Organizacja kompetentnych

Tym razem bez mięsa. Zbieram tutaj w jedno kilka rozpoczętych tematów, prowadzących do podstaw organizacyjnych przedsiębiorstw, które kończą się na systemie korporacyjnym – najdoskonalszym, jaki do tej pory wytworzyliśmy.

Jeśli chcecie zbudować firmę, taką ponad jednoosobowe mikroprzedsiębiorstwo, będzie Wam potrzebne zorganizowanie się z innymi ludźmi. Stworzenie relacji współpracy lub podległości. W tym tekście będzie ujęcie ogólne i ględzenie wokół tematu wynikające z pewnych problemów z definicjami, jakie występują. Odsyłam też do tematu o sektach, tam są wykazane pewne praktyczne strony organizacji.

Ze względu na ludzkie błędy poznawcze (w szczególności błąd grupowania) dopatrujemy się porządku w ruchu gwiazd i kuli ruletki. Z pewnością na jakimś poziomie porządek tam jest, tylko czy wiedza o tym porządku przyda nam się, aby wypić i zakąsić?

Tak samo z organizacją, niby jest jakaś definicja, ale jest o kant: “wieloznaczne i interdyscyplinarne pojęcie” i się nam na niewiele zda. Jednak jako homo Sapiens potrafimy opisać przedmioty na bazie redukcji, indukcji i dedukcji, dochodząc powoli do jakiegoś rozmytego zbioru założeń czy wróbelek jest bardziej czerwony, czy bardziej jest orłem.

Jak widać jednolitej i sensownej definicji organizacji nie ma. I nie będzie. Najprawdopodobniej jest z punktu widzenia jednostki nadistota. Szczególnie jeśli rzeczywista struktura organizacji jest sprzeczna z deklarowaną, a wierzchołki grafu mają przypisaną inną wagę niż ich ujęcie formalne, gwarantowany jest natomiast pozór formalny dopływu mocy dla hierarchii z wierzchołka abstrakcyjnego (realizujemy słowa kapłanów, gdyż Deus le volt, albo wymaga tego “dobro służby” czy jakieś “prawo”, socjalizm i demokracja).

W ujęciu cybernetycznym samo wyodrębnienie organizacji w ramach przepływów mocy również jest trudne, ale możliwe, o ile da się zebrać faktyczne dane o rozpływie mocy, a do tego trzeba aparatu kontroli o wyższej mocy korelacyjnej niż istniejący w samej organizacji.

Jesteśmy więc z definiowaniem w d, z czego wynikać będzie próba opisania zjawiska z różnych stron w ramach następującego dalej wodolejstwa, po czym przejdziemy do mięsa.

Po co gromadne się organizują?

Żeby wypić, zakąsić i poużywać pięknych pań. Dzięki temu będzie więcej gromadnych, aby powtórzyć proces.

Jedną z bardzo istotnych cech pięknych pań jest selekcja samców – jak samiec jest otoczony grupą samców, to znaczy że już są podstawy do uznania go za atrakcyjnego (samotnik superbohater nie pojawia się w kobiecych wyobrażeniach poczucia bezpieczeństwa – stadnego poczucia bezpieczeństwa – herding). No to już samo to sugeruje, że należy się organizować w grupy.

Ale grupa grupie nierówna – mała grupa robiąca tyle samo co duża grupa, to grupa bystrych i cwanych. A jeden człowiek robiący tyle co grupa, to już musi być niezły kombinator.

No i tutaj wypada oczywiście wyssać z brudnego antysemickiego palca, że taką grupą, powszechnie (nie tylko w Polsce, ale i w kręgach biznesowych innych krain) uważaną za nieliczną, acz świetnie zorganizowaną, są oczywiście Żydzi. A że nie można się do nich tak po prostu zapisać/przystąpić, to każdy próbuje ich wyprzeć swoją organizacją o podobnych cechach.

Samice jednak swoimi zachowaniami dają nam istotne wskazówki – wybierają z grupy samców, którzy wobec innych samców utrzymują pozycję dominującą. Jest to zestaw gestów władczych bezbłędnie rozpoznawany przez samice. Ponieważ od tego zależy przetrwanie gatunku, to samic w tej kwestii nie da się oszukać. Gdyby się myliły – wyginęlibyśmy.

Ponieważ w każdej grupie istotne jest upilnowanie i obrona zasobów, to jakąś władzę nad pozostałymi zawsze mają siłowniki i zawsze są one atrakcyjne dla samic, mimo że są zwykle najgłupszymi gołodupcami. Są atrakcyjne tylko z tego powodu, że wspólnie i w porozumieniu tworzą zwartą, samowspierającą się organizację. Dlatego mundury są sexi.

Młode egzodynamiczki jednak bezbłędnie trafiają starych endodynamików. I ci właśnie szamani, wodzowie, kuromaku i szare eminencje są motorem sprawczym organizacji. Zazwyczaj w strukturze organizacji ktoś taki musi gdzieś wystąpić, a jeśli jest ich wielu, to zaczyna robić się naprawdę groźnie, ponieważ tworzą oni wewnętrzny krąg i własną, elitarną grupę. Te osobniki są gromadnym absolutnie potrzebne, gromada – uznając takiego osobnika za swojego przywódcę – zazwyczaj pozwala mu na wydawanie przydzielanie sobie zadań, których pod innym przywództwem by nie popełniła.

Płacimy niewolą (ograniczeniem sfery własnej wolności) w zamian za korzyści płynące z działania w organizacji.

Herding

To cecha definiująca gromadne. Tak powstają wszelkie organizacje, zarówno te sensowne (gangi, armie, państwa) jak i te doraźnie bezcelowe (spotkanie biurwy na kawie, aby knuć przeciwko ludzkości). Zbierzmy się w kupę i coś uradźmy, albo coś zróbmy. No we dwóch się zebrać to jeszcze w miarę prosto, ale są państwa co mają ponad miliard – wielkie mnóstwo osobników pod batem.

Jest to podstawowy silnik organizacji. Kupą mości panowie! Kupą! Kupy nikt nie ruszy.

