Organizacja biznesu, w którym się nie rządzi

O ile “inwestowanie”, czyli wkład kapitałowy w cudzy biznes jest sprawą oczywistą, o tyle zorganizowanie przedsięwzięcia, niezależnie od rozwiązania formalnego, w którym nie pełni się kluczowej roli w łańcuchu alimentacji (czyli nie trzyma się łapy na kasie) wielu czytelnikom wydaje się niemożliwe, czemu dają wyraz w pytaniach mailowych i wątkach na forum rozważając kwestie “słupa” jako osoby zdolnej czmychnąć z zasobami. Pierwszym problemem, na jaki się natykamy w takiej sytuacji to kwestia potrzeby kontroli w piramidzie potrzeb. Ludzie kalkulujący w ten sposób tworzenie biznesu chcą zrealizować swoją potrzebę wpływu i kontroli (na innych ludzi oczywiście), nie jestem przekonany czy celem tworzenia przedsięwzięć merkantylnych jest pozyskiwanie wpływów i kontroli. Podejrzewam, że jest wiele innych form realizacji takich pragnień, a celem prowadzenia biznesu jest wyciąganie z niego rezultatów materialnych, a nie emocjonalnych. Jeśli więc już w momencie wyobrażania sobie rozkładu wpływu na poszczególne elementy działania przedsiębiorstwa wpadasz na potrzebę kontroli i uważasz, że jak szef nie będzie trzymał wszystkiego za paszczę, to nie zadziała, to albo będziesz ostatecznie pracował sam, albo trzeba iść na kozetkę i poprzestawiać dyrektywy.

Biznes to gra w punkty – daj ludziom dużo punktów, niech każdy czuje, że wygrał w tę grę, w jaką chciał grać. Każdy może sobie kupić pierwszą nagrodę – kupić, czyli… musi za nią zapłacić. Swoją mocą swobodną oczywiście. Ponieważ firma jako instytucjonalny abstrakt sama żadnej mocy nie ma i nie dostarczy. Konieczne jest więc stałe ekscytowanie działań dodających całej organizacji mocy z zasobów osób zaangażowanych, co z definicji zakłada ich dojście do ściany (stanu magazynowego swoich zasobów biologicznych) i wypalenia (choćby zawodowego, ale emocjonalnego z pewnością) w najpóźniej 2-3 letnim terminie. W temacie o sektach podawałem, w jaki sposób kadencyjnością można te okresy wydłużać, ale podstawowym rozwiązaniem jest rotacja i to nie tylko ludzi na stanowiskach, ale płynne przechodzenie działalności wiodącej za osobami, które przejmują pałeczkę lidera… lidera egzodynamizmu w podaży mocy na potrzeby firmy. Tak aby każdy mógł wygrać na obszarze, w jakim chce grać, bo to przecież żadna różnica z czego jest papier wyjęty – nie śmierdzi. Czasem można doradzić, na jakim obszarze grupa ma potencjał, aby dostarczyć towary na handel, ale generalnie to ludzie zaangażowani w biznes nadają mu charakteru i celowości, a organizator jest od tego, żeby im to zorganizować lepiej niż sami potrafią. Ponieważ ludzie po to właśnie łączą się w grupy, aby wzajemnie eksploatować swoje moce socjologiczne w obszarach, z jakimi sobie nie radzą.

