Lekarzobiurwa w PGR

Medycyna kiedyś była wolnym zawodem i sztuką. Dzisiaj to taka hybryda, ni to humanistyczne, ni to technika – z humanizmu zostało niewiele. Czytając sobie autora 3r3 postanowiłem napisać rozprawkę z cyklu “jak okrada Cię lekarz i dlaczego”. Wprawdzie akcja dzieje się w Szwajcarii, ale z pewnymi poprawkami można to ekstrapolować na DE czy PL. Stopień ubiurwienia medycyny rośnie i wszystko miło, fajnie, słodko i przyjemnie, dopóki są na to pieniądze. Zresztą lekarze już od lat są bardziej urzędnikami i biurwolekarzami niż lekarzami. System preferuje wykonujących rozkazy. Zawód to kastowy, więc jak z krzywej Gaussa – większość będzie murzynić w PGR za stawki taryfowe, a najsprytniejsi będą mieli skąd się napić.
Problem zaczyna się na studiach od bezsensownego przeładowania materiałem – o ile postęp w dziedzinach biologicznych i molekularnych robi swoje, tak że w roku 2005 już nie mogłeś skończyć nie znając receptorów Toll like czy nie znając pH podłoża Saborauda, tak też nie eliminuje się z programu studiów w PL kwiatków typu higiena i epidemiologia, gdzie musisz wkuć, że ujęcie wody ma prawo być nie bliżej niż x metrów od latryny wapnowanej i y metrów od niewapnowanej etc i takie zajęcia trwają 4 tygodnie. Natomiast np. na algorytmy BLS, ALS, ATLS jest tydzień zajęć. System preferuje cielęta pokorne – możesz na studiach medycznych pomylić głowę z dupą, ale nie masz prawa mieć absencji. Nieobecność na zajęciach to grzech śmiertelny i surowo karany. W efekcie rożnych procesów psychologicznych większości absolwentów, co nie umieją potem rany zszyć (bo system nie ma na celu jakiejkolwiek weryfikacji) – jeżeli ktoś nie jest niczym zainteresowany to zakuje i skończy z superwynikami – tworzy część narcyzów, co potem się zderzają z rzeczywistością płacy poniżej minimalnej. No i jak to, sol ziemi, tej ziemi – lekarze – ma potem pracować za ochłapy? Korporacja kontroluje podaż konkurencji – o ile w PL brakuje urologów np. to tworzy się na województwo jedno czy dwa miejsca, żeby nie było zbytniej podaży. W efekcie ludzie 26letni albo mają do wyboru wyjechać, albo 6 lat czeladniczyć za zero złotych i każe im się potem jeszcze płacić ubezpieczenie OC, a i tak czeladników nie naucza się za bardzo, żeby nawet mając papiurek specjalisty nie byli zagrożeniem dla rynku. Tyle w PL ale w Szwajcarii też prywatna Mafia Chefarztow robi co chce. Tak zabija się w lekarzach chęć powołania i nasila chciwość – jak sobie taki Markus w Zurychu pracujący nawet 90 godzin w tygodniu za 7050 CHF miesięcznie brutto pogada z kolegą po IT i ten mu jęczy, że mu w kilkanaście tysięcy nie starcza…. W krajach sojuzu, jak DE czy CHF, nie ma takiego awansu po dostaniu papiurka. Sam mam kolegę radiologa, co w PL w biurwokracji na kontrakcie 57.000 PLN zarabia płacąc bodajże samemu biurwie ZUS i 19% podatku. Da się żyć. Między czeladnikiem a mistrzem jest przepaść. Najpierw w PL dziadujesz za 2600 PLN brutto, a potem już skok na kilkanaście do kilkudziesięciu tysięcy, a z biurwa w bałaganie przyjemnie się pracuje.
