Najmniejsza organizacja i wzrost

Przy budowie organizacji (zakładam, że przedsiębiorstwa, ale i sobotnio wieczorny kult składania dziewic w ofierze przed Smoczą Jamą też ma koszty) warunkiem opisanym w artykule wstępnym było to, że to musi na czymś zarabiać – musi się alimentować. A zazwyczaj z tym, że musi się alimentować, wiąże się to, że trzeba temu poświęcić czas, a ile czasu i na czyj koszt, to było w pierwszych artykułach o montowaniu firmy, ale tutaj będzie repeta.

Oczywiście w Internecie znajdziecie wiele bajek “poświęcam godzinę tygodniowo i zarabiam dwie średnie”. No może to nie tak całkiem bajki – da się takie coś zorganizować, przez jakiś czas, na jakiś czas, ale to, że ten co to napisał ma czas pić TERAZ drinki, to nie znaczy, że ktoś tam z tyłu na to nie zasuwa, a ta godzina tygodniowo to teraz dopiero. W tym wypadku o takim rozwiązaniu pisał nie będę – trzeba zasuwać. Sytuacja w której nie macie co robić w przedsiębiorstwie świadczy o tym, że nie macie żadnych potrzebnych kompetencji ponad organizowanie organizacji.

Musi być alimentacja – ludzie przyłączą się do Was, O ILE to nie koliduje im z ich własną alimentacją (czyli mają w uczestnictwie z Wami interes), albo po prostu jest fajnie (organizuje im jakąś część czasu w sposób dość atrakcyjny, a do tego jest darmowa kawa i herbatniki z perspektywą na kawior i szampana).

No i sami też musicie coś jeść, płacić rachunki. Na początku najwygodniej jest mieszkać u mamusi i tatusia, sprawa komplikuje się, jak się już z tego wyrosło i ma się te 19-20 lat i siedzi na swoim. Wtedy sprawa jest nieco trudniejsza. Bo przecież nikt mi w komentarzach nie napisze, że ma 30 lat i mieszka u mamusi?

Załóżmy, że sobie gdzieś tam korposzczurzycie na etacie i chcecie na boku, po godzinach rozwinąć produkcję dziurek do guzików, na razie na magazyn, a potem się dokupi te guziki i będzie jak znalazł towar na handel. To ile macie czasu po korposzczurzeniu?

Wasza Święta Matka Firma już Wam dobrze czas zorganizowała, afterworki, spotkania po pracy, integracyjki, wyjazdy, chlanie w weekendy – znaczy czasu nie macie w ogóle – no i pozamiatane. Trzeba będzie firmę okraść z czasu – nie brać udziału w sekciarstwie. 16:00 trzaskasz drzwiami i idziesz robić swoje. A w weekend nie ma picia i cięższych rozrywek. Najpewniej Cię szybko wygryzą i wyrzucą z sekty.

Z kim się organizować?

Kiedyś to ludzie wedle podwórka mieli znajomości, organizacje powstawały wedle trzepaka, łatwo to było rozpracowywać operacyjnie, bo wystarczało zrobić wywiad środowiskowy i wszyscy byli w okładkach. W biznesie jest moda, że się poznaje ludzi na studiach, ale że tam jest już pewna dorosłość i podejrzliwość, to różnie bywa z nawiązywaniem znajomości (charakter “nauki” zmienił się w ciągu ostatnich 50 lat i dziś jest to przestrzeń konkurowania, a nie zawierania znajomości i tworzenia “czaszek i piszczeli”). Mamy nowe narzędzie – Internet. I tutaj jest dla służb makabra, bo nie wiadomo kto z kim się skumał i w śledztwie wszyscy w zaparte idą, że w ogóle jakieś kontakty ze sobą mieli. Ale to tutaj kompetentni się poznają, odfiltrowują niekompetentnych, przeprowadzają werbunek i realizują przedsiębiorstwa. Zaleta też taka, że po rozstaniu nie trzeba na siebie nawzajem wysłuchiwać od sąsiadek, że jeden się rozpił a drugi po świecie się tuła.

Jest tu jawna dobrowolność zrzeszania się – po pierwsze zrzeszający musi chcieć zrzeszać członków, po drugie członkowie też nie są tam przymusowo – to oni muszą chcieć się przyłączyć (skuszeni niskimi pobudkami oczywiście, no bo przecież biurwa w togach uważa taką motywację do czynu za niskie pobudki). Co oczywiście może Wam zaświecić lampkę, że jesteście w jakiejś organizacji przymusowej (państwo, społeczeństwo, naród – takie zwierzęta co nikt ich nie widział, ale wszyscy o nich piszą) i skoro jesteście tam pod widelcem, to oczywistym jest, że albo ta organizacja dobrowolnie realizuje Wasze cele, albo Wy zaczynacie ją demontować, demolować i na każdy postulat działania w grupie czy płacenia na coś podnosicie veto i stajecie okoniem.

Tak nawiasem moich żartów względem tekstów #Arcadio, On zawsze pisze, że jak zrobimy coś kolektywnie, to będzie nam lepiej, znaczy jakimś kierownikom tego kolektywu przynajmniej będzie, bo bogactwo narodu wzrośnie, a bogactwem zadysponują przedstawiciele narodu (narody po to mają przedstawicieli, aby ich ustami konsumować koniak, kawior oraz aby w ich imieniu korzystali z prawa pierwszej nocy z wybrankami), a ja zawsze z wrzaskiem podnoszę veto, że ja też chcę się do rezultatów dobrać i nie żadne po równo, tylko ja chcę mieć trawnik bardziej zielony od sąsiada.

Cel organizowania się

Jest jasny – wykorzystać skumulowaną zdolność wytwarzania bogactwa przez innych ludzi, tak aby zawładnąć rezultatem tej wytwórczości. Zawładnięcie bogactwem usług i produktów jest nam umożliwione przez różne silniki organizacyjne już wmontowane w społeczeństwo. Ludzie korzystają z walut, z ich anonimowości, z łatwości ich transferu, z możliwości nawiązania komunikacji z odległymi osobami oraz z istniejącej sieci spedycji obejmującej całą planetę, dzięki czemu towary można dostarczyć praktycznie gdziekolwiek – jest to tylko kwestia ceny, ale usługi są dostępne.

W tej grze w “kto umrze najbogatszy” my z wytwarzanego przez nas dobra oddamy trochę innym, innym trochę zabierzemy i coś nam zostanie – lepiej jeśli więcej niż innym. Oczywista oczywistość rzuca nam się na oczy – nie marża a wolumen będzie celem, jeśli marzymy o jakiejkolwiek większej perspektywie niż mikro lub małe przedsiębiorstwo.

