Plecak i drelich

To ciekawe zjawisko w naszych czasach – jeszcze w starych systemach kształcenia na podłogę do biur projektowych trafiają inżynierowie teoretycy, ale to co sobie wymyślą, to muszą sobie zrobić sami. I dostęp do zasobu pod tytułem technik to zaczyna być rarytas. Warsztat owszem jest. Kasa na narzędzia – jakie chcesz, ile chcesz. Ale mgr (magazynier) inżynier to co wymyśli (o ile ktoś mu da prowadzić projekt – ale jest spora szansa, że da), to musi sobie sam wdrożyć i zrobić demonstrator technologii, potem prototyp i to zaprezentować, “sprzedać”. Tak to działa w korpo. Tak to po prostu działa, bo inaczej nie działa. Outsourcing owszem jest, ale lead time w tygodniach to cud, norma jest w miesiącach, czasem są żarciki w latach.


Kubeł zimnej wody

W komuszych uczelniach opowiadano inżynierom bajki, iż nie muszą sobie brudzić rąk. Że tam niby czekają na nich zastępy techników i zawodowych. Po czym posłali wszystkich na studia (nawet pielęgniarki), zawodówki polikwidowali, a na technika zapomnieli wygospodarować funduszy. Do tego ludzie się jakoś nie urodzili, a ci, co im się w ogóle chciało urodzić, zostali zassani przez wiele nowych branż, od biotechnologii, przez IT, po rozwinięty transport. Niby zautomatyzowano produkcję tyle o ile – ale do automatów wzrosła liczba potrzebnych serwisantów, a tych brakuje (nie udaje się utrzymać w ruchu parku maszynowego). Niby maszyny miały coś za nas robić – ale nie robią. No i do utrzymania instalacji w ruchu liczba potrzebnych ludzi się nie zmieniła – narzędzia są tylko nieco lżejsze i sprzętu wsparcia więcej – ale roboczogodzin pozostaje tyle samo, bo większość pracy to dojść na miejsce, sprawdzić, zdemontować (maszyną), zamontować (przy wsparciu maszyny), wypisać kwitki, zawiesić plombę.

Jeśli macie co do tego wątpliwości, to polecam szkoły rosyjskie, fińskie, norweskie – tam nikt nie ma złudzeń, że inżynier spawalnik musi mieć hlo45 z jakiejś metody i dopiero wtedy rozmawiamy o IWI i IWE – bez tego nie wypuszczą ze szkoły – ze wstydu.

To była tylko bajka, że inżynier nic nie musi umieć – myślicie, że kto w kosmos lata? Technicy tam makitami (tak – makita jest używana na ISS) wszystko w locie przytrzymują? Z zawodówki kogoś wysłali? Zwróćcie uwagę, jak utytułowani naukowcy mają praktykę i trzymają narzędzia tam wysoko – w ciężkim kombinezonie, na granicy, do jakiej dociera homo sapiens.


W poważnym korpo nie tylko trzeba w praktyce coś umieć zrobić – trzeba jeszcze mieć koszerny kwit na dostęp do narzędzi. Oczywiście jest to problem i korpo się nie czepia – na terenach zamkniętych kombinatów (zbrojenia, nie będę wytykał palcem konkretnych fabryk, gdzie miałem przepustki) wydzielane są hale, gdzie na lipę jest teren innej firmy, tam jest inny bhp i inne iso – warunkiem jest przebywanie tam jedynie osób przytomnych i zero głupich wypadków wynikających z nonszalancji. Zwyczajne wypadki, jak rozjechanie przez widlaka, są dopuszczalne. I te bhp to nie są żarty, ja w przynajmniej połowie firm, gdzie musiałem dłubać przy konstrukcji budynku, doprowadziłem do jakiegoś pożaru – po to pracuje się parami, żeby od razu kolega z gaśnicą przegonił zarzewie.

Bo to kolejna kwestia przy omawianym temacie – czasem koniecznym jest praca parami ze względu na kwity ubezpieczeniowe (praca na wysokości, praca z otwartym ogniem, termika na stanowisku nieprzystosowanym), a w niektórych wypadkach (papiernie, tartaki) konieczny jest jeszcze przytomny strażak na trzeciego. Ale to zależy od lokalnych przepisów. Czasem jest nieprzytomnym narażaniem się na niebezpieczeństwo wykonując coś samodzielnie. Czasem trzeba pomyśleć samemu, jak sobie krzywdy nie zrobić.

Pięknie pan to wszystko wymyślił, panie inżynierze. No to proszę teraz sobie to zrobić – tam jest warsztat – tam są narzędzia. Zamówić materiał, pociąć, obrobić, połączyć, spawać, lutować, oczyścić, wytrawić, przetestować, zainstalować, uruchomić.

Kilka gratów jest dosyć uniwersalnych, będą występować wspólnie dla wielu zestawów stanowiska pracy. Niektóre to już pewien archaizm, ale na wszelki wypadek trzyma się to w warsztacie, bo sensownej alternatywy nie ma (bezsensowne owszem są).

Pozostaje te graty uruchomić, nie zrobić sobie nimi krzywdy, nic nie popsuć i wykonać pracę w oczekiwanej jakości.

Rozpatrzę te kwestie w zakresie potrzebnych urządzeń, polecanych urządzeń, kosztów, mobilności, uniwersalności, wymaganych kwalifikacji, ewentualnej kwitologii w granicach przytomności, wymaganego doświadczenia.

Must have

Lakierki – buciki do pracy trzeba mieć. Zależnie od wykonywanej pracy i tego jak często jesteś w ciepłym, powinny być jak najlżejsze (aż do absurdu, kiedy człowiek woli tańczyć między iskrami w sandałach, niż założyć cięższe buty na osiem godzin). Na wszelki słuczaj będą w zestawie gumofilce (czy jakie to tam welingtony są akurat modne w rejonie), ciepłe buty i jakieś sandały (warsztatowe, takie z metalowym nosem). Buciki w przyzwoitej jakości zaczynają się od 120 eur. Do tego wkładki (jeszcze z 50 eur) i taki zestaw wytrzymuje około dekady.

Oczywiście są miejsca, gdzie trzeba mieć buciki jednorazowe, ale to specyfika pewnych produkcji chemicznych (petrochemii etc).

Bez butów roboczych nawet księgowemu nie wolno włóczyć się po magazynie. Przynajmniej formalnie taki jest bhp tam, gdzie są widlaki.

Garnitur – najlepiej jakieś ogrodniczki, kombinezony, spodnie monterskie, kapota. Zależy co kto lubi. Im bardziej niepalne, tym lepiej, choć w niektórych branżach po taniości nie ma to znaczenia, ale jak chcesz iść do palnika i spawarki to ma, a i od szlifierki sweterek potrafi się zapalić.

Oczywiście do prac zimowych na zewnątrz jest inny zestaw, jak dla eskimosa, ale to specyfika.

Kapelusz – kask trzeba mieć na wyposażeniu, może się nie przyda, ale czasem bez kasku nie wpuszczają na obiekt.

Rękawice, zależnie od pracy są różne, czasem konieczne, w niektórych miejscach ze względu na durny bhp obowiązkowe, z czasem coraz mniej ich będziecie używać i coraz bardziej przyzwyczajać się do smaru za pazurami.

Miarka, notes, pisadło, marker, latarka. Taki zestaw kieszonkowy na każdą okazję.

Oczy macie. Nie straćcie ich – okulary ochronne w standardzie, chyba że i tak już ślepi jesteście i nosicie korekcyjne – wtedy zależnie od wykonywanej pracy zorganizujcie je tak, żeby oczu nie stracić.


Gdzie uczą?

W poważnych krajach jest zorganizowany system kształcenia zawodowego. Pomijając przyzakładowe szkoły (na stoczniach – choćby BAE ma takie, Kockums, Statoil) i tym samym miejsca na kursy doskonalenia zawodowego dla pracowników wybranych korpo. Poprzez wykupywanie takich usług przez korpo (i przez gminy, i państwo, i pośredniaki) w szkołach “prywatnych” zawodowych (i college’ach – technikach) po szkoły gminne “państwowe”. To zazwyczaj takie szkoły (powiedzmy college) oferują nie tylko kształcenie zawodowe i technikum, ale też wyższą szkołę zawodową (taka zawodówka z praktykami dla inżynierów), ponieważ obecnie poziom zaawansowania sprzętu nie kwalifikuje się do przeprowadzenia normalnego kształcenia na poziomie zawodowym czy technicznym.

W szkołach jest tylko istotne kryterium – czy tam się to robi praktycznie i czy mają na czym (nie na zabytkach, choć też warto je znać). Teoretyków nakształconych jest mnóstwo – ale im coraz mniej płacą, bo robić nie ma komu. A w głowie zawsze musicie mieć jeden cel – własna firma – musicie w niej umieć wszystko, bo za to, czego nie umiecie, będziecie słono płacić.


W opisywanych niżej przypadkach zakładamy najpierw, że prąd i inne zasilanie (skompresowane powietrze) jest na instalacji i nie musimy fazy wiaderkiem donosić. Ktoś nam zapewnia to do działania.

Wersję, gdzie zapewniamy sobie to sami pickupem (z siłownią 11-27KVA), opisałem w poprzednim tekście i za to zapewnianie kasujemy słono. Ponadto nie każdy ma zdolność podjęcia takiej pracy, więc jest to przewaga konkurencyjna.

Dalej, w przypadku specjalistów od maszyn bierzemy pod uwagę, że idziemy obsługiwać maszyny będące na miejscu w ramach instalacji, a my po prostu korzystamy z warsztatu, względnie idziemy się wynająć na produkcję czy warsztat, gdzie maszyna jest i tylko nas do szczęścia im brakuje, żeby ktoś tę maszynę uruchomił i produkował.


Rzeczywistość trochę szersza – systemy eksperckie

Może jeszcze nie rozszerzona – może na razie to tylko centrum telefoniczne z dostępem do schematów dla serwisantów, ale powoli pojawia się rozszerzenie rzeczywistości o biblioteki maszyn dostępne online w czasie wykonywania napraw i przeglądów.

To wszystko niżej, te wszystkie umiejętności nie będą konieczne do opanowania tak całkiem od podstaw, jak musiały to robić poprzednie pokolenia. Nie musicie za sobą mieć aż takiego przygotowania praktycznego i biblioteki w głowie – dlatego można od Was wymagać szerokiego spektrum umiejętności.

Nowoczesna obrabiarka ma bazę danych, która dobierze Wam parametry obróbki do narzędzi i materiału. Wspiera to teoretyka w uruchomieniu podstawowych procesów, a eksperta odciąża od żmudnego przepisywania z tabel. O ile bardzo przyspiesza i ułatwia pracę eksperta z dekadą doświadczenia, o tyle pozwala osobie obeznanej z maszynami w ogóle na wykonanie na niej prostych czynności w znośnej jakości (elementów) bez odbicia się od pulpitu.

Nowoczesna spawarka zapewnia ekspertowi z dekadą doświadczenia komputerową korektę błędów w locie, wykrywa też kiedy nastąpiły poważne błędy i ostrzega (wymaga cofnięcia pracy, zgłasza do centrali błąd w złączu), ale komuś bez praktyki motorycznej pozwala też na uzyskanie jakiegoś tam, dającego się przyjąć wyniku w zakresie niecertyfikowanym bez kopania się z koniem (tak jak #Mati przekonałby się, co to znaczy klejąca się elektroda otulona na chińskiej spawarce).

Nowoczesna prasa jest prostsza i bardziej zrozumiała w obsłudze niż pełna zaworów i przełączników zabytkowa maszyna, a nowoczesny, skomputeryzowany piec i sterownia instalacji nie wymaga rozumienia i analizy wykonywanych procesów – jest to kontekstowe.

Nowoczesne maszyny pomiarowe CMM pozwalają na uzyskanie jakiegoś tam rozsądnego pomiaru bez długiej praktyki w metrologii. A tym, co mają praktykę, przyspieszają pracę i ułatwiają wykonanie dokumentacji pomiarów.

No i raczej rzeczywistość rozszerzona się pojawi w ciągu dekady (przynajmniej w przemyśle), więc wiele rzeczy, których dziadki musiały się uczyć, Wam się po prostu wyświetli kontekstowo i coś tam podpowie na temat, z pominięciem mnemotechnicznej mordęgi.

Tylko że… do swojej pierwszej firmy raczej nie kupicie hajtekowych nowości. Więc będziecie musieli opanować pracę na starszych maszynach, nieco mniej lub wcale nie wspierających pracy.


