Kto wypił wodę z rzeki – część 1

Dziś zapraszam na podróż w czasie. Zabieramy mapy takie jakie mamy (może kto wygoogluje lepsze to podmienimy). Wyjaśnię dlaczego powstają wątpliwości do źródeł i dlaczego roimy sobie istnienie potężnych organizmów państwowych w naszym rozumieniu, które nie mają żadnego przełożenia na rzeczywistość jaka miała miejsce w przeszłości.

Teksty piszę tak, że czasem trzeba je czytać dwa razy tylko dlatego, że nie potrafię napisać ich lepiej, a informacje zawarte w tekście są potrzebne do jego zrozumienia już od początku, a niestety nie mamy metody zapisu równoległego, a wyłącznie szeregowy, choć się to powoli zmienia poprzez rozwijane odnośniki w tekstach. Źródła natomiast każdy ma swoje, ja czasem podaję jakieś tam źródła, ale większość tekstów opieram albo o informacje ogólnie dostępne (takie jak ten tekst – nie żyłem tysiąc lat temu, więc nie wiem jak było, poczytałem o tym tu i tam, obejrzałem mapy, bo mapy wydają mi się bardzo ważne – ale może rzeczywistość jest inna), albo o całkowicie intymną eksperiencję kiedy teksty dotyczą przemysłu, organizacji biznesu, rzemiosła i powiązań zdarzeń w tychże. Choć rzeczywistość może być zupełnie inna niż ja ją widzę, na co zwracają mi uwagę moje lemingi, że to co mnie się z urzędami udaje, to innym na przykład nie wychodzi. Dlatego przyjmuję, że czytelnicy coś tam swojego wiedzą, a jak czegoś nie wiedzą to sobie poszukają jakiegoś tam źródła i wzbudzeni tekstem sami pomyślą co na ten temat myślą. Spokojnie mógłbym podać jeszcze kilka interpretacji tych samych wydarzeń w jednym tekście, ale by się tego czytać nie dało. Zresztą podaję tylko taką interpretację wydarzeń, jaka czytelników wzbudzi i to raczej nie emocjonalnie, bo od tego jest tiefałen.

Ten tekst piszę od końca września, mamy marzec, więc na pewno kilka razy zgubiłem wątek i będą powtórzenia. Tekst ma opisywać protopaństwowość przed ideą nowoczesnego państwa narodowego: od tego co tam możemy wydobyć z resztek “źródeł” aż do końca. Końca jaki zobaczyła po kilku transformacjach ustrojowych firma Piastów, gdy Piastów już nie było, a gdy sami zainteresowani, ostatni rycerze republiki śpiewem błagali Matkę Boską by została z nimi aż do spodziewanego, rychłego końca. Już rok po upadku “państwa” (jeśli republikę można nazwać państwem, brakuje jej majestatu) ci którzy przeżyli, konstytuowali Matkę Boską królową – pozostaje jednak wątpliwość królową czego lub kogo, ponieważ tytulatura dawnych władców jeszcze na początku XVII wieku nie zawiera koncepcji suwerenności (ta koncepcja dopiero się wyłania) i pojęcia narodu jako grupy inkluzywnej. Na pieczęciach (w tym majestatycznych), monetach, ciężko czasem dojść różnicy pomiędzy Polonae, Polonis i Polonorum. A już nie mamy żadnego pojęcia, co ówcześni mogli mieć na myśli. Czy chodziło o Polan (plemię), Polskę (dzielnicę) czy Polaków (naród). Znamy tytulaturę obcych władców i jest w tym pewne zamieszanie, nasze aparaty pojęciowe nie operują w kategoriach hierarchii sprzed pięciu czy dziesięciu wieków, jeszcze w XVII wieku królowie w tytulaturze mieli odniesienia do plemion (i to bez wątpienia plemion a nie narodów), i to nawet takich co dało się je palcem wskazać, przyprowadzić przedstawiciela i to naprawdę funkcjonowało jak plemiona, narodów (w znaczeniu politycznym, nie etnicznym – dla nas to abstrakcja, naród to byli poddani prawa, poddani korony, nawet czasem poddani króla w wyniku chęci przestrzegania prawa, w tym rozumieniu Polacy to mogli być poddani korony polskiej, ale niekoniecznie poddani króla – akurat u nas jedno z drugim nie miało związku, bo wywodziło się z chodzenia w po ludie, a na zachodzie miało bo wywodziło się z podboju i sekwestracji oraz koncepcji komendacji w kwestiach formalnych). I jeszcze dochodzą dzielnice opisane terytorialnie, i dla – nie żałujmy sobie – “naszych” przodków pojęcie Polska odnosiło się do Wielkopolski, całego Gopła (wtedy nieco większego), Częstochowy na pewno bo nad Wartą, ale do Krakowa nie czasem (możemy sobie pożartować, że w piątki i czwartki, a po przesileniu politycznym już odwrotnie – to Kraków był ośrodkiem krystalizacji a Poznań poszedł na peryferia), czasem ziemi Łęczyckiej i Sieradzkiej, raczej Płocka. Mazowsze i Żoliborz niestety nie były w tych granicach bardzo długo, a dość późno pojawiły się na peryferiach, choć funkcjonowały jako księstwo czerskie i odróżniało się od reszty Piastów tym, że ani orła, ani lwa nawet nie miało, a gada zielonego, paskudnego i ogniem ziejącego. Zaznaczę, że o Warszawie to wtedy nikt nie słyszał, a poważny gród był w Czersku (na południe od Warszawy), zresztą samo księstwo zostało skonsolidowane bardzo późno (bo w XIII wieku), wcześniej miało za lichą produktywność aby dało się te bagna zebrać i obsadzić jakim rządcą. Tak samo Gdańsk i Pomorze Gdańskie oparte były o Wisłę jako o granicę (wyjaśnię dalej w tekście praktyczną przyczynę graniczności Wisły dla ówczesnych – była czysto praktyczna). Natomiast granica, jaką dzisiaj widzimy pomiędzy “nami” a zaginionym plemieniem nazistowskim była płynna i uwidacznia się ona w losach rodu szczecińskich Gryfitów spowinowaconych silnie z rodem gdańskim, gdzie powoli imiona i kultura z pokolenia na pokolenie są coraz mniej po polsku, a coraz bardziej po alemańsku. Podobny los spotkał wcześniej ród władający bagnami wokół Kopienicy (dziś Berlin dla mniej spostrzegawczych), a nie żałujmy sobie rozmachu w roszczeniach – na pewno w szóstym wieku Hamburg też był “nasz”, lecz na to, aby jaki “nasz” co tam będzie nabazgrał sprayem na murze, że “Hamburg należy do Polan” to bym nie liczył, bo łune “nasze” to teraz wszędzie mażą kotwicę PW nosząc koszulki z husarią i czapki kosynierów – kompletny odlot.

No to do przodu

Ile skonsolidowanych etnicznie, politycznie i terytorialnie nacji mieszka dziś, dysponując autonomią, pomiędzy Polakami? Jakie mają rozmiary? Jaką liczbą ludzi i jak długo władał Bill Gates? Jaką liczbą ludzi włada Boeing? Jak geografia limituje rozmiar i kształt gromad ludzkich? Byliście kiedyś w puszczy pierwotnej?

Powszechny pogląd na sytuację sprzed Chrztu w 966 roku jest taki, że nic nie było (a potem od razu państwo unitarne), Kononowicze skakali po drzewach, w lasach kryły się Gryfy, w Krakowie Smok, Popiel rządził na jeziorze. Nic się nie wspomina jak stary jest Licheń i jakie tam miłosierne bogi wyznawano. Postaram się trochę zaludnić te tereny, postawić tam jaki handel, giełdę, przemysł, wyjaśnić po kiego się zakonnicy i misjonarze tu pchali, czemu Longobardzi nastawali na naszych krewnych. Zwrócę uwagę na to, jak widzieli świat ludzie w różnych czasach, a nawet różni ludzie w naszych, i że koncepcja państwa narodowego (znacie jakieś inne rozwiązanie?) nie była ani powszechna, ani wszystkim potrzebna. Niekoniecznie państwa potrzebujemy do funkcjonowania, w długiej historii interesu jaki zorganizowali Piastowie (i który uzurpujemy sobie za własną historię) i jaki przejął później Kościół, gdy Piastów brakło, zapewniając jakieś pozory ciągłości bez szczególnie destruktywnych wrogich przejęć. W tej długiej historii to, co uparcie nazywamy Polską, państwem narodowym prawie nigdy nie było.

Zacznijmy od kubła zimnej wody z dużym kawałkiem lodu z właśnie rozmarzającego wiaderka – myślimy o geografii statycznie, ponieważ nie zmienia się ona jakoś szczególnie za naszego życia, o ile sovieci niukami nie przekierują jakiej rzeki. Wycieczka w czasie o 1300 lat wstecz zakłada jednak zwrócenie uwagi, że 12 tysięcy lat temu Bałtyku nie było, a 10% tego czasu temu, sześć tysięcy lat temu było to jezioro o zupełnie innym kształcie (cieśnin “duńskich” nie było, a woda wcinała się przez “Sztokholm” prawie do “Goeteborga”. Geografia w takich skalach czasu jest dynamiczna i inaczej wyglądała hydrologia naszych obszarów trzynaście wieku temu niż wygląda dzisiaj.

Podaję późnośredniowieczne nazewnictwo, łatwiej je odnaleźć niż wiele wątpliwych w dokumentacji opisów skali gospodarowania z wczesnego średniowiecza i wcześniejszego (te pojawią się w tekście)
Akr – jednostka miary powierzchni gruntów używana w krajach anglosaskich. Był to obszar, który mógł zostać zaorany przez pług zaprzęgnięty w parę wołów w ciągu jednego dnia. //zaznaczam, że dzień pracy to od świtu do południa! to tylko my jesteśmy głupi i pracujemy jak chomiki w kołowrotku.
12 akrów to obszar uprawny na Północy (Skandynawia) przy klimacie z wczesnego średniowiecza i prymitywnej gospodarce rolnej, zdolny wyżywić jedną rodzinę na nim gospodarującą.
Akr to na nasze 0,4 ha


Mórg, jutrzyna – jak wyżej, z tym że u nas to było około 0,5 ha z groszami.
Obszar, jaki jeden człowiek mógł zaorać lub skosić jednym zaprzęgiem w ciągu dnia roboczego (dokładnie: od rana do południa), a jej wielkość wynosiła – zależnie od jakości gleby, zaprzęgu i narzędzi w Europie 0,33–1,07 hektara.


