Mięso milczących owiec

Wielu krzyczy o anarchii – wiedzą, czym grozi zadzieranie z klasą średnią. To klasa średnia swoimi działaniami i wspieraniem struktur państwa, działaniami wywiadowczymi (donosy) i kontrwywiadowczymi (ujawnianie niezdolności honorowej) tworzy państwo. No chyba że powszechnie chce tworzyć jakieś inne, albo chwilowo to nawet żadne. Skąd wtedy donosicieli rekrutować? Tekst miałem przygotowany nieco wcześniej (na ten temat – więc jak znalazł), ale wynikła niezwykle ciekawa dyskusja z @Maksiorem, w której to @Maksior przedstawiał stanowisko pozornie racjonalne (zaraz będę wyjaśniał, dlaczego pozornie), w którym to istnieje pewna energetycznie korzystna właściwość otoczenia: taka oto, iż warto to otoczenie zbadać pod względem mocy korelacyjnej, aby tę wyzyskać. Owo badanie polega na tym, iż – i tu jest właśnie problem pozorności zysku – wydajemy moc na wysłanie otoczeniu sygnału o naszej gotowości do recepcji tej mocy w postaci ujawniania naszych “zasad” i próby ostrzeżenia o nich otoczenia z nadzieją, iż ono te zasady przyjmie i nam dogodzi. Pozorność w tej koncepcji wynika z tego, iż aby ostrzeganie o stawianych przez nas granicach “naszego miejsca parkingowego” dawało zwrot w postaci dobrowolnej współpracy otoczenia zwiększając nasze moce (już przyjmijmy, że jakiekolwiek, byle zysk był) w otoczeniu musi istnieć bardzo wysoka gęstość swobodnych mocy, przynajmniej w porównaniu z naszą własną. W takiej sytuacji jaką zaproponował @Maksior znajduje się żebrak i z punktu widzenia jałmużnika oczekiwania, że “ktoś coś za niego zrobi” jest racjonalne, choć nie zawsze się sprawdza. Niestety nie zadowala nas punkt wyjścia (pozycja jałmużnika), im bardziej dysponujemy innymi mocami korelując je, tym bardziej jesteśmy ośrodkiem uporządkowania w otoczeniu o większej od naszej entropii – jesteśmy jaśniejącym szpicem porządku otoczonym bałaganem – tak wygląda taki wykres. To my spalając te moce, zużywając energię, gromadzimy poza naszym władztwem entropiczne góry śmieci – tam je wyrzucamy, odpady, w tym odpady energetyczne (dźwięk, wibracje, ciepło) i dlatego jesteśmy na takim wykresie jaśni niczym ogień gwiazd którego nie da się ugasić. Z tego właśnie powodu – banalnej termodynamiki (odpuszczę sobie podawanie linka) koncepcja pozyskiwania porządku=mocy z otoczenia jest po prostu sprzeczna z porządkiem tego świata. Przy czym koncepcja @Maksiora zakłada jakąś różną od zera szansę pozyskania mocy korelacyjnej (istoty, którą uznamy za inteligentną) do jakiejś kooperacji poprzez informowanie o naszej zdolności korelacyjnej – czyli informowaniu o tym, że dysponujemy mocą, którą można wyzyskać. Prędzej najadą nas więc wyzyskiwacze niż kooperanci. @Maksior postawił tezę, iż należy chociaż próbować się komunikować z obcymi cywilizacjami (z lemingami), a ja uważam, że program SETI jest głupi i jakby się jakie ufoki trafiły, to trzeba je spacyfikować. Z braku ufoków na razie mamy obce cywilizacje u siebie, na początek możemy być antylemingami, jak kto ma brudne palce to może wyssać z nich antysemityzm, a dla mniej wyrafinowanych polecany jest. Otóż w przeciwieństwie do @Maksiora ja nie tylko mam taki pogląd, że należy w sposób nieprzewidywalny (to bardzo ważne, powiedzmy trudny do przewidzenia), nieproporcjonalny, nieadekwatny i niszczący – nie tylko mam taki pogląd, ja wiem że to jest jedyna istniejąca w naturze metoda selekcji istot rozumnych z bezmyślnego otoczenia, ponieważ tylko umysł zdolny wykazać pomimo takich obostrzeń swoje zdolności do nawiązana komunikacji i odpowiedzi na supresję jest godny tego, aby nawiązać z nim komunikację, ponieważ taki umysł nas do tej komunikacji jest w ogóle zdolny zmusić. A w polityce można mieć racje, dobre pomysły i argumenty – można to sobie wszystko wsadzić w kieszeń, w polityce liczy się wyłącznie to, czy do tych pomysłów, argumentów i racji umiemy innych przymusić. Wyegzekwować swoje widzimisię w rzeczywistości. To co proponuje @Maksior to taryfa ulgowa dla tych, którzy nie poradziliby sobie z częścią wymagań, ale niby coś tam by byli w stanie dołożyć, choć samodzielnie nie byliby w stanie funkcjonować we wrogim środowisku przebiegłych umysłów nieznających trwogi przed zjadaniem innych. W rzeczywistości są ludzie mający większy lub mniejszy wpływ na cały ten bałagan wokół, może nie jakiś wart przecenienia wpływ, ale chociaż podejrzewany i to nie są ludzie z deficytami wymagającymi taryfy ulgowej – to są sukinsyny bezwzględne. Tylko oni są “we the people” reszta to ich niewolnicy, raby korne na taryfach ulgowych. To co proponuje @Maksior ma sens jedynie jako pułapka na potencjalnych sekciarzy na wyizolowaną farmę. Ale jeśli nie chcemy kryć się po kniejach, jeśli chcemy brać za mordę ludzi takimi jacy są, to musimy wykazać nad nimi wszelkie przewagi bez wahania i względów, aby oddali nam owoce swojej pracy. Swoje owce, wielbłądy, córki, kozy, ziemię i wodę.

