Idź coś nakłam

Organizacja przemysłu w formie jaką kultywujemy od zarania dziejów jest samograjem dlatego, że do napędu wykorzystuje błędne alokacje. Każda alokacja jest błędna, każdy $ds nietrafiony. Wynika to z tego, że mamy nadmiar źródeł energii i do tej pory mieliśmy wzrost populacji i jej nasycenia kompetencjami (ostatnio jest z tym pewien problem).

Przemysł wyróżnia fazę wejścia (odejścia od gospodarki agrarnej gdy człowiek jest tańszy od konia a krew od wina), pełen rozkwit (gdy wysycone są kompetencje a ludzie żyją na tyle długo, że w sam raz), i deindustrializację (kiedy z braku populacji jaką można ubogacić trzeba ulepszyć produkty i brakuje naiwniaków agrarnych aby karmić nimi stanowiska pracy na samym dole hierarchii – wodzów więcej niż Indian). jednak bez względu na fazę, w przemyśle od zawsze problem niedoboru jest rozwiązywany wielotorowo – ominięciem procesu w dużej skali, substytucją braku i rozkręceniem produkcji dobra deficytowego (tutaj nas pcha $ds). Oznacza to, że każdy problem deficytu rozwiązujemy poleceniem – zróbmy tego dużo, tak aby nam nie brakło. Przemysł wytwarza więc hałdy tanich produktów, których tyle nie było trzeba, niby gospodarka centralnie planowana miała być jakąś odpowiedzią na ten problem, ale wyszło tak, że referatu podaży z referatem popytu nie dało się tam skorelować zgodnie z korelacjami jednostkowymi.

Zróbmy wszystkiego dużo – inaczej nie umiemy. Pożera to olbrzymie ilości zasobów (kapitału, pracy, materii, energii), a później sobie zgnije i nikt o tym misiu nie będzie pamiętał. Mamy fabryki zawalone maszynami, których nikt już nie pamięta jak włączyć, mamy drogi, które nigdzie nie prowadzą, tory kolejowe znikąd donikąd, które kiedyś coś z czymś łączyły. Mamy wreszcie całe pola rdzewiejących czołgów, które wojny nie widziały.

Wyprodukować możemy co zechcemy, ale czy ktoś zechce tego co wyprodukujemy? To największa bolączka sprzedawców. Ekonomiści rozwiązali problem płatności robiąc QE i akcje kredytowe jednakże… przedsiębiorcy mają problem by spiąć łańcuchy kompensat – aby zapewnić sobie dobra do wytwarzania dóbr. Jest to coraz większy problem. Bo zaczęło padać coraz częściej pytanie po co produkować, co nowy produkt wniesie?

Ja oczywiście nie mam z tym problemu – płacą to robię, robię bo płacą. Natomiast zaparłem się pazurami w starej technologii i nic mi w głowie żeby cokolwiek unowocześniać. Postuluję hodowle, uprawy i rzemiosło. Ja może głupi jestem, żeby w świecie, gdzie jest click money i ciężko pracujący na nas Chińczyk dostarczy wszelkie towary, proponować jakiś wysiłek, ale ja się obawiam, że ten Chińczyk to niebawem nam zaproponuje żebyśmy jednak mu zrobili Zdradka i to zapewne za USA Tbonds.

Zróbmy dużo – problem się rozwiąże, a powstałe problemy rozwiążą nasi następcy. W kontekście $ds jest to manipulacja s – takie zwiększanie s, żeby wychodziła deflacja. Co powoduje, że biznes rozwijając zdolność wytwórczą o 1,006 i kumulując tę zdolność potrafi rozłożyć popyt na łopatki, ale też potanić rzeczy do tego stopnia, że nie będzie już sensu ich produkować inaczej niż masowo. Ilość narzędzi jaką ja dziś prywatnie dysponuję (tak wiem, ja jestem gadżeciarz) wystarczyłaby sto lat temu na fabrykę. No na manufakturę na pewno. Ale producenci nie prowadzą tego wyścigu podaży dlatego, że mają takie hobby czy im jakieś autorytety moralne kazały. Producenci podkręcają wydajność, upraszczają produkcję, tną koszty dlatego, aby w $ds konkurować z innymi co robią to samo. Dlatego zmowy są złe, dlatego monopole są złe. Ale z definicji każda branża dąży do monopolu – i monopol sam z siebie, jako rezultat wygrania wyścigu (i dowalenie konsumentom potrójnych cen) nie jest zły zawsze. Monopol i organizacja masowej produkcji ma sens wtedy, kiedy dobro jest już tak powszechnie i tanie, że nikomu do głowy nie strzeli regulowanie podaży. Na przykład nie trzeba regulować rynku zapałek czy ołówków – są tak tanie, że rozdają je za darmo (w hotelach zapałki, w Ikei ołówki). Zróbmy wszystkiego dużo i jakoś to będzie, a odpady wykorzysta firma, która wyszła z branży, bo jej się $ds nie podobał i mieli tam już lepsze pomysły co takiego nam trzeba, o czym my jeszcze nie wiemy. To dobrze, że firmy porzucają takie branże, bo pierwsze odpadną zawsze firmy o najwyższej zdolności korelacji – najmniejsze – badające, rozwijające, myślące, udoskonalające. One wymyślają nowe branże. To pionierzy. Nie czebole, które na zamówienie publiczne klecą wahadłowce i autobusy elektryczne, tylko pojedynczy mikroprzedsiębiorcy, którzy wymyślają rzeczy jakich jeszcze nie było i zbierają się w bandy. Każdy odchodzący z branży poprawia $ds dla pozostałych.