Łan – osadnicze prawo niemieckie – 16-22ha, miara określająca podstawę uposażenia chłopa (baza podatkowa). W Polsce ze względu na warunki klimatyczne i jakość gleby było to około 17-18 ha. Konkretnie 30 morg.
Przy czym istniały łany inne niż chłopskie (też oczywiście obsługiwane przez chłopów), były to łany zadaniowe (na przykład nie pod zasiewy, a pod łąki na wypas strategiczny – wojskowy) obrabiane przez chłopów w ramach obowiązków komendacyjnych, pańszczyzn czy co to akurat dało im się nawciskać, że muszą.
Łan hibernowy (królewski) na potrzeby hiberny (zimowego postoju wojska) i karmienia aparatu siłowego, miał rozmiar nieco większy od dwóch łanów bazy podatkowej).
Łan królewski miał prawie trzy łany i zapewniał dochód władcy.


Co będzie istotne to to, że gospodarstwo na Północy w omawianym okresie stanowiło dla rodziny 1/4 rozmiaru gospodarstwa na terenach polskich i niemieckich, ale!
Dotyczy to tylko gospodarstwa rolnego, ponieważ rolą zajmował się każdy. Na przykład górnicy czy kowale w Polsce mieli ćwierćłanowe gospodarstwa (formalnie – zagrody, byli zagrodnikami), co wystarczało na przeżycie i prowadzenie innej działalności gospodarczej. Inni sytuowani na tym poziomie (też się wyżywili) to kmiecie 1/4 łana (kmieć jako działalność gospodarczą prowadził zazwyczaj transport, to nie jest tak że się lenił na ćwiartce łana, tylko miał inne zadania zapewniające mu dochody, bo wóz to jak dzisiaj ciężarówka – środek kapitałowy), karczmarze. Pół łana miał półchłopek.
Gbur – wieśniak zdolny obrobić nie łan, ale nawet dwa łany – zamożny chłop, później kułak. Obrotniak swoich czasów.
Łany służyły do rozrachunku w ramach wspólnoty ziemskiej (własność gromadna), jaką tworzyły ówczesne osady (była wspólnota ziemi, ale indywidualnych środków produkcji czy chałup) i taki herszt gromady zazwyczaj miał na swoje potrzeby 4-5 łanów. Był to podział wkładów z częścią niepodzielną nie mniejszą niż ćwierć łana.

Jednostką inwestycyjną używaną w rozrachunku giełdowym na terenie penetrowanym przez chąsy był odpowiednik ćwierci łana jako samodzielny wkład w wyprawę łupieską.

Ilość miodu, jaką bartnik składał rocznie jako daninę, nie przekraczała 40 litrów – sama słodycz płacić takie podatki^^

Rozmiary gospodarstw na zachodzie Europy (Holandia) były nieco mniejsze i nakład pracy konieczny do uzyskania korzystnych plonów jest tam nieco mniejszy, przy czym – nieco mniejszy o 5-7% niż na naszych terenach.


Pierwszą komplikacją jaką zauważycie, kiedy z edukacyjnego obowiązku będziecie musieli grzebać w archiwach, będzie sposób opisu świata przez naszych praszczurów, a nawet praszczurów cudzych. Jakkolwiek oni się świetnie potrafili posługiwać przekazem ustnym i opisowym gdy byli niepiśmienni, to rzut oka na ich mapy względem naszej wiedzy wskazuje jasno, że wyobrażenia przestrzenne to były raczej liche, a pomiary nie istniały. Na szczęście w opisie precyzyjnym udręk, na jakie natrafiali, zdradzali się już istotną dokładnością w opisie brodów i przepławek, wyjawiając nam pewne parametry cieków wodnych (jakże istotnych w prowadzeniu działań zbrojnych i handlowych na kontynencie), które możemy skonfrontować z naszymi obecnymi pomiarami. Z tego możemy wnioskować (a Mecenas Bartosiak to udokumentował w swoich badaniach) że nasi przodkowie żyli w nieco innej geografii. Na ile innej z ich punktu widzenia to możemy sobie tylko wyobrażać, ale będę tu trzymał się trzech kwestii dotyczących faktów militarnych (upierdliwość rzek), transportowych (spławność) i przemysłowych (zasilanie kieratów rzeką) oraz jednej mitologicznej – przodkowie zdawali sobie sprawę już w początkach państwowości, że dochodzi do zmian hydrologicznych na terenach jakie uznajemy za nasze rdzenne, co natychmiast przełożyło się na zmiany w projekcji siły (nasi przodkowie sygnalizowali problem twierdząc że Smok wypił wodę z rzeki).

Tereny jakie uważamy za nasze rdzenne, są przekopane wzdłuż i wszerz. Wiemy jaki występował typ osadnictwa i budownictwa. W okresie protopaństwowym nie powstawały na tych terenach konstrukcje niepowiązane z rzekami i jeziorami. Całe terytorium było poprzecinane rozlewiskami i moczarami, było wyśmienitym terenem refugialnym (schronieniowym) i nie nadawało się do penetracji innej niż wzdłuż rzek i wokół jezior na zasięgu projekcji siły przy użyciu długich łodzi (podobnych do łodzi vikingów, tylko w najmniejszym rozmiarze Snekki i mniejszych, o mniejszej dzielności morskiej, nieco węższych i płaskim dnie, ale identycznych rozwiązaniach szkutniczych za wyjątkiem dublowanego czasami kilu ułatwiającego przetaczanie małej łodzi pomiędzy ciekami wodnymi). Wędrówki ludów takich jak Germanie są mocno wątpliwe, bo śladu po nich nie ma (zapewne dlatego że wędrowali w olbrzymim pośpiechu, w lęku i skrytości, a najpewniej Morzem Długim, bo to przytomny wybór i pozostało po tym wiele śladów kulturowych, że jakoś tak wody się woleli trzymać, że w lasach złe mieszkało^^). Jeśli rzucicie okiem na mapę to trójkąt Kolonia (Dortmund, Essen, Dusseldorf, Akwizgran) do Frankfurtu (Moguncja, Mannheim, Karlsruhe) po Luksemburg i odchodzący od tego łuk Stuttgart, Monachium i Norymbergę to są tereny Alemanów (trójkąt) i ekspansja cieśniną lądową na kierunku wydobycia (kopalń) opisująca co jest niemieckie na pewno. Cała północ i wschód mają tyle wspólnego z Niemcami (Alemanami), co tereny nad Bugiem z nami – zostały inkorporowane z braku skutecznego oporu na tych terenach. Warto zwrócić uwagę, że struktura państwowości polskiej w okresie formowania miała identyczny kształt, rozmiar i strukturę, napęd gospodarczy i odległość od morza jak niemiecka, a to dlatego, że nad brzegami mórz nie udawało się utworzyć w owym czasie wielkoskalowych struktur politycznych z powodu przewagi zdolności napaści nad zdolnością obrony. Dobrze unaocznia nam rozmiar tych struktur ta mapa:


wskazująca, jaki był rozmiar “królestw” ludów nadmorskich – nad Tamizą “państwo” sięgało do Kent.
Rozmiar państw wyznaczała zdolność projekcji siły ofensywnej i zgryzoty wynikające z kosztów obrony. Z tego powodu protopaństwa tego okresu tworzyły strukturę polityczną określaną na naszych terenach i jeszcze długo na wschód od nas jako “chodzenie w po ludie” co w naszym dzisiejszym języku oznacza chodzenie po haracz, co przodkowie łaskawie nazywali chodzeniem po ludziech, chodzeniem w podatki (co bardziej nam pasuje językowo z tym “w”). Te struktury polityczne opiszę innym razem jak one wyglądały i dlaczego.


Jest jeszcze jedna podejrzewana funkcja grodów schronieniowych na trasach wędrówki ludów oraz przekaz kryjący się w języku, że trzeba chronić kobiety i dzieci (samce z jakiegoś oczywistego powodu nie podlegają ochronie – najwidoczniej nie jest to konieczne dla populacji). Te grody są izolowane od szlaków komunikacyjnych, a więc i od przenoszonych masowo patogenów, na jakie populacja nie była wcześniej eksponowana. Na bazie doświadczenia Indian mamy jakieś pojęcie, czym może grozić taka ekspozycja i dlatego właśnie te grody mogły też pełnić takie funkcje. Zwracam uwagę, że grody nie pojawiają się nagle we wczesnym średniowieczu – zarówno w Skandynawii jak i w Europie Środkowej i Wschodniej wykopaliska ujawniają, że te dogodne miejsca na porty w ujściach rzek mają warstwy jak Ogry, można wbijać szpadel głęboko po epokę brązu, a wkoło kurhanów tyle, że nie do przekopania (po czorta archeolodzy jeżdżą po jakiś Persjach jak wkoło tyle materiału?), zapewne do czasu skonstruowania sensownych łodzi, ocieplenia klimatu i zapaści demograficznej po upadku cesarstwa rzymskiego nie było warunków aby na tych terenach organizować cokolwiek innego niż eksport niewolników ma bliski wschód.

Grody schronieniowe oczywiście nie były tak nazywane przez tubylców, były nazywane tak jak Wy je dziś nazywacie, gdy je odwiedzacie. A że śnieg właśnie spadł i mam czas pociągnąć dalej ten tekst, to pewnie czytelnicy odwiedzili jakieś takie “grody schronieniowe”, do których podciągnięcie armii, ba! samo dotarcie i zaopatrzenie oblężenia jest niepodobieństwem. To miejsca niedostępne, ostało się jeszcze nieco takich w nieprzychylnej geografii wymagającej niebywałego wysiłku. Schroniska.


