Kto wypił wodę z rzeki – część 3

Transport

Żeby działał handel potrzebny jest transport – im tańszy, tym lepszy. Najtańszy jaki mamy od czasu spławienia pierwszego pnia drzewa to transport wodny. Dość bezpieczny rzekami, jeziorami, nieco mniej morzami i pełnymi morskich stworów oceanami. Z siecią transportu wodnego w Polsce jednak stało się coś niedobrego i dlatego możliwość odtworzenia ekonomicznych podstaw funkcjonowania handlu na terenie Polski jest iluzoryczna. Oczywiście możemy zwalać na jankeskiego Rejtana, że rozgonił pomysł budowy kanału, ale poziom wód jest jaki jest. A był inny. Nasza geografia się zmieniła. Inna była geografia imperium, inna drożność szlaków handlowych.

Czytasz trzecią część artykułu. Jeśli jeszcze nie znasz części pierwszej i drugiej, to polecamy lekturę.

To jest najciekawsze zagadnienie, bo transport rzeczny decydował o istnieniu skonsolidowanej projekcji siły oraz zdolności manewrowej i zaopatrzeniowej wojsk w jej biegu. I to aż do końca, w huku dowiezionych tymi rzekami heretyckich dział. Transport rzekami aż do XIX wieku był organizowany przy użyciu orczyków. W Polsce do napędu używano wołu, co pozwalało ciągnąć Wartą barki załadowane rudą, węglem, solą, barwnikami, produktami żelaznymi – wszystko w beczkach. Albo wojskiem – to wyjątkowo nie w beczkach. Aby woły mogły ciągnąć łódź, to muszą mieć wzdłuż rzeki ścieżkę – a to znaczy, że brzeg musi być umocniony, a kanał oczyszczony z przeszkód. Woły muszą popasać, trzeba je wymieniać, czyli w borach muszą być polany, na polanach Polanie, piękne panie, miód i sól do śledzia. Do tego musi być jak to załadować i rozładować, więc brody nie mogą być płytkie, a mosty musi dać się zdemontować aby puścić cargo. Często w rzekach są znajdowane pale o rozstawie od osiemdziesięciu centymetrów do metr dwadzieścia – takiej szerokości budowano drewniane “mosty”: nie jest to wąsko, w warsztacie zbudowałem takiej szerokości piętro nad tokarką i po położeniu na nie palet można sobie spokojnie po tym chodzić, tylko nie wiem czy można po tym konia przeprowadzić, ale znajomy kułak nie chce mi dać konia nawet jak nie wspominam o załadowaniu go widlakiem bez przymuszania do wchodzenia po drabinie. Same wołki oczywiście tego nie ciągnęły, aż po Nowogród było tak realizowane niewolnictwo i kary dla niezdolnych zapłacić w grzywnach i nawiązkach, co się przyjęło jako nazewnictwo kar finansowych. Oczywiście węgiel drzewny produkowano na całym obszarze kraju, trzeba było go dostarczać koszami nad rzeki i tam dalej spławiać, bez szlachty nie istniałby racjonalny system rozliczeniowy oraz zorganizowana produkcja wsi służebnych. Aparat feudalny na zachodzie nie potrafił tego zorganizować na takim poziomie, ale to dlatego że z powodu źródeł władzy – najazdu była przepaść etniczna, językowa i kulturowa pomiędzy aparatem przemocy a tubylcami, co na to pracowali co wykluczało mezalianse i uszlachcanie, jakie opisał nam ku pamięci Trepka.

Wróćmy jednak do transportu – otóż w górę rzeki trzeba ciągnąć wołami, ale w dół, czy w Polsce wschodnim brzegiem też czasem trzeba pociągnąć jak gdzieś na łasze stanie, albo na czym zatopionym. Czyli ruch wołków jest absolutnie konieczny w obie strony, zanurzenie łodzi nie może być ponad stan wody, a jeśli policzymy że z dwumetrowego pieca (takiej zaawansowanej dymarki gwiaździstej) schodzi nam ze ćwierć tony surowego żelaza o wysokim nawęgleniu w kawałkach od pół do dwóch kilogramów, i to trzeba przetransportować nad jaką bystrą rzeczkę napędzającą kuźnicę, załadować, rozładować, i potem wozić się z tym do następnej kuźnicy, załadować, rozładować, i robić detale żelazne, albo przerabiać dopiero na stal, to żeby nie wiem jak kombinować z dystrybucją mocy mając kuźnice w XII wieku Bobolicach, Koziegłowach, Olsztynie i szlak komunikacyjny na Warcie trzeba się ostro nagimnastykować. Na koniec XIV wieku Paulini wokół Częstochowy nastawiali kuźnic w dziesiątki, a to tylko w jednym ośrodku. Ze źródeł wiemy, że kuźnica przerabiała od 500 do mniej niż tysiąca wozów żelaza rocznie, czyli coś pomiędzy sto a dwieście ton, z czego w toku dalszej produkcji (stratnej) większość była odpadem, a produkt to było około 1/4 masy dostarczonej stali (a tu mówimy o żelazie). Przy czym marginalna zupełnie produkcja uzbrojenia ciągnionego na eksport pożerała taką produkcję jednej kuźnicy od razu, narzędzi górniczych robiono tonażowo znacznie więcej (dominowały w produkcji), a jeszcze była produkcja okuć, gwoździ, podków (transport), a przecież i pancerzy i drutu. Gdzieś koło XIV wieku udaje się zastąpić stal wypukłociągnioną płaskociągnioną, a potem wklęsłociągnioną pod koniec XV wieku i później ciągnieniem bruzdowanym. Ile tego stało wokół samej Częstochowy (obszar rudonośny) to trudno policzyć.
Z Wisłą jest jednak pewne utrapienie – wschodni brzeg jest mało dostępny, żadna racjonalna produkcja lin nie rozwiązywała tego problemu, tak jak dawało się to zrobić na Dnieprze i Dunaju. Wisła była po prostu zbyt niedostępna od wschodu, zbyt piaszczysta, zbyt zabagniona, miała zbyt wiele starorzeczy, była problematyczna. Oczywiście coś tam gospodarowano, wszak Jazdów (dzisiejszy Ujazdów), skąd rządzili mazowieccy książęta zbudowano, do Płocka od biedy było to skomunikowane, na południu w ciągu pięciu wieków udało się wygospodarować połączenie z Krakowem i jaki flis na tej rzece, ale transport w górę rzeki był zdecydowanie mniejszy niż na Warcie, dopóki poziom wód nie zaczął spadać w dzisiejszym kierunku, ale wtedy to już było dawno po “państwie” – interes zamknięto. Jeszcze coś tam za PRL-u knuli kumotrzy, ale umiłowani bracia sovieccy na każdą wzmiankę, że my sobie tak dla sportu tylko trochę stali naprodukujemy, odrestaurujemy szlaki komunikacyjne, mosty pobudujemy, dostawali spazmów i łapali słuchawkę telefonu do Moskwy aby zdać sprawę z tego, że Lachy znowu chcą się zbroić i nic innego im w głowach. Nawet jak dali “naszym” licencję na czołgi to się okazało, że są lepsze od oryginałów – no jakiś taki zapał i zacięcie jest do żelaza na tych terenach, tak jakby w PGZ duchy straszyły, że tę białą kuropticę to na produkcji żelaza ustanowiono i jak produkcja szła, to to nie żadna wypchana kuroptica była, a najprawdziwszy w świecie orzeł z dziobem i szponami, co się rozpychał bez opamiętania i na czerwono świat pod sobą pomalował. Wisła jednak nie zdążyła być osią państwowości Piastów, a kiedy już dało się Wisłę regulować, to z Warty żadnego pożytku nie było, a nad Odrą komuś się zwidziała Germania, a tu bez kozery Sarmacja. Czyżby wojna informacyjna o wynarodowienie w okresie tworzenia nowożytnych absolutyzmów?

