Po co nam banki?

Różnie (o ile w ogóle) wyobrażamy sobie działalność bankową. W sumie to dość nudne zajęcie.

Przychodzi klient do banku, wykłada gotówkę na stół, dostaje w zamian kwit i znika. Inny klient przychodzi do banku, dostaje gotówkę a zostawia podpisany kwit. Pracownik przy okienku może ziewać nadal.

Dokładnie tak mamy wyobrażać sobie działalność bankową: jako nudny interes polegający na podpisywaniu kwitów i przesuwaniu banknotów pomiędzy sejfem i klientami raz w jedną, raz w drugą stronę.

Gotówka jako taka też jest sama w sobie nudna: oto kolorowo zadrukowany papierek, przeważnie zadrukowany jakimiś facjatami martwych od dawna staruszków. Sama w sobie gotówka jest bezwartościowa, bo ile może kosztować pokrycie jednego papierka nadrukiem ? Jeśli nawet burdele
rozdają kolorowe drukowane papierki ze swoją reklamą za darmo, to koszty takiej reklamy nie mogą być duże, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę problem skali: banknotów w obiegu jest o wiele więcej niż drukowanych reklam burdeli. Czyż regularnie nie czyścicie swoich skrzynek pocztowych
z kilogramów reklamowego śmiecia ? Ile zatem taki banknot drukowany w milionach egzemplarzy może być realnie warty?

Bank, a w nim siedzi sobie człowiek w okienku i ziewa. Raz przesuwa kolorowe papierki w jedną, raz w drugą stronę. Czasami coś podstempluje, czasami coś podpisze.

Po co nam w ogóle jest jakiś bank ?

To jest blog dla pracujących, klienci pomocy społecznej nie zrozumieją o co biega. Zatem ciężko pracujemy. Niektórzy robią dla siebie, inni wynajmują się za pensję ale wszyscy pracują. Przeważnie ciężko. Dostają wypłatę, albo sami ją sobie ustalają. Grunt, żeby co nieco na koniec miesiąca zostawało. I tu zaczynają się schody.

Ta górka pozostająca na koniec miesiąca musi być chroniona. Dajcie te oszczędności żonie, to wróci ze sklepu z nowymi butami albo nową fryzurą. Albo z torebką lub też z kabrioletem pasującym i do
torebki i do butów. I ze zniszczoną przez kabriolet fryzurą.

To tylko kwestia tego ile udało się Wam po miesiącu odłożyć. W drugą stronę nie jest lepiej: jeśli żona powierzy oszczędności mężowi w domu pojawi się kolejna, tym razem mocniejsza kosiarka albo nowy grill. Albo nowy kabriolet, kompletnie nie pasujący ani do torebki ani do butów, za to idealnie pasujący do garażu. Albo kosiarki.

Możecie spróbować schować oszczędności w domu pod warunkiem, że nie macie szkodników. Szkodniki są w stanie namierzyć wszystko co staruszkowie schowali. Szkodnik po szkole plus trochę wolnego czasu plus staruszkowie w hipermarkecie, to przepis na przeszukanie chaty dokładniej, niż jest to w stanie zrobić policja polityczna, że o pozostawieniu mniejszej ilości śladów niż policja nie wspomnę. Najczcigodniejszy małżonek/małżonka też jest w stanie urządzić w chacie kipisz, a już szczególnie jak zacznie coś podejrzewać. Nie bez powodu koszul ze śladami szminki nie pierze się w domowej pralce. Jeśli uważacie, że wasze szkodniki dostają wystarczająco dużo kieszonkowego, to jesteście w błędzie.

Własna kasa pancerna odpada, bo gdzieś trzeba zadekować klucze. A taka kasa pancerna magicznie przyciąga myśli wszystkich domowników swoją utajnioną zawartością. Od momentu zakupu sejfu myśli domowników koncentrują się na jednym problemie: gdzie stary schował klucze do sejfu?