Narzuca się tu oczywiście ład korporacyjny, w którym pytanie rzeczywistego szefa całego bałaganu o to czym zajmuje się firma, sprowadza się albo do wygłoszenia formułki z działu prasowego, albo do uczciwej odpowiedzi, że nie wie czym zajmuje się firma, nie wie jak, nie ma o niczym pojęcia, ale słupki dokładania mocy są dobre, więc coś na pewno muszą tam robić, skoro ciągle jest papier żeby wypić i zakąsić. Co sugeruje nam, że ludzie od techniki raczej nie są dobrym materiałem na prowadzenie organizacji i wielokrotnie widziałem to w praktyce, kiedy widać było (a najczęściej mam kontakt z firmami zajmującymi się jakąś techniką, produkcją, obróbką), że problemem w firmie jest szef. Najczęściej w firmie, która może w sposób niekontrolowany ekspandować problemem jest potrzeba zrozumienia i kontroli. Potrzeba szefa do rozumienia, co się dzieje i kontrolowania ekspansji, do kontroli której zdolny nie jest. Z tego, że nie mamy pojęcia o tym jak ekspansja przebiega i nie mamy nad tym kontroli wynika również konstatacja, że nie wiemy kiedy się ta fala wznosząca skończy i dlaczego. To w niczym nie przeszkadza – na fali będzie sypał się na nas papier, a na imprezach firmowych walać się będzie konfetti. Osoby wymagające w swojej piramidzie potrzeb pełnej kontroli oczywiście chciałyby taki stan rynku (niezależnego zupełnie od nas) analizować i utrzymywać na wysokim locie stale – próżny trud, co prowadzi nas do teorii zamknięcia takiej firmy. Kiedy słupki okazują się być złe, płaskie, a nawet niepokrywające wydatków, ogłaszamy upadłość, bo bal kończy się sam z siebie. Gratulujemy wszystkim sukcesu i ruszamy odpocząć po tej emocjonującej eskapadzie w towarzystwie lemingów pilnujących spiżarki, oddając się jakimś kompletnie odrealnionym hobby jak programowanie i malarstwo – czyli rzeczach, na których absolutnie nie można zarobić. A nawet gdyby było można, to należy zmienić hobby na jakieś jeszcze mniej użyteczne. Sugeruję zwrócić uwagę na oszczędność mocy korelującej, jakiej nie poświęcimy na to, aby roztrząsać przyczyny wzrostu i upadku, czy też próby przejęcia kontroli nad zjawiskiem – tak jakby można było przejąć kontrolę nad rynkiem.

Właściwie to już wyjaśniłem co robi organizator, prowodyr i początkowy korelator w takim biznesie: ekscytuje. Aby mógł to robić, i aby komuś to było do czego potrzebne, musi coś oferować. Aby nie rozwlekać, musi uzupełnić ludziom egzodynamicznym deficyty (wyobrażone lub rzeczywiste), jakich samodzielnie nie chcą, nie potrafią, lub jeszcze nie wiedzą jak przezwyciężyć. Najczęściej w postaci dostarczania im narzędzi lub dróg na skróty (dostępu do sieci kontaktów, zarejestrowanych działalności, spółek, towarów na handel, wytwórców, sprzedawców – łańcucha). Większość ludzi, znakomita większość, nie potrafi stworzyć samodzielnie całego łańcucha (był u mnie czytelnik, co potrafi sam – człowiek bez deficytu, nie do ugryzienia) i dlatego właśnie jesteśmy zwierzętami gromadnymi – ktoś inny w gromadzie uzupełni nasze deficyty i razem^^ (w grupie, kolektywnie, huraaa!!!) damy radę (no jakbyśmy mieli nie dać^^) i czeka nas świetlana przyszłość^^. A później jeszcze trzeba tych wszystkich ludzi klepać po ramieniu, miziać za uszami i popychać ku wyzwaniom – co samo z siebie nasuwa nam wizję masówki w korpo-sekcie, gdzie wszyscy nawzajem zarażają się entuzjazmem od chwilowego lidera rzuconego na standup, albo od indywidualnych, względnie kameralnych spotkań, aby ludziom wyprostować myślenie przewagą grupową nad niesubordynowaną jednostką (nie dość egzoenergetyczną).

Trzeba jednak ciągle mieć na uwadze, że celem całego tego zestawu działań nie jest kontrola nad ludźmi i robienie im wody z mózgu, tylko wydobycie papieru z rynku, a ludzi motywujemy i ukierunkowujemy na działania na rzecz firmy, które wspierają łańcuch “nabycie-przetworzenie-zbycie-ewentualna obsługa klienta” dokładając stale i bez ograniczeń swoich mocy do tego taśmociągu wiernie przenosząc górę.