Na szeroko pojmowanym zachodzie mamy struktury. Struktury i oficjalny porządek. Jeleni do PGRu zatrudnia się na rok, czasami 6 miesięcy i musisz siedzieć cicho, aby specjalizację skończyć. Robisz ją czasami nie w 6 lat a dłużej, no i patrzysz, że jest inaczej niż w PL. Że w PL byłbyś zerem, potem i 15.000 PLN do 80.000 PLN miesięcznie, tutaj natomiast zwrot z inwestycji mizerny, bo siedząc cicho i grzecznie to może w wieku tak 38 lat dochrapiesz się pensji 150.000 CHF rocznie brutto. Jak będziesz bardzo dobrze kombinował, to masz bardzo mgliste szanse na 350.000 CHF rocznie brutto, ale z tym to jak w życiu – tutaj twoje szanse nie zależą od kompetencji tylko od twoich znajomości i konstelacji biurwowej w danym PGRze. Bo może być tak, że do emerytury będziesz tyrał za 150.000 CHF do 170.000 CHF a to słabo. Zaczynasz więc już patrzeć jakby tutaj sobie coś zorganizować. Te 350000CHF rocznie brutto to możesz zobaczyć jakoś po 40. roku życia albo jak świnia niebo – nigdy, bo masz szklany sufit i złe pochodzenie. Na stanowiska kierownicze są przywożeni w teczkach, ale minusem Kaderfunktion jest w przypadku Szwajcarii nieograniczony czas pracy – masz kontrakt niewolniczy. Czyli i tak źle i tak niedobrze.
Opcja nr 1 – uciec z PGRu i działać prywatnie jako freelancer.
Ta opcja nie jest już tak strasznie kusząca jak kiedyś. To nie jest tak, że wchodzisz na rynek z narzędziami, jak 3r3 pisał o swojej garażowej firmie. Aby otworzyć gabinet lekarski nawet takiego lekarza rodzinnego w Zurychu, potrzebujesz pozwolenia od biurwy, bo inaczej nie da się. Korporacja zadbała o swe interesy. No więc możesz kupić sobie Praxis. Cena od 500.000 CHF za sam papiurek, który uprawnia do lekarzowania. No ale trzeba jeszcze budynek, opłaty, ubezpieczenia, media etc. Z kredytem się udaje. No ale – prowadziłem Praxis – dwie pielęgniarki kosztują miesięcznie jakieś 12.000 CHF, czynsz jakieś 8000 do 15.000 w zależności od lokalizacji, Energia i tak dalej – miesięczne koszty stałe zamykają się w 30.000 CHF brutto – i to zakładając, że nie płacimy kredytu za Praxisbewilligung. Bariera wejścia, dlatego też wiele jest Gemeinschaftspraxis, gdzie wspólnicy dzielą się ryzykiem. Mam kolegę co bogaty z domu kupił sobie pozwolenie i dziaduje, bo jest Niemcem – a Szwajcarzy pójdą do lekarza Alkoholika Szwajcara z demencją 100x chętniej niż do usländera. Mój kolega ma 30 pacjentów w tygodniu i wtopił, bo pielęgniarki siedzą zadowolone i pija kawę a on siedzi bezczynnie i siwieją mu włosy. Przestrzelił.
Jak się okrada – otóż w Szwajcarii największe pieniądze zarabia się z biurwą i biurwie służąc. Biurwa pilnuje statystyk – musisz mieć tak zwane Praxisspiegel, aby się nie czepiali, ąe leczysz pacjentów zbyt intensywnie – musisz mieścić się w statystykach – i tego trzeba pilnować. Nikogo nie obchodzi czy leczysz i jak leczysz – tylko papiurki muszą się zgadzać.