Kasa pancerna na kod odpada: każdy, kto próbował założyć hasło na domowym routerze WiFi celem limitowania szkodnikom dostępu do sieci doskonale wie, że dzieci szybciej niż hakerzy potrafią zgadywać hasła. Pies plus kot, do tego data urodzenia dziadka, drugie imię babci plus własna data urodzenia napisana wspak i już administracyjny dostęp do routera stoi otworem. Dlaczego inaczej ma być z kodem dostępu do sejfu?

Dodatkowo kasa pancerna jest sensacją u szkodników w szkole podczas przerwy, więc już po tygodniu cała wieś wie, że po pierwsze macie co trzymać i że się wam to coś po drugie już pod materacem nie mieści.

Dokładnie te same procedury obowiązują w firmie: zaufać nie ma komu, kasa pancerna to dopiero odpada, bo każdy pracownik jest zdania, że jej zawartość powinna zostać rozdzielona pomiędzy załogę.

Skoro firmie się tak dobrze wiedzie, że właściciel zaczyna bunkrować kapustę w sejfie … “ej, big boss, daj podwyżkę – masz z czego …”

Ową magiczną “górkę” trzeba więc gdzieś zadekować. Nie w domu i nie w ogródku. Ogródkiem rządzi pies, więc z czystej ciekawości i tak to wygrzebie, bo w ogródku to on ma monopol na górnictwo. Pogryzie i rozerwie co może, a czego nie może pogryźć to rozniesie po osiedlu i zakopie po swojemu, oczywiście po tej niewłaściwej stronie płotu. Pod warunkiem, że mu się będzie chciało. Jak mu się nie będzie chciało, to nie będzie się z wami bawił i po prostu porozrzuca oszczędności po całej wsi.

Wynosicie więc zaskórniaki do banku. Stara też ma dostęp do konta na wszelki wypadek, ale jak coś z konta wyjmie, to zostaną na papierze ślady, więc się boi i zaskórniaków nie rusza. Dopiero urządzilibyście jej dopust boży, jakby tak sama z siebie zaczęła się przypadkiem w banku szarogęsić.

To był pierwszy powód, żeby zabunkrować kasę u specjalisty od jej bunkrowania. Bo tam jest, ekhm, bezpieczniejsza. W teorii.

Drugi powód to powód arytmetyczny. Bunkrowanie kasy w domu to duże wydatki związane z jej ochroną. Kiedy ostatnio sprawdzałem ceny, to średniej jakości sejf certyfikowany do przechowywania w nim marności w wysokości maksymalnie 150k CHF kosztował jakieś 7k CHF i ważył 150 kg. To była bodajże czwarta klasa odporności na nieautoryzowane otwarcie, ale takich szczegółów już nie pamiętam.

Samodzielnie tego dziadostwa nie przewieziecie ani nie ustawicie. Czyli sprzedawca sejfów też wie (tak jak jego zarażony trojanem laptop), który model gdzie u kogo stoi. Rewelacja. Wystarczy listę klientów posortować w excelu po klasie odporności i już wiadomo komu składać wizytę nocą. Alarm: instalację alarmową wypada założyć, dozór z agencją ochrony obgadać, ubezpieczenie od wizyty nieproszonych gości zawrzeć. Koszty, koszty, koszty.

No to taniej przecież wpłacić oszczędności do banku, bo stałe koszty ochrony i ubezpieczenia rozkładają się na wszystkich klientów, nieprawdaż? Im więcej chętnych składa się na koszty własne ochrony banku, tym taniej na twarz wychodzi. To są podstawy arytmetyki przecież.

Trzeci powód to strach. Otóż niewesoło jest jechać do kontrahenta z walizką gotówki. Szczególnie kiedy on o tym wie. Wypadki chodzą po ludziach, zawsze można na stacji benzynowej bejsbolem w ucho zarobić. Najpierw widzisz nadlatującego bejsbola, potem widzisz ciemność a potem widzisz z powrotem wszystko, z wyjątkiem walizki oczywiście.

