Niuanse operowania kapitałem

W operowaniu kapitałem są istotne niuanse, ponieważ inaczej przedsięwzięcia miałyby prosty wykładnik zwrotu zależnie od skali. W pewnym uproszczeniu jest to prawdą (skala do zwrotu), jeśli weźmiemy konsolidację w pionie (czyli cały cykl wytwórczy, aż do sprzedaży ostatecznemu konsumentowi). To model działania korporacji. Zwroty takich przedsięwzięć są podobne i zależne od skali, zawsze występuje ten sam model biznesowy, ta sama struktura podziału pracy i zwrotu.

Przykładem lokalnie działającego MiSia, który dokonuje takiej konsolidacji, jest potężne gospodarstwo rolne (agrofirma), dostarczające produkty końcowe w postaci nabiałów (sera, mleka, twarogu, maślanek, masła). Wymaga to upraw materiałów na pasze, hodowli bydła, pozyskiwania półproduktu (udojnia) i zorganizowania przetwórstwa. Taka firma, przechwytując cały łańcuch w pionie, może narzucić wewnętrzną cenę transakcyjną na każdy etap produkcji, oraz, dzięki skali w pionie, mieć poważny zysk, ujęty formalnie w sprzedaży. Aby dokonać ekspansji, taka firma musi wyprzeć z rynku inne, lokalne, równie efektywne podmioty (produkcja nabiału ma tysiące lat za sobą – innowacja w tej branży to jedynie workflow).

Aby wyprzeć inne firmy, może posłużyć się obniżeniem własnego zysku (sprzedawać taniej produkt), ale, ze względu na współczynnik cena/waga, koszty transportu oraz straty wynikłe z krótkiego terminu przydatności produktów, musi obniżyć również jakość produktów (wdrożyć konserwanty – a to koszt), wpłynąć na emocje (reklama) i najczęściej przegra tę konkurencję z powodu nieistotności dla klienta, które produkty kupuje.

Takie normalne, uczciwe metody są więc o kant do potłuczenia – nie da się tak skonsolidować rynku w poziomie. Nie można tak wytworzyć marki i zdominować rynku, a jednak takie dominujące marki mamy.

(Przykład z produkcją sera wziąłem dlatego, że więcej osób wie jak wyprodukować ser niż wiertarkę)

Są jednak inne metody, które czerpią moc swobodną zasilającą swoje działanie spoza łańcucha wytwórczego i rozkładają koszt w społeczeństwie, prywatyzując zysk. Grzecznie można nazwać je świństwami, ale taki mamy rynek i tak się gra.

Pierwszym małym świństwem jest otwarcie własnego sklepu dla własnych produktów. Świństwo polega na tym, że nie kierujemy się, jak kupiec otwierający sklep dla zysku, ceną i jakością produktu. Wykluczamy konkurencję – otwieramy sklep jako monopolizację kanału sprzedaży. Jest to sklep naszej marki. Albo sieć sprzedająca nasz produkt jako wyłączny (albo kilku producentów, z którymi mamy zmowę – wspólną politykę cenową i jakościową). Wypieramy tym sposobem z przestrzeni, w jakiej ludzie dokonują zakupów, konkurencję i zmuszamy ludzi do wydania swojej mocy swobodnej do poszukiwania innych produktów na własny koszt, a że ludzie są leniwi, to tej mocy raczej nie wydadzą. W tym wypadku sklep w konsolidacji pionowej zapewnia stratę, ale przynosi wolumen. Zysk łańcucha nie zależy w ogóle od jakości kupca prowadzącego sklep. Powoduje to, że inni – pragnący z nami konkurować na rynku – kupcy od razu połapią się, że marże na rynku są ujemne (użytkownik #Malaga właśnie dlatego ma niskie marże) i coś tu nie gra.

Generalnie nie musi być to jeden sklep – chodzi o wyłączne kanały dystrybucji.