Tych trzech właśnie gdzieś się wybiera coś naprawić, pewnie coś muszą umieć:

Monter

Zwierzę najczęściej występujące w parach, musi być silne, najlepiej młode. Zazwyczaj operuje z warsztatu, w którym ma różne klucze, wyciągarki, złom wszelki. Wraz ze wzrostem doświadczenia będzie wykonywał coraz szerszy zakres prac. W zasadzie każdy inny wymieniony dalej specjalista jest również monterem, ale niektórym nie wolno wykonywać obciążających prac ze względów motorycznych. A niektórym nie wypada.

Narzędziownia montera, pomijając standardowe wózki z kluczami, różni się zależnie od penetrowanych instalacji, ale zasadniczo znajdą się tam wszelkie narzędzia pozwalające podnieść w miarę ciężkie elementy (rury, mufy, złącza, wentyle), rozbroić i uruchomić maszyny, którym zaszkodziła eksploatacja czy wypadek. Będą tam łomy, łańcuchy, szekle, haki, duże żaby, duże klucze, duże młotki, zestaw uniwersalny “młotek i przecinak” (jest znany w każdym języku i ma to samo znaczenie). Często trzeba będzie przytargać na oporną śrubę palnik (kwalifikacja). Oczywiście monter robi wiele więcej, ale musi mieć kwalifikacje i narzędzia do tego i zazwyczaj nie idzie wtedy w gąszcz maszyn sam.

Do obowiązków montera należy też czarna robota – idź pomierz, pomyśl, zwieź narzędzia – przyjdą specjaliści, to porobią. Wynieś, przynieś, wystrasz koparkę, przykręć barierki i drabinki, zaznacz taśmą gdzie nie lza łazić.

Monter akurat nie mieści się w plecaku – wozi narzędzi dużo, zazwyczaj melexem albo samochodem. Na szczęście do tej pracy wszystkie narzędzia specyficzne dla instalacji znajdziecie w narzędziowni instalacji, więc nie musicie ich kupować, natomiast na same takie uniwersalne wydacie w granicach 1500eur, jak chcecie mieć nowe i błyszczące. Będą to głównie klucze nastawne (pełna rozmiarówka), komplet narzędzi warsztatowych “jedna szafa”, młotki (głównie monterskie i do mejsli), jakieś mejsle, łomy, duże żaby, oddzielnie warto sobie doliczyć wyciągarki i osprzęt do nich – ale to też raczej znajdziecie na instalacji. Ale warto mieć jakieś własne. To dojdzie jeszcze około tysiąc ojrów.

Zestaw montera nie ma sensownych zastosowań poza przemysłem. To specyficzny, duży kaliber narzędzi.

Do tej pracy trzeba mieć warunki fizyczne – jak jesteś duży i silny, to się nadasz bardziej niż mały i chudy.

I to jest stanowisko pracy. Niby pojedyncze, ale dobrze mieć towarzystwo, bo to ciężkie graty, a ręce człowiek ma tylko dwie. Pan Monter się jeszcze parę razy nam pojawi z różnymi narzędziami.

Monter absolutnie i koniecznie MUSI umieć mierzyć, rysować, brać poprawki na tolerancje wykonania w danych warunkach i przygotować obiekty do scalania tak, aby to wszystko dało się złożyć. Jeśli monter zły, to cała reszta roboty może być psu w d. Dlatego często się zdarza, że pary monterskie to stary wyjadacz i młody mięśniak co się uczy. I obaj muszą być obkuci z geometrii. To jest problem na podłodze w wielkich korpo fabrykach, że tym, co nie umieją mierzyć i nie znają geometrii, nie można powierzyć tej niejako najprostszej, choć i najtrudniejszej i najmniej widocznej pracy. To co konstruktor robi w cadzie, to monter musi umieć przełożyć na rzeczywistość, i to jeszcze musi później zagrać w dalszych pracach.

Zazwyczaj konstruktorzy robią rysunki (poprawki) PO pracach monterów – kiedy konfrontują projekt z rzeczywistością i dopasowują do niego dokumentację. Bo konsola do rury może być tam, gdzie może i gdzie musi, a nie tam, gdzie się w cadzie ładnie wydawało.

Monter od rurek

Ten zawód ma kilka nazw zależnych od krainy. Dlatego go wyszczególniam. Oczywiście gwintuje i skręca rury, uszczelnia, ale też robi kilka innych rzeczy wymagających kwalifikacji.

Zadaniem montera od rurek jest wycięcie braków w instalacji (więc dobrze, jakby wiedział jak instalacja działa, przeczytał rysunki i usunął z rurek ciśnienie), a następnie przygotowanie nowego zestawu rurek i zainstalowanie go w miejscu poprzedniego bądź przygotowanie do spawania.

A se 3r3 popisał, ale co to konkretnie oznacza. No jak to oznacza, że rurki się skręca, to trzeba je umieć pomierzyć, pociąć na wymiar, powyginać jak potrzeba, nagwintować, no i wkręcić w instalację. Trzeba mieć jakieś pojęcie o rozmiarach, gwintach, mufach i kolankach.

Do tego potrzebna jest jakaś gwintownica (googlujemy “gwintownica do rur elektryczna”) która może być przenośnym urządzeniem ręcznym lub przenośnym stolikiem. I to jest stanowisko pracy. Mniej lub bardziej mobilne.

Ale trzeba też rurki pociąć – no jak miedziane, to jest do nich nożyk, a niple są samouszczelniające i tu filozofii nie ma. Ale jak są stalowe, to przydaje się piła taśmowa. A to już jest zbędne 400 euro wydatków na taką mniejszą. Polecam milwaukee, a nie makitę (zdrajca ze mnie), bo po prostu ma skrzynię biegów i moc.

https://www.verktygsproffsen.se/produkt/Milwaukee-Bandsag-BS-125

Tylko czytajcie instrukcje ze zrozumieniem – tym można sobie palce uciąć tylko źle to trzymając. Ja sobie z tej piły zrobiłem stacjonarną do precyzyjnych rzeczy.

A jak już jest taka piła, to się do niej znajdzie i jakiś uchwyt do cięcia. Pierwszy wygooglowany z piłą to tak wyglądający (na chybił trafił, nie znam firmy, po prostu obrazek dobry). No i jakieś podawanie chłodziwa się przyda.

I to jest stanowisko pracy.

Czasem, od biedy można pociąć rury szlifierką kątową (polecam moce od 1100 w górę). Albo dużą szlifierką kątową (duża szlifierka na duże rurki – wszystko duże). Tylko tutaj mogą wystąpić pewne zadrażnienia jakościowe z tym, co je będą kleić.

No pocięło się, trzeba obronić do spawania – najlepiej to toczyć, ale rurki zazwyczaj nie są idealnie okrągłe, tokarki daleko, pozostaje zukosować je ładnie szlifierką z listkami (tarcza lamelkowa).

No i trzeba je heftnąć żeby Pan Spawacz przyszedł na gotowe, ale to wymaga sprzętu i kwalifikacji. A w przypadku farmacji i żywnościówki formalnie jeszcze kilku udziwnień.

Acha – i nie zawsze pozwolą Wam wyciąć szlifierką kątową to co tam chcecie. W działającej farmacji i żywnościówce nie ma opcji, żeby korund się walał po hali, a w przypadku mechaniki precyzyjnej też będą bykiem na to patrzeć. Wtedy trzeba albo tą piłą taśmową – jak się da (ma taki wysuwany podstawek pod rurę, to łatwo idzie), albo taką z motorkiem (wtedy brzydko jest wycięte i trzeba będzie obrobić rurkę):

https://www.verktygsproffsen.se/produkt/Milwaukee-Tigersag-SSPE1500X

I to też jest stanowisko pracy i jak widzicie nie tanie graty.

Zawód montera rurek najpowszechniej rozpropagowało Nintendo – w wersji “Pan Hydraulik zbiera złote monety”.

Monter od dziurek

Znaczy od otworów monter. Czasem gdzieś musi być otwór, aby choćby woda przeleciała, czasem trzeba w rurę wpuścić czujnik. Czasem trzeba rury przeprowadzić przez stalowe belki, czasem po prostu gdzieś w jakiej konstrukcji ma być otwór i akurat nie da się tego wszystkiego zataszczyć do warsztatu, aby to kulturalnie zrobić na słupowej lub radialnej wiertarce.

Wtedy przychodzi monter z wiertarką magnetyczną. Z funkcją gwintowania oczywiście. Te wiertarki to są różne (nawet Peugeot ma własną serię – każdy sobie wedle potrzeb to niezbędne narzędzie tworzył). Jedne na kable, inne na baterie. Zazwyczaj mają skrzynię biegów i łańcuch, aby po uruchomieniu magnesu przytrzymać je na rurze lub belce (szczególnie warto jak się wierci od spodu czy z boku i dobrze by było, żeby te kilka grubych kilogramów i dwa tysiące euro nie spadło komu na nogę).

I ta wiertarka sama w sobie jest stanowiskiem pracy. Czasem przydaje się w warsztacie, jak się projektu nie przemyślało i trzeba na konstrukcji coś wywiercić. Mnie kupili taką do wywiercenia czterech otworów, od pół roku leży i kurz zbiera.

Należy pamiętać, że nie tylko wiertła pełne można w tym montować, ale też core drill i wyrzynarki. A nawet kilka innych ciekawych narzędzi jak gwintowniki i wytaczaki, zależnie od wybranej konstrukcji i usztywnienia słupa (bo na samych łożyskach wiertarki to z wytaczakiem bym nie szalał – nie wytrzyma).

Czasem trzeba coś do konstrukcji przykręcić, jakąś M16 tam 12 m nad ziemią w 20 mm grubości teowniku, i tam trzeba wejść jak małpa, podłączyć wiertarkę, umocować i wywiercić. No to sobie pan inżynier tam zwyżką podjedzie i wyboruje otworek, bo konsolę pod wifi repeater trzeba zamontować. Bez tego w biurze nie będzie internetu 🙂

Monter nie spawacz

Taki monter co spawa, ale jeszcze nie jest spawaczem, albo nie ma za zadanie spawać. Zazwyczaj i tak to wszystko, co tu wymienię, to musi umieć jedna osoba i sama sobie zrobić, bo nikt inny nie zrobi, ale dzielę to na istniejące usługi, jakie się wymienia w kosztorysie – bo o pieniądze tu chodzi, za te zawody się kasuje.

Zadaniem takiego montera jest heftnięcie (wykonanie spoin szczepnych) po poustawianiu rurek czy jakichś detali do spawania. Czyli przygotowanie tego tak, żeby trzymało się kupy. Zazwyczaj wykonuje się to przy użyciu elektrod otulonych, ale jak jest sprzęt i można go podtoczyć, to i migomatem można. Za wyjątkiem farmacji i żywnościówki (chyba że fuchę robię i nikt nie patrzy – przechodzi, to widać tak ma być – dobrze jest).

Czyli już nam wychodzi jakaś spawarka i kabel, żeby starczyło do instalacji. A teraz nawet są modne spawarki na baterie – akurat do tego się nadają. Do rurek to akurat taki minarc, jak polecałem, na 150 amp, wystarczy, ale na poważniejsze konstrukcje, gdzie trzeba szczepić półcalowe blaszki, to trzeba nieco więcej mocy. Choć to zależy co jest i czym da się skleić – to ma się tylko trzymać do przyjścia Pana Spawacza. Później formalnie to i tak trzeba te spoiny szczepne wycinać Panu Spawaczowi w miarę szycia. Formalnie trzeba, a rzeczywistość zależy od przeznaczenia instalacji.

Jest spawarka – dochodzi przyłbica (speedglas), rękawice spawalnicze. Jak pracujemy na stanowisku nieprzygotowanym, to dochodzi sprzęt gaśniczy (i drugi monter, czasem strażak), wtedy też dochodzi kwit ze szkolenia do takich prac z ogniem. A to jest kwalifikacja. Robienie spoin szczepnych to też kwalifikacja. To już dwie kwalifikacje razem – za to się kasuje. A monterów dwóch – to już bardzo dużo kosztuje, a jak jeszcze strażak i cały ceremoniał to już w ogóle.

A ta robota może być na wysokości – to wtedy kwalifikacja na podnośnik – i to też kosztuje, i wynajęcie podnośnika kosztuje.

A to tylko o przygotowaniu do spawania mówimy – i już takie ceregiele.