Lepiej więc wziąć ze sobą czek, na przykład potwierdzony czek bankierski. Bank gwarantuje konkretnemu kontrahentowi przelanie na jego konto sumy wypisanej na czeku, więc taki czek dla operatora bejsbola jest bezwartościowy. Można przelać i pojechać z potwierdzeniem przelewu, można dokonać przelewu na miejscu z własnego laptopa. Można wpłacić na przyblokowane konto i odblokować je po odbiorze towaru. Cokolwiek, byle nie podróżować z gotówką nie mając pod ręką opancerzonego pojazdu i uzbrojonej ochrony.

To są naprawdę dobre powody, żeby marności złożyć w magazynie z marnościami, gdzie sobie w spokoju poleżą. Bank to takie magiczne miejsce, w którym wasze oszczędności są bezpieczne przed starą, szkodnikami, urzędem skarbowym, kontrahentami, pracownikami, kochankami i tak dalej. Bo te oszczędności to wasza krwawica, one należą one do Was i wyłącznie do Was. I zostaną przekazane bądź wypłacone tylko na wasze polecenie. To tyle jeśli o propagandę chodzi.

No, a świstak to siedzi i dalej zawija te papierki.

Wymienione powyżej powody, rozsądne i logiczne powody do złożenia depozytu w banku powinny przechylić szalę na jego korzyść. To naprawdę w teorii ma sens – przecież nasze papierki są w bankach
bezpieczne. Tak mówi kanclerz RFN, tak mówi szef KNF. Wypłacalność banków gwarantuje szef EBC jak i szef NBP, po to banki centralne w końcu są. Wszyscy święci twierdzą, że system bankowy jest bezpieczny i godny zaufania.

Może i byłaby to prawda. Pod warunkiem, że udałoby się Wam znaleźć magazyn z pieniędzmi pilnowany przez magazyniera. A założę się że go nie znajdziecie, choćbyście nie wiem jak szukali. Magazyn na pieniądze z uzbrojonym magazynierem nie istnieje. Taki prosty magazyn, w którym po pierwsze zmagazynowany pieniądz pozostaje Waszą własnością w trakcie jego składowania i po drugie który to zmagazynowany pieniądz nie opuszcza magazynu bez Waszej zgody ani nie jest używany przez
magazyniera do jego własnych, lewarowanych Waszą krwawicą lewych interesów.

Po pierwsze: te kolorowe papierki z facjatami i zerami, z podpisami i hologramami to nie są pieniądze. To zwykłe papierki, które w każdej chwili mogą utracić ich umowną wartość. Jak w to nie wierzycie, to zapytajcie się hindusów, oni całkiem niedawno to przerabiali. Ale o tym co jest a co nie jest pieniądzem to kiedy indziej, bo historia to niesamowita a i obszerna zarazem.

Tutaj przejdziemy do wad systemu bankowego w postaci aktualnie istniejącej. Myślicie, że bank to magazyn, który w skarbcu przechowuje Wasze (od strony prawnej patrząc) pieniądze.

ANI TO WASZE ANI TO PIENIĄDZE.

Ale po kolei. Otóż: waluta złożona w banku na rachunku nie jest Waszą własnością. Waluta w banku jest własnością banku. Bank może z nią robić co chce. Oczywiście jest to legalne, zmiana właściciela banknotów w momencie ich wpłaty na rachunek dokonuje się w zgodzie z art. 726 kodeksu cywilnego: “Bank może obracać czasowo wolne środki pieniężne zgromadzone na rachunku bankowym z obowiązkiem ich zwrotu w całości lub w części na każde żądanie, chyba że umowa uzależnia obowiązek zwrotu od wypowiedzenia.”