Funkcyjni, ich wady i zalety

W przedsiębiorstwie, o ile nie dyskutujemy o pętli wyłudzeń na bazie eksploitów formalnych, występuje przynajmniej jakiś ktoś, co kupi od nas coś. Ten bardzo ważny ktoś, to jest Jego Wysokość Klient, pan nasz dobrodziej, dogodzić mu chcemy ze wszech miar, byleby płacił. Bo jak nie płaci, to żaden klient – to przedmiot windykacji; przedmiot do wora, wór do jeziora.

Z tym ważnym ktosiem jakiś funkcyjny musi się kontaktować. Nazwijmy funkcyjnego działem sprzedaży lub sprzedawcą. Ten typek to w najlepszym wypadku obrotniak umiejący dogadać się z każdym, o sky high kompetencjach społecznych, marnotrawiący czas na spotkania z klientami, z których wynika czego chcą i kiedy za spełnienie ich marzeń zapłacą. Ta osoba jest kluczowa w fazie wzrostu i rozszerzania bazy dochodów firmy. Jest też potrzebna do podtrzymania kontaktów, ale nie jest wtedy konieczna. Zazwyczaj to właśnie ludzie mający takie umiejętności społeczne są twarzą firmy i formalnie to oni je prowadzą (nawet jeśli nie są udziałowcem dominującym, a zazwyczaj nie są). Z tych umiejętności wynika również, że typa rzucamy do załatwiania przeróżnych spraw zewnętrznych w stylu zakupów dla firmy czy kontaktów z urzędami. Wszelkie kontakty formalne dobrze jest prowadzić przez takiego człowieka.

No ale sprzedawca musi mieć co sprzedać. I ktoś tu musi zapewnić towar. To twarde jądro firmy. W najprostszej wersji to dział zakupów kupuje tanio, a sprzedawca sprzedaje drogo, a jak to jest jedna i ta sama osoba, bo to ten sam zestaw kompetencji, to mamy jednoosobowy kombinat handlowy. Wielu ludzi odniosło tak sukces. Klops w tym, że są to obecnie kompetencje powszechne, na rynku jest ciasno, konkurencja bezlitosna, marże pod psem. Oczywiście najlepsi sobie poradzą, ale co cwańsze obrotniaki poszukują dostępu do dóbr bez kosztownego transportu w konkurencyjnych cenach. Czyli chcą się dokooptować do przedsiębiorstwa, które na miejscu wytwarza jakiś towar, przetwarza jakiś towar (wykonuje usługę), albo robi komuś laskę i sprzedawca znajdzie tych niespełnionych ktosiów, których będziemy mogli zadowolić.

W najmniejszej, najbardziej wyżyłowanej organizacji dział sprzedaży i dział zakupów to jedna i ta sama osoba. Jednak już wykryliśmy, że ta osoba będzie chciała jakiegoś przetwórcy, działu produkcji, działu technicznego, czyli kogoś kto zapewni hard skills do jego soft skills. Dojdzie nam jeszcze ktoś pominięty, nie jest konieczny bo można outsourcingować (ja tak zazwyczaj robię), ale do pewnych przedsięwzięc lepiej jest mieć doradcę udziałowca, co za swoje decyzje sam podkłada własnego żetonu na sztos.

Hard skills. To raczej ogólna tematyka wielu innych tekstów tutaj. Nie muszę typa przedstawiać. To człowiek zajmujący się technicznymi usługami lub produkcją. Zazwyczaj również dawca kapitału na przedsięwzięcie (i największy jego konsument – park maszynowy wciąga walutę jak Reksio szynkę) choćby dlatego, że zazwyczaj ta osoba posiada choćby park maszynowy, a zazwyczaj wiążą się z tym również nieruchy i przestrzenie robocze, magazynowe. Z przyczyn obiektywnych jest to też rekruter niewolniczej siły roboczek (bo to on uznaje kwalifikacje) i to raczej on dobiera sprzedawcę niż sprzedawca jego (ponieważ występuje znaczny deficyt tego gatunku względem populacji sprzedawców).

I na tym właściwie zamknęłaby się nam klika minimum. Jak jednak wspomniałem może nam dodatkowo przydać się niewolnicza siła robocza. Może się nam przydać również ktoś od formaliów (roboczo nazwijmy, że to księgowa) i od pisania głupich pism do głupiej biurwy. Ewentualnie może się nam przydać prawnik z doświadczeniem w księgowości i prawie spółek handlowych (oraz pokrewnych tematów) jeśli zamierzamy coś mataczyć. Przynajmniej dawniej były to funkcje potrzebne, obecnie kupuje się to za bezdurno na rynku, jest to tak paskudnie tanie, że aż sam się dziwię dlaczego.

Dalsze etapy działalności wymagają jeszcze kilku innych funkcji już czysto organizacyjnych. Niewolnicza siła robocza ma swoje potrzeby i trzeba im je zrealizować, biurwa ma swoje, kontakty z pewnymi upierdliwcami swoje (Dział Obsługi Upierdliwych). Pojawi się kwestia reklamy (dziś też to tanio można kupić). Ze względów formalnych, jakaś fabryka słupów i palików.

Jednakże to minimum – obrotniak i producent – jest czymś, z czym można rozpocząć kooptację. Te dwie osoby zazwyczaj tworzą wewnętrzny krąg każdej działalności i jedynie wspólny interes może utrzymać dwie tak różne i zazwyczaj skrajnie rozjeżdżające się osobowości, ponieważ specyfika zadań obu tych ludzi jest skrajnie odmienna.

Teoretycznie w miarę rozwoju działalności sprzedawca chciałby wykluczyć producenta, ale powstrzymuje go strefa komfortu. Teoretycznie producent może wykopać sprzedawcę, gdy ma bazę klientów. Teoretycznie, gdyż, jak zwracałem uwagę między innymi w temacie o sektach, każda działalność ma horyzont czasowy i ten horyzont jest krótszy niż “cykl” koniunkturalny (w najlepszym wypadku równie długi, jak dobrze się wepniecie w koniunkturę). A to oznacza, że zanim powstaną problemy rozwoju, to i tak najpewniej się rozstaniecie z powodu padaki na rynku. I owszem – można kombinować jakieś plany awaryjne, przeprofilowanie biznesu w imię przyjaźni i innych bredni, ale nie warto. Każdy się rozwija, można się rozstać w dobrej atmosferze z zebranym doświadczeniem, jakoś przepękać zwałę koniunktury z oszczędzonych zbytków i po powrocie zacząć coś od nowa, coś nieco innego w świeżym towarzystwie. Próba grania długo w tym samym zespole wprowadzi stagnację (wszak nie będziecie młodsi), wzrost oczekiwań przy spadku wydajności. Biznes musi być zasilany młodymi egzodynamikami sprzedaży i niewolniczą siłą egzodynamiczną. Inaczej to po prostu nie działa.