Drugim świństwem jest takie, które popieram, polecam, nawołuję, promuję. Nie płacić podatków. Oczywiście co innego, jak się nie płaci podatków z nabytej umiejętności ich unikania, a co innego, jak się po prostu daje działkę od wolumenu administracji podatkowej, żeby nie widziała naszych działań. Pierwsze zapewnia frajdę – drugie zapewnia wpływ na władzę. Jest to przewaga konkurencyjna, pozwala nękać kontrolami skarbowymi konkurencję i w przypadku opresyjnego aparatu urzędniczego – rugować opornych z rynku. To znacie z Polski – tak powstają tam oligopole. Wielcy nie płacą podatków – nie płaćcie i Wy.

VAT służy kontroli rynku (a nie opodatkowaniu, poza utrzymaniem służb do jego egzekwowania). Służy temu, aby wszystkim podnieść kaskadowo wydatki o stawkę (przyjmijmy 25%), przy przeciętnych marżach handlowych na poziomie kilkuprocentowym. Wybranym (swoim) zaś pozwala na uniknięcie tego opodatkowania (poprzez brak reakcji straszliwego dla pozostałych urzędu) i tym samym konkurowaniem tym 25% upustem z pozostałymi podmiotami.
VAT nie ma jakichkolwiek innych zastosowań poza oligarchizacją rynku.

W przypadku produktów z normalną stawką VAT możecie oszczędzić w ten sposób kilkanaście procent marży. Resztę do pełnej stawki zje wehikuł zapewniający uniknięcie opodatkowania i papuga – bo trzeba je karmić. Szału nie ma, ale jak macie marżę na poziomie 1%, a możecie mieć na poziomie 15%, to robi różnicę, szczególnie jeśli działacie jako kupiec i marża jest całym Waszym zyskiem.

W taki sposób można skonsolidować lokalny rynek, a nawet nieco większy niż lokalny. Pan Stokłosa, niemiecki agent, tak właśnie działał. Jednak aby wyjść dalej (koszty), trzeba kolejnych zasobów cudzej mocy swobodnej. Oczywiście można powtórzyć numer z podatkami w skali państwa, ale trzeba pamiętać, że naczelnicy US też mają rodziny, ich podwładni też mają ciotki, wujów i kuzynów, i tam też ludzie prowadzą biznesy. W tym wypadku biurwa dużej skali może wejść w konflikt z biurwą na podłodze, a inicjowanie tam wojny może się skończyć rozpadem biurwy (a na to korporacja zawodowa urzędasów sobie nie pozwala). W skali kraju, bez rozkazu ministra i ostrej nagonki (paliwa bez akcyzy) tego tematu się nie ugra. Opór środowiska wystąpi. Nie da się więc metodami niejawnymi, pozaprawnymi i opartymi o układy nieoficjalnie wyrugować innych z rynku w skali kraju. Tu oczywiście przytomny Czytelnik zauważy, że nie finansujemy biurwy – finansują ją naiwni podatnicy i deficyt budżetowy (zapłacą ci, co się jeszcze nie narodzili), więc taki biznes czerpie moc swobodną z systemu fiskalnego, a ten nie zna litości, jak jest głodny.

Można się posunąć do trzeciego świństwa. Na takim etapie rozwoju firmy jest szansa, że spędza się weekendy tam, gdzie minister (i te same piękne panie klepie po wdziękach) i jest szansa nawiązania kontaktów osobistych i kupienia sobie rozporządzenia, a jak trzeba to i ustawy. Rozporządzenie takie narzuci normy jakościowe na daną branżę, które my oczywiście spełniamy, a inni nie, i wtedy nasze kasy fiskalne się sprzedadzą, a żadne inne nawet się nie pojawią. I wtedy na koszt przemocy państwa wyciśniemy z rynku wszelką konkurencję, mogąc narzucać słuszne stawki na nasze produkty. Tak działa rynek farmaceutyczny i dlatego ludzie kupują leki przez Internet i na targowiskach, ponieważ koszty syntezy leków są śmiesznie niskie, natomiast ceny w aptekach urwane z choinki. I proszę mi nie bredzić o kosztach badań, szczególnie w kwestii leków, które jak Prozac – mają przedłużaną ochronę patentową poprzez zmianę zastosowania (z leczenia depresji na leczenie niezadowolenia u kobiet w dni szczególne).

