Narzędzia dla hobbysty

@Medyk sprowokował mnie tematem na forum z pytaniami o gwintowniki i inne takie gadżety dla hobbystów. Jak każdy specjalista w randze wtajemniczonego w to i owo kapłana najczęściej zabieram narzędzia z rąk profanów aby ich nie splugawili, nie wykonali rytuałów błędnie, czy też nie zbeszcześcili zastosowaniem nieważkim. Znam też kapłanów bardziej zaawansowanych, którzy mają hopla jeszcze większego (miałem tego hopla w setki i mikrony na początku kariery, ale częste polewanie się wodą z lodem otrzeźwia – jak coś działa to już dobrze, a jak nie, to należy przyłożyć siłę). Cała sprawa z hobby warsztatowym sprowadza się do dochodu w dyspozycji. Pytania akurat postawił @Medyk, który co prawda annual income jak pracuje to ma taki że hoho, ale dochód dysponowalny to już musimy pytać żony, czy mu da na piwo – no i może nie dać. Z tą żoną to żart, ale kiedyś zarabiałem więcej niż dzisiaj (i to delikatnym mnożnikiem) a i tak nie starczało mi do pierwszego – miałem rozbuchane koszty stałe życia społecznego i utrzymania pozycji. Dziś spokojnie można mnie brać za kloszarda.
Oczywiście wiem że nasi bohaterscy Chorątanie w osobach przynajmniej @gruby i @Medyk mają na myśli dłubanie przy silnikach w szczególności, a przy samochodach w ogólności. Blaszki więc na myśli mają takie jakie mają, a nie takie jakie ja sobie hobbystycznie kroję w hobbystycznym warsztacie wieczorami:

I te blaszki pociąłem na 80% mocy tym.

Cytuję: “do plazmowego cięcia i żłobienia materiałów o grubości 12 mm.” Z czego wyciągam wniosek, że albo ta nędzna suwmiarka (jaką przydzielił mi skąpy Babilon uznając, że moje Mitutoyo jest nie dość certyfikowane) bezczelnie kłamie, albo producent się nie zna – bo co to tam producent wie. No dobra, trochę przy tym pomajstrowałem, wiem co jeszcze można zmajstrować, ale mi się nie chce – zapewne 40+mm też poleci, ale na razie nie odczuwam potrzeby wydawania kilo ojro na detal tylko po to, aby go wybebeszać i sprawdzać czy wytrzyma coś, czego i tak żadna biurwa nie dopuści do sprzedaży hobbystom bez takich kwitów, że odlot. Bo przecież jakbym to sprzedawał to bym pytał dozoru, czy mi wolno^^
Do obsługi urządzenia oczywiście przeszkalam niewolniczą demografię roboczą, nie wnikam dlaczego Chińczycy produkują rękawice dla monterów w tym rozmiarze w takich ilościach, że aż są tanie:

Kwestię tego narzędzia poruszam dlatego, że kosztuje ono jakieś 2,8kEUR i jedynym zastosowaniem tej maszyny jest cięcie metali (o strukturze ciągłej – plastra miodu czy pozwijanych blaszek karoserii się tym nie ruszy, więc jest to w zakresie samochodowym mniej użyteczne od kątówki i tigersaw – lisiego ogona?). Ale @Medyk jest osobą na tyle rozrzutną, że z pewnością by sobie wstawił do garażu i tutaj dochodzimy do błędnego wykonywania rytuałów przez profanów – akurat @Medyk może mieć ze względu na zawód bardzo wyćwiczone i posłuszne dłonie, ale generalnie operowanie z dużą dokładnością palnikiem wymaga treningu. I to nie na poziomie hobby, ponieważ materiały eksploatacyjne i prąd wciąga to w takim tempie, że nawet księgowy zauważy, że maszyna jest uruchomiona (a to jest delikatna, jednofazowa maszyna). I od razu dodam – spawanie też wymaga treningu i to ciągłego – chyba, że bawimy się w blacharstwo/ślusarstwo/druciarstwo i od razu zaznaczę, że blacharzowi samochodowemu, który pięknie klei blaszki na samochodzie, nie można dać do łączenia jakiegokolwiek poważnego detalu konstrukcyjnego – nie te ćwiczenia, nie te odruchy – co akurat wiedzą kierujący produkcją w każdej spawalni, że bardzo mała część ludzi operuje we wszystkich zakresach grubości i materiałów (i oni najczęściej pracują na kontraktach), natomiast większość jak robi cienkie to nie można im dawać grubego i odwrotnie. I w mechanice, w narzędziówce, w produkcji maszyn jest dokładnie tak samo – są ludzie, którzy we wszystkich rozmiarach i tolerancjach czują się dobrze i im wychodzi, a są tacy co tylko grube, a są i tacy co zegarmistrzowskie detale robią. Hobbyści w tym zakresie są to po prostu specjaliści po godzinach jeszcze biorący udział w wyścigach samochodowych, motorówek i jachtów na sprzęcie samodzielnie modyfikowanym.