Wy, klient banku zostajecie z zaświadczeniem potwierdzającym, że bank jest Wam coś winien. Dlatego wiele ciekawych rzeczy można znaleźć w banku, ale waluty w nim nie ma. A tym bardziej Waszej waluty próżno tam szukać. Skoro zatem Wasza waluta po złożeniu jej w banku z niego wyparowuje, to po co ją tam w ogóle zanosić? Ja wiem, że mi nie wierzycie. Dlatego dokładnie sprawdźcie kto jest poszkodowanym w każdym procesie jaki bank wytoczył niesolidnemu dłużnikowi:
poszkodowanym i ofiarą jest bank. Zawsze. Z definicji. To jego środki i jego strata. Nigdy poszkodowanym nie są klienci banku.

Następnym powodem, żeby banki sobie odpuścić jest monopol na stosowanie przez nie lewara. Lewar to ważne pojęcie, dlatego rozdział o lewarze jest taki długi.

Wystawianie czeków bez pokrycia jest przestępstwem. Jeśli nie masz dwóch milionów leżących na koncie i wystawisz komuś czek na dwa miliony, którego jemu z braku środków na koncie nie uda się
zrealizować, idziesz do więzienia, art. 61 prawa czekowego jest jasny: “Kto wystawia czek, nie mając u trasata potrzebnego funduszu do rozporządzenia, lub po wystawieniu czeku rozporządza pokryciem, jeżeli skutkiem tego zapłata czeku nie nastąpiła, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.”

Ten artykuł nie może zostać zastosowany do systemu bankowego, bo system bankowy stosowania tego artykułu by nie przeżył. Gdyby jednak ten artykuł przypadkiem zastosować do bankowców, wszyscy wylądowali by w więzieniu na dwa lata, na czele z panem bankowcem wicepremierem i jego kumplem panem bankowcem szefem opozycji.

Oto wielka tajemnica działania systemu rezerwy cząstkowej, który jest niczym innym niż prawnym monopolem na stosowanie lewara przez system bankowy: po wpłacie przez Was stu złotych na “wasz” rachunek bank ma prawo udzielenia o wiele większego niż owe sto złotych kredytu, tworząc nową walutę z niczego, pod zastaw “waszej” stówy leżącej w kasie. “Wasza” stówa pozostaje w skarbcu, ale bank uzyskuje dzięki niej możliwość dopisania komuś innemu na przykład tysiąca złotych kredytu do
jego rachunku bankowego. Ktoś dostaje kredyt i ma takie samo prawo wyciągnąć “jego” tysiąc złotych z bankomatu jak i Wy Waszą stówę. Bank ma jedną stówę w bankomacie i chętnych na jedenaście stów. Czyli ma manko, mówiąc wprost.

Skoro mając stówę w kasie bank stwierdza, że w każdej chwili jego klienci mają przywilej wyciągnięcia w sumie jedenastu stów z kas jego oddziałów, to wystawia tym samym czeki bez pokrycia, art. 61 prawa czekowego się kłania, dwa lata paki dla każdego CEO każdego banku kontrolowanego przez KNF plus dla właścicieli banków też, a może nawet przede wszystkim poproszę. Ponieważ jednak mamy do czynienia z czynem ciągłym dokonywanym z premedytacją a jego autorem jest struktura bardzo zorganizowana, do akcji wkracza cała chmara umundurowanych, uzbrojonych i zamaskowanych trzyliterowców utrzymywanych z budżetu a wyroki na banksterkę rosną, zgodnie z ustawą o zwalczaniu przestępczości zorganizowanej. Już widzę, jak się po dywanie zwijając ze śmiechu toczycie, dobrego zioła się najwyraźniej napaliłem.

Z tą stówą pozostającą w kasie banku, to też nie jest tak do końca prawda. Bank banków czyli w Polsce NBP wymaga, aby 3,5% depozytów klientów składować u niego. Niby że celem zabezpieczenia systemu. A pozostałych groszy też nie trzeba trzymać w kasie w formie gotówki. To mogą być różne papiery wartościowe, pod warunkiem że są one bezpieczne oraz łatwo wymienialne z powrotem na gotówkę. Kto i na jakich zasadach uznaje co jest bezpiecznym papierem wartościowym to temat na osobną pogadankę, tutaj tylko lekko go zarysuję, ale już zapewne się po dotychczasowym wywodzie domyślacie, że zbyt koszerne to to wszystko nie jest.

