Gdy rynek się upraszcza 2

Podział na pierwotne środki produkcji (praca, ziemia) oraz kapitałowe (pozostałe) znacie. Jest to podział niewystarczający, gdyż nie uwzględnia on najistotniejszego środka produkcji jaki mamy – własnego mózgu. Gospodarczość (ziemia i praca), przedsiębiorczość (oszczędności i praca), biznes (organizacja innych w celu pozyskania lepszych rezultatów niż bez tej organizacji) ten detal uwzględnia. Każdy wypadek kiedy umawiamy się co do wsadu własnych zasobów (nawet jeśli tylko pracy) i umawiamy się co do podziału urojonego rezultatu (który w rzeczywistości może okazać się różny od wyobrażeń) to właśnie organizacja – to właśnie biznes.

Z samym sobą na nic nie trzeba się umawiać, ale trzeba mieć plan. Natomiast niezależnie od tego jak świetny macie plan, jak świetny w głowie model podziału zadań i wykorzystania środków to na nic cały biznes, jeśli nie ma gospodarstw i przedsiębiorstw, które Wam nie dostarczą tych wszystkich urojonych gratów. Dlatego produkcję ludzie przytomni budują oddolnie i jak nazbierają gratów, to budują to co zechce ten co nazbierał (wstrętny bogacz kapitalista).

Tymczasem w systemie kolektywnym małpety rozbiegają się do organizowania wielkiego przemysłu na rozkaz, po czym wychodzi im strajk włoski w oczekiwaniu na dobra, jakich nikt nie dostarczył, ponieważ planowanie centralne nie uwzględniło wszystkich potrzeb i strat, przestojów wynikających z ich nierealizowania.

– Bo ja tu na paletę czekam – tak mam napisane, że mam to załadować  w tym miejscu na paletę;

– Ale palet nikt nie produkuje, w ogóle nic takiego na magazynie nie ma;

A co mnie to obchodzi? Ja tu taki mam rozkaz. Będą palety – jadę z pracą dalej.


Trzeba sobie zorganizować dokumentację do powtarzania produkcji – łatwiej się zorientować po takich czeklistach co się sknociło, szczególnie że przy wzmożonym wysiłku nasze możliwości intelektualne spadają (to bardzo istotne w organizacji pracy). Trzeba sobie zorganizować środki produkcji. Trzeba sobie zorganizować pracę tak, aby było łatwo, wygodnie i się za dużo nie narobić nie zużywając zbyt mocno narzędzi jakie się ma.

Skończyłem ostatnio na przerabianiu owoców na powidła i dżemy.

Szwedzi do naleśników używają coś czego u nas nie ma – sylt. Niby tłumaczy się to na dżem, ale jest pozbawiony zagęszczacza czy pektyn i składa się z miażdżonych owoców razem ze skórą (łupiną), a nie pure owocowego. Jest płynny i służy właściwie wyłącznie do naleśników. To taki bardzo tani, kryzysowy ersatz jaki pozostał w ich jadłospisie z powodu dawnej biedy. Produkcja polega na ugotowaniu tej ciapy owocowej z cukrem (za wyjątkiem borówek zawierających naturalnie kwas benzoesowy, który jest środkiem konserwującym).

Z każdą produkcją żywności wiąże się olbrzymie zapotrzebowanie na wodę pod ciśnieniem, gdyż problem mycia środków produkcji, aby się tam cywilizacja nie zalęgła i nie wynalazła koła, jest poważny. A skażenie środków produkcji środkami czyszczącymi może Wam sknocić jakość. Dlatego pompa wody, kawał węża i podgrzewacz są problemem pożerającym energię (i wodę ze studni – macie studnię?). No i czas.

Mam nadzieję że jesteście w stanie sobie już jako tako wyobrazić produkcję rzeczy z roślin, pozostaje wyprodukować rośliny. Swego czasu zajmowałem się budową zautomatyzowanych plantacji. Rośliny rosną sobie tam w gąbce lub w wodzie, mają dostarczane rurkami preparaty, rosną zupełnie bez udziału gleby, więc można je trzymać “w powietrzu” podwieszone nad torami wózków, które to obsługują. Pełne eko – tylko nie wolno nic z krzaka zjeść, bo można wylądować od azotanów w karawanie. Zerwane owoce trafiają do dojrzewalni (najczęściej do pakowania i akurat do transportu “dojdą”) i do wielkopowierzchniowca. Bardzo opłacalny biznes, szczególnie jak nie trzeba automatu do zbierania, kiedy taniej można mieć niewolnika z demoludów albo Azji.