Koncepcja @Maksiora ma tę wadę, że najpierw trzeba dokonać wydatku – ostrzec, poinformować (pustą przestrzeń wokół? jakieś potencjalne umysły pragnące zasobu?). Oczywiście można tak wzmagać oczekiwanie wydatkowania dając coraz bardziej ulgowe względy dla niezbyt spostrzegawczych odnośnie faktu, iż “tutaj biją pod warunkiem”. W ten sposób można wyssać z mocy takiego informującego. Na tym polega właśnie działanie biurwy – nakładają obowiązki sprawozdawcze na innych i oczekują ich coraz skrupulatniejszego wypełniania. Postawienie ich przed faktem lekceważenia ich “prawa” pod hasłem “no to mnie zmuście” sprawia, że to oni zaczynają po takiej prowokacji wydatkować moc na próby okazania swojej przewagi, w tym czasie nie używają tej mocy do szkodzenia rzeczywistym działaniom alimentującym. To kolejna przyczyna, dla której koncepcja czytelnika jest błędna – ktoś bystrzejszy (albo nie przestrzegający “zasad”, lekce je ważący, lub po prostu komu w głowie koncepcja o jakichś zasadach innych niż sytuacyjne – bo zawsze jest jakaś sytuacja – w głowie nie postanie) po prostu sprowokuje nas do stosowania się naszych własnych “zasad” i spalimy moc (uwagę i czas) na kierunku, na którym będzie tylko pozorował działania zaczepne, w rzeczywistości drenując nam akumulator chyłkiem i po partyzancku. „Zasady to gorzej niż zbrodnia – to błąd” (oczywiście to parafraza z człowieka słynącego z wszelkich cnót obywatelskich, niezależnie od zmieniającego się jak w kalejdoskopie ustroju – Talleyranda, gdy ocenił egzekucję księcia Enghien).

Cała ta prawicowo-konserwatywna koncepcja, że mają być jakieś zasady, wartości, że chcącemu coś tam się nie dzieje, że rzymskie prawo, greckie pojmowanie, chrześcijańskie wartości to są bardzo piękne hasła i może nawet komuś przyspieszają bicie serca jak śpiewanie hymnu, ale prawicowym konserwatystom nie udało się stworzyć lepszego świata, z którego wyparliby lewicę. Nie ma więc co sobie zawracać tymi dyrdymałami głowy i wrócić do korzeni – [ja i ród mój, domownicy rodu mego, przyjaciele domu] vs [reszta świata]. Żadnych zasad, sumienie tylko dla swoich, tylko w swoich widzę człowieka, bliźniego, reszta to elementy przyrody. Przyrody skąpej, strzegącej swoich zasobów, zazdrosnej o nie. Trzeba przyrodę okiełznać, wyrwać z niej to, czego nam trzeba, a czego nie użyjemy spalić, siłę żywą obezwładnić by nie stwarzała ryzyk.

To oczywista konsekwencja logiczna tego, że konserwatywnej prawicy się nie udało z lewicą. Chce lewica kraść, spodobało się życie z łupów bazujące na poparciu siłą “większości wyzyskiwanej”? No to sobie połupimy bez tej większości, konserwatywnie, taki dopust boży lewicowym strukturom wyzysku zorganizujemy, że im z tego wyzysku grosz vatu, akcyzy i podatku od deszczu w kabzie nie zostanie, a swoich silnorękich będą zmuszeni uzbrajać co najwyżej w mocne słowa, bo nic więcej nie uda im się wytworzyć czy zdobyć.Ponieważ konserwatywna prawica błądzi, lewicy trzeba urządzić zabawę w “kto jest lepszy w łupieniu”, trzeba palić, gwałcić i rabować, aż doprowadzi się stronę przeciwną do stanu bezbronności, załamania struktur i rozpadu podstaw zasilania dobrami religii jaka wiedzie ich do czynienia tego co czynią.Chcieli wojny – uwielbiamy wojnę, nic nas bardziej nie kręci 🙂

Lewacy (taka lewicowa gównażeria) mają dobrych gdakaczy do debat. Ale jeszcze nigdy nie stworzyli armii i nie wygrali wojny totalnej. Ponieważ ich ideologia wyklucza pokonanie samych siebie w sposób skuteczny. Tymczasem strona konserwatywna potrafi rzucać się w tłumy lemingów obwieszona śmiercią i ginąć – bo wojna to jest hobby.