Liczby

Oczywiście interesuje Was wzrost wykładniczy – najlepiej od razu sky high – sprzedać coś takiego, czego wszystkim potrzeba. Coś takiego wymyśleć, wynaleźć, wykonać.

Tymczasem, jak wskazywałem w poprzednich tekstach, są dwie liczby opisujące dynamikę wzrostu (i homeodynę grupy w kontekście przyrostu bogactwa do wytwarzania bogactwa).

Pierwsza z tych liczb 1,033 (czyli przyrost bogactwa rok do roku o 3,3% jaki mamy liniowo średnio od zarania dziejów). Przy czym nie wyobrażajcie sobie, że to oznacza przyrost złota czy nieruchomości. To jest całkowity przyrost wszystkiego co konsumujemy – pożywienie dla osesków, obrazy piękne i nowoczesne, wykonania utworów, tynkowanie budynków, układanie bruku. Zwróćcie uwagę, że większość tych rzeczy nie służy wykonywaniu innych rzeczy – jest produktem końcowym, który już nic nie wykona, rezultat zniszczeje (dom trzeba co jakiś czas malować na nowo, a później stawiać, ludzie umierają i trzeba płodzić nowych) i trzeba będzie odtworzyć go na nowo. Do naszego bogactwa zaliczamy abstrakcje niewytwórcze, takie jak muzykę, matematykę, literaturę, poezję. Jest to jakieś bogactwo, ktoś się nad tym natrudził i coś wytworzył sowimi kompetencjami, które uznaliśmy. Coś przy tym wypił i zakąsił. Zapewne gdzieś w tej odtwórczej branży (odnawiania instalacji przemysłowej w koło Macieju) uda się Wam przycupnąć i kosić procent, który błyskawicznie okaże się nie być składany. To właśnie Małe i Średnie przedsiębiorstwa. To właśnie tutaj 40 lat pracy zapewni Ci przy uniknięciu głodu, ognia i wojny wzrost majątku z pozostawionego przez rodziców do jego mniej więcej 2,2 krotności. To znaczy, że dobudujesz dom. Dlatego we wszystkich kulturach dziedziczył tylko pierworodny, a reszta musiała iść w świat. Przykro mi – ale to są realia życia homo sapiens w takich warunkach, jakie zastaliśmy na tym nienajlepszym ze światów. Ta liczba mnożona przez samą siebie 1,033 to rozwój ekstensywny – zawsze można się dwukrotnie wzbogacić mordując połowę populacji, z nadzieją, że żadne przedmioty materialne nie ulegną przy tym zniszczeniu, w Aleksandrii nie spłonie biblioteka i będzie ktoś umiał odczytać i deklamować wiersze zapisane na prastarych papirusach. Jak wiecie, taka metoda bogacenia się wychodzi tak sobie – ale jest jedyną, jaka działa. Zniszczyliśmy wiele kultur i tylko zagrabienie ich przestrzeni, zajęcie obu Ameryk zapewniło nam impuls i przestrzeń do gwałtownego wzrostu cywilizacji już ledwo łacińskiej. No cóż – przez większość historii ludzkości nie było nas stać na takie dziwactwa, jak utrzymywanie starców po trzydziestce, lekarstwa, silniki. Starość to nowa fanaberia.

Ta liczba 1,033 wskazuje, że z każdego tysiąca ludzi (pięciu gromad rodowych) wychodzi po 5-6 na ród, które wytwarzają całą wartość dodaną. Całą bez wyjątku, podwajając stan posiadania i z musu dokonując jego dysypacji pomiędzy resztę oferm. Jest to jakaś wskazówka, że tych ludzi chcielibyśmy wybrać ze społeczeństwa do naszej firmy i z nimi, z najlepszymi podwajać majątek. A reszta niech sobie klepie biedę. Ale o tych ludzi będziecie zmuszeni konkurować. Macie im co obiecać? A co już osiągnęliście, aby uwierzyli w Wasz sen?

Wystarczy, że w każdej gromadzie sześciu ludzi wykonuje prace zupełnie bezużyteczne (biurwi) i bogactwo zaczyna być przejadane. Każdy starzec jest zbędnym kosztem. Stare samice, które nie rodzą już potomstwa są zbędnym kosztem. Dzieci muszą pracować, gdy tylko już mogą (o dajcie to pod debatę polityczną – obowiązek pracy dla dzieci – a to są realia homo sapiens). Kto nie dźwignie miecza i narzędzi lub zdolności administrowania tymi, którzy dźwigają – jest zbędnym kosztem. Zbędne koszta się tnie.

Jest i druga liczba 1,006. Makabrycznie niska, jeśli mnożona przez samą siebie. To jest istota tej pierwszej – to przyrost samych środków wytwarzających inne środki. Oczywiście nie rozkłada się ona równo, ale wskazuje na akumulację narzędzi do wytwarzania narzędzi. Przeciętnie, co pokolenie ten wzrost zapewnia, że zamiast czterech rzeczy wytwarzane jest pięć (+27% co pokolenie) ponieważ ulepszono metody produkcji, oszczędność materiału, wydajność organizacyjną, skumulowano wiedzę.

Trzeba było tysiącleciami kumulować wiedzę, aby skonstruować pierwszy silnik parowy. Przebyto ocean czasu i błędnych alokacji we wszelkie badania, zanim zbudowano pierwszy silnik spalinowy. Dziś dalej błądzimy, próbując wynaleźć coś – nie wiemy jeszcze co – co zamieni skumulowaną wiedzę w kolejny napęd o nieznanych nam dzisiaj właściwościach. Biurwokratom śni się, że rozwój można zaplanować, że jak nadrukuje się obietnic, to nagle ktoś coś wymyśli wyłącznie ze względu na zachęty, że innowacyjność to parametr dający się sterować. Naiwne sny. 1,006 – jeden człowiek na gromadę rodową, który stworzy coś, co spowoduje, że po jego śmierci gromada będzie potrafiła nakładem strugania czterech dzid wystrugać pięć dzid. To wszystko – tak wolno działają maszyny von Neumana. Ale zabierzcie takich ludzi z innych gromad, zbudujcie grupę, która skonsoliduje taką zdolność. Zbierzcie cwaniaków, którzy będą w stanie wyssać swoim skumulowany 1,006 pozostałe 1,033 dzień w dzień. Ot takie +23% (sami wiecie czego) co drugi dzień handlowy na przedmiocie o bardzo szybkiej cyrkulacji. Ośmiokrotny wzrost obrotów w pierwszym miesiącu, impreza, pięćdziesięciokrotny w drugim, impreza, 200 krotny w trzecim i dalej po prostu trzeba zbudować jakieś inne struktury, bo gospodarka odsysana jest w takim tempie, że się z robotą wyrobić nie sposób. A tak – gospodarka się broni, grupa trzymająca kurę za złote jaja błyskawicznie się budzi, jak im się zaczyna takie odchudzanie przeprowadzać. Z kraju potrafią wypędzić, lochem postraszyć. To właśnie jest skumulowane 1,006 – środki produkcji wytwarzające inne środki produkcji w postaci fałszywej tezy, że waluta tworzy walutę. Ale z gospodarki odsysane są realne towary i usługi, a walutę pal diabli.