Istnieje prosty współczynnik, który określa ilość nowej waluty, którą można wygenerować posiadając w skarbcu starą walutę. Współczynnik ten jest ograniczony tylko pazernością bankierów a opiera się wyłącznie na psychologii. Całkiem niedawno jeszcze bankier, który wystawił więcej kwitów depozytowych niż miał złożonych depozytów w skarbcu (czyli bankier stosujący rezerwę cząstkową) ryzykował głową. Aż w końcu przestępstwo to zalegalizowano, bo jest ono po prostu zbyt opłacalne.

Wszyscy są równi wobec prawa – tako rzecze konstytucja RP. Czeków bez pokrycia wystawiać nie wolno chyba, że pragniesz udać się na dwa lata do sanatorium, tako rzecze prawo czekowe. Niektóre jednak zwierzęta są wobec prawa równiejsze i dlatego jako jedyne banki mogą produkować walutę z niczego. Efektem tego banki wystawiają czeki bez pokrycia, co w ich przypadku przestępstwem już nie jest. Uwielbiam prawników, którzy na zlecenie bankierów wymyślili i przez parlamenty całej planety “prawo” to przepchnęli. Mądrzy ludzie: z przestępstwa zrobili cnotę, bo banki przecież całkiem oficjalnie już są “too big to fail” i “system relevant”. No i trzeba je w potrzebie ratować naszymi długami (dzisiejszy dług państwa to nasze jutrzejsze podatki do zapłacenia), po tym jak nasze oszczędności już raz zostały przez system przepalone. Zatem aby ochronić się przed pożarem należy spalić chatę po raz drugi. Tako rzeczą politycy, a oni się na temacie znają, no nie?

Dlaczego ten przekręt w ogóle (przeważnie) działa? Na początku bankierzy czując już płynącą rynsztokiem własną krew stosowali lekką formę rezerwy cząstkowej, czyli mając sto złotych depozytu udzielali maksymalnie 90 złotych kredytu. To też nie jest do końca koszerne, bo wypływ 90 złotych z banku powinien skutkować zmniejszeniem salda klienta ze 100 na 10 złotych. Taka szczerość w księgowości jest nieznana, nie po to księgowość zresztą wymyślono: jak zareagowalibyście, gdyby magazynier stwierdził, że 90% Waszych oszczędności poszło w las, ale później “na pewno wróci”? Skąd on to może wiedzieć? Wy zanieśliście oszczędności do magazyniera, żeby tam kurzem obrastały a on puścił je dla swojego zysku w obieg? Na szafot z oszustem. W ówczesnych wspaniałych czasach banksterzy, którzy dali przyłapać się na kombinacji z księgowością (czytaj stan ksiąg był u nich w kantorku różny od stanu na magazynie) płacili za tą różnicę głową.

Tym niemniej banksterka nie stosowała wtedy lewara. Stosowano formę oszustwa księgowego, wmawiając klientom, że ich pieniądze (wtedy jeszcze w obiegu gospodarczym stosowano pieniądze) fizycznie leżą w skarbcu, kiedy w rzeczywistości pieniądze te pracowały poza bankiem na odsetki dla bankiera.

Dlaczego akurat tych ostatnich 10% ze skarbca nie wolno ruszać? Z czasem okazało się, że maksymalnie 10% złożonych w banku depozytów jest przez klientów wycofywana. Pozostałe 90% depozytów leżało i obrastało kurzem. Dlatego wcześniej niż później nudzący się bankierzy (bo ile można w okienku w nosie dłubać i z nudów nie oszaleć ?) doszli do wniosku, że mogą udzielić kredytów na kwotę dziesięciokrotnie wyższą niż depozyty zgromadzone we własnym skarbcu a i tak nikt się nie skapnie. Przyznacie bowiem sami, że odsetki od jednej stówy wyglądają blado w porównaniu do odsetek od dziesięciu stów.