Wiele kultur wytwarza szahidów, berserkerów, kamikaze. Do Nieba wszak idzie Mały Rycerz, wybuchem rozerwany w strzępy. To zdaje się nie jest z jakiej obcy kultury koncepcja?

Lewica wymyśliła sobie, że ogłupi masy i będzie je strzyc. A my im te masy zjemy, nam wełna niepotrzebna, mięsa milczących owiec chcemy.

Budować siłę czy miziać każdego niedorajdę za uszkiem?

To ja mam za kogoś myśleć? A co oni są moi bracia? Swaci? Ród mój jaki? Szczep? Plemię? Żebym ja miał wysilać neurony lustrzane i myśleć co oni myślą w jakimkolwiek innym zakresie, że będą bronić swoich zasobów i muszę ich przechytrzyć fortelem jakim? Zauważcie, że nie uganiamy się tutaj ani za trollami, ani nie przekonujemy czytelników, którzy w biznesie jakoś sobie radzą, do stosowania agresywnych metod unikania opodatkowania jakie stosujemy (a kilka nowych się pojawiło od wakacji i dopiero jestem przekonany że działają, a jeszcze się z tymi skwarkami nie ujawniałem), bo ludzie przyjeżdżają, pytają i później to trawią – ponieważ nie dla wszystkich każde rozwiązanie jest dobre, skuteczne i pasujące do osobowości. Ale to nie jest moja sprawa się tym przejmować, bo Ci ludzie są przytomnymi przedsiębiorcami i sami wiedzą co jest dla nich lepsze, nie potrzebują do tego ministrów, naczelników, królów, bogów i blogerów – swój rozum mają i sami za siebie odpowiadają. Przyjdą, popatrzą – no może u 3r3 to działa, a u siebie trzeba robić po swojemu – bo własne 4 litery będą w razie czego bolały. Natomiast na nic nam tu lemingi, które chciałyby gotowej odpowiedzi na pytanie jak mają żyć, jaki biznes prowadzić i jak. Według koncepcji czytelnika warto by było jednak dać jaką taryfę ulgową, czyli co – miałbym obniżyć poziom i co mi po tem? A tutaj w tym czasie nazbierało się ludzi, z którymi nawet można coś organizować, o ile trafi się rynek, i nie trzeba za nich myśleć, za nich organizować – sami sobie o wszystko zadbają. Takich nam trzeba, po co nam gorsi? Po co ma konsumować zasoby ktoś nie dość bystry, komu z taką łatwością się je zabiera? Przecież nie dyskutujemy z mrówkami czy możemy im wyrąbać las, w którym żyją – mrówki nie są na naszym poziomie. Lemingi też nie i nie ma powodu aby udawać, że jest inaczej, można im zasoby pozabierać, najwyżej jakiś Ziobro pokrzyczy i przestanie – tyle lemingi mogą. Ich zdolność do kontestacji stanowiska zabierających im zasoby jest żadna – są pozbawieni znaczenia. Nawet jak im jakaś lewica przewodzi to wystarczy sponiewierać im przywódców i zostaną jak dzieci w ciemnym lesie. Przytomnym ludziom żadni przywódcy niepotrzebni – sami wiedzą co mają robić i wykończenie im korelatora to poważne przedsięwzięcie, bo trzeba wykończyć ich wszystkich.
Sprawia to pewien problem praktyczny, ot taki, że do jednostek “racja stanu” działających poza przepisami prawa na rozkaz władz politycznych (stworzone przez Andropowa choćby) wybiera się ludzi inteligentnych i oni potrafią nie wykonać rozkazu tak jak w czasie puczu Janajewa, kiedy otoczyli budynek parlamentu (Jelcyna) i naznaczeni odmówili dokonania szturmu (i pozabijania kilku tysięcy demonstrujących, mimo że nieco wcześniej na Litwie walili do tłumu bez wahania) gdyż ustalili iż “zwycięski” obóz w przypadku klęski politycznej nie weźmie ich w obronę (w takich jednostkach nie istnieje podstawa prawna wykonania rozkazów, a te nie są wydawane pisemnie – racja stanu jest pozaprawna). Sami państwo rozumiecie – to są poważne sprawy, kiedy specopsi nie dają wiary, że po wykonaniu zadania będą mogli schronić się w ugrupowaniu armii pod skrzydłami politycznymi pana hetmana. Podobne sprawy czasem się prowokuje z pełną premedytacją, tak jak w czasie załamania polityki gospodarczej po otruciu Stalina i późniejszym zamordowaniu Berii (polityka gospodarcza załamała się, ponieważ nie było stałego odsysania niezadowolonej ludności do łagrów jakie zapewniali wymienieni) kiedy to w 1956 roku Moskwa podjęła decyzję o supresji ośrodka przemysłowego w Polsce (Poznań) zagrażającego dominującej pozycji zapewniającej kontrolę dostaw w przemyśle maszynowym ze strony ZSRR. Oczywiście nie można sobie było w czasie odwilży ot tak pojechać do sojuszniczego państwa i spalić miasta. Trzeba było użyć fortelu, ale Moskwa pogrywała nie z matołami, których sobie posadziła po wojnie z własnych Żydów (geniuszy politycznych co państwowości własnej nie mieli), tylko w Warszawie już się poustawiali na stanowiskach ludzie z przedwojennego KPP, a Ci przygarnęli socjalizującą się ideowo “arystokrację przedwojenną” bo ktoś przecież musiał na placówki dyplomatyczne jeździć i lepiej jak znał języki, a matołki z awansu nie znały. Pogrywali więc z ludźmi przytomnymi i pozbawionymi zasad, bo inni nie przeżyli. A Ci mieli interes w tym, żeby mieć takie ośrodki przemysłowe i nie dać ich zniszczyć.
Sovieci wraz z Niemcami (strategiczne partnerstwo przeciw PL – muru berlińskiego jeszcze nie było) najpierw sprowokowali swoją agenturą strajki (to akurat jest banalne), a potem nieudolnością sił porządkowych WUBP powstałego w Moskwie doprowadzili do eskalacji, w wyniku której kolejny szczebel agentury (Stasiak z Dwojakiem – akurat jak to tam działało to doskonale wiem z rodzinnych opowieści, ponieważ Dwojaka później posłali tam, gdzie ktoś z tych przedwojennych socjalizujących się ideowo, był na stanowisku wojewódzkim tym co Stasiak) postawił w wymagalność przysłanie czego na gąsienicach żeby robiło wrażenie z OSWPiZ, a politruk Witaszewski kazał spadać z tą hucpą na bambus żeby ośrodek przemysłowy czołgami niszczyć (to taki przedwojenny komuch z dobrej rodziny – takiej jak nasi żoliborscy inteligenci, co się w związki zawodowe bawił w tkactwie). W tym momencie sprawa sovietów by się rypła i Poznania by nie spalono więc musiał interweniować w KC koniokrad Rokossowski i rusek pełniący obowiązki Polaka Bordziłowski kazał OSWPiZ jeszcze raz to samo. Państwo sami rozumieją, że jak się jednostce pancernej wydaje rozkaz użycia broni to oni tam armatek wonnych i gazu pieprzowego nie mają.
Tutaj nasze komuszki przedwojenne już były przygotowane na taki scenariusz, bo to były komuszki polskie, a te przywiezione na tankach były sowieckie i do tego Żydy. I w politykowanie to nasi się bawili od tysiąca lat, a Żydzi nie bardzo mieli gdzie politykować – mogli się pobawić w fabryki i banki, albo w innej piaskownicy, ale bez czołgów, armat i realnej siły. A to jest bardzo poważna rzecz, umieć operować bankiem z łaski wspieranej aparatem przemocy państwa, a operowanie samym aparatem, który wspierać może, ale wystarczy że uda, iż patrzy gdzie indziej i ślad po banku nie zostanie przy pierwszym runie. Oczywiście prowokacjom nie było końca, działy się takie niby jaja, że demonstranci opanowali jakie czołgi (bo w fabrykach uczą obsługiwać czołgi), że zdobyli więzienia, sądy, wstrzymali ruch pociągów i inne brednie (jacy zorganizowani demonstranci, rano krzyczeli chleba, a wieczorem już zdobywali istotne strategicznie budynki, a piekarni nie dali rady zdobyć w sprawie tego chleba?).
Z relacji przy stole wynika, że tam największym problemem wojska pancernego było upilnowanie kradzieży z niepilnowanych sklepów, a nie jakieś demonstracje, których w ogóle nie widzieli, mimo że byli w kluczowych punktach w kluczowe dni, gdzie miały miejsce spisywane później w kronikach “wydarzenia”. Jaja z tym wojskiem były takie, że po zadymie w Poznaniu (70 zabitych w sumie – wielki mi Majdan) rozpędzono cały ten OSWPiZ na cztery wiatry i wzięto pod but wrocławskiej szkoły piechoty, gdyż żołnierza do wojsk pancernych nie kształci się rok czy dwa, a oficera to już wcale. W 10 lat po wojnie natomiast byli tam jacyś doświadczeni podoficerowie – ciekawe kto ich kształcił, kiedy się urodzili i co mieli w głowach (raczej nie propagandę soviecką) – to raczej nie muszę przybliżać matematyki. Otóż gdyby kształcili ich i dowodzili sovieci, to by z Poznania ślad na mapie nie został, bo samych czołgów to tam