Czasem ten “monter nie spawacz” musi część instalacji zatargać do warsztatu, tam złożyć, poszczepiać (nawet czasem się to tam spawa na miejscu) i dopiero taki w ludzkich warunkach wykonany element targać z powrotem, wyciągarkami pod sufitem wieszać i tam szczepiać z instalacją.

Wyobrażacie sobie, jaka jest faktyczna oszczędność, gdy te wszystkie czynności i kwalifikacje ma jedna osoba i przeprowadza wszystko od początku do końca – no powiedzmy we dwóch, z pewnej przyczyny motorycznej, do której wrócimy.

Farmacja i żywnościówka – tutaj jest pewien ból, zazwyczaj trzeba już spoiny szczepne wykonać tigiem (ból, bo się za to kasuje – jak za to kasujesz, to się cieszysz). Tutaj też do montażu wystarczy jakaś delikatna spawarka, tak jak wymieniony minarc 150 – dlatego że jest mała, lekka i można nią chwilę jechać 120-140 amperów. Tylko trzeba umieć wygasić łuk bez szczególnej straty osłony gazu – da się, ale trzeba mieć pewne ręce. Bo w farmacji i żywnościówce materiały z chromu i stopów. Ale tam to zawsze są udziwnienia.

Monter z palnikiem

Nie wszystkie rury się skręca czy spawa – niektóre się lutuje. Miedzią się lutuje, srebrem, aluminium. Zależy, czym kazali. Trzeba do tego umieć używać palnika i trzeba umieć lutować (rury, nie podzespoły elektroniczne – to inny sport). A to oznacza, że trzeba zabrać ze sobą butle z gazem, tlen i paliwo (zazwyczaj acetylen). No i jak wspominałem wcześniej – ceremoniał pracy z otwartym ogniem, kapłan strażak, gaśnice, przedmioty liturgiczne.

Trzeba się umieć tym posługiwać – to kwalifikacja. Sam sprzęt nie jest jakoś szczególnie drogi, po prostu nie używa się go do masówki, jak się nie ma wytwornic, bo gaz trzeba przywieźć, butle się wymienia, zużywa się szybko, kosztuje. Nie ma wysokiego progu wejścia, ale jest wysoki koszt użytkowania. Ale też działa dowolnie daleko od sieci energetycznej 🙂

Niby jakieś rękawice wypada mieć, jakieś niby okulary (taaa, akurat), buciki, żeby nie tańczyć jak kropelka spadnie.

Trzeba umieć poprawnie wykonać spoinę – i to jest umiejętność nie tylko kwalifikowana, ale i certyfikowana. I mogą tego biletu wymagać, żeby dopuścić do pracy, jak mówimy o jakichś instalacjach z niebezpiecznymi substancjami. Ale nie jest to jakoś wielce skomplikowane – na prostszych rurach kogoś obytego z ogniem można nauczyć w kilka godzin. Ale srebro kosztuje.

Monter z dużym palnikiem

Czasem trzeba przeciąć jakiś słup, rurę, okienko w rurze wyciąć, przejście w grodzi. No i szlifierką nie da się – za grube. Albo za dużo do cięcia. Wtedy można przytachać te wymienione wyżej butle i duży palnik do cięcia (im większy tym większa frajda i większe wiązki butli z gazem trzeba). I przeciąć złom tlenem.

Wersja nowoczesna, tylko że nie działająca out of the grid (chyba że masz pickupa z prądem), to palnik plazmowy (i ma on kilka wad, ale jest bardzo oszczędny – porażająco wręcz). Palnik plazmowy nie przetnie zwoju blach rozdzielonych przestrzeniami – łuk plazmowy nie pójdzie tam gdzie trzeba – samochodu się tym nie potnie. Co więcej wydanie 2 tys euro na hypertherm 45 pozwala przeciąć do 12-15 mm stali. Można oczywiście jakiegoś mocniejszego hypertherma – ale kto to na garba weźmie? No i jeszcze plazma potrzebuje zasilania w sprężone powietrze z kompresora.

Hypertherm 45 chodzi na 3 fazy, choć jest też nieco słabsza wersja jednofazowa. Choć jak macie na jednym kablu podłączyć jeszcze kompresor, żeby taki zestaw zabrać na zwyżkę (najlepiej zbudujcie sobie plazmę z kompresorem w jedno), to jednofazowy kabel ma mało sensu (w warsztacie ma sens, ale na instalacji to kopanie się z koniem). Oczywiście tu jeszcze obowiązuje przyłbica spawalnicza (nowoczesne speedglasy mają przesłonę 5din do tej pracy), porządne ciuchy niepalne, buciki ogniotrwałe.

Zarówno gazem jak i plazmą to jest kwalifikacja, nie najprostsza. Można sobie tym krzywdę zrobić, poparzyć się. Może coś ucinanego na człowieka spaść, albo spaść pod człowiekiem, jak na tej gałęzi, co ją ścinał, siedział.

No i cały ceremoniał związany ze strażakiem i liturgią gaśniczą jest tu na poważnie – no może nie na stoczni, ale jak się wycina w konstrukcji budynku bramę, żeby wjechał duży sprzęt, to zdarza się pożar na magazynie, jak polecą iskry albo rurami pójdzie gorąc.

To są poważne zabawki i praca z niebezpieczeństwem na serio. I za to się kasuje. I to jest stanowisko pracy. Albo butle i palnik, albo kompresor i przecinarka plazmowa. I nie mówimy tu o zabawkach do cięcia blaszek w kwiatki, tylko o poważnych narzędziach od hypertherm 45 wzwyż. To są takie siekiery do rąbania stali.

Monter blacharz przemysłowy

Nie wiem jak to jest po polsku – układacz blaszek? Tak jak z tym od rur – mam zbyt mały zasób polskiego słownictwa. To taka bardziej stacjonarna praca na ciężkich maszynach spoza naszego zakresu na plecak. Ale jak pójdziesz na instalację, to w warsztacie, gdzie te maszyny są, musisz sobie umieć poradzić. Za wyjątkiem przypadku “od wentylacji” jaki podam za chwilę – ten przypadek można wozić samochodem.

Blacharz przemysłowy kreśli i wycina formy z blach, w tym bardzo grubych (więc kwalifikacja montera z dużym palnikiem, tyle że w warunkach przystosowanych do takiej pracy więc bez strażaka), no i te grube trzeba ukosować, więc wypada coś tam wiedzieć o frezarce, a przynajmniej o stacjonarnych maszynach do ukosowania gazem czy plazmą i szlifierkach (ale spawaczom na egzaminy daje się frezowane, żeby mieli łatwiej).

Blacharz przemysłowy musi też umieć blachy wyginać, przycinać gilotyną, tworzyć z nich ciekawe formy, takie jak króćce do rur, mufy, konstruować wentylacje. Część tej pracy to drobnica (blachy do 3mm dla granicy przełamania 400N/mm²), do której wystarczą elektryczne nożyce, wiertarka, gilotyna i wyginarka na rozkładanym stoliku. Czyli jest wersja plecakowa tej pracy. Stolik oznacza, że masz graty na palecie, więc minimum do wożenia się potrzebujesz jakieś berlingo czy inne kangoo.

Absolutną kwalifikacją jest tu geometria i konstruowanie cyrklem + linijką. Jak ktoś nie za bardzo kojarzy, to sobie wygoogluje. W praktyce stosuje się też całkowanie trapezami do robienia króćców i robi się to też cyrklem i linijką.

Dalej to już dokładność, cierpliwość, nożyce, brzeszczot, pilnik.

A duży hardkor to blaszki okrętowe, tunele kopalń, pasowanie elementów wymienianych corocznie w rurociągach dla materiałów sypkich w odlewniach, hutach. Tam blaszki po 12mm w kilka miesięcy przecierane są do grubości papieru i pękają. Tylko to już są takie bardziej warsztatowe historie.


Ogólna uwaga o spawaniu

Wymienione kompetencje i ich opisy są po to, żebyście wiedzieli w czym się macie orientować. Spawanie materiałów specjalnych czy rur jest specjalistyczną kwalifikacją zawodową. Wymaga długotrwałej praktyki i pracy w tym jednym zawodzie, jest to dobrze płatne, ale na początek wystarczy, jak umiecie tymi urządzeniami COŚ zrobić i ich nie zdemolować. To że można nabyć kwalifikacje specjalistyczne, nie znaczy, że trzeba i nie znaczy, że trzeba wszystkie, bo Wam może życia nie starczyć, a w tym czasie zmieni się technologia i kwalifikacja stanie się archaizmem.


Spawacz z palnikiem

Gatunek wymierający albo nawet już uznany za wymarły. Właściwie niczego już nie trzeba spawać palnikiem gazowym, bo to powolne, drogie, nie wiem, czy jeszcze wielu ludzi to umie i robi. Czasem się tym robi dla jaj jakieś detale, ale w przemyśle to jest już passe – nieekonomiczne. I jakość też taka sobie.

Kwalifikacja, taniec ze strażakiem, większość spawaczy gazowych, jakich kojarzę, przeszło przymusowo i pod widelcem przekwalifikowanie na TIG. Jest z tym pewien problem motoryczny, ponieważ do spawania gazem “wachluje się” spoinę, tymczasem do TIGa ręka nie lata. Początek przekwalifikowania wymaga więc oduczenia starych, pasujących do dawnej technologii odruchów, które w nowej tylko psują osłonę gazem.

Ale gaz i palnik zawsze gdzieś w warsztacie jest. Nawet żeby coś podgrzać, żeby uwolnić śrubę, żeby coś na szybko uciąć, stopić, zlutować będziecie musieli wiedzieć, że najpierw odkręca się butlę z tlenem, potem z paliwem i zamyka najpierw paliwo a potem tlen. Że na króćcach do gazu są bezpieczniki zwrotne, takie, które zamkną się, jak płomień miałby wrócić do butli.  W tych butlach jest taka energia, że trafiając spawacza na budowie zabija na miejscu, a butla leci dalej kilometrami i nie wiadomo gdzie spadnie tulipanem (znam takie przypadki z firm, w których pracowałem, człowiek wygląda jak szmaciana lalka trafiona przez olbrzyma). Trzeba wiedzieć, jak reagować na zassanie ognia do węży, co zrobić z płonącym wężem, jak się układać z wężami, żeby ich nie podpalić, nie przeciąć. Że czystym tlenem można sobie uszkodzić wzrok i płuca. Że po acetylenie ma się kaca i należy unikać podtruwania się tym gazem (kac jest, a wesoło po tym wcale, więc pół litra lepsze). Trzeba wiedzieć, co się z tym robi. To po prostu bardzo dużo energii w jednym miejscu. A używa się tego nawet w jubilerstwie, więc jak usiądziecie do przetapiania złota, lutowania pierścionków, osadzania kamieni – to i tak musicie być z tym obeznani – po prostu jubiler zazwyczaj ma mniejsze butle, bo mało zużywa.

Kwalifikacje zapewniające bezpieczeństwo. Na tej robocie można pofrunąć z ogniem w d. Tutaj zabezpieczenie ppoż jest na poważnie.

Spawacz z tigiem

Wersja lekka – TIG do 200amp z możliwością działania na 100m kablu 240v16amp. Pan zasuwający z małą spawarką (krótki duty cycle dla max 120-150 amp, ewentualny puls, brak jonizatora) w celu wykonania połączeń na rurach (na małych rurach), na wózku zasuwa z małą butlą (starcza na 4h ciągłego spawania, ale w takiej pracy na tydzień). Teoretycznie ten Pan przychodzi na zamontontowaną i szczepioną przez Pana Montera Od Rurek robotę. Teoretycznie tę butlę ciąga za nim pomocnik ze szlifierką, który wycina spoiny szczepne, które teoretycznie się wycina w trakcie spawania. Teoretycznie też ciąga drugą butlę z gazem do wypełniania rury (naton) na czas spawania (w celu uzyskania jakościowej spoiny wewnątrz na rurach ze stali jakościowych, nierdzewnych, duplexów). Teoretycznie ten człowiek, ze względu na motorykę pozwalającą na jakościowe spawanie rur o małej średnicy (fi<60), w dowolnej pozycji przymusowej, nie powinien w ogóle brać do ręki szlifierki (u większości ludzi spada wtedy jakość motoryki manualnej do czasu wypoczęcia mięśni, jest to poważny problem u chirurgów i złodziei manipulujących zamkami). Teoretycznie.