Dlatego bankier przyjmuje wpłatę na konto, oferuje ciułaczowi dwa procent od 100 złotych rocznie i w tym samym czasie innemu klientowi oferuje kredyt w wysokości 1000 złotych na pięć procent rocznie. Bez tego lewara każde 100 złotych dawałoby bankierowi przychód w wysokości trzech złotych rocznie. Z lewarem przychód rośnie do 48 złotych rocznie z każdej stówy. Minus koszty działalności, minus działka dla polityków, minus dziwki, fury, kochanki i składka dla właścicieli tego biznesu. Ile by bankier nie wydał i tak zostaną mu krocie.

Okazuje się jednak, że nawet przebicie w wysokości 48% dla bankierów to za mało. Dlatego banki sprzedają udzielone kredyty na wolnym rynku, popakowane dla wygody w paczki. Kredytobiorcy myślą, że spłacają swoje kredyty do banku, w którym je zaciągnęli. W rzeczywistości raty przekierowywane są na konto pana inwestora, który kupił pakiet tysiąca bądź dziesięciu tysięcy takich samych kredytów.

ABS, czyli Asset-Backed Security to papier, który zawiera w sobie wiele podobnych kredytów. MBS to to samo, tyle że zawiera kredyty hipoteczne. Każdy kredyt można w większe paczki spakować, a paczkę obkleić ratingiem, przeważnie ocena wygląda tak: “to jest bardzo solidny MBS. Podpisano Arthur Andersen”. W fachowym żargonie stempluje się to naklejką “AAA” i puszcza do ludzi.

Taki papier można kupić czasami powyżej a czasami poniżej jego wyceny nominalnej, bo bank mocą monopolu na stosowanie rezerwy cząstkowej kredyty warte 1000 złotych wyczarował przecież z pojedynczej stówy. Zatem bank sprzedając MBS o wartości 1000 złotych nawet za 1000 złotych i tak będzie mocno do przodu.

Żeby to zrozumieć trzeba popatrzyć na tą transakcję oczami bankstera: bankster ma stówę depozytu od klienta w kasie i udzielony kredyt na tysiąc złotych. Zatem sprzedaje kredyt wraz z prawem do przyszłych odsetek od kredytu. Dostaje gotówką tysiąc złotych już dzisiaj pozbywając się tysiąca złotych niepewności z własnych ksiąg (spłaci klient kredyt czy nie?). Przebicie bankiera na tej jednej operacji wynosi zatem 900 złotych. Jego ryzyko maleje do zera, on jest 900 złotych do przodu w momencie sprzedaży MBSu czy innego ABSu. A dodatkowo bank ma wyczyszczone księgi z blokującego mu dalszy biznes pierwszego kredytu. Stary kredyt zniknął, można zatem udzielić nowego, ponownie tworząc nową walutę z niczego.

Z drugiej strony na transakcję patrząc kupujący MBS czy ABS inwestor kupuje kredyt o wartości 1000 złotych za 1000 złotych. Jego zyskiem są zatem odsetki od zapakowanych kredytów. Poczeka, a inwestycja mu się zwróci, dając w tym przykładzie pięćdziesiąt złotych odsetek po roku. Pięć procent to nie jest źle, prawda?