Najlepszym klientem jest biurwa, a najlepszym pacjentem nie multimilioner tylko uchodźca czy narkoman. Taki klient to skarb, bo przychodzi czasami codziennie. W Szwajcarii ludzie powoli mają dość mafii lekarskiej i ubezpieczeniowej, bo wszystko fajnie, ale są prognozy, że do chyba 2040 (popraw czytelniku) jeśli tak dalej będzie, to miesięczna składka na kasy chorych będzie wynosiła i 1000 CHF, a na to ich nie stać. Tutaj nie kradnie tyle biurwa co lekarze. Załóżmy, że pacjent dzwoni do mojej Praxis i pyta czy brać Paracetamol. Mimo socjalizmu, za telefon, nawet 30 sekundowy, dostanie rachunek do domu, oraz za 5 minut aktenstudium pozycja 00.0140, czyli jakieś 2x 9.57 Taxpunktu. Jeden Taxpunkt to obecnie 0.89CHF – czyli 30 sekundowe zawracanie gitary i 17,03 CHF na Konto. Czasami animuje się dyskusje i można z tego zrobić aktenstudium 30 minut i tak dalej. Całkiem przyjemnie się tak pracuje, bo nie robiąc niczego przy pacjencie zarabia się pieniądze. Dziękuje wam, biurwy. Jak masz pacjentów azylantów nie kumających czegokolwiek, to siedzisz z takim w gabinecie i 120 minut i go leczysz, badasz etc. Za wszystko płaci biurwa, wszyscy są zadowoleni. Szwajcarzy płacą swoja franczyzę – ubezpieczenia są tak skonstruowane, że pacjent np. pierwsze 2500CHF płaci ze swojej kieszeni, a potem np. za badania laboratoryjne 10%, mimo zapłacenia tych 2500 CHF. To nie ma prawa funkcjonować ze Szwajcarami, więc biurwa i jej klienci to klucz biznesu. Lepiej zarabia się na biurwie i azylantach oraz nieubezpieczonych niż na megamilionerach. Bo biurwa jak jej wyślesz rachunek, to płacą czasami tego samego dnia. Odpada kosztowna windykacja. Pacjenci szwajcarscy są potrzebni tylko do tuszowania overtreatmentu – bo jako lekarz musisz zmieścić się w statystyce arytmetycznej. Więc Szwajcarów leczy się poniżej limitu – przychodzi taki i jak otwiera usta, bo ma anginę – bierzesz szpatułkę i patrzysz – masz wtedy prawo mu wystawić rachunek za małe badanie lekarskie – tak Drogi Czytelniku – 00.0410 Kleine Untersuchung durch den Facharzt für Grundversorgung – za to że pacjent otworzy Usta – 28.7 Taxpunktu czyli 28,7 x 0.89CHF. Jeśli przyjdzie następnego dnia i zmierzy ciśnienie – to mu znowu i tak dalej. Pierwsze 5 minut pobytu w gabinecie 9.57 Taxpunktu. Ostatnie 5 minut także i tak dalej. Wpis do akt – 9.57 Taxpunktu. Biurwy kochane, jest całkiem przyjemnie. Posiedzisz 20 minut i 300 CHF przychodu. Autorze bloga, życie z biurwa w biurwokracji nie jest szczególnie nieprzyjemne. Ale dla celów reklamowych mówimy pacjentowi szwajcarskiemu “wie Pan, ma Pan franczyzę 2500 pewnie, to ja Panu nie obliczę tego na rachunku – niech Pan zaoszczędzi”. Następnego dnia masz 4 jego kumpli po cokolwiek – oni jeszcze nie wiedzą, że są slupami do obniżania wskaźnika kosztów działalności.
Pomyślmy o tym, że możemy robić np. Botox i hialuron. No dobrze. Jest sobie taka np. firma http://www.bodyesthetic.ch/preise/ i terapia potliwości kosztuje 600CHF. No dobrze, ale materiał – 100 jednostek Xeominy – kosztuje 289CHF, a pacjent często przychodzi jeszcze raz. W gabinecie taki zabieg trwa 20 minut plus 5 minut do 10 na dyskusje – no więc są z tego pieniądze wtedy, kiedy pacjent przyjdzie jednorazowo i zapłaci te 600 CHF. Najczęściej jednak pacjenci do medycyny estetycznej przychodzą wielokrotnie na korekty i masz wtedy niby 700CHF za zmarszczki, ale na materiał wydałeś 450 CHF plus w sumie jak się człowiek przyjrzy, to był 120 minut. Wtedy dobrze jest, jak do biznesu dołożysz tylko 200CHF, a klient jest i tak niezadowolony, bo on był już wszędzie i z każdego jest niezadowolony. Można oczywiście dogadać się z firmą farmaceutyczną i kupić Botox taniej, da się kupić po 189 CHF za fiolkę 100 jednostek, ale wtedy trzeba kupić 2000 sztuk i zapłacić z góry. A fiolka ma ważność 2 lata. Ryzykowne.
