Jak działa po(d)stęp?

Z tylu rozpoczętych tematów trzeba wybrać jakiś, aby go rozpisać i kontynuować, poświęcając godziny, które można by spędzić w stanie lewicowego odurzenia na bimbrze i obłapce za 666+. Ale pozostaje się cieszyć, że i komuchy nie mają lekko ciągle oglądając się na boki, nie wiedząc, który Szmaciak zdejmie z piedestału Wardęgę. Bo utrzymanie władzy tak czy siak nie jest proste ani w Pcimiu, ani nad Potomakiem.

Dla niecierpliwych skrót do wyliczeń.

A dla wesołych podrzemy trochę łacha z postępactwa, Merkelowa:

 

I captain Sweden:

 

Nad Potomakiem wymyślili sobie taką oto strategię, że jakby się kto za bardzo wychylał i zagrażał któremukolwiek z wysuniętych wektorów zapewniających przewagi mocarstwa, to rękę podniesioną przez ucznia do wyrażenia własnego zdania trzeba odrąbać przy samej podłodze. I tak sobie wgniatali kolejne państwa w lokalne gleby operując z błękitnego bezkresu, na którym kontrolowali cieśniny tranzytowe (nie wyobrażajcie sobie że statki walą na azymut przez Ocean, to nie jest takie proste i wcale ekonomiczne). Niegłupia to koncepcja i zazwyczaj się sprawdza. Współdziałanie przemysłu zbrojeniowego, najemnych armii i dobrej demografii opartej akurat o imigrację jest jakimś substytuowaniem metody ekspansji państw starożytnych opartych o niewolnictwo i zabobon. Tą samą drogą postanowiono podążyć w Brukseli, wprowadzono zabobon, banki organizują niewolnictwo, euroarmia jest w planach, a z braku przeciwników słabszych w zasięgu trzeba będzie wybrać twarde jądra EU, które obiją miękkie, zbuntowane prowincje. Głupi wszak kto pierwsze narzędzie wytwarza do rycia w czym innym niż trzewiach wrogów łasych na jego dobra.

Jednak jest pewien wektor, na którym opiera się ta zdolność spuszczania innym bęcków i tutaj warto się pochylić nad Jankesami aby spenetrować jak oni to robią, że utrzymują zdolność spuszczania bęcków do dzisiaj i nie bardzo ma kto stawać z nimi w szranki. Tym wektorem jest mzimu grupowane przez gdakaczy jako “przewaga technologiczna”, a przez szamanów komuszyzmu wynika ona z łaskawości duchów innowacyjności i kreatywności niesionej przez młode, dynamiczne i takie tam zaklęcia. Strasznie dużo tych wyrazów nawymyślali, no ale rozumiecie – gdakacze potrzebują desygnować pojęcie do każdego nowego abstraktu jaki im się zwidzi po zakupach za 666+ i jaki przedyskutują w szerszym gronie, a węższym aspekcie lulki paląc.

Podejrzewam tutejszych Czytelników, że takich bzdur jak wymienione innowacyjności, kreatywności, młode dynamiczne i “wyniki zależne od podejścia” nie kupują. Niestety, to jak działają przedmioty wykonane przez człowieka zależy wyłącznie od tego jak te przedmioty zostaną przez człowieka wykonane i użyte. Od niczego więcej niż od człowieka dysponującego zasobami i wykonującego pracę na tych zasobach nie zależy rezultat podejmowanych działań jeśli zgodzimy się pominąć wypadki losowe jak upadki meteorytu na statek na środku oceanu, natomiast nie pominiemy na tym oceanie niepogody i wysokiej fali. A skoro już sobie ubzduraliśmy, że to zależy od człowieka, to teraz wypada się dowiedzieć od jakiego człowieka, jak, w jakiej liczbie i czy to koniecznie trzeba robić.


Jak wskazywałem we wcześniejszych tekstach (których przez pierwsze dni nikt nie chciał komentować, ale jak rozumiem z maili – nie ma czego dodać w temacie, liczby są jakie są, nawet jeśli można je wygładzić) nie zawsze jest racjonalnym wkładanie wysiłku w zmianę firmy, branży czy zakresu działalności samodzielnie z punktu widzenia abstrakcyjnego systemu rozrachunku (kapitalizmu), gdyż niesie to za sobą pewne koszty transakcyjne. Nie jest to też zwykle zasadne kolektywnie ze względu na skomplikowany rozrachunek, ale w pewnych warunkach (necessitas) może zostać zrealizowane (nieracjonalnie) a nawet przedsięwzięte (z rozmysłem i dla zysku) choć rezultat niekoniecznie musi być taki jak oczekiwały wszystkie zaangażowane strony, gdyż sytuacja jest dynamiczna.