Zróbmy dużo – ropy wydobyliśmy tyle, że cena spadła do poziomów pozwalających właściwie każdemu białemu na posiadanie pojazdu. Czyli dobrze nam to wychodzi, bo jeszcze sto lat temu samochody można było policzyć – a dziś się nie da. Z tym że nie wszyscy pracują – niektórzy są urzędnikami czy kapłanami, autorytetami mianowanymi przez sam sanhedryn. Otóż urzędactwo wymyśliło sobie, że ponieważ na podaży (s) się nie zna, to będzie nas pchało w d (popyt) i wymyśla atrakcje podatkowe, a nawet przepisy zakazujące tego, śmego czy owego (kapłani kiedyś też zakazywali, bo coś było grzeszne, a i Stalin sobie w zakazach nie żałował). Koncepcja jest taka, że jak nam się zakaże jeździć dieslami, to my na pewno kupimy samochodziki elektryczne. Nie że zaczniemy strzelać do zakazujących, tylko że potulnie kupimy te elektryczne badziewia, które wyścig o motoryzację przegrały już na samym początku w XIX wieku. Teologię sobie do tego urzędasy dorabiają, że cukier szkodzi (kiedyś krzepił), że samochody psują powietrze (a testy jądrowe nie), że klimat ma na nas focha (kiedy będzie cieplej!?) i różne inne brednie.

O ile manipulowanie s przez producentów wywołuje deflację, to próby nieudolnego manipulowania d oprócz salw śmiechu wywołują kontrast dochodów pomiędzy sprytnymi (co mają dostęp do dóbr objętych anatemą) i pozostałymi (co też by chcieli, ale im nie staje). Niby na tym kontraście chciała korzystać biurwa, ale wyszło tak, że dołożenie dwóch dodatkowych operacji na biznes po prostu zmniejszyło przestrzeń dla mało sprytnych i coś co kiedyś było normalne (przedsiębiorczość) urosło do rango karkołomnego (80% bankrutuje w przeciągu pierwszych dwóch lat, powinno około 5%, a reszta powinna sobie jakoś ciągnąć na poziomie czegoś o jakości etatu) wyczynu. Myli się doktor Sławomir Mentzen twierdząc, że Polacy nigdy nie byli jeszcze tak bogaci jak dziś, gdyż do Polaków nie zaliczył tych z Polski wypędzonych i tych co się przez ten “dobrobyt” nie urodzili (a to jak wiemy od izraelskiego ambasadora są ludzie bardzo ważni dla rozrachunków). Otóż jakby dodać do modelu Pana doktora tych co posiadają zero (bo wypędzeni i nieurodzeni), a do tego jeszcze odjąć zadłużenie to szału nie ma.