Pozornie jest to bez sensu, ponieważ zapewnia jedynie posadę, stanowisko pracy, być może ministra bez teki od wszystkiego i telefonu zaufania dla pracowników – “nie wiem, jak to zrobić – czy szef mógłby rozwiązać”. Ale nie – i model podatkowy wyjaśnia nam, dlaczego nie. Szczególnie, że trzon firmy w trzy lata się wypali, bądź transformuje, bądź zmieni, a do tego ogranicza nas cykl koniunkturalny.

 Spychologia stosowana

W szerszym ujęciu cały nasz ustrój polityczny i ekonomiczny obecnie tak wygląda, iż celem jest ekscytacja ludzi, aby utrzymali rzeszę swoich dobroczyńców – z tego logiczny wniosek, że trzeba zostać dobroczyńcą i pisać ludziom blogi za darmo dzieląc się praktyką, ale prędzej czy później trafi się jakiś Wariat i swoim nosem sprzedawcy dostrzeże technologię, która przecież nie po to jest montowana w pociągach, aby oglądać przesuwający się za oknem krajobraz (bo wtedy pociąg mógłby jeździć w kółko, zresztą pierwszy zbudowany tak właśnie jeździł – jako rozrywka, żadnych widoków tam nie było).

Jednak sensem naszego ustroju jest to, iż ludzie zaakceptowali mem o podatkach. I to nie byle jakich – 65% to lekko można liczyć. Czyli 2/3 mocy całej organizacji ludzie są gotowi poświęcać na jakieś tam “cele spójnościowe związku plemiennego Wieletów”, co prowadzi nas do 80% firm zdychających po dwóch latach, 2-3 letniego rolowania zobowiązań ze spółki na spółkę z rozrachunków kasowych na memoriałowe i z powrotem, wypychania na innych znikających itd., co w rezultacie prowadzi nas do poukrywanych tu i ówdzie po tekstach skwarków, a przecież dotacje na firmy i ekscytacje, aby je otwierać nie dotyczą wyłącznie horoskopów dla psów tylko jakiejkolwiek działalności. I tutaj jest dokładnie ta sama logika – nie ma kompletnie żadnego znaczenia, jaką działalnością się zajmiemy – byle była w efekcie na tyle dochodowa, aby utrzymać się sama w ruchu. Nasz zysk, moc wyjęta z organizacji to ta, którą wydatkujemy rolując “zobowiązania” wobec Kapitana na – “w przyszłości na pewno zapłacę”, po czym biznes i tak rozlatuje się z wymienionych przyczyn związanych z ludzką dynamiką, a jakiś inny, nowy biznes to przecież nie jest ta sama tożsamość prawna. To nie ja – to ktoś inny^^ jak podstępnie potrafi zasugerować pięciolatek rozglądając się po pustym pokoju, szukając wzrokiem któż inny mógłby być winien popełnionych niegodziwości. No jak to kto – podmiot prawa handlowego z innej jurysdykcji, który z przyczyn obiektywnych i niezależnych rozpadł się w typowym dla 80% firm czasie od powstania – nic szczególnego przecież.

