Kto wypił wodę z rzeki – część 2

Interes KK

Bo to takie dość podejrzane może się wydawać, dlaczego KK wysyłał po świecie specjalistów od upraw, od hodowli, od handlu węglem, od konstrukcji i organizacji budów, przedsięwzięć górniczych, chemii, dystrybucji wiedzy. Tymczasem wtedy KK miał ten problem, że ciągle garnęły się do Rzymu sigmy, ale nie było już imperium, którym mogłyby one zarządzać (tak jak dzisiaj ma ten problem Londyn – kadry są, ale nie wodzów, a Indian znowu brakuje). Ponieważ obecność ludzi, co mają nieco zbyt dużo pomysłów pod pokrywką wytwarza ciśnienie, to właśnie dlatego delegowano ich na Misje (zresztą dzisiaj też się tak pozbywają co bardziej ogarniętych ludzi), aby tam przepalali moce zajmując się jakimiś krzaczkami, świnkami, poganami i realizowali “dzieło boże”. A to nic nowego – ten problem rozwiązywano w każdym kulcie scentralizowanym, a nawet we wcześniejszych, o których organizacji nie za wiele wiemy (paleolit i początki neolitu). Wiemy o tym, ponieważ zostało bardzo wiele konstrukcji, które wymagały organizacji i powodu nieekonomicznego, czyli jakiegoś urojonego. Wymagały przepalania mocy korelacyjnej i swobodnej. Śladu przepalania mocy korelacyjnej bez swobodnej raczej nie mamy – jest nazbyt ulotny. Jednak megalityczne budowle, pierścienie (zakładamy, że dawnych grodów – wały ziemne), żmijowe wały przez step, piramidy, grobowce, kurhany są świadectwem tego, że ludzie organizowali prace w innych celach niż racjonalne. Zresztą koncepcje organizowania się w jakimś logicznym porządku w celu racjonalnym to jest nowość i to całkiem niedawna. KK akurat wdrażał to co wdrażał i wyszło, że to polepsza dobrobyt – no to bardzo fajnie, że są z tego zyski, ale celem głównym było pozbycie się potencjalnej konkurencji do rządzenia w Mieście z “free for all”.

Czytasz drugą część artykułu. Jeśli jeszcze nie znasz części pierwszej, to polecamy lekturę.

KK eksportował aparaty administracyjne przesiąknięte swoją ideologią, ponieważ jako korelator potrzebował oczywiście alimentacji, ale to afirmacyjnie mógł pobierać – jak każda religia. Potrzebował akumulacji – tę zapewniała sieć zakonów i wytworzyła wewnętrzną bankowość KK. Potrzebował jednak przede wszystkim efektorów – potrzebował siły do rozwiązywania problemów, których bez siły nie można rozwiązać; do zapewniania dyscypliny między chrześcijany. I to chrześcijańscy władcy z aparatem administracyjnym, którego kształcenie kontrolował KK, potrafili zapewnić. Majestat królewski z administracją kształconą przez KK zapewniał absolutną i niepodważalną przewagę w działaniach zbrojnych aż do XIV wieku. Potem KK zajął się pierdołami i zanikła podstawa do jego dalszego utrzymywania w państwach peryferyjnych (tam zamrożono rozwiązania KK na takim poziomie, na jakim im się udało – z tym że już bez centrali, bo ta zaczęła robić fikołki zamiast budować siłę). Absolutna dominacja na polu bitwy to było coś, co władcom oferował KK. Wszyscy – absolutnie wszyscy władcy w Europie to kupili, a Ci co nie kupili dostali bęcki i ślad w atlasach historycznych tylko po nich pozostał. Potęga militarna to zdolność zdobycia Jerozolimy siłami z północnej i zachodniej Europy.

Przypominam, iż katolicyzm wtedy (czyli IX-XI wiek) to nie był ten katolicyzm jaki my dziś znamy. Nie było w nim jeszcze całej koncepcji racjonalnej (były zręby teorii wnioskowania w postaci pojawiającej się scholastyki – jeszcze nie dominującej), jeszcze nie było uniwersytetu (w islamie były, islam też wtedy był inny – był ekstremalnie naukowy z przeogromną wiedzą praktyczną i matematyczną o finansach – dlatego zakazali lichwy – lichwa szkodzi), nie było jeszcze koncepcji skrutynium – to była protopaństwowa ideologia militarystyczna, prozelityczna – proszę sobie poczytać podsumowanie tego okresu, jakie ujął papież Urban II – nawracanie mieczem. Mnie się taki katolicyzm oczywiście bardzo podoba, ponieważ tylko w takiej ideologii udało się konsolidować władzę nad Wartą, przy braku skutecznej kontestacji ze strony jakichkolwiek sił zdolnych przeciwdziałać temu kierunkowi politycznemu. Siedem wieków później ten katolicyzm, jaki wyznawali polscy rycerze – panowie szlachta, to też racjonalny nie był, skrutynium było czymś nowym, racjonalność i wnioskowanie logiczne to w odległej Hiszpanii i Włoszech. Co nie znaczy, że nie było alternatywnych rozwiązań substytuujących (bo jakoś żyć trzeba), ale ten katolicyzm nie był jeszcze taki jak dzisiaj. Inny też był w nim etos pracy, ten akurat zachowano na naszych terenach zupełnie pogański – bo nikomu nie przeszkadzał, a też się sprawdzał, natomiast KK wdrażał nowoczesne technologie upraw (trójpolówka etc.).
Proszę sobie tylko z tego nie wnioskować, że Piastowie to zaraz jakąś religijną elitą władzy byli – elita się nie ideologizuje, elita ideologii używa. Mogliby być nawet neokonserwatystami, gdyby im to pomogło – obecnie to modne i wielu liczy na odbudowę państwowości w formie protektoratu dzięki takiemu zasilaniu, ale żeby zaraz konserwatysta się ograniczał do jednej baby na twarz jak w burżuazyjnej ideologii to nie przesadzajmy – to dobre dla plebsu – łune chamy niech się ograniczają.

