Gdy rynek się upraszcza

Tu jest skrót Do brzegu!

Downgrade przy prostowaniu logistyki objawia się gwałtowną kontrakcją sumy bilansowej – ta sama liczba towarów przebiega przez mniejszą liczbę transakcji (czyli domów clearingowych) co gwałtownie rzuca na glebę wszystkie wskaźniki na jakich obecnie mamy zbudowaną podaż walut, rozliczenia giełdowe, naliczanie podatków.

W praktyce – stworzenie przez Chiny wydobycia, produkcji, dystrybucji, dostaw i wisienka na torcie – chińskich banków wydających nam karty z clearingiem za chińskie towary w Chinach kończy grę na obecnych zasadach. Alibaba już jest, czekam tylko na chińską kartę płatniczą. Sieć, która łączy wszystkich, wyklucza sieć, którą operowali wybrani.

#gruby zgłosił się na ochotnika, że napisze jak to przebiega od strony logistyki. Ale oprócz samego prostowania szlaków handlowych (aby zmniejszyć na nich tarcie) i przez to zmniejszanie obustronnych nawisów rozliczeniowych (wyjaśniałem w tekście Policzmy Się!) trzeba jeszcze wyprostować piramidy demograficzne. W piramidach występuje dziedziczenie zawodów i awans społeczny. Oznacza to, że są zawody, które są nieatrakcyjne i nikt przytomny nie chce ich dziedziczyć. Zostają tam więc ludzie, którzy wykonywali te zawody całe życie i już jakoś sobie powolutku dożyją, oraz ci którzy zostali do tych zawodów wypchnięci, ponieważ nie poradzili sobie w konkurencji o lepsze michy. Oraz hobbyści (to zapewne o nas), którzy po prostu robią coś co ich ciekawi, a przy okazji okazuje się, że przy tak zwichrowanej alokacji jest tam olbrzymia przestrzeń do używania grabi i bogacenia się.


Poruszyłem już kwestie downgradu technologicznego w poprzednich tematach i komentarzach dość nieśmiało. Nawet był odzew, ale nie – w downgradzie technologicznym nie chodzi o to, że niebo zawali nam się na głowy i wrócimy do MadMaxa. Nie będziemy musieli sami wytwarzać paliw, łupać kamieni i strzelać z łuku do sąsiada czyhającego na gruszki z naszej wierzby. Takie cofki technologiczne przechodziliśmy już wielokrotnie. Technologie nie rozwijają się równomiernie, do tego rozwijają się równolegle i konkurencyjnie. Przy skończonej liczbie zasobów różny jest rozkład zasobów (nacisk) w postaci ludzi co nad tym myślą, ludzi co to wykonują, ludzi co dają na to materiały i grup, które wdrażają to do testowania na sobie.

Ot kiedyś były silniki elektryczne (w XIX wieku), nieco inne niż dzisiejsze, ale generalnie szybko ludzie wywnioskowali, że to wielka lipa, ponieważ ciężko efektywnie pobrać prąd z natury. Technologia trafiła na boczny tor (konkretnie na tor z pociągami, ponieważ nie było przekładni mechanicznych na przełożenia jakie potrzebne są dla pociągów, a elektromagnetyczne były), a na lądzie i morzu zaczęła dominować technologia silników spalinowych (na morzu zupełnie innych niż na lądzie, ale spalinowych). Następnie doszło do rozejścia się technologii na paliwach (gaz, olej, nafty, a nawet jakieś wojenne zamienniki jak holzgas), w silnikach były gaźniki – dziś ich nie ma, po drodze były dwusuwy – dziś wracają (i są czystsze od czterotaktowych, po prostu wcześniej nie było technologii aby to w takiej jakości produkować).

Obecnie są problemy z przemysłem, który był zasilany z piramidy demograficznej gigantycznymi dostawami homo sapiensa. Każdy problem można było rozwiązać posyłając w problem więcej ludzi za mniejsze stawki. Aż się ludzie chętni skończyli, a niechętnych nie ma już jak pod widelcem posyłać (ustroje gdzie posyłano pod widelcem do kopalń – Polska, Praca przymusowa w kopalniach uranu – się rozsypały).