Im słabsza moc korelacyjna pojedynczego członka stada, tym łatwiej go trzymać w stadzie na koszt jego energii swobodnej. Dlatego najkorzystniejszą jest piramida prawie płaska, gdzie jest morze wykonujących rozkazy i jeden by każdym rządzić i w ciemnocie złączyć. Ponieważ takiej przepaści intelektualnej pomiędzy ludźmi zazwyczaj nie ma (przepaść intelektualna pomiędzy dającymi odnaleźć się w rzeczywistości skrajami krzywej gausa jest co prawda olbrzymia, ale pomiędzy medianą a tymi sprytniejszymi jedynie taka, jak pomiędzy medianą a bardzo sprytnym szympansem), to wybiera się intelekt spoza zbioru – abstrakcyjne bóstwo, zazwyczaj nieomylne. Pod auspicjami bóstwa następuję utworzenie ściętej piramidy (ale od czasu do czasu pojawia się bystry arcykapłan, albo król który ogłasza się bogiem).

Ponieważ od czasu do czasu pojawiają się koncepcje, aby wdrożyć mnie w jakieś hipotetyczne struktury władzy, to zalecam (w przypadku stawiania jakichkolwiek zarzutów, że to spisek w celu obalenia ustroju państwa) powoływanie się na moją deklarację, iż zamierzam w takiej sytuacji (przejęcia władzy) ogłosić się bóstwem, a jakiekolwiek inne stanowisko mnie nie interesuje, co sprowadzi przewód sądowy do parteru.

Engine

Ludzkie organizacje wymagają przynajmniej dwóch płaszczyzn.

Pierwsza to odpowiednik bazowego interfejsu wejścia, przetwarzania i wyjścia. Czyli w mairę podobnie poustawianych parametrów homeodyn(*) i korelatorów. To zazwyczaj wspólna wiara, język, zestaw pojęć, ale nie jest to absolutnie konieczne, ponieważ bardzo odległe od siebie ludy, niemające ze sobą nic wspólnego wytwarzają z powodu zbliżonego środowiska zbliżone (zazwyczaj identyncze) systemy wartości tylko dlatego, że inaczej to nie działa.

Dlatego możemy tworzyć organizacje ponadnarodowe, wielojęzyczne łączące ludzi o dość rozbieżnych dążeniach. Ale z tego powodu też pewne organizacje działają lepiej (są homeogenne – ein Volk, ein Reich), a inne słabiej (iluż aliantów trzeba było, żeby Austriacki wódz Niemców z plemienia nazistów się zastrzelił).

Druga to sama struktura organizacji i metody ustalania hierarchii, komunikacji, podziału zadań (engine). Zazwyczaj dobiera się jakiś sprawdzony, a najlepiej taki, w który się jest wdrożony. Często powstają autorskie mody (narodowe – na przykład konstytucje), a nawet rozwiązania szkodliwe mimo pozornej atrakcyjności (komunizm) czy ransomware (rodzina Kimów).

Zazwyczaj ludzie wykorzystują znane im już rozwiązania (silniki) i nie próbują wdrażać nowych rozwiązań (nowej polityki). Jeśli operowanie danym silnikiem opanuje się na wysokim poziomie (#Arcadio z IT21 – przytomny człowiek, który uznał że bogacić się można tylko przemocą i podstępem na pracy innych, a jak tę pracę wyssać – a trzeba operując już istniejącym silnikiem prawa i porządku tak się ustawić, żeby grawitacyjnie spływały do #Arcadio zasoby wytwarzane przez innych), to można czerpać z niego korzyści. Problem z takim silnikiem jest taki, że wszyscy kombinują eksploity na taki silnik, żeby się ustawić lepiej, a nawet tworzą doraźne obejścia i wykorzystują w nietypowy sposób cudze backdory (dziury w ustawach i rozporządzeniach albo metodach działania biurwy). I co jakiś czas trzeba silnik łatać. Ostatnią taką łatką nie tylko w Polsce są wersje konfiskaty rozszerzonej (odpowiedzialności zbiorowej). Dla przykładu egzekwowanie cudzych należności podatkowych za sam fakt uczestnictwa w handlu z danym podmiotem (który się nie rozliczył właściwie). Jest to świetna metoda na sprowokowanie odwetu bezkierunkowego o nieograniczonych skutkach (policjant wystawił mi mandat – bijemy dziecko urzędnika USC) i całkowite skasowanie praworządności wśród mieszkańców (a resety silnika są zazwyczaj bolesne i wchodzi tam rozwiązanie awaryjne – zazwyczaj z miarowym łoskotem podkutych butów maszerujących w rytm bijącego serca tyrana).

Łatki zazwyczaj nic nie rozwiązują długoterminowo i dlatego silnik musi być prosty jak konstrukcja dziesięciu przykazań, popartych rzuconymi kamieniami, aby działał.

Przykłady takiego silnika to “prawo pracy”, które niby coś tam reguluje w kontaktach pracodawca – wykonawca pracy. Na kilka sztuk można się dogadać na autorskim silniku, ale przy organizacji na tysiąc ludzi, to jakiś formalny silnik się przydaje (choć nie jest konieczny – armię móżna zbudować bez regulaminu – muszą jednak wierzyć w wodza).

Kolejny to “prawo spółek handlowych” regulujący dość oględnie (bo w każdym kraju inaczej) w jakich ramach kto się z kim i jak może dogadać, w pewnych jurysdykcjach możliwe są umowy stron niejawnych, spółki ciche, trusty.

Inne jeszcze to “prawo wekslowe” – w pełni dobrowolne i uznaniowe, na pstrym koniu jeżdżące i mimo to działające.

Wymieniony dla armii engine (wiara w słowo wodza) jest również w wersji dla przedsięwzięć niemilitarnych, najczęściej znany pod hasłem “dogadamy się”, gdzie uznawana jest funkcja notarialna inwestora, który ze względu na swój poziom intelektualny i zaradność zaradzi wszelkim pojawiającym się potrzebom (co oznacza, że system jest skrajnie egzodynamiczny i generuje wystarczające nadwyżki do zaspokojenia roszczeń – znaczy nie ma tam starców i biurwy).

Nie można przystąpić do organizacji, której nie ma. Ale zawsze można stworzyć taką, której nie ma, a nawet taką, jakiej jeszcze nie było.

Jeść!

Kiedy uważamy sprawy za załatwione i na odmowę zareagujemy agresją?