Wyobraźmy sobie teraz hydrologię z poziomem wody przynajmniej pięć metrów wyższym, szerokość rzek, głębokość, rozmiar jezior, rozlewisk. Taka nieco inna mapa niż dzisiaj, są ślady takiej hydrologii na wszystkich brzegach rzek, jakie dzisiaj uważamy za “duże” (jak ktoś uważa dzisiejszą Wisłę za szeroką rzekę). Jak ukazuje nam mapa norweskich państewek obejmujących czasem aż po dwa sąsiadujące fiordy, to władza sięgała z wysokiego punktu w centrum państwa na zasięg wzroku. I to jeśli się pofatygowała.
A drugą rzecz jaką sobie warto wyobrazić to taka, że na tych “olbrzymich przestrzeniach” od czasów Trajana do Mieszka nie zmieniła się liczba ludności na zachód od Polan. A liczba Polan wzrosła przynajmniej o połowę (w ciągu tysiąca lat^^). Mamy oczywiście naszych światłych geostrategów, którzy twierdzą, że Wisła jest kręgosłupem Polski, co oczywiście wynika z mapy – Kruszwica, Gniezno i Ostrów Tumski są na jakiejś innej mapie, na tej gdzie woda stała nieco wyżej, a rzek nie trzeba było regulować aby były spławne. Ten Mieszko to też jakiś taki wątpliwy, bo to jakby dobrać Stalina na założyciela ZSRR (jakby nie było to Stalin przekształcił ZSRR w imperium), Mieszko był równie dobrodusznym i miłym władcą jak Gruzin, i z tego powodu historię jako takiej protopaństwowości zaczyna się od niego, ale w legendach mamy jeszcze inne imiona, najlepiej jednak zapytać Alemanów z kim wojowali. No i oni raczej sobie dokładnie zapisywali, z kim mieli zgryzoty. Co więcej, z niemieckich zapisów (oczywiście wątpliwych z badawczego punktu widzenia) wynika, iż zmiana koncepcji rządzenia z chadzania w po ludie jakie uprawiali Goplanie dominując politycznie Polan (którzy zdominowali Goplan demograficznie i wchłonęli), Lubuszan, Dziadoszan, Trzebowian, Bobrzan i Drzewian była przyczyną rozbicia dzielnicowego (a nie żadne tam decyzje jednego z długiej linii Bolków, jacy przytrafiają nam się w każdych czasach). Warto zwrócić się jak zawsze ku mapie i zauważyć, że Wisła nie była wtedy żadnym kręgosłupem jakiegoś państwa, a solidnym rozgraniczeniem geograficznym pomiędzy terytoriami osiągalnymi, a nieosiągalnymi z wody. Co szczególnie jest widocznie w okolicy Brześcia i Kruszwicy, gdzie oparcie o Wisłę nie pozwala zdominować jej wschodniego brzegu stanowiąc idealną podstawę operacyjną dla ekspansji olbrzymim (ówcześnie) rozlewiskiem Gopła (nazywanego polskim morzem) dalej Wartą i Łabą. Na południe od podstawy operacyjnej Goplan znajdują się małe, trudne do kontrolowania z wody przestrzenie (Ziemia Łęczycka, Ziemia Sieradzka) rozdzielające główne ośrodki krystalizacji politycznej (Wielkopolskę i Kraków). To właśnie z Ziemi Brzeskiej (podstawy operacyjnej Goplan) wywodzi się Władysław Łokietek, który scala państwowość ponownie zamordyzmem z jakiego słynęli Piastowie polskojęzyczni. To te małe, trudne do kontrolowania tereny oddzielone Wisłą pozwalają kanalizować kierunki ekspansji do dochodowego trójkąta w masywie Ślęży i wyżyny Krakowa i Częstochowy, który stanowił podstawę przemysłową polskiej państwowości, źródło metali i uzbrojenia aż do utraty tych terytoriów w wyniku najazdów szwedzkich i habsburskich (jak wspominałem w dawnym tekście Stadnicki był tam u płacących najlepiej) i w wyniku ich utraty zwinięcia się polskiej państwowości. To tam jest GOP, to tam jest najgęstsza sieć dróg i to tam jest kasa.
Z tym, że Kraków bez wątpienia leży nad Wisłą, a Częstochowa jak najbardziej nad Wartą i z punktu widzenia komunikacji w czasach protopaństwowych projekcja siły z Gopła na Częstochowę jest o wiele prostsza niż z pobliskiego Krakowa. A przecież wyradzający się w Polan Goplanie mając swoją demografię w wymienionych ziemiach centralnych (Brześć, Sieradz, Łęczyca) mogli z łatwością operować łodziami na tych terenach, ponieważ Warta zanim osiągnie odległy Poznań najpierw musi minąć jeziora, a jeśli mamy w pamięci wyższy poziom wód w tym okresie historycznym to tam pojawi nam się “polskie morze” nad którym będzie i Gniezno, i Kruszwica. Które stracą znaczenie, gdy tylko Dratewka otruje Smoka, a ten wypije wodę z rzeki. Bo to właśnie było przyczyną zmiany całej geografii, z jakiej operowali Goplanie – dotkliwy dla transportu spadek poziomu wód. A co za tym idzie – zmiana rozkładu sieci transportowej, na jakiej oparta była struktura wpływów poszczególnych plemion i przeniesienie ciężaru polityki z chodzenia w po ludie przez Goplan na osiadłą produkcję Wiślan i ustanowienie jednej stolicy już w 1320 roku przez Łokietka. Bo wcześniej funkcjonowały i po trzy na raz (Wrocław, Kraków i Sandomierz – co wskazuje, dokąd sięgała władza Krakowa) i co prawda po najeździe Brzetysława i zniszczeniu Gniezna przeniesiono bazę do Krakowa, ale później była ona w Płocku, by być przeniesioną do Poznania (do 1296 roku). Trzysta pięćdziesiąt lat zajęło miłującym pokój chrześcijanom przejście z chadzania w po ludie do jakiejś wstępnej oligarchii (zgoda możnych Krakowa na panowanie Przemysła Drugiego). A dziś stanie jeden gamoń z drugim na trybunie i chce innowacji na jutro; proces ustalania wpływów trwa wieki zanim da na tyle istotne rezultaty, żeby coś ustalić, i żadnymi “inwestycje polskie” się tego nie przeskoczy, ponieważ wpływy są dla ludzi w hierarchiach i organizacjach faktem jak najbardziej doświadczanym, więc wszystko inne to kamieni kupa.

I nie żałujmy sobie – skoro już podnieśliśmy poziom wody na naszej mapie, to i nie żałujmy moczarom. Kopienicki Gród ląduje nam na bagnach, Łódź aż po Warszawę to bagno, a cała geografia jest pokreślona takimi nieprzebytymi przeszkodami wodnymi. Jeszcze w czasie Potopu Szwedzi skarżyli się na tę szczególną cechę terytorium, na jakim dopuścili się ostatniego wypadu na viking, sami będąc zszokowani skalą sukcesu, który zmienił ich sposób gospodarowania, strukturę społeczną i model sprawowania władzy.

Warto wyjaśnić, jaka była dystrybucja kompetencji organizacyjnych tych protopaństw opartych o rzeki na naszych terytoriach, jaka była zdolność wysycania garnizonami wybranego terytorium o różnym stopniu przychylności ludności gospodarującej na obszarze i czy wdrażano zdolność policyjną na obszarze. Oczywiście będąc przytomni wiemy, że nawet dzisiaj nie da się za każdym ustawić policjanta, a jeśli nawet to wyjątkowo głupiego i łatwo go okpić. Władcy tworzący struktury państwowe też nie byli durniami i nie zamierzali kontrolować wszystkim krzywizny banana, tylko chcieli w węzłach produkcyjnych pobierać udział na potrzeby projekcji siły. Przytomni władcy stawiali problem od strony “jak najmniej trzeba kontrolować, aby uzyskać jak największe korzyści”. Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy przy wątłej (ale nie najgorszej – zaraz będzie słowo o gorszej) demografii było źródło ludności, a co za tym idzie zarówno źródło mięsa do walki jak i źródło sigm (bo kwestie dziedziczenia w kraju były rozwiązywane doraźnie – dziedziczył cały ród, ale władzę w imieniu rodu sprawował ten kto dał radę, więc czasem synowie ginęli i władzę po dziadku ambicjonerze przejmowały dopiero wnuki, co było raczej normą w elitach władzy i nad Wartą i nad Niemnem. Warto rzucić okiem również na fakt, że nasza polityka przetrwała w podaniach i nie różniła się od polityki dziedziczenia władzy innych ludów w tych czasach na północnej części kontynentu. Głównym motywem (politycznym) bajek, legend jakie w ogóle mamy to bratobójstwo jako metoda przejęcia władzy. Nie muszę przytaczać przykładów? Rzecz w tym, że był to normalny sposób dziedziczenia między syny u wszystkich ludów z okolicy bliższej i dalszej – polecam historię Eryka Krwawego Topora – bo to już nie klechdy, to jest historia taka jaką lubią biurwi historycy – z biurwich dokumentów^^.

Jak zauważacie, z sugestii w tekście powołuję się na kontrolę po nurtach rzek z możliwością przetaczania łodzi – to bardzo ważne i wykorzystywane nie tylko przez ogólnie pojętych Vikingów, którzy penetrowali rzeki poważniejsze (czy wschodni od Ruryka i z kierunku nowogrodzkiego łodziami podobniejszymi do naszych penetrowali rzeki o upierdliwych przenioskach) i rozgościli się od Wysp Owczych po Maroko, od Normandii po Kijów. Jak zapewne zauważacie przywołuję Drzewian, Połabian i kluczowych dla pewnej przenioski Lubuszan. Ten kluczowy komunikacyjnie teren zamieszkiwał lud nazywany przez nas (i wyłącznie przez nas) Serbami. Jest to nazwa ekskluzywna dla Polan, ponieważ Serb oznacza współplemieńca – krewnego. Co do geografii zaś, to tereny od Pojezierza Wielkopolskiego aż po ujście Łaby to były bagna poprzecinane rzekami. Nazwa Łużyce oznacza moczary. Tam też dochodzi Soława (i Mulda, nad którą mieszkali Susłowie), po której rozprzestrzeniała się międzyplemienna korporacja – ród. Ród Piastów, którzy dominowali politycznie różnojęzyczne plemiona w obrębie dwóch wymienionych trójkątów wydobywczych. Ale były tam też inne plemiona jak Żyrmunty czy Milczanie, które jakby zliczyć to kontrolę nad rzeką traciły dopiero tam, gdzie można było wpłynąć okrętem pełnomorskim wyładowanym rudobrodymi dysponentami toporów. Z tej sugestii można wywnioskować to samo, co dzisiaj twierdzą polscy przedsiębiorcy – najważniejszym polskim portem jest Hamburg. Po kiego my się pchamy w imieniu Anglosasów w jakieś draki o przesmyki suwalskie (niech się Prusi tym martwią – ich tam posłać bohaterów), kiedy nam jest potrzebny Hamburg i nasze rzeki w tamte okolice płynące? Przecież tam jest infrastruktura – wszystko gotowe tylko przyjechać i prosperować, a na wschodzie nie ma żadnej, są za to jakieś żabki pod ochroną ruskich ekoterrorystów. Nasz przytomny kierunek ekspansji to nie pchanie się za jakąś Wisłę tylko powrót do domu – nad Wartę, Nysę, Odrę i Łabę. A na wschodzie niech sobie dzikie ludy grasują – niech sobie nie żałują – tam nic nie ma, ani infrastruktury, ani złóż.