Charakter cofki technologicznej

Nie jest zbyt szczególny, zawsze sprowadza się do tego, że równolegle wielu ludzi wymyśla mniej więcej to samo i albo spotykają ludzi co mają czym to zrobić i chwilę czasu (kapitału na lenistwo i rozpustę techniczną) albo nie spotykają i w najlepszym razie projekt zostaje na papierze. Czasem po prostu nie spotykają dlatego, że takiej technologii jeszcze nie ma. Czasem się tak zdarza (w moich projektach się zdarzyło), że coś wraca z biurwy od patentowania, że podobny projekt, właściwie trudny do odróżnienia był już 60 lat temu opatentowany. Zapewne utknął z braku technologii, która pojawiła się 30 lat temu.
Każdy rozwija produkcję tak jak mu wychodzi, często pod naciskiem kapitału “takie maszyny tu nasi produkują i takimi róbcie”, czasem z powodu nadwyżek (taniości) wybranych materiałów, energii, metod. Była olbrzymia nadwyżka homo sapiensa to jej używano, zaczęło go brakować to starano się automatyzować, częściowo się to niezwykle sprawdziło, ale poziom komplikacji sprawił, że przyjrzano się sprawie homo sapków i okazało się, że nie chodziło o jakichkolwiek dwunogów, ale takich wychowanych w naszej kulturze technicznej.
Często jest też tak, że szuka się tańszych metod i robi przekładnie z tańszych materiałów, proszków lepionych na gorąco, a później z przyczyn użytkowych po trzech dekadach wraca do odkuwek i skrawania, bo przemysł musi mieć poważne narzędzia, a nowsze nie okazało się lepsze.
Bywa i tak, że jakieś rozwiązanie dominuje przemysł z powodu sukcesów niezwiązanych z produktem, a z rozprzestrzenianiem się metody politycznej, powiązań handlowych, kontaktów osobistych.
Zdarzają się też dobrze wyeksploatowane zaułki, do których przygotowany jest cały system kształcenia i nie bardzo wiadomo jak z tego wyleźć (na przykład używanie ogrzewania płynu – wody do popychania nim turbin w energetyce – chociaż koncepcje łapania elektryczności bezpośrednio ze światła są, to na skalę przemysłową brakuje nam rozwiązań poważnych).

No i zjawisko ma zaletę – ci, którzy nie są w awangardzie, mogą sobie spokojnie pójść śladami innowatorów nie skręcając w ślepe zaułki. Dzięki czemu mają szansę dogonić poziom techniczny przodowników o ile nie będą się przejmować formalnościami i będą w stanie kształcić kadry (które im nie pouciekają z kraju).


No to jak nie tak, to jak mamy produkować? (zagadnienie pierwsze z1)

Jest to poważny problem, ponieważ po tym jak wyrwiemy co z ziemi i wody, to trzeba to przetworzyć. Owszem trawę czy inne zboże to można gryźć nawet na sucho, ale rudy metali same z siebie się w wahadłowce nie chcą zamieniać niezależnie ile biurwy odprawia na ten temat szamaństwo w telewizorni. Podejrzewam, że nawet gdyby sobie jakiś sędzia zinterpretował przepis, że jednak ruda ma się zamieniać w wahadłowce na mocy prawa, to rzeczywistość mogłaby się okazać nie dość praworządna. A ja wolę stać twardo na gruncie rzeczywistości – to bezpieczny grunt gdyby coś się kołysało.

Po co mamy produkować? (zagadnienie drugie z2)

Żeby ludziom dostarczyć to czego im trzeba i aby oni nam nie żałowali tego co potrafią wytworzyć. Pisałem o tym jak się robi bank – na początku można tak zaopatrzyć własny sklep, nawet jeśli to tylko witryna w internecie “mamy.to/sale”. Część rzeczy w trakcie całego procesu będziemy produkować na użytek produkcji – będziemy pompować nasze 1,006 jak i samą zdolność do produkcji.

Preferencja czasowa! (zagadnienie drugie z3)

Nie interesują nas zwroty za argentyńskie bondy (sto lat), nie interesują nas zwroty na emeryturę (od tego mamy złoto i srebro), nie interesują nas zwroty za 10 lat czy perspektywa inwestycyjna skrajna lat siedmiu. Nie mamy tyle czasu. Jeden sezon to maksimum jaki ktokolwiek z Was zniesie i to jak ma oszczędności, mieszka u rodziców i druga połówka pracuje (albo pobiera od Morawieckiego dżizję). Interesują nas w miarę szybkie zwroty, może nie jakieś kosmiczne, może w pocie czoła i ciśnieniu konkurencji, ale jeszcze w roku w którym zaczynamy jednak z odrzuceniem zwrotów w pierwszy kwartał (contractor job).