No i wiecie – #gruby wyjaśniał. Są jeszcze ci trzeci. Bo $ds ma trzy literki i ci trzeci kombinują przy tej pozostałej. Rezultat manipulowania $ jest taki, że po pierwsze jest inflacja (zaostrzająca nam problem podatkowy do 2 operacji, zamiast 1 w monarchii i to też nie dla wszystkich), a po drugie wynik równania jest jaki jest, więc $/s musi wychodzić tyle, żeby się wynik dzielił przez d. Jakikolwiek ten wynik by nie był, manipulacja $ zmienia nam supply. A zmienia nam podaż pod względem wartości w $ czyli zmienia nam jakość. Rezultat tego jest taki, że samochody sprzed 40-50 lat jeszcze jeżdżą, a te sprzed 15 już ledwo zipią. Przez ten czas zapotrzebowanie pojazdów na paliwo i części zamienne powinno spaść dwukrotnie (na paliwo spadło), natomiast motogodziny silnika powinny się potroić przynajmniej. Ale dzisiejsze silniki nie dają rady przejechać trzech milionów kilometrów – i to jest problem. Zaczęliśmy celowo obniżać jakość produktów, aby psuły się tworząc popyt. Z tym że to nam wcale nie daje w rozrachunku więcej $ tylko przyspiesza cyrkulację nowo drukowanych. To jest ślepa uliczka, ale Chińczycy postanowili z tego wyjść i nas na kopach też wyprowadzą. Bo oni chcą sprzedawać samochody prymitywne – ale niezniszczalne, bo ich nie stać na to, żeby 2 miliardy Chińczyków jakie będą zajmować Chiny i Syberię wymieniało samochody co 5 lat.

Mamy więc ludzi wprowadzających stresory i próbujących manipulować popytem, mamy przedsiębiorców zwiększającymi podaż, i mamy wybraną część biznesu (system transakcyjny operujący kompensatami częściowymi pod ochroną tych od manipulowania d), który próbuje manipulować $ (przynajmniej jej składową jaką jest waluta papierowa, bo rozliczamy się różnymi środkami).


Dwie dodatkowe operacje (system podatkowy) w percepcji wielu ludzi byłyby do zniesienia, gdyby ze wspólnego kotła nie wyciągać mniej (obciąć wydatki) tylko wrzucać więcej. Czyli żeby gospodarka była innowacyjna i żeby było więcej operacji w każdym procesie, tak aby dwie dodatkowe nie były takim ciężarem jak do pojedynczej “ze śwagrem dżewa ścinam”. Rzecz w tym, że nie robi żadnej różnicy poziom techniczny dla sumy operacji i wysokości podatków, ponieważ przezbrojenie drwala z siekiery w pilarkę wcale nie czyni przedmiotu biznesu dłuższym łańcuchem. Nawet uzbrojenie go w fińskiego robota do koszenia lasu:

nie zmienia tego, że administracja przeżera to co jest na rynku w takich ilościach jak jest. Jeśli za PRLu byli w stanie wyprodukować ustawę z numerem 41 – Wilczka (kończącą de facto socjalizm – utraciła moc 2 stycznia 2001 roku), to 25 lat później wyprodukowali pół miliona bubli zwanych aktami prawnymi i ciągle dają czadu. Produkujemy więcej papieru z większej ilości ściętych drzew – oni zapisują je ustawami. Niezależnie więc ile byśmy nie wrzucili do kotła, to oni to przeżrą. Pozostaje wywrócić kocioł.

Podpalmy nasz biznes Keynesem

I zaraz bezwstydnie dorzucimy Austriaków. Nie dlatego, żeby Austriacy byli jacyś wadliwi, tylko dlatego, że w teorii nie napisali jak będzie z praktyką, że praktyka będzie miała algebry topologiczne oraz nietrywialne punkty przekształceń. W uproszczeniu – wystąpią tam przeróżne algebry szczególne.