Otóż należności i ich rozrachunek nie wyczerpuje kwestii rozwoju przedsięwzięć, ich skalowania i modernizacji. Gdyby tak było, to można by – tak jak proponują socjaliści – robić żabie skoki poprzez gwałtowne konsolidacje fiskalne na rozwój przedsięwzięć krytycznych kolektywnie. Oczywiście komuchy nie są takie głupie (ba, są bardzo mądre, jakby rządziła partia komunistyczna w początkowym stadium pasożytowania na gospodarce to bym się tam zapisał i też pasożytował, ale że to stadium końcowe to sobie tylko dłubię w fiskaliach), z tym że ja chcę zarobić, a kwestia nienarobienia się jest drugorzędna i na tyle marginalna, że nawet mogę się narobić, istotne jest aby zarobić. Komuchy nie są głupie, ponieważ są pewne przedsięwzięcia, które mają sens wyłącznie kolektywnie (jak bijatyka w remizie – ciężka do przeprowadzenia jednoosobowo nawet przy szczerych chęciach) i tylko przy kolektywnym wysiłku są możliwe do zrealizowania, co nie znaczy że trzeba je realizować na kolektywny kredyt. Dla przykładu armia (nawet prywatna) ma sens jako kolektyw, choć poniesie wtedy większe straty niż wyspecjalizowane, małe oddziały, ale też będzie realizować inne cele niż te małe oddziały o wysokiej przewadze kompetencji nad przeciętnym przedstawicielem hufca. Takie obiekty jak duże statki budowane obecnymi metodami (i dawniejszymi też), monumentalne budowle, infrastruktura, inżynieria lądowa są do zrealizowania wyłącznie masowym nakładem rzemieślniczych czynności (to kluczowe że powtórzonych masowo czynności RZEMIEŚLNICZYCH, które na upartego dałoby się rozłożyć w jakimś czasie, który ze względu na swoją absurdalność skali wymaga masowego użycia rzemieślników w jednym czasie). Natomiast błędem komuchów jest ekstrapolowanie zasadności robienia tak wszystkiego, że skalowanie w górę organizacji jest zasadne z punktu widzenia rozrachunku abstrakcyjnego (zasobów i praw ciągnienia zasobów), a w szczególności że da się tak majstrować przy czasie realizacji, kompetencjach i modernizacjach. Nie tylko że wychodzi to gorzej, najczęściej nie wychodzi wcale, ponieważ nieprzytomnym jest tworzenie czegoś z nieistniejących (a deklarowanych jako istniejące) zasobów.

To jest krytyczne stwierdzanie czy zasoby zadeklarowane w istocie istnieją, czy nie znajdą alternatywnych zastosowań i czy ich zastosowanie przy naszych kompetencjach da rezultat. I zawsze jakby coś zgrzytało to można dopchnąć kolanem i poprawić młotkiem, ale nie da się tak dopchnąć pustej pozycji, na której deficytują nam jakieś krytyczne, niesubstytuowane zasoby.

Czyli ryzyka i ich skala

Dobrze jest się zastanowić po co ludzie w ogóle modernizują środki produkcji. Odpowiedź nasuwa się z praktyki – aby się mniej narobić, aby w tym samym czasie tymi samymi zasobami przy mniejszym zużyciu wsadu w proporcjach rozrachunku abstrakcyjnego więcej wytworzyć. Czyli żeby mieć mniej roboty przy tym co już robią i zająć się w tym czasie czym innym też potrzebnym. Jakkolwiek aby cokolwiek wytwarzać, to trzeba umieć to wytwarzać, mieć kompetencje. W przeciwieństwie do tego co wciskają nam kompetentni w krasomówstwie, nie da się przekonać złoża rudy aby zamieniła się w urobek, jakkolwiek można krasomówczo przekonać górników aby tego dokonali, przy czym jak się ich okłamuje co do rezultatów podziału wyników z tego wydobycia, to trzeba albo do górników strzelać jak w Wujku, albo liczyć się ze szkodami górniczymi na ważnych arteriach komunikacyjnych stolicy i roszczeniową bandą rzucającą śrubami.

Górnicy tym się różnią od niegórników, że posiadają pewne kompetencje, dzięki którym potrafią tak sprytnie ryć w ziemi, że im się ta ziemia na głowy zazwyczaj nie wali. Zapewniam, że to jest bardzo trudne aby tak ryć korytarze.

Wdrożenie modernizacji wymaga posiadania kompetencji z zakresu jaki już jest opanowany “tak robiliśmy zawsze i działa”, zmiany skali organizacyjnej poprzez konsolidację i uproszczenie tych kompetencji, aby były przyswajalne dla szerszej populacji, przeprowadzeniu procesu kształcenia, praktyk oraz wdrożenia nowych zastosowań już istniejących narzędzi. Należy przy tym uwzględnić że przeciętny człowiek nabiera kompetencji wykonawczej (praktycznej w najniższym poziomie rzemiosła) po około dwóch latach praktykowania danej kompetencji, a po pięciu latach praktykowania zazwyczaj rozumie już coś na tyle, że jest w stanie wyjaśnić o co w danej kompetencji chodzi (co nie czyni jeszcze pedagogiem), po czym może się specjalizować i łączyć kompetencje o ile ma predyspozycje do konsolidowania tak szerokiej gamy umiejętności w swojej głowie – każdy ma jakieś ograniczenia. Aby praktykować trzeba mieć warsztat pracy. Nie da się praktykować zarządzania teoretycznie, tak jak teoretyczna nauka ekonomii jest bezcelowa.

Dużo tego na raz, jednak da się to rozbić na czynniki, które doprowadzą nas do smutnej liczby 1,006 czyli tego, że od liczby ludzi rozgarniętych, mających dostęp do warsztatu i nauczycieli wprost zależą efekty rozwoju różnych gałęzi ludzkiej działalności, a ludzie są na tyle sprytni, że potrafią bardzo skutecznie marginalizować przy tym kapitał pewną sztuczką niemieszczącą się w głowach centralnych planistów. Ta sztuczka to zasoby śmieciowe.

Ale kluczowe są kompetencje, a dla kompetencji narzędzia.

Należy zwrócić uwagę w jaki sposób myślą ludzie stosujący narzędzia do rozwiązań praktycznych, dlaczego tak myślą i skąd się ci ludzie biorą. Otóż sugeruję zwrócić uwagę, że przemysł działał na zasilaniu ludźmi ze wsi, a na zasilaniu ludźmi z miasta nie działa. Mimo że ci z miasta tacy wykształceni. Warto rzucić okiem na różnicę w etapach “kształcenia” zdolności używania narzędzi, dlaczego jedną grupą da się orać w hali, a drugą nie da i jest to powtarzalne dla każdego kraju w trakcie uprzemysławiania, tak samo dla Europy, dla USA jak i dla Chin. Przy czym USA zrobiło lepszą sztuczkę, bo to lepszy kupiec.