Rezultatem działania VAT jest kara za wprowadzenie towaru na rynek (import, wydobycie, wytworzenie). Ponieważ wartość dodana jest opodatkowana, to rozsądnym jest jej nie dodawać, aby nie być karanym podatkiem (podatek to sankcja karna). Wdrażanie takich podatków powoduje, że działalność jest celowo ograniczana do handlu, a wyklucza wydobycie, produkcję i uprawy (wprowadzanie wartości na rynek). To skutek uboczny regulowania rynku tą opresją.

Zależnie od skali deformacji rynku można uzyskiwać marżę z handlu na poziomie 1% (a nawet ujemną), można kilkunastoprocentową (na unikaniu opodatkowania), wreszcie można, tak jak koncerny farmaceutyczne, mieć 1k-2k% narzutu na produkcie.

Dawniej handel to był dobry interes, a teraz nie jest. Wynika to z ilości dostępnych źródeł zaopatrzenia w produkt. Ta liczba źródeł jest proporcjonalna do ilości kontaktów w grafie i wagami powiązań pomiędzy nimi. W rezultacie marża, jaką klient zniesie, jest odwrotnie proporcjonalna do wagi tych powiązań. Dlatego dziś marże są liche, ponieważ mamy kontakt z każdym na świecie przez serwisy handlowe, a kiedyś kontakty były wyłączną domeną kupców, co dawało im wyłączność na kanały dystrybucji i pozwalało nakładać solidne marże.

Przytomnie zakładam, że unikanie opodatkowania jest w zasięgu Czytelników, a kupowanie ministrów niekoniecznie. Oczywiście co niektórzy państwici zarzucą, że to jest nieuczciwe, ale cóż poradzić, skoro inaczej handel nie działa, a nie każdy chce się odsunąć od koryta (od głównego nurtu ekonomii i gospodarki) tylko dlatego, że jakimś państwitom widzi się taki ustrój.

Skoro na marżach operujemy w rzeczywistości ujemnej do około 20% (trzymamy się rzeczywistości), to gdzieś trzeba wycisnąć resztę. Można obciąć koszty. Oczywiście w firmie handlowej to nie bardzo jest już co i komu obciąć, żeby nie zaczął śpiewać falsetem. Dlatego dział handlowy uważam za dział sensownego MiSia, a nie jego bazę, chociaż prowadziłem działalność, która tylko z tego się składała.

W firmie handlowej jedno co można uciąć, to czas transakcji. Po pierwsze – operować nadwyżką, a nie kredytem. Po drugie – zbywać towar szybko, kasować i wytworzyć sobie w niszy stały kanał dystrybucji, na którym ciężko nas będzie zastąpić. Marzenia. Długo takie noszenie wody wiadrem nie trwa. Albo nam odetną źródło wody, albo położą obok rurociąg na taki obiecujący kanał. Nawet jeśli nie zrobią tego tak dobrze jak my i zwalą tym niszę, to nam zdemolują działający biznes. I wtedy czas ruszać w drogę i zająć się czymś innym. Skracamy więc czasy transakcji, pakowania, dostaw i wyciskamy ilość obracania tym samym kapitałem w jednostce czasu. Szybko, dużo, tanio – half price fast deal. To wszystko co można zrobić. Należy pamiętać, że tym samym demolujemy inne, bardziej niszowe interesy w takiej branży.