Zauważyliście, że od razu, w założeniach wyliczeń podniosłem pensje pracownikom z poziomu polskiego do poziomu przyjętego w świecie uprzemysłowionym. Jest to przepaść jaka dzieli poziom płac w Polsce od poziomu w krajach uprzemysłowionych o rozwój 1,006 przez 153 lata i kilka miesięcy (1,006^153). Zabory trwały 123 lata, po drodze niby coś tam było, łącznie tej niewoli było jakoś ze 149 lat, do tego jeszcze mamy nie najlepszą geografię (wyjście przez cieśniny duńskie na w miarę otwarte morze). Zauważcie że to podniesienie (typowy keynesizm) nie zmienia zbytnio wolumenu produkcji, a podatki owszem – dokręcają śrubę dwukrotnie. Oczywiście różnica jest też taka, że próg wejścia w najnowsze środki produkcji wynosi nie 5, a 10 czy 12 lat. Z tym że te środki ktoś musi wytworzyć i zbyć. Nie ma więc znaczenia wypłata, a zdolność do magazynowania jakościowych nadwyżek produkcji. Jak widzieliście w wyliczeniach te jakościowe nadwyżki produkcji istnieją przy niskich podatkach już w małych przedsiębiorstwach (ale zamiast tego można po prostu mniej pracować i zająć się innymi rzeczami – malarstwem, poezją, robieniem dzieci, konsumpcją piwa & wurstu). Jeśli się te nadwyżki wypracuje, to KTOŚ je będzie miał, czy da się z tego coś wytworzyć – na przykład nowe przedsiębiorstwo – to zaraz wrócimy do algebry w takiej topologii. W każdym razie jeśli w czasie 5 lat firma wytworzy tyle ,żeby się zdublować, to licząc straty w rozwoju techniki w tym czasie wymieni swój kapitał po 97 centów za dolara ((1-0,006)^5), przy płacach niższych (polskich) po 93 centy za dolara, a gdyby zachodnia firma miała przy swojej technologii masowej zapewniać ludziom zdolność oszczędzania środków do budowy własnych mikrofirm, to przełożenie byłoby (15 lat opóźnienia w zmianie technologii w molochu i 5 lat oszczędzania) 88 centów za dolara, a w przypadku procesu w Polsce (opóźnienie 15 lat i 12 lat oszczędzania) 85 centów za dolara. Jak więc widzicie keynesowskie manipulowanie płacami aby inaczej rozkładać dystrybucję rezultatu pomiędzy pracę i kapitał ma znaczenie w granicach błędu statystycznego przy 2,5 krotnym podniesieniu płac. Różnica jest taka, że trzeba się więcej narobić, ponieważ dzień pracy w Szwecji trwa 9 godzin, a w Polsce 8, z tymże w Szwecji jest godzina przerw wliczona w ten czas pracy, a w Polsce nie udawajmy – pracownik przez osiem godzin nie je, nie pije i w kiblu nie bywa? No właśnie… Więc ta różnica w wydajności gospodarek jest do przeskoczenia przy zasuwaniu 12h dziennie w kilka lat.

Nie tu jest problem. W podatkach jak wykazałem jest problem, otóż podatki wymuszają powstawanie jakościowego towaru po zawyżonej cenie wyłącznie w molochu, oraz obniżają jakość w małych firmach (bez tego nie da się funkcjonować). Niższa jakość oznacza przymusowo krótszy czas amortyzacji (sprzęt się szybciej zużywa). Te dwie dodatkowe operacje powodują, że małej firmy z oszczędności nie da się otworzyć właściwie nigdy, a podjęcie kredytu na start to w 80% przypadków sznur na szyję i w rezultacie wypad z jurysdykcji, w której jest się pod kreską. Prawdopodobnie z tej spirali nie da się wyjść w żaden pokojowy sposób.

Ale pomińmy podatki na chwilę – keynesizm powoduje zmianę rozkładu “premia za kapitał/premia za pracę”. Przy dwu i pół krotnym zwiększeniu płac netto powoduje około 30% zwiększenie produkcji przymusowo. O ile jest zbyt, a zbyt jest dlatego, że keynesizm najczęściej stosuje się dla projektów infrastrukturalnych, a w tych pracują mężczyźni. To zwiększenie o 30% produkcji nie następuje organicznie, a ekstensywnie – trzeba więcej ludzi. Keynesizm wprowadzano na młodych populacjach, a to 30% plus oznaczało wyrwanie 50% kobiet z domów do fabryk ze wszystkimi następstwami (rozrodczość). Oznacza to, że keynesizm nie jest podażą $ za darmo, ale jest podażą 30% więcej dóbr (i błędnych alokacji) przy 50% spadku dzietności od ręki. Sami oceńcie czy to drogo, jeśli już po 20 latach następuje spadek podaży pracowników i już bezproduktywne windowanie płac. Większości firm zbudowanych w tym czasie nie będą zaludniali żadni ludzie. Oczywiście automatyzacja coś tam zdziała, ale w 20 lat to wyciśniemy może 12% wzrost pułapu produkcji na tym, a co z resztą?

No resztę niby ma rozwiązać imigracja. Nawet zadziałało, tylko skończyli się biali i ci kolorowi co przyjechali to najpierw ich próbowano kształcić, a potem się okazało, że te fabryki z automatyzacją nie chcą działać na kolorowym zasilaniu, więc downgrade nas czeka. Inaczej się nie da. Keynesizm działa – zapewnia straty w ludziach. I jakieś marginalne nadwyżki w produkcji, które i tak przeżre biurwa nienasycona.