Ziarna od plew

Skąd jednak brać takich ludzi, którzy przy jak najmniejszej recepcji naszego wkładu dołożą jak najwięcej mocy do taśmociągu, który wspólnie z nimi w trakcie pracy tegoż rozkradniemy tak, aby Kapitan rozkraść nie zdążył? Historycznie to organizowano to tak, jak się dało. Najpierw były rynki, ale rynki szybko były opanowane przez siłowników, ponieważ miały wspólnotę miejsca i były łatwo kontrolowalne. Potem były spotkania Herbalife i Amway oraz dystrybucja kaset do robienia ludziom wody z mózgu, a dla tych bardziej wyrafinowanych to samo, tylko w ubezpieczeniach i kredytach – dla każdego według potrzeb. W tych systemach naganiania mas były wmontowane systemy selekcji “po słupkach efektywności”, co w rezultacie dawało podejrzenia, że rezultat (pozyskania wartościowych z punktu widzenia taśmociągu handlowego jednostek) jest niższy o rzędy wielkości od normalnie istniejącego w przypadku użycia rynku w długim terminie (rynku w rozumieniu – plac, miejsce gdzie się handluje, gdzie każdy sił spróbować może, przynieść swój towar i poznać się z ludźmi, co mu to usprawnią, sprzedadzą, dostarczą tańszych komponentów, albo ukradną pomysł i wdrożą lepiej). Internet zmienił wszystko, a jednocześnie nic. Właściwie nie zmieniły się liczebności osób, które znamy, ale zmieniła się dynamika ich wymiany na nowe, które znać warto bardziej niż te poprzednie. Nie jesteśmy więc ograniczeni terytorialnie, ale jedynie zainteresowaniami i tak płynnie, jak zmieniają się one w naszym życiu, tak zmieniamy kręgi zainteresowań i w nowych obszarach poznajemy zupełnie nowych ludzi. Co nijak nie rozwiązuje kwestii skąd brać bystrych ludzi, którzy umieją sami poprowadzić biznes i na nim zarobić, ale mają jakiś deficyt, którego rozwiązania upatrują w grupie, a po odnalezieniu grupy okazuje się, że nie jest tak łatwo dopasować się w pary, ponieważ deficyty i podaże je uzupełniające nie pasują do siebie parami, a gromadnie po kilka osób dopiero. Pozostaje więc rzucać piłkę i oczekiwać, że ktoś ją odbije – najczęściej nikt nie odbija, więc obniża się poziom i kiedy ludzie zaczynają odbijać i złażą się inni – podnosi się poziom, a od czasu do czasu zagrywa się “hard ball” i patrzy kto z tłumu odbije. Bo przecież na rynku będziemy grali “hard ball”, tam nie będzie zlituj. Nie potrzeba ludzi, którzy teoretycznie i wstępnie rozumieją temat, tylko graczy do zespołów. I czasem ktoś odbija. Problemem jest takie ustawienie suwaka, żeby nie trzeba było jak w MLM – przesiewać przez sito nieskończonej liczby twarzy, tylko takie, żeby odsiani zostali przez pułapkę logiczną, przez labirynt prowadzący do sali, kto trafił na spotkanie, ten najwyraźniej był zaproszony. Zagadka nie może opierać się na wiedzy autora (bo wtedy tylko On mógłby znać rozwiązanie i na spotkanie przyszedłby sam) tylko na wiedzy odbiorcy, a o tej wiedzy autor żadnej wiedzy mieć nie może. Dlatego warto odwoływać się do ludzi zajmujących się odsiewaniem i kategoryzowaniem, zapewniających nam cv wybranych, ale… uczyńmy tę głupią historię krótką – nie istnieje ani jeden portal typu yellow pages, gdzie przedsiębiorcy na bieżąco aktualizują, co robią i co mogą. Same nazwy firm nam niepotrzebne, potrzebne nam są możliwości wykonawcze, gotowość do rozliczeń bez głupich pytań, i jeszcze żeby biurwa miała trudności z rozwiązaniem zagadki prowadzącej do sali. Nie pracowników przecież nam trzeba, bo tych jak psów, a oczekiwania jakby same rasowe były, tylko współpracowników doraźnych i stojących na własnych nogach, którzy wcale nie chcą udzielać się w przedsięwzięciach formalnie tylko też coś wydoić i nie mieć z tym nic wspólnego. Nie ma więc niczego takiego na rynku, co by spełniało oczekiwania, ale zaczęły samorzutnie powstawać takie miejsca dyskusji to tu to tam, ale administracje miały inne cele, na innego klienta i przeganiały ludzi z miejsca na miejsce. Wydaje mi się, mam takie urojenie, że chyba znalazłem metodę selekcji samorzutnej zbieżnej z tym, jak to jest zrobione w innych takich miejscach (czytaj (*)), jeszcze nie wiem do czego to się da zastosować, ale rozumuję w taki sposób, że w końcu znajdzie się tu ktoś, kto znajdzie zastosowanie dla takiego narzędzia, bo ja też mam skończoną i ograniczoną pomysłowość.