Przemysł to pewien szczególny rodzaj działalności człowieka i jakkolwiek nazwa wskazuje, że przemyślność w tym jaka wielka, to jednak prócz przemyślenia całej sprawy trzeba ją jeszcze wykonać. Aby móc przemyśleć i wykonać, trzeba mieć niejakie doświadczenie w wykonywaniu. Ta wieś zarówno XIX wieczna w Europie, Rosji i w USA jak i ta sprzed 30 lat w Chinach to nie jest taka wieś z XIII wieku, a wieś po pewnym szczególnym wysiłku – po mechanizacji. Nawet w gospodarce opartej o silnik typu koń mechanizacja zmienia właściwie wszystko. Mechanizacja jest pochodną nadprodukcji żelaza (i stali) tak tanich, że można z tego wykonywać proste maszyny o dużo większej żywotności niż drewniane. Do ich wykonania nie trzeba żadnej technologii, której brakowało w XIII wieku – wykonują to kowale najprostszymi narzędziami. Jedyna różnica to podaż żelaza, tak wielka, że $ z $ds jest tanie dla wszystkich. Tanie, czyli każdy może podjąć ryzyko wdrożenia sobie pomysłu jaki mu się akurat wymyśli. Każdy kto umie kuć żelazo, ale że jest na tym etapie praca rzemieślnicza, to rzemieślnicy występują na wsiach, że materiał tanieje w oczach, to każdy może popróbować sił w rzemiośle i być może je opanuje – każdy ma szansę.

Dlaczego żelazo tak nagle staniało? A bo jakiś Nobel wymyślił środek do zamieniania wyrobiska w kupę fruwającego gruzu (co zastąpiło łupanie tego łomem i świńskim sadłem – kto wie po co w górnictwie świński tłuszcz? i to już od średniowiecza?), który można było szuflami na wagonik, wagonik do huty, węgiel zaczęto wydobywać tym samym chemicznym kilofem i poszło z górki. Ten chemiczny kilof Pana Alfreda, to było użycie zmagazynowanej w naturze energii tylko w sposób w jaki ona w naturze nie występuje. Oczywiście równolegle mechanizowano “kilofy”, wymyślano nowe stopy żelaza z czym popadnie etc. Atak na wydobycie szedł po szerokości, ale Pan Alfred sprowadził ceny kopania do parteru. Było dużo urobku, więc zaczęto produkować dużo surówki i z tego dużo żelaza. Żelazo było tanie, więc każdy miał szansę popsuć coś taniego ucząc się i sprawdzając czy ma dryg do zawodu.

I wielu miało, więc zaczęli te kompetencje rozwijać. Rozwijać, ponieważ był tani materiał. Wcześniej to był zawód wymagający terminowania aby jakimś brakiem wiedzy nie zniszczyć drogiego materiału, teraz materiał był tak tani, że każdy mógł zostać kowalem. A w mieście od jakiegoś czasu była prasa drukarska i każdy mógł zostać filozofem.

Ponieważ każdy mógł kombinować z żelazem, to wielu ludzi miało głupie pomysły, niektóre okazały się mądrymi rozwiązaniami. W kilka dekad metalurgia ruszyła do przodu w sposób zorganizowany i naukowy bardziej niż przez tysiące lat wcześniej. Na wsi natomiast zaczęto kombinować z maszynami, które wykonane z żelaza były dużo lżejsze niż z drewna (więc konie dawały radę) i zaczęły powstawać napędzane z toczonego koła maszyny zbierające ziemniaki z gleby, zbierające jabłka, wciskające sadzonki w glebę. Uciążliwe i ludziochłonne wcześniej prace przestały być pracochłonne. Zaczęto produkować więcej żywności na głowę pracownika, zaczęto utrzymywać więcej koni, a spadło zapotrzebowanie na ludzi. Ludzi, którzy byli już ogarnięci z mechanizacją rolnictwa i kombinowaniem przy użyciu metalowych narzędzi. W ich głowach były już kompetencje przestrzenne związane z nowym uorganizowaniem przestrzeni w której mogli coś zrobić. Ruszyli do miast, do przemysłu wykonanego z metalu, w którym też trzeba było dużo rzeczy wykombinować. I wykombinowali.

Owszem było to piekło, urobek przerzucano szuflą, człowiek pracujący w kamieniołomie po pięciu latach jest wrakiem (kręgosłup nie wytrzymuje obciążeń), śmiertelność była wysoka, nie było gdzie gromadzić przedmiotów, koszty życia pod niebo. Kto nie miał kwalifikacji miał szansę umrzeć z głodu, powstały problemy, których nikt w praktyce nie umiał rozwiązać (a filozofowie mieli prasy drukarskie i takie brednie wypisywali, że aż strach). Na szczęście do pracy mogli zabrać dzieci (dzieci pracowały) i w ten sposób przekazywali następnemu pokoleniu kompetencje operowania narzędziami.

Widzicie tych wąsatych panów – macie jakieś podejrzenia co do ich pochodzenia? To zdjęcie jest prawdopodobnie (nie pamiętam źródła) wykonane w którymś z miast przemysłowych UK, ale takie same są z całego USA. I wszędzie są charakterystyczni, wąsaci panowie. Jeśli rzucicie okiem na listy zatrudnionych w fabrykach początków uprzemysłowienia to pierwsze dwie najliczniejsze grupy stanowią wąsaci Mario & Luigi, wąsaci Polacy, a nieco mniej liczną, kolejną grupą są przeróżni Niemcy. Sami katole.