Konkurencja jest ogromna i tutaj zadziałał wolny rynek – owszem – profesorowie w Zurychu i chirurdzy plastyczni biorą 1500 CHF za to samo i jest ok, ale takiego klienta nie będzie miał lekarz z Polski – lekarz z Polski bije się o klienta masowego, taka kasjerkę z Migrosa, która wymaga, a nie chce płacić. Średnio. Na tym rynku nieliczni oligarchowie medyczni dyktują swoje warunki, reszta to plankton, rozproszony i nie mający właściwie istotnego znaczenia. On ma znaczenie dla producentów botoksu i hyaluronu.
Jak się popatrzy realnie na medycynę estetyczną, to żeby na tym rynku za(istnieć), trzeba ściąć ceny. A więc nie można np. jak ten z powyższego za Axilla brać 600CHF tylko 500. Jak przychodzi duży pacjent, to masz spokojnie 150 jednostek do podania – i modlisz się, żeby nie przyszedł po 14 dniach na korektę i kolejne. W końcu stwierdzasz, że  musisz działać jak sieć komórkowa z ARPU – musisz zrobić sobie ARPP – per patient. Wszystko fajnie ale ryzyko jest ogromne i jest dokładnie to samo co z produkcją nakrętek czy kształtek. Duży ma efekt skali i wyższą marżę. Patrząc całościowo okazuje się, że żadna medycyna estetyczna nie jest potrzebna. Lepiej leczyć przeziębienia i cokolwiek za co płaci biurwa. Wychodzi się na tym zdecydowanie lepiej nie kombinując, a wykonując wybotoksowanie całej twarzy pacjentki. Bierzemy 600CHF a zużywamy 150 jednostek Xeominy. A tutaj cena brutto dla klienta końcowego https://compendium.ch/prod/xeomin-trockensub-100-e/de – jak kupujesz poniżej 500 ampułek, to nie zejdą niżej niż na 269 CHF.  Z robieniem pięknych ust glonojada za pomocą kwasu hialuronowego – no owszem, można ale jest to samo – jeden mililitr dobrego wypełniacza kosztuje 280 CHF, a pacjentki chcą najczęściej dużo, im większe wargi tym lepiej – cóż, 2 mililitry przeciętnie się stosuje, pracuje 40 minut w gabinecie, cena za obie wargi powiedzmy 700CHF, bo inaczej nie masz klienta. Słaby to biznes uwzględniając to, że są reklamacje – klientka idzie do domu pokazać się mężowi, a on mówi co to murwa jest – natychmiast do poprawki i rano znowu ma się ją na 40 minut kolejne. Oczywiście dyskusja, że korekta ma być za darmo, bo jest źle zrobione, mimo iż 12 godzin wcześniej było wszystko super perfect. Z całą tą medycyną estetyczną jest tak, że 90% klientów nie potrzebuje botoksu czy hialuronu a psychiatry. Najczęściej ci klienci nie akceptują naturalnych zmian w życiu. Nie potrafią pogodzić się z tym, że się starzeją i że mąż mający kilka milionów CHF ma 30 lat młodsza asystentkę – no więc myślą, że jakieś 300 czy 500 jednostek botoksu i kilkanaście mililitrów hialuronowego sprawi, że mąż wróci i podziękuje asystentce. Tak się jednak nigdy nie dzieje – efekt jest zawsze do przewidzenia – więc zawsze musi być ktoś winny – a jak jest porażka, to nagle szkoda tych kilku tysięcy CHF wydanych na iluzje. No więc nie jest winny mąż, nie jest winna pacjentka – winny musi być ten, co robił, bo mimo iż zawsze zadowolona, to nagle nie, dawaj tak z 200.000 CHF tytułem strat. Jak się na to popatrzy jeszcze raz, to się okazuje, że zarabia się jakieś 50 CHF/godzinę po odliczeniu kosztów – a taka Putzfrau chce najmniej 35 CHF plus jeszcze trzeba zapłacić AHV i inne rzeczy. Nie przedłużając – biurwa płaci lepiej za leczenie anginy, sraczki czy czegokolwiek i nie trzeba kraść.
To już lepiej – autentycznie lepiej biznesowo leczyć sraczkę – nakłady inwestycyjne zerowe. Lepiej, zamiast zajmować się medycyną estetyczną, w tym czasie poleczyć trzy sraczki i po pierwsze pieniądze z tego lepsze, po drugie – pacjent zadowolony. Po trzecie – konkurencja mniejsza.