Były chodniki!

A państwa nie było. I straż pożarna też funkcjonowała, a co do wojskowości to wątpliwości chyba nie ma? Nie było również bezcennego państwa ze stolicą w Jerozolimie, nie było go od prawie tysiąca lat i przez prawie tysiąc następnych się nie pojawi. Objawia to wszechogarniające przewagi starszych i niby mądrzejszych, co nie potrafili się politycznie zorganizować na nic poważnego przez dwa tysiące lat, kiedy w głuchych borach wiece wiarę rabbiego Joshui przyjmowały. Trzeba wykazać się wybitnym talentem politycznym, aby przez tak długi okres nie wygenerować sobie jakiejkolwiek struktury z wkopanym bunkrem przy jakiej życiodajnej rzece – o większych jełopów po prostu trudno na planecie i między Papuasami trzeba by było szukać podobnych geniuszy. Dlatego biada tym, co sobie takich za umiłowanych przywódców obwołują, albo z takimi geniuszami polityki w układy wchodzą.
Chodniki konstruowano w podcieniach domów (jak na “dzikim zachodzie”) i pomiędzy budynkami, wynikało to z prozaicznej potrzeby nie umoczenia się w błocie po byle deszczu i naprawdę – nie trzeba było do tego Kapitana Państwo – ludzie sami, dobrowolnie i bez kija sobie te chodniki sami strugali. Z tym, że Kapitan nie pilnował też lasu – las wszak stworzył Bóg dla ludzkiej wczasy, a jakieś tam pitolenie, że to posadzili Prusaki czy inne Karaluchy to oczywiście przesądy.


Państwo pod białą kuropticą udało się Piastom scalić, ale od biedy można stwierdzić, że Łokietek coś tam sklecił – lepiej widać się nie dało. Znamienne, że pochodzenie miał z Kujaw i Opola, to dość istotne, że z Opola była matka, ponieważ to był poważny ośrodek przemysłowy, a najistotniejsze jest to, że był na swoich terenach panem i dziedzicem – Dominus et Heres – właściciel i dziedzic. Czyli mógł sobie zdecydować, komu to przekaże w całości razem z koroną. Wcześniej był problem z konsolidacją i były draki w zarządzie. Ale szlachta się już obyła, naprodukowała żelaza i szukała komu by tu teraz łomot spuścić, dlatego potrzebowała króla, bo żeby łomot komuś spuszczać samodzielnie to wymyślą Poznaniacy dopiero z okazji Dymitriad. Choć warto nadmienić, że Łokietek nie działał w próżni a Wstydliwy – ostatni z małopolskich Piastów – rozpędzał się na odtworzenie struktury wielkomorawskiej i z Czechami działał (też Piastowie i też Przemyślidzi, to z powodu gór zbyt wysokich nie było scalone w jeden organizm – brakło komunikacji strategicznej, bo wola polityczna była wielokrotnie), a do tego jeszcze książęta samowładnie mieszali posługując się Litwinami. No i byli jeszcze teutońscy goście z Rodos – Krzyżacy. Z tą małopolską to był wielki problem, bo co prawda Piastowie rządzili Sandomierzem, ale korona polska należała do księcia krakowskiego, a tym akurat przypadkiem był jakiś czas Wacław II z Przemyślidów. Oni co prawda byli z Piastami skoligaceni i potem jeszcze rządzili Gdańskiem, więc był to wesoły przekładaniec, ale możnowładcy i szlachta nie widzieli w tym problemu i czeskiego Wacława z polską koroną traktowali jako zupełnie legalnego prezesa firmy. Co z tego że nie Piasta? W Cieszynie, Raciborzu i Opolu nikomu nawet do głowy nie przyszło, że to jakaś przeszkoda. Co prawda brano się za łby, ale rezultaty tych waśni były takie, że się później żeniono w takich układach, w jakich się prano – wymieniano tu siostrę, tam brata i Przemyślidzi z Piastami byli skoligaceni mocno, a nawet bardziej. I wtedy właśnie rozkręciły się igrzyska i poleciał chleb: spór władców, którzy mogli sobie z powodu geografii co najwyżej napisać oczekiwania na ośle, albo wysikać w śniegu oraz zupełnie niekontestująca ich ludność gotowa pracować, byle jej kto nie przeszkadzał, doprowadziły do sytuacji, w której trzeba było zassać jakiej siły z dołu, żeby komuś się chciało co dla władcy wywojować. No ale tak za darmo nic nie ma – zaczęło się rozdawanie przywilejów, tak delikatnie w Litomyślu, a potem to jak już wiemy poszło z górki i na końcu król był kwiatkiem do kożucha. Ale wracając do sytuacji zaraz po przywilejach z Litomyśla to wyszło, że Łokietek jest lennikiem Wacława i wypadałoby, żeby złożył hołd – nie złożył, dostał szlaban na wizyty w kraju, a Czechy sięgnęły Gdańska. Niby papież Bonifacy coś tam fochy strzelał na to królowanie Wacława nad Polską, ale nikt się tym specjalnie nie przejmował, bo Bonifacy miał mało dywizji, a KK w Polsce też miał całą sprawę w poważaniu, bo przepychanki książąt póki nie dewastowali gospodarki to były dyskusje na temat długości. Ale Piastowie się zaczęli powoli Niemczyć i Przemyślidzi też. Wacław, dla podpięcia lepszych kwitów pod koronę polską, ożenił się z córką Przemysła II (tego od kuropticy białej w polu czerwonym) Ryksą Elżbietą Przemysławówną. Jeśli Was tknęło co to jest za imię Ryksa to słusznie – miała je po matce, księżnej wielkopolskiej (została nią korespondencyjnie), córce szwedzkiego króla i duńskiej księżniczki z rodu Folkungów. Wacław rozpychał się wielkomorawsko i bez żadnych hamulców, sięgnął po koronę węgierską, a to już była poważna awantura z papiestwem i Bonifacy tam akurat to miał “kilka dywizji” do podesłania. Madziarzy mieli wtedy (przełom XIII i XIV wieku) sejm i sobie wiecowali kto może królem zostać, a kto nie może i im Przemyślida bardzo pasował. Ale jak poszedł w ślady Chrobrego i mu się uwidziała Saksonia, to z tworzonego superpaństwa szybko sprawa zeszła do upadku Przemyślidów, którzy jeden po drugim (ojciec i syn) zmarli w przeciągu roku, jeden niby na gruźlicę, a syn to zapewne na politykę. I skończyło się budowanie słowiańskich superpaństw z urzędowym językiem niemieckim i kolonizowanie Niemców. W tym czasie były miniwojny u Ślężan, warto zainteresować się mapami do historii Henryka III Głogowskiego.