Nie tylko Piastowie

Bo ja tu ciągle wspominam o Piastach jako dominującej korporacji (bo jak tam oni byli wszędzie spokrewnieni to bardzo trudno dojść, i gdzieś w mrokach dziejów około VII-VIII wieku pojawia się tych Piastów i tak bardzo wielu – i to wszędzie – i to tak samo jak vikingów w każdym ośrodku władzy. Z tym że nie wiemy, jak dokonywano kooptacji “w rodzinę” choć wiemy, że po rzekach – i tak niby wychodzi na to, że Piastowie pochodzą z pierścienia górniczego, jako władcy/korporacja kontrolująca wydobycie i produkcję, z pierścienia jaki tworzy masyw Ślęży aż po Częstochowę i Kraków, przez Bohemię aż po trójkąt, w jakim umieściłem dominację Alemanów) nad Wartą, choć tu i tam mieli serbów i pasierbów. Ile linii Piastów powstało i kontrolowało powstające państwa to można sobie wygooglować cały ten galimatias. Dokładnie ten sam numer na wschodzie zrobili Rurykowicze (vikingowie wprost i bez owijania) i spenetrowali wszystkie ośrodki władzy, tworząc późniejsze rody książęce (zaraz do tego wrócę). A o wiek wcześniej tę jednolitą penetrację całej Europy po rzekach i ściągnie danin z ośrodków konsolidujących (“miast” – dużo kurników w jednym miejscu to było wtedy miasto) przy użyciu nader skąpej demografii dokonali vikingowie właśnie – i to nie jedni jacyś konkretni, ale kulturowo spójne ludy, zapewne wynikające ze starszej o wiek ekspansji tej kultury (i metody prowadzenia działań) z terenów cieśnin duńskich. Z punktu widzenia Europy Środkowej i Wschodniej to była wtórna konsolidacja nizająca koraliki władzy na nitki rzek i wiążąca je liniami rodowymi. Trzeba zarówno brać pod uwagę, jaką siecią rodową i społeczną trzeba było dysponować, aby tak sobie dzielić siłę między te ośrodki władzy i doraźnie wypożyczać przemoc “po rodzinie” inkorporując inne rody (Popielidów z Goplan), trzymać za mordę ruchy odśrodkowe, a jednocześnie dokonywać tego przy obiektywnie szczupłej, elitarnej populacji szczytów władzy. Ekwilibrystyka militarna, polityczna i organizacyjna. I podejrzewam, to takie moje osobiste podejrzenie po nazwach rodów, ich legendach, oraz późniejszych doświadczeniach imperium brytyjskiego, że ta elita władzy trzymała w garści wiedzę o nawigacji i konstrukcji łodzi, ponieważ wielu książąt i królów przydano miana, które w przeróżnych językach ludzi morza oznaczają sternika, ale nie tylko takiego który wie jak się trzyma ster, ale takiego co konkretnie nawiguje wyprawą. Bo przecież potrafili wezwać pod swoje rozkazy zorganizowane oddziały ciężkiej piechoty morskiej z odległych krajów – no spróbujcie sobie taką usługę zamówić dzisiaj, nawet wtedy nikt inny nie potrafił, choć dzisiaj ciągle to potrafi zorganizować sea power. To oni umieli tak samo, choćby taki Chrobry.
Warto zwrócić uwagę, że Wisła poniżej Krakowa aż do XI wieku z jakiegoś powodu nie była penetrowana po całej długości (może lud tam dziki, może rzeka niespławna, może tam smoki i gryfy mieszkały) i była uważana za granicę z pustką polityczną (od Bugu byli już Rurykowicze i nie było penetracji w poprzek poprzez bagna czy bory, które są tam do dziś). Wisła miała jakąś wadę (dodajmy sobie 5m poziomu wody najmniej – to strasznie wielka rzeka się robi) stawiającą ją (z wysokim prawym, wschodnim brzegiem) jako przeszkodę i oparcie operacyjne jak dzisiaj dla Moskwy Ural. Coś było nie tak z Wisłą, że nie dawało się jej wtedy użyć jako kręgosłupa transportowego dla ziem pomiędzy Wartą a Wisłą, a trzysta lat później zaczęto te próby penetrować. Warto też zwrócić uwagę, że ten rozłam pomiędzy ośrodki polityczne Kraków/Warszawa/Płock/Gdańsk istniał aż do końca Rzeczypospolitej, musiały istnieć po temu przyczyny geograficzne, gdyż Kraków to była gigantyczna fabryka broni i podaży siły, więc przytomnie rzecz biorąc dałoby się to siłę propagować rzeką aż do Gdańska, skoro vikingowie przez Kijów potrafili dotrzeć z ogniem i żelazem do Konstantynopola. A jednak nie – aż do końca Rzeczypospolitej ten wpływ był również metodami korupcyjnymi (rada królewska) pacyfikowany.
Nie tylko jednak Piastowie – było nieco konkurujących rodów na tyle silnych, że aż pozostały w kronikach, które przetrwały Potop. Nie wątpię, że ze względu na język bloga czytają to ludzie, którzy akurat w większości uważają się za Polaków mniej lub bardziej. Polacy, Polska, polskość i patriotyzm razem z powoływaniem się na Piastów to jest wszystko wytwór propagandy, bo jakieś memy chcielibyśmy mieć i najlepiej mieć gotowe, “nasi” przodkowie jak sejmowali to sobie roili że tworzą Rzeczpospolitą taką jak Rzymianie, a nawet byli przekonani, że posługują się piękną i czystą łaciną, potem im strzeliło do podgolonych łbów, że są Sarmatami (co sami krytykowali już na początku siedemnastego wieku) i że z tej tradycji wynika orzeł biały na czerwonym, a nie jelita (trzy kopie), ani orzeł czarny na żółtym (piastowski), ani smok zielony na białym (czerski, też piastowski), a przecież mogło być i z pominięciem Piastów, przecież mogliśmy sobie wybrać tradycję gdańską Mściwoja (daję go na reprezentanta dynastii dla wygody opisu) – też nieobco się nazywa, albo Świętopełków z Czech (choć tu wypadałoby podać Dragomira, z tym że może zabrzmieć nieco obco, choć jakoś tak swojsko – i tylko geografia nas od Czechów dzieli i niezdolność do komunikacji strategicznej przez te góry). Opowiem z użyciem mapy o pewnej rodzinnej korporacji wydobywczo produkcyjnej, w której różnie się działo, a “my” się powołujemy, że to niby nasze było, bo logo tej korporacji, kurowate białe takie (co zastąpiło ustanawiającemu to CEO lwa – jakby lwy miały jakie wady) zostało ustanowione (restytuowane niby) przez jej poznańskiego szefa. Bo to białe kurowate jest z Poznania (który uparcie nie chce leżeć nad Wisłą, jak twierdzi żoliborski mecenas kręgosłupa tego interesu), a nie z Żoliborza, a ten szef przypadkiem nie nazywał się jak skoczek narciarski czy kopacz gały, albo złodziej Księżyca, nazywał się Przemysł – widać było to co ważnego dla firmy. Zamordowali go oczywiście Niemcy, więc gdyby zdarzyło Wam się ich glanować, albo chociaż nie zapłacić im faktury, to nie dręczcie się iż to tak bez dania racji – argumentów, by Niemcom zgryzot przysparzać mamy zapisaną całą księgę, i jeszcze ze dwie na Moskali – całą bibliotekę nazbieraliśmy na obce ludy od Potopu, kiedy wszystko się spaliło (i wiemy, że nie “się” samo, tylko konkretnie wiemy kto jest winien, i nie chodzi tylko o te lwy co stoją przed zamkiem francuskiego mianowańca, ale i z City mamy rachunki do wyrównania – wszyscy są wrogami^^). Wszyscy są wrogami – partia nie nazywałaby się “Wolność” i nie należeliby do niej dobroduszni libertarianie z koncepcją nieagresji, ale raczej “Wróżda” i przyjąć wypadałoby wyłącznie ksenofobów i innych frustratów^^ Bo skoro wszyscy ostatnio wysuwają jakieś roszczenia, to i my sobie nie żałujmy – do wszystkich mamy jakieś zarzuty i o coś pretensje^^

A wrócił ostatnio plan połączenia w Polsce rzek kanałem i okazało się, że jankeski ambasador zabronił. I nikt nawet samopału nie podniósł ani w sukinsyna czekanem nie rzucił. No to chyba jasne, że my już organizmu politycznego nie tworzymy, skoro jaki Mr. W. Repin Jones nam się rządzi a my jeszcze jego głowy nie odesłaliśmy do jego ojczyzny (wszak sukinsyny chcą oddawać życie za ojczyznę i nie można im tego odmawiać).
Nikołaj Repnin
Ten smok się wypija nam wodę z rzeki:
Paul W. Jones
Persona non grata – demodyktatura ambasadora USA
Ale takie to groźne mamy palce w butach, że można sobie Jałtą terytorium okroić i mieć tam później wszystkie trzy ambasady zainteresowanych.

Ludzie & własność

W ramach objaśnienia, czym jest użyta dalej w tekście ‘kuroptica’