Czym i co możemy przetworzyć? (zagadnienie drugie z4)

A czego nie ruszamy poza konieczności wytworzenia narzędzie do produkcji. Raczej nie zabierzemy się za produkowanie czegoś ze stali, stali szlachetnych, aluminium. Bo to przemysł maszynowy, drogie narzędzia, powolna obróbka (w porównaniu do innych materiałów), drogie materiały, drogie straty, tutaj na niczym się nie oszczędza. To nie jest dobry biznes na start – bardzo wysoki pułap wejścia i mimo zysków przy innej niż dobra koniunktura możecie nie przeżyć roku (nie wspominając o trzech) i pierwsza spłuczka (a w tej branży są regularnie) przymusi Was do drastycznego przebranżowienia i może boleć. Polska nie ma tej głębokości rynku aby w to wchodzić z szopy. Ale DUR oczywiście będziecie jakiś musieli mieć, więc czasem fuchę można chwycić.
Możecie wytworzyć narzędzia do przetwarzania plonów, ziemniaków, owoców, drewna, mięso, ewentualnie z takich drogich rzeczy to czasem coś zrobicie z plastiku (okna, dachy z poliwęglanów, z plexi).
Najlepiej żebyście przetwarzali coś co sami produkujecie lub produkuje sąsiad, aby utworzyć łańcuch podnoszący wartość produktu końcowego w wyniku jego przetworzenia. Mięso, owoce, ziemniaki.
Teoretycznie na pewnych obszarach Polski jak wbijecie głębiej szpadel w ziemię to można wydobyć glinę i sobie zorganizować produkcję cegieł, dachówek (z przemysłową na koszty nie wygracie, ale jest wiele produktów niszowych do rekonstrukcji zabytków, które się wykonuje prawie ręcznie). Tylko że jak zaczniecie kopalnię odkrywkową na działce, to biurwa dronem to wypatrzy i może dać Wam do wiwatu.

Biotechnologia – brzmi poważnie, ale to w rzeczywistości jeden z podstawowych zakresów działań ludów osiadłych – modyfikacja roślin, grzybów, bakterii tak aby robiły to co i tak robią w zakresie jaki nam pasuje. Jeśli zainteresujecie się tematem i dokoptujecie człowieka co zna się na robieniu tego w garażu (a ludzie robią naprawdę przecudaczne modyfikacje mikrobów w garażach), to produkcja cukrów, alkoholi, środków chemicznych, a nawet modyfikacje roślin są w Waszym zasięgu. A później to już to samo rośnie, samo w kadziach bulgoce no i na pewne produkty biurwa nałożyła podatki a na inne bana.

Gipsowym krasnalom mówimy zdecydowanie “Nie!” ?


Te cztery zagadnienia w kontekście platońskim są rozwiązane po spartańsku, czyli nakazowo z rozdzieleniem funkcji przez starszego i mądrzejszego. Nie jest to rozwiązanie złe w małych grupach, jest nawet dobre bo tak działają rodzinne firmy, natomiast w grupach po kilkadziesiąt milionów ludzi problem, jaki w rodzinie nazywa się “wyprodukowaliśmy o jeden worek śrubek więcej niż mamy nakrętek – wstrzymujemy produkcję śrubek”, w skali kraju nie sprowadza się do jednego worka i przechwycenia tego worka po pierwszej zmianie (nie miejsce złudzeń – w małych firmach, kilkuosobowych zalegają gigantyczne ilości nadwyżek, które zostały po procesach produkcyjnych w postaci nadwyżek, zapasy narzędzi, zapasy wszystkiego; mała firma nie jest wcale bardziej racjonalna niż kolektywny ustrój – ma takie samo centralne zarządzanie). W skali kraju ten “worek nadwyżki zbędnej” jest przechwytywany przez korelator biurwy po kilku latach i dopiero zaczyna się debata i po kilku latach powstrzymywanie maszyny o olbrzymiej inercji. Wtedy też zaczynają się protesty “my przecie śrubki robili jak nam kazali”.

Jak będziecie prowadzić własną firmę, to będziecie przeciwko sobie samemu protestować, że głupot narobiliście? Podejrzewam, że całkiem regularnie – możecie sobie napisać zażalenia do samego siebie na ośle i pognać go w pustynię.
Odwiedzam dość regularnie dziadków, co prowadzą samodzielnie przedsiębiorstwa, jeden manufakturę, drugi w pełni zautomatyzowaną fabrykę (sam zbudował, sam zautomatyzował). Jeden i drugi klnie jak szewc na to co narobił kombinując “może wyjdzie”.