Kasa jednak była tam gdzie dominowali Ślężanie, Bobrzanie, Trzebowianie jako plemiona buforowe pomiędzy Polanami dominującymi demograficznie i kulturowo Goplan (nie jest wykluczone, że Goplanie byli tylko marką, nazwą firmy z zaprzeszłych dziejów).

Geografia polityczna tak opisanych krain, gdzie dominują konkretne plemiona, jest jak sami widzicie inna, nie ma żadnej Polski, żadnych Polaków, żadnego interesu narodowego – są miejsca, gdzie rodzą się wojowie i rzeki, którymi penetrują terytoria aby pobierać z nich dań. Nie ma nawet koncepcji państwa osiadłego o trwale ustalonym terytorium. Nie istnieją struktury garnizonowe, a cała kontrola prowadzona jest w ruchu – manewrowaniem po rzekach. A nie po krzakach. Kluczowy w wywiedzeniu struktur protopaństwowych jest szósty i siódmy wiek, kiedy na planecie zaczęło robić się nieco cieplej i Słońce dostarczyło wegetacji mocy swobodnej. Były to czasy, gdy chrześcijańska Etiopia najechała półwysep arabski używając słoni bojowych, a gdzieś na Północy ktoś wymyślił, z jakiego elementu drzewa wyprodukować wręgę o lepszych właściwościach konstrukcyjnych i trwalszą niż jakakolwiek wyprodukowana do tej pory, dodał do tego już istniejące pomysły szkutnicze i wyprodukował pierwszą łódź zdolną radzić sobie zarówno na morzach, jak i rzekach (wcześniej były to ze względu na masę dwa nieprzystające rozwiązania konstrukcyjne).

Różne pomysły realizowano w tych czasach i Charlemagne wódz Longobardów, budując imperium w każdą stronę w jaką się dało, zepchnął Saxonami spychanymi przez Duńczyków naszych krewnych Obodrytów z ujścia Łaby do (797r) ale nieco tylko, jakkolwiek nad Soławą wdrożył tamtejszych Piastów do swojego aparatu państwowego). Rzeczy działy się niesamowite, ponieważ w bitwie z Duńczykami (ówczesną sea power) w 804 roku Karol Wielki wystawił słonia bojowego, którego dostał od bohatera Księgi Tysiąca i Jednej Nocy – kalifa Bagdadu Haruna al-Rashida, więc nasze myszy co zeżarły Pąpyla gdzieś koło 870 roku to wcale nie jest jakiś gruby odlot jak na tamte czasy. Co ciekawe sprawa z Popielem (chościskiem Pąpylem) wygląda na spór polityczny wewnątrz plemienia Polan, gdzie dominujący ród Piastów (lokalnojęzycznych) z zachodu przejmuje kontrolę z rąk “starej władzy” wykruszających się demograficznie Goplan reprezentowanych przez Pąpyla. Jednak i zeżarty przez myszy jak i przejmujący władzę Siemowit to byli politycy z korporacji politycznych (mafii politycznych) takich jak dzisiaj rody Bushów czy Clintonów z całym aparatem kontrwywiadowczym, własną bezpieką i złoczyńcami. Wszystko odbywało się w ramach rodu, a z tym Dratewką to też była sprawa wewnątrzrodowa nad Wisłą, gdy linia Czerska (jak to brzmi w dzisiejszych czasach^^) pobierająca Dań z Krakowa dostała klarowną odpowiedź, gdy ich tam nieco potruto, a że linia Czerska ma w godle Żmija to i legendę do tego dorobiono taką, że to na smoka się zasadzono.
Te wymienione w powyższych (dwóch chyba) akapitach mechanizmy to były wszystkie stresory, jakie wymusiły konsolidację rozciągniętego aparatu przemocy Polan/Goplan i plemion krewniaczych, gwałtowne zmiany w aparacie politycznym oraz wycofanie się z ujść rzek do morza (przewaga w uzbrojeniu Duńczyków, zaraz wrócę do kwestii przemysłowych z tym związanych). Kopalnie Alemanów i Ślężan miały pewną właściwość, jaką mają wszystkie kopalnie na świecie – trzeba do nich olbrzymich ilości siły roboczej. Przed Charlemagne to oczywiście nie był problem – to się kupowało na rynku, można było tego taśmociągu wytargać z lasu, ile tam tylko matki porodziły. Niestety ta chrystianizacja skomplikowała nieco handel ludźmi. Jeszcze w okolicach Częstochowy to w miarę normalnie było przez kolejne 150 lat, ale ten model gospodarczy się wyczerpywał z przyczyn ideologicznych, natomiast władcy Akwizgranu pokazali, że da się to zorganizować lepiej bez niewolnictwa. Piastom nie trzeba było dwa razy powtarzać – był cymes do zrobienia i postanowili wdrożyć nowe procedury w zarządzaniu wydobyciem, z tym że ze względu na strukturę ich korporacji trzeba było przekonać wszystkich, bez których nie dałoby się utrzymać tego nowego porządku. Nie takiego całkiem nowego, ale… Słowianie (szczególnie południowi) i ludy ościenne już od 2-3 wieków były schrystianizowane, a nawet z Bizancjum toczyli boje, gdzie obie strony miały krzyże na tarczach wymalowane. Jeśli kogoś interesują teologiczne rozważania, to dominował wtedy nurt antytrynitarny bazujący na judaizmie, a najpopularniejszym wyznaniem chrześcijańskim wśród Słowian (i Egipcjan) był arianizm. Katoliccy władcy uznawali więc Słowian dalej za pogan/heretyków, których trzeba nawrócić. Ten arianizm to nie bez powodu się pojawia, gdyż… chrzest ariański przyjął Konstantyn I Wielki, syn św. Heleny (Rawnoapostolnaja Carica Jelena) który to cysorz walczył z Frankami, Alemanami, Wizygotami i Sarmatami. I o ile wiemy, gdzie mieszkali Frankowie, Alemanów dość dokładnie umieściłem na mapie na początku tekstu, o ile wiemy to i owo o Wizygotach (arianach, którym to krymski biskup Wulfila przetłumaczył Biblię, krymski Giermaniec greckiego pochodzenia objaśniał Terwingom Słowo Boże, którzy to rozważali, oni brodaci Goci z toporami, czy wiarę dawać w trzy osoby boskie czy też w Boga Jedynego stwórcę Syna Swego – sami państwo rozumieją natłok roszczeń i abstrakcji w jednym zdaniu). O tyle o Sarmatach wiemy tyle, że Rzymianie lekką ręką nakreślili ich tam, gdzie żyją smoki, daleko za mapą, czyli u nas. Co prawda na piśmie już w 1611 roku krytykowano tę koncepcję, ale co to właściwie szkodzi, żeby jacyś poprzedni “Mongołowie” się osiedlili i zostali Polanami, kiedy dzisiejsi “Alemanie” z takim rozmachem kreślą sobie mapę:


To i my kreślmy, jak tak każdy nawbija chorągiewek to nam może globusa nie starczyć, bo każdy będzie panem świata. Z tym, że liczba ludności pomiędzy 6 a 10 wiekiem była na tych terenach dość mizerna i wszystkich Goplan z Polanami można by zebrać w Salt Lake na stadionie i starczyłoby miejsc siedzących. Co jest jednak istotne to to, że Cysorz Arianin bijał się z chrześcijanami też Arianami już w czwartym wieku po Chrystusie, a sobory roztrząsały kwestie wiary, czy należy wierzyć w to czy śmo, a roztrząsały to głównie w Egipcie, bo to tam było centrum naukowe chrześcijaństwa, a spolegliwi patriarchowie kościoła wyklinali się ekskomunikami z niezwykłym upodobaniem. Przy czym na wiek przed chrztem Piastów doszło do drugiej poważnej schizmy pomiędzy KK i Konstantynopolem, poszło tam już właściwie o wszystko, a najbardziej o formalia prawne, komu będą podlegali Słowianie bałkańscy nawracani przez Cyryla i Metodego, co w 1054 roku dochodzi do obrzucenia się klątwami przez dwa już rozdzielne kościoły – KK i prawosławie. Poszło oczywiście o strefy wpływów, bo sami państwo rozumieją – dziesięcina musi płynąć w JAKIMŚ kierunku.
I w tym geopolitycznym bałaganie Piastowie konsolidowali plemiona, które w swoich grodach miały na raz po trzy różne obrządki chrześcijańskie (doktrynalnie sprzeczne, ale kto by tam wyrozumiał sprzeczności z dalekiej Aleksandrii) ze dwa gatunki judaizmu i wymieszane z tym kulty pogańskie. Wolność wyznania i wiary była realizowana w całej rozciągłości i tak to już na tych terenach zostało. Bo przecież Piastowie budowali swoje państwo (bo to była ich własność) w oparciu o zaplecze przemysłowe, a nie jakieś dyrdymały. Piastowie zwinęli “rozszerzoną obecność” na Łabie i dopływach wycofując się do Warty. Bo przyczyną wypychania Słowian z ujść rzek w głąb lądu i słaba projekcja siły z rzek w lasy wynikała z lichego dostępu do metalowego uzbrojenia. I to była rzecz, jaką Piastowie się zajęli najsumienniej tak, że państwo na tym paliwie dojechało do połowy siedemnastego wieku.