W dawnych czasach żyli ludzie (niewiarygodne!) i polecam poczytać nieco o nich, tak żeby się zorientować, że historia nie jest o mapie i kuropticy na sztandarze, a o ludziach, co sobie wtedy żyli, mieli swoje memplexy i coś tam sobie knuli jak tu nasi forumowi kumotrzy, a mimo to codziennie trzeba było wstać i na sól do śledzia zarobić. Historia korporacji Piastów (z grzeczności nazywanych rodem, ale nie wspominajmy czy czeskim, czy brandenburskim, czy czerskim, bo te pojęcia nie miały wtedy przełożenia na rzeczywistość i nic nie opisywały), ale i rodów które się próbowały w tej korporacji ujawnić tu i ówdzie (z istotnych Gryfici, Sobiesławicowie, Przemyślidzi, ale przecież i multum mniej istotnych choć często z plemiennych władców jak Nałęczowie, Awdańce, Włostowice i Duninowie, Zarembowie, Starżowie & Toporczykowie, Ostoja, a przecież rodów herbowych nie brakowało jak działów w korporacji). Ale mieliśmy też rody kapłanów i wojewodów (nie zadajemy głupich pytań z grzeczności, rozdział Kościoła od państwa to jest taki francuski żart wynikły z niezrozumienia, iż rolą Kościoła w polityce jest zapewnianie zapasowego systemu hierarchii na wypadek awarii w systemie świeckim i armii) jak Bogoria. Oczywiście nie żałujemy sobie pochodzenia od Rzymian, Sarmatów, a nawet tych rodów, bo przecież taki mamy memplex, że łune nasze – i biała kuroptica na czerwonym też nasza – i miastem koronacyjnym jeszcze przecież w tysiąc trzysetnym jest Gniezno, a nie Czerska & Żoliborz, ale jakoś dzieci nie chrzcimy Dziersław, Mściwoj, Sędziwój, Jaropełek, Ścibor, Skarbimir, Szczedrzyk. Brajanki się za to zdarzają, ale i “nasi” (co tam – Kijów nasz przecie – nie żałujmy sobie kijów) przodkowie sobie nie żałowali przy chrzcielnicy Mścisława Fiodora Haralda syna Monomacha i Gythy z Wessex wnuka Świętopełka – po prostu nie wypada zadawać głupich pytań o Brajanki. Byłoby urągowisko krzcić bobasa Mszczuj i wychowywać na państwitę-pacyfistę, to może dobrze jest jak jest, bo lepiej to już było.
To, co tak od biedy można nazwać państwem polskim (wielkopolskim, ale za pisemną zgodą biskupa krakowskiego – ówcześnie trochę czeskiego, ale to nie miało wielkiego znaczenia z punktu widzenia ówczesnych) restytuowanym pod koniec trzynastego wieku to był rezultat działania hierarchów kościelnych, głównie Jakuba Świnki, a to dlatego, że hierarchowie dzięki kooptacji wymieniali się bez większych tarć na stanowiskach pomiędzy dziedzinami różnych książąt z zupełnie rozdzielnych szlaków komunikacji towarowej (Wisła i Warta). Dzięki temu zjawisku arcybiskup gnieźnieński poprzedzający Jakuba Świnkę był kanclerzem Pełki z rodu Lisów (też arcybiskup i też gnieźnieński), który miał wpływy w Krakowie gdzie był urzędnikiem, ale też w dzisiejszym świętokrzyskim (Wiślica), a w ogóle to znał się z małopolskimi książętami; i dzięki temu zjawisku tam się można było dogadać w ramach hierarchii kościelnej, gdyby polityczna się posypała – a się przecież posypała. Tamto państwo polskie stworzone na przełomie XIII i XIV wieku było dziełem KK, przetrwało trzysta lat, bo mniej więcej tyle wytrzymują na tym obszarze struktury polityczno-ekonomiczne, a podobne zjawisko cykliczności ma miejsce na całym świecie, zapewne jest ono powiązane z dynamiką biologiczną jak i zdolnością do przekazywania memów pomiędzy pokoleniami na tyle, aby te memy były jeszcze zrozumiałe i do czegoś miały zastosowanie bez zastąpienia nowszymi – bardziej przydatnymi. Państwo to stworzone przez KK zakończyło się katastrofą, ale nie dlatego żeby KK coś sknocił na terenach Polski, tylko dlatego że sknocił coś globalnie i lekką ręką pozwolił istnieć państwom kacerskim zamiast przywrócić przytomność ogniem i żelazem. A jeśli KK doprowadził do sytuacji, w której katoliccy królowie nie byli zdolni zanieść heretykom przywracającego Wiarę ognia i żelaza z powodu braku zdolności do akumulacji kapitału na działa, konie i okręty, to może to świadczyć o tym, iż w porównaniu do politykującego wtedy złotem po Europie państwa tureckiego, KK coś poknocił w kooptacji kadrowej i z jakiegoś niezrozumiałego powodu do władzy dorwała się tam banda durni, a durnie jak to durnie – po zanzibarsku w trzydzieści osiem minut władzę stracili. Tym razem w huku tureckiego złota. Bo to co przeczytacie u @bmena na temat systemu monetarnego w historii i zapaści w wydobyciu srebra to miało swoje natychmiastowe przełożenie na system rozrachunku, z którego wynika kogo słuchać, a kogo nie słuchać. I skoro zakonnicy nie potrafili wody fortelami wypompować z kopalń i wydobyć srebra, a Turcy takiego kłopotu u siebie nie mieli, bo zamiast dumać o mechanicznych pompach po prostu kupowali niewolników do noszenia wiader, to trzeba było słuchać tego co ma do powiedzenia Turek, a nie Papież, bo za tym szedł sygnał rozliczeniowy. To tak podaję, aby wzbudzić zadumę nad robotami, które będą za nas pracować – już kilka razy w historii nacięliśmy się na taką sytuację. Krok w tył oznacza wtedy krok do niewolnictwa, uparte zaś trzymanie się odrzucenia tego naturalnego stanu rzeczy, że człowiek jest rzeczą, przedmiotem do wyzyskania, zużycia i wyrzucenia, a nie żadnym bliźnim; to uparte trzymanie się miłości bliźniego kończy się w huku kacerskich dział podciągniętych pod Częstochowę, kiedy pozostaje już tylko śpiewać, aby Matka Boska pozostała z obrońcami aż do końca. Do samego końca Rzeczpospolitej i znacznej części ludności objętych terenów.
Po upadku tej państwowości próbowano robić restart z tej samej mąki, ale po tym szczególnym rodzaju wojny jaka miała miejsce, nie było już KK na terenie gdzie próbowano restaurować państwo – heretycy mordowali księży i zakonników ze szczególną zapamiętałością. I nie było z tego już żadnego chleba. bo KK po tych batach nigdy się już nie pozbierał do takiego stanu, aby prowadzić równoległą politykę państwa, gospodarczą i zagraniczną. Musieli się tym więc zająć durnie, no i rezultaty widać wkoło.

Pojęcie monarchii, jakkolwiek upatrujemy sobie w tekstach greckich – nie żałujmy sobie – nawet sumeryjskich i na łacińskie rex się powołujemy, to jednak nasz wyraz król nijak od wyrazu kniaź czy chościsko się nie wywodzi, a od Charlemagne. Pepinidzi stworzyli nową jakość w doktrynie sprawowania władzy. Nic w tym nie było z praktyki śródziemnomorskiej czy bliskowschodniej, o dalszych nie wspominając. Gdyby rzucić okiem na geopolitykę w rozumieniu władców trzymających organizmy hierarchiczne za mordę to świat na “naszych” zachodnich rubieżach:

Oczywiście na tę mapę proponuję patrzeć z przymrużeniem oka, jak na rozmach roszczeń i chciejstwa. A nawet fantazji. Przedstawiłem w tekście i przedstawiał będę dalej różne mapy dające różne punkty widzenia na ten sam okres historyczny. Pięknie “nas” na tej mapie odmalowali, jakby się Lestek z Popielem dowiedzieli, że mają coś do powiedzenia w Nowogrodzie na przyszłej Rusi Czarnej, to by im się ego mogło nie zmieścić w graniach od Atlantyku po Ural. Jak widzicie, na mapie nie ma jeszcze Moskwy – tę dopiero w XII wieku dorysuje na mapie Jerzy Długoręki, tak przezwany z powodu nagminnego wyciągania łapsk po ruską właść.
Istotne jest jednak odróżnić, czym jest murzyński król wioski od tego, kim był władca, a kim monarcha, a kim jest biskup i do czego służy książę we wczesnofeudalnym państwie, nie żałujmy sobie – piastowskim, bo to taki dość szczególny potworek była ta “państwowość”, a to dlatego że ona była piastowska. Wrzucimy sobie jaką animowaną mapę rok po roku, nie czepiajmy się o szczegóły, każdy sobie co tam znajdzie – to nam ujawni, kim jest monarcha aż do rozbicia dzielnicowego, kiedy okazało się że zarząd tej korporacji rodzinnej nie jest w stanie wyłonić prezesa, którego nawet podobnie zwano w ustroju pryncypatu, a fucha ta sprowadzała się do tego, że dostawał do łapy ziemię krakowską plus swoje włości i miał do powiedzenia więcej niż inni, o ile pozostali Piastowie go posłuchali, a nie tylko Piastowie słuchali – inni też sobie nie żałowali jak co mądrego miał do zaproponowania.
Monarchia na “naszych” terenach od jakiegoś ósmego wieku do początków dwunastego była w miarę scalona formalnie – formalnie, bo w rzeczywistości to jak się lokalni menadżerowie tego interesu nie chcieli słuchać, to władca miał do powiedzenia tyle co Partia za komuny – można sobie było chcieć. Można a trzeba – trzeba to było zatankować konie, załadować towary na łodzie, zapewnić napęd, puścić wici, zebrać drużyny i się pofatygować w celu wyjaśnienia pewnych nieścisłości w dorozumieniu życzeń “władzy” na tę odległość. Kłopot zaczynał się już w tym punkcie “trzeba” bo od ilości towarów, jakie przetransportuje się łodziami pod gniazdo zaprzaństwa zależała ilość czasu, jaka pozostała na “negocjacje” i wyjaśnienie jak ma być i ile to zanzibarskie objaśnianie będzie w kontrybucjach kosztowało. To jest oczywiście poważny problem logistyczny nawet dzisiaj, żeby wysłać z Warszawy do Kotliny Kłodzkiej jakich pałowników żeby objaśnili, że dojenie owiec należy raportować i odprowadzać vat od gorzkiego sera, a kto oszukuje na dojeniu owcy ten na ćwierć wieku do lochu pójdzie, bo Urzędowi kłamać nie wolno, aby wszystkim żyło się lepiej, szczególnie Rostowskiemu w City. Wyobraźcie sobie jaka to zgryzota musiała dopadać Piasta, kiedy się dowiadywał, że z takiego na przykład Gniezna do Gdańska nie ma żadnej rzeki, jest co prawda jezioro prawie do tej drugiej rzeki, ale generalnie z Gopła do Gdańska to trzeba będzie udać się do Sobiesławiców na piechotę przez krzaczory. I całe szczęście, że ród Sobiesławiców bardzo się z korporacją PHU Piast (produkcja, handel usługi) obdarzali sentymentem, co miało przyczyny gospodarcze, ale też rodowe (i jest to czysty przypadek że tak wyszło, bo mogło wyjść tak jak przy każdym innym ujściu rzeki oprócz Odry/Świni i Wisły, gdzie nie chrzczono Haraldów), a potem to już tam byli Przemyślidzi i tylko dziw bierze, że Czech nie wciągnęło na stałe pod czerwone sukno z białą kuropticą, a tam przecież ród niby ten sam. Czasem bywało jeszcze śmieszniej, bo na przykład przesiadka po bagnach na Łabę do Hamburga owszem była, i to nie tylko tam, ale i na kierunek południowy do alemańskiego trójkąta wydobywczego i nawet Chrobry się tam rozpędził w przytomności, na jaką tu jeszcze kilka razy zwrócę uwagę. Z tym, że to właśnie z tej Łaby już szła inna konsolidacja i inny porządek – teutoński. A i saski czasem potrafił fiknąć. Natomiast Warta jak najbardziej ma ujście Odrą i tą Odrą wcale nie dało się przekonać Gryfitów do zbyt wielkiego zaangażowania w sprawy Piastów – chociaż tam od Kopienicy były same bagna i zadupie aż po Kołobrzeg. To jednak bagna owe były z jakiegoś względu nieprzebyte, licho spławne i całe szczęście. Bo one były nieprzebyte w obie strony, a jak po kilku wiekach się tam posprzątało, uregulowało i poziom wody opadł, bo wypił go jaki nieznany smok hydrologiczny, to od razu pojawili się vikingowie. Czytelnikom oczywiście wyjaśnię to w tekście dalej, bo jak to po kilku wiekach od zniknięcia vikingów mogą pojawić się vikingowie, ale owszem mogą, bo chąsa to nie zawód – to charakter. Ale właśnie politycznie uorganizowane struktury rodowe, takie jak Gryfici i Sobiesławicowie tworzyły coś, co dzisiaj nazwalibyśmy państwami buforowymi; Rosjanie się tej sztuczki od “nas” nauczyli i wykładają u siebie na akademiach wojskowych o konieczności tworzenia organizmów politycznych o zbyt małym ciężarze gatunkowym do prowadzenia samodzielnej polityki w celu zapewniania oporności militarnej we własnym interesie (istnienia). Piastowie robili tak samo, zapewne tak robili bo samo im tak wyszło i byli “państwem” wewnątrzkontynentalnym bez dostępu do morza, co zupełnie w niczym nie przeszkadzało, ponieważ organizmy na wybrzeżu z powodu ciśnienia, jakie wywierali Sasi w nawrocie z terenów już zajętych gdy doszli do końca mapy (Sasi zresztą najprawdopodobniej coś tam mieli wspólnego z wcześniejszą wędrówką przez tereny “nasze” – praktyka imperiów, po których zachowały się wspominki na piśmie wskazuje, że przepuszczanie migrantów przez własne terytorium ze wszelkimi tego utrapieniami było praktykowane, więc niewykluczone, że jakoś dało się migrować z Euroazjatyckiego stepu ciągnącego się od Kijowa pod Pekin na Morze Długie – Bałtyk), a potem “vikingowie” (taki “naród” posługujący się językiem vikińskim^^ – nie żałujmy sobie żartów z nazewnictwa).
Przykładem takiego “państewka” buforowego było plemię Obodrytów w XII wieku, którego władca Świętopełk (przy okazji władca Chyżan) wraz ze swoim bratem Kanutem (imiona z dwóch różnych systemów walutowych, dobrze że nie Brajanek^^) sprzymierzali się z Sasami i próbowali brać za mordę Ranów i Wieletów. Zwracam uwagę, że co prawda zapisuje się tego władcę jako księcia, ale to tak z grzeczności, bo to był wódz plemienny (przypominam że w XII wieku na terenie okolic dzisiejszego Szczecina, mimo że tam była inna władza ukonstytuowana i to do tego chrześcijańska), a Ci poganie plemienni byli jakoś tam spowinowaceni (piąta woda po kisielu) z Mojmirowicami, którzy konstruowali konkurencyjną do Piastów, ale też jakoś spowinowaconą strukturę korporacji rodowej (państwo wielkomorawskie), natomiast Piastowie w osobie Mieszka I byli spowinowaceni z Przemyślidami, którzy co prawda niby tam się rozpychali na Czechach i Morawach, a nawet nie żałowali sobie terytoriów dzisiejszego Reichu, ale galimatias był z tego niezły i coś takiego jak wydzielone obszarowo państwo w dzisiejszym rozumieniu nie istniało. Za to strefy wpływów były rozumiane doskonale i przez każdego bez objaśniania dwa razy kijem. To całe państwo wielkomorawskie to była wprost korporacja wydobywcza, typowy inland powstały po zniszczeniu przez Franków kaganatu Awarów i zniszczona niedługo później przez najazd Węgrów. “Państwo” Mojmira istniało zaledwie wiek, od razu się ochrzcili (Frankowie ich ochrzcili, przy czym Frankowie wtedy mogli być jeszcze Arianami, ale kto by tam dociekał szczegółów). To właśnie tam grasowali Cyryl i Metody, to właśnie tam starocerkiewnosłowiański język, to właśnie tam jest duża część tego, na co powołują się turboMarsjanie – tam, a nie w Moskwie. Ponieważ o tym państwie, jego powstaniu i upadku wspominały podręczniki “O rządzeniu państwem” spisywane w Konstantynopolu, to z całą pewnością elita władzy u Piastów doskonale znała tę historię i doskonale wiedzieli, że to co tworzą, może zgasnąć jak zdmuchnięty płomień świecy. Bo wcześniej też tworzyli tam biznes (koło siódmego wieku) w kotlinie paniońskiej i dalej wzdłuż Sprewy i Soławy aż po Karyntię, gdzie mieszkali Karantianie – Słowianie alpejscy, nie jacyś tam przeciętni – lepsi niż dobrzy bo szwajcarscy, a terenami “Szwajcarii” rządził wtedy ich wódz Waluk – Słowianin, nie żałujmy sobie pretensji terytorialnych skoro Jerozolima jest stolicą jewrejów do dwóch tysięcy lat. “Państwo” Waluka było przykładem korporacji wprost – zarządcą (kanclerzem, premierem, wezyrem – wybierzcie sobie) był Frank Samon i prosperowało to świetnie, jak dobrze zorganizowany obóz koncentracyjny – szczególnie, że nie brakowało sprzymierzonych w postaci ich serba (i “naszego” też) Derwana (wodza Serbów Łużyckich), który w siódmym wieku nie dawał się Frankom (to oni mieli wtedy omawiany trójkąt wydobywczy – alemański), Turyngom, Sasom i Obodrytom. Nachlapane było po mapie tych państewek buforowych wiele. Pojawiały się i znikały. Na pogan wystarczyły, ale gdy państewek tych brakło, postpiastowskie państwo “polskie” zostało zdmuchnięte z mapy, a niedobitki zepchnięte do dawnego matecznika. Zresztą Zbigniew Oleśnicki w piętnastym wieku ogłosił Cyryla i Metodego patronami Polski albo Polaków, albo Polan – ciężko wyrozumieć, co autor miał na myśli z naszego punktu widzenia. Co prawda dzieliło ich coś z 550-600 lat, więc sobie mógł dowolne pierdoły wymyślać, z całym szacunkiem dla powagi urzędu, jak my o Krzyżakach. No ale ogłosił i z tego jest taki ferment, że Piastowie i Przemyślidzi byli kontynuatorami Mirmira, a nawet jakoś tam spowinowaceni (pewnie jak car Putin z Iskanderem – nie wypada wątpić, bo że car to nie da się podważyć, a resztę przemilczmy z grzeczności, bo niegrzeczni dostali bilet na Łubiankę, ale tylko w jedną stronę).
Z całą pewnością Przemyślidzi, Sobiesławice, Gryfici, Piastowie, Rurykowicze świetnie znali się na polityce, a nawet jakby czegoś nie wiedzieli, to mieli aparat KK, który służył za pocztę, bibliotekę i miał oficerów łącznikowych przy każdym władcy, choć i funkcjonariusze KK mieli swoje zapędy polityczne – bo nie wyskakiwali srokom spod ogona, tylko wywodzili się z rodów możnowładczych. Albo takie zakładali (z grzeczności nie pytamy, jak kapłani zakładali rody możnowładcze). Król w ówczesnym rozumieniu był władcą wyłącznie swoich poddanych i tych chronił i nad nimi stanowił prawo, ale był też władcą, a to co innego – władcą nad “narodami” – nad plemionami. Było to istotne, bo jeszcze w XVII wieku używane w tytulaturze. Był też gospodarzem na wybranych ziemiach, a wybranymi władał. Różnica pomiędzy gospodarzem a władcą ziem jest istotna, bo te pierwsze są jego własną własnością, a te drugie jedynie formą lenna. Bo lenno to było też jeszcze co innego i nie dotyczyło narzuceniu władzy nad “ludem” (plemieniem), czy nad ziemią, a narzuceniu swojej woli władcy i uczynienie z niego lennika. Z naszego dzisiejszego punktu widzenia może być to niezwykle pogmatwane, ale tak do dzisiaj działają nasze formy działalności gospodarczej w rozumieniu organizacyjnym.
Czym innym jest poddany mi leming, któremu mogę kazać dopuścić się czynu i mogę liczyć, że moje słowo jest prawem – i żeby nawet banda osłów podniosła nogę i wcisnęła przycisk zabraniając mojemu lemingowi takiego czynu, to leming raczej posłucha mnie niż ich i bez wahania podpisze, poświadczy, przysięgnie, przyjmie, wyda i jeszcze będzie głupa palił, że łun tylko wykonywał rozkazy. Rozkazy swojego pana feudalnego, bo dobrze jest mieć pana. Bo leming jest czym, a nie kim; natomiast kim innym jest lennik (mimo podobieństwa nazwy lennik do leming), który to co prawda też może się dopuścić co tam sobie uwidzę i to nawet z większym rozmachem, bo ma własne siły i środki, ale po dokonaniu własnego rozumowania, co on będzie miał w tym za interes. Tak samo bycie wodzem – władcą uorganizowanego politycznie etnosu – plemienia, lub – nie żałujmy sobie – nawet “narodu” pozwala na wykorzystanie eksploita w ich mempleksie do wydania im rozkazów, które wykonają bez oglądania się na powinowactwo z władcą. Przy czym w tytulaturze mimo użycia, to w rzeczywistości wyegzekwowanie takiego rozkazu jest dość złożone i nazywamy to rządzeniem. Jest jednak różnica pomiędzy plemieniem a narodem (i to już wtedy) i dotyczy ona sposobu uorganizowania politycznego oraz hierarchii będących w dyspozycji jako gotowych aparatów siły. Ba – jest nawet wyróżnienie narodowości, ale tym samym wyrazem co plemienia, z tym że pozwalało to na wyodrębnienie pochodzenia. Na przykład ktoś mógł być Wieletem po prostu – i słuchał się wtedy swojego wodza, który mógł być księciem zupełnie obcych ziem, ale z powodu dziedziczenia w hierarchii mógł być zstępnym władcy plemienia. Mógł ktoś być Wieletem poddanym innego księcia: był wtedy “z domu”, co oznaczało “z firmy”, “z rodu”, coś takiego jak przyjaciel domu dzisiaj, i wtedy słuchało się tego księcia a nie wodza, z tym że… rodziło to konflikty podległości w przypadku konfliktów władców – jeśli chcecie poczytać o takich rozterkach łańcuchów podległości, to chińskie i japońskie dramaty w ich kulturze teatru są często o tym konflikcie. U nas gładko zmieniano strony, bo pod sankcją żelaznych kleszczy pociągniętych ogniem i przystawionych do… no sami wiecie gdzie, kwestia “jesteś z nami czy z eunuchami” rozwiązywana jest natychmiast i bez szczególnych rozterek.
W strukturze protopaństwowej Piastów oprócz senioratu, własności, poddaństwa (dziedzicznego) i komendacji (nieczęstej) było jeszcze niewolnictwo patrymonialne (charakter niewolnictwa na “naszych” terenach miał nieco inny charakter niż na zachodzie, w Rzymie, w Grecji czy później w Brandenburgii albo Skandynawii) wykluczające przedmiot (niewolnika) spod sądów innych niż właściciela (sąd właściciela nad rzeczą), potem wykluczono chłopów pod sądy królewskie, bo z chłopami to nie wiadomo było co zrobić, według rozwiązania zachodniego władca feudalny dokonywał sądów na swoim terenie, u nas był to odpowiednik władzy starosty, ale immunizowane były na to dominia pomniejszych feudałów oraz ludzie wolni (ale nie ludzie luźni), kapłani i zakonnicy (oraz ich własność) i dlatego każdy dla rozstrzygania co pomniejszych i niecierpiących zwłoki sporów nosił przy boku tęgie prawo, żeby nikt mu nie czynił na lewo.