Płynie z tego bardzo ciekawy wniosek w porównaniu do naszej dzisiejszej edukacji i znanej mi edukacji zawodowej krajów uprzemysłowionych. Otóż wszelkie potrzebne do operowania w przemyśle i przemysłem kwalifikacje zdobyć może przeciętny, biały, wąsaty (koń jaki jest każdy widzi) o ile ma dostęp do praktycznego kształcenia się w rzemiośle, do tanich materiałów i już on coś tam sobie wysapiensuje. Żeby nie wiem ilu ludzi posłać na kursy teoretyczne gotowania na gazie, to bardzo niewielu ludzi ma kompetencje intelektualne, aby w swojej wyobraźni składać puzzle, jakich nie mają w rzeczywistości w rękach, ale są i tacy ludzie, z tym że to jest bardzo wiele odchyleń standardowych od normy – ci ludzie są rzadcy jak trufle). Tymczasem wystarczy dać im zabawki, których używanie podniesie ich standard życia i można oczekiwać rezultatów. Z tym że na wsi, ze względu na podział rezultatów pracy to oni kształcili się za własne środki i dla siebie, nawet jeśli nie byli gospodarzami to płacono im za rezultaty rezultatami – udziałem w poprawie wyników. Bo tak po prostu działają firmy gospodarskie. I dlatego ci ludzie mogli swoimi kompetencjami zasilić powstający przemysł. Powiedzmy sobie szczerze – powstający z manufaktur i warsztatów, to ci ludzie ze wsi zbudowali pierwsze fabryki i wykombinowali w nich rozdzielnie mocy mechanicznej z pojedynczych, rzadkich jeszcze silników. Umieli to robić, ponieważ w każdej stodole potrzebowali podobnych rozdzielni mocy do narzędzi napędzanych przez konia.

Dopiero trzecie pokolenie, które dzięki zdobyczom socjalnym nie mogło iść do fabryk jako dzieci, tylko musiało iść do szkoły (za karę) nie nauczyło się operowania niczym innym niż jakaś abstrakcyjna gadanina. I przemysł już w trzy pokolenia od boomu z przełomu XIX i XX wieku zaczął kuleć.

Nie ma innego sposobu aby obniżyć cenę kompetencji niż zapewnić podaż narzędzi tak tanich, aby każdy mógł w ramach własnych zainteresowań ich poużywać. Z tym że trzeba mieć do tego przestrzeń. Dlatego specjaliści IT mimo wymaganych kwalifikacji intelektualnych są coraz tańsi, a technicy w przemyśle wcale nie tanieją, mimo że mają coraz prostszą robotę. Bo przestrzeń w jakiej można sobie realizować projekty IT mieści się na kolanach i są tam całe światy, a warsztat jest niestety dobrem rzadkim, którego w mieście praktycznie nikt nie ma. I dlatego tam poszedłem, aby małym wysiłkiem intelektualnym wejść w ciasny rynek, który będzie się zacieśniał. Ponad połowa ludzi na planecie mieszka już w miastach. Nie mają nawet takich gniazdek w domach, żeby podłączyć przemysłowe maszyny, pomijając już hałas, dym i odpady jakie te narzędzia produkują, gdzie po pierwszej próbie sąsiedzi by ich wynieśli z pomocą municypalnych do czubków. Większość jest więc bez szans. Otwarty rynek ze śladową konkurencją.

Przynajmniej u nas, bo w Chinach uruchomili miliard ludzi ze wsi i poszło im z górki, w 30 lat zbudowali wszystko i jeszcze więcej, a wszystkiego po pięć razy na zapas.

To jednak nie wystarczy. Jeszcze nie, potrzeba jeszcze pokolenia na wsi, które do zaganiania bydła używa śmigłowców z demobilu, a chłopak z farmy wstępując do armii nie tylko wie jak się starszy śmigłowiec pilotuje, ale też umie go serwisować. Czyli armia ma do wyboru ludzi, którzy są kompetentni “z domu”. Nie trzeba poświęcać dodatkowych lat, aby sprawdzić kto sobie w ogóle radzi z tematem – do punktów rekrutacyjnych przychodzą między setkami innych również tacy, którzy z pokolenia na pokolenie, dziedzicznie chcą spełnić jakiś tam wydumany między swymi obowiązek, i przychodzą z kompetencjami, które mundurowi rozwiną im na nowoczesnym sprzęcie, który zapewne niebawem dostaną z demobilu na swoją farmę, kiedy zakończą służbę. I będą mieli czym ogrzewać pomarańcze w Kalifornii czy ganiać bydło w Teksasie. Bo przecież do tego służą śmigłowce. Czy chłopak z takiej farmy umie strzelać to pytanie równie niegodne jak o jego stosunek do gejów i to czy bywa co niedzielę w kościele.

Jak do walki z takim rekrutem mają stawać ludzie, którzy wyrośli w krajach gdzie nie ma dostępu do broni, nie można sobie nad własnym folwarkiem polatać własnym śmigłowcem z demobilu, a folwarki zresztą czerwoni pozabierali? Kto ma się z nimi mierzyć? Z jakimi kompetencjami? Z jakim doświadczeniem?

Prawie dwa i pół tysiąca lat temu na Sycylii urodził się nihilista przeświadczony o braku celowości znaczeniowej wszelkich regulacji i unormowań prawnych, zwyczajowych i kulturowych. Etykę sprowadzał do sytuacyjnej skuteczności, retorykę opisał jako technikę manipulowania ludźmi (wszystkie kopie dzieła zostały zniszczone). Odnosił się wyłącznie do praktyki zjawiska traktując fenomenologicznie. Uczył swoich wychowanków wnioskowania o przeszłości z pozostałości we współczesnym mu świecie. Był nauczycielem praktyka, który w sposób rzeczowy przedstawił przebieg wojny, tak aby przyszłe pokolenia polityków wiedziały jak postępować i jakie są następstwa zdarzeń relacjonowanych w miarę obiektywnie z krytycznym podejściem do źródeł. Gorgiasz nauczyciel Tukidydesa. Prawo silniejszego jest prawdą obiektywną. Dyskurs służy wpływaniu na ludzi i ich namiętności.