@Medyk zadał jednak kwestię gwintowników – temat rzeka, dotyczy też wierteł. Te co są najczęściej w sprzedaży, są wykonane ze stali szybkotnącej (i do stosowania przez człowieka “z ręki” czy nawet przyrządu inne są niezasadne – pokruszą się z byle powodu) i powlekane (o ile w ogóle) tlenkiem azotku (balinitem w jakiej tam udziwnionej nazewnictwem wersji że lepszy, nowszy i bardziej wypasiony). Ale te, które są odpuszczane w parze wodnej (żeby zdjąć naprężenia po szlifowaniu) są i tak wystarczająco dobre. Z punktu widzenia hobbysty – majsterkowicza te detale nie mają znaczenia, a do przemysłu maszynowego, gdzie przerób liczony jest w innych skalach są inne narzędzia, których stosowanie w warsztacie nie ma żadnego sensu (a już szczególnie ekonomicznego), gdyż praca ręczna powoduje pewne szczególne uszkodzenia narzędzi (skruszanie krawędzi tnących). I właściwie na tym można by zakończyć temat, ale na półce w sklepie zobaczycie jakieś tam bajki o powlekaniu tytanem, borkami metali przejściowych, dodatkiem kobaltu i sprzedawca Wam naopowiada takie rzeczy, że sam w to uwierzy. Pierwszą istotną rzeczą jest geometria narzędzia – w Polsce większość wierteł walcowanych dostaniecie w szlifie samocentrującym 135°, a w Skandynawii do przemysłu sprzedaje się z zasady 118°, które trzeba nakiełkować przed wierceniem, ponieważ inaczej się ześliźnie. Gwintowniki natomiast (pomijając do zastosowań maszynowych, które mogą być płasko ścięte i maszyna nimi zrobi prawidłowy gwint, a człowiek raczej nie) różnią się zależnie od materiału jaki chcecie obrobić – te zwykłe są do materiałów kruchych (stal), te których na półkach nie zobaczycie do wiązkich (nierdzewka, aluminium) i tym się różnią te, których nie widzicie, że mają zeszlifowane co drugie, a czasem nawet 2/3 krawędzi tnących, żeby się “nie kleiły” w otworze. W Polsce z zasady stosuje się gwintowniki etapowe (I,II,gotowy) sprzedawane w paczkach po 3, dające niepełne wycięcia aż do ostatniego, który wykonuje prawidłowy gwint. W Niemczech też zazwyczaj się tak robi, na Północy (mają innej jakości przemysł produkujący narzędzia) z zasady się tak nie robi, chyba że narzędziowiec uzna, że w danym wypadku ryzyko popsucia gwintownika w otworze jest na tyle istotne, a jego usunięcie (frezarką) będzie tak szkodliwe dla detalu, że warto się 3 razy narobić. Wynika to wyłącznie ze stosunku ceny roboczogodziny do cen jakościowych narzędzi i tak już zostało. Dinozaur z papierami mistrzowskimi z PRLu uznaje to za barbarzyństwo, Niemiec też się krzywi, a Szwed robi po swojemu.
Wróćmy do tego pokrycia – są inne materiały niż zwykła stal do wiercenia – i w większości z nich na potrzeby hobbystyczne zwykłe wiertła dadzą radę – po prostu się zużyją i trzeba je ostrzyć (i wtedy wylądujecie raczej na 118°, co objaśnia dlaczego sobie lud produkcyjny zorganizował to tak z nakiełkowaniem a nie inaczej), dlatego na potrzeby przemysłowe używa się wierteł szlifowanych (a nie walcowanych czy frezowanych), choć obecnie różnica jakościowa przy zwykłych wiertłach jest żadna, a ze względu na formowanie krawędzi na gorąco i proces odpuszczania walcowane mają pewne zalety w zakresie stali szybkotnącej do normalnych zastosowań – są elastyczne i tanie. To się zmienia i zależy najbardziej od tego, do czego to stosujemy i co w danej fabryce narzędzi wdrożą. Wiertło szlifowane jest już z samego tego faktu drogie, więc do materiałów upierdliwych (stale