Butla waży, szlifierka waży, kable ważą (gdzieś się trzeba podpiąć do prądu, a jak się spawa wysoko, to jeszcze wąż z gazem musi być długi, żeby butli po drabinie nie targać), spawarka lekka, hełm lekki, ciuchy, buciki, kapota, kask i się nazbierało. Albo się to zabiera w duży plecak (jak kto ma kondycję tak łazić), albo na wózku taszczy zasobnik (kontener – pudło), albo ma się do tego murzyna – tego ze szlifierką.

Tak wysoki poziom umiejętności jest do uzyskania zaraz po szkole – jak się ma wystarczającą motorykę. Względnie przychodzi to z doświadczeniem. Kompletne wyposażenie bez fajerwerków w granicach 1k-1,5kEUR (speedglasa z szerokim widokiem darmo nie dają). Niby wypada jakiś środek gaśniczy ze sobą nosić, ale tu się raczej nic nie zapali.

Wersja trochę cięższa. To już spawarki na kółkach, najczęściej w postaci taczanek z zamontowaną małą butlą i uchwytami na węże. Bardzo długie węże do spawania na wysokości. To kupa sprzętu do taszczenia. Niby jeden człowiek da radę, ale w towarzystwie raźniej przy za i rozładunku. Ten towar zajmuje obecnie ćwierć palety (najmniej), ale liczcie to bardziej tak, że dla wygody wozi się to jakimś kangoo, gdzie wchodzi paleta. No i tutaj na wszelki słuszaj potrzebna jest wyciągarka z łańcuchem, żeby sobie tę spawarkę czasem gdzieś wciągnąć, jak węża nie starcza (tak – ja wiem, że nie wolno spawać z podwieszonego sprzętu, ja wiem, teoretycznie nie wolno). Ponieważ węże długie, to zapewne dojdzie zdalny sterownik do spawarki (kolejne pareset ojro). Takie urządzenie służy do spawania przy dużym obciążeniu (duty cycle) i robieniu styków na dużych rurach (fi>60) czyli w miarę łatwych. Tak samo druga butla z gazem obowiązuje do specjalnych materiałów.

Co do kwalifikacji to zazwyczaj tylko pierwszy pass jest na TIGu, a reszta już z elektrody. Elektrody otulone obsługuje ten sam inwerter co TIGa z przełączeniem na wyższe napięcie (inna krzywa napięcia do natężenia), ale trzeba umieć (na przykład wyspawać certyfikat na metodę mieszaną TIG+MMA na rurki, a to nie są proste sprawy). A skoro MMA to koc gaśniczy i inne środki (koc do owijania roboty żeby iskry nie leciały gdzie nie powinny). Pożary w pakiecie (dlatego praca zazwyczaj w parach, albo w jakiej grupie). To poważna, wymagająca kondycji w rękach praca na akord.

W tym wypadku dyskutujemy o 4k+EUR na początek i raczej się w tej kwocie nie zamkniemy. A zazwyczaj więcej, ponieważ do spawarki dodamy chłodzenie, a to kolejne kilogramy węży. No i te maszyny to już raczej na 3 fazy i kabelek ze sobą poważniejszy taszczymy. I się narobiło kilogramów – dlatego tym najmniejszym blaszakiem trzeba się turlać. A że rury duże i ciężkie, a pewnie za montera od rurek też trzeba będzie sobie samemu robić, to i wyciągarki, jakiś materiał technologiczny, jakaś drabina i kawałek rusztowania.

Wersja specjalna – aluminium. Zastanawiałem się, czy tego po prostu nie wywalić do oddzielnego tekstu albo w ogóle. W pewnych wypadkach stosuje się materiały specjalne, w tym różne wersje aluminium (w tym aluminium z tytanem). Robi się z tego konstrukcje i instalacje, zbiorniki, jednostki pływające, latające, jeżdżące. Po pierwsze to trudny, zupełnie odmienny od innych w zachowaniu materiał, a po drugie toksyczny. Wywołuje aluminiozę (pylicę aluminiową) w wyniku wdychania drobnoziarnistego pyłu aluminiowego i gazu powstającego przy topieniu aluminium. Choroba zabijająca w bardzo długim czasie. Nie ma emerytowanych spawaczy aluminium z 40 letnim doświadczeniem – na razie poprzednie pokolenia nie miały takich środków ochronnych, żeby dożyć późnego wieku.

Zazwyczaj instalacji aluminiowych nie wykonuje się “na kolanie”, tylko przywozi na miejsce gotowe do montażu. Wynika to z konieczności transportowania na miejsce poważnego zestawu sprzętu o wysokiej mocy (aluminium nie spawa się na małym prądzie), a do tego sprzętu ochronnego i jego zasilania.

Elektrody złote (dawniej używano zielonych i inaczej prowadzono łuk). Zmienny prąd spawania, puls, balans AC, specyficzne zachowanie materiału, duża wrażliwość na parametry, błyskawiczna pasywacja tlenkiem (który trzeba zetrzeć zaraz przed spawaniem). Ogólnie upierdliwy materiał, a dla początkujących w ogóle nie do ruszenia jakościowo (z powodu niewyćwiczonej motoryki). Nowoczesne spawarki BARDZO ułatwiły produkcję z tego materiału, ale dawniej spawanie tego w jakiejkolwiek przyzwoitej jakości to był dramat – kto to umiał – kasował. Zresztą dalej jest to na tyle specjalistyczne zajęcie, że żeby znaleźć kogoś kto umie i ma czym to kleić, to trzeba być w branży.

Wraz z innymi materiałami specjalnymi i toksycznymi, aluminium jest oddzielone od reszty produkcji spiętrzoną ścianą kosztów. Więc produkcję wysyła się do krajów, gdzie nikt nie zwraca uwagi na zdrowie, a pracownicy niech sobie zdychają (Polska, Bangladesz), albo jest pieruńsko droga.

W przypadku aluminium dla TIG zaczynamy dyskusje o spawarkach za 3kEUR bez osprzętu i są to raczej przenośne zabawki, nic co nadaje się do poważnej produkcji, a raczej do przenośnego hobby i dokładamy jeszcze 2-3kEUR w samym sprzęcie ochrony zdrowia, który jeszcze trzeba do czegoś podłączyć, więc dochodzi nam kompresor.

Oczywiście ten sprzęt ochronny do własnych, warsztatowych działań można sobie złożyć o wiele taniej z zupełnie innych części (pompka elektryczna do materaca etc), ale nie można z takimi wynalazkami jechać na robotę i udawać kowboja.

Jeśli zamierzamy produkować w warsztacie, to dyskutujemy o spawarkach dużo droższych (>7kEUR), albo w ogóle nie dyskutujemy o TIGu (kadłuba TIGiem nikt przytomny nie spawa, bo na gaz nie zarobi). Do tego dochodzi poważna wentylacja, no i szlifować to też trzeba, obrabiać, kroić – dodatkowe sztuki sprzętu do ochrony zdrowia na tych stanowiskach pracy, a to też liczymy w tysiącach euro.

Wersja produkcyjna/warsztatowa. Puls i jakość prądu.

Maszyny do produkcji, jakie możecie sobie postawić w warsztacie, są duże, ciężkie, drogie i nie chodzą na jednej fazie (zasadniczo). Mają zupełnie inne charakterystyki prądu niż przenośne zabawki i zazwyczaj są na tyle duże i ciężkie, że się ich nie wozi (choć jak najbardziej kółka mają, ale własne).

Jaja jak berety – poprawiacz po migach. Po prostu nie wierzyłem, jak zobaczyłem to stanowisko pracy w maszynce do mięsa (korpo o dużej rotacji na stanowiskach produkcyjnych). Tak ścięli stawki, że dostawali jako “spawaczy” ludzi po dwutygodniowym przeszkoleniu MIG/MAG, więc ktoś, kto umiał robił root pass, a wypełniali tacy, co to właśnie ich od sprzedaży i palet oderwano. A że wyglądało to tragicznie, to lico poprawiał po nich “spawacz” od TIG, topiąc po prostu lico na płasko. To w ogóle cyrk i jakościowa porażka, ale takie zjawisko się pojawiło.

Małe, chińskie rękawiczki – zdolności motoryczne zależne od wieku. Bardzo mnie to zaciekawiło, ponieważ większość firm, z którymi bliżej lub dalej współpracuję, jest jedną nogą w Chinach (a drugą w USA). Otóż mają tam bardzo tanie rękawice bardzo wysokiej jakości w rozmiarach dziecięcych, tak na poziomie ośmiolatków wzwyż. Są tanie, bo są produkowane masowo i dotowane, znajomy przywiózł je jako ciekawostkę (kilka kontenerów – rozeszły się po Europie, ale się nie sprzedawały z półek). Oczywiście nie tylko rękawice do spawania z poważnej skóry, ale też syntetyczne rękawice z bardzo dobrą ochroną (wzmocnienie paliczków) dla monterów i serwisantów. Ośmioletnich i starszych. Na pewno mają to dla szkół, bo kształcą w tych specjalnościach masowo, ale to, że dzieci nie powinny pracować, to właściwie jakiś lokalny, europejski zabobon.

Chciałbym mieć rękawice w tej jakości do pracy. Nie mam – jestem zbyt skąpy, rękawice w takiej jakości dla dorosłych są tak drogie, że jak mi ich nie da za darmo zaprzyjaźnione korpo, to sam ich sobie nie kupię. Zresztą poza pracami szkodliwymi (zranienia, oparzenia) nie uważam rękawic – to dobre dla pedałów.

Dlaczego ja się tak rozpisałem o metodzie TIG – wcale jej nie uważam za dobrą. Historycznie to, że dzisiaj jest to popularna metoda spawania, wynika z wielu czynników. Historycznie zmieniały się zastosowania i metody szkolenia dla tej metody – to, co wolno robić dzisiaj (walking the cup) nie było w ogóle dopuszczane dawniej, w szkołach bili za to po łapach, a jedyną dopuszczalną techniką był straight na freehand. Przy okazji stosowano to do spawania półautomatycznego i zautomatyzowanego palnikami wleczonymi.

Okazało się jednak, że ludzie specjalizujący się w spawaniu to nie jest kwiat narodu (a Pan Spawacz będący specjalistą o wykształconej motoryce zazwyczaj nie umiał nic innego i do dzisiaj niewiele się zmieniło w produkcji, bo jakby umiał, to by uciekł na swoje), nie są to ludzie zbyt bystrzy, a co za tym idzie – nie mają dużej presji na walutę. I tak to sobie działało, rzecz w tym, że ludziom mało bystrym można dać tylko proste w obsłudze narzędzia. W TIG nie ma oprócz zaworu gazu ani jednej części ruchomej – tam nie ma czego popsuć, jak się tego brutalnie nie potraktuje młotkiem. Elektroda jest mniej więcej taka sama (wolfram z domieszkami lub bez) do wszystkiego, więc jak się pomyli, to tragedii nie ma (są pokolorowane żeby każdy kretyn odróżnił bez konieczności czytania), a materiał dodatkowy podaje się z ręki, więc łatwo go zmieniać w zależności od tego, jaki materiał się spawa (do tego na materiale jest bita norma na każdej sztuce, więc jak się porówna cyferki z rysunkiem albo WPS i jest to samo, to znaczy że to dobry drut).

Prosta, prymitywna, powolna metoda ładująca dużo ciepła w złącze, pozwalająca wielokrotnie poprawiać lico, aż do uzyskania cieszącego oko rezultatu. Oznacza to, że kwalifikacje wejściowe na TIG są niskie, a motorykę można wykształcić. Easy to start – hard to master.

Przestawienie w TIG materiału spawania zajmuje kilka sekund – zmienia się materiał i ewentualnie elektrodę. A ustawienia na dzisiejszych spawarkach do produkcji wybiera się z listy.

Monter z elektrodą

Elektrody otulone generalnie wymagają kwalifikacji – są dość upierdliwe. Nawet kwalifikacja monterska, gdzie nie wykonuje się spoin jakościowych, nie jest manualnie prosta i wymaga wykształcenia właściwej motoryki. To dość czułe narzędzie pracy, wymagające pewnej praktyki, żeby je w ogóle uruchomić. Samo urzędzenie ma tę zaletę, że to po prostu jakaś wariacja na temat transformatora (lub inwerter), nie ma elementów ruchomych, nie ma tam co popsuć, do materiału dobiera się elektrodę, do elektrody prąd (napisali na pudełku widełki), kable trzeba w odpowiednio oznaczone otwory podłączyć (na pudełku z elektrodami napisali czy ma być plus, czy minus, czy zmienny, a niektóre pozwalają robić sztuczki na cienkich blachach na odwróconej polaryzacji) i nic tam zepsuć się nie da.