W Zurychu np. możesz mieć w gabinecie aptekę. Cena urzędowa np. Co-Amoxy Mepha wynosi 39,95 CHF za 1g 12 sztuk. Cena ex factory 19.95 – całkiem fajne pieniądze – uwzględniając skalę, że dziennie sprzedajesz 20 opakowań. Nie wolno oficjalnie kupić leku taniej – bo wtedy musisz oddać twój zysk pacjentowi poprzez kasę chorych – no więc oficjalnie nie ma rabatów. Oficjalnie. Szwajcarzy mają wyobrażenie, że kradnie się w PL, Czechach i wszystko co złe to usländerstwo. Tymczasem Helwecja to Somalia. Hurtownik przychodzi i mówi: wie Pan, jak Pan weźmie 300 opakowań leku, to na fakturze będzie 200, ale magazyn się pomyli i przyjdzie 500. Albo “mamy spółę córkę i chcemy w Pańskiej poczekalni wynająć 2m2 na rok, płacimy 50.000 CHF i chcemy umowę”. Z diagnostyką laboratoryjna ma się programy lojalnościowe pod stołem – a że za to się biorą, bo ma być transparentnie, to ma się loterię – wygrywasz w loterii samochód albo bony na zakupy w coop czy Migros przynoszą bez ewidencji.
Co do badań diagnostycznych. Część lekarzy okrada pacjentów pod stołem – MRI głowy z kontrastem to koszt około 1200CHF. No i część pracowni radiologicznych płaci akcjami – pod koniec roku masz obliczenia ile wysłałeś, liczą wskaźniki i dostajesz możliwość zakupu akcji. Albo się umawiają ludzie po dżentelmeńsku, że odpalają prowizję 30% od każdego badania. Ma Pan zgagę – no pewnie za dużo kawy i stres w korpo – no ale nie, wyślę Pana na gastroskopię. Gastroskopia 900CHF, przy okazji może, wie Pan, nowotwory jelita grubego coraz powszechniejsze, to ja najpierw zrobię Haemmocult w Praxis, a potem szacowny kolega zrobi za jednym zamachem colo… (900CHF) – Kolega zarobi 1800 CHF, a ja prowizję skasować mogę od szanownego kolegi – tak pod stolikiem, żeby skarbówka nie widziała. Wszystko gra. Biurwa o tych sprawach słyszy, wie i widzi, ale udaje, że nie widzi i fikcji się nie wstydzi. Tylko ludzie mają powoli dosyć, bo za wszystko płaci zawsze klient końcowy. Ludzie powoli widzą erozję i widzą tylko te tłuste koty, paradoksalnie lekarze szpitalni maja więcej roboty i mniej pieniędzy i system ulega erozji.
Tu na Titanicu gra orkiestra . W Szwajcarii dziś mają dość, wiele rodzin nie ma pieniędzy, aby opłacić czynsz i kasę chorych – inaczej niż w PL płacisz składki za każde z dzieci, takiego socjalizmu jak w PL nie ma. Problemem  pracy w PGRze jest to, że klient zaczyna płacić coraz więcej, a otrzymuje coraz mniej. Szwajcar pracujący nie ma na ubezpieczenie, natomiast gminy ubezpieczają ochoczo wszystkich chętnych azylantów, a do obsługi tegoż potrzeba znowu pieniędzy od podatnika plus. Znów wygrywa biurwa, bo ktoś papierki musi przecież przyjąć, sprawdzić i postawić pieczątkę. Całkiem przyjemnie i fajnie, nieprawdaż? Tylko jakoś się ludziom powoli przestaje podobać… Bo powoli zaczynają żyć na granicy, nie mogąc spiąć domowego budżetu. Dodajmy też imigrację superbogatych szejków z Kataru, którzy przyjeżdżają tu ze swoimi dworami i ceny wynajmu sprawiają, że się pozostali lokalsi muszą wynosić. Staje się to samo co z Palo Alto i Los Angeles…
Zakończę konkluzją – bycie przedsiębiorcą w medycynie opłaca się tylko garstce lekarzy z wierchuszki. Zdecydowanej większości lepiej żyje się w symbiozie z biurwą i jest to najczęściej wybór świadomy. Plankton jest skazany na biurwę, bo na rynku zostałby pożarty. A z biurwą żyje się dobrze i przyjemnie. Jak długo?