Na pewno wtedy kiedy nasze potrzeby podstawowe nie są zrealizowane. To znaczy kiedy rzeczywistość grozi nam śmiercią. Kiedy wydawało nam się, że coś da rezultat, a nie dało. Komuniści w Chinach i ZSRR zagłodzili dziesiątki milionów ludzi, aby zbudować przemysł (czyli przynajmniej jakaś racjonalna kalkulacja za tym głodzeniem stała). Otóż żeby wykonywać jakąkolwiek pracę, trzeba mieć zapewnioną żywność, dlatego gospodarki pierwotne to było zbieractwo, łowiectwo, hodowla, uprawa. To wszystko zapewnia żywność. I to właściwie wystarczy.

W przypadku Chin i ZSRR po prostu ustawiono więcej ludzi oderwanych od pługa (i przez to mniej wydajnych niż oczekiwano) w kopalniach i hutach, niż mogła wyżywić reszta pozbawiona pługów, które skonfiskowano aby odzyskać surowce. Pomijam tu zupełnie wątek buntu i represji głodem, jakie się wiązały z prowadzeniem tak chciejskiej polityki.

Choć nie ma z tego srebra ni złota, przyda się przecie nasza robota

Podstawowe organizacje prowadzą działania kolektywne, które z braku środka rozliczeniowego (z braku jego wynalezienia, lub z braku takiego w obiegu w wyniku represji) rozdzielają (z definicji nierównomiernie) ciężary notując jednocześnie prawa ciągnienia (zysków). W gospodarce czynszowej prawa ciągnienia przenoszone są w postaci pieniądza. W innych gospodarkach to prawo poboru już wytworzonych dóbr, a nawet usług, choć te zazwyczaj są wykonywane w ramach prestiżu obsługi kogoś ważnego (gromadne lubią przebywanie w otoczeniu ważnych, ponieważ ważnym można coś szepnąć do ucha, a ci władczym gestem od razu mogą rozwiązać trapiące maluczkich bolączki).

Należy jednak trzymać się tego, iż organizacja zajmuje się kanalizowaniem przepływu dóbr tak, aby zrealizować potrzeby wszystkich maszopów i wygenerować jakąś nadwyżkę (niekoniecznie do podziału – niektóre dobra są publiczne, dla przykładu wysyłanie ludzi na Księżyc czy sond na Marsa wymaga kolektywnego wysiłku na setki milionów ludzi przez dekady, a uzyskany wynik nie jest w żaden sposób podzielny, a nawet konsumowalny przez tę rzeszę).

Warunkiem jest jednak, aby kanalizować na tyle dużo dóbr i usług, aby zrealizować potrzeby maszopów. To clue – bez tego się rozlezą, pobuntują, stracą zainteresowanie. Dlatego korpo płaci najmniej jak się da, ale wiele może obiecać i organizuje życie po pracy. Tak żeby nie było dokąd wyjść – otoczenie w pełni kontrolowane – faszyzm pełną gębą – wszystko w korpo, nic poza korpo, nic przeciwko korpo!

Organizacja zapewnia dostęp do zasobów. Nie tylko bezpośrednią wypłatę zmonetyzowaną, ale też dostęp do wielu zasobów, jakie organizacja/firma posiada – dostęp do ciężarówek, jakich samodzielnie byśmy nie utrzymywali, ciężkiego sprzętu budowlanego, pięknych pań, hal, maszyn, niewolniczej siły roboczej.

Aby wyeksploatować uczestników organizacji z mocy swobodnej, a nawet z bazy potrzebnej na własną egzystencję i realizację własnych potrzeb, zazwyczaj korzysta się z przemocy (rabunek w organizacjach przymusowych) lub oszustwa. Oszustwo zazwyczaj opiera się na manipulowaniu narracją zasad (zwyczajów, prawa, religii) tak, aby odmowa poddania się niekorzystnej dla jednostki eksploatacji wiązała się z naruszaniem tych zasad (żeby można było krzyczeć na naruszających “komuniści i złodzieje”).

Oczywiście są też metody motywacyjne, ale te wymagają doboru jednostek (wyklucza to raczej przymusowość organizacji, a przynajmniej powszechność przymusu), w tym związane z głęboką manipulacją (rozmrożeniem, formacją i zestaleniem osobowości w nowej konfiguracji piramidy potrzeb).

Każdy sposób eksploatacji opiera się jednak na podstawowych zachowaniach gromadnych wymagających oddawania mocy swobodnej przez słabych na rzecz silnych w celu przetrwania gromady i populacji.

Relacja władzy, kooptacja i porozumienie

Realizacja władzy na odległość jest bardzo trudna. Trudno utrzymać relację, trudno prowadzić kontrolę. Wszystko jest skomplikowane. Dlatego do bardzo dużych odległości konieczne jest porozumienie, a to wymaga kooptacji do organizacji. Władza słabnie wraz z odległością od jej źródła.

Konsolidacja po pionach wydobycia, przetwórstwa, dystrybucji, zbytu (czyli po szlakach komunikacyjnych, szlakach kooperacji i szlakach transferu finansowego) zawsze ma charakter feudalny i ekskluzywny dla dysponenta siły (choć nie zawsze w jego interesie).

Przykładem konsolidacji w pionie jest zapewnienie państwom dochodu przez posiadanie państwowych przedsiębiorstw. A skąd takie wziąć? A banki centralne właśne skupują wszystko jak leci. A gdyby przestało się, to co robią, dobrze sprzedawać? A to się wprowadzi monopol i przymus korzystania z tych właśnie dóbr i usług, a konkurencję prywatną stłamsi, zabierając dostęp do surowców, półproduktów, do systemu transakcyjnego i do zbytu. Spróbujcie dziś poszaleć na rynku srebra czy węgla, zadzwońcie do KGHM z propozycją zakupu jeszcze niewydobytego srebra – ciekawe czy dostaniecie rabat 🙂

Istnieje możliwość doraźnego (kompetecyjnego) sprawowania władzy w organizacjach o strukturze rozproszonej (partyzanckiej) lub rozmytej (organizacja bez organizacji – Kossecki). Polega ona na braku lub pohamowaniu ambicji wykonania władzy przy użyciu dowolnych środków (tak jak pohamowanie się od monetyzacji va banque) w celu rozwinięcia struktury organizacyjnej i objęcia jak największych zasobów. Nie jest to oczywiście sytuacja trwała i ma swoją dynamikę, gdyż prędzej czy później wdrażana jest teoria zamknęcia tej sytuacji, skonsolidowania zasobów we władztwie (władztwach w przypadku konfliktu nierozstrzygniętego) i ruchów odśrodkowych przynajmniej na peryferiach w dużej odległości od koryta. Rozsądnie jest przed takim zamknięciem wyeksportować koszty i problemy do peryferiów oraz zassać wszelki możliwy zasób. Zazwyczaj peryferia nie mają wystarczająco szerokiego kanału komunikacji z ośrodkami potencjalnych rywali o władzę i opierają się na mglistych sygnałach o sytuacji wewnątrz władz formalnych i nieformalnych. W wyniku tego istnieje możliwość zwiedzenia peryferiów i wyzyskania, jeśli zarządzający nimi ekspaci nie połapią się w porę, że smyczki już nie grają i centrum w wojenne bębny bije.