Przed przystąpieniem do wyliczeń wróćmy jeszcze na chwilę do przypomnienia co jest celem zmian w przedsiębiorstwie. Jest to osiągnięcie tradycyjnie przyjętych celów metodami nie ujętymi w tradycji ich osiągania, czasem wręcz z odrzuceniem tej tradycji, których skutkiem będzie to, że się mniej narobimy przy osiąganiu celów, względnie abstrakcyjne rozliczenia sumy nakładów okażą się dla nas korzystniejsze niż tradycyjnie.

To teraz sobie porachujemy

Głównie porachujemy sobie to co zaprowadzi nas do bankructwa.

I tutaj rzeczywistość przymusza mnie do napisania “Żonglowanie liczbami” – część “Zawijamy więc w papierek”. Weźmy to nasze najmniejsze przedsiębiorstwo i podnieśmy mu wynik finansowy. Przestrzeni bez liku, ale odnosimy się do trendu – trend bardzo ważny. Wybieramy sobie jaką przewagę komparatywną w której zamierzamy celować i tym podnieść nasz ostateczny wynik w rozrachunku abstrakcyjnym. Aby jednak tę przewagę komparatywną wykorzystać musimy mieć na magazynie kogoś z daną kompetencją, ponieważ w małej firmie na wszystkim zna się szef (a w dużej zna się jeszcze lepiej, nawet na tym na czym się na pewno nie zna), to zakładamy że macie wolne moce w głowie i poświęcicie pięć lat na próbowanie się z nową kompetencją w celu uzyskania przewagi komparatywnej. Te pięć lat działalności firmy przy poświęcaniu jednego miesiąca z każdego roku na ulepszanie procesu wyjaśniałem. Z tym że można ulepszyć pewien szczególny proces – rozliczenia podatkowe. Co skróci nam wszelkie inne podnoszenie kompetencji w firmie i prędkość akumulacji kapitału trzykrotnie. W skali małej i średniej firmy jest to przewaga o takiej mocy, że tępiona przemocą państw a nawet ich konfederacji. Korpo wolno, bo korpo to jak państwo tylko z wykoślawioną in plus krzywą dzwonową. Pierwsze więc co ulepszamy to tę szczególną przewagę i ona nam zmienia cały rozrachunek firmy na w miarę normalny (znaczy bez obciążenia dwoma kompetencjami). Koszt tego pierwszego nabycia kompetencji to oczywiście bankructwo i zarzuty karne, ale po pierwsze można uczyć się na cudzych (słupa) błędach, a po drugie bankructwa dobrze robią, bo pozwalają zmienić branżę i zacząć od czystej kartki w rozliczeniach. Przyjmijmy, że mamy to już zaliczone i dalej liczymy normalnie.

Normalnie to byśmy co czwarty miesiąc mogli poświęcić na ciśnięcie rozwoju firmy poprzez ulepszanie i usztywnianie procesów. Ale możemy tak sami sobie spaprać $ds czyniąc się nierozwojowymi kierunkach w jakich pójdzie rynek, a gdzie małpia banda skręci z zapotrzebowaniem to bez układów w PSL nie trafisz za prosumentem. Wypada więc porachować sobie po szerokości i wyposażyć się w drzwi na każdego wyobrażalnego kota, na myszy i na nosorożca też, a w ścianie wyciąć coś na żyrafę. Zaczynamy w takiej sytuacji od jednej czy dwóch czteromieszek (od czterolatek) obniżania stratności naszych procesów ze 133 na 118 i być może 109/100 co wyśle nas z zyskiem z jednostki na poziom miejmy nadzieję 45 i przy dobrych wiatrach, zbycie i krwiożerczym wyzysku bez chwili wytchnienia zapewni nam przychody na poziomie 8k/m przy kosztach w granicach 1,5k, siła robocza w tym my

Jak chcecie mieć przodującą firmę, to nie macie pracowników tanich, zapewne szybko wylądujecie na kompetencjach +1sigma od normy i kosztach na poziomie 1,8-2k. Amortyzacja zjada nam 2k + modernizacje jakie wprowadziliśmy czyli tak ze 2025 – na razie rozkurz. Jak widzicie przy modernizacjach i próbie ciśnięcia w personel z pierwszą sigmą (kosztujący jak liczyliśmy względem normalnych ludzi 200-250:60) zaczyna być kosztem istotnym i trzeba im znajdować zajęcie i zbyt. Jeśli zbyt nam spadnie do połowy (90 jednostek) to pracujemy dla idei, ale jeśli nie to w pół roku (wliczam jaką drobną, 20% obsuwę na środkach, bo bez obsuwy w pięć miesięcy, ale rzeczywistość każe liczyć przytomnie.

zdobywamy środki na zmianę proporcji praca vs kapitał na korzyść kapitałowego środka produkcji. A że mamy ludzi +1 sigma i nadmiar kompetencji nad środki kapitałowe (przepłacamy – ale mamy plan podboju świata), to możemy wdrożyć nowy środek kapitałowy. Będzie on wykorzystany i nie tyle od razu da nam wynik finansowy tylko zapewni nam szeroki wybór co my chcemy sprzedawać klientom, a sprzedamy (czyli wyprodukujemy i sprzedamy) to co daje nam korzystny $ds, czyli zawieruchy na rynku nie będą nam miotać tymi 45 jednostkami zysku z jednostki produkcji. To bardzo dużo, tak robią małe, zaawansowane technicznie firmy oferujące produkcję szerokiej gamy narzędzi pod zamówienia w korpo (przemysł maszynowy). Zrobią co tylko sobie klient zamarzy, jak sobie zamarzy, z tym że to będzie kosztowało.