Gospodarka na terenach uznawanych za nasze rdzenne

Bo to przecież czytają ludzie, co się na produkcji znają. No to trzeba wyjaśnić tę zmianę jakościową, jaką wprowadza chrześcijaństwo pozwalając gospodarczo zniknąć niewolnictwu. Przyjrzyjmy się konstrukcji takiej gospodarki bazującej na rzekach i moczarach przecinających puszczę pierwotną. Dróg innych niż rzeki nie ma – tak po prostu nie ma, budulcem jest drewno. Smolarze w rozproszeniu zepchnięci do borów produkują węgiel drzewny, smołę, dziegć i pak. Żupy sól. Bartnicy miód, wosk. Do pieców hutniczych wydobywany jest torf. To wszystko na zasięgu, jaki ma ekonomiczne uzasadnienie transportu do rzeki, a stamtąd dalej łodziami na ekonomiczną wypadkową z transportem urobku (pieszo do rzeki) gdzie powstają huty (Częstochowa), następnie etapowo wzdłuż rzeki dalsze etapy obróbki i przetwarzania. Jedyne kierunki napaści są możliwe po rzekach (żeby przejąć masę towarową trzeba ją jakoś transportować), co pozwala łatwo dozorować produkcję małymi siłami w ostateczności palącymi łodzie najeźdźców (tak blokowano Vikingom dostęp w głąb lądu – grodząc złomami rzeki przeciwko ich nieco głębiej zanurzonym łodziom do wypraw morskich, co nie przeszkadzało tubylcom na łodziach rzecznych palących te zatrzymane łodzie intruzów… Anti-Access/Area Denial?). Z tym, że wydobyć rudę to nie każdy głupi umie, trzeba jakoś selekcjonować tych mądrych i pracowitych. I tutaj z know how przybywają “Ład i pokój” zakony benedyktynów, później cystersów i wreszcie paulinów.
Benedyktyni zajmują się głównie gromadzeniem wiedzy, jej kopiowaniem i rozpowszechnianiem (we własnej sieci), absorbują ze społeczeństwa sigmy. Cystersi to była już normalna korporacja handlowa (węgiel i rudy), a paulini to przemysł, w tym metalurgia i produkcja broni (dzwonów też). Ta mapa wystarczająco jasno kreśli produkcję i dystrybucję początków państwowości:

Do Suwałk zdaje się nikt nie zapuszczał ani nikt nie nastawał na Wisłę – kręgosłup państwa polskiego^^
Za to tam, gdzie dało się co wykopać, to byli.

Rzućmy okiem na roszczeniową politykę (miejmy w pamięci, że kontrolowane to były tylko rzeki, a nie terytoria między nimi):

 

Oraz mapa ukazująca postępy od Sygariusza (to pewnie z tej słynnej galijskiej wioski od napoju siły – to tam się zaczęło):

Jak widać z mapy, terytoria zależne imperium to te, którym dopływy rzek zostały odcięte od morza, ale trzonem cesarstwa jest Akwizgran, Kolonia i Strasburg, a model ekspansji i wpływów identyczny (po rzekach do wydobycia w górach) jak u nas. Tereny poza rzekami to sobie na bazie braku kontestacji z czyjejkolwiek strony przypisywano.

Z przemysłowego punktu widzenia trzeba wyjaśnić, dlaczego kopalnie powstawały w górach. Kopaliny występują wszędzie, gdzie popadnie, tyle że jedne skały zawierają więcej tego, a inne owego minerału. Na każdym poziomie technicznym potrzeba nam pewnej zawartości danego związku lub pierwiastka w urobku, aby porywać się na zasadne ekonomicznie wydobycie. Największą upierdliwością w wydobyciu jest woda (bo skałę to od biedy można drążyć i podeprzeć stemplem), bo się przemieszcza i złośliwie zalewa kopalnie, co ogranicza w pewien sposób kopanie w dnie morza, a nawet w dnie rzeki. Zresztą deszcze i brak pomp ograniczają to wszędzie poza miejscami, z których woda dokądś odpływa i takie miejsca, z których woda odpływa są zazwyczaj wyżej niż niżej, czyli raczej w górach. I dlatego na naszych terenach (bo w Afryce i na bliskim wschodzie nie był to warunek) górnictwo jak sama nazwa wskazuje rozwinęło się w górach. Gdzie indziej problemy techniczne były barierą. Oczywiście raz dwa ludzie połapali się jak osuszać bagna, żeby wydobyć torf na opał, ale pompowanie wody z kopalń w tych dwóch trójkątach (alemańskim i ślężańskim) chwilę zajęło do trzynastego wieku. Wcześniej pozostawało ganiać z wiaderkiem i ten problem rozwiązywał niewolnik, ale koncentracja sigm w zakonach sprawiła, że można było pompę napędzić koniem, co pozwoliło kopać taniej i głębiej.

Zatrzymajmy się nad tym faktem na chwilę. Ludność lokalna, ani elita, ani kmiecie nie mieli potencjału do podnoszenia efektywności wydobycia i produkcji, aby trzymać się up to date do poziomu światowego, jaki to poziom zapukał desantem morskim operującym manewrem ciężkiej piechoty w ujściach rzek, a przy wiosennych roztopach dokonywał penetracji w górę rzek. Słowianie na koniec ósmego i w początku dziewiątego wieku zostali obudzeni “w huku dział” otrzymując na kopach informację, że nie są w stanie wojować jak z równymi na własnym terytorium z organizującym się imperium Longobardów z Akwizgranu na bazie know how Rzymu (w tym przemysłu jaki tam pozostał – oni mieli walcownie). I na tych kopach zostali wyparci z poszerzonej obecności na Łabie i dopływach. Przyjęli więc inwestycje zagraniczne z korporacji chrześcijańskich i po wieku rozrachunków, którzy tam z tych chrześcijan co mają lepsze know how dostarczają najwięcej mocy aparatowi władzy, podjęto decyzję o dopuszczeniu do majoryzacji struktury zarządzania przez KK, a w konsekwencji przebudowę siłą całej struktury organizacyjnej na terenach. Tylko tę siłę to od IX do X wieku trzeba było zbudować, z nieba nie spadło.

Nowości WarExpo pomiędzy szóstym a dziesiątym wiekiem.

Wraz z chwilowym (kilka wieków) ociepleniem klimatu i przy okazji wynalezieniem konstrukcji łodzi do podróży morskiej na Północy, powstały przedsiębiorstwa o rozmiarze dwóch attung, gdzie jeden attung (pi razy oko 12 akrów) wystarcza na wyżywienie rodziny i takie przedsiębiorstwo miało udział w łupach zdobytych wytworzonym statkiem i załogą proporcjonalną do liczby attung jakie wkładali. Czyli jednostką rozliczeniową w systemie maszoperii przekształcającej się w giełdę kapitałową piractwa był attung – zdolność do wyżywienia rodziny przez rok, a kto miał mniej to musiał się organizować w ramach większej grupy ponosząc koszty i proporcjonalnie biorąc zyski. Jest więc to system mieszany spółdzielczo – kapitałowy, gdzie rozdział udziałów “równych” w ramach normalnego gospodarstwa jest dominujący, ale zbyt biednym na spółdzielców dozwala się na udział kapitałowy – ułamkowy, a zbyt bogaci rozliczają się w “liczbie szabel”, czyli attungów w dyspozycji. Jednostki formowano na znanej nam w czasach nowożytnych kanwie czwórkowej, czyli operowano czterema łodziami po 24 dusz załogi plus sternik, co pozwalało po odliczeniu chorych, rannych, oddziału wartowniczego przy łodziach na wyekspediowanie około 60 ciężkozbrojnej piechoty, co Rzymianie kategoryzowali jako manipuł triari (ciężkozbrojnej piechoty). O ile nie wiadomo, kiedy dokładnie usankcjonowano system ledungu, o tyle płynnie wynika on z wcześniejszego systemu podziału na ćwiartki udziałowe – spółdzielcze “rote” (znajdziecie tylko po alemańsku lub vikińsku^^), prawdopodobnie system gładko przeszedł z 1/4 do 2/8 w celach rozliczeniowych tworząc ledung, ale że nie organizowała tego żadna korporacja tylko przechodziło to zwyczajem, to rozmycie wdrożenia ma pięć wieków i w jednym miejscu organizowali się tak, a w drugim siak.

Linki z kaszą na ten temat (uprzedzam, że w vikińskich językach jest podane więcej wątpliwości i szczegółów niż w angielskim):
Leidang
Rotte (Militär)
Jednak o rote polecam vikińską wersję – jest tam podział miast w tej strukturze (przetrwała do dzisiaj).

Od razu trzeba zauważyć, że skoro ktoś inwestował warunki bytowe z całego roku i ryzykował życiem biorąc udział w wyprawie, to zyski musiały znacząco przekraczać te, jakie osiągało się na Północy z pracy na roli. Ludzie kalkulować z pewnością potrafią. A to doprowadziło w wyniku tych zysków do reinwestowania w zdolności napadu – czyli wyścig zbrojeń i w rezultacie utworzenie ciężkozbrojnej piechoty morskiej. A wadą ciężkozbrojnej piechoty jest to, że nie ma zdolności oderwania się od przeciwnika, ma słaby manewr na lądzie i nie ma zdolności do rejterady. Potrzebna jest więc ideologiczna spoistość takiej organizacji – z praktycznego punktu widzenia musi ona zawierać wykluczenie (i tak bezsensownej) ucieczki, jak i samej koncepcji odwrotu innego niż na łodzie. Failure is not an option. Co pokazały liczne rozstrzygnięcia bitew w ramach Bizancjum w przeróżnych konfiguracjach. Religie jakie zdominowały Północ (ale też nasze wybrzeże Morza Długiego) były właśnie takim modelem ideologicznym, w którym walka aż do końca i śmierć w walce były jedynym możliwym wyborem. Jest to ideologia kompletnie straceńcza, ale ciężka piechota morska po dokonaniu desantu jest w sytuacji bezalternatywnej, a odcięcie się od podstawy operacyjnej jednostek pływających sprawia, że jest tylko jeden kierunek – naprzód i trzeba sobie drogę czyścić toporem.