W czasie jednak zanim dojdzie do rozpadu takiej organizacji mamy tymczasowe porozumienie. Każda konsolidacja i sojusz nie dość silnych (konfederacja) tworzących kolektywną siłę przechodzi taki etap porozumienia. Zazwyczaj pod wpływem zewnętrznego stresora.

Relacje władzy, poddaństwa, stosunku do hierachii formalnej lub nieformalnej (czasem w wyniku braku formalnej) kanalizują dostęp do pewnych szczególnych typów uorganizowania (strukturyzacji piramidy potrzeb) psychologicznego aspirujących do organizacji (pracowników, współpracowników, maszopów). Te relacje są dynamiczne, im bardziej nieregularny w czasie kanał dostępu do koryta tym większa dynamika. Tylko stały, regularny, ekspansywny wzrost dostępu do zasobów zapewnia stabilność relacji. Wyłącznie stałe, rosnące imperium pozwala na jednowładztwo imperatora, który sam sobie włożył na głowę koronę. Jedno potknięcie i tron będzie mokry od krwi. Utrzymanie relacji spala zasoby. Albo zasoby pozyskane zewnętrznie w wyniku ekspansji, albo w wyniku konsolidacji przy wyczerpywaniu zasobów dokładanych przez egzodynamików. A jeśli przestają rodzić się egzodynamicy w ilości pozwalającej podtrzymać rozrost koryta, to organizacja błyskawicznie się zdegeneruje i rozpadnie (odpadną peryferia pozbawione tych dokładaczy mocy swobodnej, a pozostanie centrum, które ich skonsolidowało).

Wdrożenia

Organizację można stworzyć (zorganizować) jedynie na bazie istniejących ludzi, zorganizowanych lub nie. Na bazie nieistniejących jest to bezprzedmiotowe, choć pozwala wymuszać na infiltratorach próby penetracji nieistniejących iluzji i maskować istniejącą część organizacji pozorami iluzji, które skrutyniarze biorą jako wskaźniki nieistnienia. Sama koncepcja dowodu na nieistnienie w dochodzeniu to już poważny błąd poznawczy, ale inaczej możnaby łatwo zrobić eksploit rozsadzający moc potrzebną do badania struktury.

Metody tworzenia organizacji to indukcja. U jednostek możemy indukować urojenie organizacji, który z punktu widzenia jednostek może być uznany za inspirujący do tworzenia własnych franczyzn (macie bardzo fajny gang, a ja też chcę mieć fajny gang i zrobię tak samo, chętnie z waszym know-how, symboliką, powiązaniami). Może być też internacjonalizowany przez indukcję (jesteście fajni – chcę być jednym z was; z wrodzonego antysemityzmu wspomnę, iż nie można tak zostać Żydem) – zrobię co rozkarzecie. Może być afirmowany (chętnie was wesprę, choć nie mogę być jednym z was – obywatel płacący podatki na armię, dostarczający wsparcia partyzantom). Może być wypierany (do takiej organizacji należeć nie chcę – nie chcę być w żaden sposób wiązany z takimi działaniami) w przypadku indukowania negatywnego urojenia. Urojenie nie musi mieć nic wspólnego z rzeczywistością. Na tym polegają reklamy marek kosmetyków i ciuchów dla kobiet (bądź taka jak my, przyłącz się do naszej marki, dlatego na kobiety bardzo dobrze działają eksploity MLM), oraz samochodów i zegarków dla mężczyzn.

Jednym z wariantów indukcji jest marsz przez instytucje, jakie zastosował KK internacjonalizując wcześniejszych chrześcijan (ariańskich, koptyjskich), którzy wykazywali jeszcze cechy pogańskie (kult pogański tym się różni od kultu afirmacyjnego, że poganin modli się do bóstwa w ramach dealu na usługę; tymczasem w kulcie afirmacyjnym bóstwo jest po prostu wielbione). Indukcja polegała na tym, że struktura zastana (kultów) pozostała niezmieniona, zmieniło się jedynie bóstwo, a potem dokonywano korekty detali – kulty pogańskie na całym obszarze bliskiego wschodu i Europy w samej strukturze zaleceń, przykazań niewiele się różniły. Jedyne różnice były w koncepcji rozróżnienia swój/obcy. W tym kontekście KK proponował pewien uniwersalizm, kosmpolityzm. Później został w części wyparty przez kolejny marsz przez insytucje (protestanckich kacerzy) też bez zmiany struktur, a nawet zaleceń i przykazań, natomiast zmiany nastąpiły w pewnych koncepcjach szczegółowych – źródeł władzy, celów kultu (protestanci potrzebowali prozelityzmu i kultu ekspansywnego na obszar bezinstytucyjny – KK w ogóle nie miał tego w ofercie – brakowało na takie wypadki doktryny, KK nigdy wcześniej nie spotkał się z obszarem braku zorganizowanych kultów monoteistycznych).

Organizację można stworzyć przez redukcję. Najczęściej przez restrukturyzację już istniejącej organizacji. Konkretnie przez pozbycie się elementów grafu, które nie pasują do oczekiwanej przez nas nowej struktury. Tak w skrócie – przez czystki.