Oczywiście już skalkulowaliście, że gdyby tak pocisnąć to do końca “cyklu koniunkturalnego” dałoby się całą firmę poszerzyć trzykrotnie, albo do pięciu stanowisk pierwszego poziomu $ds100/100 dodać dwa stanowiska $ds1k/100 czyli jakieś dużo bardziej zaawansowane urządzenia i wyjść górą z trójkąta. Z tym że przywracamy przytomność wiadrem wody z lodem – musimy jeszcze przetrwać kryzys i się po nim pozbierać. To znaczy, że musimy pozostawić kapitał w przeróżnej formie, która w czasie kryzysu straci na wartości, bo w czasie kryzysu albo nam spadnie sprzedaż do 1/4 (i będziemy konsumować amortyzację robiąc produkcję a muzo), albo nawet do zera (i wtedy dzieją się cuda – zaraz wrócimy do takiego cuda), a nawet możemy pójść w bankruty, bo nam się wyłoży wejście i wyjście (dostawcy i odbiorcy) finansowo z całym rynkiem na dwa lata, a wredne korpo co od nas zamawiało przeniesie się do BanglaDeszczu albo w jakieś jeszcze tropikalniejsze miejsce. Trzeba mieć kapitał i brać pod uwagę, że całą zbudowaną na tych kilku ludziach organizację wyrzucicie do kosza i diabli to wezmą kiedy będzie Wielkie Koniunkturalne Strzyżenie Owiec & Baranów. Ja sobie na takie okazje zostawiam zdolność odtwarzania firmy od jednoosobowej i z przyczyn praktycznych nie chce mi się jej rozwijać o kolejne osoby (może już jestem za stary i mi się nie chce).

Jednak spotkałem kiedyś cudo – neutrino, nawet w gazetach branżowych o obróbce było o nich głośno. Przed kryzysem w 2008 firma (nie pamiętam już nazwy) weszła w obrabiarki HAASa, grubo tego w leasing pobrali pod zamówienia Toyoty, a z okazji kryzysu overnight przeniesiono zamówienia do Tajlandii. Zostali więc ze specjalistami, halami, maszynami i sznurem na szyi. Nie oni jedni – cała branża tak została z głową w nocniku. Wszak na fali hurraoptymizmu wszyscy się zadłużyli jakby miały być już tylko wzrosty. Wielu zbankrutowało, wielu popełniło samobójstwa, wiele rodzin się rozpadło. Ta jedna firma jednak się przebranżowiła i ze względu na hobby szefa zaczęli produkować łuki, kusze, elementy niekluczowe do innych typów uzbrojenia (spróbujcie w Polsce produkować kusze na handel, o to Wam bobu niebiescy zadadzą).

Czyli – chomikujemy istotną odtworzeniowo po kryzysie część kapitału, a część wydajemy na rozrywki i wrażenia (jak jesteście jeszcze w wieku kiedy Was to kręci) i rozdajemy swoim lemingom, żeby nas od lodówki nie odpędzali jak po kryzysie wpadniemy w depresję i będziemy się turbować stanem świata ciężko przeżywając ogólny niedobór przytomnych możliwości inwestycyjnych. Czyli nie kupujemy dwóch środków produkcji o wartości x10, tylko poszerzamy się o drzwi na małe koty gdzieś w okolice tej wartości, oraz chomikujemy, aby w następnym cyklu móc poszaleć wchodząc z początku cyklu już grubo w nowsze, dostępne wtedy technologie tanio, mimo utraty części siły przez nasz kapitał.

No i będziemy musieli sobie po kryzysie pozbierać nową ekipę.

Ha! Zakrzykniecie, to zróbmy ten manewr w molochu. No przecież w FANG się coś tam udało. Z tym że to są cztery przodujące spółki na planecie, a wcześniej przecież był jeszcze M$, Nokia i wiele innych. Natomiast w innych, nie tak zassanych kapitałem i szczęściem (Yahoo, Bing) nie jest już tak różowo, CISCO walczy ostro z HUAWEIem, ale niżej to biurwa Wam zatwierdzi ulepszanie z kategorii 1,006 z pełną dokumentacją sprowadzające się do Do-Ro i w rezultacie haseł na ścianach, czyli zapłacicie krocie za plakaty zatwierdzone przez biurwę “Pamiętaj! Zakład pracy Twoim drugim domem”, “Pracujemy w trójkę, budujemy za 12-tu”, “Nie piję, bo zbieram na fiata” i generalnie w ten deseń. W małej firmie takie wybryki trafiają na stertę 1,035 i czasem dla jaj się je wprowadza.

Dobrze wnioskujecie, że startując od zera i jakiegoś tam rozgarnięcia, przy dużym szczęściu licząc od 20-23 roku życia gdzieś koło 40, przy trzeciej górce koniunktury będziecie mieli w miarę stabilną pozycję na rynku i będziecie sobie mogli pozwalać Waszym jedno czy trzyosobowym MiŚiem coś wytworzyć. Oczywiście że można iść po szerokości i mieć inny model rozwoju (dziesiątki pracowników w firmie eventowej do rozstawiania krzeseł oraz środki transportu przy innej proporcji kapitału do pracy, ktoś się ostatnio kontaktował z takiej firmy, ale myślę, że to fejk, albo odpowiedź poszła do spamu, i to też jest fajny model, ale inny niż ta proporcja środków kapitałowych do pracy w jakiej ja się czuję zdolny coś sensownego opisać).

Można oczywiście mieć jakieś doświadczenia z domu, zacząć kilka lat wcześniej, można księgowość, Marksa i Engelsa opanować mając 12 lat, Iskander mając 17 lat wygrał bitwę. Można mieć po przodkach działającą firmę i ją rozwijać już ze strefy komfortu – wiele można zmienić, ale to wszystko nie zależy od Was.