Choć Austriacy twierdzą że się da, a mianowicie tak, że można skakać pomiędzy $ds w różnych branżach i na różnych produktach. I to jest prawda. Sam zmieniałem branże, jurysdykcje i nisze w życiu tyle razy, że nie spamiętam. Koncepcja austriacka jest taka, że kapitał można transformować w różne użyteczności. Kapitał jest prawem poboru materialnych środków produkcji wytwarzanych przez innych, a to prawo nabywamy dając inne, pożądane środki produkcji. Co wyklucza autarkie, bo te gromadziłyby prawa poboru których do niczego nie potrzebowałyby użyć. Takimi autarkiami są duże korpo, a skrajnym przykładem świnki skarbonki jest FANG, który posiada gigantyczne zapasy praw ciągnienia (walut), z tym że nie bardzo jest co potrzebnego od kogo pociągnąć.

Problemem praktycznym jest przekształcanie posiadanego zasobu w pożądany (przebudowa parku maszynowego – przedsięwzięcie), albo zakupu pożądanego na rynku (biznes), albo jego samodzielne wytworzenie własnym sumptem (gospodarskim). Mniej więcej pomiędzy dającymi się wyróżnić etapami stabilnymi w piramidach przedsiębiorstw (w strukturach zarządzania) przepaści są pięciokrotne. Teoretycznie oszczędzając 5 lat można sobie stworzyć stanowisko pracy drugie jakie się ma (amortyzując już posiadane) czyli sobie zdublować, więc w 12-15 lat możemy zbudować sobie spokojnie strukturę kolejnego poziomu – o ile wydrapiemy sobie miejsce na rynku i w sieci transportowej. Ponieważ to, czego Austriacy nie wspomnieli zbyt wyraźnie, to to, że funkcjonujemy w przestrzeni skończonej, jest skończona liczba podmiotów, ludzi i kapitału. Do tego zasoby występują niekoniecznie tam gdzie chcemy, ludzie wcale nie chcą się przemieszczać jak gdzieś mieszkają i jeszcze wybrzydzają na towary – niekoniecznie chcą kupować. Wrzuca nam to na prowadzenie interesu pewne nieprodukcyjne obciążenia jakimi są handel i dystrybucja (transport) oraz zwrotnie system rozliczeń. Podawałem jak wygląda składnia tych zjawisk i w praktyce dubluje ona wycenę na każdym etapie. Jeśli dodamy do tego system podatkowy, to zaczyna być pewien problem.

Rozwiązania problemu nie zwiększają produkcji – tną jedynie koszty i stwarzają nowe problemy do rozwiązania – wytwarzają opór środowiska – tarcie. Nasza strategia “zróbmy dużo, zróbmy więcej” zawsze rozwiązuje problem i “jakoś to będzie”. Podstawową metodą zlikwidowania nazbyt uciążliwego transportu pomiędzy podmiotami rynku jest stworzenie takiej abstrakcyjnej koncepcji jak “miasto”. To w takim abstrakcie można utworzyć bardzo krótkie powiązania transportowe pomiędzy konkurencyjnie selekcjonowalną liczbą podmiotów i prowadzić sobie biznes bez mnożnika x2, a na przykład z mnożnikiem niewiele większym od 1 – koszt transportu. Czyli topologia miasta ma zalety algebraiczne, względem topologii poza miastem. Z tym że poza miastem pozostają kopalnie i areały uprawne, a przy okazji to co śmierdzi (huty, stalownie, garbarnie, fermy, hodowla) i tu nam mnożnik x2 pozostaje.

Ale mnożnik rozwiązujemy skalą – bo miasto kupuje dużo, kupuje naraz, ma tanią dystrybucję, więc ceny żywności w mieście nie będą wysokie, a gdyby liczyć produkty przetwarzane w mieście, to są tańsze niż zwrotnie poza miastem. Z tym że wszystko za cenę tego, że ludzie już się nie mieszczą, więc trzeba ich ustawiać jednego na drugim – w pionie, w domach budowanych wzwyż. Coś niesłychanego, żeby jeden drugiemu tupał nad głową. Ja nad głową mam strych, a od tupania myszy. Miasta się rozrosły w dzielnice, dzielnice połączyły obwodnice, miasta wypełniły się samochodami, powstały miasta w miastach (centra zapełniły wysokościowce banków), powoli miasta przekształciły się w koczowiska pauperów, którzy oszczędzać mogą jedynie w abstrakcyjnej walucie, gnieżdżą się w klitkach, a dojeżdżać do pracy muszą komunikacją miejską i rowerem. Oczywiście postulują przegnanie złych rednecków z ich samochodami na diesla. W rezultacie korzyści mnożników z miasta przejęły rednecki, które owszem tam się karmią, ale wcale tam nie mieszkają. Do miasta szybciej można dojechać niż z niego wyjechać. Komunikacja miejska jednak niczego nie wytwarza, a rozwiązuje problem rekuperacji mnożnika gdzieś pomiędzy x1 do x2 i zazwyczaj pobiera opłatę w czasie. Miasto to ciągłe kolejki, ciągłe oczekiwanie. Wieś to ciągłe przepłacanie. Pozostaje kwestia czy mamy większy dostęp do czasu czy do waluty. I tutaj trafiamy do topologii algebry.

