Logistyka globalizacji

Wyprodukować to jedno, sprzedać to co innego a dostarczyć towar to jeszcze inna para kaloszy. Produkcja śniegu na Grenlandii to słaby pomysł i dlatego nikt go tam nie produkuje. Ale produkcja śniegu w Soczi, na dwa tygodnie przez zimową olimpiadą, kiedy temperatury dochodzą w południe do +15 stopni w cieniu to całkiem zyskowne zajęcie. Produkcją śniegu w Soczi zajęła się jedna z grup przemysłowych kontrolowana przez pewną rodzinę stojącą całkiem niedaleko od cara, bo kiedy imperium grozi obciach, to skarbiec można do dna splądrować i sam car nic na to nie poradzi. Dlatego ta jedna olimpiada kosztowała Rosję 50 mld dolarów i nikomu głowa z ramion nie spadła. Dlatego polskie autostrady są najdroższe na świecie: inaczej polscy politycy najedli by się wstydu na Euro 2012. W tym świetle awans Donka wygląda troszeczkę inaczej: czy naprawdę musieliśmy tyle jako społeczeństwo za autostrady i stadiony przepłacić, żeby mu nowe stanowisko w Brukseli sfinansować? Witajcie w świecie logistyki. Ktoś założył, że śniegu może akurat na olimpiadę zabraknąć. Stworzył plan, terminarz, podjął ryzyko, założył za sprzęt, zamówił rury i wykopał studnie. Ktoś inny założył, że opłaci mu się splądrować i zadłużyć własny kraj, bo nagrodą będzie synekura w Brukseli i dostęp do wszystkich szczytów G7, G20 i innych. To też jest logistyka: naciskasz jeden guzik po lewej stronie a efektem tego po prawej stronie przyjeżdża ekipa po meble i wywozi je do Brukseli. Niezły to awans, z fotela nadzorcy kolonii gdzieś na pograniczu Unii do samego komitetu centralnego. Powinniśmy być dumni, w końcu zapłaciliśmy za to miliardy złotych i zostaliśmy ze stadionami po których hula wiatr. Nic to, stać nas. Grunt, że Donek trzęsie Brukselą: pokazaliśmy wszystkim, że to nasz miś i to nie jest jeszcze nasze ostatnie słowo. To też jest logistyka: w końcu wyeksportowaliśmy szkodnika a dając mu władzę nad mikrofonem podczas szczytów brukselskiego komitetu centralnego przynajmniej trzymamy go z daleka od Polski. Tutaj – przyznam – Kaczora nie rozumiem.

Im dalej Donek od Polski, tym dla niej lepiej.

Ale wróćmy do głównego tematu: logistyka z definicji to dostarczenie towaru bądź usługi w miejsce w którym będzie ono potrzebne, w momencie największego ssania na rynku, krótko zanim klienci zaczną z braku dostaw umierać bądź emigrować. Oczywiście nowoczesna logistyka wymaga również, aby nie dało się zbyt duża wyprodukować na miejscu, bo samowystarczalność producenta z punktu widzenia handlowca to katastrofa.

Rola logistyki w armii to coś więcej: to kod źródłowy do jej planów. Putin kupił we Francji dwa desantowce, czyli będzie w przyszłości urządzał desanty i to raczej nie na własne plaże.

Może to być sypanie piasku w oczy, czyli czynność, którą Rosjanie mają opanowaną do perfekcji, ale już wysłanie w pierwszą misję bojową jedynego rosyjskiego lotniskowca udowadnia, że na Kremlu na poważnie wzięli się za rozwiązywanie problemów związanych z przeprowadzaniem agresji na bliższych lub dalszych sąsiadów. Desantowców Francuzi Rosjanom (jak na razie) nie sprzedali, chociaż polski minister wojny spalił całą siatkę szpiegów, którzy mu tą informację dostarczyli, aby udowodnić, że jest inaczej. Widocznie zdaniem ministra obrony narodowej inwazja na RP dokonana zostanie poprzez plaże Jastarni, Helu czy Świnoujścia. Inaczej palenie własnych szpiegów z pozycji Polski nie ma ekonomicznego sensu.

Czasami logistyka definiuje politykę. Dostarczyć to jedno, ale wyprodukować to co innego. Amerykanie nie są w stanie wyprodukować żadnego nowego lotniskowca ani łodzi podwodnej bez materiałów dostarczanych z Chin. Embargo na eksport metali ziem rzadkich ogłoszone kilka lat temu przez Chiny, ich praktycznie jedynego producenta spowodowałoby zatem zawał amerykańskiego programu rozwoju zbrojeń konwencjonalnych. Nie dziwne więc, że Światowa Organizacja Handlu stojąc na straży wolności zawierania umów handlowych (to sprzedający decyduje czy w ogóle sprzedaje, co, komu i po ile) zabroniła Pekinowi zabraniać eksportu metali ziem rzadkich. Bo wolny handel wolnym handlem, ale armia USA ma swoje potrzeby. Jak to stara Kargulowa mawiała “sąd sądem ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie”. To Chińczykom zatem należą się podziękowania za zgodę na wprowadzenie do służby amerykańskiego lotniskowca “Gerald R. Ford”, bez nich ten lotniskowiec byłby tyle wart ile “Wariag”, niedokończony lotniskowiec marynarki wojennej ZSRR sprzedany później przez Ukrainę Chinom. To też jest logistyka.