Każdy materiał ma granice

Takie, które w praktycznych zastosowaniach limitują to jak szybko i jak wiele można z niego wyrwać nie niszcząc, jak dużą precyzję uzyskać, jak formować. Bardzo trudno te granice osiągnąć, ale łącząc wiele wymagań stawianych na raz przetwórczości dość szybko trzeba substytuować rozwiązania i w nie tak wielu powtórzeniach trafia się na zasadność masowości produkcji.

Już zwróciłem uwagę, że z powodu ryzyk, kryzysów jak i małą elastyczność inflacyjną kapitału nie należy się spieszyć. Zbudowanie czegoś sensownego, o ile macie przygotowanie i tak zajmie Wam dwa cykle. Jeśli nie macie i zdobywacie kompetencje własnym kosztem to trzy, cztery cykle. Oznacza to, że jak większość zupełnie normalnych przedsiębiorców z Polski będziecie niezależni finansowo przed czterdziestką i na tyle przytomni, żeby sobie powoli rozwijać firmę dalej. No chyba że jesteście bardzo spostrzegawczy i udało Wam się kilka razy na gapę pojeździć na różnych zwrotach podatkowych w różnych krajach czy jakieś inne janosikowe chapnąć – może się na tym nie wzbogaciliście, ale kompetencje z tego są na pewno (bo przecież człowiek młody, przed trzydziestką tyle spraw do załatwienia, dom, syn, drzewo, a tu jeszcze pokus tyle i człowiekowi jeszcze staje, sił staje na te pokusy). Bycie spostrzegawczym niewiele pomaga, ale brak spostrzegawczości jest istotną przeszkodą w surfowaniu po koniunkturach.

Wielu ma mnie za przecwaniaka, że taką sobie kompetencję w robieniu kpin z biurwy sprawiłem i od dekad w kulki gram z fiskalną opresją. Że fortel w tym i fantazja. Nic bardziej mylnego. To głupia, bezsensowna alokacja taka sama jak doktorat z Marksizmu & Leninizmu w poprzednim ustroju. Wyobraźcie sobie, hipotetycznie, że nasz obecny ustrój przetestuje wszystkie nieracjonalne rozwiązania i dojdzie do tego racjonalnego, że od małych firm trzeba się od… i zostawić to na żywioł za jakieś tam pogłówne. I co mi wtedy da cała ta ćwiczona przez dekady eksperiencja z Pieniactwa & Znikalizmu z biurwich oczu? Będę specjalistą od rozwiązywania problemu nie występującym w zastanym ustroju? No chyba, że w korporacjonizmie jednak niewiele się zmieni, wszystko zostanie po staremu, a nową umiejętnością, którą wielu z Was już ma opanowaną, będzie przedstawianie wyników w postaci tak sprytnie torturowanych danych, aby wyszło optycznie (a co za tym idzie emocjonalnie) tak jak chcecie manipulując poziomami odniesienia, nominałami, procentami i relacjami przesunięciem w czasie i dopasowaniem do danych. A nawet do przedstawianej tezy (cherry picking). Bo przecież monitor cierpliwszy od papieru – więcej przyjmie. No to też tacy z nas cwaniacy co się nauczyli antytezy i syntezy w danym ustroju i mądrych strugają. Ten materiał może tego długo już nie znieść, ale rzeczywistość wystawia nas na poważniejsze sprawy niż jakaś tam biurwa i lochy.

Rozwiązania czasem nie działają tak jak chcemy i trzeba je substytuować, czasem konkurencja robi to w takim tempie, że nie nadążycie i co wtedy? Co z nami będzie?

Dlaczego bogaty wydaje dużo

Bo może. I z żadnego innego powodu, fames est optimus coquus – głód jest najlepszych kucharzem i musi Ci pasować to co sam sobie wyprodukowałeś, bo nic ponadto nie masz do wybrzydzania. Ale większość z Was nie ma problemu z alokacjami przy pięciu pracownikach. Tak po prawdzie to większość z nas jest normalna i ma mikrofirmy czyli ja plus pchły moje. I nie ciekawi nas problem amortyzacja na poziomie 2k/m, a raczej problem współdziałania z korpo w widełkach 600-1600 i powolna akumulacja z tego poziomu.

To, co już nam się udało, wiemy, że możemy powtórzyć. Ale możemy też zrobić co nowego. W dużym korpo, takim bardzo dużym co nowego to straszne ryzyka, a zyski z tych ryzyk, mimo że nominalnie gigantyczne, to przeżerane przez tysiące rąk wyciągniętych z okrzykiem “daj! daj! daj!”. Dlatego takie absurdy, jak wskazane przez IT21, są właśnie dla dużego korpo nadzieją zysku – powtórzenia tego co już mają opanowane i przećwiczone. Niepewna przyszłość rozwoju to przyszłość, w której coś im może nie wyjść i musieliby się dopasowywać do nowego świata. Na co komu nowy świat, skoro byle wojną można przywrócić stary, odnieść ponownie stary sukces?

Niby proste. A jednak każdy taki numer kosztuje nas ropę, węgiel i gaz. I świat nie jest za każdym kolejnym razem stary jak był. Po te surowce musimy sięgać coraz głębiej, za każdym razem coraz bardziej się schylać, by coraz mniej dźwignąć z trzewi planety.

Prrr szalony! Jednak jest tu pewien haczyk – tak jak opisałem w strukturze postępu kompetencji i środków trwałych w MiŚiu tak przecież powinno działać korpo. Bo to jest kalka zachowań kopro – duży najpierw przygotowuje sobie lobbing i w inny niż mały sposób omija problem podatkowy – co prawda za cenę zatrudnienia biurwy, ale on od razu ma zagwarantowane, że jedyny produkt dopuszczony do rynku będzie w kolorze czarnym (no taka certyfikacja panie, co poradzić – przepis jest przepis – czapki można produkować tylko czerwone, król krasnali tak stwierdził i basta). Czyli dokładnie to samo (skutkowo) co my robimy niewidzialnością podatkową (Daimler w Jaworze zaczął dyskusje z pisrządem od zwolnienia z podatków, dopłat do kosztów budowy zakładów, zapewnienia inwestorom przeszkolonych już pracowników; podobne korzyści otrzymali wcześniej General Motors, Volkswagen i Michelin, które przez najbliższe lata nie zapłacą w Polsce ani złotówki podatku dochodowego – tak wygląda sukces koreański by #Arcadio), z tym że w swojej skali.