Elektroda na benzynę. Istnieją małe spawarki (takie, że można je rękoma podnieść i zabrać) z generatorem od razu na napięcie i prąd spawania regulowane obrotami. Bardzo przydatne na prace budowlane czy jakiś inny out of the grid. Można nimi w razie potrzeby kłaść spoiny jakościowe, ale mają za niskie parametry (za lichy prąd), żeby się z tym zamachiwać na rurociąg czy materiały specjalne (nierdzewne).

Jest pewne zastosowanie właściwie wyłączne dla tych urządzeń – klejenie prętów zbrojeniowych. Właściwie nie ma dla tego zastosowania sensownej alternatywy. A skoro już te pręty kleimy, to i dzielić czymś je trzeba i niestety zamach na pręt zbrojeniowy szlifierką jest nieekonomiczny, palnikiem dość upierdliwy (zamiast acetylenu używa się innych paliw do niejakościowego dzielenia prętów), plazmą to rozrzutność, to jest pewien specjalistyczne zwierz do tego, Papuga:

https://www.verktygsproffsen.se/produkt/Bendof-Armeringsklipp-Papegoja-DC-20MX

Papuga przegryza pręty do fi 20mm (oficjalnie do 20mm, a nieoficjalnie to zależy od granicy przełamania dla danego gatunku stali). Dość specjalistyczne, ale jak jeszcze zabierzecie wyginarkę (tylko nie ręczną – hydrauliczną), to możecie zrobić komplet zbrojeń samodzielnie albo we dwóch. Tylko jak widzicie nie rozmawiamy o tanich zabawkach. To są poważne, specjalistyczne narzędzia.

Taki zestaw to stanowisko pracy, a nawet dwa.

Duża elektroda (przyczepa) na diesla. To generator prądu, zazwyczaj z wyjściami na 110Volt (tak, tak, są takie miejsca, gdzie ze względów BHP używa się narzędzi na 110Volt, oczywiście przytomni ludzie nie traktują tego poważnie i używają normalnych, poza miejscami, gdzie pracują skończeni kretyni i trzeba im przydzielać przedszkolankę, nie spotkałem się z poważnym traktowaniem tego wymogu, choć oczywiście jak chcecie zgodnie z kwitologią robić niektóre zlecenia i przechodzić audyty, to musicie mieć drugi komplet narzędzi na 110V, choćby po to, żeby je wyjąć w czasie kontroli i palić głupa, że to naprawdę). Ale też z normalnymi na 220V. Zazwyczaj zbyt słabe generatory (jednofazowe) na jakieś poważniejsze wyjścia (choć i takie też są) i do tego o dość celowej konstrukcji, asynchroniczne. Pozwalają uzyskać bardzo jakościowe, wysokie i stabilne prądy spawania, do zabierania się za poważne prace konstrukcyjne elektrodą otuloną – klejenie mostów, rurociągów.

Zazwyczaj występują w formie małej przyczepy do samochodu, albo są zabudowywane na pickupach.

Napawacz dentysta

Tutaj właśnie potrzebna nam spawarka olbrzymiej mocy z dostępem out of the grid. Czyli ta przyczepa na diesla. Tutaj występują elektrody poważnego kalibru (6mm na przykład), a do tego te materiały (węgliki na przykład) wymagają przetapiania tego w materiał na olbrzymim prądzie (taka technologia), więc tutaj załączycie po 400 amperów. A to oznacza poważne ciuchy, poważne rękawice, (bardzo) poważne buty. Drogo jest, brudno, błoto wszędzie.

Wersja warsztatowa tego to migomat, ale taki poważny, co na trzy fazy ciągnie, ponieważ druty do napawnia, takich dla przykładów węglików (carbide), pracują w prądzie, w którym nakładanie jest natryskowe, a pistolet po prostu rzyga płynnym metalem. Kompaktowym urządzeniem też się oczywiście da, ale zapomnijcie o pracy ciągłej, a to nakłada się na kilogramy na akord, najlepiej w trybie zautomatyzowanym.

Spawacz z elektrodą

Właściwie tylko rurociąg w dzisiejszych czasach absolutnie wymaga, żeby takimi, a ogranicza dostępem do innych środków, żeby inaczej. To zastępnik dinozaurów z gazem na dużych odległościach od sieci. Istnieją spawarki na benzynę, ale uciągną tylko elektrodę (tiga stabilnie nie uciągną, a tam jeszcze gaz trzeba taszczyć).

Czasem pewne materiały specjalne się tym łata w ten sposób, ponieważ elektrody są w szerokim spektrum materiałowym, które można wykorzystać poza specjalistycznym warsztatem i zakładaniem nastokilogramowej szpuli specjalnego drutu na chwilę pracy migomatem.

To wymagająca treningu i stałego kontaktu z zawodem, umiejętności. Konieczna jest stała praktyka, jeśli mówimy o wykonywaniu jakościowych styków na rurach w pozycjach przymusowych.

Tutaj, jak i w TIGu na rurach, przydają się gadżety, takie jak skórzane maski i gogle (żeby wcisnąć głowę między rury czy w ciasne miejsce – w normalnej przyłbicy to niemożliwe), w tym gadżeciarstwo typu Servore.

Przed wprowadzeniem TIGa do powszechnej pracy na rurach to elektroda była metodą uniwersalną do pracy na każdym, nieważne jak specjalistycznym materiale. Dziś służy raczej wypełnianiu spoin i budowie lica po wykonaniu root pass TIGiem. Ale w garażu to podstawowa i wystarczająca metoda, do tego każda spawarka TIG na pewno spawa elektrodą, a większość inwerterów MMA ma opcję podłączenia pistoletu z gazem pod TIG na scratch start.

Spawacz z migiem

Pomijając czułość elektrody i wymagające przymusy na rurach w TIG, to wejściowo najbardziej wymagająca metoda, aby uzyskać w niej jakość spoin. Po prostu dlatego, że wszystko dzieje się na raz i dzieje się szybko, a narzędzie nie należy do najlżejszych.

Jednakże jest to też najprostsza metoda, żeby cokolwiek skleić, coby się trzymało. Ma też tę zaletę, że wprowadza ze wszystkich metod warsztatowych (chyba że stać Was na spawarkę plazmową) najmniej ciepła w złącze, czyli najmniej rzuca materiałem, ma najmniejszą SWC i w ogóle ma zalety przy prawidłowym wykonaniu. Tylko to prawidłowe wykonanie nie jest takie proste.

Pierwsze co – jak pójdziecie na instalację do cudzego DURu, to jest wysoce prawdopodobne, że będą tam mieli migomaty, których nie potrafią włączyć i nie wiedzą, co im się stało, bo “źle spawają” – czyli coś w tych maszynach musi być wymagającego odnośnie utrzymania ich w ruchu i owszem – jest.

Migomat ma od groma części ruchomych, a to znaczy że ma też przewody, wąskie gardła, tarcie i kurz. Brud wrogiem maszyny. Zła eksploatacja wrogiem maszyny. Jeszcze w przypadku spawania pełnym drutem jak Cię mogę części są przystosowane do siłowego rozwiązania problemu, ale przy jakimkolwiek materiale specjalnym nie można miażdżyć drutu rolkami, a przewód musi być teflonowy (a przez to łatwy do uszkodzenia) zamiast stalowej sprężyny. I zazwyczaj uruchomienie do jakiejkolwiek dłuższej pracy maszyny na czymkolwiek innym niż drut pełny stalowy przekracza możliwości przeciętnej obsługi tych maszyn. No bo kwiat narodu do tej pracy nie trafia.

Migomat zazwyczaj jest ciężki, ze względu na przerób pracy wymaga chłodzenia płynem, a to dodatkowy grat (zazwyczaj mniej lub bardziej zintegrowany z samą maszyną), co czyni całość jeszcze cięższym, do tego dochodzi butla, a poza stalą czarną nie da się oszczędzać gazu jadąc 8-10l/min, tylko trzeba uczciwie zadać 23+ litra do osłony nierdzewki czy aluminium. O ile umie się przygotować maszynę tak, aby w ogóle nierdzewkę czy aluminium spawać taki urządzeniem, no i jeszcze trzeba umieć.

Jeśli nie umiesz sobie poradzić z utrzymaniem tych maszyn w ruchu, to kupując je do siebie na produkcję kupujesz sobie kłopot. Dlatego właśnie wskazywałem cechy TIGa – jest idiotoodporny. Ja wiem – niby pracownicy powinni wiedzieć, jak sobie z maszyną poradzić, ale po pierwsze na żadnych kursach spawaczy tego nie uczą (bo uczą tylko spawania drutem pełnym albo proszkowym stali, a tam można na siłę to rozwiązać), po drugie zawodówek, gdzie uczą więcej, właściwie już nie ma (a do tego nauka czegokolwiek ponad stal czarną jest pieruński droga dla migomatu, również ze względu na potrzebny sprzęt ochronny, więc się tego unika, żeby ciąć koszty), a po trzecie techników spawalniczych, gdzie uczą rozwiązywania takich problemów właściwie nie ma (choć ze względów branżowych wiem, że się takie uchowały i są ludzie co je kończą i coś umieją), no i nie bardzo ktokolwiek poza maszynkami do mięsa zatrudnia ludzi do rozwiązywania problemów z takimi maszynami.

A już żeby sobie samemu filtry na kurz na drucie zamocować w maszynach, co ich w standardzie nie mają, to nikt Wam nie podpowie. Już na pewno nie ci, co sprzedają przewody teflonowe do prowadzenia drutu.

Zasilanie migomatu jakkolwiek występuje jednofazowe (dalej wrócę do zastosowań takich maszyn z pominięciem kompletnego hobby), to do niczego poza jednym zastosowaniem i hobby się nie nadaje. Omówię to raczej w kategorii gadżetu i wygodnictwa.

Maszyny kompaktowe (scalone) pracują na dwóch fazach i ewentualnie trzecią dobierają dla chłodzenia płynem. To bazowy typ maszyn, jakie dziś są używane w warsztatach, są takie w sam raz – nadają się do lekkiej produkcji, a nawet do wykonywania średniej (ale wtedy odczujecie już duty cycle) i od biedy można nimi spawać most na raty. To jest jeszcze grat taki, jaki od biedy można zabrać do pickupa, no ale butla dochodzi, ciężkie to i nieporęczne. Te scalone maszyny stawia się na wózkach, wózki mają kółka, kółka wymagają równej nawierzchni i jest po kłopocie – maszyna ma ograniczoną mobilność.

Starsze maszyny w rozmiarze kompaktowym chodzą na trzy fazy i mają zazwyczaj stałe ustawienia transformatorów (do wyboru na przykład 4×4) plus swobodny posuw drutu.

Jest pewna zasadnicza różnica wynikająca z historycznych zastosowań migomatów. Różnica w ustawieniach pomiędzy maszynami dawnymi, a dzisiejszymi.

Dzisiejsze migomaty są wyposażone w inwertery (a stare w transformatory), co pozwala na ustawianie im właściwie dowolnie parametrów (nawet głupich) o znacznie większym zakresie niż dawniej. Ale dla spokoju i przewidując błyskotliwość operatorów zasadniczo można na komputerze wybrać materiał i detale, jak ktoś rozumie co jest na panelu (grubość, dynamikę krzywej, hot start, wygaszanie, pre gas, post gas) i to jakoś tam sobie działa. Zazwyczaj bardzo dobrze działa, albo pracować w trybie dowolnego ustawiania parametrów (mało kto to robi) albo w trybie synergicznym (większość ludzi w tym pracuje i nie narzeka). W trybie synergicznym maszyna dobiera parametry względem tych, jakie wybieramy tak, żeby to pasowało do standardu. Jest tylko jeden kruczek – maszyny mają krzywe prądu dla pełnego krycia gazem (23+ l/min), a nie dla oszczędnościowego trybu, jaki stosują ludzie przytomni i do pracy nawykli. I dlatego pierwszy kontakt z taką maszyną dziadki odbierają jako “coś tu jest z tymi ustawieniami nie tak”. Oczywiście można sobie porobić własne ustawienia programatora jak ktoś umie i jest spokój. I trzeba to koniecznie zrobić, ponieważ ustawienia wzorcowe nie są przewidziane dla ludzkiej ręki – te maszyny to wersje zredukowane maszyn przewidzianych do spawania zrobotyzowanego.