Niby -2 i 2 jest w tej samej odległości od nietrywialnego zera. Jednakże algebra po tych dwóch stronach zera jest inna. Na przykład odejmowanie z jednej strony zmniejsza, a z drugiej strony strony zwiększa odległość od miedzy. Jeszcze śmieszniej jest z mnożeniem, bo -2 pomnożone przez się daje jak najbardziej 4, a 2 pomnożone przez się nijak -4 dać nie chce. Oznacza to, że przekształcenia na tym banalnym przykładzie są niesymetryczne względem miedzy. To teraz przypomnę wcześniej poruszaną kwestię – kredytu, otóż kredyt ma topologię “tak się umawialiśmy, że to sprawiedliwe” iż przy oprocentowaniu 7 rocznie, za pożyczone 100 musimy po roku oddać -107, a gdybyśmy się ociągali dwa lata to -114,5. A przy przekształcaniu środków produkcji też mamy takie kwiatki kapitałowe. Otóż fabrykę ryb w puszce na fabrykę komputerów o wycenie 1:1 nie przekształcamy po sto centów za dolara (chyba że jakiś właściciel fabryki komputerów chce się akurat wymienić). Istotne jest który z tych kapitałów ma lepszy $ds i perspektywy zmienności i to zmienia nam proporcje transferu. Do tego dochodzi liczba chętnych zbyć takie fabryki, lub je wytworzyć, oraz liczba chętnych nabyć naszą.

Zazwyczaj wygląda to tak, że naszą zbywamy ze stratą, a jak jest używana to z większą, a z większą nawet jak jest w dobrym stanie dlatego że jest stara, a do tego ci co oszczędzali na fabrykę zamiast konsumować na potęgę, to nazbierali po wymienianym wcześniej (lichym) kursie 97 centów za dolara. W rezultacie naszą, zapewniającą nam przyzwoite zwroty fabrykę chcemy zamienić na inną fabrykę i tylko wyceny nas mogą powstrzymać. Gdyż jeśli nie znajdziemy chętnego na wymianę barterem bezpośrednio, to pośrednio przez system rozliczeniowy może się okazać, że ten biznes nam wyjdzie tak, że nasza fabryka jest pięć lat stara (97c za $), ci co oszczędzali to też im licho wyszło (97c za $), no to już na 94c za $ jesteśmy, do tego sentyment może być lichy (powiedzmy fabryki ryb w puszce mogą być 5% mniej popularne od indexu przeciętnie popularnych fabryk wieszaków na ręczniki), to już jesteśmy na 89c, i jeszcze system transakcyjny może być chciwy (przyjmijmy że na poziomie 3%) to już 86,7c. I jeszcze może się okazać, że fabryki komputerów są w innym systemie transakcyjnym w innej jurysdykcji (5%) co rzuca nas na 82c Do tego fabryki komputerów mogą mieć poważny sentyment 5% ponad index i lądujemy na 78c. I jeszcze nam biurwa nie dowaliła podatków.

Sprzedając więc pięcioosobową fabrykę ryb w puszce nabędziemy 4 osobową fabrykę komputerów, albo dołożymy rok czy dwa oszczędności żeby nabyć taką samą. Przekształcenia kapitału więc kosztują, o tym Austriacy nie wspominali, że ta premia może boleć. A sentyment może być gorszy, a inflacja, a biurwa ukraść jeszcze 25% za aportów i dopiero dostaniemy 50c za dolara aż nam w pięty pójdzie – może jednak jakoś sobie przebekać na rybach w puszce?

Oczywiście możecie metodą gospodarską rozpocząć wytwarzanie fabryki komputerów skupując potrzebny sprzęt z nadwyżek dawanych przez produkcję ryb i w czasie cyklu koniunkturalnego, jak dobrze pójdzie, to akurat nam się uda uzyskać zapóźnioną o 7 lat fabrykę komputerów. Z tym że o ile przeciętnie organiczny wzrost wydajności jest 1,006 to w niektórych branżach jest to 1,0005, a w niektórych 1,5 i to jest problem, bo nasza zapóźniona o 5 lat fabryka komputerów może się okazać zdolna produkować co najwyżej sterowniki do lodówek z internetem. Metoda gospodarska może być więc o kant. Dlatego mamy banki.