Zapewne taka firma Wam się marzy. Jeśli Wam się nawet uda, to nie przywiązujcie się zbytnio do rezultatu. Ten sposób na struganie pięciu dzid zamiast czterech, to zazwyczaj pojedynczy pomysł w całym życiu. Choć byli ludzie, co wymyślali takie rzeczy taśmowo, ale tych to akurat zapamiętaliśmy – są oni synonimami geniuszu.

Oczywiście te liczby nie rozkładają się równo. Moce wytwórcze pewnych przedmiotów nie drgną przez całe Wasze życie, innych się podwoją, jeszcze inne (jak moce obliczeniowe) rosną dzięki skumulowanej wiedzy błyskawicznie (ale obok tego znalezienie lekarstw na przeróżne choroby nie idzie wcale, nie dlatego że ktoś złośliwie w tym przeszkadza, tylko dlatego że jeszcze nie skumulowaliśmy dość kuponów w alokacjach na tego totka). Nie przejmujcie się też zbytnio brakiem rezultatów. W przemyśle znajdziecie maszyny w Waszym wieku, czasem starsze, nowych niewiele. Starych nikt złośliwie nie psuje, a wcale nie są wiele mniej wydajne od nowych. Maszyny wytwarzające maszyny to żyła złota, ale nie dlatego że tak wiele produkują, tylko dlatego, że są tak rzadkie – tylko kilka fabryk na tysiąc fabryk wytwarza nowe fabryki. Tym kiedyś zajmował się polimex cekop – to była fabryka fabryk. Dziś w odprzemysłowionej Polsce nie ma po co szukać przyszłości – dobra wytwarza przemysł, a kto nie wytwarza przemysłu, nie będzie zwiększał wytwórczości dóbr.

Z tych liczb wynika bardzo jasne przesłanie – jeśli tylko intelektuwalnie i kompetencyjnie jesteście w stanie podołać czemuś więcej, niż utrzymaniu w ruchu instalacji wytwarzających instalacje (albo chociaż odtwarzających instalacje – jak DUR), to skierujcie swoje kroki w obróbkę. Ta nowoczesna będzie dalej maszynowa ale i addatywna. Przemysł maszynowy – maszyny do wytwarzania maszyn to jeszcze przez wieki będzie bardzo dochodowe koryto. Bo brakuje nam ciągle maszyn wytwarzających bogactwo, więc wytwarzanie maszyn wytwarzających bogactwo zapewni dostęp do ośmiorniczek, zegarków i pięknych pań.

Ale jest inna droga – tradycyjna

Ten wskaźnik 1,033 nie był oczywiście równo rozłożony. Zresztą sami widzicie, że startując z ogryzania własnymi zębami konaru na dzidę i polowania, zbieractwa, do uzyskania jakiegokolwiek wzrostu tą metodą nie zajdzie się nigdzie dalej ponad podwojenie populacji w każdym pokoleniu. I chrońcie nas mzimu od ognia, wojny, głodu i tygrysów. Nie ma nawet co wspominać o faktach takich, że na miłosierdzie i starców po prostu nie było sobie jak pozwolić, w strukturach paleolitycznych niedobór żywności jest tak poważny, że ludzie, którzy jeszcze dziś takie struktury tworzą, nie rozumieją pojęcia otyłości. Ani starości (dla nich to tak gdzieś po mitycznej dwudziestce).

Do tego rewolucja agrarna spowodowała długotrwałą stagnację – wsi nie rozwijały się praktycznie wcale przez tysiąclecia – każda nadwyżka była zabierana przez silniejszych należymisiów. Populacji właściwie nie przybywało. Ta, która w XIX wieku uciekła ze wsi do miast, była nauczona katorżniczej pracy aż do biologicznego wyeksploatowania samych siebie.

Jest więc metoda tradycyjna – odbierajcie owoce pracy innym, przemocą, podstępem, zdolnościami organizacyjnymi (podstępem, tylko ładniej się nazywa). W ten sposób możecie się wzbogacić. Jeśli pod swoją komendą zgromadzicie 200 osób (poważne, średnie przedsiębiorstwo), to być może uda Wam się przebić szklany sufit i ustawić na pokolenie, może dwa. Ale nawet jeśli Wam się nie uda, to wszystko powyżej 10 pracowników też jest jakimś początkiem do dalszego rozwoju. A przynajmniej możliwością zgromadzenia środków, by uciec ze środkowoeuropejskiej niziny gdzieś, gdzie kapitał spływa grawitacyjnie sam z siebie. Zamienię komfortowe M4 w centrum Warszawy na śpiwór w NY.

I taka droga, której nie było

Ten drugi parametr g dawał przez dziesiątki tysięcy lat, ponieważ ludzie wielokrotnie musieli wymyślać to samo, i to Ci najbystrzejsi. Ci mniej bystrzy czasem przywozili opowieści o tych bystrzejszych i bystrzy czasem się mogli skumać i wymienić informacjami – najczęściej nie takimi, jakich potrzebowali. Później zaczęli tworzyć biblioteki, uczelnie, następowała jakakolwiek wymiana wiedzy, ale przejście do trójpolówki chwilę zajęło – wiedza praktyczna rozprzestrzeniała się przez powtarzanie czynności podejrzanych gdzie indziej, o ile podglądacz zrozumiał o co chodzi (zazwyczaj rozumiał – problem z piractwem znało już słynące z mieczy Toledo).

My mamy pewną przewagę i stąd eksplozja pomysłów (najczęściej głupich), ale też powstawanie takich, jak wyżej opisany, wehikułów 1,23^30, działających jak kij wsadzony w mrowisko. Otóż internet pozwala nam się odrobinę taniej komunikować i przeszukiwać zasoby, a szczególnie tworzyć relacje opierające się normalnemu wywiadowi środowiskowemu, który ciągle jeszcze dominuje w śledztwach. Korzystajcie, poznawajcie jedni drugich, obwąchujcie się – czasem są z tego wypić i zakąsić.

