Los specjalistów na swoim

To, że ludzie w korpo korzystają z drogich maszyn i robią przeróżny hajtek, to nie znaczy, że kontynuują to jak idą na swoje – za swoje człowiek jest przytomniejszy. Ponieważ na swoim uspołecznianie kosztów w walucie sprowadza się do zapożyczenia w rodzie, co przekłada się natychmiast na wpływy polityczne wierzycieli przypominających, że jeśli nie potrafisz sam wymyślić jak zarobić na spłatę, to oni już Tobą pokierują i pokażą co robić (wedle własnej woli czyli zniewolą) bo jak wykazali, oni mają –> Tobie brakło –> oni wiedzą jak zdobyć, a Ty jesteś gapa. To dosyć skutecznie przywraca przytomność, ale w państwach policyjnych brakuje tej ojcowskiej opieki nad rządem i rozwydrzony rząd zachowuje się jak gówniarz, krzycząc na swoich dobroczyńców w przekonaniu, że wszystko mu wolno. Plebs co prawda nic z tym nie robi, ale czasem umiłowanym przywódcom klepki się zupełnie luzują, warkną na Pana Pancernego i same z tego pancerne brzozy później, trauma i zgryzoty. W przedsiębiorstwie rodzinnym nic nikomu nie trzeba przypominać, bo tam się wszyscy znają i durniom nikt nie daje zasobów do ręki.
Sprzedanie się najpierw do wielkoskalowego, a później do takiego średniego przemysłu jest zwyczajową ścieżką zdobywania kompetencji przez przyszłych przedsiębiorców, a nawet dziedziców firm produkcyjnych. Nawet takich z rodów niezwykle zamożnych, którzy potrafią wysłać pociechy na miotłę do fabryki w Japonii, a po tym do USA aby się dziecię zapoznało, co i jak na świecie jest zorganizowane. Mniej zamożni radzą sobie na zawężonej geografii, a tacy zupełni nędzarze jak ja, włóczą się za pańską łaską czepiając kolejnych klamek w fabrykach wykazujących zapotrzebowanie na człowieka zręcznego. To pielgrzymowanie za młodu znane od wielu wieków ma taką zaletę, że potrafi przewietrzyć umysł, który by skisł w zastanym powietrzu zasiedziałego przedsiębiorstwa, gdzie “zawsze tak robiliśmy i po co to zmieniać”. Przemysł potrzebuje bystrych ludzi, którzy przepchną projekty leżące blisko drukarki, tak aby mimo wszelkich rozwiązań nie tak całkiem optymalnych jakoś się ten cały interes kręcił. Ponieważ często wdraża się tam rzeczy nowe, a płaci z dużym odroczeniem (obiecanki emerytalne) albo tęgą lagą (podatki) to można sobie pozwolić na błędy i uspołecznić ich koszty (bo zyski oczywiście się prywatyzuje – porażka ma wielu alimenciarzy, sukces zaś jednego prezesa). W prywatnej działalności nic się uspołecznić nie da, najwyżej wywieźć śmieci do lasu i wylać chemikalia do rzeki, od biedy można co przyciąć na podatkach i spektakularnie orżnąć inwestorów (preferowani są chińscy, a jeszcze lepiej polinezyjscy, bo to dalej). Mała działalność musi więc bazować na mniejszym ryzyku niż duża, na mniejszych kosztach, na mniejszych zasobach i jest po prostu mniejsza od tej większej, a nawet od takiej średniej. Jednak absolutnie i bez żadnych wątpliwości musi zapewniać lepszy stosunek zysków do wkładu pracy, ponieważ gdyby tak nie było, to specjaliści nie odchodziliby z dużych firm aby otwierać małe, a nikt inny nie otwierałby małych firm o wysokim wysyceniu kompetencjami, ponieważ byłoby to ekonomicznym bezsensem – ale tak nie jest. Jest zupełnie normalnym, iż doświadczeni specjaliści wynoszą i upraszczają procesy męczone przez gremia decyzyjne i bez całej tej hucpy z nasiadówkami przy tablicy robią po swojemu produkt w wielokrotnie krótszym czasie. Może nie wdrażają nowego produktu w regularnych interwałach i nie pozwalają sobie na projekty nieudane, podejmują mniejszy wysiłek i ryzyka, ale woda z kamienia wyciśnięta jest skuteczniej niż w firmach średnich, dużych a nawet gargantuicznych.