Natomiast co do czeskiego superwładcy, to stworzył on w Polsce porządek jurydyczny oparty o starostów (wprowadził ten urząd), co zauważalnie dla ówczesnych uporządkowało sytuację z bandytyzmem w kraju. A po tym okupacyjnym kopie na rozpęd od razu wszyscy możni zaczęli knuć, że następnym razem to mogą się już z takiej imprezy nie wykręcić i władcą resztek korony został Łokietek.

Kazimierz Wielki przywraca cały ten interes na stare tory i przebija kanał transportowy aż na Podole. Sandomierz nabiera cech centrum zarządzania firmą i ciężar chciejstwa przenosi się na oś Wisła-Dniestr, ale produkcja płynie z Poznania i Częstochowy w oparciu o wydobycie ze Śląska (chwilowo zhołdowanego w stronę czeską, ale rzeki jakoś nie przejęły się tymi formalnościami i płynęły po staremu). Ponieważ Wisła miała wspomniane wcześniej wady, a rzek na wschodzie nie brakuje, to zaczęły się wstępne dyskusje z Kiejstutem, bo kontrolował pośrednio Ruś białą, ale to wszystko były mrzonki bo wschód był pusty, a Tatarzy docierali aż nad Wisłę i przecież z Giedyminem też już wcześniej były różne układy, tylko spławność rzek dla vikingu, a spławność rzek dla przemysłu wydobywczego ma się jak ścieżka rowerowa do maglevu i do tego trzeba ludzi, ludzie jedzą, ludzie co pracują i jedzą (półchłopki, dziś chłoporobotnicy) i mają połowę łana, a to też zabiera czas, a trzeba jeszcze woły ganiać, żelazo wydobywać, przemysł można by na miejscu postawić, klasztory do tego potrzebne, majstrów dużo – a kraj pusty, dziki, przez Tatarów nawiedzany. Z nieznanych powodów (podejrzewam, że z braku innych opcji ekspansji) się “nasi szlacheccy przodkowie” uparli, że jednak orka na ugorze jest ich powołaniem i zamiast zająć dolną Saksonię i ruszyć na zagłębia aż po Francję, to się kopali z tym pustym obszarem aż do końca. Swojego końca i Rzeczypospolitej. Co oni tam sobie w tych podgolonych łbach umyślili, to nie mam pojęcia mimo łba równie podgolonego – no coś im się tam zwidziało na wschodzie i północnym wschodzie, że pchali się tam jak do Klondike. Tam jednak nic nie było, bronić się tego nie dało, to były wielkie, puste, zimne przestrzenie na mapie. Niemcy jak tam wjechali w czterdziestym drugim to do końca mapy nie zdołali dojechać, a i bez przeciwnika natura im srogo przetestowała technologię. Oczywiście jak rzucimy okiem na późniejszą mapę:

to się wydaje, że tam ktoś jednak mieszka, ale skali na tej mapie brakuje w postaci mapy kraju nałożonej dla porównania, to jest jedna wielka pustka.
Jakkolwiek Kazimierz Wielki doprowadza korporację do porządku, to dopadł go problem demograficzny, niby spisał w testamencie dziedziczenie, tak aby ktoś tam z rodu Piastów siadł na krakowskim stolcu, ale zapomniał dołożyć do tego kilku dywizji. Co prawda dziedziczna dynastia Piastów jeszcze trochę istniała, do końca. Zobaczyli koniec i dwadzieścia lat później w 1675 roku grzecznie sobie z prawami dynastycznymi wymarli. Do władzy dorwali się Andegawenowie, szlachta się pasła, przywileje rosły z każdą elekcją, po Andegawenach szybko pojawili się Litwini, interesy idą dobrze, produkcja stali rośnie, stal jest wbijana we wrogów i tak sobie to wszystko kwitnie przez kolejne dwieście lat, bez Piastów. Widać byli potrzebni tylko do rozkręcenia interesu, a dalej już samo poszło. Powoli zapomniane zostaje kim byli Wiślanie, kim Ślężanie czy Lędzianie, powstaje jaki handel po rzekach aż po Turcję. Batory pod koniec szesnastego wieku prostuje Moskalom pomyślunek o ekspansji, a następca jego – Szwed, Zygmunt III Waza, wychowanek Jezuitów doprowadza interes do skraju potęgi i wprowadza jakieś tam quasi dziedziczenie po szwedzkiej linii. Ma to bardzo ważną podstawę przemysłową – w Polsce jest przetwarzane żelazo ze Szwecji, ponieważ Szwedzi nie mają przemysłu.

Zatrzymajmy się na chwilę nad Szwecją, należy zapomnieć o dzisiejszej mapie. I wrzucić tę:

Tam gdzie są napisy, tam są rzeczywiste punkty krystalizacji politycznej. Ale penetracji nie ma żadnej – ze względu na lichość populacji Szwecja w XVI wieku to te sztokholmskie wyspy pełne piratów, Uppsala, wydobycie żelaza (wyspowe) i niewolnicy z Finlandii. Nie byli zdolni nawet do jakiejś poważnej produkcji przemysłowej, zresztą cała ludność ówczesnej Szwecji (bo Skane była niby duńska, a tak naprawdę to tam było “po swojemu”) dałaby się tak jak dzisiaj upchnąć w jakiej większej stolicy europejskiej. O tych proporcjach należy pamiętać. Z punktu widzenia potencjału gospodarczego i liczby ludności Szwecja była peryferium, gdzie nikt nie pytał skąd Kimowie biorą siłę roboczą do kopalń. Co prawda nie mogli tych obdartych Finów wyeksportować z zyskiem na zmywaki, ale jak się nadarzyła wojna 30 letnia, to przypadkiem tam gdzie stacjonowali Finowie pod szwedzką komendą, to tam straty w ludności cywilnej były największe. Fin pod Szwedem to taki soviet (jak powiecie Finowi, że jest Rusem, to może oddać finką), obdarty, biedny, głodny i kradnie wszystko co da się oderwać i unieść. Do tego nawet ciężko stwierdzić, że heretyk albo poganin – kompletny bezwierca i ateusz. Takie zwierzę z tajgi wypuszczone. Jednak zanim do tego dojdziemy, wróćmy do końca XVI wieku i uorganizowanie polskiego przemysłu opartego (jeśli chodzi o nominał brzdęków w wymianie towarowej) o produkcję stali, z białoruskiego i szwedzkiego żelaza oraz Częstochowa z lokalnego, eksportu za to żelazo narzędzi górniczych i broni. Szwedzi wymieniali to żelazo w kompensacie pełnej na działa i muszkiety. Muszkiety to pół świata produkowało, ale działa kupowali najlepsze – krakowskie. I nikomu nie przeszkadzało to, że kupowali broń od królestwa które najeżdżali, bo wojna sobie, a handel sobie, pomysł na sankcje to pomysł anglosaski i przypominam tyradę posła polskiego do króliczycy z Lądku – Elżbiety, że wojować to sobie może, ale kupców nie lza ruszać, a już na pewno nie gdańskich. I to wszystko było na poważnie – “nasi przodkowie” to tak na serio z tym handlem. Sznurek na własny stryczek sprzedali, jeszcze usłużnie zapytali czy za garść srebrników go profesjonalnie nie zawiązać. Świat się zmieniał, towary od wieku pływały wokół Afryki, zaczęły przypływać z Ameryki. Hiszpanie za azteckie skarby kupowali z Gdańska zboże. Wołów na taką odległość nie było sensu wozić, a produkcję stali mieli własną na poziomie – na gumowe lole do prostowania nerek się z Anglikami nie przepychali po koloniach. Bogactwo państw zachodnich zaczęło rosnąć i doganiać to polskie, też wzięli udział w poważnym handlu. I zaczęli coś przebąkiwać o silnej władzy monarszej, wzięciu wszystkiego za mordę i absolutyzmie. Od tego przybytku głowa ich tam wszystkich strasznie rozbolała i zaczęli jakieś herezje wymyślać, bo wymyślili druk, a to jak dać małpie brzytwę.
Bałtyk taki wielki znowu nie jest, więc Jagiellonowie byli z Wazami spokrewnieni i to nielekko, a można rzec, że nawet do przesady, jednak szlachta litewska miała swoje cele, kniaziostwo litewskie swoje, a co tam sobie wielki książę i królewicze widzieli to wszyscy mieli w poważaniu. Z tego co je czyje wynikało, kto decyduje o prawach tam panujących. Rzeczywistą właść nad Inflantami sprawowali Litwini kontrolując dojścia z morza i chcieli, żeby ten fakt ujawnić w formalnościach przypisując Inflanty Litwie. Tutaj zaczyna się konflikt korony z Litwą, mający szerokie podłoże ekonomiczne, ponieważ cła z Inflant to była rzeka florenów. A należy pamiętać, że unia z Litwą to była bardziej personalna niż rzeczywista, bo kanałów w poprzek rzek nie przekopano, a dominacji na morzu to Kraków nie zapewniał jakiejkolwiek, a telefon do Kurlandii akurat nie był jeszcze podłączony do Warszawy. Do polskiej korony wybierał się jeszcze arcyksiążę Maksymilian, ale po “delikatnych” przepychankach między stronnictwami sprawę załagodzono. Natomiast pojawili się w kraju beneficiarze, którzy zaczęli bezczelnie domagać się od korony zasiłków, swołoczy się socjalizmu zachciało i dochodu gwarantowanego. Aż strach się bać kto im ten durny pomysł podsunął, ale niestety przyjęło się i Kozacy wystąpili z takim oto durnym roszczeniem, że należy im płacić żołd, nawet jak nie wojują. To była wtedy koncepcja uznawana za paradną, ale oni zbuntowali się na poważnie. I wielka szkoda, że nie było czym tej bandzie łbów poucinać, bo z roszczeniowymi tryzubami kłopot do dziś. Ci Kozacy to był zastrzyk demograficzny i oni się przyplątali ze stepu ciągnącego się aż po Pekin i tak już zostali. Co prawda dawało się ich spożytkować na wojnę, ale ten organizm polityczny jaki stworzyła szlachta na bazie piastowskich doświadczeń to była fabryka, a nie hegemon i akurat nie było potrzeby, żeby ciągle finansować jakieś durne bójki z jakimiś tam carami z końca świata. Nauka z Kozakami jest jednak banalna – wojsko lepiej wysłać na pewną śmierć na misje na koniec świata, niż gdyby miało się buntować w kraju z powodu niedoboru wojny w czasie prosperity i pokoju.
Zygmunt III szarpał się jeszcze o koronę szwedzką, można podejrzewać, że widziało mu się scalenie organizmu produkcyjnego od kopalni po klienta z Bałtykiem jako morzem wewnętrznym imperium północnego. Różne rzeczy się ludziom śnią, ale w Szwecji to się śnił heretykom luteranizm i zamiast z nimi dyskutować, to trzeba było urządzić tam krucjatę – wszak król był katolikiem i do tego zwolennikiem kontrreformacji, a czyja korona tego wiara. W rezultacie doszło do buntu i parlament szwedzki zdetronizował króla (coś tam przebąkiwali na zachodzie o absolutyzmie?). A ponieważ do rozpoczęcia wieku siedemnastego zdążyliśmy wkurzyć już wszystkich – jak obecnie jankesi. Mało tego, w Moskwie wymyślili sobie patriarchat Wszechrusi, że taki niby prawosławny papież i się będzie szarogęsił biskupom prawosławnym w Rzeczypospolitej. KK zamiast spuścić porządny łomot innowiercom jak za papieża Urbana II, to zaczął jakieś cuda unickie wyczyniać (Unia Brzeska).
Ponieważ Zygmunt III zajmował się produkcją (był, o ile to jest dobrze rozumiane, specjalistą od metalurgii metali szlachetnych – hutnictwo złota i srebra) i jakoś tak instalacje na Wawelu w 1595 poszły z dymem i się trzeba było wyprowadzić do Warszawy, niby niegłupi wybór ten Ujazdów, no ale w lepszym miejscu dla ówczesnej geografii był Sandomierz. Zresztą krakowskim targiem i tak do dzisiaj życie dworskie ma miejsce w Kazimierzu. Zamoyski pofatygował się z interwencją do hospodara wołoskiego i przywrócił tam pion w handlu. A król dopisał sobie we właść Estonię, na co strzelił fochy tata Gustawa Adolfa, który spisał “Dzieje wszystkich królów Gotów i Szwedów” i ten też sobie roszczeń nie żałował, wnuk Noego – Magog, trafił na listę szwedzkich królów. Rządził w Szwecji dość krwawo, acz z wyspowym zasięgiem swojego władania, zdarzało mu się ścinać nawet członków samodzielnie powoływanej rady. Poziom techniczny w Szwecji był mizerny – importowano nawet mosiądz, w 1607 roku otwarto pierwszą odlewnię – tego zadupia nie dawało się w ogóle porównać do Rzeczypospolitej. Ale niebawem nastąpią cuda. Chociaż ta odlewnia w Skultunie działa do dziś od 1607 roku i coś tam o odlewaniu mosiądzu chyba już wiedzą. Co prawda ta wojna Karola Sudermańskiego o Inflanty jest opisywana po obu stronach sporu jako wojna polsko-szwedzka, to w rzeczywistości korona nie brała w niej żadnego udziału mimo sojuszu z Litwą, a nawet nie udzieliła pożyczek. Kniaziowie litewscy obronili się sami za swoje i przystąpili do negocjacji. Skoro nie z tym Szwedem, to z tym drugim można się dogadać, co to właściwie za różnica z którym – ważne aby nie bili, bo wygrywanie pod Kircholmem bardzo dużo kosztuje. Karol się rozpędził i najechał Rosję starając się tam co zrabować, bo skarb był pusty a bilans na minusie z kreską u Hanzy, ale w tym czasie Duńczycy już wjechali do Szwecji od tyłu i wojowanie się skończyło.