Tak indukcja jak i redukcja wymaga istnienia wcześniej jakiejkolwiek struktury, którą będzie propagowana informacja. Natomiast kolejna metoda – inkorporacja (wcielenie) – nie wymaga istnienia struktur i może być wykorzystywana do restartu po katastrofie. Albo do inkorporacji pierwotnej (z okazji urodzin zostajesz członkiem kultu, albo innym obywatelem, członkiem plemienia, otrzymujesz legitymację partyjną, odpowiadasz za ukrzyżowanie Syna Bożego), albo do wtórnej z radością (witamy ochotników w armii), albo i bez radości (press gang). Inkorporacja zawiera w sobie niejako z musu rozmrożenie osobowości, formację i zestalenie na nowej piramidzie potrzeb. Na tym polega wychowanie. Albo jak wolą anarchiści – tresura. Rezultaty inkorporacji zanikają z czasem, jeśli nie są wspierane przez organizację odnawianiem ślubów, wspólnymi ceremoniami (marsz socjalistów 11 listopada, zjazd kasty krętaczy), a nawet zanikają dzięki negatywnemu wsparciu organizacji (ciężary, daniny, wizyty na Łubiance albo wrocławskim komisariacie od tortur a.d. 2015). Co już nam sugeruje, że organizacje jakkolwiek mogą być instytucjonalnie trwałe, to jednak członkowie mogą w czasie swojego życia angażować się częściowo lub w pełni (zuch, harcerz, frajer obrony terytorialnej, mięso armatnie) na pewnym etapie i tracić zaangażowanie z czasem. Co oznacza, że trzeba wyeksploatować członków organizacji zanim się zniechęcą. Dlatego organizacje najchętniej wciągają egzodynamików (Ci im dokładają najwięcej mocy swobodnej), a wykruszają się z nich endostatycy. Idealnie jest, gdyby członkowie umierali na etapie statyzmu, ponieważ dotychczasowe doświadczenia wskazują, że do tego etapu udaje się utrzymać przekonania religijne i motywacje prawne. Nie mamy na razie koncepcji zarządzania organizacjami o odwróconej piramidzie wiekowej, gdyż wszyscy w takiej strukturze są nastawieni roszczeniowo i robić nie ma komu.

Inwersja celów deklarowanych

Celem, dla jakiego gromadne się organizują, jest wspólne wykonywania działań (zbyt ciężkich i zbyt złożonych dla pojedynczego człowieka, lub zbyt długim czasie wykonywania, aby pojedynczy człowiek odniósł z nich korzyść) i podział wyników, w tym wyników oczekiwanych z danego działania.

Od wspólnego przeniesienia kłód drewna z lasu do wsi, po wspólne wydobycie kopalin. A nawet kolektywne ponoszenie ryzyka (ciężary zabezpieczeń socjalnych) czy ryzyka śmierci i poważnego kalectwa (prowadzenie działań wojennych).

Jest jednak pewien szczególny cel organizowania się w grupę, choć w założeniu raczej typowy (zbudujmy kolektywnie więcej razem), to organizowany jedynie motywacyjnie w kilku wariantach. I co więcej jest to cel w naszych czasach dający rezultat, skutek tragiczny.

Otóż można zorganizować się w grupę, w celu wyzyskania się samemu, spalenia swoich mocy swobodnych i zawiedzenia swoich własnych nadziei. Szalone z pozoru, ale ludzie czynią to powszechnie w upadających blokach-hegemonach. Konkretnie gdy jakiś organizm (unia, państwo, federecja, blok kontynentalny) traci pozycję hegemona i spada do rangi mocarstwa, wtedy w celu podtrzymania iluzji swojej projekcji siły stawia pozorne pytanie “za ile lud podtrzyma swoją pracą tę projekcję” – lud pozornie odpowiada ustami swoich przedstawicieli (po to lud ma usta swoich przedstawicieli, aby miał kto w imieniu ludu kosztować koniaku i kawioru), że za tyle a tyle. Ponieważ zapłacenie na raz takiej ilości zasobów jest już niemożliwe (wcześniej było, a teraz nie jest – z tego wynika utrata pozycji hegemona), to proponujemy zapłatę na raty. Na jakie raty przytomnie zapytacie. Ano na takie, że część zapłacimy teraz, a resztę dostaniecie na starość w ramach emerytur, no i w przypadku inwalidztwa jako renty. Cieszy się lud – coś kiedyś przecież dostanie. A to od początku iluzja – tych wartości nie ma teraz – podtrzymanie idzie na pełnej petardzie i nie ma żadnych nadwyżek na jakiekolwiek “później”. I w przyszłości też ich nie będzie, ponieważ nadwyżki wytwarza lud, a klasa średnia i elity najwyżej je komasują (tych nadwyżek jest dość niewiele, stąd klasy średniej nie ma za dużo, a bogaczy jeszcze mniej). Więc obiecane emerytury to tylko obietnice. Niby coś tam się będzie dusić z przyszłych producentów, niby sprzeda się srebra rodowe, niby upadające w przyszłości mocarstwo do regionalnego obijacza gruch zachowa jakieś tam zdolności organizacyjne, ale… od początku każdy przytomny wiedział, że za tę wydaną moc swobodną robotnicy nigdy nic nie dostaną. Można zapisać dowolne obciążenia, ale się ich nie wykona, ponieważ nie będzie już robotników wytwarzających siłę do wykonywania imperialnego imperatywu.

Czy jest to takie głupie z tym władowaniem się w system emerytalny i zabezpieczenia socjalnego? No my wiemy, że jest głupie. Bo żyjemy w czasach, kiedy są tego skutki, a imprezka dopiero się rozkręca.

Ale czy można coś z tym zrobić? No zapewne nie można. Każda giełda, zawsze, w każdych czasach opierała się na tej koncepcji. Nie ma znaczenia czy jest to kraj kapitalistyczny, gdzie zostanie sfałszowany zapis kapitału na przyszłość (niepoparty pracą kapitał to tylko obiecanki), czy teokracja, gdzie manna mimo obietnic nie spadła z nieba (a wyrwanie tysięcy serc dobrowolnie oddających się na ołtarze wojowników nic nie dało), czy też socjalizm, gdzie co prawda potęgę militarną zgodnie z planem zbudowano, tylko nigdy ta potęga nie poszła się wycenić w huku dział.

Wiemy, że w kasynie oszukują. Ale mimo to budujemy kasyna, tworzymy firmy, gramy w tę grę “kto umrze najbogatszy”, ponieważ jest to jedyna znana nam metoda konsolidacja bogactwa. Aby wytworzyć jednego nieco bogatszego od reszty osobnika, trzeba skonsumować pracę całego życia setek mu poddanych. Z setek bogatych można wytworzyć jednego hegemona. Dlatego państwa ZAWSZE robią listy proskrypcyjne i grabią klasę średnią, a klasa średnia musi grabić plebs. Tutaj #Arcadio w swoich tezach się nie myli, wydestyluję: wyłącznie wyzysk cudzej pracy, kolektywnej cudzej pracy pozwala na podjęcie i skonsolidowanie bogactw w jednym ręku.