Koń jaki jest

W kontekście wzrostu intensywnego 1,006 koń jest kluczowym elementem. Koń wykonuje pracę, daje się skonsumować i jeszcze do tego sam siebie powiela (w pewnym uproszczeniu). Koń jak widać jest świetną miarą bogactwa, jako taki może być płacidłem. Podtrzymanie konia w ruchu konsumuje pewne zasoby, na początek terytorialne, ale wraz z ulepszaniem konia coraz więcej produktów rolnych, o które koń konkuruje z człowiekiem. Podobna sprawa ma się z wołem, trochę mniej z osłem, odrobinę z psem. Zaleta hodowli była (i jest, wszak na Pampie ma się dobrze) taka, że środek produkcji sam siebie powiela przy niewielkim zasilaniu agrarnym. Gospodarka agrarna też sama siebie powiela (z zebranych nasion rosną nowe rośliny produkujące nasiona). Trzeba się przy tym owszem narobić, ale jest to nieporównywalnie bardziej perspektywiczne od zbieractwa i łowiectwa (jakkolwiek rolnictwo i hodowla nie dają rezultatu natychmiast, to po rozwinięciu produkcji do odpowiedniego rozmiaru można z tego odcinać kupony).

Jednak nikt przytomny nie przyszedł tutaj czytać o hodowli konia. Koń dał sobie spokój na przełomie XIX i XX wieku wchodząc w konkurencję z maszyną parową, silnikiem spalinowym i turbinami (gazową i parową / czyli ciepłą i “zimną”). Maszyna parowa tak sama z siebie się nie wytwarza i nie odtwarza, wszak maszynę parową zbudowano bez maszyny parowej, więc istniał jakiś rozrusznik w tej kaskadzie kolejnych – coraz to mocniejszych napędów. Otóż maszynę parową wytworzono kompilując kompetencje i narzędzia oraz napędzając te narzędzia koniem. Maszyną parową i warsztatem, początkami przemysłu maszynowego napędzono produkcję silników spalinowych, a te pozwoliły nam na dalszy rozwój przemysłu maszynowego już przy skonsolidowanej produkcji mocy (elektrowniach przyzakładowych i sliniku elektrycznym). Nie wiem, czy Czytelników ciekawi jak wyglądała dystrybucja mocy z silników konnych, parowych i spalinowych w manufakturach sprzed elektryczności, ale taka dystrybucja mechanicznie była i była dość ciekawie rozwiązana – niezwykle pomysłowo ludzie to zrobili.

Skoro nie koń, nie maszyna parowa, nie silnik spalinowy, to co takiego mamy dzisiaj? Na pewno mamy przemysł maszynowy, obróbkę – każde poważne państwo ma zdolność odtworzenia całego przemysłu i wytwarzania nowego. Oczywiście ze względu na potrzeby i tutaj jest po szerokości – konieczny jest przemysł elektroniczny, a co za tym idzie wytwarzanie oprogramowania. Taki przemysł istnieje w wielu krajach, macie jakieś wyobrażenie jak on działa, jak powstają roboty, obrabiarki, jak się one same odtwarzają. Ma on jednak (ten przemysł) taką właściwość, że jest masowy i ciężko go odtworzyć w warsztacie. A że masowy, to trzeba się kooptować ze swoją grupą do jakiejś masowej grupy, no i oddać cesarzowi takiego przemysłu spore co nieco z własnej pracy w zamian za miejsce w łańcuchu i dostęp do koryta. Tutaj krzesła są zajęte, konkurencja silna, miejsce jeszcze jest, frukta są, jest to dochodowe, bardzo opłacalne, ale to nie jest awangarda dochodów. To już jest opanowane terytorium. Ryzyka są ogarnięte – zmienności nie urywają d – czyli zyski są już zakreślone i wiadomo kto w takim przemyśle umrze najbogatszy (nie Ty).

Maszyny wytwarzające maszyny są na granicy Waszego zasięgu. Na granicy, ponieważ w pewnej kooperacji możecie je w jakiejś, dającej się ogarniać notesem grupie wytwarzać, a przynajmniej brać udział w łańcuchu ich wytwarzania i tym samym wsadzić dzioba w koryto – podpiąć się do trwałej alimentacji rozwijającej szerokość alimentacji. Pierwsza branża to druk 3d (tylko zaczynamy dyskusję od stratasys, a nie od chińskodomowych badziewi) jako UZUPEŁNIENIE przemysłu maszynowego (czyli tradycyjnych obrabiarek) i robotyki. Ładowanie się choćby z DURem w ten przemysł stawia Was w kumulowanych przyrostach 1,006 zamiast w resetowanych 1,033. Jakkolwiek z praktyki dodam, że to nie jest lot w kosmos, tylko ciężka, żmudna i bardzo powoli dająca rezultaty robota, ale te rezultaty raz uruchomione dają 1,033 same z siebie i można z częścią zaoszczędzonego czasu wrócić do wytworzenia kolejnego generatora z 1,006. Czyli mieć prawie całe ciasteczko (czas i narzędzia na kolejny projekt) i zjeść ciasteczko (wytworzona maszyna COŚ robi – oszczędza Wam czas, wysiłek, dodaje precyzji). Wiem – nie od razu Kraków, trzeba wielokrotnie wrócić do maszyny wytwarzające 1,033 i coś przy niej poprawić, pogmerać, udoskonalić. No trzeba – takie życie – ale ona już coś robi.


Próbowaliście kiedyś uciąć prosto ośmiomilimetrowej blaszki tak z pół metra? Niemający kontaktu z praktyką inżynier zasugerował cicho, że może szlifierką… z działu technicznego dobiegł śmiech i zaproponowano, że mu pokażą gdzie jest szlifierka i jak ją włączyć. Można oczywiście plazmą, ale z ręki od liniału to tak sobie idzie, bo prędkość posuwu przy 8mm nie powala na maszynach, jakie da się trzymać w ręce, a jeszcze kąt utrzymać – talent w ręku trzeba mieć i codzienną praktykę. Wytargałem zza palety jeden z moich projektów “na boku w godzinach pracy”, ustawiłem, podłączyłem, poszły iskry po hali, ucięło prosto. Wymaga to pewnych poprawek do projektu, ale działa, coś robi i jest rezultat. Wiem, że dało by się prościej, ale ja chciałem właśnie tak. Teraz tylko czekać biurwy, że sobie zrobiłem urządzenie, zamiast kupić na rynku i od rynkowej ceny vat mam zapłacić – biurwa z takimi dziwactwami zupełnie na poważnie.