Z tym że rośliny chorują i tu zaczyna się problem wielkopowierzchniowych mono upraw. Podejrzewam, że na taką skalę liczoną w kilometrach szklarni nie będziecie się porywać, ale mając traktor można na widłach wozić palety, palety można sobie wyprodukować samodzielnie w takiej jakości w jakiej się chce, na paletach może rosnąć co tam się chce razem z baniakiem tego co ma żreć, i można to sobie rozwieźć po obszarze tak jak się uważa, poprzestawiać, poobracać i w razie czego łatwo spakować z powrotem. Szczególnie jeśli rośnie już w doniczkach przeznaczone do sprzedaży (zioła świeże), a gdyby się nie sprzedało, to z doniczek do suszarni trafia. Wysokie nie rośnie – można mieć palety zaszklone jakim niefiltrującym jednokierunkowo plexiglasem. I w razie niepogody – do szopy na regał. A regał na palety też można sobie samemu zrobić taki jaki ma być, a nie taki jaki Chińczyk sprzedaje. Traktora tylko nie polecam samodzielnie robić za pierwszym razem (ale jak macie zacięcie garażowe to pewnie już jakiś zmajstrowaliście – mój sąsiad sam zbudował).

Wiele kosztownych roślin jest nawet w glebie (w workach) tak sadzone na paletach i rozwożone na słońce tylko w dni kiedy “musi dojść”, a w pozostałe “się posypie”.

Jak już mowa o hydroponice, uprawach na gąbce, pomidorach to zapewne znacie też inne, intratne uprawy, które przy wyższym nakładzie kapitałowym można zabudować w kontenerze i “nasłoneczniać” sztucznie. To wedle własnego uznania, choć i takie dziwaczne zamówienia na kontenery laboratoryjne miałem. Choć uważam, że problem nasłonecznienia tych roślin to nie tylko problem umiarkowanego klimatu, ale przede wszystkim problem biurwy co takie uprawy ściga, choć suweren nie kazał.

Docelowo jednak interesuje nas produkt, który zapakowany jeść nie woła i można sobie go zbywać kiedy klient płaci (przegłodzony porą roku), a nie kiedy jest tego zawał, bo inni sprzedają nieprzetworzony.


Przechwytujemy pion produkcji od przodu i od tyłu, sami sobie monopolizując dostawy czego się da, oraz monopolizujemy zbyt naszego produktu. Sami się wykorzystujemy w tym procesie i co najwyżej możemy się sami sobie poskarżyć na wyzysk i niską płacę jaką sobie sami chytrzymy.


Norki, lisy, szynszyle, przeróżne inne gatunki jakie to człowiek od zawsze (a więc mamy praktykę) stosował to zapewnienia sobie komfortu cieplnego (na przykład towarzysze husarscy na pewno potrzebowali skóry z lamparta, bo im zimno było ^^, a wiadomo taki lampart z zimnej krainy to musi mieć ciepłe futro ^^). Oczywiście ten biznes najlepiej prowadzić w państwie poważnym, gdzie przedsiębiorca jest chroniony przez aparat przemocy od ekokretynów.

Futerkowe – takie zwierzęta co się je podłącza pod prąd żeby zamordować bezśladowo, a następnie obłupia z futra, aby po wyprawieniu i uszyciu sprzedać drogie futra. Są to produkty docelowo drogie. Ale łańcuch produkcji wcale drogi nie jest i cała plantacja futer zajmuje dwa garaże szynszyli w klatkach (czy innego śmierdzącego futrzaka). Gdyby zwierzaki nie chorowały i nie mieszkały w nadmiernym ścisku, i nie przegryzały klatek, i nie uciekały to byłoby łatwiej, ale nie jest.

Wolumen jest kluczem, przy czym mordowanie szynszyli na czas i obdzieranie ich ze skóry jest nieco złożonym procesem. Oczywiście nie tylko prądem, można też je roztrzaskiwać o ziemię lub truć dwutlenkiem węgla (użycie środków trujących jest problemem ze względu na wietrzenie, więc tlenek węgla nie wchodzi w grę – możecie sobie sami krzywdę zrobić). Topienie wymaga umieszczanie ich w osobnych klatkach żeby się nawzajem nie drapały i nie zniszczyły futer.

Skórowanie wymaga wprawy, praktyki, jest trudne do półautomatyzacji (używa się różnych narzędzi do cięcia i ciągnięcia, ale rezultaty nie są jakieś porywające w stosunku do metod tradycyjnych), natomiast garbarnia żeby nie wiem co zrobić – śmierdzi.