Tymczasem starsze maszyny miały ustawienia transformatorów dla prac blacharskich i ze względu na prostotę tych ustawień jak i uzyskiwaną jakość w przypadku produkcji niejakościowej (jakieś mebelki, blacharka) biją na głowę nowoczesne urządzenia, ponieważ są akurat na poziomie potrzebnym użytkownikowi. A uzyskanie takich samych ustawień na skomputeryzowanej spawarce wymaga dość szerokiego pojęcia o samym przebiegu procesu. Ale da się – tylko że to też kwalifikacja i na dodatek nie bardzo tego uczą, bo nie ma kogo i po co.

No i w nowoczesnych kompaktach mamy puls, podwójny puls, cuda wianki i zgrzewanie. Pan płaci – Pan ma. Na tym poziomie można już za 4kEUR dostać bardzo dobrą maszynę do jakościowego spawania aluminium.

Nieco dalej mamy starsze maszyny trójfazowe oraz nowoczesne wersje tych starych maszyn bez przerostu elektroniki nad treścią. W starszych są pierwsze kombinacje z analogowym pulsem, w nowych nie dodano żadnych rozpraszających głupot (Oerlikon na przykład). To maszyny do masowego przerobu drutu na kilogramy spoin. Produkcja średnia i ciężka, tym można wypełniać lica spoin na calowych blaszkach. Tutaj zaczynają się chłodzone dysze i inny sprzęt wymagający motoryki zawodowca, który go nie popsuje, dlatego te maszyny będą Was interesować o tyle, że w ogóle istnieją i coś się nimi robi, ale z wielu względów (głównie praktyki zawodowej) jeśli macie mieć szerokie kompetencje, to spawanie sufitów czymś takim, z czego płynne żelazo kapie na łeb przekracza zakres kompetencji ogólnych – to specjalistyczna praca dla kogoś, kto w tym siedzi i właściwie poza swój zawód nie wychodzi. To już dla specjalistów. Tutaj prąd spwania w granicach 400amp może być normą – a to bardzo ciepło. Maszyny do spawania natryskowego bez zwracania uwagi na duty cycle.

No i poważne maszyny o specjalnym zasilaniu (zazwyczaj pracujące na instalacjach), które służą do spawania drutami w kalibrach, jakich nie ma w otwartym obrocie (2,4 – 4mm, a nawet dla prac zrobotyzowanych istnieją grubsze rozwiązania). To już bardzo specjalistyczna gałąź – zaznaczam, że takie zwierzęta w przyrodzie występują, raczej się z nimi nie spotkacie w praktyce – przemysłu w tym kalibrze w Europie już prawie nie ma.

Są mobilne wersje maszyn, w rozumieniu “mobilne”, że na stałe na pickupie, z bardzo długimi wężami (super snake), albo prymitywniejszą przedłużką (zdalna szpula). Służą do spawania rurociągów. Od razu zwracam uwagę, że kompetencja spawania rur migomatem nie jest powszechna, gdyż jest bardzo wymagająca motorycznie i wymaga dużego doświadczenia, ze względu na problemy z kształceniem takich kwalifikacji wszędzie, gdzie się dało, ograniczono klejenie rur do TIGa – łatwiej utrzymać jakość. W ogóle w nowoczesnych koncepcjach stosowanie migomatu do klejenia rur jest wyrugowane (jest to w praktyce tak upierdliwe ze względu na jakość dostarczanych pracowników, że sobie odpuszczono walkę z wiatrakami) i pozostało tylko w niszowych branżach (rurociągi, kopalnie), gdzie można sobie pozwolić na utrzymanie ludzi z 20-30 letnią praktyką, nawet, jak nic nie mają do roboty i płacić słono, za to że sobie nie pójdą i nie zmienią zawodu.

Jeśli otwieracie produkcję (nawet garażową), to migomat jest najlepszym cięciem kosztów spawania, jakie można w garażu uzyskać. Natomiast absolutnie musicie zdobyć jakieś ograniczone kwalifikacje serwisowe – te maszyny są połautomatyczne – są złożone, mają ruchome części i w nich ma się co sss przez niewłaściwą obsługę.

Krótko dla tych, co chcą kleić tym nieco toksyczne nierdzewki (na przykład na reaktory chemiczne) czy aluminium. Jedno i drugie jest w ilościach, jakie przerabia migomat, bardzo toksyczne. Wentylacja pomieszczeń i sprzęt do oddychania w takich warunkach (najlepiej zasilany z kompresora przez filtr węglowy). Biała chmura nad stanowiskiem pracy nie służy zdrowiu. Nawet szlifowanie tych materiałów jest szkodliwe. A do tego, żeby uruchomić maszynę i utrzymać ją w ruchu na tych materiałach, używacie najkrótszych węży, jakie są, przewód dla drutu zakładacie teflonowy (do długich węży właściwie nie ma tego w handlu), do tego pomiędzy rolkami wkładacie przewody teflonowe, żeby trzymały drut (aluminiowy, bo nierdzewny sam jest sztywny, ale też mu nie zaszkodzi), a na wyjściu z bębna i przed rolkami ładujecie na drut szmatek i filcu, żeby kurz nie wszedł do przewodu i na rolki, bo się skonczy zabawa przy najmniejszym wzroście tarcia. I nie dociskacie rolek – lepiej żeby się czasem ślizgały, jak źle ustawicie rękę, niż żeby deformowały drut. I cierpliwości – zanim uzyskacie rezultaty, to chwila minie i zakładam, że zabieracie się za to będąc już bardzo doświadczeni w klejeniu stali. To jest na tyle specjalistyczna kwalifikacja, że zapłacą Wam grube pieniądze, żebyście tylko przyjechali, zrobili demo (więc taszczycie własny sprzęt, bo pewny), pokazali co i jak, wyjaśnili i uruchomili produkcję. To nie jest tak, że wystarczy kupić maszyny i samo się zrobi.

Monter z migiem bez gazu

Butla przy migomacie to największy problem przy taszczeniu klamota. Jest na to lekarstwo – drut samoosłonowy. Zazwyczaj jest w szpulach 1kg i 5kg, na razie innych nie spotkałem. Pasuje do małych spawarek typu ESAB caddy (straszna ***jnia – nie kupujcie tego, tam “zawór” gazu jest w przycisku pistoletu) albo Kemppi Evo170. Nie bierzcie na poważnie, żeby tym spawać cokolwiek poza hobby i jakąś straszliwą drobnicą montażową w ciasnych miejscach, ale jest jedno zastosowanie przemysłowe.

Taka spawarka z 5kg szpulą jest na tyle lekka i mała, aby ją sobie przerzucić na taśmie przez plecy, a 50m 16ampx240V kabla da się wziąć na drugie ramię. Oznacza to, że z kompletnym sprzętem można się poruszać na nogach i nie trzeba po nic wracać (dobra dobra, przyłbica, szlifierka – to idziemy we dwóch), ale ta maszyna zastępuje w bardzo dobrej jakości nieco kłopotliwą elektrodę i zostawia drugą rękę do przytrzymania czegoś – łatwiej niż elektrodą pracować tym samodzielnie przy montażu. Oczywiście jakościowe spoiny sobie odpuśćmy, ale żeby coś złożyć do dalszego spawania, albo połączyć konstrukcję bez zbytnich wymagań jakościowych na obciążenia to w zupełności wystarczy.

Gadżet – przydatny, oszczędzający kilogramów w pewnym bardzo wąskim segmencie prac i przeskakujący nad problemem opanowania kwalifikacji na elektrodę otuloną. Ciekawostka, ale jak macie zbędne osiemset ojro, to ta ciekawostka jest interesującym przydasiem, szczególnie przy braku innej kwalifikacji, która i tak bywa upierdliwa w takich pracach, a na dodatek robienie tego ze szpuli pod przyciskiem pistoletu znakomicie przyspiesza pracę.

Spawacz z plazmą

Nie rozpędzajmy się – koszt wejścia straszliwy, kwalifikacje motoryczne olbrzymie. To jest spawanie przetopem z oczkiem, bardzo trudne na TIGu (motorycznie wymagające), a na tym to jedyna sensowna i celowa metoda stosowania spawarek plazmowych. Spawa się tym blaszki na zbiorniki, pewne kadłuby, materiały specjalne i można tym spawać bez materiału dodatkowego (więc te materiały specjalne są przygotowane na styk z dociskiem).

To jest tak specjalistyczna metoda, że najpewniej w ogóle się z nią nie spotkacie poza jakimś laboratoryjnym klejeniem sprzętu do prac na głębokości. Wspominam tylko dlatego, że zanim TIG tak się rozwinął i zdominował warsztaty, to była to jedna z opcji rozwoju spawarek i wiele firm zabrnęło z seriami urządzeń w tę niszę (dzisiaj niszę, ale zanim dopuszczono do powszechnego stosowania walking the cup na TIGu, to specjalistyczne rury klejono plazmą właśnie).

W spawaniu zrobotyzowanym ta metoda tu i ówdzie się pojawia (wymagania motoryczne robot spełnia, a z człowiekiem jest problem), natomiast konieczni są technicy, co mają o tej metodzie pojęcie, żeby te roboty obsługiwać.

Spawanie laserowe, ultradźwiękowe i specjalne (wybuchowe, plus formowanie wybuchowe), termitowe (tory), podwodne(złomowanie), lanca tlenowa.

To sobie na razie odpuścimy, żeby tasiemca nie kręcić.

Szlifierz

Podamy w innym terminie tego kotleta.

Kowal

Obróbka cieplna, odprężanie konstrukcji po spawaczach, wyżarzanie, odpuszczanie. Też sobie to na razie odpuścimy, serial brazylijski się robi.

Elektryk

Już nawet pal diabli uprawnienia do dotykania się do poważniejszych skrzynek, ale trzeba mieć jakieś pojęcie o tym, jak sobie wszystkie te urządzenia podłączyć i jakie muszą mieć zabezpieczenie. Po co kable mają taki czy siaki przekrój i dlaczego nie trzymać podłączonej maszyny na zwiniętym na bębnie przedłużaczu.

Pneumatyka i hydraulika

Prasy chodzą na ściskany olej, a wiele narzędzi napędzane jest wiatrem z kompresora. Trzeba wiedzieć jakie są złączki, jakie ciśnienia, jakie węże i jak to wszystko sobie podłączyć, jak uruchomić kompresor i nie zalać instalacji wodą i olejem.


Ogólna uwaga o “ślusarstwie”

Wymienione kompetencje i ich opisy są po to, żebyście wiedzieli w czym się macie orientować. Każda z wymienionych dziedzin wymaga przede wszystkim doświadczenia praktycznego z maszyn warsztatowych (mechanicznych bez sterowania komputerowego, ewentualnie z jakimś ułatwiaczem w postaci wyświetlania pozycji). Ich rozwinięcia skomputeryzowane oczywiście pozwalają w coraz większym stopniu przeskakiwać ten brak praktyki, ale to są narzędzia dla ludzi siedzących w tych zawodach i będących specjalistami od obsługi wybranego parku maszynowego, uzyskiwaniu na nim wyśmienitych rezultatów.

Dla Was istotne jest, żebyście przymuszeni warunkami, wpuszczeni do obcego warsztatu poradzili sobie z wykorzystaniem tych urządzeń do podstawowych czynności (dorobienia na kolanie brakujących elementów). Nie musicie wykonywać detali z prędkością i w jakości, w jakiej robią to specjaliści z poszczególnych dziedzin – ważne, abyście coś tym umieli zrobić i maszyny nie popsuli. To dużo – to nawet wystarczy, aby czasem zastąpić operatora, jakby Wam zachorował, albo zachlał w poniedziałek.


Ślusarz

Bardzo szerokie pojęcie, które opiszę w skrócie, bo jak zacznę rozwlekać, to kolejny tekst wyjdzie, a ten wypadałoby już opublikować bez wgłębiania się w niuanse programowania maszyn.

Młodzi inżynierowie jak łapią młotek w połowie trzonka, albo jak zabierają się do pilnika, to bardzo śmiesznie wyglądają. Robi się z nich różne żarty – że trzeba im krótszy młotek dać, albo kamień – małpy tym orzechy przecież rozbijają.