narzędziowe, gdzie od 30HRC zaczynamy rozmowę o materiale surowym) stosuje się powłoki odklejające wiór, pozwalające pracować na niskich lub bardzo wysokich obrotach, oporne na temperaturę, nieprzewodzące ciepła, redukujące tarcie, zawierające materiały twarde (spieki, kobalt, azotki) co ma znaczenia jak siądziemy do wysokokrzemowego aluminium, czy nawet skusimy się na poprawienie zahartowanego narzędzia w granicach 60HRC (czyli jak nam coś nie wyszło, a nie chcemy się rozpędzać na EDM die sink, z tym że jak nie mamy gwintowanego otworu w czymś co ma 60-65, może 67 HRC, to pozostaje nam tylko elektroerozja z rzeczy w ogóle dostępnych na rynku; bo technologie niszowe też istnieją, ale nie ma się co nad nimi rozwodzić). I o ile do ręcznego gwintowania to ma sens to co napisałem w tym akapicie, to w przypadku wiercenia już trzeba się zastanowić, czy robimy to ręcznie – i wtedy możemy się bawić w takie rzeczy, bo wiertło Ø3 l150 ze stali szybkotnącej z powłokami to jest jakieś rozwiązanie, a zrobienie tego obrabiarką na takiej długości narzędzia zaczynamy od wizyty u @Medyka po jakieś proszki na spokojność, chyba że robimy to codziennie i nic innego nie robimy i trzaskamy takich otworów po 500+ w HRC30+ no to wtedy inna sprawa, ale to już są takie branże gdzie w spiekach trzaska się takie sito otworów na głębokość 300mm i tam wierteł nie stosuje się w ogóle. Jeśli zaś siadamy do obrabiarki to się nie szczypiemy – kupujemy wiertło z materiałów twardych, spieki, kobalt i nie pytamy, ile to kosztuje. Można to stosować na wiertarce słupowej jeśli ma dobre łożyska, jest sztywna i wykonawca wie co robi, ale do takich rzeczy to raczej stosuje się bardzo krótkie wiertła z takich materiałów, ponieważ użycie twardego wiertła z ręki, na twardym raczej materiale to spora szansa, że popsujemy narzędzie bez uzyskania oczekiwanego rezultatu z tego tylko powodu, że coś nie pójdzie po osi, a ta nie będzie normalna (prostopadła) do powierzchni i… generalnie jak dla kogoś to jest abstrakcja i nie ma zbędnych tysięcy na narzędzia to nawet nie powinien siadać aby się tego dowiedzieć, bo to będzie równie dowcipne co próba użycia frezu ze spieku na wiertarce. Stosowanie takich rozwiązań wynika najczęściej z faktu, że w procesie coś się sknociło, o czymś zapomniało, albo najczęściej – ktoś czegoś nie narysował tam, gdzie powinien. Napisałem jednak cały ten akapit właśnie dlatego, że @Medyk z @gruby na pewno usiądą z wiertarką i gwintownikiem M7 do bigblocka z aluminium o pewnych upierdliwych właściwościach. A do tego nie siada się bez litra i ogórków z tej to przyczyny, że do wiercenia i cięcia w aluminium potrzeba spirytusu (może być denaturat, czy taki czerwony do kuchenek), co prawda firmy sprzedające oleje do cięcia mają jakieś tam wynalazki lepsiejsze i nowocześniejsze, ale spirytus jest bardzo dobry, tylko pilnowany przez biurwę, żeby kto nie wypił (a jak pije, to żeby ekstra zapłacił za ten luksus x30, bo jakby wóda była po dwa złote litr, tak jak kosztuje w produkcji to by biurwa głodna chodziła). Właśnie materiały pomocnicze – chłodziwa (emulsje) pomagają szczególnie jak ktoś nie wie, ile wióra zdejmuje ciepło przy jakich obrotach – lepiej schłodzić emulsją, ale kropla oleju jak już ktoś w miarę wie też nie szkodzi. Materiały też mają różną przewodność cieplną i różną wiązkość. Dlatego różne prędkości obrotowe na narzędziu, oraz inne chłodziwo – oleje, a nawet alkohole.

