Gdzie szukać sosu?

Istnieje monopol walutowy. Nie wolno, pod wieloma sankcjami, z niego nie korzystać. Mimo wielu prób i wielu metod funkcjonowania gospodarki poza tym monopolem, ciągle głównym celem pozostaje gonienie marchewki, jaką dysponuje bank centralny.

Nie ma żadnego innego źródła waluty niż emisja banku centralnego. Po prostu takiego zwierzęcia w naturze tego monopolu nie ma. To, co fałszywie nazywamy pieniędzmi, a co jest walutą, nie jest rezultatem pracy i żebyśmy nie wiadomo jak się nie napracowali, nie zdobędziemy istotnych ilości waluty. Źródłem waluty jest decyzja administracyjna/magiczna i gwarantująca ją przemoc aparatu państwa, że ktoś będzie w ogóle pożądał rezultatów tej decyzji.

Trzeba się jakoś do tego depozytu dostać i z niego podjąć wolumen.

Aby gospodarka jakoś funkcjonowała, głównie na korzyść władcy waluty, to kolejne emisje wtłaczane są do systemu transakcyjnego, używanego przez gospodarkę w ramach zapłaty za projekty infrastrukturalne, potrzebne aparatowi przemocy i przy okazji gospodarce. Bo tory, a później autostrady, nie są po to aby transport towarów był łatwiejszy, tylko po to aby wystarczająca ilość środka przymusu dotarła z koszar do punktu w jakim wystąpił opór (na przykład przeciwko kradzieży traktora czy eksmisji). Gangsterzy muszą dotrzeć ze swojej dyslokacji do opornych i po to te drogi takie szerokie, po to telekomunikacja tak sprawna. Po to gmachy z sądami od ksiąg wieczystych, tak jakby każdy nie mógł po prostu posiadać aktu własności, tylko trzeba do tego centralnych rejestrów i rękojmi zaufania, pozwalającego na kradzież kamienic w ramach tej ufności i “prawa”.

Tę infrastrukturę wytwarza gospodarka, a zapłatą za to są emisje z banku centralnego, w różny sposób księgowane jako wydatki państwa, pożyczki od innych banków i podobne brednie.

Przecież sami sobie budujemy to więzienie, z tego co wydobędziemy, co wyprodukujemy. Nikt nam cementu i stali na to nie użycza. Sami sobie wszystko wytwarzamy. Ale nie budowalibyśmy tego, gdyby nie ta zapłata. Budowalibyśmy to co nam potrzebne – domy, a nie stadiony. Bo jakoś problemem są ceny nieruchomości, nie słyszałem, aby ludzie brali kredyty aby wspólnie i w porozumieniu budować autostrady.

A jednak biorą je pod przymusem jako deficyt budżetowy.

Jak więc się dostać do depozytu, aby i nasze potrzeby zostały zrealizowane w ramach tego deficytu?

Najwygodniej podłączyć się gdzieś pod budowę tej infrastruktury, ale to ciężki i złodziejski rynek, chociaż czasami uda się tam na gapę co nieco wysępić. Tutaj, po wielu negocjacjach i olbrzymich kosztach, udaje się uzyskać “kontrakt” jako podwykonawca podwykonawcy, na warunkach takich, że jak bardzo dużo dołożymy, to bardzo mało dostaniemy i będziemy bardzo stratni. W tak dyktowanych warunkach pozostaje znaleźć niszę, gdzie uda nam się ujść z walutą zanim kontrola wykaże, że nasza część strat nie została poniesiona właściwie i całe to kruszywo i cement, które niby jest faktycznie, to było tylko na papierze. Takie mamy warunki – skoro jesteśmy przez oszustów przymuszani do oszustwa, to nie ma co dzielić włosa na czworo tylko kraść.

Oczywiście niewielu ma możliwości, aby się w taki interes wpiąć i zniknąć z walutą. Nakłady wysokie i kontrola ścisła. Ci, którzy uczciwie wywiązali się z kontraktów, później protestują, że nie otrzymali godnej zapłaty. Ot tyle warta uczciwa praca. I niby jest jakieś prawo, jakieś sądy, jakieś umowy. Tylko, że to po prostu nie działa. To tylko tak dla żartu napisane, wymagania tylko są egzekwowane, należności nigdy.

Można stworzyć spółdzielnię, w ramach istniejącej firmy, podłączonej pod takie zamówienia. Najczęściej tworzą je pracownicy. Przechwytują w porozumieniu z oferentami koszyk zamówień (dział zakupów) i windując ceny, tworzą sprawozdawczość o wycenie wybranego dobra i dokonują zakupu po cenie dużo wyższej niż rynkowa. Takie spółdzielnie potrafią dość długo działać, jeśli są rozsądnie organizowane przez osoby z zewnątrz, a nikt w grupie nie dostaje skrzydeł i nie szaleje z wydatkami, zwracając uwagę.

W przypadku braku bezpośredniego dostępu do działu zakupów, można podpiąć się pod księgowość, przysyłając faktury za usługi rzekomo wykonane dla firmy. W sporych firmach jest tak duży obrót dokumentów na backdoorach, że, powołując się na odpowiednio zapchany kanał obsługi wyjątku, można wiele takich faktur na malowanie żywopłotu przepchnąć. Dobrze jest mieć wtedy jakiś układ z księgowością i opłacać wziątek od takiej usługi. Księgowi sami chętnie doradzą jak można ich wzbogacić i jakie kanały przepływu zostaną w firmie zignorowane.