Tymczasem w Kijowie

Kijów jest niezwykle ciekawym przypadkiem występowania dwóch państw przez długi czas niekolidujących ze sobą na jednym terytorium. Ten luksus wynikał ze znalezienia dwóch źródeł zasilania opartych o zupełnie inną eksploatację etniczną. O ile dzisiaj nasz brodaty (obecnie) patriota-państwita Pan Grzegorz Braun psioczy na wybrany naród, że im się widzi obecność wyspowa i kontrola miast, o tyle w Poznaniu się przed tym Piastowie obronili dzięki Gryfitom (powiedzmy, że Szczecin) i Sobiesławicom (Gdańsk bez wątpienia – pirackie gniazdo tamtejszej chąsy). Skoro się obronili, to musieli zjawisko znać i jakaś nazwa zjawiska mogła być. I była, jego tłumaczenie angielskie jest o kant (“the kingdom of cities”, “the realm of towns”), ten wyraz to Garðaríki ze staronorskiego, co można fonetycznie spłaszczyć, aby objaśnić czytelnikom nieznającym akurat tego wybitnie popularnego dziś języka konkurującym o lepsze z fenickim, do gord riket (tak to by się mniej więcej czytało), gdzie fonetyczne gord (nie będę kłopotał pisownią i fonetyką oryginału, bo to samogłoska jakiej w naszej głośni nie ma) oznacza coś takiego jak ogród – ale w znaczeniu farmy – ale nie samej farmy i farmera, tylko czegoś takiego jak folwark. Z tym, że we wczesnym średniowieczu, na Rusi odpowiada to mniej więcej słowu город, a u nas gród, przy czym nie taki gród jak w Biskupinie, bo to było naście wieków przed Mieszkiem i Bolesławem; więc u nas ten gród to było coś takiego jak późniejszy folwark (zresztą dokładnie tak samo funkcjonowało od strony menadżerskiej) jako rozproszona działalność gospodarcza w terenie niekontestowanym napaścią zbrojną przez przeciwnika niszczącego środki produkcji (najwyżej z pretensjami do właściciela, albo bez obijania gruch rabom), a obronność w danym terenie zapewniały różnie budowane zależnie od okresu donżony, świątynie, monastery, a nawet kasztele jako centralne spichrze, magazyny, banki i oczywiście schronienia na wypadek W. Gród w tym rozumieniu nie był wydzielony z przestrzeni palisadą, ostrokołem czy jakim wałem – nie musiał, ale też takie wydzielone istniały i najczęściej uznajemy je za wczesne miasta. Chyba najbardziej monumentalnym przykładem takiego był skonstruowany metodą skrzyniową Kijów, gdzie od przekraczających bramę pobierano podatek w wysokości dwóch kamieni. Kamienie były na szaniec. Szaniec Kijowa to były konstrukcje skrzyniowe właśnie z bala wypełniane kamieniami. Był też podobnie skonstruowany Nowogród i Riazań. Przy czym rozumienie grodu jako “garyr” (fonetycznie) czyli ufortyfikowanego ostrokołem i palisadą wału ziemnego zróżnicowało się później, początkowo город, gród, gord dotyczyło zawartości gospodarczej obiektu. No a riket oznacza po ichniemu krainę, niby królestwo, ale nie takie z angielskiego jako domenę władaną przez króla, tylko z woli bożej jednolitą geograficznie krainę dającą się wydzielić jako riket.
Istniała więc obecność wyspowa takich kupców, co spuszczali baty jak się im umowa handlowa nie podobała, nie żałujmy sobie mapy:

Oni Gryfitów uważali za swoich, Brandenburczycy za swoich, “my” też się nie wypieramy, a na mapie widzimy z rozmachem strzeloną obecność wyspową, a głównie zakres przestrzeni rabowanej (na zielono). O ile nasza demografia była szczupła, to tych zbójów była jeszcze lichsza, a mimo to z rozmachem poniewierali ludy na mapie, instalowali się w miastach i byli znani ze swojego głównego zajęcia – vikingu – po “naszemu” chąsy. Mszczujom Sobiesławicom w Gdańsku jednak nie fikali i nawet nie wysuwają pretensji jakoby im się udało przez ujście Odry i Wisły przebić, mimo że pod nosem to mieli.
Ale do Kijowa się dopchali. I znaczna część rodów, jakie mamy z rozmachem po rzekach od dzisiejszego Petersburga po Gdańsk pochodzi niby od Ruryka (wszędzie był^^), a po Wielkiej Smucie Moskale sobie nie żałowali i zapisali, że car pochodził od Ruryka, Dżyngis Chana i Iskandera. Za to archirej parch jewrej (dla niezapoznanych z tym rosyjskim żartem objaśniam, że nie jesteśmy pierwszymi antysemitnikami bez własnej wiedzy i zgody; i jak ich niby Anglicy okupowali kompanią moskiewską, to tych niby Anglików wyzywali Moskale od Żydów, a archirej to jest najwyższy kapłan cerkwi – arcykapłan). Wiele gałęzi Rurykowiczów jest nieco pomieszanych z Chrobrym i Piastami i tam dość długo nie wiedzieli, czy oni w końcu są rodziną czy nie są, i czy samowładni są (i suwerenni w naszym dzisiejszym rozumieniu) czy nie. Dość długo mieli tam przejścia z Pieczyngami (akurat vikingowie rządzący Kijowem z Pieczyngami nie zadzierali, tylko sobie rzeczką grzecznie na Konstantynowpol pływali i tam łupili), o ile ludność tubylcza tamtej czerwonej Rusi aż po step z Pieczyngami darła koty, o tyle ich aparat przemocy pod wodzą wareską żadnego interesu w bicie biednych Pieczyngów nie miał, za to w wycieczkach do Konstantynopola jak najbardziej. Były to rozbieżne interesy elity władzy i “ludu”, które spowodowały że Kijów, mimo że wytworzył aparat możnowładczy (w tym książęcy) nie wytworzył nigdy państwowości w rozumieniu ówczesnym – monarchii, a takie przemiany następują na tyle powoli, że dziś dopiero na tym terytorium pojawiają się zręby organizacji feudalnej w formie rozbicia dzielnicowego.