Ten platoński problem sugeruje, że lepiej narobić sobie kłopotu w małej skali czasowej i szybko ugasić pożar, niż narobić głupot zbiorowo w olbrzymiej skali czasowej (wynikającej z czasu korelacji na tak dużym zbiorze). Dlatego skupię się na tym co możecie zorganizować samodzielnie, ostatecznie z drugą parą rąk (bo demografia licha) na zasadzie firmy rodzinnej “my ze śwagrem”. Nawet jak narobicie głupot, to nie będą miały one katastrofalnych konsekwencji.


Ja to sobie obecnie siedzę w kolejnym już podwykonawstwie prototypów, niby coś tam Wołodii w kosmos poleci, inne graty do samolotów, inne to przyszłość urządzeń domowych. Siedzę i robię, drogo robię, srebra do lutowania na kilogramy mi kupują, helem szczelność obiektów testuję – niby bardzo poważna technika, ariergarda awangardy. Wszystko jest fajnie jak płaci za to podłączony pod drukarkę niemiecki i chiński czebol. Ja jednak cały czas przygotowany jestem na “co ze mną będzie jak to siędzie”.
Montuję te cuda techniki punktakiem i młotkiem do mejslowania używanym jak pięściak. Rozglądam się wkoło gdzie te roboty co mają mnie niby zastąpić jak ja z pięściakiem siedzę. Bo wiecie, że są tacy ludzie co uważają, że będą za nas pracować roboty? Dziesięć pod bramą czeka żeby mi robotę zabrać. Jak one będą tak jak ja płacić podatki, to nie widzę tego dochodu gwarantowanego.

Mógłbym popisać w jakie to technologie komiczne można wejść, jaka tam kasa, bo przecie w telewizorni Morawicki bredzi o innowacjach, a Kaczka – największy wynalazca piątej RP grzmi, że mało innowacyjni jesteście i on lepiej wie jak się biznes prowadzi (wie bo pewnie nie jeden prowadził tylko ze skromności się nie chwali; ja to nawet w tej stoczni co Kaczka i Bolek pracowałem – tam kamień na kamieniu nie został tak dobrze kadra zarządzała).

Nie napiszę Wam więc o żadnych kosmicznych pierdołach. Będzie twarde stąpanie po ziemi z uzasadnieniami.

Nie będziemy produkować wyrobów stalowych (ponad to co potrzebujemy sobie sami wydłubać z maszyn do produkcji tego co chcemy produkować), nie będziemy nawet dotykać się do aluminium ani stali szlachetnych, nie otworzymy huty, elektrownię kupimy gotową i tylko utrzymamy ją w ruchu, nie poślemy satelity w kosmos, nawet sami nie wyprodukujemy silnika, nie będziemy produkować pojazdów, narzędzi na handel, pociągów, samochodów elektrycznych, dronów i bzdetnych innowacji dla zaawansowanych gospodarek.

I owszem Stocznia Remontowa w Polsce ma się dobrze i jakiś przemysł tam jest, ale mało tam zarabia ten na dole i podwykonawca. To biznes dla “wysoko urodzonych”. Gdzieś mam jeszcze przepustkę na Remontową przypiętą do której torby z narzędziami.

Zrobimy tylko tyle, aby wypić i zakąsić.

Mimo że nie stanowi to żadnego praktycznego problemu, aby sobie w szopie to wszystko rzemieślniczo wytworzyć, to jest niezasadne ekonomicznie i nigdzie nas nie doprowadzi.


Do brzegu!

Drewno, okna, meble, domy, powidła, mięso, czipsy, napoje, przetwory, futra.

Podejrzewam że po przeczytaniu tej listy pukacie się w głowę, chcecie mi polecić lekarza i znając poziomy zwrotów z kapitału jesteście raczej przerażeni propozycją. No cóż – w każdym wypadku czeka Was niszowość, raczej nie liczcie na to, że rozkręcicie fabrykę zatrudniającą wielu ludzi – małych firm jest najwięcej nie bez powodu.


Trzymać pion!