Na poważnie i na Północy

Jeśli będziemy się tak dalej wgłębiać w narzędzia, to dojdziemy do pił taśmowych – podobnie do wierteł funkcjonują od strony technologicznej. I będą tam dokładnie te same problemy i te same rozwiązania. Czyli chłodziwo, różna ilość zębów, różny ich rozmiar i różne prędkości obrotowe & posuwu. Przy czym za każdym razem, kiedy wrócimy do kwestii hobby to postawimy pytanie – za ile. Ponieważ kwota w dyspozycji Chorątan jest inna niż w krainie płaskiej i pociętej rzekami. I o ile w górach uważają pewne narzędzia za hobby, to w Polsce czymś takim można rozkręcić firmę usługową na jakim samochodzie nawet osobowym. O ile komuś się chce użerać z klientem w Polsce, kiedy tym samochodem można pojechać do klienta przytomniejszego, któremu się mniej wydaje. Polecam założyć wątek na forum i tam zadać jakieś wybrane obszary w tym temacie, jeśli chodzi o koncepcje otwierania firmy albo zabawy hobbystycznej. Z tym, że od razu zaznaczę, że większość kwestii jaka zostanie postawiona będzie wymagała od profanów długiej, żmudnej nauki powtarzalnych czynności manualnych dających powtarzalny rezultat – to jest rzemiosło. Jest zupełnie pozbawionym sensu zakup przecinarki plazmowej czy spawarki, jeśli nie zajmujecie się tym zawodowo albo nie zajmowaliście w młodości i macie nawyki – będą z tego same szkody i koszty. Podpowiem, że są rozwiązania spółdzielcze tego kłopotu, szwedzcy rolnicy żyją w dużym rozproszeniu (jest pojęcie osady, niby to jest tłumaczone na wieś, ale to jednak osada a nie wieś) i nie kupują sobie każdy pełnego wyposażenia remontowo/produkcyjno/warsztatowego, tylko robią ściepę (aha – kolektyw, no to dla ludzi co sobie na tyle ufają) i wyposażają jedną szopę we wszystko co uważają i wpisują się do zeszytu, jak co używają i ile i potem dorzucają do tego wspólnego kotła. Przy czym chodzi tam o naprawy poważne, jakie nie zdarzają się codziennie, bo takie codzienne robią sobie we własnych szopach. Z ich punktu widzenia takie stowarzyszenie jest firmą bez pracowników – jest park maszynowy i w razie czego specjalista może dojechać, a narzędzia czekają), przy czym to jest rozwiązanie z kraju, w którym katalogi wysyłkowe wrzucane do skrzynki pocztowej każdego farmera były znane już w XIX wieku, ponieważ przy takim rozproszeniu ludności na takim obszarze “wyjazd w niedzielę na targ do miasta” nie był rozwiązaniem pozwalającym na utrzymanie mechanizacji rolnictwa i rozproszonej produkcji. Więc oni to sobie jakoś rozwiązują – my nie musimy, bo nie mamy takich problemów z rozśrodkowaniem ludności – mamy wprost przeciwnie.