Banki to taki biznes, co nic nie wytwarza, ale niby siedzą tam mądrzy ludzie, co analizuję, że jakby wy się chłopy, co robicie ryby w puszce i haczyki do ręczników, zrzucili dzisiaj w pięć 30 osobowych firm z Waszymi rocznymi oszczędnościami, to możemy za to wystawić i utrzymać jedną, 15 osobową firmę robiącą komputery, która będzie się rozwijać w tempie 50% rocznie przez pierwsze 3 lata, a później nieco wolniej, i jeśli ją dokapitalizujecie powiedzmy 3 miesiące oszczędności z roku, to za 5 lat mogą Wasze udziały być warte wielkie mnóstwo (tyle co 90 osobowa firma robiąca komputery minus prowizja banku). No chyba że wszystko się rypnie. Takie ryzyko, że jak skredytujecie to za jaką preferencję czasową, będziecie udziałowcami dochodowej firmy w dochodowej branży z lepszym od Waszego $ds.

To od razu knujecie, że my tu na zarobmy.se czy u #glupi na blogu możemy się skonsolidować i sobie jaki taki biznes zorganizować. Szczególnie, że i mamy ludzi i nawet co nieco po kieszeniach. Sonduję ten temat, być może jak co nieco włożę (pal diabli kasę, ale skąd ja czas wezmę) to wyjdzie mi jaki rekonesans. W Przyszłości. Oczywiście na nasze własne ryzyko dobrowolnie i z nadwyżek. A ponieważ my są ludzie skąpe i zachowawcze, to raczej nigdzie nie ruszymy, bo jesteśmy w strefach komfortu.

Oczywiście zagrzmiał jeden taki z trybuny, że my są mało innowacyjni, chomikujemy kasę i w ogóle sknery jesteśmy okrutne zamiast przysparzać dobrobytu. Ten kaczy kurdupel co tam grzmiał to on jest wielka szycha w biznesie, kto jak nie on zna się na inwestowaniu swojej własnej kasy w słomiane interesy, z których co piąty na 25 lat wychodzi. Drugiego takie jak on sam specjalistę na bankowym garnuszku sobie znalazł i postanowili, że oni nam przymusowo, wykopując nas podatkami ze strefy komfortu zdecydują co jest postępackie, innowacyjskie i już oni wiedzą najlepiej jaka to branża za 15 lat da taaakie zwroty, że wszyscy będziemy ze złotymi łańcuchami na szyjach chodzić jak wyjątkowa kasta. No z łańcuchami na szyjach na pewno tylko ja nie wiem czy one będą złote i tak całkiem luźne.

Dlatego wyrywamy Austriakom tę kartkę, której u nich brakuje w teoriach, że kapitał konwertuje swoją użyteczność po garść centów od sta i dlatego gwałtowne ruchy w przebranżawianiu to nie jest żaden wielki cymes. I tę kartkę wrzucamy na płonący keynesizm. Niestety nikt przytomny nie przewidywał, że za inwestowanie może się wziąć państwo, jeszcze jak oni na siłę wytwarzają jakieś jedno korpo co robi infrastrukturę, mosty jakieś czy bazy wojskowe to ja rozumiem – oni też się muszą najeść i udają, że to firma, ale jak nam zaczynają wymyślać nowoczesne technologie, to ja aż się boję jak bardzo nas to cofnie w rozwoju. Jak oni nie chcą brać kasy za to żeby siedzieli w izolatorze i nic po prostu nam nie gmerali przy biznesie, to czy na przykład jakiś weterynarz nie mógłby wziąć paru groszy, żeby ich uśpić?

Administracja dwupoziomowa daje taki wycisk, że tylko zapóźnianie technologii i nierozwijanie jej poprze budowę bezwładnych, olbrzymich struktur daje jeszcze jakieś zwroty pod przymusem. Jeśli politycy narobią takich zobowiązań, że nawet takie zapóźnienie, jakie oferuje korpo nie da rady pod widelcem nic zarobić, czyli nawet czebole lansowane przez #Arcadio nie będą miały wystarczającej prędkości (na energii ze straty populacji) ucieczki z czarnej dziury zadłużenia, to możemy znaleźć się w sytuacji, że jakakolwiek praca i organizacja nam dostępna straci sens. Owszem można zrobić firmę na 50mln ludzi – Chińczycy potrafią, ale my nie mamy i nie będziemy mieć 50mln dorosłych osobników. W ogóle tylu nie mamy.