Przyczyną zjawiska jest specyfika przemysłu – olbrzymia koncentracja mocy w dyspozycji operatora na danym stanowisku pracy. W wielu branżach zasoby w dyspozycji danego stanowiska można przeliczyć na liczbę pracowników pod komendą, w przemyśle ze względu na automatyzację, mechanizację jest zupełnie inny lewar i zupełnie inne skale cen narzędzi niż gdziekolwiek indziej (zresztą zawsze były one na pewnym odlocie, dlatego w ogóle przemysł i cywilizacja techniczna istnieje). Dla sprzedawcy istotna jest liczba klientów i wolumen sprzedaży, dla szefa sklepu czy restauracji liczba pracowników, dla biurwy liczba petentów i wolumen operacji (choćby w banku czy kancelarii kłamczuchów), dla komendanta liczba pałowników pod komendą. Tymczasem w przemyśle lewarem jest moc w dyspozycji pod decyzją o wykonaniu i inżynier decydujący o uruchomieniu linii produkcyjnej, mający pod sobą ledwo kilku ludzi i jakiś outsourcing, może decydować o światowej produkcji jakiegoś kluczowego detalu, ponieważ wszystkie substytuty są istotnie gorsze od tego niezdublowanego jeszcze rozwiązania. Jeśli więc zrobi dobrze, to na świecie pewne rodzaje instalacji będą działały jeszcze jeden cykl gospodarczy, a jakby jednak coś sknocił i zaczęło to wypluwać buble to nawet nie ma jak go ukarać, najwyżej przepędzić na podawanie keczupu do frytek – tego co sknocił i tak nie da się w racjonalny sposób odpracować. Zresztą pomyślcie, że błędną decyzją jednego człowieka w ciągu jednego popołudnia idzie w dym ponad sto ton stali chromoniklowej, ze 20 ton niklu i gigawaty żeby to wszystko grillować w próżni na jakieś 1300 stopni przez osiem godzin, a potem stopniowo studzić. Takie rzeczy dzieją się w przemyśle, koszty się uspołecznia, no ale te koszty są. W Chinach zamiast do podawania frytek posyłają do obozu. Odpowiedzialność ludzi sterujących takimi mocami jest tak duża, że nieegzekwowalna. Dlatego narzuty na każdym procesie przemysłowym wynoszą minimum x2 dla wartości rezultatu poprzedniego procesu, ponieważ w przypadku gdyby coś nie wyszło, to trzeba za coś zrobić dubla. Dlatego produkty przemysłowe są okrutnie drogie w przeliczeniu na szczaw i mirabelki. Dlatego specjalista koło czterdziestki jest tak nafaszerowany kompetencjami i przytomnością, że nie ma dla niego ścieżki rozwoju innej niż zarządzanie, specjalistą technicznym po prostu dłużej w ramach hierarchii w przemyśle być nie może, ponieważ nie ma żadnych większych mocy dostępnych do zarządzania – przemysł jest bardzo mały w porównaniu do całej gospodarki (liczba ludności zatrudnionej w branżach) i w takiej dziesięciomilionowej Szwecji są specjaliści od maszyn, których jak zbierzemy pięciu przy stoliku to oni znają wszystkich w przemyśle i wszystkie firmy, jakie cokolwiek zaawansowanego technicznie produkują (powiedzmy na poziomie zaawansowania wkładek zamków wytwarzanych w Łuczniku https://www.lockpol.pl – mógłby kto wrzucić co nieco za reklamę, KABA to to nie jest jak od starszych i mądrzejszych, no ale też ciekawe). Ponieważ nie ma żadnych większych mocy w maszynach, to pozostaje zarządzać ludźmi, co oznacza kompetencje miękkie, socjalne, biurwienie, komunikatywność i wszystko to, czego specjalista techniczny nie potrzebuje, nie musi i zazwyczaj nie chce. Jakby chciał to by nie siedział z maszynami. Zastać się na stanowisku w dużej firmie można, ale nie wiadomo po co, ponieważ nijak nie wpływa to na dochody. W średniej niby można i nawet wezmą do zarządu czy jakiegoś innego gremium do picia kawy i robienia mądrych min, ale też nie bardzo wiadomo po co. W małych czy startupach czy takich jakichś kombinacjach spółdzielczych są sensowne opcje na akcje czy wprost udział własny w przedsiębiorstwie oraz rzeczywisty wpływ na proces, produkt i wykonanie. Czyli w małym można realizować się jako rzemieślnik. Nie każdy lubi, ale ten kto lubi to tak robi, a jak zauważyłem, ponad połowa specjalistów po czterdziestce ma w garażu tokarkę, frezarkę, spawarki i prasę, bo by nie potrafili bez tego usnąć. No jak można nie mieć narzędzi w domu? Ale żeby zaraz cały DUR?