W Polsce produkowane są zabawki plastikowe (z zagranicznego granulatu) i jest to eksportowy sukces. Są montowane samochody (z importowanych części). Są to szczyty piramid, ale ich fundamenty są zagraniczne. Jest olbrzymia liczba ryzyk – nawet ich tu nie będę wymieniał. Aby je obniżyć trzeba sobie wszystko wytworzyć na miejscu od bazowego surowca. Dlatego drewno – bo produkujemy je na miejscu. Dlatego mięso, dlatego warzywa, owoce, zwierzaki futerkowe.
Musicie przejąć cały proces w pionie – od surowca do postawienia towaru klientowi do zakupu. To nie są jakieś gigantyczne zwroty – ale jakieś są.
I wiem – jest konkurencja i “nie opłaca się” – ja rozumiem. Polska to nie jest miejsce gdzie to musicie robić. Ale raczej tam macie nieprzenaszalne zasoby.


Zapewne zdajecie sobie sprawę, że w wymienionych działach produkcji jest konkurencja i to duża, bezlitosna i masowa. Nie bez powodu – przedsiębiorczość oddolna rozwija się piramidą dość płaską – proporcjonalnie do potrzeb na bazie istniejących możliwości własnych a nie obiecanek z deficytu na bondach. Polska jest obecnie na takiem etapi rozwoju do jakiego sprowadziło nas 75 lat komuszyzmu ze wszystkimi jego sukcesami jak dewastacja przemysłu ciężkiego, maszynowego, elektronicznego, rolnictwa oraz wypędzenie robotników nie będących chłoporobotnikami. Nie ma co na fakty narzekać – żyjemy sobie po takiej apokalipsie i trzeba stanąć w prawdzie, że nie będziemy po szopach zakładać fabryk domów. Trzeba palet, skrzynek, stołów, mebli, drzwi, okien, coś wypić i czymś zakąsić.

Polska jest jednym z niewielu krajów gdzie można sobie kupić sprzęt do destylacji za jakieś normalne kwoty, i chociaż produkować nic nim niby na handel nie wolno, to zbyt jest.

Narzędzia do obróbki drewna są dużo łatwiejsze do wytworzenia i napraw niż te do stali. Dlatego drewno obrabia się taniej niż stal, dlatego produkty z drewna są dla mieszkańców tego kraju przystępne i Polska stoi produkcją i eksportem przeróżnych rzeczy z drewna. Nie ma tam co prawda jakichś kosmicznych zwrotów, ale pociąg jedzie – można do niego wsiadać, można z niego wysiadać – można swoich sił próbować.
Produkty z drewna to nie tylko bale (na domy), planki, listwy. To całe moduły domów czy przydomowych komórek.

“System HACCP powstał w latach 1960. na zamówienie NASA, które miało na celu wyprodukowanie żywności dla kosmonautów, która byłaby bezpieczna.” – jak żyć? Ja z gospodarstwa w kosmos lecę czy rąbankę sprzedaję?

W prowadzeniu własnego interesu na ciasnym rynku kluczowym jest to aby spiąć pion wytwórczy oszukując samego siebie (negocjacje z samym sobą) na kosztach pracy. Rezultatem końcowym musi być trwały, jakościowy produkt, który nie tylko możecie sprzedać, ale możecie też trzymać na magazynie i nie sprzedać – poczekać aż zdrożeje (zimą na przykład).


Proste narzędzia

To nie jest wcale takie istotne aby zautomatyzować produkcję. W krajach uprzemysłowionych (Dania, Szwecja) produkowane są wysokiej jakości w klasie użytkowej rowery na częściach częściowo japońskich (mechanika), ale żelastwo jest lokalne, lokalnie gięte, lokalnie spawane. Ręcznie i modele zmieniane są często.

Można to i owo zautomatyzować/półautomatyzować (cięcie, wiercenie), ale nie jest absolutnie konieczne. Znana firma produkująca chrzan w Polsce (taki tarty w słoikach) zaczynała od tarcia go w pralkach po modyfikacji bębnów i komory – jeśli więc dziś jest jakiś hacap i cuda – nie przejmujcie się zbytnio, papiery da się ominąć jeśli utrzymacie jakość.


Jeśli chodzi o produkcję świni czy innego dżemu to czas dostosowania rynku do potrzeb wynosi około dwa i pół roku – taki jest czas pomiędzy impulsem rynkowym (zmianą cen), a uruchomieniem fizycznej podaży produktu z inwestycji. To nie jest krótko. To może być dłużej niż wytrzymacie, nawet jeśli ograniczycie się do jednorazowych, sezonowych produkcji, a nie całorocznej szklarni.