było grubo ponad trzysta. A komuszki “nasze” nie w ciemię bite już się przed tym zabezpieczyły wcześniej, bo na politykowaniu się co nieco znali. Otóż oni sobie wykombinowali zaraz po wojnie, jak zrozumieli że im soviet chce wytłuc młodych, patriotycznych narwańców to kogo mogli powyciągali z młyna i zaszeregowali w wielkopolskim KBW, bo komuszki chciały mieć wojsko choćby takie, które się z sovietem i z Niemcem na pewno nie skuma pod żadnym pozorem. W całym kraju było generalnie podobnie, a nawet śmieszniej. I w sytuacji, kiedy to pozbierane z całego kraju “wojsko”, w którego szeregach była cała masa NSZ-owców co się na poważnym wojowaniu znali, wtargnęło do Poznania, to zaczęło być niezbyt nachalnie bezczynne. I tak sobie tam siedziało, a soviet swojego wojska nie mógł już przysłać, bo sami państwo rozumieją – 350 czołgów z całą obstawą to nie kij w dmuchał. Ot takie robi właśnie rozgrywki polityczne i zmiany “przywódców” czy to na Jelcyna czy na Gomułkę bez jakiegoś specjalnego strzelania, a jednak zmechanizowanym wojskiem. Chyba nie macie wątpliwości, co by zrobiło z miastem wojsko za zabicie ponad trzydziestu żołnierzy, a jednak jakimś cudownym sposobem żołnierze nie mieli żadnych wątpliwości, że to nie “lud” do nich strzela i ludowi się za to nie odwdzięczali. Po wydarzeniach podano, że to byli “imperialistyczni prowokatorzy”, nie mercedesy tylko rowery i nie rozdają a kradną, jak w radiu Erewań. Przypomnę, że “burżujce” były wtedy skupione na nacjonalizacji kanału sueskiego, a jakieś tam bzdety w Poznaniu zeszły na plan dalszy.
Podobnych błędów i uchybień niemiecka agentura (wicepremier Kociołek – mają talent niemiaszki do wstawiania sąsiadom Leninów, Tusków, Morawieckich i Kociołków) nie dopuściła się już w roku 1970, kiedy to polskie stocznie zagrażające konkurencją stoczniom niemieckim trzeba było zdemolować (dopiero Bolek dał radę to zamknąć, a nie tylko Lech Kaczyński w gdańskiej stoczni zdążył popracować, ja też – stamtąd biorą się prezydenci, a i na Wawel można trafić), ludność ostrzelano metodycznie, sparaliżowano działanie przemysłu, a były i koncepcje, żeby to wszystko zbombardować i zaorać. Co ciekawe, w jednostkach ciągle byli NSZ-owcy z Poznania ’56, ale już nie w takim wysyceniu, już było tam młode wojsko przeszkolone w duchu czerwonego terroru i nikt jaj sobie ze strategicznych partnerów nie robił. Chociaż ofiar było mniej niż w Poznaniu to skutek (oczekiwany przez Niemców) lepszy, ponieważ korelator partyjny (Gomułka, Pietrzak, Kliszko, Kociołek) został zdekomponowany i utracił zdolność kontroli struktur Partii. Nie obyło się bez przygotowań do prowokacji: na wyjściu z Dworca, jak się spojrzy w lewo jest wieżowiec z biurami konstrukcyjnymi i tam zapewne był strzelec wyborowy – nie wiadomo komu i na co. Na Majdanie też ujawnili się strzelcy i to nie bardzo po tej stronie co powinni, jakaś taka tradycja “spontanicznych wystąpień ludności”.
Należy mieć na uwadze, że pomiędzy 2WW, Poznaniem ’56 i Wybrzeżem ’70 zmienił się nie tylko skład osobowy. Zmieniły się także środki farmakologiczne wspierające działania. Dziś właściwie nie zdarza się, aby wypuszczać jednostki pacyfikacyjne na trzeźwo, doprowadza się ich do stanu, w którym jedynym bodźcem jaki jest w stanie ich powstrzymać, jest przerwanie procesów życiowych. Jeśli więc zdarzy Wam się uczynić coś tak głupiego jak branie udziału w demonstracjach to nie miejcie złudzeń, że Ci co przyjdą Wam gumą naprostować poglądy, myślą w jakichkolwiek kategoriach. W koszarach prewencji pierze się przestrzeń między uszami skutecznymi środkami chemicznymi, tych ludzi właściwie nie da się już później resocjalizować do jakiejkolwiek normalnej pracy, jest to problem występujący we wszystkich państwach i wszędzie są organizacje wspierające mundurowych po zakończeniu służby w przyuczeniu się do jakiegokolwiek zawodu. Niestety taka formacja młodego człowieka wyklucza jakikolwiek powrót do produktywnego społeczeństwa.