W zgodzie z duchem przedsiębiorczości panującym na tym portalu wypadałoby stwierdzić, że “produkcja über alles”. W rzeczywistości produkcja to zaledwie jeden z elementów systemu, choćby nie wiem jak gospodarz się ciskał. Bo najpierw trzeba firmie materiały dowieźć, potem jej energii dostarczyć, czasami niewolników podesłać, a na końcu produkt odebrać, do klienta dostarczyć, śmieci uprzątnąć i na wysypisko wywieźć.

Producent z jego produkcją jest elementem łańcuszka logistycznego, który to łańcuszek można przecież dowolnie komplikować, skracać, wydłużać oraz przekierowywać. Tutaj kłania się tow. Karol Marks. Logistyka oznacza ciągły proces optymalizacji kosztów w łańcuchu produkcji. Z każdą iteracją procesu logistycznego ma być taniej i kropka. Jeśli taniej jest wykopać ziemniaka w Niemczech, zawieźć go do Neapolu celem jego umycia i z powrotem przywieźć go do Niemiec, gdzie zostanie oklejony jako “eko” i sprzedany po dwukrotnej cenie względem ziemniaka pryskanego to wszystko jest w porządku i nawet OLAF (unijny urząd do zwalczania oszustw) nie znajdzie powodu żeby się przyczepić. Podobnie ma się rzecz z krewetkami wyciąganymi z Morza Północnego. Ich największą wadą jest brak procesu mechanicznego oczyszczania. Ponieważ jednak są smaczne, to po wyłowieniu wiezie się je do europejskich obozów pracy przymusowej znajdujących się w hiszpańskich enklawach w Afryce: w Ceucie i Melilli.

Tam tani afrykańscy imigranci sortują i czyszczą je ręcznie po czym towar wraca do Holandii czy innych Niemiec, aby trafić do słoików z dumnym napisem “Made in Europe”. Oczywiście ten proces jest legalny, inaczej OLAF już dawno by go zlikwidował.

Cała ta globalizacja umożliwiła niespotykany wcześniej rozwój logistyki. Chociaż równie dobrze można stwierdzić, że to logistyka wymusiła rozwój globalizacji. Ponieważ chodzi o pieniądze, to nie ma znaczenia co było kurą a co jajkiem: chodzi o to, żeby oszczędzić dolara na koszcie produkcji tony nakrętek nawet wtedy, kiedy oznacza to transport rudy żelaza z Kiruny w Szwecji do huty w Dehli, transport przedkuwek z Dehli do Siemianowic Śląskich, transport nakrętki z Siemianowic do klienta, na przykład do Giör na Węgrzech, gdzie nakrętka ta zostanie zużyta do produkcji Audi TT, które to z kolei Audi TT zostanie przetransportowane najpierw koleją do Rotterdamu a następnie statkiem do Halifaxu, aby ostatecznie trafić do klienta w Chicago.

Logistyka doprowadziła do tego, że koszty transportu butelki wina z Nowej Zelandii do Europy wynoszą 18 eurocentów, czyli niecałego złocisza. Oczywistym jest, że Europa nie poradziłaby sobie bez nowozelandzkiego wina. W drugą stronę płynie wino z Francji, Włoch i Hiszpanii, bo nie można przecież od klienta w Nowej Zelandii wymagać żeby ograniczył się do wyrobów lokalnych winnic, to byłoby ograniczanie wolności światowego handlu sprzeczne z duchem GATT/WTO.

No i wozimy i w jedną i drugą stronę bezsensowne góry kontenerów. Kiedyś handel zagraniczny polegał na dostarczaniu rynkom towarów niedostępnych, bo niemożliwych do wyprodukowania na miejscu. Z Afryki na ten przykład do nowego świata płynęli niewolnicy, z nowego świata do starego świata płynął cukier, bawełna, skóry i zboże a stary świat dostarczał w tym interesie statków, okrętów, marynarzy i handlarzy. Z tych czasów pochodzą najokazalsze zabytki Londynu, Madrytu i Lizbony: handel rozumiany jako wymiana nadwyżek był bardzo opłacalny dla europejskich handlarzy kontrolujących ten biznes, chociaż ani plantatorzy z nowego świata ani miejscowi czarnoskórzy łowcy niewolników w Afryce też nie narzekali.

Teraz logistyka służy nie wyrównywaniu niedoborów na światowych rynkach lecz oszczędności w procesie produkcji. Dobrobyt ten i nadmiar podaży miejsca na kontenerowcach nie jest naturalny: wynika on z chwilowej nadpodaży ropy (dwieście lat temu ropy nie było, za dwieście kolejnych lat też jej już nie będzie) i jak każda nierównowaga kiedyś się skończy.

Downgrade technologii może gwałtownie pozbawić nas dostępu do ropy: już dzisiaj technologia wydobycia ropy poważnie się skomplikowała a koszty wzrastają eksponencjalnie do głębokości złóż. Ropa dostępna po wbiciu szpadla w ziemię się kończy. Pewnego dnia może się okazać, że te źródła ropy, które nam jeszcze pozostały, znalazły się poza naszym technologicznym zasięgiem.

Wtedy upadnie logistyka i wrócimy do produktów wytwarzanych z materiałów dostępnych i przetwarzanych na miejscu a logistyka wróci do naturalnych granic, wyznaczonych wielokrotnością ceny towaru “importowanego” w stosunku do towaru miejscowego.

Na razie cieszymy się globalizacją wdychając zanieczyszczenia, bo globalizacja pozwala nam oszczędzać na kosztach produkcji leków przeciwko chociażby alergiom, których bez zanieczyszczenia środowiska w ogóle by nie było. Nic to, stać nas.