Jest jeszcze jeden przemysł, na którym zna się kolega z branży zza miedzy, ja się znam tylko trochę na urządzeniach do tej branży. No więc nie tylko elektronika, pneumatyka, przemysł maszynowy, choć ten tam też jest bardzo potrzebny (ale taki najlżejszy, jak te zabawkowe drukarki 3d). Jest koń, sam się odnawia i coś robi, no może nie konkretnie koń ale mikroorganizmy. No więc jest taki dział jak biotechnologia i oni tam hodują różne cudańka w trybach zautomatyzowanych i te małe konie wytwarzają różne rzeczy. A to malują coś kolorkami (oznaczają wykryte materiały, na przykład materiały wybuchowe, trucizny, korozję w materiałach), a to wytwarzają jakieś substancje (głównie leki, chemię organiczną, białka jakieś – nie pytajcie mnie – ja wytwarzam tylko maszyny do tych procesów, ale skoro ich stać, to te konie muszą na to zarobić), a to potrafią coś zneutralizować – zjeść, przetworzyć na biomasę, albo po prostu dezaktywować. Biotechnologia najwidoczniej ma sens podobny do konia. Rezultaty widać w żywności modyfikowanej, być może jest to jakiś przemysł przyszłości. Być może już czas w to wchodzić, skoro ja muszę robić do tego narzędzia, a byle czego nie zjem – czyli oni tam muszą mieć kasę, ja wiem że być może z bańki na biotechu i wszyscy rzucają w nich darmowym kapitałem, ale widać na jakieś rezultaty tam liczą. Sugerowałbym zainteresować się tą branżą – na pewno potrzebują maszyn, na pewno potrzebują linii technologicznych, silosów, budynków, krzeseł, cateringu, ciuchów roboczych (znaczy dużo rzeczy potrzebują i stać ich – jest interes).

A gdyby jednak się nie udało

Bo to realia biznesu – większość nie odniesie spektakularnego sukcesu – poprzeczka jest coraz wyżej. Większość poniesie porażkę w ciągu “cyklu” gospodarczego. Część odniesie sukces umiarkowany (wypije, zakąsi), wielu z nich będzie miało górkę i zaliczy dołek.

Jeśli by się jednak nie udało, to zachomikujcie sobie ostatni sprawdzony pipeline. Taki gdzie jakimś nakładem własnej pracy i WŁASNYCH środków produkcji (zachomikowanych gdzieś w kontenerze, na paletach, w garażu) potraficie wytwarzać to siermiężne 1,033, resetować proces i wytwarzać od nowa bez jakichś specjalnych kumulacji. To właśnie jest taki MiŚ, jaki opisuję od pierwszych tekstów. Coś do czego zawsze można wrócić na wypadek jakby z poważniejszymi alokacjami jednak nie wyszło, a system przed taką zmianą proporcji rozdziału przy korycie bronił się przemocą. Wasze innowacyjne pomysły mogą komuś dysponującemu aparatem przemocy popsuć biznes, a po co komu takie innowacje co psują wysoko podwieszonym?

Coś sobie wyprodukujecie, trzeba to będzie jakoś sprzedać, trzeba będzie jakoś zorganizować zakupy, poskładać pipeline do kupy i pozałatwiać formalności. I wracamy do początku tekstu – trzeba będzie do tego ludzi. No chyba że potraficie wszystko zorganizować sami – to wtedy po co Wam inni ludzie?

Radzę oszczędzać właśnie w postaci środków do odtworzenia takich pipelines. Może kiedy na wysokim koniu jedziecie, to są drobne, może to zbędne graty i niepotrzebne, ale gdyby jednak koń okazał się narowisty, to będą jak znalazł. Ja już z wysokiego konia spadłem kilka razy. Trzeba wtedy się kawałek przeczołgać, kilka metrów zaliczyć na kolanach, później się podnieść i na coś wsiąść, może od razu nie na wysokiego konia, ale przecież i na osiołku można przekroczyć bramy Jerozolimy.

Szanownych Czytelników prosimy o komentowanie zgodne z tematyką wpisu. Zapraszamy na forum po dyskusje na tematy wszelakie.

Jeśli chcesz zwrócić uwagę na literówkę lub błąd techniczny, zapraszamy do formularza kontaktowego.

  • wegiel na raty

    W dawnych, mądrych czasach pierworodny zostawał następcą z jeszcze jednego powodu. Najdłużej ze wszystkich synów był przy boku ojca a często i jeszcze dziadka = najwięcej mu przekazali swego doświadczenia.

    • 3r3

      I mniejszych od michy z kaszą odganiał 🙂

  • madbrain

    Generalnie nie mozna sie przyczepic ale to jest regula. Bo diabel siedzi w szczegolach.
    A te szczegoly wywracaja wszystko dogory nogami. Za te szczegoly uznaje liczby wziete z kosmosu owe 3% np
    Dla przykladu – panstwo nadwislanskie zostalo zrownane z ziemia podczas 2 WS wczesniej bylo rownane z ziemia przez sanacje(dla ciekawych prosze sobie zglebic haslo skad sie wziely wyjazdy “na saksy”) zeby nie cofac sie dalej.
    I teraz na tych ziemiach przez 40 lat z poziomu tak niskiego jak sie tylko da w ciagu 40 lat baza powiekszyla sie we wszystkich kierunkach pewnie z 10 razy i to przy zarzadzaniu przy uzyciu jednego z najbardziej kosztownych systemow gospodarczych.
    Co do przekazywania wszystkiego pierworodnemu – takie rzeczy maja sense jak sie jest w gornym 1 centylu i to przy zalozeniu ze ten pierworodny ma zwiazane rece przez wiekszosc swojego zycia jakimis trustami bo inaczej (co pokazuje pozostale 9 centyli) to jest raczej prosta droga do zniszczenia wszystkiego co sie nazbieralo. Nic tak nie niszczy jak ignorancja i brak doswiaczenia przy zarzadzaniu wiekszymi srodkami.
    Moze i srednio na przestrzeni ostatnich 1000lat bogactwa przyrastalo o 3% globalnie ale srednio to z psem ma sie 3 nogi.
    Przyrosty sa duzo wieksze tylko kasowanie konkurencji jest bardzo kosztowne. Ale jak ktos operuje w najwyzszym promilu to ma to w dupie – wazna jest wygrana – przyrosty sa takie ze przy wyciecu konkurencji mozna odbic 50% straty w 10 lat.
    10lat to maks na podwajanie bazy a w wiekszosci przypadkow jest to blizej 5 lat..
    Nikt nie stawia fabryki ktora miala by zaczac zarabiac dopiero za 30 lat to sa jakies historie dla potluczonych dzieci..

    • 3r3

      Słusznie zauważasz, z tym że ten wzrost za ostatnie 70 lat komuszyzmu w Polsce nie był 10 razy od zera – był z ukradzionych majątków, ukradzionych warsztatów, ukradzionych domów i pracy niewolników.
      Po wojnie może i kraj był zrównany z ziemią, ale złoto, srebro i miedź nie tracą po rozjechaniu gąsienicą.