Każdy z wymienionych biznesów posiada suszarnię, oczywiście inny jest rozmiar i zasilanie suszarni na mięso czy drewno. Posiłkowanie się dmuchawą na olej opałowy w przypadku drewna ujdzie – w przypadku owoców nie bardzo. Zależnie od produktów jakimi się zajmujecie różne zasilanie w suche powietrze (dmuchawy, do niektórych grzałki, grzejniki) oraz zróżnicowany czas (co za tym idzie kubatura i energia) potrzebny na produkt skłonią Was do użycia różnych materiałów. Oczywiście jeśli interesuje Was suszenie owoców i zajrzycie do poważnej przetwórni gdzie przyklejone certyfikaty koszerności tworzą grubszą warstwę niż sam materiał to jest to oczywiście 3014, a nawet 316L (owoce “mokre” i farmaceutyki). Nie siadamy w kontekście początków produkcji do suszenia próżniowego i liofilizacji, nie dlatego żeby to jakieś cuda technologiczne były, tylko z powodu progów wejścia (dużo złomu do tego trzeba).

Zapewne macie podejrzenie, że niesprzedane do skupu (po cenach poniżej kosztów produkcji) owoce po wysuszeniu mogą sobie poczekać na klienta w magazynie tyle ile klient wytrzyma. Kosztuje Was to własną pracę, nieco energii zasilane walutą jaką przynosi chłoporobotnik (po to właśnie chłoporobotnik z gospodarstwa do roboty wychodzi) i już częściowo wyprowadza Was z przymusu zbytu “póki świeże”. A niech sobie poleży i poczeka na klienta.

Nie wszystko można, a nawet nie wszystko ma sens aby suszyć to w całości – część produktów wypada najpierw pociąć. Na przykład suszona wołowina “Beef Jerky”, suszone pomidory w kostkach czy plastrach, suszone jabłka, i ziemniaki – ale nie suszone tylko ostrzej potraktowane (czipsy). Raczej ciachanie nożem nie wchodzi w grę.
Zarówno do drewna, jak i do świni, kurczaka czy czego tam chcecie najrozsądniejszym ekonomicznie w skali takiej przetwórni podejściem jest piła taśmowa. Oczywiście do przemysłu spożywczego używa się niby pił nierdzewnych spełniających normy koszerności, ale zapewniam, że normalna, stalowa do drewna przecina świnię, kurczaka, drewno i człowieka (uważać trzeba przy pracy) z takim samym zacięciem. Dopiero przy stali trzeba się nieco wysilić z parametrami cięcia (i przy bardzo dużych prędkościach przerobu drewna). W przypadku owoców, chleba i czipsów stosuje się cięcie drutem (z innych przyczyn praktycznych). Zarówno drut jak i taśmę kupuje się w szpulach na metry – jak tanio i prosto można zbudować piłę polecam YT, a nawet macie tam takich mistrzów jak https://www.youtube.com/user/darus627 – robi tam urządzenia z gratów, które ja bym już dawno powyrzucał.

Część produktów przy małych nakładach można ciąć ostrzami w jakimś urządzeniu obrotowym, ale trzeba umieć samodzielnie naprawiać ostrza (do cięcia drewna piłę tarczową (akurat inną niż ostrza do skrawania ziemniaków, ale materiałowo to to samo) od biedy możecie wykonać i naprawiać samodzielnie, ale nie polecam kopania się z koniem – na razie na rynku jest bardzo tanio).
Być może pierwszy taki proces cięcia (szczególnie ziemniaków czy jabłek) nie będzie najszybszy na świecie. “Zautomatyzujcie” to na tyle, żeby przy urządzeniu nie trzeba było za dużo stać i róbcie w tym czasie inną część procesu.

Problem z materiałami rdzewnymi a nierdzewnymi sprowadza się do trwałości, konserwacji i czyszczenia maszyn (szlauchem po całości). Rdzewne muszą być obciążone pracą i tak mogą przepracować o wiele więcej niż nierdzewne (w kontekście cięcia mrożonej świni z kośćmi), ale wymagają smarowania (jeśli zastanawiało Was czemu kurczaki śmierdzą płynem do mycia naczyń to dlatego, że trzeba je było oczyścić między innymi z oleju i smaru). Jest jeszcze kwestia tego co dzieje się ze startym metalem z narzędzi i urządzeń, normy w farmacji i żywnościówce niby ostre, ale przecież gdzieś tego materiału ubywa i nie jest to problemem – dopóki nie zapakujecie pourywanych z piły zębów w kiełbasę.