Działalność migrująca

Interes, jaki ludzie (choćby gotowi dodać tylko tyle, że zarejestrowane będą na ich zdolność honorową spółki) odnajdują w takiej strukturze to stała ekscytacja wszystkich zaangażowanych i płynące z tego stałe zasilanie z oczekiwaniem wzrostu tej alimentacji. Ludzie są gotowi w takich warunkach żyć przyszłością, jak jachtami, które kupią za kasę zarobioną w MLM. Dlatego ludzie nie uciekają do szarej rzeczywistości – chcą być w centrum wydarzeń, chcą być tam, gdzie jest kasa, fajni ludzie i coś się dzieje. A jak jeszcze połączymy im to z hobby, to z jednej strony drzwi piszemy “witamy Cię!”, a z drugiej “mamy Cię!”. Jednak istnieją pewne przyczyny obiektywne (poza technicznymi, wynikającymi z czasów, w jakich działamy) takie same jak dla rynku (w rozumieniu miejsca), że prędzej czy później ilość sygnałów o spotykających się tam gęgaczach wzbudza wannabe zaśmiecających rynek i sam Urząd (oraz przeróżne siłowniki), który bardzo pragnie naszego dobra. To znaczy, że przenosimy się z bazaru na bazar, z rynku na rynek, z knajpy do knajpy, z bloga na forum i nomadzi podążają dalej wytwarzając ogniska konsolidacji w kolejnych strukturach z cyklu. A należymisie nawet bardzo nieogarnięte starają się tymi tropami podążać i o ile handel kołdrami i garnkami mają dość dobrze spenetrowany, to wytwarzamy nowe obszary działalności szybciej niż oni ściągają haracze z poprzednich. Kulminacją jest jednak załamanie cyklu na całym rynku i wtedy rządy zaczynają stosować incitamenta (zachęty, ekscytatory) w postaci helicopter money przy takich szczupłych ustrojach kontrolnych, jakie mają przy pełnym zatrudnieniu w sektorze przedsiębiorstw (dla urzędów mało kto zostaje wtedy, a jeszcze mniej bystrych). Te helicopter money to vat, rut, rot, benefity dla otwierających biznes. I wtedy mając dostęp do ludzi “którzy sami rozumieją” można wiele wydoić ze śmigłowca wiozącego wór z papierem. Dlatego gęgacze następnym razem będą w innym pokoju, będą to inni – młodsi gęgacze (dzisiaj młodsi) i trzeba będzie rozwikłać samodzielnie zagadkę, w którym. Będzie ona na tyle trudna, aby im tam nie wlazły należymisie i ich nie spakowały do wora.

Rozbujać drakkar

Ludzie jednak sami i zupełnie przytomnie szukają sobie watahy, aby w niej polować, nie w naiwności swojej, a naturalnym odruchu uzupełniania deficytów w swoich kompetencjach, ponieważ ich nabycie wymaga czasu i wysiłku. O ile z wysiłkiem nie kłopot, to czasu mamy skończoną ilość zanim będziemy głodni, a doba niestety ma taką długość, jaką ma i żadną inną. Pozostaje jedynie selekcjonować ludzi, którzy ujawniają kompetencje nam przydatne i pozostałych.