Ja natomiast zauważam, że nie ma znaczenia czy ten wyzysk i konsolidacja następuje formalnie, otwarcie, w ramach zasad, tradycji, przekonań, czy też wbrew wszelkim standardom. Istotny jest sam fakt konsolidacji.

“The greatest joy for a man is to defeat his enemies, to drive them before him, to take from them all they possess, to see those they love in tears, to ride their horses, and to hold their wives and daughters in his arms.” – tak rzekł i zrealizował Temudżyn.

Samoloty zaistniały, ponieważ ktoś zbudował dość dobry silnik

Warto zastanowić się po co ta organizacja – czyli jaka jest jej alimentacja – co ją napędza (na przykład pożeranie kandydatów do organizacji ludożerców – a poważniej – ograbianie z majątku wstępujących sekciarzy). Alimentacja – zasilanie jest najistotniejszą kwestią i jedyną przyczyną, dla którego homo Sapiens gromadzi się przy korycie. Jak nie ma karmy – homo Sapiens idzie szukać zasilania. Gdy zanika alimentacja – gasimy światło i idziemy szukać nowego koryta.

Do stworzenia organizacji przydałaby się nam też religia – jakaś forma kultu, sekciarstwa (może się nazywać prawo, zasady, tradycja), aby ujednolicić zasady abstrakcyjne, warunkujące role w organizacji i wymuszające oddawanie mocy swobodnej w sposób regulowany na wskazane cele. Przydatne dla takiego kultu, hołdownictwa jest zewnętrzne źródło siły (bóstwo, kuromaku) – nie musi się ono pojawiać, ale przydatne jest, jeśli jednak czasem się manifestuje (szef wszystkich szefów z bejsbolem). Taki totem samym spoglądaniem się z obrazu zza pleców wyższej szarży potrafi dokonać supresji niepokornych i ponaglić do szybszego oddawania mocy swobodnej, a nawet bazowej na cele statutowe.

Dalej potrzebny nam jest jakiś silnik ramowy, najczęściej już sugerujący powyższe rozwiązania – organizacja wodzowska, gang składkowy, liga zawodowa, korporacja w fazie wzrostu. Oraz silnik szczegółowy dookreślający stosunki poszczególnych stanowisk w hierarchii.

Ponieważ jest silnik i zasady, to trzeba by jakoś kontrolować czy są one przestrzegane (silnik zazwyczaj zawiera biurwę kontrolną albo innych spowiedników jako metodę penetracji). Jeśli nie są przestrzegane, to powinny występować szykany napominające, zazwyczaj kolektywne, uznawane za formę przyzwoitości wskazującą błądzącym drogę, następnie szykany niejawne pozaregulaminowe oraz szykany formalne (pouczające, karne i wychowawcze). W pewnych silnikach o dużym dopuszczeniu do zasobów (gdzie istnieje możliwość dokonania szkód przez nieprzestrzegającego zasad lub przestrzeganie zasad jest tam z definicji liche) czyli w księgowości, w grupie występnej, w logistyce, w elemencie siłowym, wśród przywódców konieczne jest istnienie enforcerów (w funkcji komisarycznej i karnej) zdolnych dokonać zastępstwa w pozbawionych lub wstrzymanych funkcjach (zdolność komisaryczna), a w pewnych przypadkach pozbawienie i wstrzymanie dotyczy zdrowia i życia (funkcja karna). Tutaj sugeruję wrócić do artykułu o stresorach.

Dezorganizacja

Wszak nie każda organizacja nam sprzyja. Ale każda ma zasilanie, dystrybucję zasobów, być może dystrybucję informacji korelującej, być może dystrybucję informacji motywującej (dynamizującej wydatek mocy swobodnej).

Organizację można przytłoczyć (supress) tak, aby stłumiona dynamika działań nie rokowało na przezwyciężenie trudności piętrzących się w drodze do celu na danej płaszczyźnie stosowanych rozwiązań (przykładem jest bezsens gospodarczego ścigania Niemiec przez Polskę, kiedy Niemcy mają wyższą dynamikę przedsiębiorczości dokonując supresji naszej przedsiębiorczości narzucając nam swoją biurwę i dezorganizując nam kultem prawa rozwój organiczny).

Organizację można zagłodzić poprzez kradzież lub niszczenie zasobów (przykładem jest kryzys finansowy, kiedy wszyscy wycofują płynność pozostawiając przedsiębiorstwa produkcyjne bez korelacji rozliczeniowej, wymuszając tym samym samodzielne podejmowanie ryzyka kredytem kupieckim lub zaprzestanie działalności).

Organizacji można zaburzyć dystrybucję zasobów dociążając ją innymi celami (system opieki socjalnej i zdrowotnej typu obamacare vs potrzeby armii i floty – dwóch największych przyjaciół każdego państwa), nawet jeśli są to cele abstrakcyjne (demokracja, równość, porządek, przyzwoitość).

Organizację można rozłączyć na pomniejsze organizacje zaburzając korelację i rozpraszając jej sumaryczną zdolność faktycznego korelowania działań całością rzeczywiście dostępnych zasobów. Przykładem są wielokrotnie pączkujące wobec charyzmatycznego przywódcy odłamy bractw muzułmańskich, skupiające wokół siebie różne fragmenty poprzednio odnoszących sukcesy organizacji po likwidacji korelatora – przywódcy wraz z wewnętrznym kręgiem.

Przeciążenie zadaniami – przed organizacją można spiętrzyć oczekiwania, szczególnie jeśli organizacja ma dynamikę formalną i ze względu na wewnętrzny system kontroli MUSI podjąć się zadań wyłącznie z powodu wewnętrznego, formalnego przymusu zajmowania się zadaniami w danej przestrzeni. Jeśli koszt dostarczania takich pozornych zadań jest niższy niż wydatek zasobów organizacji na ich realizację, to można tym organizację wydrenować z zasobów (o czym pisałem w tematach ataku informacyjnego na biurwę w innych tekstach), nawet jeśli drenaż nie przynosi innej korzyści niż błędne rozdysponowanie zasobów przez wrogą organizację. Zazwyczaj jest to eksploit pochodny już istniejącego zaburzenia dystrybucji (podjęcia się odrealnionych celów, niweczących budowanie i utrzymanie siły).