Otóż haczyk jest w tym cyklu gdzie ja napisałem, aby się w MiŚiu wstrzymać i chomikować kapitał. A sam tak nie robiłem tylko szedłem z wydatkami na północ (i to działa, wyskoczyłem z “pułapki” małej akumulacji, ale ze średniej już tak nie wyskoczyłem). To czy możecie to zrobić czy nie może zależy tylko do jednej własności – czy macie kapitał na stoliku, którego nie żal przegrać. Kapitał może być po przodkach, może być ukradziony, lub można mieć gwarancje od państwa=złodzieja, iż jakby brakło, to okradnie podatników=niewolników. Korpo zazwyczaj wykorzystuje rozwiązanie trzecie, ja drugie wynikające z rozkurzu przy trzecim, przy pierwszym jest presja ze strony spoglądających nam na ręce przez ramię przodków. Oczywiście że nie podaję abyście to robili z własnych oszczędności (z bieżącej działalności firmy), bo to się bardzo źle kończy (redukcją tego całego postępu przy mocniejszym przewietrzeniu rynku). Chyba że zamierzacie takie rozwiązania powtarzać co koniunkturę (ale wtedy nie zapomnijcie by się za to dobrze bawić, na starość będą chociaż wspomnienia pod mostem) – no to wtedy tak. Jeśli więc możecie podjąć ryzyko zakupu maszyn x10 ($ds 1000/100) i sobie pogrywać na takim rynku na cudzy rachunek – nie lękajcie się (niech się lękają ci co zapłacą rachunek). Koszty należy uspołeczniać, a zyski prywatyzować (w celu ich rozprowadzenia w swojej społeczności, ze swej pańskiej łaski wobec własnych lemingów, każdy ma jakieś swoje lemingi).

I się nam z postępu zrobił podstęp.

Firmy masowe zapewniają zasoby tak tanie (wygrywając wojnę o monopol), aby MiŚie mogły tymi zasobami szastać kombinując nowe produkty. Jeśli więc zaczniecie cisnąć redukcję strat to utkniecie z produktami właściwymi dla dużych firm. Na bazie Waszej produkcji musi powstać wytwarzanie czegoś użytecznego, czyli Wasze moduły muszą pasować do jakiś urządzeń. Albo musicie zainspirować powstanie tego rynku, albo sobie skonsolidować w pionie takie przedsiębiorstwo i przestawić je na swoje części. To wymaga kadr, długiej ławki, i przebicia innych konkurentów na rynku swoim standardem (nie tylko jakością, ale i dobrze rozbitym Tupolewem). Na dzień dzisiejszy nikomu nie udało się na planecie (a nawet lokalnie) zmonopolizować produkcji głupich zębatek i na dłuższą metę wymusić własnych standardów. Każdy ma jakieś swoje typy, własne moduły i żeby coś do czego dopasować, to najlepiej od razu walić do kraju gdzie coś powstało – tam na pewno mają. W modułach elektronicznych też nie ma lekko – każdy sobie. Jesteśmy w pionierskim okresie przemysłu, ciągle w powijakach, jeśli rzucicie okiem na mapę to widać głównie pola, lasy, przemysł jest ciągle marginalny, a garaże aż trudno dojrzeć w sadach pod gruszami.

Dlatego polecam na razie korzystać ze standardów, które ktoś wdraża i nie kopać się z koniem o wdrożenie własnych, zanim umrzecie zmienią się jeszcze wielokrotnie, a Wy będziecie musieli dopasowywać te puzzle od nowa jeszcze nie raz.

Ponieważ taki tam Morawiecki może się dogadać z Daimlerem i nieba Niemcom przychylić w biznesie, laskę zrobić za darmo i jeszcze się oblizać w podziękowaniu za łaskawość niemieckiego pana, że mu taką produkcję silników spuścił z nieba samego na ziemię pod gubernatorstwem kaczorstwem to ja bym też tak chciał. No ale mi taki tam Morawiecki laski za darmo nie zrobi, bo ja nie jestem niemiecki pan tylko jakiś tam tubylczy Irokez do trzymania w rezerwacie i robienia laski jemu. Pozostaje więc to całe państwo wziąć za kark i zmusić do robienia laski tubylczym Irokezom podstępem. Mataczyć, wyłudzać podatki, odmawiać zapłaty, mnożyć spółki i kpić z gubernatorskich folksdojczów poprzebieranych za urzędactwo w żywe oczy. Wyrażam nadzieję, że raczej czytają mnie Irokezi, a nie wnukowie Wermachtu.


Przy sobotniej kawie w ogrodzie, w miękkim, wyblakłym na fioletowo szlafroku, w kieszeni którego pocierając 50peso pochylam się nad sprawami Irokezów; otóż komisje sejmowe rozpatrują przeróżne sprawy. Jednak to czym różni się Amber Gold od vat był łaskaw przybliżyć nam już Katon:

Fures privatorum furtorum in nervo atque in compedibus aetatem agunt, fures publici in auro atque in purpura
„Złodzieje dobra prywatnego żywot spędzają w kajdanach, złodzieje dobra publicznego – w złocie i purpurze”.

To tak jakbyście się zastawiali dlaczego lojalność wobec kontrahentów popłaca, a wobec skarbówki ani trochę.
Bene bonis, male malis.