Myślę, że po takim przybliżeniu tematyki stosowania ostatecznych argumentów królestwa staje się jasne, dlaczego nie stosuje się metod delikatnych czy pośrednich w handlu międzynarodowym (wszak opisałem tutaj konkurencję pomiędzy ośrodkami przemysłowymi z delikatnym podpalaniem fabryk i strzelaniem do specjalistów – nic specjalnego). W praktyce stosowana jest jedynie metoda ostateczna. Tylko dlatego, że jest to jedyna metoda skuteczna energetycznie – wojnę prowadzimy na środkach ofiary, a nie na swoich, nie swoim wydatkiem jak chce @Maksior. Cudzy wydatek jest lepszy. Dopiero po ustaleniu przez obie strony gotowości do zastosowania wszelkich środków można usiąść do stołu i próbować się dogadać (do następnej razy), do racjonalnych zachowań trzeba strony przymuszać – muszą zawieść wszystkie przewagi. Przewagi te realizowane są w taki sposób, aby postawić cel przymuszania (do naszej polityki – na przykład tego, że wyłącznie my możemy decydować kto korzysta z naszego miejsca parkingowego) przed możliwością nieograniczonej utraty zasobów stron zamieszanych w konflikt, czyli – jesteśmy gotowi spalić mu samochód, podpalić przy tym blok i nasikać mu do mleka tylko o takie g, że zaparkował samochód wbrew naszej wizji politycznej. Pomijamy przy tym zupełnie kwestię, że niby można to tam załatwić na jakiejś wydumanej drodze formalno-prawnej – gdyby prawo działało, to nie trzeba by się na nie powoływać, bo przestępcy po prostu nie dopuszczaliby się przestępstw, a tak nie jest. Zbrodniarz, który zaparkował samochód na naszym (tak nam się wydaje w wyniku zawartych umów, że to nasze, to urojenie jest podstawą uroszczenia, że nikomu innemu nie wolno z tego korzystać bez naszej wiedzy i zgody bo to własność, umowy i takie tam brednie) musi zostać postawiony w stanie szoku wynikłego z niezgodności swojego osądu rzeczywistości z zastaną rzeczywistością. Aby doprowadzić człowieka do takiego stanu, należy zmienić jego zdolność do korzystania z mocy socjologicznej innych ludzi (na przykład spowodować, aby Ci ludzie go przestali lubić, albo ich zamordować – wszystko jedno) oraz ze zdolności mechanicznej urządzeń (poprzez sabotaż tych urządzeń, na przykład pojazdy warto traktować wstrzyknięciem nawaniacza do wnętrza pojazdu – nikt go już nigdy nie kupi i nie użyje po zastosowaniu odorantu, takiego jak na przykład tetrahydrotiofen). Choć oczywiście, jako że mieszkam w kalifacie Północy to przyjętym kulturowo sposobem okazywania dezaprobaty sąsiadom jest tu podpalanie pojazdów, strzelanie w okna, wrzucanie do mieszkań granatów – czyli wartości europejskie^^
Metody takie są skuteczne, ponieważ przy minimalnym wydatku cel jest skonfundowany zastanym rezultatem skutkującym odpisami w stanie posiadania, natomiast okazanie lekkomyślności i barbarzyństwa poprzez narażenie postronnych na wciągnięcie w konflikt jako collateral damage wskazuje brak ograniczeń w skali, adekwatności i jakości stosowania środków. I albo ktoś rozumie, albo nie i wtedy żadna strata. Ponieważ taki problem z parkowaniem dotyczy przedsiębiorców dość poważnie, to mamy na to swoje metody i widlakami wywozimy te przeszkadzające samochody na złom. Zazwyczaj do śniadych jełopów dociera dopiero jak dostają z Transportstyrelsen informację, że pojazd został wyrejestrowany i formalnie nie może być ani zwrócony, ani przywrócony do ruchu. Nie wiem czy z punktu widzenia jełopa jest różnica czy mu się spali czy zezłomuje, ale przynajmniej problem znika z miejsca parkingowego.
Gdybyśmy jednak próbowali drogą @Maksiora wysyłać wnioski, petycje, skargi i zażalenia do winowajców okupujących NASZE, to w tym czasie musielibyśmy posiłkować się jakim innym miejscem, a to wszystko nasze koszty, bez żadnej gwarancji jego opróżnienia i niekłopotania nas okupacją w przyszłości. Pomijam już kompletnie kwestię, że śniade lemingi to są takie same jak nasze lemingi i postulują “co to takiego/to tylko miejsce parkingowe/później zabiorę/oj tylko na chwilę”. @Maksior powoływał się (słusznie) na tezy wojny informacyjnej. Tylko że jak wskazałem na początku – w środowisku musi istnieć gęstość – również rozumu aby odebrać komunikat, nie ma więc co tracić czasu na stopniowanie – od razu wjeżdżać na pełnej petardzie – przy okazji jest z tego kupa zabawy.