Wojowaniem pod koniec panowania Zygmunta zajmował się Zamoyski, wziął za pysk Mołdawię, obił gruchy Osmanom pod Cecorą, a to zapewniało szeroki dostęp szlachty do tamtejszych rynków finansowych, do pożyczek i kredytu. W czasie tej wojny zginął Żółkiewski, zmarł Chodkiewicz, ustalono granicę polsko-turecką na Dniestrze i się Mołdawia z Wołoszczyzną wymknęły z lackich łapek tłustych od florenów.
W tym czasie Zygmunt III wojuje z Moskwą – niezwykle skutecznie, choć po Dymitriadach Moskalikom po nocach śniły się polskie interwencje. Skoro więc panowie szlachta sami mogli (no może za delikatnym poparciem króla, mimo sprzeciwu sejmu się Kozacy wyprawili), to z królem mogą tym bardziej, a przecież w drugiej Dymitriadzie pojechali Lisowczycy – większego kataklizmu na planecie sobie nie wyobrażano. A dwóch królów szwedzkich na jedną Moskwę – to już było za dużo jak na wielką smutę. Jednak król wmontował w te wycieczki bezpieczniki: o tym, że jednym był Sapieha to wiemy, ale pewnie taki cwany lis na jedną kartę nie stawiał i tam agentury było od groma. Co prawda Chodkiewicz starał się jak mógł, ale nikomu na wygraniu tej wojny o carski stolec nie zależało – co się dało zrabować już zrabowano. Granicę poustawiano wedle polskiego widzimisię, a Moskaliki mają z tego tyle, że 4 listopada mają dzień jedności i pamięci wyzwolenia Moskwy i Rosji od Polaków w roku 1612. Jakby to jaka straszna dotkliwość była, że Polacy napadli na Rosję. W czasie tej wojny królem Szwecji został Gustaw Adolf – ewidentnie sigma i to współcześni mu zwracali uwagę, że jest ponadprzeciętnie rozgarnięty. Powojował z Moskalikami o Psków (Moskwa prowadziła wtedy dwie oddzielne wojny na zachodzie, z Polską i Szwecją, które wojowały ze sobą). Zawarł pokój z kim się dało i niebawem, bo już w latach dwudziestych, kiedy Polanie kopali się z tureckimi eunuchami o dojście do morza Czarnego, zaczął wypierać Gdańsk z żeglugi bałtyckiej i zdobywać tam dominację flotą (Szwedzi pilnują tego do dziś), w rezultacie przejmując Prusy i Inflanty (a przynajmniej przechwytując stamtąd dochody). Wziął udział w wojnie trzydziestoletniej, opanował całe pomorze gdańskie (dawną domenę Mszczuja Sobiesławica) i okazał się geniuszem wojskowości. Stworzył nowoczesną machinę wojenną dla kolejnego pokolenia, które to okazało się mieć prastare, pirackie tradycje. Był ostatnim z dynastii Wazów, po nim jeszcze porządziła jego córka, ale na tym historia szwedzkiej Szwecji się kończy. Realną władzę za ostatniej Wazówny sprawowała rada gangsterska, dla żartu zwana jakimś rządem, ale historia opisywana przez szwedzkich historyków daje obraz raczej ponury i w kategoriach rozumowania, jakie vikingowie zanieśli do City, które to zmodernizowało, ulepszyło i bat na świat z tego ukręciło. Axel Oxenstierna (nie znajdziecie o nim zbyt wiele po polsku) i jego banda przejmują władzę, gdy Gustaw Adolf ginie w bitwie pod Lutzen. Oxenstierna przekonał w 1643 roku radę królewską do napaści na słabą militarnie Danię (z Norwegią) – poszło o cła na Oresundzie. Rezultat wojny gwałtownie poprawił bilans handlowy Szwecji. No a przecież Francuzi dosypali sporo grosza, aby Dania dostała baty porządnie wymierzone. Szwedzi po wojnie 30-letniej dysponowali nazbyt rozbudowaną i profesjonalną armią i flotą. Jakoś to trzeba było zagospodarować. Te wszystkie wyspy jak Gotlandia i Olandia, czy terytoria jak Skane zostały zdobyte właśnie wtedy i utrwalone jako szwedzkie. Na samym końcu.
Członkiem bandy Oxenstierny był Karol Gustaw z Wittelsbachów, półszwed po matce Wazównie. A lord protektor Cromwell dorzucił do pewnego pomysłu kilka groszy, choć zdaje się Szkoci coś mieli wspólnego z buntami na Zaporożu. Szwedzi mieli wtedy spore kontakty z Polską, dostarczali tam żelaza, ale sami nie potrafili zbudować pieców do produkcji stali, ani kuźnic, ani świeżni – nie potrafili zbudować przemysłu, Zresztą było ich tam w kupie niecały milion, nawet jakby niedźwiedzie za uszy z lasu powyciągać i doliczyć. W samej koronie mieszkało wtedy ponad 10 mln ludzi. Otóż jest pewien sposób myślenia, jaki cechuje przytomnych ludzi na Północy – tak kombinują, aby wyzyskać naturę i żeby raz ustawione i popchnięte zdarzenia zaprowadziły ich prosto do celu same, przy jak najmniejszym wysiłku. Co prawda nie Szwedzi ze Sztokholmu napadli w 793 na Lindisfarne, ale kulturowo to było ich dziedzictwo. Wymyślili sobie, że napadną na bank, Oxenstierna na poważnie zaproponował na spotkaniu rady królewskiej (kiedy królowa była formalnie władcą, faktycznie rządził Oxenstierna, a na króla mianował Karola Gustawa). Oni sobie tam wymyślili, w tym zabitym dechami Sztokholmie, że wezmą swoich obdartych Finów i napadną tym co mają w Niemczech na Polskę, dogadując się z Litwą i prowokując cara do napaści na Polskę również. Jak pomyśleli tak zrobili i gdy minęły pierwsze śniegi 1655 roku przekroczyli granicę dawnych ziem Gryfitów na Drawie i poszli na południe komunikacją Odra – Warta. W kraju była tylko stara, osiadła szlachta, młode rycerstwo biło się na wszystkich możliwych frontach. Polityką zajmowała się właśnie ta szlachta, i gospodarką też, młodzi musieli odsłużyć swoje na wojnie. Jakoś to sobie działało. Gdy Szwedzi weszli, zastali kraj jakiego zupełnie nie znali – nie było nawet pachołków miejskich, bo w takim Poznaniu nie było w ogóle problemu z przestępczością. Cały kraj pełen był nieotoczonych jakimkolwiek umocnieniem zakładów produkcyjnych, manufaktur i maszyn napędzanych kołem wodnym lub kieratem. Nikt tego nie bronił, niby tam się kilka razy zebrało pospolite ruszenie starców, ale nowoczesna armia weteranów rozgoniła to błyskawicznie, dopiero po kilku miesiącach natrafili na jakiś poważny opór (należy pamiętać, że to byli żołnierze, którzy kilka lat wcześniej walczyli w wojnie 30-letniej, na nich trzeba było zrobić wrażenie, żeby stwierdzili że napotkali opór). W listopadzie byli już pod Częstochową gdzie napotkali opór, zajęli Kraków. Przypominam mapę – to żółte to zostało w 1655 roku:

To nawet nie jest w Polsce, wszystko inne zostało zajęte, ale nie była to wojna rycerzy z rycerzami o obszar niekontestujący. Wrogimi wojskami dowodzili niewierni, heretycy przebrzydli. Wytłukli całą kadrę KK, zakonników, dzicy Finowie wymordowali cały aparat administracyjny i polityczny (szlachtę co ze względu na wiek była osiadła), ukradli wszystko – wszystkie maszyny, kuźnice, koła wodne. Wymordowali od 30% ludności (w dziczy) do 90% (miasta, choćby Warszawa), a tych co nie wymordowali a byli specjalistami, wzięli w jasyr aby im poskładali ten przemysł na miejscu. Polska zniknęła z mapy, a dwadzieścia lat później zmarł ostatni z Piastów mający prawa do korony. To, że dość szybko odwojowano terytorium nic nie zmieniło, bo odwojowano pustynię – nie było tam kadr, nie było aparatu zapasowego, nie było urządzeń budowanych od wieków, nie było środków transportu i nie było ludności. Zmieniło się wszystko, zmienił się język, od tej pory słowo szlachcic i rycerz zaczęto stosować zamiennie, bo wojnę przeżyła właściwie tylko młoda gównażeria uzbrojona po zęby na wojnach wszystkich frontów oprócz tego, który zniósł państwo z mapy. Ci co przeżyli, nie wiedzieli jak gospodarować, nie miał im nawet kto powiedzieć jak to wszystko zorganizować, wszelka dokumentacja i zapisy zostały albo zrabowane, albo spalone, nikt nie potrafił odtworzyć technologii, doszło do takich jaj, że wszystkich ocalałych specjalistów od produkcji uzbrojenia dało się zebrać w podkrakowskich Świątnikach Górnych i tam ręcznie, bez dawnych maszyn zaczęto przywracać jakąś śladową produkcję uzbrojenia. Takich rzeczy, żeby w jednym miejscu wytwarzać i broń i pancerze, to w krainie Piastów od wieków nie słyszano, a żeby dłubać cały proces ręcznie to chyba ostatnio za Mieszka. Pojawiły się wsie, gdzie szlachty było więcej niż chłopów, więc się miało udziały ułamkowe w chłopach. Część zakasała rękawy i zajęła się gospodarowaniem, ale sprawa już była pozamiatana – z państwa został tylko aparat polityczny, naród szlachecki, nic więcej. Do kraju trzeba było sprowadzić Niemców, Żydów i Ormian żeby w ogóle miał kto pracować. Nikt nie pomyślał, że ze strony chrześcijańskich narodów grozi taka napaść i takie zniszczenia, bo przecież można wojować – ale z wojskiem, a nie mordować ludność do gołej ziemi jak dzicz soviecka. Bo to był poważny błąd, aby pozwolić żyć heretykom co inaczej rozumieją przykazania niż należy je rozumieć. Każdego kto myśli inaczej, każdego przedstawiciela obcej kultury należy prewencyjnie zabić – taki pogląd pojawił się wtedy wśród tych co przeżyli, a polska szlachta zaczęła być uznawana za ksenofobiczną – nie bez powodu, z obcymi same utrapienia.
Dla Szwedów ta wojna jest przełomem, w 1654 roku na tronie była Wazówna – ostatnia z dynastii. Od 1654 rządzili Szwecją Niemcy, a później Francuzi. Szwecja już nigdy nie była szwedzka, za to z maszyn jakie ukradli zbudowali sobie zręby przemysłu, zaczęli kształcić specjalistów i przestali wojować, zajęli się unikaniem wojen, bo sami poprowadzili wojnę nowego typu dwa razy (trzydziestoletnią i po ichniemu wielką północną, której częścią był Potop) i takiej u siebie nie chcieli. Nigdy się już nie wygrzebali. W przeciągu dwóch dekad zniknęły dwie dynastie tworzące państwa wczesnofeudalne. Jedni łażą jeszcze czasem ze starymi flagami i coś tam wspominają o Snopkach (Wazach), ale policja ich rozgania pod zarzutem faszyzmu, nacjonalizmu i innych takich, drudzy dostali takie baty jeszcze kilka razy i jak ich Stalin wymieszał tak, że ujednolicili język, to zaczęli sobie wymyślać pochodzenie, historię, pojęcia narodu i patriotyzmu, wyciągnęli piastowską kuropticę w czerwonym polu zdziwieni, że samo nie lata i się z niedźwiedziem nie szarpie; wymachują flagami, nie mają szabel i samopałów w rezultacie się dziwiąc, że byle kto ich łupi i nikt nie traktuje poważnie. Jedni i drudzy przestali się rozmnażać, zresztą w takiej dokładnie odległości czasowej w jakiej upadły dziedziczne dynastie. Na tereny wtargnęły nowe ludy, jedni psioczą że nie znają arabskiego, drudzy licho rozumieją po ukraińsku. Niemcy stracili w wojnie trzydziestoletniej przynajmniej 30% ludności i taką traumę przeżyli, że wymyślili sobie iż są germanami, a ich grupa językowa to języki germański (to dopiero niedawny wymysł), wstępnie przywrócił im przytomność dopiero Napoleon, a Bismarck stworzył Niemcy fałszując depeszę z Ems i napadając na Francję (łupiąc bez litości), dopiero wtedy wprowadził kulturkampf, pojęcie germanizacji i zadarł z papieżem Piusem.