Wnioski

Bazą organizacji jest skolerowanie (podzielanie) pewnych przekonań co do tego jak być powinno, abyśmy odnieśli korzyści (win win). Brak korzyści wywoła zmianę tych przekonań. Wynika on z COI (konfliktu interesów). Brak wspólnych przekonań powoduje eksalację na styku, jeśli taki istnieje. Proszę sobie wyobrazić – co się stanie, jeśli jakiś charyzmatyczny bajkopisarz z mchu i paproci zaproponuje program partii politycznej, ale nie w ramach niekorzystnego dla tej organizacji prawa, ale poza ramami, odrzucając koncepcję Pacta sunt servanda, a nawet poszanowania cudzego zdania razem z integralnością cielesną adwersarzy, a na koniec przywróci tezę, jaka pojawiła się u schyłku pierwszej Rzeczypospolitej, iż skoro państwo nie służy interesom tak licznej partii, to trzeba sobie z państwowością dać spokój i niech kto inny się martwi tym bałaganem (oligarchowie liczą wszak na to, że jacyś naiwni patrioci będą bronić ich orlenowskiego monopolu Dukaczewskich, polmosu Palikota i Nazi Dojcze Banku oraz Michnikokomuny). Oczywiście przytomnie stwierdzacie, że z taką partią nikt nie będzie mógł się porozumieć, że to czysty nihilizm. Ale jeśli będzie dość liczna, to nie pozostanie nic innego jak się układać.

Przyjmijmy jednak, że taką bazę organizacji mamy daną, że istnieje pewien minimalny zasób korelacyjny, na jakim możemy oprzeć dyskusję z drugim człowiekiem, że jego neurony lustrzane jeszcze działają w ramach egzodynamizmu i nie służą jedynie efektywnej eksploatacji wszystkiego wokół. Że ktoś naiwnie wierzy, że świat może być lepszy, jeśli kolektywnie, wspólnie i takie tam bajki. Kogo byśmy wybrali do takiej organizacji? Ano kogoś, kto może dokładać wiele mocy swobodnej, czyli kogoś kto już ma zasoby (i można go wyzyskać porzucając z dzieckiem), albo kogoś kto umie je wytwarzać (i będzie nas zasilał). Względnie poddamy się władzy kogoś, kto umie korelować zasoby innych i tak podzielić między wszystkich, że zostanie jeszcze do podzielenia i nikt za bardzo się nie kłóci. Dlatego poddajemy się opresji państwa w pewnym zakresie – wytwarza ono pewne dobra publiczne, choć bardzo drogo, to jednak samodzielne dostarczanie sobie tych dóbr może przekraczać nasze indywidualne zdolności. No chyba że nie przekracza (tak nam się wydaje, albo nawet sprawdziliśmy ten fakt) i wtedy na co nam państwo? Na co nam organizacja? A może to inni patrzą na nas jako na wzór i chcą, abyśmi i im coś skorelowali? Pytają o zdanie? Liczą się z decyzją? Chcą nam dać część swoich nadwyżek za skorelowanie im większej ilości nadwyżek? Wodzu prowadź?

Tworząc organizację wybierzmy sobie takie smakołyki, jakie są w naszym zasięgu (gdyż wyobrażonych, jakich w zasięgu nie ma, nie sposób otrzymać). Źródło alimentacji – co takiego mamy, czego nam trzeba, co przetworzymy czego potrzeba nam jeszcze bardziej? Co takiego mamy czego innym trzeba i co wydzielimy im drogo i po kawałku? A do przetwarzania potrzeba ludzi, a ci ludzie muszą mieć kompetencje, skupmy więc wokół siebie tak kompetentnych ludzi, jacy tylko są osiągalni i postarajmy się skorelować z nimi swoje cele. Przydajmy organizacji więzi abstrakcyjnych równających zasady, światopogląd, dodajmy ceremoniał i kult (choćby kult pracy). Do eksploatowania poszukajmy dorosłych dzieci, egzodynamików, którzy chcą ulepszyć świat swoim kosztem, ujmując sobie wszystkiego co przeszkadzałoby im w ulepszaniu świata. Ci naiwni ludzie ulepszą świat dla przyszłych pokoleń, samodzielnie odmawiając sobie posiadania potomstwa, pracując do świtu do zmierzchu, a czasem i przy świecach.

I oczywista oczywistość – chcielibyśmy jakieś kompetencje zmonopolizować – na przykład mieć wszystkich w danej lokacji specjalistów od jakiejś kompetencji, dzięki czemu będziemy mogli narzucić ceny na deficytową kompetencję (zorganizować cech, gildię, korporację). Dla przykładu telekomy oligopolizują wchodząc w kontrolę nad wszystkimi zdolnymi wytworzyć sieci teleinformatyczne w średniej i dużej skali infrastrukturalnej, a ubezpieczalnie komunikacyjne we wszystkie firmy zdolne holować wraki, po czym dokonują rzezi certyfikacjami na kosmicznych wymogach (jedni i drudzy – telekomy i ubezpieczalnie). Tak zdemolowane organizacyjnie rynki często wracają (po ich wyeksploatowaniu) w rejon dobra publicznego, ponieważ tylko zbiorowym wysiłkiem (uspołecznieniem kosztów) można odbudować powszechnie potrzebne dobro, które wyeksploatowano. Tak samo jest z odbudową porządku społecznego po zdemolowaniu go przez komuszą bezpiekę i ORMO, tak samo trzeba będzie odbudować armię.

Zaopiekujmy się tymi, którzy dodadzą nam sił, gdy się im zorganizuje przestrzeń do działania. Opieka to niewolnictwo. Państwo mające zaopiekować się biednym kretynem, który za tanio pracuje (za tanio, aby się utrzymać), albo głupie kredyty bierze, albo podpisuje umowy, których nie rozumie, ma w rzeczywistości pozbawić go wolności – zniewolić – zabronić mu brania udziału w wymienionych czynnościach – aby kretyn szkód nie narobił. Na każdym transparencie żądającym opieki (państwa opiekuńczego) należy dopisać, że jest to państwo dla ciężkich kretynów, co sami sobie nie radzą z życiem.