Rozszerzmy to o wojnę informacyjną

Wojna informacyjna (pisałem z tego pracę w zeszłym tysiącleciu jak jeszcze zbierałem papiery niby Łunochód kamienie) polega na tym, że kto nam jakie bzdury plecie, a my reagujemy emocjonalnie i nawet zmieniamy swoje koncepcje myślenia na temat świata. Koncepcja ta polega na tym, że ofiary wojny informacyjnej dokonują recepcji bodźców, są na nie podatne i internacjonalizują bodźce w formie przewartościowań poglądów. Warto zacząć od tego, że większość ludzi nie ma absolutnie żadnej wiedzy, żadnych poglądów, a ich emocjonalność odnośnie zjawisk świata przedstawionego sprowadza się jedynie do ich skomentowania z akcentem emocjonalnym wyłącznie w czasie nieodległym od ekspozycji na bodziec (informacyjny). O wiele skuteczniejszym sposobem wywoływania szoku i konfuzji wśród ludności jest porzucanie zwłok na uboczu drogi (sprawdzone w czasie przeróżnych roszad politycznych w Ameryce Południowej) – zwłoki przedstawicieli własnego gatunku uruchamiają istotne procesy fizjologiczne zwiększające między innymi poziom kortyzolu we krwi obserwatorów.
Często przytaczany jest (fałszywy) pogląd, że wojna informacyjna jest tania, ponieważ samoloty i czołgi są drogie. Środkiem bojowym równoważnym wojnie informacyjnej są jednak działania nieregularne, w tym sabotaż i terroryzm, są cenowo zbliżone, a nawet – w przypadku pewnej specyfiki lokalnej dla Słowian – pozwalają dokonywać przenikania na obszary wrogie w celu tworzenia związków przestępczych o charakterze rzemieślniczym mających na celu wyłącznie samofinansowanie się (działalność gospodarcza), a w konsekwencji erozję struktury bezpieczeństwa na obszarze zaatakowanym. Ponieważ w pewnym okresie Dania była przewidziana jako obszar działań zbrojnych dla armii polskojęzycznej, to wysycenie agenturą na tym terenie spowodowało, iż w momencie upadku tej koncepcji militarnej zorganizowana przestępczość wywiozła stamtąd nie tylko samochody, ale co tylko się dało unieść, a zatrzymani przez policję byli od razu wypuszczani przez agenturę (przekupnych urzędasów) plasowanych w strukturach siłowych państwa-celu. I to – przestępczość – to jest właśnie tanie, a nie jakieś brednie o wojnie w białych rękawiczkach na książki, tv i blogi w necie. Chcecie żeby ludzie spali na stojąco, to w sezonie urlopowym przejedźcie samochodem z “wyprowadzkami” przez dzielnicę domków – wkurzona klasa średnia dopiero da do słuchu władzuchnie i zmieni strukturę wydatków – bo to oni mają realny wpływ na wydatki.
Sposobem skutecznego paraliżu aparatu państwa jest przecież utworzenie wolnego handlu paliwami, swobodnego obrotu fakturami, a nie jakieś wciskanie ludziom ciemnoty. I do tego tv kosztuje, gazeta kosztuje, internet kosztuje, a paliwa i fakturki napędzają się same – perpetuum mobile do wyborów – lepsze jak okupacja. I ludność nawet szczególnie nie kontestuje takiego stanu. Przecież aby sparaliżować banki to nie trzeba prowadzić żadnej akcji propagandowej, że banki są takie, siakie i owakie tylko wystarczy przestać je dotować z budżetu działaniami państwa. Czyli przestać ochraniać (tak jak pozostałe firmy), nie dawać preferencji przy egzekucjach (proszę sobie samemu pokrywać koszty wykonalności), i nie egzekwować ustaw obowiązujących do używania kont w bankach czy posiadania konta przez firmę – od razu czar banku pryśnie, wystarczy się wstrzymać od dotowania, nie trzeba wcale propagandy siać. Tak samo jest ze “służbą zdrowia” – wystarczy machnąć na to ręką i puścić na żywioł, zaraz się okaże który profesur co umi. I nie trzeba do tego siać żadnej propagandy, aby klienci sami, błyskawicznie wykończyli lichych dostawców usług medycznych.