Do tej pracy zazwyczaj ciąga się własną skrzynkę z narzędziami do ustawiania maszyn, do ich kalibracji, do pomiarów (drogo – mikrometry tanie nie są, metrowa suwmiarka też piechotą nie chodzi). Oczywiście jakieś młotki i pilniki też są na stanie, do tego papiery ścierne, gąbki do polerowania czy co tam akurat jest potrzebne z drobnicy.

Obecnie ślusarz musi mieć jakieś pojęcie o programowaniu, chyba że trafi na same narzędzia wsparcia (manualne, półautomatyczne). I musi mieć pojęcie o skrawaniu. A przynajmniej o tym do czego są maszyny, jak je ustawić, jak uruchomić i czego głupiego nimi nie robić.

Tutaj będziemy mieli do zabawy wytaczarki (na przykład do korpusów maszyn, otworów przelotowych w instalacji). Frezarki przeróżnego typu, aż po wieloosiowe. Maszyny do produkcji zębatek. Tokarki, a do nich zapewne podajniki materiału. Przy każdej maszynie zacinający się świder przecierający obudowę albo inny konwejer do wiórów. Drykarkę do toczenia okrągłej armatury. Drutówki do precyzyjnego cięcia. Wiertarki do otworów, również programowalne i wielogłowicowe albo modułowe. Maszyny kombinowane – coraz popularniejsze połączenie wolnoobrotowych tokarek z frezarkami. Wiertarki radialne do poważnych otworów. Szlifierki, również do honowania otworów, docierania wałów, uzyskiwania powierzchni.

Wiertarkę stołową i “tokarkę” (wrzeciono do pracy szlifierkami) udało mi się załadować na stół do pickupa. Ale to nie znaczy, że tak trzeba robić.

W tym zawodzie trzeźwe myślenie i programowanie jest konieczne – na tyle trzeźwe programowanie, że jak się pomylicie, to strata może kosztować bardzo grube pieniądze, a nawet życie (choć nowsze maszyny są dość idiotoodporne – starsze nie miały zabezpieczeń przed kretynami i nie wybaczały). Tutaj nie będzie, że wyskoczy błąd, to się pogrzebie w kodzie i wystartuje od nowa – tutaj błąd to wizyta serwisu i kalibrowanie maszyny, która ramieniem trzasnęła o uchwyt.

Wypada choćby liznąć programowania ISO, w szczególności Simnumerika i Fanuca, choć spotkacie też HASS, a nawet takie kwiatki jak Daewoo. Coś tam trzeba wiedzieć o Heindenheimie, a za tym idzie Mazak. Trochę trzeba się obyć z logiką tworzenia programów, z ustawianiem koordynatów, z zerowaniem maszyny. W ogóle ten temat ślusarza to jest bardzo szeroki i bardzo dochodowy. Bo i detale się tutaj robi małe i duże, narzędzia i obróbkę precyzyjną. I mierzyć trzeba umieć, i do CMM usiąść.

Ze ślusarzem najbardziej wiążą się wszelkie pochowane po skrzyniach “przydasię” – przedmioty używane dość sporadycznie do rozwiązywania problemów, z jakimi użytkownicy różnych przedmiotów przychodzą na DUR. Zawsze coś się tak sprytnie popsuje, że trzeba do tego dość specjalistycznego rozwiązania. Powoli zbiera się taka graciarnia na wpół hobbystycznych rozwiązań trzymanych “na wszelki wypadek”. Przy okazji gdzieś tutaj walają się części zamienne do innych narzędzi i materiały eksploatacyjne. Bo ślusarz ze swoim warsztatem daleko nie ucieknie.

Blacharz programista

Dzisiejsze kreślenie blaszek wspierane jest kantówkami (wyginarkami do blaszek), wyginarkami do rur, gilotynami, które programujemy. To dość specyficzne urządzenia i w przypadku produkcji masowej wymagają dość specjalistycznej wiedzy i rozumienia zachowań materiału. Mimo cudacznych programów do symulacji ugięć, normalny błąd w ocenie siły potrzebnej do zabicia blaszki (osiągnięcia przetłoczenia, które się znacząco nie odpręży) jest 2-3 krotny. Po prostu cała teoria i wynikająca z niej inżynieria jest o kant dupy jak chodzi o złożone zastosowania.

Warto wiedzieć jak się posługiwać maszynami zarówno manualnymi, półautomatycznymi, ale i jak uruchomić programowaną maszynę, bo coraz częściej innej w warsztacie nie ma.

Zazwyczaj ta specjalizacja wiąże się z obsługą pras, a z jedno i drugie ze ślusarstwem narzędziowym do tychże i tak się kółko zapętla, że trzeba umieć do tej pracy wszystko, mimo że to teoretycznie banalne blacharstwo przemysłowe.

Ponieważ maszyny do tej pracy są zazwyczaj bardzo duże i bardzo ciężkie, to znajdziemy je na miejscu na instalacji, trzeba jednak ze sobą przynieść narzędzia pomiarowe i kreślarskie do blaszek (cyrkiel, linijkę, sznur z kredą) no i przydają się własne młotki blacharskie przeróżne, szczypce. No i przydatny jest stół, żeby to wszystko poukładać. Zazwyczaj na blacharza też spada robota montera od rurek, a to wiąże się z obsługą piły, której na pickupie zazwyczaj się ma. O ile nie idziemy na jakąś produkcję blaszanych pudełek (pieców, obudów), to w modzie jest wentylacja – tam się piękne blaszki rzeźbi.

Podsumowanie

Jak widzicie nazbierało nam się nie tylko kompetencji, ale i gratów do ich realizacji (kluczowych środków produkcji). To właśnie jest esencja kapitału – wiedzieć jak zrobić i mieć czym zrobić. Przydaje się mieć czym zrobić i jeśli nie jest się własnym odbiorcą, to jeszcze to komuś korzystnie zbyć.

A przecież wymieniłem tylko garstkę podstawowych zawodów technicznych. Jest jeszcze cała masa zawodów specjalistycznych (serwisanci), przy okazji trzeba mieć kompetencje kierownicze – umieć organizować stanowiska pracy, produkcję. Trzeba umieć zarządzać budynkiem, mediami, utrzymać samą halę w ruchu, porządek na parkingu, wiedzieć kiedy śnieg odgarnąć (znacie takich drogowców, co zawsze są zaskoczeni zimą? że to już w grudniu, tak szybko?), trzeba to wszystko jeszcze gdzieś magazynować, zorganizować transport do klientów, zapakować, załadować, dostarczyć, odebrać płatności i się w całym tym bałaganie nie pogubić.

Natłok tych wszystkich czynności rośnie – dlatego ludzie konsolidują grupy i dlatego wolą wykonywać swoją działkę jako etatowcy pod kierownictwem starszych i mądrzejszych. Etatowiec zazwyczaj zarabia czterokrotnie mniej niż jego mikrofirmowy odpowiednik, pracuje też 25% mniej. Tak drogie jest właśnie utrzymanie tych pozazawodowych kompetencji – szef jest drogi. Ludzie od organizowania pracy ludziom są kosztowni – i są niezbędni. Nie ma co ukrywać, że większość ludzi to kompletne tumany i jak się ich nie pilnuje i nie tłumaczy co mają robić, to sami się nie zmobilizują do wytwarzania nadwyżek (dlatego łatwo jest eskalować oczekiwania i budować protesty społeczne. A komu zabrać? Ano tym co mają, bo sobie wypracowali – bo się sami zmotywowali do wyzyskiwania siebie).


Pułapki specjalizacji

Wydawać by się mogło, że z racji tego, iż poświęcając po 5-7 lat na zdobycie pełnej kompetencji zawodowej, jest sens specjalizowania się, gdyż dla doświadczonych specjalistów zajęcie jest gwarantowane.

To błąd – to sznur na własną szyję.

Spotkałem wielu tułających się po świecie specjalistów, którzy po upadku firmy, w której spędzili kilka dekad, nie mogą sobie znaleźć miejsca, gdzie ich specjalistyczne kompetencje byłyby kupione, a ich prestiż uznany. Żyjemy w dynamicznych czasach. Jakiekolwiek sentymenty to bajki z przeszłości; stabilność i uczciwość to mrzonki.

Nie tylko firma może upaść – może się zmienić cel i zakres stosowania danej technologii (wskazałem kilka takich przypadków tu i ówdzie, choćby w spawaniu), technologia może zaniknąć, stać się niszową lub zostać zastąpiona prostszą, mniej kosztowną, dopasowaną do poziomu niewolników (przewaga kbk AKS nad jakimkolwiek innym karabinkiem jest taka, że dzikiego, co kury szczać prowadzał w Afryce, można błyskawicznie nauczyć łamania tym przykazań i narzędzie posłuży mu dość długo).

Wreszcie może zniknąć cała branża (w Polsce to ludzie przeszli – przecież to był kraj produkujący czołgi i śmigłowce – dziś ma importowane).

Uczcie się języków, bądźcie mobilni, nie miejcie sentymentów.

Jedyną interesującą kwestią jest ilość krugerrandów w misce.


Zauważcie, że opisuję same kompetencje praktyczne. Całej teorii, liczenia, nawet obsługi oprogramowania projektowego (do zamówień i planowania, wydawania dyspozycji) czy rysunku i przygotowania programów nauczyli Was na studiach. I ani trochę nie jest ta cała teoria przydatna w sytuacji demograficznej, w której na podłodze nie pojawią się technicy i zawodowi gotowi Wasze dyspozycje przyjąć i wykonać praktyczną część Waszych wielkich planów. A niestety przestali się pojawiać, te zawody wcale nie są interesujące, są wymagające zarówno kompetencyjnie jak i odpowiedzialnością za dzieło. Ponadto za pojedynczą kompetencję płaca jest proporcjonalna do czasu, jaki ta kompetencja jest potrzebna, więc przy 15% obciążeniu pracą jest z poważnej kasy jakaś minimalka na przeżycie – i co z tego, że można się 85% czasu pracy obijać, jak ani z tej pracy kasy, ani ładnych pań. Dlatego każde rozszerzenie kompetencji o kolejne naście procent zajętości prowadzi do normalnych zarobków. Tylko że oznacza to obsługę kilku stanowisk pracy w kolejnych etapach prac. Taka konsolidacja kompetencji w pionie.

Skupcie się na jednym plecaku, później może na dwóch – będą cztery – będzie paleta gratów, paletę wsadzicie do najmniejszego pickupa, do większego ze dwie.

No i zagracili pickupa:

Nie przejmujcie się jednak długością tej listy – nie musicie opanować wszystkich aspektów pracy w przemyśle na poziomie specjalistycznym. Chodzi o to, żebyście pozostawieni sami (bo ludzi się mało rodzi, więc raczej nikt nie przyjdzie Wam pomóc) wiedzieli jak uruchomić i użyć te wszystkie antyczne graty leżące w DURach. Gratów nie zabraknie, korpo zamówi nowe, wypluwane z fabryk – płynność może być bardzo tania w przyszłości. Ale nie liczcie na to, że zastąpią Was jakieś roboty. Owszem – będą wspierać siłą serw i hydrauliki, wesprą precyzją, odciążą w dźwiganiu, doradzą i odpowiedzą na zapytania do bazy danych, rozpoznają detale, uproszczą uruchomienie maszyn. Ale to Wy będziecie musieli odpowiadać na pytanie i tylko Wy będziecie rozumieli sens odpowiedzi “po co?”. Maszyna wykonuje polecenie “bo tak kazali”, a te instalacje, ich działanie musi mieć sens. I ten sens to jest właśnie odpowiedź na pytanie po co ta seria czynności, do czego ona prowadzi, co jest rezultatem Waszej pracy.

Bo niezależnie od tego co trzeba będzie zrobić, to na pewno trzeba będzie UMIEĆ robić.

Szanownych Czytelników prosimy o komentowanie zgodne z tematyką wpisu. Zapraszamy na forum po dyskusje na tematy wszelakie.

Jeśli chcesz zwrócić uwagę na literówkę lub błąd techniczny, zapraszamy do formularza kontaktowego.

  • zadziwiony

    Sporo tego… Jakże sie mają powyższe profesje do takiej jednej, zwanej po anglosasku „millwright“?

    • 3r3

      E tam sporo – dopiero początek. Millwright to mechanik.