Zanim potniesz, niektóre rzeczy trzeba oczyścić z różnych rzeczy. Obdzieranie świni ze skóry zostawimy komuś kto się zna (skóra też co warta), natomiast kurczaka można obronić w skubarce: https://www.youtube.com/watch?v=4Ght6N1mGro

A i tak wszystko trzeba myć wodą (ziemniaki można jeszcze obrać w “pralce” ze zmodyfikowanym bębnem). Będziecie do tego musieli zbudować jakiś zamknięty ustrój wodny z osadnikami, chyba że macie czystą wodę w nieograniczonych ilościach za bezdurno. To zapewne zbudujecie z nierdzewki bądź… z drewna – kiedyś było z drewna i działało – dziś może nie chcieć Wam się kopać z koniem i po prostu zrobicie wszystko z 316L klejonej tigiem i czyszczone pastą do nierdzewki po spawaniu (środkiem do pasywacji – tylko uwaga to trzeba wiedzieć jak używać – to niebezpieczna substancja). A że nierdzewka jest dużo oporniejsza na obróbkę niż normalne żelastwo, to trzeba mieć nieco praktyki i pewien kaliber narzędzi.

Co innego w przypadku produkcji soków, dżemów, przecierów i marmolady. Tutaj może powstać problem opakowania – może być droższe od produktu. Szwedzi swoje dżemy potrafią pakować we flaki syntetyczne (tak jak tanie wędliny). Ale nie jest to problem nierozwiązywalny. Z tym że wymaga dokładania z zewnątrz produktu, który nie powstaje w Waszym łańcuchu, więc od razu warto zastanowić się nad jego substytuowaniem.
W normalnym biznesie te wszystkie drobne kroki są do rozwiązania, jeśli komuś chce się zbudować cały taki scalony łańcuch. Te łańcuchy by oczywiście powstały, na przełomie 89/91 takich firm, gotowych, prywatnych, spółdzielczych była masa – zdewastowano je polityką walutową i “porządkowaniem” sytuacji kredytowej. Banksterka nie dała nam wstać z kolan (więc nie żałujcie im razów – oni też chodzą po pasach). Z tym że w naszych czasach nie trzeba do tego aż tak wielu ludzi – środki techniczne i możliwość samodzielnego zbudowania automatów na bazie Raspberry Pi czy Arduino pozwala scalić produkcję w mniejszej skali. Tak przy okazji, to takie rzeczy robimy z kolegami na boku, kiedy otwierają jakieś tam poboczne biznesy w stylu “produkcja ciastek”.

Jest istotna kwestia dlaczego nie warto tworzyć nic większego – otóż biznes musi mieć w tak drastycznych warunkach okupacji, przy takich represjach i takich sankcjach nakładanych na uczestników rynku – po prostu musi mieć zdolność samoodtwarzania ze zgliszczy. Nie musicie być w awangardzie, nie macie żadnego obowiązku walenia głową w mur innowacji i organizowania cudów. Normalna gospodarka wymaga wytworzenia całej masy prostych produktów, na tym też się zarabia – przy konsolidacji w pionie całkiem przyzwoicie. To że biznes operuje innymi liczbami, to nie znaczy, że gospodarstwa i przedsiębiorstwa mają źle – biznes nie ma możliwości przestać, nie może się zatrzymać – musi płynąć do przodu, żreć, przetwarzać tylko po to aby podtrzymać własny ruch – inaczej zdechnie. Gospodarskie przedsiębiorstwo można zawsze zamknąć na kłódkę w szopie – nie opłaca się – nie robię. Biznes tego luksusu nie ma – gdy dochodzi do problemów – dochodzi do fragmentacji.


Cały cymes zasadza się na tym aby nie władować się w koszty stałe i daniny. Aby tak wytwarzać pozory kontaktu z rynkiem nalepiając cudze znaki produkcyjne, aby dawało się przepuścić jakościowy towar przez firmy handlowe (nawet jeśli to własna sieć wydmuszek) aby sobie podatnik, który miał niby zapłacić daniny jako pierwszy (czyli wprowadził towar do obrotu i niby od niego najwięcej vaty się należy) mógł sobie spokojnie głupa palić wyższą formą obecności.
Oznacza to że w jakiejś perspektywie musicie stworzyć sobie własne źródło prądu zasilane olejem opałowym (z czerpaniem cng z sieci domowej jest ciężko w takich skalach – widać po poborze, że ktoś to do silnika pakuje). I najlepiej w takim miejscu żeby nikt się o nic głupio nie pytał.