Po dokonaniu emisji “papierów wartościowych”, czyli przepakowanych kredytów bank odzyskuje zdolność do udzielenia nowego kredytu, w naszym przykładzie na następny tysiąc złotych, choć nadal zaledwie stówa leży w jego skarbcu. Plus skromny tysiąc złotych uzyskany ze sprzedaży pierwszego kredytu, ale to inna bajka. Stopa zwrotu z interesu wynosi zatem już nie marne 48% a … 900%

Twoja stówa ponownie zostaje zapędzona do roboty: posłuży jako zabezpieczenie następnego kredytu, który ponownie zostanie zapakowany w ABS, MBS i ponownie jako “zyskowny papier wartościowy” wypchnięty w naród. Tym razem ponowna sprzedaż może przynieść tylko 980 złotych, w końcu każdy rynek w końcu kiedyś towarem się zapcha. No to co? Nie wziąłbyś za 980 złotych papieru wartościowego o wartości nominalnej 1000 złotych, zapewniającego ci dwadzieścia złotych po roku plus 50 złotych odsetek ekstra?

ROI na poziomie 7% rocznie i nie wchodzisz? Nie? Naprawdę? Nie kłam, każdy by się tylko oblizał a potem to nawet i starą by zastawił, byle dorwać się do takiego wodopoju.

Ty zarobisz 7% w rok a bank zarobi na tej jednej operacji kolejne 880% z pożyczonego wcześniej kapitału (100 złotych), ale w tydzień. 900% plus 880% z jednej stówy. Dwie emisje z przepakowaniem dwóch kredytów wygenerowanych z zabezpieczenia w wysokości stu złotych dostarczają bankowi… 1780 złotych przychodu. Po roku sto dwa złote (wkład plus odsetki) bank oddaje ciułaczowi a sam zastanawia się, co zrobić z półtorem kafla. które dzięki niemu zarobił na czysto.

A mówimy tutaj o jednym depozycie w wysokości żałosnej stówy oraz zaledwie o dwóch kredytach. Oraz o zaledwie 10 krotnym lewarze, który w dzisiejszej bankowości uważany jest żałośnie mały. Gwiazdy współczesnej bankowości inwestycyjnej jadą o wiele bardziej po bandzie, bo w końcu pracują dla istotnych dla systemu firm i jakby co to podatnicy ich poratują. Zmniejszenie rezerwy kasowej w powyższym przykładzie z 10% do 5% daje podwojenie dochodów banku z dwóch pierwszych operacji: z 1780 złotych przychodu banku robi się nagle 3560 złotych.

To zaledwie dwa kredyty były, załóżmy, że bankier jest w stanie w pocie czoła sprzedawać jeden kredyt tygodniowo, a punktem wyjścia tego kredytu nie jest depozyt w wysokości 100 złotych lecz taki konkretny.

Nowe, tym razem bliższe realnym kwotom obliczenia: 10000 tysięcy złotych depozytu, na rok na dwa procent. Bank jedzie po bandzie i stosuje rezerwę cząstkową w wysokości 5%, w końcu jest “too big to fail”. Dwudziestokrotnie zalewarowane 10 tys zł daje 52 kredyty rocznie, każdy w wysokości 200 tysięcy złotych. Przychodem banku po sprzedaniu pakietu MBSu składającego się na 52 kredyty hipoteczne (po cenie nominalnej, odsetki zgarnia inwestor) jest zatem 190000*52 = 9 mln 880 tys złotych. W rok. Realnie patrząc: dziesięć baniek wykręconych z dziesięciu tysięcy, minus grosze celem wypłaty odsetek klientowi za pożyczone bankowi dziesięć tysięcy (śmieszne dwie stówy), minus koszty działalności, minus łapówki dla polityków, sędziów, prokuratorów i komendantów, minus podatki, minus obulus dla właścicieli systemu, czyli właścicieli banków centralnych. Z dziesięciu tysięcy osiem milionów na czysto. Legalnie.

Ujmując inaczej: bankier z jednego, używanego samochodu o wartości 10 tysięcy złotych jest w stanie w ciągu roku wyprodukować i opchnąć 52 kredyty na 52 mieszkania, po dwieście koła każdy. Po czym oddać rzęcha właścicielowi z powrotem, z odsetkami.