(*)Z tą homeodyną to dłuższa historia będzie. Zaczęło się od koncepcji FSM/FSA z podziałem na transducery i tak dalej (doczytajcie sobie). Gdzieś tam pojawia się DFA/NFA (DFA to korelator i homeostat w cybernetyce), a z tym pojawiają się tabele stanów. W tej historii pojawia się nam William Ross Ashby z koncepcją homeostatu dokonującego homeostazy (adaptowania warunków wewnętrznych do środowiska), Turing podejmuje temat i powstaje koncepcja automatu do gry w szachy, który mógłby wytworzyć strategię głębsze niż twórca automatu. Celowo podaję obce nazwiska, ponieważ nie tylko Mazur na Rice University, ale też wielu ludzi na zachodzie wcześniej zajęło się problemem. I utknęli z braku komputerów. Aparat matematyczny, jaki wtedy mieli (lata siedemdziesiąte powiedzmy), pozwalał na tworzenie pewnych ograniczonych wyobrażeń (choć przyszli założyciele Pixar studio mieli już wtedy bystrzejsze pomysły). Te wyobrażenia doprowadziły do stworzenia modelu matematycznego, a za nim autopilota. To poważne osiągnięcie.

Jednakże homestat dokonujący operacji -*1 od razu okazał się o kant d. Piloci nie chcieli go używać – powodował narastające oscylacje przy zaburzonym środowisku. Dzieje się tak dlatego, że korelacja poprzez odwrócenie znaku nie daje asymptoty do zera. W żywym organizmie oznaczałaby, że trzeba regulować siłowo parametry bardzo dużą mocą. Żywe organizmy, jakkolwiek mają takie substancje wzbudzające do natychmiastowego podjęcia wysiłku i indukujące dalszą rozrzutność w zasobach, to nie mają (poza hibernującymi) żadnych substancji kontrujących (takich jakimi dysponują farmaceuci), które w czasie powolnego metabolizowania wzbudzaczy wyciszałyby organizm. Nie ma takiego zwierzęcie w naturze, które miałoby tak skonstruowany metabolizm.

Czyli w naturze nie ma korelacji ujemnej wcale, a -*1 w szczególności. Co nie znaczy, że koncepcja homeostatu nie jest słuszna, tylko nazwa się nie trafiła i z tej nazwy i przyczyn historycznych użyto takiego aparatu matematycznego, jaki był.

Dziś mamy lepsze.

Po pierwsze organizm żywy pali zasoby do podtrzymania życia. Nawet jak nic nie robi, to pali zasoby. Stan organizmu można więc przyjąć jako dodatni (żywy), niezerowy (niemartwy) i przytomnie możemy założyć, że sprawny, nieuszkodzony homeostat nie jest w stanie w żaden matematyczny sposób doprowadzić do zera czy wartości ujemnych. Środowisko owszem – homeostat nie.

Do tego zauważamy, że organizmy tak kombinują, żeby ich przybywało – skąś się nas siedem miliardów wzięło. Z korelacji -*1 się takie liczby nie biorą. A jak nie z takiej to z jakiej?

Ano stan żywego organizmu przyjmijmy sobie za 1. Możliwość gromadzenia zapasów w środowisku nie pozwoli nam na wytworzenie od razu *2 – czyli to nie będzie jakiś taki mnożnik. Dodawanie jest możliwe +1, jak się złapie jakąś samicę, no ale to nie zwiększa populacji, tylko tworzy nam grupę. Mamy ileś tam mocy swobodnej, niedużo – żremy dużo, spać trzeba, w gwiazdy się gapić i matematykę odkrywać. Człowiek pierwotny nie miał tabletu do grania i nie mógł się w internetach dowiedzieć czegokolwiek o zarządzaniu zasobami. Musiał więc sobie poradzić mimo swojej niewiedzy i rozrzutności. Jego homestoat nie mógł więc prowadzić do stazy – bo by człowieka zabił.

Homeostat musiał zapewniać jakąś dynamikę – taką aby nie zabić spaleniem zasobów, zapewniać zdolność projekcji (przewidywania), planować w kilku krokach naprzód (choćby liniowo, poprzez prostą styczną do krzywej jaką rysuje homeostat), ale też zapewniać w dłuższej perspektywie, że grupa około 30 osobników będzie miała siedem miliardów potomków i perymetr na orbicie.

To jest dynamika. A nie staza.

I jest aparat matematyczny, jaki do tego pasuje (zaraz go wygrzebię, gdzieś tu mam jakiś kompilator… jest). Jest to mnożnik potęgowy, który mniejszy od jeden (odrobinę mniejszy) zapewnia nam przestrzeń (wykres) wypukłą – wszystko nam spada, a odrobinę większy od jedności zapewnia nam przestrzeń siodłową – wszystko nam rośnie.

Niby taka wartość krzywizny jak 1.05 wydaje się niewiele odbiegać od stanu 1.00, ale w następujących krokach (wraz z odległością) zamienia się w pionową ścianę. W każdym razie koncepcja jest taka, że ten mnożnik potęgowy jest stanem homeostatu. Na przykład w zastanych warunkach zasoby są – raz, dwa, trzy – wielkie mnóstwo – homeostat nie umie przecież liczyć. Ustawia więc swój stan nieco powyżej 1 – na 1.05 i zaczyna wykonywać kolejne kroki, w odległości 100 operacji od stanu obecnego ta mała liczba da nam 1.05^100 (131), a w odległości 200 operacji coś z siedemnaście tysięcy z groszami. Taka drobna manipulacja parametrami, a tak duża zmiana rezultatu. Zresztą na takich parametrach działa nam dzietność, tylko podstawą homeostatu jest dwójka – co mniej to śmierć, nie natychmiastowa przecież – powolna – tak umierają starcy, na funkcji potęgowej odrobinie mniejszej od jedynki. Gasną.

Ponieważ ten aparat matematyczny zapewnia nam bardzo precyzyjne, przyszłościowe, sensownie istniejące w rzeczywistości wyniki dynamiczne, to uznałem, że trafioną nazwą dla organizmów żywych powinna być homeodyna. Bo przecież to co mamy na pokładzie, to chciwość zapewniająca nam dynamiczny rozwój, a nie stazę i wymarcie.

Dlatego homeodyna.

Uważam że nazwa homeostat i przyjęta korelacja -*1 wprowadza w błąd co do metod i celów, jakie osiąga to urządzenie, które mamy na pokładzie.