Oczywiście wiemy, że winny jest Szewczyk Dratewka, który podtruł pogańskiego smoka plemiennego, czym doprowadził nieszczęśnika do pozbawienia nas znacznych zasobów wodnych. Zrobił to złośliwie i z premedytacją przewidując, że narodowcy z transparentem Wielka Polska Katolicka będą tej wody potrzebowali i to taka właśnie działalność zaplutego smoka pogańskiej reakcji.

 


Warto sobie uświadomić, że z przyczyn demograficznych podmiotowość polska nie jest w stanie kontrolować wysiłkiem własnej populacji geografii w jakiej bytuje, co za tym idzie nie jest w stanie również kontrolować całej populacji w zakresie tej geografii i co za tym idzie – wytworzyć aparatu fiskalnego zdolnego koncentrować w racjonalny sposób (czyli ściągać podatki taniej niż one wynoszą i nie demolować kapitału) zasoby z obszaru. W rezultacie jedynym rozwiązaniem jakie się sprawdziło na tych terenach, jest dobrowolny udział w aparacie przymusu o rozproszonym aparacie fiskalnym w zakresie własnego gospodarstwa (firmy – rodu), czyli państwo spółdzielcze (konfederacja ziem) z elementami republiki kapitałowej (magnaci i kapłani dominującego kultu) oraz doraźny objazdowy władca (władcy – w przypadku hetmanów) scalanych jedynie etnicznie, ideologicznie, językowo i religijnie w ramach państwa przedmiotowego pod władzą podmiotowych decydentów poliarchii. Mam świadomość tego, że taki ustrój jest w kontekście prostych umysłów nieco skomplikowany, ale wiele organizmów państwowych tak funkcjonuje w czasach swojej świetności, nie tylko Rzeczpospolita, ale USA czy Rzym też sobie w takim bałaganie kompetencyjnym radziły i radzą.
Koncepcje kolektywistyczne są idealistyczne, są co za tym idzie dereistyczne. Interesy są doraźne, a moralność to powiew naiwnej młodości tak jak motywacje prawne. Przeżyć musimy w rzeczywistości, a nie w wyobrażeniach o niej. Większość ludzi żyje urojeniem materialnego istnienia abstraktów takich jak “państwo”, “służby” natomiast ściera się na co dzień z żyjącymi ludźmi przypisującymi się do przeróżnych abstraktów, istotne czy takich, gdzie suma przypisujących się dobrowolnie zapewnia siłę (miękką lub twardą). Potęga Rzeczypospolitej wynikała z egoizmu (i słabości terytoriów ościennych) jednostek, które nie miały innego sposobu tworzenia siły niż ciągłe, rotacyjne, motywowane uznaniem sieci lokalnej wyprawianie się przeciwko niebezpieczeństwom, które można było obrabować. W Rzymie nie było żadnej innej koncepcji, żadnej innej nie mają też elity USA drenujące mieszkańców własnego kontynentu do poziomu komunizmu (połowa populacji USA funkcjonuje na jakiejś formie przymusowej redystrybucji). Z punktu widzenia Rzeczypospolitej polityka zagraniczna to była wprost projekcja siły, koncepcja nowoczesnej polityki zagranicznej nie miała tam racji bytu. A geografia się nie zmieniła, MSZ jest w Polsce kompletnie zbędny, tak jak funkcjonowanie obcych przedstawicielstw na naszym terytorium. Mamy tę wyjątkową geografię, że jesteśmy w niej autokomplementarni, peryferia nie dostarczają nam siły, a jedynie zgryzot. Każdy więc, kto chce wydawać naszą moc swobodną (naszą indywidualną od gęby odjętą) demoluje nam podaż demograficzną i realizuje mrzonki o koncentracji siły kosztowniejsze od samej siły jaką skoncentruje.

“Władze” warszawskie mają na każdego z nas dokładnie taki sam wpływ, jaki my mamy na siebie nawzajem. Znamy się w powiązaniach sieciowych, a nie hierarchicznych, a nie znamy się w powiązaniach hierarchicznych dlatego, że dzielą nas odległości wykluczające dokonanie przymuszenia lewarem do podległości. Taki lewar na obszarze Polski mogą stosować wyłącznie lokalne Urzędy i to lokalnie silne. Dlatego te urzędy podkopujemy, aby nie miały na nas lewara, a nie mamy dość siły aby je zniszczyć, ponieważ żadna ze stron nie ma takiego źródła siły lokalnie żeby przemóc stan równowagi, który jest stabilny, a nie metastabilny ze względu na naszą geografię. Próbowali to zmienić komuniści przy użyciu sovietów (zewnętrznego, nielokalnego źródła siły) i tylko narozrabiali, przewagi nie uzyskali, gdy tylko po 1953 roku indukcji siły brakło, to im się cały ten interes zwinął i w 1956 musieli rzucić inkorporowanych do “takiej Polski jaka jest, bo innej nie ma” byłych NSZowców do Poznania (co prawda pod wodzą sovieta), aby przypilnować pacyfikacji, żeby soviet z pejsem i szkopem za dużo tam nie narozrabiali i nie zniszczyli planów na odzyskanie siły, a że nie mieli nikogo lepszego dysponującego organizacją i przeszkoleniem wojskowym, chętnego nadstawiać grzbietu za interes pod szyldem “Polska” to zwrócili się do wrogów, których dopiero co mordowali, bo ci wrogowie to już żadnych przyjaciół po żadnej stronie konfliktu na pewno mieć nie mogli. Polityka. Wyobraźcie sobie teraz (a już kilka razy to wdrażaliśmy na różnych obszarach, między innymi u Pikusia), że na lokalną sitwę o ustabilizowanej pozycji do czerpania zasobów z biznesów lokalnych wpada doraźnie chąsa bazująca w obcej jurysdykcji i wywraca tam równowagę sił, wyrywając przez czas potrzebny do przywrócenia równowagi co tylko da się oderwać od podłogi. Przy czym chąsa nie zamierza się na jakimkolwiek terytorium utrzymywać, a lokalne sitwy nie są w ogóle ćwiczone w ścieraniu się z krótkoterminowym najazdem, a wyłącznie w długoterminowym zdobywaniu przewag nad przeciwnikiem lokalnym. Doraźną eksploatację terytoriów polskich wyśmienicie opanowali nasi ukochani sąsiedzi, więc i my sobie nauki nie żałujmy.
Trzeba sobie zdawać sprawę, że Polska organizacyjnie, geograficznie i strukturalnie jest nie do obrony, stąd można albo atakować (dezorganizując potencjalnych agresorów), albo sobie wymrzeć w ramach wygód refugialnych terytorium. Chąsa rabuje nie dlatego, że jest silna, ale dlatego, że napadnięci się zagapili, a nie mają takiego zasilania, aby stale utrzymywali czujność. Trzeba tylko poczekać i gapy sfarmić, osiadłych wyzyskać. Rzeczpospolita nie istniała dlatego, że była silnym państwem unitarnych, ale dlatego, że względem tych doraźnych konfederacji ziem nikt nie był w stanie pozbierać się i ogarnąć zanim go znowu Polacy nie sfarmili, a farmili coraz dalej rozciągając coraz bardziej swoje szlaki zaopatrzeniowe. Należy zauważyć, że żadne narody na planecie nie dysponują na swoim obszarze zdolnością garnizonową (czyli zdolnością do okupacji samych siebie własnymi siłami), każdy organizm polityczny jest uznawany za silny tylko tak długo, jak jest w stanie bić potencjalnych najeźdźców, tak aby nie mieli siły dotrzeć do źródła siły organizmu i go zniszczyć – tak jak Szwedzi zniszczyli źródło siły Rzeczpospolitej – przemysł.