Owce można zjeść, ponieważ milczą, ponieważ się nie bronią, nie ma konieczności aby je wzbudzać emocjonalne, same tworzą mechanizmy swojej ekspozycji (choćby ekonomicznej) na wilki. Gdyż po to Bóg stworzył baranów, aby wilcy byli syci. A nawet gdyby nie milczały tylko beczały, to też by nieszczególnie przeszkadzało – najwyżej by się trochę rozbiegły i trzeba by się za baranami uganiać. Natomiast sama koncepcja żywienia się owczym mięsem polega na tym, że wilków jest mało, a owce występują w dużych skupiskach – termodynamika – owce są bardzo dużym zbiorem uporządkowanym – zawierają wyłącznie żywność dla wilków. Wilki są mniej uporządkowane niż owce i dlatego to wilki jedzą owce, odwrotnie taki stan rzeczy jest nie do utrzymania – zbyt trudno byłoby znaleźć wilka, aby nakarmić wilkożerną owcę. Dlatego też jeden leming pokarany dla przykładu zniszczeniem pojazdu już bardzo skutecznie wybeczy do innych lemingów informację o stresorze – nie trzeba uruchamiać żadnej akcji propagandowej, lemingi błyskawicznie internacjonalizują normę “na tym obszarze biją”. Choć można je sprowokować “chodźcie z nami – dziś nie biją”, ale to kosztuje i jest mało skuteczne.

Lemingi i tak czeka ciężki los

Karoń bredzi! Żartuję oczywiście, ale nie do końca (1h:10min reedukacja lemingów):

Żadnej reedukacji nie będzie – będzie niewolnictwo, ponieważ nawet jeśli Ci dorośli ludzie zaczęliby nabywać kompetencje na rynku o rosnącym ciśnieniu (ich naporze) przy skończonej ilości miejsc pracy, majstrów (korelatorów) oraz ich ograniczonych początkowo umiejętnościach, to rezultat ich pracy będzie taki jak ucznia. I to żaden problem jak się jest uczniem od miotły i prostych prac, kiedy ma się lat piętnaście, ale dla 40 latka to prestiżowy dramat, bo leci w hierarchii na poziom 15 latka. Czyli samice dziobie na końcu, gania po piwo i zamiata podłogę – to czeka tych ludzi w najlepszym wypadku. Bo w najgorszym to będą po prostu próbowali kraść i dysponenci majątku zgniotą ich przewagą techniczną jaką sami wytwarzają – strzelając do złodziei. Pierwszego Maja wszak obchodzimy nie dlatego, że bandytom-robotnikom się kraść udało, ale dlatego że siły porządkowe broń miały, a robotnicy-gołodupce nie. I w ten dzień przypominamy robotnikom, że lepiej do pracy nie przyjść, niż urządzać fochy (strajki) bo przemysł ma argumenty ostateczne i użyje ich bez drżenia ręki ZAWSZE.
Reedukacji żadnej więc nie będzie – jeśli dojdzie do takiego scenariusza, to ci co przegrali życie, będą po prostu wdeptani w ziemię do pozycji niewolników, a bunt zostanie zdławiony.

Wystarczy się przytomnie zastanowić – człowiek ma rozwijaną z wiekiem piramidę potrzeb, odnosi się ona do OCZEKIWAŃ wobec innych ludzi odnośnie pożytkowania ich mocy (na przykład samic do rozpłodu, górników do rycia, barmanów do nalewania i wysłuchiwania do świtu). Nie znam żadnej skutecznie wdrożonej koncepcji formowania dorosłego człowieka w taki sposób, aby zaakceptował pozycję w hierarchii i dostęp do dóbr właściwy dla nastolatka – ucznia. Odwrotnie to owszem – Iskander podbił “świat”, a piwa by u nas legalnie nie kupił jak zaczynał.

Oczywiście lemingi snują sobie wizje o tym, że jak będzie mało tego czego nie wyprodukują, to podzielą się biedą, wprowadzą kartki, reglamentacje etc. Pewne sumy są niepodzielne, nie można częściowo być w ciąży i częściowo być właścicielem. Będą na przykład dzielić się mieszkaniami, rowerami, pojazdami, z tym że taka koncepcja jest kosztowniejsza niż posiadanie indywidualne, a to dlatego, że będzie wymagała aparatu nadzoru i kontroli nad dokładaniem mocy by “dbać jak o swoje”, choć to nie będzie przecież “swoje”. To taka drobna usterka w systemie kolektywnym, który będzie błyskawicznie ciągnąć w dół do najniższego poziomu dbania o rzeczy “wspólne” (czyli niczyje), powoli wydzielą się z nich sekciarze co dbają bardziej i się z innymi spoza sekty nie dzielą – czyli wróci własność, a potem to już będzie zupełnie normalnie, bo ’68 wymiera i niedługo nawet ci co po nich małpują (nie wiedzą co, ale póki ktoś im za to jeść daje to małpują) też trafią na śmietnik historii.

Nie krępujcie się więc, jeśli już decydujecie się czynić coś niemiłego swoim winowajcom. Wszak każda społeczność ma zarówno ludzi dobrodusznych, jak i sukinsynów odstraszających obcych sukinsynów. Skoro jedynym środkiem jaki do nich dociera jest zło, to po cóż skąpić i wybierać mniejsze?