Żarło, żarło

Z powyższego proponuję zauważyć, że różne rody rządzące Słowianami i czym się dało miały problem z wytworzeniem stabilnej struktury, ponieważ z prawa na lewo przetaczały się jakieś dzikie hordy, z takich ostatnich to Awarów i Madziarów, ale jeszcze później trzeba było prewencyjnie spuścić łomot Pieczyngom na południe od Kijowa, bo jak państwo już bez stałego dopływu “vikingów” zaczęło normalnieć i dynastia lokalna (spowinowacona z połową świata aż po Londyn, jak cała Ruś) została przymuszona do gospodarowania na swoim bez oparcia miasta o łupiestwo, to się okazało, że w plenerze jest jakiś pohaniec co ziemię marnuje i tam stada wypasa zamiast orać. Rzućmy jednak okiem na mapę – to, co tam sobie na mapie pozakreślali za Mieszka I, to był zakres deklarowanych na piśmie wpływów rodzinnych. Należy w ogóle zapomnieć o koncepcji państwa w kategoriach formalnych. To, co zebrał do kupy Mieszko, nie było skomunikowane strategicznie, nie dało się w tym systemie przesuwać sił, oznacza to że władza Mieszka wynikała z dobrej woli rodziny, czyli rodów książęcych poza Gopłem i Wartą. Kraków dla przykładu był “za”, a nawet miał w nosie, bo miał szlak na południe, był w rzeczywistości miastem-republiką możnowładców (miasta tak mają), do pobliskiej Częstochowy był skomunikowany tak jak dzisiaj – czyli byle jak, a do tego pociąg nie jeździł. Czerscy to z daleka pomachali, że są “za”, ale właściwie to “za Wisłą” i można im co najwyżej list w kierunku na przyszły Berdyczów wysłać. Czy były jakieś wieści z Gdańska, to nie bardzo wiadomo.
Jednak żeby wszyscy zainteresowani w ogóle kiwnęli palcem w bucie, że ZNOWU organizujemy jakieś “państwo”, co w tamtym wypadku oznaczało wytworzenie memplexu monarchii, struktury podległości i hierarchii zarządzania, to musiał jakiś powerpoint przedstawić Wielki Plan. Z dalszej historii wiemy, jaki to był plan i wiemy, że wszystkich ukontentował niezmiernie. Plan był następujący…

Plan korporacji Piast, z hipotetycznego wystąpienia CEO w przełożeniu na nasze pełnym żartem:

W oparciu o lokalną podaż ludności uorganizować spławność Warty na terenach od masywu Ślęży do Poznania i zapewnić ochronę terytorium produkcyjnego przy użyciu wojsk zdolnych do manewru i komunikacji wzdłuż rzeki, co odciąży ekonomicznie konieczność fortyfikowania grodów i tworzenia schronisk. Zapewnić komunikację z Krakowem i na bazie Krakowa stworzyć komunikację handlową do Czerska, dalej być może do Płocka, co zawinie tereny Warta-Wisła Gopłem, przynajmniej w kwestii korzystania z manewru siłami drużyn książęcych. Oprzeć się na produkcji żywności, środków transportu (wołów) i produktów wysoko przetworzonych z rud (cyny, miedzi, ołowiu, siarki, żelaza). Tu na pewno nomenklatura biła brawo.
Sprowadziliśmy specjalistów (zakonników) oraz ich aparat administracyjny (KK), którzy dostarczą nam lepiej zorganizowane know how, będziemy dokonywali flotacji urobku, zbudujemy wapienniki:


odlewać będziemy z brązu takie rylce (igły i narzędzia):

działające w cyklu trzydniowym i zapewniające nam wapno palone, zbudujemy piece szybowe i pozyskamy żelazo, miedź, cynę, ołów. Przepuścimy je przez świeżnie, aby oczyścić żelazo z węgla i siarki w miarę możliwości, miedź oddzielić od cyny i srebra, a już za kilkaset lat ołowiem oddzielimy jeszcze więcej srebra od miedzi. A już za tysiąc lat będziemy sobie obiecywać, że z tej miedzi poskręcamy silniki do elektryków. Wszystko Wam obiecamy. I tu też nomenklatura biła brawo.
Mój następca Bolesław postawi kuźnice przerabiające miękkie żelazo w stal, będziemy eksportować to:
i to:

i zapłacą nam wielkim mnóstwem tego:

(kaptorga pełna złota i srebra)
i takie bić będziemy:

i w 1025 roku obdarzy KK przywilejem wydobycia rud i Częstochowa będzie wielka, a Bolesław Krzywousty wyśle do Francji specjalistów od wyrobu żelaza i Francuzi przejmą chełmińskie prawo górnicze jak swoje własne, a w przyszłości może nawet widelce – nie traćmy nadziei, że się ta banda ucywilizuje. W czasie, gdy Francuzom zaniesiemy prawo górnicze, z Gdańska będą wypływać w 1408 roku takie transporty:

(to plaster miedzi z wraku statku zbudowanego w Elblągu lub Gdańsku w 1399 roku, zatonął w Zatoce Gdańskiej, przewoził miedź, smołę, żelazo w sztabach i rudę, cebulę, czosnek, drewno, wosk, dziegieć i na razie tyle udało się z zidentyfikować – w takim wagomiarze plastry miedzi schodziły wtedy z pieca): Miedziowiec z Zatoki Gdańskiej

Ale i po drugiej stronie łańcucha dostaw to i owo się znajduje: Odkrycie na dnie Bałtyku!

U schyłku tego interesu Stefan Batory uprawni wszystkich właścicieli ziemskich do wydobycia i przerobu żelaza, więc pół kraju będzie się nazywało “Kowalscy” i w tym błyskawicznym, pięciusetletnim planie (nie uwzględniając poślizgów) już na początku XVII wieku staniemy się potęgą tak straszliwą, że nawet samozwańczy cysorz od dwugłowej kuropticy z kremla w starożytnym mieście, które dopiero w XII wieku powstanie, zostanie przez naszych wielmożów posadzony na stolcu, a angielski majestat będą obsobaczać nasi posłowie jak kasztelan Paweł Działyński w sprawie sprawowania sądów kaperskich nad statkami z Gdańska do Hiszpanii oraz konieczności wypłaty ze skarbu angielskiego za straty przy tym zuchwalstwie poniesione. Bo zgodnie z prawem publicznym i prawem natury droga morska winna być dostępna dla wszystkich, a takie zachowania jakiś tam pokłóconych biedakrólów uderzają w interesy najważniejszej na świecie szlachty – polskiej. Która to szlachta dochód w brzęczących srebrnikach prosto z hiszpańskich kolonii ma wyłącznie z eksportu surowcowego, a konkretnie zboża. I poseł Paweł Działyński wyraził wobec majestatu Tudorów groźbę, że jeśli nie zastosują się do dezyderatu, to król Zygmunt będzie zmuszony podjąć takie kroki, za pomocą których znajdzie zadośćuczynienie (chodziło konkretnie o to, że w Gdańsku będą wydawane “letter of marque” na szwedzkie statki z kęsami żelaznymi do Anglii i raz dwa się w Gdańsku zbierze taka flota kaperska, jakiej świat nie widział, a Anglicy będą się bić z Hispzanami gołymi rękoma, bo żelaza nie będzie, a lasy właśnie kończą wycinać, więc nawet kija nie znajdą). A do tego może dojść do sojuszu polsko-austriacko-hiszpańskiego po konotacjach rodowych i ślad na mapie po Anglii nie zostanie. I się Elżbieta wściekła – wredny rudy babsztyl. Ponieważ absolutyzm taką ma przywarę, że jeśli rozsierdzi się Stalin, to i każdy rusek jest w nerwach, to i wtedy w teatrze puszczono paszkwila na polskiego króla, poseł polski interweniował, autor paszkiwla trafił do Tower, a teatry w całym państwie na kilka miesięcy zamknięto. Z tym, że kupcy gdańscy otrzymali przywileje handlowania bez względu na działania wojenne, a do Polski popłynął poseł George Cawer, aby wytłumaczyć się z niesubordynacji, jakiej dopuszczono się w Lądku. Czwartego sierpnia 1597 roku tak wyglądała polityka zagraniczna państwa produkującego tyle stali, że aż trzeba było żelazo i węgiel drzewny do kraju importować, bo własnego nie stało. Tutaj zapewne nie tylko publika tego hipotetycznego wystąpienia szalała, ale i czytelnikom dozwala się na patriotyczne uniesienia, a jeśli jeszcze się nie rozkręcili to już w 1598, w nocy z 30 na 31 sierpnia Samuel Łaski z wesołą kompanią zajął Sztokholm (taka piracka dziura zabita dechami na wyspach przed zatoką botnicką), ale nawet jakby nie zajął to tam było jeszcze za plecami osiem tysięcy żołnierzy dowiezionych z Gdańska do Kalmaru i już oni to by zajęli bez takich ceregieli jak zdobywanie ratusza. Pozostaje się tylko napić koniaku i popsuć kalendarz kilkanaście lat później. W 1655 pozostaje tylko to żółte na południe od Krakowa na mapie:

I historia państwowości i przemysłu się kończy w huku dział.

