mity danego plemienia za wiodące. Tak sobie wyobrażają, bo nigdy innego organizmu politycznego nie widzieli.


Rozprzestrzeniający się mit miasta (korporacji co płaci dużo, Krzemowej Doliny, przemysłu gdzie zmyślne koboldy dłubią wynalazki, stolycy, centrum kultu, bloga na którym szepczą o tym że to jednak nie myszy żrą z budżetu, że to się samo wysypuje jak tak w pionie zebrać i nacisk na ściany wytworzy) sprawia, że sigmy (szamani) z ludów dotkniętych mitem miasta wyruszają pchani głodem samotności i chęcią odnalezienia jakichś ludzi, przy których uruchomienie neuronów lustrzanych ma sens. To nie jest tak przecież, że ludzie wybitni są jacyś dziwni, że z lemingami się nie socjalizują, po prostu ciężko się socjalizować z kimś, kto nie odbija piłeczki, a zawraca głowę jakimiś triwiami. Ruszają pierwsi, ponieważ ich pcha głód. I trafiają do miasta. I tam w mieście głodnym umysłów, które skorelują ich działania, odnoszą sukces na miarę swoich zalet i szczęścia. Prowincja zostaje więc bez głowy, miasto zaś ma kompletnie zmieniony rozkład statystyczny odchyleń i to nie przez rozród rodów, a przez kooptację. Co całkowicie zmienia i instytucjonalizuję strukturę dziedziczenia nie po urodzeniu, a po rozgarnięciu intelektualnym. Takie punkty stają się węzłami, w których wymienia się myśli z ludźmi na pewnym poziomie intelektualnym, którzy nie występują gdzie indziej w takim zagęszczeniu. Ponieważ powstają tam pomysły z rozmachem, a struktura mitów zmienia się z rodowych na instytucjonalne, to trzeba siły roboczej. Niewolniczej oczywiście.

Zrobić świnię z człowieka

Podbitych przymusza się do karmienia zwierząt (środka płatniczego, daniny) zamiast swoich, przez co rodzi się ich mniej i sami muszą stosować na sobie stresory, aby powstrzymać się od zbytnich przyrostów populacji. Podbój ze strony ludu ujścia rzeki jest dość naturalny, wysyłają skorelowane, zorganizowane jednostki wojskowe przeciwko pozbawionym już lepszych sigm, rozbitym przez to strukturom jakichś ludzi lasu i nakładają na nich dań – kontyngenty tego co mają, czego w mieście trzeba. Nawet jeśli z nimi handlują, to w oparciu o impuls emocjonalny a nie przytomne rachowanie i wymieniają to na paciorki.

W tym samym czasie opływający w tłuszcz korelator w mieście jest już świadomy, że przetrwanie struktury korelującej zależy od sprawnego zasilania w foki, ryby, świnie, aby przybywało więcej sigm i można było tym sposobem zagęszczać i rozszerzać władze. Zawsze, w każdym wypadku, bez jakiegokolwiek wyjątku efektor w postaci gwardii musi być wydzielony z mitologii lokalnej, musi być nihilistycznym ciałem obcym, musi pochodzić z kultury wojującej, w przeciwieństwie do spokojnej, lokalnej, rozwijanej kultury pracy. Partia, korporacja, federacja państw, blok kontynentalny może trzymać się wyłącznie na zasilaniu jakąś gwardią wareską, Szwajcarami w starodawnych przebraniach, armią czerwoną, muzułmańskim terroryzmem czy napływowymi panami w czarnych kapeluszach. Próba przeciwstawienia ludności z lokalnymi węzłami memetycznymi ich własnym rodzinom jest najczęściej droga, ryzykowna i bezskuteczna. Żebyście nie wiem jaką sektę wymyślili, to aparat siłowy musi być niewierzący w nic poza rozkazem od tego, kto płaci. I dlatego gwardia jest mała, a sekta duża i jedyny sposób zapewniania posłuchu to inna struktura macierzy połączeń centrum do prowincji, niż wzajemnych powiązań prowincji z wykluczeniem połączeń poziomych i wymuszeniem obrotu wszelkiej informacji i dóbr przez centrum – przez sam zarząd, a przynajmniej przez biurwę tego zarządu. Tylko taką organizację można bić partiami przymuszając do posłuchu małą, ale agresywną siłą obcoplemienną, nihilistyczną, apolityczną.

Własna armia to najbardziej rozpolitykowany i upolityczniony aparat każdego państwa. Dlatego pobór przytomnych żołnierzy gotowych na wszystko robi się w środowiskach świeżej imigracji za obietnicę przypisania do plemienia. Tacy uczynią wszystko i nie mają alternatywnych źródeł zasilania. Wykonają rozkazy tego, kto płaci.