      No to jakbym mógł tak prowadzić firmę, żeby robić długi jakie chcę (bo PRL skończył na kresce), kraść co mi się podoba i mieć niewolników co za parę dżinsów będą tyrać miesiąc to też bym miał kolosalne wyniki.

      Ale niewolnicy by nie mieli.

      Poziom sztuki, nauki, kultury w PRL doskwierał? Te 3,3% wzrostu da się przesunąć w tę czy inną stronę.

      A poziom na całej planecie jest średni 3,3% rocznie, ponieważ lenistwo też jest bogactwem. Czas wolny jest wartością. Ty się średnio nie lenisz – Ty masz bankiera co robi to za Ciebie 🙂

      “Nikt nie stawia fabryki ktora miala by zaczac zarabiac dopiero za 30 lat to sa jakies historie dla potluczonych dzieci..”

      A przepraszam bardzo jak działa technologia wydobycia złota kwasem z urobku? Pierwsze rezultaty są po 25 latach do zebrania.

      Przemysł jądrowy najszybciej można uruchamiać w 15-25 lat – to kiedy ma wcześniej zacząć dawać zwroty?

      Ja robię w podstawach gospodarki – nie mam produktu, który od momentu zachcenia do sprzedania seryjnego produktu jest robiony krócej niż 10 lat. Przykro mi – to jest rzeczywistość przemysłu, a nie wycinanki łowickie.

      • madbrain

        Nie bede wnikal w ciekawostki z obzezy gaussa typu “wydobycie zlota kwasem”.
        Co do energetyki jadrowej to 25 lat to sie stawia elektorwnie w bantustanie i na koniec nie ma nic jak pokazal casus Zarnowca. “Chinczyki” elektrownie to w 5lat stawiaja i to po duzo nizszych kosztach bo nie musza odpalac “nalezymisiom”.
        A co do syna to jakby mu przyszlo do glowy robic doktorat to bym mu to wybil z glowy debowym kolkiem. Zreszta stawianie/prowadzenie fabryk uwazam za strate czasu – znam to z autopsji najblizszego otoczenia nie bede wnikal w szczegoly.
        A wracajac do PRLu. Owszem niewolnicy dymali za “pare dzinsow” ku chwale “wuja sama” jak reszta bloku wschodniego. Ale przed wojna dymali za jeszcze mniej. Zaraz po wojnie Polska byla zrownana z ziemia zarowno ludnowsciowo jak i bazowo(to czego nie zniszczyli niemcy to “pozyczyli” bracia zza Buga). Wszystko zostalo zbudowane na niewolniczej pracy ale obecnie zwykle parobki oprocz tego ze moga sobie kupic LED TV zamiast “Rubina” sa duzo bardziej ubodzy.. ale ja nie o tym chcialem.
        PRL dobrze pokazuje wzrosty bo te kredyty gdyby nie wielka juma lat 90tych to byly drobniaki przy wartosci calej bazy zbudowanej i nadal odbywalo sie to przy jednym z najbardziej nieefektywnych systemow.
        W PRLU bis tych wzrostow nie widac bo calosc jest odrazu transferowana gdzie indziej wiec nic sie nie akumuluje. Zatem wracajac do meritum sprawy – 3% to bzdura statystyczna jak 3 nogi czlowieka i psa. Realne wzrosty to jest 10-15%. To ze sie je spala wojnami czy marnotrastwem nie zmienia faktu ze one byly sa i beda i na takich zalozeniach trzeba kombinowac..

        • 3r3

          To nie są ciekawostki tylko podstawowa metoda pozyskiwania złota na masową skalę. I wielu innych metali też. Innej ekonomicznie zasadnej nie ma.
          Pozyskiwanie energii z elektrowni atomowych to też nie jest ciekawostka.
          Czas budowy bloku energetycznego elektrowni węglowej to nie postawienie straganu.

          Realne wzrosty są 3,3% bo takie są.
          Jak chcesz liczyć te przed spaleniem to ja potrafię wydoić takie na poziomie pięciocyfrowym rocznie tylko krzyczą wtedy że gdzieś zyski z kraju są transferowane, i że w ogóle złodzieje.

          Produkcja i kradzież to dwie najskuteczniejsze formy bogacenia się. Oczywiście nie dla robotnika, i o tym jest ten tekst.

          A to że Chińczycy mogą w pięć lat – ale oni mają fabryki fabryk, a my nie mamy.
          Szwedom zbudowanie przemysłu jądrowego zajęło 35 lat i zbankrutowali. Chcieli broni jądrowej – nie dali rady.
          A Izrael dał – widać nie samą produkcją niuki się zdobywa 🙂

          • madbrain

            Pakistan tez ma niuki i co z tego? Szwajcaria nie ma ani fabryk ani niukow i tez im to nie potrzebne bo sa bankierem dla konkurujacych gangow.
            3% to bzdura jesli Izreal w ciagu 10 lat potroi swoja baze a w tym czasie Libia zamineni sie pustynie to co z tego ze sredni wyglada to zle. Dla kogo wyglada dla tego wyglada.

            Jesli ktos bierze sie za jakies przedsiewziecie i ma spore szanse na sukces to moze spodziewac sie srednich zwrotow duzo wyzszych od tych co sie beda lenic. Srednie wzrosty nawet nie da sie przyrownac do Gaussa wiec mozna je traktowac jak PKB jako cos zupelnie abstrakcyjnego, bez znaczenia, sluzacego do oglupiania mapiszonow zeby nie marudzili za bardzo “bo panie tylko 3% nia marudz pan ino do roboty”..
            Po co takie bzdury wypisywac traktujac o sprawach powaznych?

            • 3r3

              To jaki masz przyrost majątku w Twojej rodzinie z pokolenia na pokolenie?
              Liczby znasz?
              Ja swoje znam. Dlatego napisałem taki tekst. Bo długoterminowo mam trzy nogi. A chciałbym jak normalny pies mieć cztery.