W praktyce prowadzenie biznesu, w którym się nie rządzi to bardzo ciężka praca i ciągłe ryzyko utraty pozycji przy korycie, bo przecież firma płaci rachunki o ile się do niej dokłada mocy. Tak za nic brać, za “prawo nabyte”, to się nie da – wszyscy zaraz to zauważą i wygryzą ze struktury. Wszak dają abyś dał, a jak nie dajesz, to po co Ci dawać? Trzeba więc coś dać i zazwyczaj organizator-prowodyr odpowiada za wzbudzenie potencjalnych uczestników do zadeklarowania gotowości, aby dali na stół swoje ogniwa łańcucha do częściowej dyspozycji na “zobaczymy czy to się rozkręci – stać nas na tak drobne ryzyko, że jednak nie”. W początkowej fazie jest to więc organizacja spółdzielcza, na której formalnie Kapitan Państwo chciałby 2/3 zysków (bo strat to nie – gdzieżby) za to, że leży i pachnie (że leży to wiemy, reszty z grzeczności nie roztrząsamy), a my staramy się przeprowadzić pierwszy cykl działania skróconego łańcucha ze stanu magazynowego do sprzedaży i do nieistotnego zwrotu – nieistotnego z powodu skali jaka występuje przy teście. Pozwala to na zbudowanie zaufania (płynności wynikającej z pierwszej transakcji) i stworzenia wyobrażenia (urojenia) o możliwości powtórzenia procesu w większej skali, ale już z podpięciem do magazynu zakupów (bo przecież magazyn jak się z niego sprzedaje to pustoszeje) i być może jakiej wytwórczości, aby dodać wartości przedmiotom zbywanym, względnie przekształcić własną pracę na wartość. I jak zawsze – sprzedawcy na końcu łańcucha, zbyt i do kasy, i reinwestowanie w powtórzenie cyklu. Po drodze trzeba jednak rozwiązać całą masę kłód technicznych, organizacyjnych i formalnych, jakie walą się na drogę do sukcesu (do papieru). I te kłody i sposoby ich omijania były ujęte w postaci skwarków w innych tekstach. Warto zwrócić jednak uwagę, że działające sprawnie, czy nawet jako tako, firmy mają już swoich szefów (często niedoświadczonych w wielu aspektach szarpania się z rzeczywistością) i tym firmom nie potrzeba innych szefów niż tam są. Natomiast tym przedsiębiorcom jak najbardziej potrzebny jest networking, do którego można się odwołać ZANIM biurwa zacznie robić remanenty i dzięki temu lewarowi nad rynkiem odkładać mięso na kościach. Ci ludzie są właściwymi osobami na właściwych miejscach, natomiast ze względu na motoryczny charakter nauki u większości homo sapiens, muszą po prostu zobaczyć jak działają rozwiązania u kogoś, pograć cudzym drakkarem, na cudzy rachunek, tak żeby się otrzaskać z faktami, że nie jest wcale tak strasznie jak to biurwy malują.

 

(*) – oczywiście, że ten blog/portal (administracja ma plany) nie jest jedynym o takiej tematyce i takiej metodzie integrowania się czytelników poprzez użycie (poza forum i poza ramami, jakie tu mamy) słów – kluczy. Bo to zawsze i w każdym miejscu przebiega tak samo, ponieważ ludzie mają z podobnie działającymi urzędami w różnych krajach te same problemy i to, że nie trafiliście w podobne miejsca to tylko dlatego, że są one prowadzone w innych językach, innych realiach, a jak sami widzicie trzeba wiedzy praktycznej i specyficznego słownictwa (subkultura przedsiębiorców?), aby przebrnąć tę konspirację, więc nawet pobieżna znajomość obcego języka bez znajomości specyficznego słownictwa przedsiębiorców nie wystarczy do wczytania się w podobne forum w języku obcym, nawet w interesującym nas obszarze (będzie tam zbyt wiele drakkarów, należymisiów i innych takich). Jest jednak niezwykła korzyść: jeśli dysponuje się wiedzą z kilku takich obszarów, można się pomiędzy nimi przemieszczać – i co najważniejsze – dziadki, które dobijają siedemdziesiątki z czystej złośliwości wobec Urzędu doradzają, udzielają kontaktów, a nawet wspierają dystrybucję i sprzedaż, szczególnie jeśli sami mogą coś przytulić, bo oni przekonali się JUŻ ile wynosi emerytura za płacone całe życie składki i nie mają co do tego naiwnych złudzeń, jakie żywi jeszcze część młodzieży.