Ale do tego czasu trzeba było rozwiązać cztery problemy, jakie miała ta fabryka dla zmyłki nazywana wczesnofeudalną monarchią piastowską. Pierwszy z nich to były kanały zbytu przy rozruchu, o detalach technicznych wspomnę w “transporcie”, a o problemach rozwiązywalnych ogniem i żelazem już teraz. Otóż Wisła w XI wieku nie nadawała się zupełnie na potrzeby produkcyjne, było daleko do złóż, ludzi nad rzeką było mało, wschodni brzeg bez podejść, ale Warta, jeśli wspomnimy o wyższym poziomie wody, to aż do bagien nadodrzańskich była wyśmienita. Na potrzeby wewnętrzne była wyśmienita, ale trzeba było jakoś z tej rzeki wyjść na morze bez opłat za przychylność, a Gryfici mieli swoje problemy z Brandenburczykami, jeśli więc prześledzicie animacje mapy “Polski” na przestrzeni dziejów to jest to uparte wybijanie sobie przejścia kanałami rzecznymi do rynków nad morzem Czarnym, uparte zdobywanie Kijowa, uparte darcie kotów z Pieczyngami, później z Mołdawią i próba kontrolowania tych szlaków przy lichej, wielkopolskiej i małopolskiej demografii, przy całkowitym braku ludności lokalnej z powodu zasysania przez ludy koczownicze homo sapiensa na niewolnika do kopalń w całej Azji.
O ile ten problem jakąś tam stałą podażą tęgiej lagi udawało się podtrzymać, o tyle już w XIII wieku takie wydobycie żelaza jak za “Piasta” było zbyt niskie na potrzeby produkcji, a w XV wieku trzeba było ręcznie wyjaśnić Krzyżakom, co i jak ma być ze sprowadzaniem prawie dwukilogramowych kęsów żelaza ze Szwecji, bo nasi drodzy goście okazywali się nazbyt drodzy. To żelazo sprowadzaliśmy, ponieważ Szwedzi jeszcze wtedy nie potrafili konstruować wystarczająco wydajnych kuźnic i sprzedawać stali. Co tam sobie potrzebowali to wydłubali, ale produkcja stali w Szwecji szła na tę samą główną potrzebę co w Polsce – na produkcję narzędzi górniczych (zaraz dojdziemy, dlaczego). Eksportowano tylko nadwyżkę w postaci żelaza. I tak przez kilka wieków, zanim Szwedzi nie poszli na viking jak sovieci i nie zorganizowali sobie przemysłu z jumy. Był też jakiś import z terenów dzisiejszej Białorusi (Brześcia), krwawniki po Świętokrzyskim zbierano, ale Chrobry starał się rozwiązać oprócz problemu pierwszego – wyjścia, jeszcze dwa kolejne. Po pierwsze wyprawił się na Alemanów (Niemce wymyślili sobie, że są Germańcami wtedy, kiedy “nasi” wymyślili sobie, że są Sarmatami bo ktoś wykopał tę mapę Ptolemeusza:

i się zaczęło fantazjowanie, tylko nie należy mieszać do tego der tugenhafte Sarmate, bo to osiemnastowieczna, niemiecka loża wolnomularska dla tubylców prowadzona przez Augusta Fryderyka Moszyńskiego).
Do Alemanów wyprawił się właśnie na zagłębie wydobywcze, bo tam Sprewą niby dało się prowadzić transport, ale tutaj należy wylać sobie kubeł lodu lekko skropiony wodą na otrzeźwienie – te całe siły operacyjne, które Chrobry był zdolny przerzucać (wszak był koronowanym królem) poza zasięg komunikacyjny Warty na obszarze Częstochowa-Poznań; te całe siły to było raptem trzystu chłopa plus jakieś wynajęte na miejscu siły sprzedajne (jak Pieczyngowie pod Kijowem). Owszem, było to trzystu chłopa kawalerii, uzbrojonych po zęby i zawodowo tłukących garnki, można tym co zdobyć, ale nie utrzymać. Za kilka wieków Napoleon będzie na takie coś wołać szwadron i posyłać na zwiady do penetrowania Somosierry. Chrobry więc to i owo zdobył, ale nie utrzymał, ujawniła się bardzo problematyczna sprawa, która doprowadziła ten interes kilka razy do upadku, z tym problemem trudzi się codziennie każda nasza święta matka korporacja. Mimo że matka to jednak nie urodzi i problemu demograficznego nie rozwiąże, a ekspansja terytorialna wiąże się z tym, że gdy w okolicy nie ma trójkątów o ciśnieniu napierającym na nas to zapewne dlatego, że nasz trójkąt sam na nic nie napiera, i o ile w porównaniu do mikropaństewek plemiennych niezdolnych do kooptowania sigm w jakikolwiek aparat, uzbrojona w Kościół dynastia Piastów mogła sobie na mapie wbijać chorągiewki do woli, to nie miała wewnętrznego ciśnienia demograficznego do tej ekspansji, a ze względu na szczupłość demograficzną zachodu po upadku cesarstwa, tam nie było kogo zhołdować do tego stopnia, że Sasi, a później vikingowie nie bardzo mieli kogo rabować, za co z pewnością klęli w żywy kamień musząc żeglować po łupy aż do Maroka i zajmując Sycylię oraz południową Italię tworząc tamtejsze, nowoczesne na ówczesne czasy rycerstwo normańskie ze śmiałym zamysłem przyszłych wypraw krzyżowych, gdzie książę regent Antiochii, Renald z Châtillon będzie przypadkowo rudy (jak na “Gala” przystało^^) i złupi Cypr, bo co prawda niewierni są godni wszelkiego potępienia, ale bracia chrześcijanie są zamożni, co do łupienia wielce predestynuje. Ale tutaj nie będziemy się pchali z tą historią, bo wyjdzie kilka nieprzyzwoitości handlowych, o jakie wysuwali pretensje przeróżni wrogowie postępu pragnący wysłać na Piastów krucjatę, z tej tylko błahostki, że armia Saladyna miała między innymi żelazo wypukłociągnione identyczne z tym jakie produkowano nad Wartą. No szczyt bezczelności stawiać zarzuty eksporterowi produktów wysokoprzetworzonych do czynienia krzywdy bliźniemu, że się nim jacyś tam dzicy na końcu świata krzywdzą. By się tam rudobrodzi nie pchali, to by nikt w nich żelaza nie wbijał. Zachowało się nieco monet z arabskimi napisami, ale nie ma o co kruszyć kopii – no każdemu może się zdarzyć, że zarobi se. No taka była piastowska koncepcja. Oj tam, oj tam – do dziś trzymają te “zajordańskie” eksponaty po muzeach, że to wyroby muzułmańskie, i kto by się archeologów w przyszłości czepiał, że ulubioną bronią jankeskich stróżów prawa był ich rodzimy AK47?
Co prawda Chrobry starał się rozwiązać problem wejścia, czyli dostaw żelaza nad Wartę, ale tyle co na Rusi zwojował, a tam z powodu najazdów koczowników nie było komu organizować rolnictwa, a co dopiero w ryli na eksport się bawić. Kilka wieków rządów wareskich zaniedbały tam zupełnie obronność przeciwko koczownikom (vikingów nikt przytomny nie porywał, bo to jak napadać na sklep z bronią) więc nie było tam ludności i ten stan nie poprawił się, aż do zajęcia terenów przez Kozaków i ich powolnego przeobrażenia w lud udający niekoczowniczy. Te same problemy trapiły każdą państwowość powołującą się na tradycję piastowską i białą kuropticę na czerwonym jako logo biznesu. Zdobywanie wyjść dla eksportu, zdobywanie wejść, budowa Gdyni w desperacji, poprawianie spławności (wszyscy brużdżą – wszyscy są wrogami) i demografia. Jakbyście z dzisiejszymi problemami polskiej przedsiębiorczości wystąpili z powerpointem tysiąc lat temu w Gnieźnie, to by tylko pokiwali głowami, że rozumieją i też nad tym myślą. I tysiąc lat nic nie wymyślili. A wtedy jeszcze nie było ciśnienia z innych trójkątów na bokach, teraz już jest i to takie, że czasem można się tylko w Lądku skryć z interesem na uchodźstwie.
Problem demograficzny z X i XI wieku, a zapewne i wcześniej był rozwiązywany, na co są dowody z pochówkiem w Bodzi, że importowano siły specjalne i wysokiej mobilności. Co prawda niektórzy wysnuwają z tego wniosek, że elita władzy Piastów była też importowana tak jak Rurykowicze, ale trzeba pamiętać, że Piastowie importowali KK i organizację monarchii, czyli jakiejś tam już państwowości w formie instytucji. Vikingowie idei państwa nigdy nie wymyślili, nie była i nie jest im do niczego potrzebna, oni myślą innymi kategoriami, ekskluzywnymi a nie inkluzywnymi, państwo uważają za wrogą, złodziejską zmowę; dzielą się co najwyżej na plemiona lub terytorialnie, zależnie o co chcą się pokłócić, a całe to nowoczesne państwo narodowe jakie tam mają w kilku wydaniach regionalnych to jest import z Francji razem z elitami. Obecne rody panujące Danii, Szwecji i Norwegii wywodzą się od francuskich Bernadotte. Nie mogli więc vikingowie przelicytować Piastów organizacyjnie i niczego sensowniejszego zaproponować, zresztą Wisła i Odra prowadzą donikąd. Przynajmniej u zarania państwowości Piastów prowadziły donikąd, bo gdy instytucja dojrzała do upadku, to okazało się, że obie prowadzą do skarbów nieprzebranych. Jak zwróciłem uwagę w tekście, ludy Północy posługiwały się giełdą jeszcze w czasach, kiedy nie posługiwały się pałeczkami, Ci ludzie myślą kategoriami jakie są na giełdach, nie notuje tam się państw tylko firmy. Viking niezależnie od tego, jakiej przypadkowej narodowości by się urodził z tego zbójeckiego plemienia, organizuje się w takie państwa jak Volvo, Scania, Skanska, Electrolux.