W takim rozrachunku, jeśli wyciśniemy 15% marżę i dokonamy obrotu tym samym kapitałem cztery razy w miesiącu na szybko zbywalnym commodity, to możemy się pochwalić wynikiem na efektywnym poziomie 70% z włożonej sumy początkowej (ja wiem, że wedle dzisiejszej definicji to jest 15% + składanka przy 4 razy większym obrocie; ale ja się uczyłem liczyć jeszcze w dawnych czasach i umiem liczyć kapitał jaki rzeczywiście jest, a nie obrót z sufitu, którego nijak nie daje się znaleźć w rachunku w jednym czasie).

Gdybyśmy nie skubali podatku, ten sam kapitał dałby nam około 5% (przypadek #Malaga). Tylko wyciśnięcie tych 4 cykli transakcyjnych w miesiącu nie jest takie proste i do tego niekoniecznie procent się poskłada (w poprzednim artykule pisałem dlaczego).

Natomiast w MiSiu produkcyjnym możemy obciąć koszty, wykorzystując kapitał społeczny (kontakty i elastyczność) w tworzeniu zaopatrzenia, stanów magazynowych, kiedy jest tanio, i pogrywania z dostawcami (mając zapasy), kiedy chcą sprzedawać drogo. Ta produkcja jest o tyle istotna, że operacje w kolejnych krokach wytwarzania produktu na tyle zwiększają poziom komplikacji, że generują spady (straty) i ich suma rzutuje na przeciętną, rynkową wycenę produktu. Umiejętność ograniczenia spadów w kolejnych (coraz droższych) krokach oraz obniżenie kosztów zaopatrzenia w materiały eksploatacyjne pozwala zarobić wewnętrzną marżę transakcyjną (wirtualną) na każdej kolejnej operacji.

Ponieważ handlowcy próbują przejąć Wasz zysk drogim zaopatrzeniem (kompleksowym we wszystko), to różnica pomiędzy lichym działem zakupów a dobrze zorganizowanym i obrotnym handlowcem w MiSiu potrafi ściąć koszty eksploatacyjne od 3 do 10 razy. Tylko kanały zaopatrzenia będą nieraz udziwnione.

Kilka dni temu dostałem bardzo dobrą ofertę na produkty ze specjalistycznego (do druku metalem 3d) materiału, który pozwala na wytworzenie narzędzi w cenach przebijających konkurencję 4-10 krotnie. I to w lepszej jakości, niż jakakolwiek inna. Wydruk gotowego modelu broni razem ze zintegrowaną lufą (drukowany gwint) prosto z CADa kosztowałby około 4kPLN. Wystarczy projekt. Oczywiście w porównaniu z tradycyjnymi technikami wytwarzania broni (masowymi) to jest to bardzo drogo od sztuki, rynkowo pozbawione sensu. Ale daje to jakieś wyobrażenie, niż gdybym napisał o cenach odkuwek czy wyprasek. Więc tak dla wyobrażenia podaję przykład z bronią, bo każdy mniej więcej wie jak wygląda i po ile jest w sklepie.

Pozostaje jednak pytanie – jak duża część materiałów eksploatacyjnych i surowców ma udział w naszym produkcie końcowym? Przyjmując, że samodzielnie zaopatrujemy i wytwarzamy elementy naszej linii produkcyjnej oraz produkty, to prawidłowe zorganizowanie tego zaopatrzenia pozwala nam uzyskać przechwycenie wejścia (tak jak sprzedaż jest przechwyceniem wyjścia) do poziomu przynajmniej o połowę niższego niż doraźny. A to oznacza, że w każdym kolejnym procesie możemy sknocić dwukrotnie więcej produktów niż konkurencja, korzystająca z supply on demand, i uzyskamy taką samą, jak oni, cenę końcową. Oznacza to też, że jak będziemy knocić tyle, co przeciętna inna firma z takim zaopatrzeniem, to uzyskamy przeciętnie niższe o 25%-50% ceny wyjściowe, co pozwoli nam narzucać wysoką marżę i konkurować ceną. Choć najlepiej jest odcinać kupony, cicho siedzieć z wynikami i się nie wychylać, kasując póki można.