Innym wariantem podobnego działania jest atak teleinformatyczny, identyfikujący nas jako władnych decydować o koncie beneficjenta transferu, a nawet kontrolować transfery (to trudniejsze). Zazwyczaj takie operacje przeprowadza się masowo, atakując wszystkie dostępne komputery w wybranej przestrzeni protokołu i czekając na rezultaty – gdzie też uzyskamy sygnał zwrotny. Takie masowe działania są prowadzone przez dobrze zorganizowane i wyspecjalizowane grupy. Natomiast wariantem mikro użytecznym dla maluczkich jest zainfekowanie systemu poprzez bezpośredni, fizyczny dostęp do maszyny. Zazwyczaj jako zewnętrzna firma naprawiająca cokolwiek możemy taki dostęp uzyskać. W działach IT w firmach też pracują ludzie przekupni i zazwyczaj sami inicjują takie operacje, gdyż rozumnie dochodzą do wniosku, że w pracy dorobią się najwyżej garba.

Co jakiś czas państwa wprowadzają “benefity” dla przedsiębiorców, pozwalające na wydojenie podatków w ramach wsparcia płynności całego rynku.

Są to rozwiązania pseudotowarowego zwrotu vat (również reverse charge), odliczeń ROT i RUT wspomnianych wcześniej czy innych “dopłat do paneli słonecznych” w słonecznej Szkocji.

Oczywiście celem podstawowym jest wydanie tych kluczy do kasy znajomym królika, dlatego benefity trafiają do spółek lotniczych (bo narodowy przewoźnik musi, no po prostu musi, tylu tam kapitanów z wywiadu), wydobycia i obrotu wydobyciem (hurtowy handel węglem w Polsce to coś pięknego – wolny rynek wrogiem).

Ale czasem gospodarka jest tak rozkradziona jakimś pseudo kryzysem, i tak kuleje, że przestaje zasilać projekty decydentów. Wtedy trzeba wytworzyć płynność (i przy okazji co nieco skonfiskować zbyt łasym).

Tutaj właśnie otwiera się pole do popisu dla firm proxy.

Czytajcie uważnie wchodzące rozporządzenia i ustawy stanowiące co jest towarem, co usługą, co można i jak eksportować, co podlega jakim stawkom i co jest czym wg definicji a co czym faktycznie. To kopalnie benefitów. Trzeba się wtedy znaleźć w odpowiednim czasie, w odpowiednim miejscu z uleżałą – wiarygodną historią działalności, a nie nowo otwartym krzakiem. Starootwarty krzak jest lepszy.

Nie ma szczególnego znaczenia czy zarobicie na różnicy w opodatkowaniu mieszalników pasz i betoniarek, kartki do czytania z płytą i płyty, ryby z wędką czy czegokolwiek innego. Istotne jest to, że biznes zostanie błyskawicznie zautomatyzowany, a mali gracze wyrugowani. Trzeba jeść szybko, szybko przełykać jak przy wspólnej misce z kaszą – i wyławiać kawałki mięsa. Taki los nas maluczkich.

Czasem udaje się podpiąć pod rozgrabiany interes państwowy w trakcie prywatyzacji. Zazwyczaj jest tam tyle zasłon dymnych i taka krysza, że można dobrze prosperować zanim padnie hasło o zacieśnieniu kontroli i ponownej weryfikacji wszystkich przy korycie. Urzędy do tego czasu udają, że firm zamieszanych w proceder nie ma – bo taki urzędnicy mają rozkaz. Na przykład policja & prokuratura miała zakaz prowadzenia spraw związanych z rozgrabianiem kamienic i działek przez Bufetową w Wawie. I nic tych spraw nie potrafiło ruszyć – były przezroczyste.

Takie okazje trafiają się gdy dochodzi do gwałtownych zmian i wojen watach o majątek państwowy. Najlepszym przykładem z ostatnich lat była likwidacja Kaczki z aparatem partyjnym, państwowym i przemocy. To co działo się po tym w energetyce, wydobyciu i telekomach zapewniło fortuny na wiele starych rodzin. A i maluczkim to i owo udało się wyszarpać i unieść.

Pierwszą rzeczą, jakiej nie należy robić z szabrowanym na różne sposoby dobrem, to się nim chwalić. A po drugie to go wcale nie mieć. Od razu rozdać znajomym, rodzinie – jak Janosik. Kupić sobie przyszłość. Istotną część należy wydać na przyjemności – wszak nigdy nie wiadomo kiedy za parcie na walutę w dyby zakują i batem oćwiczą. Nie ma się co łudzić – “stare rody” pracą do dobrobytu nie doszły, tylko łupiestwem i z tych starszych i mądrzejszych trzeba brać przykład, a przyjdzie przy tym czasem brać w skórę.

Ilu z Was byłoby gotowych pracować w ciężkich warunkach kilka lat za milion? Dwa? Pięć? No to tak właśnie wygląda kalkulacja. Nie ma innych sposobów wzbogacenia się niż wsadzenie dzioba w te rozpływy mocy z banku centralnego – tak mamy urządzony świat. Można filozofować jak powinno być, żeby było inaczej, ale na razie jest jak jest i robi się to w ten sposób.

Oczywiście można na co dzień bawić się w konkurowanie z innymi mapetami o to, by być niedostrzyżonym, wszak nie wszystkich strzygą równo – można się uchylać. Ale gdy pojawia się okazja by złupić jakiś kraj z wydobycia, z energetyki, infrastruktury teleinformatycznej i nabrać ze wspólnego kotła, to łupmy i my – silny silnego, słaby słabego – każdy swego.