Forge
This Cimmerians…
they do not pray.
This is their church.
This is what they worship!

Ale takie teorie skandynawskie dotyczyły też białoruskiego Rogowołda. Co jednak nie zmienia faktu kooptacji do rodu Skandynawów przez Piastów i Przemyślidów. Zapewne miało to jakiś wydźwięk militarny, bo jeśli Chrobry mógł zebrać na dłuższą wyprawę tylu konnych co Leonidas pieszych, to przez piętnaście wieków gospodarka poszła do przodu, bo można było wyprawić się konno. Z tym, że córka Mieszka – Świętosława – wyszła za Sigridda Storadda i w prezencie dostała relikwiarz:

I zdechło

Problem demograficzny wykończył samych Piastów, po prostu brakło ich do obsadzania korporacji i wszystkich stanowisk, interes co prawda kwitł, ale nie był już dominująco piastowski – było zbyt wiele czynności obsługowych do wykonania, KK też co mógł zrobił i trzeba było to nieco inaczej zorganizować, zresztą samo się tak już organizowało, ponieważ wszyscy chcieli w tej korporacji pracować, a ci co nie chcieli to poszli na siłownik do transportu. Krzywousty spisał testament jaki spisał, dzieląc departamenty produkcji po dzielnicach władztwa. Samej idei produkcji to nie ruszało, ale ze względu na opór materii jaką napotkał Chrobry, zaczęto wysycać ekspansją wszystko aż po Drohiczyn, co utworzyło – z przyczyn geograficznych o jakich w “transporcie” – dzisiejszą Polskę B. Ten kanał transportowy żelaza co prawda dostarczał żelazo, ale nie nad Wartę tylko nad Wisłę, więc znaczenia nabrali możnowładcy krakowscy, tamtejszy arcybiskup i tam zaczęto przenosić część wyższego zarządu piastowskiego biznesu. W przeciągu stu lat, do rządów Leszka Białego (którego regentami był Gryffita i wspomniany już Pełka – biskup) nie dawało się utrzymać władzy formalnej, Leszek Biały tylko dlatego został księciem krakowskim, ponieważ buntownicy przepędzili Mieszka III Starego, ale ten dogadał się z plemieniem Ślężan, konkretnie z beztytularnym “panem” Opola, później biskupem tamże z układami w Kijowie, co komplikowało sprawę, co groziło zablokowaniem dostaw do Poznania przez bardzo istotny trapez transportowy Krosno, Lubusz, Cedynia, Santok, Międzyrzecz. A Mieszko III Stary wsparł poznańskich wielmożów w pacyfikacji Serbów nad Łabą. W całym tym tyglu mieszali nawet Arpadzi (władcy Madziarów) koligacący się z rodami książęcymi aż po Nowogród, Kijów i Smoleńsk, Brandenburczycy. A jeszcze Mongołowie najechali Ruś. I po zamordowaniu Leszka Białego zrobił się klimat na wojnę domową, a jego syn kończy małopolską linię Piastów dotrzymując ślubów czystości. No zdarzają się i takie przypadki. Wynika z tego problem z uznawaniem monarchy noszącego koronę polan? polską? Polaków? Piastów? Na całe szczęście nie Popielidów, to chociaż dobrze, że tyle wiemy. Ale bałagan jest w całej okolicy, Gryfici się raz brandenburzą (nie mogli się germanizować, bo Dojcze nazwą się germanami dopiero za kilka stuleci, jak się do map Ptolemeusza dokopią), raz znowu są Piastami, kumają się z rodem gdańskim, sprzymierzają z Ranami (XIII wiek, a tu pogańskie plemię Ranów grasuje, jakby mieli jaką Jerozolimę to by można ich nawracać, a tak to sobie ich przeczekano), na bagnach wokół Kopienicy czają się Obodryci, człowiek się cieszy jak w lesie wilka widzi, bo wie że chociaż obrabowany nie będzie. W Gdańsku też nie bardzo wiedzą z jakiej strony wiatr wieje, od Nowogrodu po Riazań zadyma z Mongołami, Ruś kijowska rozjechana, Biała płonie i są problemy z dostawami żelaza, Rurykowicze znikąd nie widzą ratunku. A to dopiero zwiad. Obra, Warta i Noteć stają się jedynymi szlakami komunikacyjnymi domeny, a cała “Polska” składa się z księstw kaliskiego, poznańskiego, gnieźnieńskiego i kujawskiego. Kraków ląduje za granicą. Dostawy z Rusi Białej zostają odcięte. Z tym, że Dżyngis Chan był czasami uważany na zachodzie za władcę bijącego muzułmanów, więc władcę chrześcijańskiego i to nie bezpodstawnie:

Część Mongołów była Chińczykami wyznania nestoriańskiego, to taka herezja z piątego wieku, ale bardzo ekspansywna. Świat już był schrystianizowany, aż do gór dzisiaj zamieszkałych przez Kima z czerwonym guzikiem na biurku. A nad Tygrysem i Eufratem w nic innego poza Panem Naszym Jezusem Chrystusem nie wierzono:


a z chrześcijaństwa na Islam jeden krok.

Państwa nie było! Okres dzielnicowy był więc czasem gwałtownego rozwoju gospodarczego. I do tego doszło do przemian społecznych. Bardzo istotnych, bo nie było wtedy szkół zarządzania. Przedsiębiorczością i organizacją życia zajmowali się wtedy starsi i podstarzali rycerze, młodzi jechali się otrzaskać na wojnie, a starsi osiadali na grodzie (czyli na czymś, co możemy nazwać farmą, folwarkiem, z pewnymi delikatnymi cechami ufortyfikowania). Łatwo było rozróżnić kto jest kim, ponieważ tych młodszych co wojują nazywano rycerzami (niby trochę z niemieckiego, a niby trochę po swojemu), a tych co już z powodu wieku nie wojują i osiedli, szlachtą. To nazewnictwo zmieniło charakter dopiero w XVII wieku, kiedy państwo zniknęło z mapy po soviecku, a nie tak delikatnie przez nieporozumienia. Należy to właśnie podkreślić – bardzo delikatnie się państwowość Piastów ulotniła z mapy i zaczęła odtwarzać moce produkcyjne i demografię, bo skoro Chrobry mógł zabrać trzystu komandosów na daleką wycieczkę, to rozsądnie jest przyjąć, że wewnątrz kraju skala konfliktów zbrojnych i wielkich bitew była rozmiarów ustawki przy stadionie i to bez udziału zomo. I taka też była, rody biorące udział w bitwach dawało się spisać, a i nie inaczej było po rozpadzie heptarchii angielskiej, bo gdy już sobie wszystko uporządkowali pod Hastings i w wojnach feudałów zrobiło się mniej międzynarodowo (rudobrodzi pojechali kopać się najpierw o Italię, a później o Jerozolimę), to i nagle śmiertelność spadła, często osiągając kilka ofiar w czasie kilkuletniej “wojny”. Zadymy w kraju były więc symboliczne, do tego projekcja siły z powodu rozdrobnienia niemożliwa, a jeszcze do tego wszyscy (nawet kronikarze obcy) byli przekonani, że Regnum Poloniae istnieje tylko chwilowo się dogadują kto ma nosić koronę, o takie coś jak obecne klecenie niemieckiego rządu. Natomiast za Poloniae uważali się powszechnie ludzie możni nawet plemienności obcej, dodawali z jakiego są plemienia (choćby i Obodrytum), ale jak najbardziej Poloniae, i nawet kiedy ostatni z Sobiesławiców umierał, to przekazał mimo lichego powinowactwa książęcą właść nad Gdańskiem wielkopolskiemu Piastowi – układ w Kępnie. Jednak inni Sobiesławicowie, Racibor zmarł na Rodos u Krzyżaków, Sambor II co prawda u siebie, ale obaj nie mieli synów i przekazali księstwa tczewskie, białogardzkie i lubiszewskie Krzyżakom. Wynikł z tego później poważny problem, ale w końcu do Teutonów dotarło, że te sprawy spadkowe to tak dla żartu były, a do powąchania jest żelazo. Bo sąd sądem, ale produkcja stali po naszej stronie i ta nad papierem zawsze wygrywa w kamień, papier, nożyce.
Brak państwa jednak pomógł złapać gospodarczy oddech i Przemysł II miał co konsolidować, przywrócić białą kuropticę na czerwone pole i było co przekazać Łokietkowi do rządzenia. Co prawda mikre to i okrojone było, ale można było zacząć od nowa przebijanie wyjść i tworzenie zaopatrzenia.