Oczywiście tutaj liczy się ilość i poziom komplikacji kolejnych operacji. W firmie handlowej jest ich zero i uzysk z tego wynosi oczywiście zero. Jeśli jednak mamy jakąś konsolidację w pionie, to możemy na dobrze zorganizowanym zaopatrzeniu urwać około 25% i resztę tego wyniku (bo czasem jest wyższy) przeznaczyć na hobby (coś sobie wydłubać na boku – to też kosztuje materiały eksploatacyjne).

Ponieważ jest to związane z handlem, to jest to lustrzane odbicie marży wyjścia. Jednak tutaj cykle są wydłużone i raczej się ich nie skraca – im dłuższe cykle, tym większe oszczędności się trafiają (zamawiamy dużo i na długo). To druga strona tej samej monety.

Natomiast na bardzo grubym rancie tej skonsolidowanej w pionie, produkującej dobra monety jest proces wytwórczy. Tutaj liczy się park maszynowy, doświadczenie, wiedza. Tutaj siedzą prawdziwe pieniądze. To tutaj sterty surowców zamieniane są w maszyny, to tutaj, zależnie od precyzji z jaką montowane są elementy, możemy uzyskać coś, co inni kupią ze względu na jakość (a nie na wagę, jak na złomie). To w tym miejscu wytwarzane są, omówione w poprzednim artykule, zwroty z MiSia. Jakkolwiek można je polepszać wymienionymi niuansami wejścia i wyjścia, o tyle będą się one trzymać w pewnych widełkach.

Jest też niuans, który powoduje spadek wyniku. Jest nim konsolidacja po szerokości. Jakkolwiek wydaje się rozsądnym, aby sklep był wielobranżowy, o tyle produkcja zawsze będzie tylko w takiej efektywności, w jakiej jest najsłabsze ogniwo. Poszerzanie produkcji o produkty z innych branż i rozszerzanie takiej działalności ma sens w skonsolidowanym handlu, ale nie ma sensu w czymkolwiek poza dystrybucją.

Jest to przyczyna, dla której efektywność kombinatów (korporacji dających markę produktom) tak wpływa na cenę, że mogą się one utrzymać na rynku tylko dzięki przekupionym ministrom i zaświadczeniom o koszerności. Dlatego elektronika u nas jest droga, a u Czajników tania. Dlatego tak samo jest z cementem, butami, mieszkaniami, proszkiem do prania, żywnością.

Oznacza to, że organizacja wraz ze wzrostem wkładu kapitałowego nie tylko daje coraz słabszy (bo rozpraszany pomiędzy najmniej efektywne części) rezultat, ale też przy pewnej skali zajmuje się bzdetami (firmowa stołówka, firmowe kubki, długopisy, i to wszystko wytwarzane we własnej – specjalistycznej fabryce), aż po opary absurdu jak mobbing, molestowanie, etykę pracy, sekciarskie kaizen, 5s, oddzielne toalety dla płci nieokreślonej i przedszkola dla dzieci pracowników, w których to dzieci realizują targety (tak, serio tak jest). Ten absurd organizacyjny może rozwijać się tak długo, jak istnieje zasilanie (alimentacja). Przykładem takiej absurdalnej rozbudowy po szerokości jest welfare state, zajmujące się wszystkim, aż po propagowanie nowych zboczeń. Takie państwa nie bez powodu są zadłużone – to skrajnie nieefektywne, zajmujące się zbyt szerokimi zagadnieniami organizacje.

Na całe szczęście naszą organizację zweryfikuje konkurencja na rynku i nie będzie ona ani sprawiedliwa, ani uczciwa, ani ocena ta nie pozostanie niezmienna w czasie.