I to najczęściej tak właśnie wygląda, albo się człowiek zasiedzi na stanowisku klikając fejsa i tubę, albo idzie robić swoje w mniejszej firmie, gdzie w krótszym procesie decyzyjnym robi rzeczy nowe, albo idzie zupełnie na swoje i tam robi to co lubi i potrafi, w sposób niezwykle oszczędny, jakościowy i dopasowany do klienta. Interes zazwyczaj wygląda tak…

Po latach pracy w sterowaniu procesami produkcyjnymi w usługach otwartych (obróbka mechaniczna na zlecenie), czyli cały ciąg od przygotowania projektu, programowanie różnych maszyn, ustawianie, operowanie, szkolenie pracowników, dozór, kontrola jakości w kilku podobnych, średnich firmach, gdy tato dożyli wieku urągającego dalszej pracy, niech nasz bohater nazywa się E., zajął się rodzinną firmą wytwarzającą kontenery, w tym głównie kontenery specjalne, adaptowane do przeróżnych celów, zazwyczaj dość udziwnionych, wykraczających poza standardowe rozwiązania i zastosowania. Niby bardzo prymitywna i niska technicznie branża produkcji blaszanych opakowań, ale i opakowania wymagają pomyślunku, planowania, rozwiązań, dokładności, ponieważ wymagania przemysłu rosną, cysterny czy maszyny, urządzenia, elektrownie, wyrzutnie, stacje łączności, dowodzenia mają swoje wymagania odnośnie ekranowania, ochrony przeciwpyłowej, szczelności, wentylacji – sami państwo wiedzą co znany Mecenas z Żoliborza lobbuje, że to nie tylko na eksport do murzyńskości, że to są poważne sprawy państw poważnych i nie można tego importować od jakichś obcych – to trzeba sobie samemu wystrugać. Przynajmniej tak kalkulują poważne deep staty w państwach uzbrojonych po zęby bo graniczących z Rosją, choćby i przez kałużę i lepiej jak takie rzeczy robi swój u siebie niż żeby nie wiadomo co, nafaszerowanego nie wiadomo czym przysłali. No i to się sprzedaje, firma mała, ale i kraina nieduża, takich firm jest wiele, jakby jakiej co się stało to zaraz kto inny branżę pociągnie. Niby to prymitywne technicznie w porównaniu z tym czym E. zajmował się w czasie kariery etatowej, no ale na tym zarabia się lepiej (bo na swoim) i robi się to, co się uważa w takiej jakości, jaką się samemu ustaliło. Najwidoczniej duża organizacja obniża efektywność specjalisty, natomiast ludzie o niższych kompetencjach są produktywni w organizacjach wyłącznie dlatego, że specjaliści tam są i jest co robić, czym i ktoś wie jak – a Jasie zapewniają multiplikatywność wykonawczą, ale w bardzo poważnym, zmechanizowanym i zautomatyzowanym przemyśle nie zapewnia to przełożenia na proporcję dochodów odnośnie tego, kto ile tam wkłada. Dlatego Jasie są porzucani przez specjalistów i ci sprawdzają, ile zarobią na swoim – zazwyczaj tyle samo, tylko narobią się kilkukrotnie mniej. ŚMK o tym wie i dlatego w ramach propozycji pracy oferuje nieróbstwo, ale w ramach pełnej liczby godzin – no to właśnie jest cel pracy etatowej^^

No i nikt Ci nie mówi, czym masz się zająć (chyba że ta rodzina, u której się zapożyczyłeś). A duża firma to zawsze jest w potrzasku między Scyllą a Charybdą na poważnej sile odśrodkowej – jak się koniunktura powinie, to żeby utrzymać zdolność (do tego, do czego tam firma akurat twierdzi, że jest zdolna) przez czas smuty i oprócz tej zdolności płynność (zdolność && płynność) to musi w niej zostać specjalista, a zwolnić najlepiej trzeba taniego Jasia, co nic nie umie. Z tym, że Jasio to najbardziej będzie zabiegał, żeby go nie zwolnić (bo nic nie umie i nikt go nie zechce jak się nie zdąży nauczyć), a specjalista wprost przeciwnie – o ile jeszcze w czasie smuty da się go poskromić, to przy wzroście koniunktury on pierwszy będzie uciekał, żeby swoje otwierać i samemu zwroty z kapitału zgarniać, a nie komu innemu kabzę pchać. Podam kolejny przykład (on jest dość powtarzalny w różnych wariacjach) – była sobie firma na ówczesne czasy hajtekowa, profesory, doktory, wynalazki, badania, i oni się połapali, że produkty jakie tworzą, to Czajniki wrzucają do kwasu żeby rozkleić, badają, kopiują i jakoś tam to sobie licho produkują tym co mają i umieją, ale zasypują tym rynek i obniżają przeciętną jakość. Akurat chodziło o systemy rekuperacji ciepła z pieców. No i zaczęli Szwedzi od Chińczyków kupować te kopie, rozmontowywać, zamieniać chińskie elementy na swoje i wyszło, że to nawet jakość ma jaką przyzwoitą i klienci to kupują. Natomiast elementy kluczowe, istotne technologicznie Czajniki robili na tyle dobre, że do cywilnych zastosowań jakoś to się nadawało, natomiast osprzęt do tego dawali beznadziejny. Chińczycy więc ten swój poprawiony produkt kupili, zbadali i zaczęli robić tak samo, ale zadzwonili w końcu do nich, żeby oni w pięciu im zorganizowali taką fabrykę na kilkaset osób i ogarnęli proces. No i te dziadki do dzisiaj tak się włóczą po świecie i (ci co jeszcze żyją) to otwierają różnym ludom fabryki i jak misjonarze cierpliwie uczą, jak się produkuje.