Nowoczesny przemysł Bizancjum dostarczał czegoś, czego Słowianie po lasach i Duńczycy po fiordach nie byli w stanie wyprodukować w jednym kawałku – płaty stali wystarczające rozmiarem na konstrukcję głęboko tłoczonego (przekuwanego na gorąco) hełmu zapewniającego istotną ochronę, w przeciwieństwie do kleconych z mniejszych płatów uzyskiwanych przez Ślężan szłomów, a często po prostu płatów nitowanych do skórzanych czepców. Ten element, jak i nieco lepsze technologicznie tarcze i cięższe pancerze zapewniały znacznie większą przeżywalność ciężkiej piechoty w starciu z przeciwnikiem uzbrojonym starszymi metodami. Co więcej, wysycenie zawodowych już wtedy zbójów opancerzeniem było na bardzo wysokim poziomie, więc tworzyli spójne jednostki o znacznej odporności na ponoszenie strat, a do tego ze względu na straceńczą ideologię (przy bardzo lichej demografii) mieli okrutnie skuteczną selekcję, choć nigdy nie byli w stanie dorównać liczebnie przeciwnikom. Do tego ich model kapitałowy tworzenia “wojsk” sprawiał, że zawsze można z nimi było pohandlować – bo to był po prostu interes (ten model przetrwał nad Tamizą – zresztą u dzikich brodaczy z toporami, co się tam zalęgli kilka razy).

Oczywiście od razu pojawiły się środki przeciwdziałania takim najazdom (organizowane przez zdobywców przeciwko swoim chciwym pobratymcom), takie jak pospolite ruszenie zwane przez zainteresowanych fyrd, ale fyrd tym się różnił od ledungu, iż nie brali w nim udziału wyłącznie profesjonaliści z ciężkim uzbrojeniem (panowie), ale też kmiecie zapewniając wysycenie szeregów.
Fyrd
A u nas stróża:
Stróża (prawo)

I tutaj pojawiał się w Bizancjum problem, jaki dzisiaj ma EU z objawem odrealnionej polityki, czyli z Panem Grzegorzem Braunem i podobnymi ludźmi wykazującymi przytomność “moja chata skraja”. Otóż chłopi – lemingi Bizancjum – mieli obowiązek służby wojskowej i stawania w pospolitym ruszeniu, a wrogowie otaczali imperium. A do tego musieli płacić podatki i generalnie to nie był żaden interes być lemingiem w Bizancjum, co chłopi oczywiście potrafili skalkulować, że ten Kapitan Państwo to nie działa w ich interesie i oni nic z tego wszystkiego nie mają. Wymyślili dokładnie to samo co Pobudka, z tym że mieli jeszcze możnego protektora (kościół). Otóż gremialnie pokazywali Kapitanowi Państwo wała i wstępowali do zakonów, czyli szli się modlić. Co zwalniało ze służby wojskowej po pierwsze, a po drugie przekierowywało podatki do struktur zakonnych, w których mimo cezaropapizmu to zakony sobie, a kościół sobie. Z punktu widzenia zakonów wyglądało to tak, że wioski całe i w szyku zwartym ogłaszały, że tu już nie państwo – tu zakon i wszystko toczyło się normalnie, z tym że już z inną administracją, z punktu widzenia państwa wyglądało to tak, że znikała baza podatkowa – bo “poszła się modlić”. Podstawa ideologiczna pacyfistycznego chrześcijaństwa jest śmiertelnym zagrożeniem dla biurokratycznego państwa – tych ludzi niczym już nie można zmusić do pracy na rzecz państwa, ponieważ nie przynosiło im to żadnych korzyści. I z naszymi lemingami też tak jest jak w Bizancjum, bo to ta sama cywilizacja (dominacja prawa nad wszelkimi przejawami działalności) na nas naciera. Lemingi popadają nam w eskapizm, ale coś jednak będą musiały konsumować. Na razie nie jest to eskapizm do życia zakonnego, ale wiadomo co to nowego wymyślą?

Podsumowując tę część o uzbrojeniu trzeba mieć na uwadze, że zarówno biedniejsi “Vikingowie” jak i nasza chąsa, jak i cały ustrój plemienny na tych terenach posługiwał się głównie bronią drewnianą, czasem z grotami kamiennymi, wyjątkowo zaś uzbrojenie, i to uzbrojenie ludzi zawodowo zajmujących się wojowaniem, czyli elity władzy w ówczesnym rozumieniu, było metalowe. Broń metalowa daje taką przewagę, że osoby nią ranione umierają częściej z powodu ran i powikłań niż osoby ranione bronią drewnianą i kamienną, gdyż w przypadku broni metalowej częściej dochodzi do przecięcia bariery ochronnej, jaką daje ludzka skóra. Dlatego Słowianie zostali wyparci przez Vikingów, a później Normanów z ujść rzek, ponieważ Ci w jednostkach piechoty morskiej, jaką wtedy atakowali ujścia rzek w celu przejęcia skoncentrowanego tam bogactwa, dysponowali wysoką koncentracją uzbrojenia metalowego, w tym żelaznego. W konfrontacji (późniejszy model brytyjski – tubylcy uzbrojeni w rózgi vs muszkiety) ponosili oni więc znikome straty zadając jednocześnie istotne nawet w przypadku nierozstrzygniętego starcia (suma rannych z powikłaniami była różna). Do tego napadani brali do obrony wszystkich, natomiast napadający rekrutowali się na ograniczony środek transportu pod względem przewag fizycznych i jakości uzbrojenia.
Co ciekawe, zarówno w starciu z zamożnym Bizancjum jak i Słowianami, metoda walki była identyczna (użycie ciężkiej piechoty operującej z okrętów w celu supresji, rozbicia i rozproszenia oponenta bez niszczenia siły żywej – bez pogoni), natomiast w konfrontacji na swoim poziomie jakościowym jedyną skuteczną taktyką było przebicie się do centrum dowodzenia wroga własną gwardią dowódcy i rozerwanie systemu dowodzenia (czyli doprowadzano do ekstremalnej koncentracji jakości uzbrojenia i atrybutów ludzkich w takiej szpicy) przy użyciu ugrupowania “w świnię”. W średniowieczu zmieniono tyle, że dozbrojono tę elitę w konie i kopie, szyk się nie zmienił (dalej się nazywał w świnię) i składał się z trzech rzutów ciężkozbrojnej kawalerii niezdolnej do pościgu za przeciwnikiem. Dalej ten szyk ewoluował w kolumnowy (używany okazyjnie przez husarię) zawsze ze wsparciem średnio i lekkozbrojnej jazdy do pogoni i niszczenia siły żywej (oraz supresji przeganianymi uchodźcami z pola walki dezorganizującymi swoje ugrupowania drugiego rzutu).

Ekonomia, giełda, transport, organizacja produkcji masowej

Rozliczenia i rozrachunek nad Wartą w okresie protopaństwowym jak i udającym państwowy (w czasach Polski drewnianej a nie murowanej) prowadzony był przy użyciu miary soli (bałwany), futer i skór (grzywien). Była to waluta dewaluująca się o ograniczonej w skali lat przydatności do użycia (skóry się degenerują), ale o wielu zastosowaniach praktycznych (choćby na odzienia, ale też na środki transportu sypkiego i płynów). Kolejną walutą były opakowania – beczki, kosze, garnce. I były to też miary produktów. Dość zbliżone miary, ponieważ człowiek dźwignie ile dźwignąć może, a człowiek człowiekowi obrachunkowo podobny. Inny jest rozmiar beczek wytwarzanych na potrzeby żeglugi morskiej, inny na potrzeby rzecznej (przeładunki przy użyciu żurawi), i inny na potrzeby wozów i transportu ludzkim taśmociągiem. Te ostatnie, najmniejsze beczki były używane również do gromadzenia soli (bałwany) czy monet i były w granicach 25-40 litrów. Dało się to nosić na plecach.
Przemysł wydobywczy zużywał gigantyczne ilości koszy – ktoś gdzieś je wyplatał, transportował, brał za to wynagrodzenie. Tak samo produkcja garnków w okolicach glinianek jak i wydobycie gliny nie odbywało się jak to jest ukazane w skansenach, że sobie jest garncarz w chacie i sam sobie glinę kopie i ją później wyrabia i obrabia, a na końcu wypala, tylko były to zorganizowane, masowe przedsiębiorstwa rozdzielające pracę chałupniczą w całych, jednorodnych produkcyjnie wsiach (stąd nazewnictwo wsi służebnych w Polsce od produkowanych dóbr). Wyglądało to organizacyjnie mniej więcej tak:

Proszę zwrócić uwagę na organizację warsztatu, prymitywność i celowość narzędzi oraz ich ekskluzywne zastosowanie (jedno narzędzie – jeden człowiek – jedna, powtarzalna czynność). Jest to bardzo istotne przy organizowaniu produkcji takimi ludźmi jacy się rodzą, a nie takimi jakich byśmy chcieli. W tekście “Struktura z cyklu” wyjaśniałem, jakie są metody kształcenia i tutaj są wyłącznie motoryczne z dostępnych i proszę – działa. A kwitu na koszerność PIPa by na to nie dała, a proszę – to jest reklama normalnej firmy z jedną skomputeryzowaną obrabiarką na stanie. Tak właśnie była rozdzielana i organizowana produkcja koszy, garnków strzał, młotków, krzemienia, każdego produktu masowego tamtej epoki. To był ówczesny przemysł.
Logicznie z tego wynika, że ktoś to musiał odbierać, za to płacić i że to musiały być długoterminowe rozrachunki, skoro wsie nabrały takiej specjalizacji, że nabrały od tego mian. To nie był biznes doraźny. Musiały więc istnieć koniunkturalne nadwyżki, stany magazynowe, ktoś to musiał wyceniać, handlować, przewozić. O ile rzekami wiemy jak to wszystko wożono, a dróg nie było żadnych, o tyle droga w góry, gdzie jest wydobycie wokół Częstochowy i Krakowa musiała odbywać się pieszo ludzkim taśmociągiem. Oczywiście było to niezbyt opłacalne, ale to był transport rudy z kopalni nad rzekę. A później rzeką. Ponieważ ten urobek wymagał węgla (a kamiennego wtedy nie wydobywano, gdyby wiedzieli co mają pod ziemią i że to się pali to Ślężanie by stworzyli państwo, tak jak dziś próbują organizować autonomię – spóźnili się tysiąc lat), a węgiel produkowano z drewna i był objętościowo nieproporcjonalny do urobku (potrzeby energetyczne) jakim go obrabiano termicznie. Ponieważ produkcja węgla drzewnego wciąga las jak pralka skarpetki to już w początkach państwowości istniał problem transportu węgla w górę rzeki i przenoszono etapy produkcji z biegiem rzeki w stronę węgla. Każdy następny etap był więc niżej w dole rzeki, a obróbka przemysłowa odbywała się na wysokości kolejnych istotnych grodów. Do tych grodów spływały zasoby na bieżącą produkcję i kontrolowanie tych grodów nie wojskiem, ale wpływowymi ludźmi w elicie władzy i podaż ludzi umiejących organizować struktury produkcji (KK) zapewniało ich jedyne racjonalne istnienie w zasięgu projekcji siły z rzeki (bo przecież gdyby nie transport rzeką, to te grody miałyby zbytnią ekspozycję na napaść od rzeki, ponadto one wcale nie były specjalnie ufortyfikowane).
Gdzieś jednak były skarbonki – magazyny zapasowe i grody ufortyfikowane na poważnie. Sami państwo rozumieją – kniaź chadzał w po ludie i brał co znalazł, a srodzy byli Popielidzi, Lechici i Piastowie jako władcy i ze swojego miłosierdzia słynęli w świecie całym (Mieszko jest jedynym władcą, który przyjął chrześcijaństwo i nie został świętym, i nie wiadomo czy chodziło o liczbę żon, czy o sposoby radzenia sobie z konsolidacją plemion pod władztwem Piastów właśnie, a czasem trzeba było kuzynów wesprzeć w wyzysku, szczególnie jak zima sroga się trafiła). Właśnie z powodu przepełniającego już wtedy naszych poborców podatkowych miłosierdzia i zrozumienia dla ludzkiej krzywdy, praszczury nasze wznosiły w terenach niedostępnych (ale nie tylko nasi – Japończycy mieli takie po górach jeszcze w XVIII wieku jak chłopi w góry uciekali przed podatkami, Indianie mieli takie miasta w górach, a Ci dzicy na północy mieli takie hiberny) czyli na moczarach grody refugialne (schronieniowe): Osetno (grodzisko) i kontynuowano później jako zamki: Zamek Pieniński
Takie grody wykorzystywano jako skarbce na zboże, dobra, zapasy, broń i zazwyczaj miały one skadrowaną załogę lub wyłącznie stróżę. Z powodu ich położenia były trudno dostępne, łatwe do obrony i odcinały napastników od linii komunikacyjnych. W takim grodzie można było ukryć demografię i przeczekać srogie daniny oraz zachować na tyle siły, aby siadać do stołu negocjacyjnego, gdy władcy na dłuższe napastliwości paszy nie stanie.
Z samego tego faktu, że istniał transport w obszarze projekcji siły (i bezpieczeństwa) – rzekami, transportowano produkty na cele przemysłowe (wydobycie i produkcja) do różnych lokalnych punktów wzdłuż rzek, wywieść można fakt, iż powstawały nadwyżki towarów nie tylko w punktach produkcji, ale też w punktach ich dystrybucji na potrzeby przemysłu tak, aby zachować płynność gospodarowania. Utrzymywanie stanu magazynowego kosztuje (choćby dozór), co za tym idzie istnieje koszt stały utrzymania płynności i jedynym racjonalnym rozwiązaniem tak złożonej dystrybucji jest oczywiście jakiś rozrachunek, bo zasilanie jest jakie jest i importu – jak braknie – żadnego z Chin nie będzie. Tym rozrachunkiem były giełdy, największe w Poznaniu i Krakowie, oczywiście rynki nie wydają nam się dzisiaj olbrzymie, ale z punktu widzenia szczupłej demografii wczesnego średniowiecza wystarczały, aby dokonywać tam całości pośrednictwa i handlu hurtowego, wprowadzać normy (miary) i standaryzować umowy (prawa).
Istniał też zupełnie normalny i znany od wieków handel spółkami i udziałami w spółkach, były to pierwociny rynku kapitałowego i obsługiwały przedsięwzięcia handlowe, a nawet wyprawy zbrojne. Bardzo ciekawe jest to, iż struktura władzy poprzez inkorporowanie do rodu panującego albo przez osadzenie członka rodu panującego, bądź choćby i dalekiego kuzyna w zamian za członków rodu faktycznie sprawującego władzę była skuteczną metodą zapewniania wiarygodności (klasa średnia – władza), wpływu na władzę, oraz dostarczania płynności. System był na tyle skuteczny, że nie było konieczności uciekania się do zewnętrznego rynku pieniężnego – istniał własny i przetrwał do XVI wieku, kiedy potrzeby rozrastającego się imperium zetknęły się z rynkami pieniężnymi Krymu i Lewantu.

No i wynika tutaj pewna kwestia transportowa – tak uorganizowane państwo ani szczególnie nie było wysycone, ani nie potrzebowało koni w takich warunkach, a te się zmieniały, gdy ubywało wody w rzekach. Była pewna istotna różnica pomiędzy terenami Teutonów, gdzie konie były koniecznością transportową i pola walki, a terenami niedającej się konno penetrować puszczy pierwotnej pociętej rzekami, jeziorami i bagnami. Była to różnica demograficzna – utrzymanie koni (szczególnie do celów militarnych) kosztuje dokładnie tę samą paszę, jaką jedzą ludzie. Problem u Teutonów był tak znaczny, że z braku ludzi uzbrajali niewolników i wykorzystywali do działań zbrojnych. Nie mieliśmy bardzo długo problemu z zachodnim sąsiadem, ponieważ tam był przez kilkanaście wieków kryzys demograficzny i przebrnięcie bagien Łaby aż po Pianę było dla Teutonów nieosiągalne z powodu lichej liczebności.

Łódź morska na Morzu Długim, mająca 24 wioślarzy i styrmana, transportowała w granicach 20 z groszami ton towaru (zależnie jakiego) w tempie około 20 mil morskich na dobę. Taka sama łódź na rzece transportowała kilka ton (zależnie od pory roku i lokalnych warunków) i była ciągnięta z brzegu przez ludzi i konie w górę rzeki w tempie 1 mili (10km z groszami zależnie od terytorium) dziennie. Ruch w głąb terytoriów penetrowalnych koniem to był transport do 200 kg ładunku w tempie do jednej mili dziennie, ruch w terenie wydobywczym to był transport 40 kg przez człowieka po ćwierć mili dziennie. Ta logistyczna makabra warunkowała wykorzystanie rzek przy tak skromnej populacji oraz odcinała projekcję siły już po oddaleniu się od rzeki na kilka kilometrów. Jeśli wyobrazimy sobie jakiś abstrakcyjny organizm polityczny (Wielką Svenię) to realna projekcja siły odbywała się w obrębie ujść rzek i słabła w górę rzeki – taki organizm można nakreślić na mapie nitkami transportu. Nie inaczej dominowali nad Wartą Goplanie – to też były nitki. A jedyne tereny kontrolowane jako obszary ludności rdzennej pomijając okolice Gopła po Gniezno to była ziemia brzeska, łęczycka i sieradzka – tak szczupła była rzeczywista władza Popielidów. I to był poważny i uznawany organizm polityczny o strukturze ponadplemiennej (korporacji rodowej – konfederacji plemion sojuszem rodowym władców tworzących elity polityczne). Racjonalne przesłanki wskazują na to, iż system “teleinformatyczny” (wici) nie różnił się w czasach protopaństwowych od takiego, jaki z glinianych tabliczek wydłubują archeolodzy z dorzecza Tygrysu i Eufratu. Z tym, że prawdopodobnie zapisu runami dokonywano na plankach bukowych, hubach i innych nietrwałych i nieutrwalających się materiałach przy użyciu pisma obrazkowo fonetycznego (run) naśladującego w części fonetycznej importowane pismo łacińskie łączone ze starym obrazkowym. Najprawdopodobniej mimika pisma łacińskiego odbywała się już wcześniej, z przyczyn obiektywnych liczba rozwiązań geometrycznych jakie da się wyciąć w korze przy skończonej liczbie cięć (czyli bez silenia się na sztukę) nie jest zbyt rozbudowana i może być to powodem, dla którego runy na całym obszarze od Skandynawii po Ural uzyskiwały zbliżoną formę – inaczej się tego po prostu nie da powycinać w drewnie. Nie było to pismo powszechne ani zrozumiałe, zapewne było formą mnemotechnicznego zapisu wspomagającego pamięć gońca mającego przekazać te informacje “odczytując” z nośnika. Jest niewykluczone, że z powodów militarnych każdy ośrodek dysponował własnym sposobem zapisu niejawnego i nie było żadnego zastosowania (choćby i handlowego), aby dokonywać zapisów powszechnie zrozumiałych i powszechnie odczytywalnych, co narzucałoby jednolity system pisma. Przyczyną, dla której pismo greckie (cyrylica) i łacińskie zdominowało metody zapisu, były zapewne inne cele stosowania pisma (propagowanie memu), co za tym idzie jego powszechność i unitarność. Co za tym idzie, nie istniały żadne teksty do tłumaczenia na nowe formy zapisu (kamień z Rosetty), ponieważ celem stosowania starszej formy pisma nie było upublicznianie jakichkolwiek informacji, a jedynie ich tajna propagacja do odbiorcy. To są takie luźno zebrane podejrzenia, dlaczego nie natykamy się na sformalizowane pismo jakiegokolwiek plemienia Słowian.

Wszyscy podróżnicy zdający jakiekolwiek relacje, jakie przetrwały w źródłach, widzieli organizacje lokalne Słowian jako przedsięwzięcia biznesowe, a władców określali jako kupców w rozumieniu przedsiębiorców. I tutaj narzuca się nasze własne nazewnictwo które trwało jeszcze do osiemnastego wieku. Władcy lokalni i wielcy zwierzchnicy nie byli dowódcami wojskowymi, nawet jeśli byli – byli przede wszystkim rządcami majątku, gospodarzami. I cara, i władcę Siedmiogrodu mianowano gospodarzem (hospodar, gospodin) i nasze królewięta też. Hetman był fakultatywny dla podstawowej funkcji gospodarskiej i też zajmował się głównie tym, czym dzisiaj generał (nie dowodzeniem, a logistyką). Może to wynikać z kruchości lokalnej gospodarki, która wymuszała skupienie się na niej właśnie. Bo to nie wróg, smoki i Putiny zagrażały bytowi tubylców, a prozaiczny brak miodu i mleka w Warcie.