      • zadziwiony

        To może inaczej. O ile się orientuję, „millwright” to z założenia gość który dba o utrzymanie
        ruchu w fabryce, a nie ktoś, kto naprawia pralki po domach. A zatem jest to po prostu kwalifikowany „DURak”, czyli ktoś, kto się również (na)uczył jak używać wszelkich narzędzi, które w DURze można znaleźć. W powyższym tekście kilka razy, padła myśl, że używane będą właśnie narzędzia klienta. No to sobie wykombinowałem, że ktoś kto jest kształconym „millwright’em”, najłatwiej się odnajdzie w tych wszystkich podanych fachach, poradzi sobie z wymienionymi zadaniami. Czy w tej mojej konstrukcji myślowej tkwi błąd?

        • 3r3

          Prawidłowo myślisz, tylko że w korpo się nie używa tego terminu – to archaizm. Jest dużo takich zawodów co zniknęły ze względu na standaryzację nazewnictwa w międzynarodowym korpo. Amerykańskie nazewnictwo to wyparło.
          A żeby taki trade jak millwright gdzieś kształcili to się w UK nie spotkałem.
          Jest sporo nazw zawodów, które wyginęły i czają się jeszcze tu i ówdzie ostatni ludzie co są tak nazywani. Przyczyną jest rozjazd państwowego szkolnictwa, korporacyjnego zapotrzebowania formalnego i rzeczywistych potrzeb przedsiębiorstw przemysłowych.

          Część nazw jest używana jedynie branżowo na podłodze, wolę ich nie wymieniać bo to tylko ludziom w głowach miesza. W kilku językach znam takie nazwy specyficznie branżowe co normalny człowiek ich we własnym języku w ogóle nie rozpoznaje.
          Proponuję pozostawienie określeń kosztorysowych. Będzie prościej.

  • Mati

    Mati nie chce dowiedzieć się jak wygląda klejenie elektrody na chince. Na Minarcu czasami coś się przyklei ale tragedii nie ma. Wklejam wam zdjęcie jaki spaw robi niewykwalifikowany człowiek po 3-4 godz samodzielnej nauki. Nie jest może idealny, ale jest zrobiony beż żadnych szkoleń i trzyma. No może kilka filmów z YT.

    http://www.fotosik.pl/zdjecie/18073840a76e4dfc

    Jaką spawarkę MIG byś polecił. Męczy mnie elektroda i czyszczenie potem tego wszystkiego. a tigiem to idzie się z…..ć.
    Jeszcze jedno. Wklej jakieś zdjęcie jak obsadziłeś piłę BS125 na stałe.

    • 3r3

      Ręka Ci lata i prąd masz za słaby. Ale róg objechałeś prawidłowo – masz dobrą rękę, nie każdy umie poprowadzić elektrodę na kątach. Coś z tego będzie.

      Daj maila to Ci wyślę jak mam jeden z warsztatów zorganizowany.

      • Madgar

        Też mógłbym prosić? [email protected]

        • 3r3

          A Ty pewnie ze skarbówki jesteś i chcesz mnie spenetrować^^
          A ja nie jestem paranoikiem 🙂

          • Madgar

            Dokładnie nim jestem ^^ No cóż warto było spróbować 🙂

  • drugi zdziwiony

    Millwright to ustawiacz maszyn

    • 3r3

      Mhm… a shipwright to ustawiacz okrętów. A mechanik okrętowy to?

      Na wyspach mają po prostu ubogie słownictwo z zawodami technicznymi bo tam przemysł istnieje od ledwo trzystu lat. Za to zawodów szkutniczych to mają ile zechcesz.
      Dlatego połowę personelu nazywają mechanikami i maszynistami, a drugą jeszcze głupiej.

      A co takiego właściwie możesz zrobić z maszyną?
      Przygotować do pracy, obsługiwać i naprawiać. No to masz millwright (którego się w ogóle już nie używa i jest mechanik), machinist i service.

      • drugi zdziwiony

        obecnie używa się nazwy “operator” jako obsługujący.
        dla mechanika jest nazwa ” engineer”
        shipwright nie jest już używany . Wydźwięk niesiony od niewolniczej siły roboczej wykluczył to słowo z potocznej mowy robotników .Nadal używany przez rybaków.
        Popularne stosowane jest “maker”
        np: shipmaker, coachmaker,construction maker itp.
        Tyczy się to ludzi pracujących z rysunkiem.
        Dla tych, którzy pracują z pamięci przy prostych robotach, stosuje się “fitter”
        Czasem “hairy ass fitter”
        Do “redneck-ów” slęczących na kolanach przy maszynie…:)

        • 3r3

          No też właśnie, dlatego żeby laikom nie robić zamętu w głowach rozpisałem co który musi umieć. Nie wiem jak te skonsolidowane zawody będą się nazywać w przyszłości.
          W niektórych krajach engineer oznacza wyłącznie zajęcia wojskowe. Więc oddzielnie stworzyli inżyniera cywilnego – nie trafisz za nazewnictwem.

          • drugi zdziwiony

            Pojawiły się nowe kody w rozmowie potocznej, bo pojawiły się nowe imigranty .Imigrantów uczy się gramatyki powszechnej do porozumiewania się , a kod jest dla lokalesówl by się rozumieć. Coś jak tu.
            Złożoność zaawansowanych umiejętności,które robol musi mieć na stanie,umiejętności jakie opisujesz, jest faktem w przemyśle AngloSasów.Exportujemy niewolników a oni ich przekształcają w użytecznych citizenów. Czasem w filter spinner-sów
            Biomechaniczne maszyny.
            Stany,Kanada,UK to jeden konglomerat wyzysku.
            I ma parcie na wschod..
            Kształcenie nieustanne to gwarancja zatrudnienia corpo. Brak ochoty bycia kształconym eliminuje z obiegu.Coraz częściej frome the Net-work.Brak ochoty powstaje po kilku latach.Tak było u mnie. Duże corpo ma wszędzie macki. Raz da się dupy to można się zbierać.Ja dałem i właśnie się zbieram do domu.
            W PL nie występuje powiązana siec przemyslu, ze względu na kompradorskie układy rentierskie i nijaki przemysł. Widzę swoją szanse tylko w grey state.Wody pod nosem nie mam.Jakaś ziemia, 2 mieszkania,dom bez długu.
            Reszte sram.
            Pozdrowienia

  • D D

    Witam. Mam pytanie do 3r3 jednak coś jest na rzeczy z tym nieszczepienie ponieważ tendencja się zaostrza i urzędasy podejmują właśnie próby ograniczania praw rodzicielskich i pewnie przymyprzymusowe szczepienie. Powiedz mi jak sIe przed tym bronić? Ja niestety nie mogę się wymeldowac ale czy wystarczy wymeldowac dziecko z matką i zgłosić ich wyjazd za granice? czy to wystarczy aby nie być strona postępowania sądowego? Jakie to ma jeszcze inne konsekwencje Prawne? Z tego co wiem to bez adresu zameldowania nie można mieć prawa jazdy. A jak z urzędem skarbowym? Czy takie wymeldowanie i zgloszenie W urzędzie gminy opuszczenia jej obszaru starczy? I co? Aby mieszać mordować się i wymeldowywac co np miesiąc dwa miesiące??? Czy ktoś z was spotkAł się z wykładami dr Jerzego Jankowskiego o szczepieniu i truciznach? Prosiłbym o wasze opinie bo wydaje mi się ze sprawy będą postępować szybko

    • 3r3

      Co Cię obchodzą konsekwencje prawne, religijne i ekonomiczne, jeśli uważasz że urzędas chce zamordować dziecko?

    • Godfather

      Wszystkie chwyty dozwolone: możesz ich zwodzić, przeciągać, ignorować ponaglenia, odpowiadać wymijająco, informować, że dziecko jest nieobecne, za granicą, chore, niedysponowane, zaszczepione za granicą (ale papieru na to nie mamy), że tak już owszem niedługo podejdziecie, załatwić papier z pieczątką, że szczepienie niezalecane dla dziecka, załatwić z pielęgniarką podanie szczepionki do zlewu itd.
      Poproś o pełną dokumentację medyczną szczepionki, daj lekarzowi i pielęgniarce do podpisania papiery, że biorą odpowiedzialność za skutki uboczne.
      Generalnie walczysz o to, czy dziecko jest Twoje czy państwowe.

      • D D

        Dzięki chłopaki za pomysły. Na pewno z nich skorzystam. Ogólnie to wprowadzają zamordyzm wiec nieważne jakie są przepisy, ważne jest jakie chcą realizować cele i pod nie wszystko naginaja. Na pewno przecwicze sztukę uników. A jak nie to faktycznie spakuje walizki i się za wi ne W inne rejony.

        • Mati

          Jako, że temat żywo mnie dotyczy też zabiorę głos. Nie do końca jest tak jak pisze ‘Ciekwaski’. Może wcześniej ale nie teraz. Biurwa zrobiła się bardziej czepialska. Jak zapłacicie po 10k pln kary na osobę to zobaczymy czy będziecie też pisać takie farmazony. Może przychodnie i sanepidy w waszych miastach i województwach są bardziej nieruchliwe. Tłumaczenia typu ‘wyjechało za granicę’ ‘jest chore’ już nie dają rezultatu. Odpowiedź to zawsze ‘pokaż papier’ jak nie to z automatu procedura.
          Na potwierdzenie głupoty tego państwa:
          http://dziendobry.tvn.pl/wideo,2064,n/ograniczenie-praw-rodzicielskich-za-nieszczepienie-dziecka,232851.html
          A znaleźć pedia który podpisze ci taki papier graniczy z cudem przynajmniej gdzie ja mieszkam. Nawet jak proponujesz jakąś część brodacza. Pozdrawiam.

    • Drodzy Komentujący,
      proszę o trzymanie się treści artykułu. Dotychczasową dyskusję zostawiam, ale proszę już nie kontynuować tematu.

      Będzie artykuł dot. szczepień noworodków i dzieci – będzie podstawa do dalszej dyskusji.

      • 3r3

        Nie będzie takiego artykułu. Znajomi lekarze i pielęgniarki nie chcą na ten temat rozmawiać, ale prywatnie sugerują wstrzymać się z nowinkami jakie nie były stosowane od tysiącleci.

  • Mati

    Co do ustawienia prawidłowego prądu to mam z tym problem. Jak
    ustawie wyższy prąd tak ok. 90-100 to przepala mi materiał. (blachy i profile
    3-5mm). Przy niższym prądzie 80-85 jest ok. ale wtedy praktycznie wpycham
    elektrodę w jeziorko na siłę. Nie wiem
    czy to dobrze ale tak mi wychodzi. (To
    co jest na zdjęciu było spawanie na prąd na 80-85 i elektroda 2,5), Jak dalej
    trzymam elektrodę to spaw nie chcę wyjść taki ładny. Na YT im to tak ładnie wychodzi ale
    rozumiem że ja musze poćwiczyć.

    Jak możesz podeślij kilka fotek na mati233[at]mail.ru
    chętnie zobaczę jak to powinno profesjonalnie wyglądać.

    Zrobiłem zdjęcie jednego z ładniejszych spawów. Tych brzydszych nie robiłem – bo wstyd to pokazać 😉 Na zdjęciu jest noga mojego stołu do
    spawania. Denerwowało mnie rozkładanie
    wszystkiego na podłodze i wieczne schylanie się do tego. A to nie był jak objechać , a to nie było jak
    dojść, musiałem przerywać spawanie,
    wstawać, przechodzić z drugiej strony i od nowa. Teraz mam stół na kółkach i jest dużo wygodniej.
    Chociaż większe elementy i tak rozkładam
    na podłodze.

    O czymś podobnym jak ten Kempomat 3200 myślałem. Jego ceny
    nie są tak porażające jak nowych. Tylko problem z dostępnością. Ale poczekam ,
    jak coś się trafi to wtedy kupię.

    • 3r3

      Musiałbyś się gdzieś przeszkolić z tym spawaniem, samemu trudno odnaleźć właściwe nawyki jaki kąt, jaki łuk trzymać.
      Elektrodę do Twoich zastosowań powinieneś po prostu kłaść po kawałku w pachwinie, a ona powinna sama się redukować na spoinę. Tylko to łatwo pisać jak się rury umie kleić. A w praktyce to nie jest takie proste. Dlatego warto umieć bo za to płacą.

  • 3r3

    Znasz jakieś zachorowanie człowieka na tężec?
    Tak powiedzmy w Europie na przestrzeni ostatnich stu lat?
    Ile było przypadków? Siedem?

    • Godfather

      Na tężec można podać szczepionkę po zranieniu, nie trzeba awansem.

      • 3r3

        Chyba koniu, bo ludzie na to zapadają jakoś 20 razy rzadziej niż wygrywają szóstkę w totka.