Są nawet polskie firmy garażowe, co demontują różne chińskie urządzenia, których element kluczowy (blok silnika, wymienniki, blok pompy) są niezasadne w produkcji garażowej (z przyczyn skali, ekonomii lub utrzymania jakości) i na bazie tego wytwarzają urządzenia w rozsądnej jakości (bo chińskie pojęcie o jakości jest wczesnosovieckie, przedstachanowskie). O, to to jest nawet dobry pomysł na interes, bo Chińczycy robią wszystkie podzespoły przyzwoite albo nawet dobre, ale po tym wkładają w produkt takie żaby, że to nie ma prawa sensownie działać. I Kitajce nie bardzo wiedzą co by trzeba zrobić, żeby to było dobrze, a nie mają feedbacku aby w takiej skali coś im zmieniał, zresztą tam jest tak lichy poziom wysycenia korelacją, że przekierowanie procesu on demand z jakimś tam pięcioletnim poślizgiem to norma. Są co prawda montownie, które sobie z tym radzą w locie, ale to są montownie wyjątkowo prostych produktów i radzą sobie w wyjątkowo wąskim zakresie (czajniki, tostery, przełączniki) i do tego nie jest to tanie, a poziom stresu na podłodze jest tam tak wysoki, że metastabilny ciąg produkcyjny funkcjonuje dzięki zasilaniu wiejską ludnością i wysokiej rotacji.
Specjaliści więc, zamiast produkować w korpo wysokiej jakości generatory, kompresory, pompy i elektronarzędzia, kupują chińskie i usuwają z nich żaby wkładając w bloki przekładni simeringi, wymieniając łożyska, kasując luzy, pasując części no i oczywiście wymieniając elektronikę z Siemens china na Siemens albo normalniejszą.

No i jest jeszcze sztuka. Są takie odtwórcze zawody rzemieślnicze, gdzie trzeba się nad przeróżnymi gratami nasiedzieć, żeby działały albo żeby wyglądały. Pewnych rzeczy po prostu nie ma sensu produkować seryjnie: ani nie ma do tego technologii, ani nikt tego nie potrzebuje w wielkich ilościach, ale wymagania od sztuki są na tyle wysokie odnośnie różnorodności bądź rzadkości zgromadzonych kompetencji czy dostępu do maszyn na nieracjonalnie krótki czas aby je kupować, iż wykonuje się dość abstrakcyjnym nakładem sił i środków graty, za które ktoś jest gotowy te pozornie nieracjonalne kwoty płacić. Oczywiście zawiera się w tym narzędziówka, no ale tam wiadomo, że to będzie zarabiać – do tego są ciągi wykonawcze i to musi kosztować, jest jakaś tam dłubanina laboratoryjna czy mikroprecyzyjna do urządzeń takich jak choćby sprzęt obserwacyjny (teleskopy, anteny, mikroskopy) i tu też nikt nie pyta ile to kosztuje, ale czasem są technologie dawne, które jeszcze działają i wymagają co jakiś czas regenerowania narzędzi. I tutaj pojawia się pewne spektrum praktyczne, którego nie da się opisać w ramach łańcuchów ISO, bo nie da się w ramach odpowiedzialności ubezpieczeniowej wyłożyć ryzyk wynikających z naprawy takiego na przykład narzędzia utwardzanego powierzchniowo w amoniaku (nitrowanego). Jeśli podliczyć koszt biurwy i prawników to lepiej zrobić nowe, a stare wyrzucić. Oczywiście nikt przytomny nie zatrudnia biurwy i prawników, tylko naprawia narzędzia i zgarnia różnicę do kieszeni. Zresztą jakbyśmy tak dokładnie prześledzili niektóre procesy produkcyjne odnośnie prawa pracy, ochrony środowiska i innych takich dyrdymałów, to tego nie da się przeprowadzić właściwie nigdzie. Bo papier wszystko przyjmie, a rzeczywistość jest taka jaka jest. Więc nikt nawet nie tłumaczy, że coś takiego robi doraźnie raz na jakiś czas w