Pozostaje też pewna upierdliwość dystrybucji w obecnym ustroju dozorowym wymagającym zaświadczenia na koszerność wszystkiego – wielu już odechciało się kopać z koniem, bo z korpo się nie wygra w wymyślaniu uzasadnień do zaświadczeń na bezpieczeństwo dziecka względem wiertarki – to naprawdę nie jest narzędzie dla pięciolatka? Nie wiedziałem?

Wszystkie urządzenia jakie zbudujecie z pewnością będą wymagały Waszej wykwalifikowanej obsługi, a o ich bezpieczną pracę zadbacie w trakcie użytkowania poprawiając wiele detali, przydając osłony etc.

Oczywiście, że można sobie usiąść w fotelu w białej koszuli i “zainwestować” – wszystko kupić i niech to sobie samo pracuje. A jak się nie ma za co to na kredyt. Nie ma co sobie żałować fantazji – przecież fabrykę Boeinga też teoretycznie można kupić i taaaaaką kasę trzepać na nowoczesnej technice, a nie się z wieprzowiną, deskami i jabłkami babrać. To takie pomysły mają rządzący – wielkie inwestycje infrastrukturalne organizowane przez państwo, bo przedsiębiorcy sami nie potrafią. Zastanówcie się czy od tej strony buduje się dobrobyt i czy tej infrastruktury nie oddamy za długi zaciągnięte na jej budowę. Bo własnych maszyn co sobie wystrugacie do sortowania, czyszczenia i przetwarzania owoców to Wam raczej Chińczyk nie zajmie jak portu w Pireusie.


Pozostają dwie kwestie formalne i jedna praktyczna. Pierwsza to konstrukcja d-chronu formalnego do obrotu waluty w rozliczeniach bezgotówkowych, faktur i całego biurwośmiecia jaki jest gospodarstwu niepotrzebny. A druga to proces wprowadzania towarów na rynek w sposób przydający wszelkich pozorów zgodności z wylobbowanymi przez korpo zaświadczeniami o koszerności do wygniatania konkurencji. Kwestią praktyczną jest zorganizowanie sobie sieci dystrybucji, a ponieważ przedyskutowałem ten temat z kilkoma przedsiębiorcami (nawet z jednym od kiełbasy, ale jak mu wyłożyłem próg wejścia, to przestał się odzywać) wygląda na to, że trzeba sobie grupowo zorganizować dyskont, dostawy, obrót towarem i nie ma racjonalnego rozwiązania ponad kolektywne wbijanie się na rynek ze sprzedażą “sklep ze wszystkim”. Tak jak to robią z chińszczyzną. Kolektywnie – czyli drogo wyjdzie się dogadywać, ale jednostkowo taniej niż kopanie się z rynkiem samodzielnie.

Co do kwestii formalnych to oczywiście łączą one się ze sobą i potrzeba do tego pewnej infrastruktury podmiotów, aby przepchnąć towar na papierze, że on jest “skądś” i dlatego jest “koszerny”. Trochę to kosztuje, ale jest i tak tańsze od kopania się z hacapem (haccp). Ta sama infrastruktura świetnie nadaje się do przepychania zapłaty w drugą stronę. Pozwala to całkowicie zerwać powiązania pomiędzy miejscem produkcji (i krytyczną infrastrukturą, którą biurwa na pewno chce nam zabrać i popsuć służąc korpo w walce o rynek), a systemem dystrybucji. Oczywiście gdyby trafiło się jakieś poważne dochodzenie w takiej sprawie, to to i owo uda się ustalić, ale cały cymes polega na tym, aby do takiej sytuacji nie doprowadzać. Te afery z końskim mięsem i kabanem w kebabie to oczywiście nasi.


A tak w ogóle co do Ogórka z tekstu o Kaczkach. Ani jeden głos się nie podniósł w obronie Barbie? Ja liczyłem na jakąś polemikę, że ktoś jednak za patriotyczno socjalistycznym Ogórkiem jest i tu czyta, a tu nikt. Nie daliście mi szansy postawienia zarzutu, że do mafii, znaczy do komuchów wstępuje się raz, a wychodzi tylko do nieba. Ja tu się staram być nieco prowokacyjnie kontrowersyjny, a tu widzę prawicowa ekstrema mnie czyta i nikt nie ma złudzeń czy do SLD można się zapisać w celu popełniania patriotycznych uczynków.