Potentatami w branży nie są jednak ci, którzy mają wielką produkcję, tylko ci, co oferują gotowy produkt na końcu łańcucha, czyli mają wszystko własne, nawet jeśli z początku małe i ciasne. O tym skąd się bierze wartość i cena produktu wyjaśnię w temacie praktycznego szacowania. Zwracam uwagę jednak na branżę mięsną i futerkową gdyż ta potęga gospodarcza (której zapewne nie widzicie, nie objawia się ona wielkimi sztandarami jak banki czy dystrybutorzy paliw, albo markety) w Polsce powstała na fundamencie afer powiązanych z FOZZ, a ponieważ bez zasilania z zewnątrz te branże się nie rozwijają, z tego względu że kierujący nimi aparatczycy i potomkowie nie mają “talentu i szczęścia” w biznesie, to powstaje wiele małych zakładów wypieranych przemocą aparatu państwa – na razie. Ale ci aparatczycy są po stronie antyrządowej i Kaczka z ekipą będą musieli ich zwalczyć (jako źródła finansowania protestów, zamieszek, majdanów) prawem, lewem i czym się da (tak jak Stokłosę – dokładnie ta sama branża). Powstanie więc próżnia na rynku, trzeba ją będzie wypełnić, a próżnia oznacza, że dla zachowania porządku społecznego trzeba będzie podtrzymać dostawy żywności, więc presja państwa zostanie na jakiś czas powstrzymana – akurat na tyle aby szybko ekspandować i przenieść asset poza jurysdykcję, aby pogrywać sobie na kilku fujarkach.


Badziewia jednak nie wprowadzicie do produkcji. Wynika to z dość banalnej kalkulacji, jaka opisuje wolumen sprzedaży (przy dużych wolumenach tnie się różne rzeczy w tym jakość), a przy małych seriach, na pograniczu rzemiosła schodzenie z jakości nie daje praktycznie żadnych oszczędności, bo narzut jednostkowy i tak pakuje produkt w sektor premium bądź lux. No po prostu się Wam to nie uda – więc od razu nastawcie się na porządną, jakościową produkcję, nawet jak coś fałszujecie i podszywacie się pod cudzą markę, żeby ominąć całą papierologię wprowadzania produktu to też będzie Wam się opłacało utrzymać jakość.

Zapewne już zaczynacie kalkulować, że skoro w praktyce tak to wychodzi, to może od razu budować sobie markę? Albo od razu wyspecjalizować sobie kogoś od budowania marek w “grupie kapitałowej” jaką tu czy u #glupi dałoby się zawiązać. Dobrze jest tu czasem popisać, bo się można poznać, ludzie mają różne pomysły – zazwyczaj lepsze niż nasze własne. Trzeba się zastanowić, podyskutować.

Zwracam Waszą uwagę na takie podstawowe przedsiębiorczości, ponieważ to na nich opiera się gospodarka, na drobnym handlu, a nie na dłubaniu w coworkingu. Owszem są produkty, których produkcję można automatyzować na duże wolumeny i przez takie cięcie kosztów wypracować sobie miejsce na rynku, przy czym nie każdy produkt tego wymaga, i nie zawsze ma sens się kopać o to z koniem. Zastanówcie się też, czy w Waszym zasięgu są środki na wytwarzanie takich wolumenów i czy inni mają dostęp do takich środków. Weźcie też pod uwagę, dlaczego produkować coś w słoikach zamiast porwać się na pojazdy elektryczne (choćby rowery)? Stać Was na wyprodukowanie od początku do końca dziesięciu rowerów na baterie i sprzedać? Obawiam się że na początku nie. Choć to też nie jest głupi pomysł – po prostu ma wyższy próg wejścia. Być może za wysoki.