            • madbrain

              Mysle ze przyrost za ostatnie 40 lat mozna przyrownac raczej do oprocentowania “kredytowek” niz owych 3% aczkolwiek nigdy nie przyrownywalem sie do malpiszonow wiec uwazam to za naturalne. W tym przypadku jak w kazdym modelu cyfrowym – mniej wazny byl sam model bardziej istotne byly warunki poczatkowe..
              Znam sporo przypadkow gdzie przy zupelnie innych warunkach poczatkowych taki wzrost byl spora cofka wiec moze srednio wyglada to na 3% ale jak juz wczesniej to napisalem – nijak sie to ma do krzywej gaussa wiec tak jak “srednia krajowa” w republikach bananowych mozna takie liczby “wsadzic sobie to w buty”,

            • 3r3

              No można wsadzić w buty, dlatego tłumaczę te liczby, żeby był jakiś punkt odniesienia – ludzie w ogóle nie łapią jakie powinni mieć wyniki finansowe.
              Żyją w Polsce, czyli gdzieś tak w górnych 15% zamożności planety, a Polska to straszna bieda w porównaniu z 15% od tych 15%.
              Dlatego cały czas przypominam żeby zrobić sobie dobrze – zająć lepsze miejsce w geografii na planecie i wędrować za kapitałem (za stadami do zjedzenia).

              Tymczasem ludzie w Polsce, korzystając z tego toku myślenia jaki wykazujesz dają się nabierać na oferty, że ktoś im zrobi 12% amber zysku rocznie, a oni nic nie muszą – tylko wpłacić kapitał.
              Co jest warty jego mać kapitał, jak są ujemne stopy procentowe? No to wystarczy się zastanowić.
              Najwidoczniej zmienia się paradygmat i inne rzeczy są coś warte. Ja przewidująco zainstalowałem się tam gdzie mi samo skapuje do gęby przy zwyczajnym wysiłku.

              Zainspirowałeś mnie do rozpisania tekstu na temat tego jak wygląda takie rozporządzanie dochodem o jakim piszę i dlaczego wyjdzie z tego tylko podwojenie majątku. Bo ludziom się wydaje, że jak ktoś inaczej zarabia to dużo oszczędza, a tymczasem to zupełnie nie tak działa.

              Czy asystentka do klepania po d to jest bogactwo? A samochód służbowy i brak limitu na paliwo? A służbowe mieszkanie?
              A ile z tego jest walucie?
              A ile trzeba synekur rozdać po swoich żeby upilnowali?
              Teraz już rozumiesz czemu ten wyższy wzrost się tak rozłazi na mniejsze liczby, ale przynajmniej nikt się na człowieka na ulicy z nożem nie rzuca tylko dlatego że ma droższy samochód?

            • madbrain

              “Tymczasem ludzie w Polsce, korzystając z tego toku myślenia jaki
              wykazujesz dają się nabierać na oferty, że ktoś im zrobi 12% amber zysku
              rocznie, a oni nic nie muszą – tylko wpłacić kapitał.”
              Ja nie mowie o jakis bzdurach zwanych waluta. Tylko o realnej warosci materialnych i niematerialnych. Przyznam ze w Polsce malo ludzi rozumie cokolwiek a na emigracji to jeszcze gorzej. Obecnie ogladam caly ten cyrk z Workhouse’u w Albionie jako niestety jak piszesz wprzyszlo nam zyc w przekletych “ciekawych czasach”. Albion jako szara eminencja geopolityki w goracych czasach zazwyczaj “daje rade” a przynajmniej Ci co nie musza zasuwac w “nowoczesnych workhoues’ach”. A z tym nozem to w angli jest normalnie bo “crime rate” z uzyciem noza maja chyba najwyzszy na swiecie – znaczy sie zaczeli ciac koszty przed innymi.
              Ciesze sie ze piszesz w ten sposob jaki piszesz. Ale nie moze byc tak zeby dwoch Polakow sie zgadzalo nawet jesli maja prawie takie same poglady. Zapewne patrzymy na ten temat z roznych poziomow abstrakcji stad tez nieporozumienie bo to samo roznie wyglada jak sie patrzy z roznej odlaglosci i przy roznym swietle..

            • 3r3

              “Ja nie mowie o jakis bzdurach zwanych waluta. Tylko o realnej warosci materialnych i niematerialnych. ”

              To wyjaśnij mi czy myślisz jak ja:
              – miałem po przodkach dom, dokupiłem dom, wzbogaciłem się o dom;
              – miałem po przodkach dom o wycenie Y w roku X gdy dostawałem, dokupiłem drugi dom, wartość moich nieruchów przy wycenie P w roku Q wynosi xxx;

              Jaka jest Twoja wersja?

              Ja przy oszczędzaniu mam dylemat, bo lubię brodaczy, walutę trzymać muszę na wypadek bieżączki, ale pomijając jakieś tam ekwilibrystyki na podatkach to najstabilniejszy, stały i wręcz gwarantowany zwrot zapewniają mi środki produkcji. I weź nie kup narzędzia…

            • madbrain

              Kruggery w tym roku sprzedaja jubileuszowe. Ale mysle ze tyle beda warte tyle samo co starsze czyli ich waga minus miedz. Wycenieniae nieruchomosci to juz zupelnie bzdura bo wyceniasz to w walucie to raz. Pozatym im wiecej warte tym wiecej fiskus moze Cie skroic to dwa.
              Dom po przodkach mam drugiego w polsce mi nie trzeba – jakbym chcial to bym sobie kupil albo zbudowal dwa bo i doswiadczenia w tym mam tez – pytanie po co?
              Dom tak jak fabryke mozna komus zabrac jednym “dekretem”, wyrokiem wstaw sobie co tutaj chcesz.

              Co do narzedzi to oprocz wiertarki mozna zbierac soft do projektowania, slicowania i skrypty do sterowania roznymi ukladami ktore jesli sa “ladnie” napisane sa latwo przenaszalne na rozne plaformy maja wartosc wieksza niz cyferki na wirtualnym rachunku w instytucji bankowej..
              Z racji fachu zbieram tez inne skrypty ktore w wykonywanym fachu kupuja mi czas za ktore placi klient to jest wartosc nawet wieksza bo nie da sie tego opodatkowac ani skroic dekretem..

            • 3r3

              I właśnie dlatego 3,3% – Twoje skrypty bez Twojego porządku w głowie są warte tyle co mój magazyn narzędzi beze mnie – jakiś ułamek wartości.

  • Pingback: Dlaczego państwa kradną – stagflacja – Zarobmy.se – Portal Biznesu Praktycznego()

  • Pingback: Zrobimy Was po grecku – Zarobmy.se – Portal Biznesu Praktycznego()

  • 3r3

    Nie wiem co to znaczy. A kto Ci to wysłał?

  • PawelW

    @3r3:disqus: Skrot DUR, co to znaczy?

    • maniek1086

      Dział utrzymania ruchu

    • Jarek Augustyn

      Właśnie : nasz gospodarz już to kiedyś wyjaśniał… Od siebie dodam, że w przeciwieństwie do DURu brzusznego, własny DUR w swojej firmie warto a czasem nawet trzeba mieć….

  • Pingback: Szacowanie do stanu praktycznego – Zarobmy.se – Portal Biznesu Praktycznego()