Mogą wyjść na trybunę różne czuby w fajnych garniakach i z ciekawymi krawatami. Ale dywersyfikacja w gospodarce polega na tym, że każdy przedsiębiorca sam na własne ryzyko i niczyje inne sobie podejmie decyzję jaka alokacja ma wg niego przyszłość, zrobi to sam lub w grupie jaką sam wybierze dobrowolnie i przy takiej presji podatkowej aż 20% tych biznesów przetrwa dwa lata, robiąc wolumen za znaczną część zniszczonych. Rozkurz przy tym duży, ale nawet pod taką presją w jakimś rozsądnym terminie raczej będzie jakiś rozwój. Natomiast jeśli czub nam nakłamie, że jak my wszyscy wspólnie na 80% ryzyku władujemy wszystko w jedną firmę i ona zarobi, a ta firma akurat upadnie (z przyczyn nawet niezależnych od czuba co nakłamał) to przez dwa małe cykle nie wygrzebiemy się. A firmy zaczynają nam padać z braku podaży ludzi na rynek, natomiast wymarzone automaty które miały za nas pracować jakoś się nie pojawiły.

Wróćmy jednak do elastyczności kapitału.

Już wiemy że zamiana jednej firmy na drugą poprzez system transakcyjny z użyciem waluty ma spore tarcie w jedną stronę. W drugą też może mieć pewne tarcie, zazwyczaj ma. Dlatego wyceny firm są nie w formie ich kapitalizacji tylko są wypadkową wielu czynników wskazujących jaki kapitał firma może z siebie wypluć. Ale przez to mają różne użyteczności dla różnych uczestników rynku. Zupełnie inne dla systemu transakcyjnego, a zupełnie inne dla odbiorców ich produktów (albo ich dostawców wsadu) gdyby komuś zaświtało konsolidować się w pionie.

Oczywiście firmy nie są jednowymiarowe, a algebry nie są jednowątkowe. Nie trzeba wszak przechodzić przez system transakcyjny z walutą – można zrobić swapa akcji – taniej. Można wymienić się kontraktami (czasem to dość opłacalne nawet przy nominalnych stratach każdej ze stron jak po prostu mogą skonsolidować coś geograficznie lub usystematyzować produkcję, wdrożyć standardy). Firma ma w sobie wiele ułamkowych przedsiębiorstw – jakąś produkcję, jakieś IT, jakiś dział transportu (a przynajmniej jakieś pojazdy), może jakiś dział konserwacji, a nawet zdolność budowlaną. Ja wiem, że to wszystko niby się powinno outsourcingować, ale rzeczywistość chadza własnymi ścieżkami i szczególnie gospodarskie firmy są wielowektorowe. Oczywiście dział transportu żebym nie wiem co było wpisane w rubryce wartość nie zacznie wspierać działu IT, a koparki niezależnie od liczb wpisanych w tabelki nie są obrabiarkami i nie zwiększą produkcji, więc elastyczność środków kapitałowych jest taka sobie. Czasem nawet waluta bezpośrednio nie jest wymienialna na usługi i towary – potrzebne są wpływy. W przedsiębiorstwach jest już nieco prościej niż w gospodarstwach, ale największe gospodarstwa to kombinaty przekształcane czasem w korporacje i wtedy dopiero wychodzi co kryło się pod pojęciem “wycena środków trwałych”. Czasem środki to zupełnie abstrakcyjne obiekty takie jak “prawa do wydobycia” zależne od układów politycznych i faktycznej zdolności utrzymania władztwa na danym obszarze przemocą.

Mapa pokazująca topologię algebr i ich wzajemnych przeliczeń w kilku płaszczyznach byłaby niezwykle interesująca, jednak ten cały skomplikowany system zwykle staramy się sprowadzić do wspólnego mianownika swapów akcji oraz rozliczeń kapitałowych, więc rozsądnym systemem zarządzania wycenami jest system transakcyjny i ukryte w giełdzie systemy refinansowania poprzez wykup przyszłych rezultatów materialnych i kapitałowych. Oczywiście są ludzie, którzy potrafią poukładać to lepiej wymieniając kijek na siekierkę, żeby zanieść ją do miejsca gdzie tanio są wędki i robią na tym niezły cymes – są lepsi od rynku, są lepsi od indexów. Mamy takiego Czytelnika z łódzkiego co potrafi tak wymieniać jedno na drugie, handlować i obracać środkami produkcji a nawet coś nimi wyprodukować i dopiero sprzedać. Podziwiam, sam tak nie potrafię.