fabryce z pominięciem lewa i jakoś anieli nie zstępują, aby go kijem prostować. Produkcja i regeneracja specjalistycznych narzędzi o powierzchniach odpornych na to i śmo jest zazwyczaj rzemiosłem, co prawda przemysł stara się substytuować to jakimiś rozwiązaniami i dzisiaj nie tniemy już drutówką (nie za często) narzędzi do tokarki na odpowiedni profil (no dobra, czasem tniemy) bo są gotowe, a do tego maszyny są sterowane komputerowo, ale czasem trafiają się jakieś takie potrzeby jednostkowe, gdzie Szwajcarzy chcą 6kEUR za regenerację szczęk maszynowych 55hrc, gdzie cała robota komuś, kto wie co robi zajmuje godzinę i kosztuje 1/100 materiału ze szpuli za 1.3kEUR. Więc trzeba mieć tych regeneracji więcej – dlatego utrzymywanie takiego stanu magazynowego do naprawy takich pierdół jest kosztowne (bo to się nie sprzedaje) i najczęściej na własne potrzeby – i dlatego Szwajcar raczej znajduje jeleni na tę usługę.
Czasem ludzie chcą aby im naprawić coś, czego po prostu nie da się już kupić, nie ma tego w obrocie, wyszło. Jakieś dziwne stopy, żeliwne bloki silników, pomp, pościerane korpusy maszyn (najczęściej górniczych do wybierania piachu z rzeki) – trzeba wiedzieć co i jak się tym robi, niektóre odlewnie potrafią robić takie stopy, że nie da się tego niczym skleić, dobrze że w mechanice powoli zastępowane jest to odkuwkami, ale czasem trzeba spory kloc stali dorobić, żeby grało.
No i jest sztuka, to trochę odlot, ale w zaawansowanej gospodarce przemysłowej brakuje na przykład kowali, ponieważ ludzie z kompetencjami od metaloplastyki są zasysani do innego przemysłu, a jak ktoś się zna jeszcze na hartowaniu i odpuszczaniu to jest dla niego zajęcie w narzędziówce. Więc metaloplastyków nie ma, choć w przeciętnej wsi po narzędziach rdzewiejących przy szopach widać, że było jak dziś w Polsce – po kilka sztuk na kilometrze. I dziś to jest poważna sztuka, spore koszty i rarytas wielki, że ktoś w ogóle to robi i jakoś to wygląda. O, to na tym też można zarobić.
Często jest też nie-wiadomo-co, kiedy przyjdą człowiekowi z jakim problemem technicznym i każą dumać czy to da się jakoś zrobić, rozbiera się wtedy maszynę, myśli co jak powinno w niej działać i jakoś się to kleci, często sprowadzając części z krajów, gdzie na bazarach jest prawie wszystko. Ostatnio dostawca chciał sprzedać 24voltowe żarówki (do tokarki) takie normalne jak u nas po domach z gwintami jak normalne, tylko 24voltowe po 25 ojro od sztuki i to miało być wielkie zamówienie z końca świata. Zadzwoniłem do kraju, żeby skoczył kto do liroja i kupił tego paczkę, bo to przecież poniżej złotówki kosztuje. No ale sami państwo rozumieją – żarowe żarówki powodują wymieranie mamutów i dlatego są zakazane, więc ich na magazynie nie ma. Mamutów też na magazynie nie ma.

Dysponowanie szerokimi kompetencjami i szerokim dostępem do maszyn (kontaktami) jest o tyle korzystne, że na co by koniunktura nie była, to można sobie ponad średnią wejść w zwroty, a w razie jakiej wielkiej katastrofy nieco poleniuchować na własnych śmieciach, pracując po 20h tygodniowo dla klientów i resztę czasu robiąc swoje. Bo to taki los na swoim, że z przerobu zostaje dużo odpadu i nawet jak się samemu nic tym nie robi, to można odłączyć DRO od obrabiarki i zaprosić młodzież do korzystania ze skali na korbach – tak żeby wiedzieli co robić, jakby im tego kiedy brakło.