Suplikacja trisagionu to przecież w kolejności “Od powietrza, głodu, ognia i wojny wybaw nas Panie!” – od choroby pierw i głodu nasza lokalna demografia siły wyższej potrzebowała – obce wojska poza penetracją rzek właściwie nie miały zdolności wtargnięcia w knieje. Demografia – bo to była słabość i jest do dzisiaj – liczebność populacji na tym lichym terenie nie pozwalała na ekspansję przy użyciu przemocy, ludność mieszkająca nad Wartą ZAWSZE była za słaba na utrzymanie terytorium, jakie przywódcy zwykli zakreślać na mapie. Ekspansja (a raczej spychanie na wschód) wynikała z jeszcze lichszych populacji tam mieszkających (niezdolnych się konsolidować ze względu na słabą gęstość ludności poza miastami nad rzekami o identycznej jak u nas strukturze).

Ale demografie lokalne – rody i takie nasze lokalne klany-szczepy ni pies, ni wydra z wymienną kadrą (rodem przywódczym), w który można się było wżeniać metodami politycznymi – to te demografie lokalne słabe nie były względem swoich terytoriów, na jakich gospodarowały. Suma tych demografii była i jest do dzisiaj słaba, ale lokalne skupiska wystarczały na dysponowanie siłą. To te rody, elita reimportowała chrześcijaństwo (bo to ariańskie i wschodnie to już było na miejscu), ale potrzebna była ideologia – wzmocnienie memów już istniejących, a więc DOKŁADNIE takich samych, jakie ta elita kultywowała, aby tworzyć kulturę, która ich wzmacnia. Wzmacnia ich, ród swój, gród swój, szczep swój, krewnych (serbów & pasierbów) swoich, wodza swego. Proste jak konstrukcja cepa: ja i banda moja – im mam czynić dobrze, a oni mnie – a obcym łby ucinać. Być może kłóci się to z dzisiejszym gejścijaństwem, ale gdy miłosierni Piastowie się chrzcili, to ordo caritatis słowo w słowo było dokładnie tym, co pasowało elicie władzy nad Wartą i wyłącznie dlatego państwo, jakie udało im się stworzyć w miejscu, gdzie państwa być nie powinno (bo Wisła to naturalna granica, a nie jakaś oś do budowy państwa, jakiś kręgosłup) może być państwem katolickim, nie prawosławnym, nie komunistycznym, nie socjaldemokratycznym czy inną utopią – jedyna ideologia jaka jest zdolna podtrzymać istnienie państwowości na tym terenie, z taką lichą populacją jaka jest, to katolicyzm jaki występował pomiędzy siódmym a czternastym wiekiem. Żadna inna – miecz i krzyż – bezalternatywnie. Albo się pakujemy i w następnym pokoleniu jesteśmy już Amerykanami, Europejczykami czy innym zwierzęciem kontynentalnym. Warto zauważyć, że Piastowie zdominowali Goplan w czasie, gdy ich zakres wpływów był zredukowany do podstawy operacyjnej na ziemiach rdzennych – po utracie połowy terytoriów aż po dzisiejszy Hamburg. Gdyby nie przyjęta wtedy ideologia katolicka (był przecież wybór prawosławia, arianizmu, doktryny cesarskiej) w takiej formie, w jakiej ją przyjęto, to ślad po Polanach i Wiślanach by na mapie nie został. A i tak błyskawicznie odezwały się ruchy odśrodkowe i dekompozycja na dzielnice/ziemie.
Proszę jednak mieć w przytomności, że katolicyzm w tym okresie to była religia prozelityczna, nawracająca mieczem. To była religia i ideologia poważna, a nie to co zostało z tego dzisiaj – jakieś trzymanie się za ręce i kumbaja. Wszystkie obrazy przedstawiające nawróconych Rzymian, Gotów, Słowian to są obrazy ludzi zbrojnych. Założyciel KK Szymon Piotr mieczem, a nie dobrym słowem trafiał w ucho niepokornego sługi arcykapłana. KK jest strukturą, która w cyklach ewoluuje – dopasowuje się do rzeczywistości. Nie każda transformacja jest korzystna dla każdego z organizmów z tej ideologii korzystających, albo że tak ujmę – ideologii firmującej się szyldem KK, bo gdyby “Mohery Europy” z jedenastego wieku zobaczyły jak dzisiaj wygląda KK, to zapewne wyzwoliliby go od niewiernych jak Jerozolimę w 1099r. Jak nasi bohaterscy naiwniacy ujawniają się z transparentem “My chcemy Boga”, to należy przypomnieć jakiego dokładnie – “zabicie niewiernego nie jest grzechem – jest drogą prosto do nieba”.
Te proste prawdy rozpoznali swoimi tępymi rozumami nawet komuniści, którzy przytomnie całą opozycję próbowali wymordować – nie ma dość zasobów nad Wartą, aby istniały dwa korelatory na nas – za dużo jedzą. I komuchy właśnie przekonały się na własnej skórze, jakie są oddolne, protopaństwowe, konsolidacyjne ruchy gdy się podpiłuje ideologię katolicką i ona się zachwieje choćby w aparacie przemocy, w armii jaka tam wtedy była – okupacyjnej nawet. To nie jest tak, że katolicyzm implementowano w szczerym polu, w głuche bory – podstawy były – syntezy nie było, tę zapewnił KK. Ale wystarczy, że się ten porządek chwieje i wymuszone przez naturę pozycje wyjściowe wcale się wiele od tego co proponuje KK nie różnią, choć jeśli wskazać na takie detale jak brak miłosierdzia i rozpoznawanie “prawa” jedynie względem porządku miłosierdzia (którego wtedy nie ma), konsolidację po rodach i konieczność wróżdy (całkowitej, fizycznej likwidacji naszych winowajców), wynikające z tego metody scalania majątku w ustroju dziedziczenia oraz obowiązki zbrojne niewykluczające kapłanów, to te “małe różnice” są właśnie tym, co różni protopaństwowe koncepcje turańskie od tego, co udało się stworzyć elicie władzy Goplan, a na co nie wpadli Wiślanie i przejęli to później po zebraniu bęcków pod Mozgawą – bo inaczej do Krakusów nie dociera niż przez solidne bicie. Bo zakładam, że czytelnicy nie rachują w kategoriach, iż jednego dnia tu byli Wiślanie tam Ślężanie, Goplanie/Polanie się ochrzcili i na drugi dzień już wszyscy razem byli Polakami śpiewając kumbaja i nagle tereny stały się dogodne dla kawalerii – bo przecież jak by Polak wyglądał bez konia i szabli? Rozpad na dzielnice takie właśnie miał przyczyny, że Polska nigdy nie była i do dzisiaj nie jest państwem unitarnym, czego by nie napisać w konstytutkach – jest konfederacją de facto i federacją w przypadku wystarczającego zasilania. Do tego zasilanie nie jest na tyle silne, aby była to konfederacja księstw mimo takich nazw w okresie rozpadu dzielnicowego, ale ziem i całkowicie oddolnych, gospodarskich wieców. Bo to tam są źródła siły, nawet jeśli lichej i JEDYNEJ demografii – to nie jest Rzym, to nie stolica wypluwa z siebie zastępy nadwyżek demograficznych, to ziemia orana i laborowana daje sztuki stróży (milicji) z łana. I tutaj właśnie pojawia się problem ze źródłem kadr – nie da się ich pozyskiwać z elit – są za słabe demograficznie, można je pozyskiwać wyłącznie przez awans gospodarczy, coś co próbowali zorganizować sovieci, którzy pokonali polskich socjalistów (może innym razem o jakie państwo walczyło AK, ale chyba złudzeń nie macie co było przed wojną?), którym się to nie udało, ponieważ w ustroju niewolniczym, jaki stworzyli po 1918 roku, zniewolili niewłaściwe grupy i dlatego nie wytworzyli siły na konfrontację i zniknęli z mapy.
Jest jednak bardzo poważna przyczyna, dla której od czasu do czasu ktoś próbuje lekko potraktować powszechnie przypisywane nam wierzenia, gdyż bardzo łatwo wykazać nasze ekscytacje pogaństwem. Piastowie przecież byli zupełnie przytomni, ideologia oprócz gotowego aparatu administracyjnego i zestawu memów o tym, że JEŚLI władca jest sługą Boga, to należy mu płacić cła i podatek – warunkowe – jeśli spełnia warunki, bo jak nie spełnia to nie:

„Król umacnia kraj prawem; kto ściąga wiele podatków, niszczy go” (Przysłów 29, 4)

Król, a nie dyrektoriat, naczelnik czy rada starszych i mądrzejszych.
Ideologia wprowadzała jednak jeszcze indywidualne, a nie zbiorowe upodmiotowienie człowieka (co demontowało całkiem przytomny system gospodarczy, w tym ustrój dziedziczenia), porządek miłosierdzia oraz taką problematyczną w powiązaniu z poprzednimi rzecz – przebaczenie.
A przecież jeśli chodzi o ekscytowanie bogobojnych katoli z najmoherowszej partii, to wystarczy rzucić hasło o roszczeniach wobec Niemiec (biskupi to tam sobie mogą wybaczać i prosić o wybaczenie – ale to że Bóg wybaczy, to nie znaczy że my też tak zaraz^^) to zaraz jest ekscytacja i trzecie pokolenie Niemców po tych co naszych dziadów mordowali to miałoby w indywidualnym upodmiotowieniu jako jakaś zbiorowość odpowiadać? Ależ oczywiście, że tak – precz z nauką kościoła, my hymn jeszcze w dwunastym wieku mieliśmy taki, że nawet wobec siebie samych uznawaliśmy odpowiedzialność wynikającą z ciągłości pokoleń:

“…a my ojców swoich winy
obmywamy w swoich ranach.”

Z wierzchu niby sami katolicy, ale tylko hasło rzucić, że wróg pradawny co nam winien, to zaraz ludzie się emocjonują krzywdami, tak jakby jaka sprawiedliwość istniała inna niż zemsta.