W zeszłym roku Naczialnik koncłagru Polin wydał poza terytorium cały uran, jaki jeszcze był w kraju: no to o niukach już zapominamy. Co za tym idzie, o podmiotowości zbrojnej również. Ponieważ narusza to aspiracje wielu śniących o szablach i samopałach, to pozostaje sobie poszukać jakiegoś bardziej podmiotowego paszportu.
Ciągle będą ujawniać się kolektywni fantaści do zarządzania całą (urojoną) siłą potencjalnie dającej się wytworzyć na tych terenach sieci, która ujawnia się jedynie w rozproszeniu, dopiero gdy kto z butami zaczyna po indywiduach, a nie kolektywie deptać i ewentualnie, gdy w indywidualnym interesie leży napadnie słabszych sąsiadów. Mamy samych wodzów i nikt nie jest na tyle słaby by się oddawać im pod rozkazy, bo i sami wodzowie są słabi i szukają zewnętrznych źródeł siły.

W naszych codziennych aspiracjach wracamy do problemu sprzed 350 lat. Gospodarująca na danym terenie populacja potrzebuje aparatu korelującego, aby gospodarka działała możliwie efektywnie. Metodą wyłaniania tego aparatu jest konkurencja gospodarcza w ramach swojej grupy (w celu przejęcia kontroli nad aktywami grupy za zgodą uczestników gry). Ta populacja korelująca, jaka by nie była, jest limitowana do ułamka populacji obszaru gospodarczego, w szczególności do liczby pracujących i z niej się wyłania. Ze względu na przegrane wojny (z grzeczności nie piszemy, iż nasi przodkowie byli durniami i dali się wybić jak nadliczbowe kocięta) populacja została zawężona, ale ilość aspirujących do zarządzania nijak nie spadła. Oznacza to, że znów jesteśmy w sytuacji po Potopie – znowu jest po pół chłopa na chętnego nim się wysługiwać pana. Jedni się schłopią, inni wyjadą sprzedawać swoje talenty obcym, nikt jednak nie chce ruszyć kupą i zająć sobie cudzych chłopów, tak jak to robią muzułmanie – oni przyjechali z daleka, nałożyli dżizję na protestantów i niech no im kto podskoczy. Tyluż mamy w koło kacerzy (protestantów słuchających szatana) – to ich powinniśmy zagospodarować i batem do posłuszeństwa wobec ludu Bożego przymusić. A jeśli bata nam nie staje, to choćby fortelem tak jak naród, który pierwszy całą tę sztukę obmyślił, żeby bez własnego terytorium i bez własnych rabów cudzymi rozporządzać.

W czasie negocjowaniu pokoju w Brześciu 22 grudnia 1917 roku zawarto tajny traktat, jaki zdobyli później bracia Lutosławscy: zakładał on wspólne działania Moskwy i Berlina przeciwko wszelkim formom polskiej krystalizacji politycznej, aby utrzymać Polskę jako protektorat – akurat zgodnie z postanowieniami i stanem faktycznym w tamtych czasach – protektorat niemiecki. 20 lat później zawarto pakt Ribbentrop-Mołotow (również z załącznikiem tajnym): Sprawa braci Lutosławskich

W obecnej sytuacji Atlanci próbują zdestabilizować sytuację na kontynencie, ponieważ wyłania im się pojedyncze mocarstwo (Niemcy), a to zagraża dominacji Anglosasów. Jak zawsze ekscytowana jest Polska i jak zawsze znajdą się frajerzy gotowi upuścić sobie krwi za anglosaskie porządki na kontynencie. Tym razem prowokujemy Rosjan, ale w ramach tych prowokacji trzeba będzie dokręcić śrubę ich kontaktom gospodarczym z EU, czyli sprowokować Niemców, którzy już się zbroją. Nie ma jednak żadnych planów napaści ani na Niemcy, ani na Rosję, są wyłącznie plany obrony. Obrony bez użycia broni atomowej, przeciwko państwu dysponującego argumentem ostatecznym. Czyli znowu wojowanie na własnym terenie bez próby przeniesienia konfliktu od razu na terytorium przeciwnika. Jaki jest interes we wszczynaniu awantury, w której nie zajmuje się terenu? Clausewitz by tego nie podpisał.

Aby być podmiotem trzeba komuś podmiotowość odebrać, zmusić go do niewolniczej uległości i dbania o nasze, a nie jego własne interesy. To bardzo fajnie pogwarzyć sobie o wyimaginowanej podmiotowości Kapitana Państwo, ale czy chcecie być w takiej sytuacji uprzedmiotowieni do roli niewolników-podatników? Czy też chcecie mieć własne źródła siły, a państwo uczynić przedmiotem dostarczającym Wam większej siły z mocy socjologicznej innych zaangażowanych? Niemcy tworzą superpaństwo, które już majoryzują zanim ono jeszcze powstało.