Istnieje pewien problem wyznania. Otóż obecnie jest wielu wyznawców koncepcji, że to co jest udokumentowane to jest prawda, a jak nie jest to tego nie ma. Nie masz konta na FB – nie istniejesz. No to taka koncepcja powszechnie wciskana w dzisiejszych pralniach leminga – uczelniach. Oczywiście widzicie wkoło siebie świat nieudokumentowany i raczej bezcelowym jest się spierać czy ten świat istnieje. Powszechność wyznania nie wynika z jego prawdziwości czy użyteczności, tylko z opłacalności dla kapłanów. W przypadku tej fałszywej wiary w dokumenty (wspominałem w innym tekście jak się je wytwarza) kapłanami są prawnicy. Uważam, że bezcelowym jest dla początkowej działalności ujawnianie i manifestowanie swojego istnienia tym szalonym kultystom. Im mniej wytwarzacie papieru świadczącego o Waszym istnieniu tym lepiej. Wszak sprzedajecie towar, a nie dokumentację towaru. Jednak aby wprowadzić towar na rynek zdominowany koncepcyjnie przez szaleńców wymagających książki telefonicznej zaświadczeń na pochodzenie cukru i żelatyny w dżemie. Jest to sztuczny, zbędny całkowicie i służący jedynie manifestacji władzy lewników twór pasożytniczo zjadający Waszą moc swobodną. Podnosi to próg wejścia, a co za tym idzie potrzebne są firmy zajmujące się automatyzowaniem obejścia tej sztucznej przeszkody. W przypadku zebrania kilku początkujących podmiotów z takim problemem warto zbudować jeden taki wspólny wehikuł fałszujący dostawy tego “dżemu” czy co tam za kuny ze skóry obdzieracie czy deski zbijacie z takiej dajmy na to Łotwy, Estonii, Norwegii. Im dłuższy łańcuch pośredników tym dłużej zajmie (i więcej kosztuje) dochodzenie (a są wywiadownie gospodarcze, które się tym zajmują, aby za opłatą niszczyć konkurencję potentatom) i niszczenie małych przedsiębiorców w takich łańcuchach (nie masz zaświadczenia na pochodzenie gumki w pokrywkach od słoika – zagrożenie zdrowia dla konsumentów! – do piekła).

Z przyczyn praktycznych – formalnych trzeba sobie wydłubać jakąś spółkę (w UKu były modne, ale UKu nie wiadomo jak będzie w EU, na razie jest, to można sobie tamtędy legalizować dostawy), a następnie operować jej lokalnymi filiami. Trochę to kosztuje, o ile spółkę w UKu założycie (razem z papierami do otwierania filii) za 250-400ojro, najwyżej drugie tyle za filię. Przy czym dla początkujących przedsiębiorców jest to istotna kwota, a nie opłata za wór na należności podatkowe.


Rzemiosło, wolumen, sztuka, odtworzenie czynników produkcji.

Produkcja, jaką się zajmiecie, najpewniej nie będzie masowa, raczej rzemieślnicza – tak działa większość normalnych firemek w zupełnie zamożnych państwach – ręcznie tworzą przedmioty, półautomatycznie to najwyżej sobie materiał tną. Potrafią takimi metodami wytworzyć istotne wolumeny, może nie jakieś masowe, ale takie gdzie można zorganizować “głupiego robotę”, która jest powtarzalna, można człowieka ustawić na dzień czy dwa przy procesie i wyjaśnić mu że ma robić tak i siak, a później przy drugim procesie i tak w kółko. Nie eksploatuje to intelektualnie pracownika co potania produkcję i podnosi powtarzalność (w funkcji czasu podnosi to jakość). Przy okazji robią też “sztukę” – pojedyncze, jakościowe wyroby w ramach tego samego parku maszynowego.

Mała firma ma tę zaletę, że nie musi cisnąć wolumenu, aby mieć jakiekolwiek zyski – marżę nalicza z jakości, więc produkty ma drogie w porównaniu do masówki, ale na poważnych rynkach właśnie to się sprawdza (z Chińczykiem i tak nie wygracie w wolumen, bo oni nie muszą organizować produkcji masowej – oni mają masę podobnych firm rzemieślniczych, które potrafią wolumen uzyskać samą swoją liczbą zanim zorganizują linię produkcyjną). Utrzymanie jakości wymaga kwalifikacji, a te już nie każdy posiada.

Środki produkcji się zużywają – trzeba je odtwarzać, to istotna kompetencja DUR, od której najpewniej zaczynacie. Samo zorganizowanie firmy, magazynu, krat, drzwi to jedno z pierwszych zadań jakich się podejmiecie i pożrą Wam nieco kapitału – wszak są to detale zwiększające przestrzeń i obniżające ryzyka (wszak w bezpiecznym kraju mieszkacie i dlatego kraty, kłódki i ochrona). Te wszystkie detale razem komponują się w potrzeby początkowe, jakie wymieniałem w pierwszych tekstach – ta zdolność fizycznego zorganizowania firmy to jedna z kompetencji koniecznych. Przyda się też ktoś od formaliów i obrotny sprzedawca – chyba właśnie jednego poznałem.

Bardzo ciekawych ludzi udaje tu się poznać.

A niedługo będzie można pohandlować – #rpis obiecał.

Ja Was tak bezpodstawnie na produkcję kozich serów nie namawiam, ale sami widzicie, że z tą biurwą to my komputerów eksportować nie będziemy, póki ich nie pozabijamy.