A teraz z ręką na sercu: kto z was potrafi przez rok średnio jedną operacją co tydzień wykręcić przebicie rzędu 80000% (słownie: osiemdziesiąt tysięcy procent) i to używając pożyczonego, obcego kapitału? Wy cieniasy, wy amatorzy, wy trampkarze. Ani handel bronią, ani kokainą, ani nawet topienie odpadów radioaktywnych w morzu nie daje takiej przebitki.

A to jeszcze nie koniec: ABS i MBS można ubezpieczyć, czyli przejąć na siebie ryzyko niewypłacalności dłużników. Za pomocą CDO, czyli “collateralized debt obligation”. To takie ubezpieczenie, które inwestorowi wypłaca odszkodowanie w przypadku gdyby jego ABSy i MBSy okazały się kupką śmieci.

Kto produkuje CDO? No jak to kto? Ten, kto udzielił pierwotnego kredytu, prawda? Przecież ten sam podmiot doskonale zna dłużnika, potrafi więc najlepiej określić ryzyko jego niewypłacalności, czyli cenę, za którą takie CDO można sprzedać. Takie CDO można nawet opchnąć symetrycznie, dwa razy: raz inwestorowi a raz spekulantowi, który swym zakupem założy się, że wypłata odszkodowania z polisy ubezpieczeniowej którą jest CDO nie zostanie zrealizowana, czyli że MBSy i ABSy zostaną przez dłużników jednak spłacone. Dwa razy opchnąć to samo, raz produkując zakład, że kredyt się wywróci a drugi raz, że jednak zostanie spłacony… Ocena ryzyka, która jest podstawą wyceny CDO, podlega tym samym zasadom, którym podlega ocena ryzyka podczas udzielania kredytu. Małe muppety (muppety to Wy, czyli klienci banków) podlegają  automatycznemu scoringowi w procesie ustalania ryzyka. Wrzucasz wniosek na maszynę, maszyna mieli i wypluwa scoring. Duże mappety podlegają ocenie ryzyka za pomocą Agencji Ratingowych. Dlatego najpierw produkujesz CDO “ten ABS nie ma prawa się wywrócić”, każesz podpisać tą ocenę np. Arthurowi Andersonowi i opychasz go inwestorowi zapakowanemu w ocenianą derywatę, po czym rozpuszczasz trochę plotek po rynku, produkujesz CDO podpisane “ten MBS może jednak się wywrócić”, każesz podpisać to Ernestowi i Młodemu i puszczasz ponownie na rynek, tym razem opychając ten zakład konkurentowi inwestora trzymającego pakiet MBSów. Całe piętra w biurowcach Londynu nie zajmują się niczym innym, ciągle tylko pakują kredyty w paczki, podpisują, rozsiewają dezinformację i pchają to gówno do mappetów, które to mapety konstruują z tego podstawę swojej przyszłej emerytury.
Uogólniając wypada stwierdzić, że zabawa w produkcję derywatów to już wyższa szkoła jazdy no i wielokrotnie większe premie. To jest prawdziwy miód w prawdziwym słoiku, dlatego dostęp do pasieki jest poważnie strzeżony, lepiej nawet niż kody do rakiet z głowicami jądrowymi.Generalnie zasada jest jedna: bank pozbywa się produkowanych długów oraz zakładów, które wyprodukował na te długi, tak szybko jak może. “Papiery wartościowe” rozpływają się po systemie finansowym całej planety i efektem tego w każdym okienku bankowym każdego banku znajdziecie tonę ulotek zachwalających Wam “gwarantowane, wysokie wzrosty z inwestycji przy zredukowanym ryzyku” a czasami nawet “ubezpieczone od ryzyka” produkty strukturyzowane. Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy, to jest bowiem prowizja moja.

Nikt poza garstką wtajemniczonych z wewnętrznego kręgu systemu nie wie, ile dokładnie tego śmiecia wyprodukowano, nikt nie wie kto trzyma to w swoim portfelu. Do czasu aż podstawa tych wielostopniowych konstrukcji się zawali, czyli do czasu aż dłużnicy przywaleni długiem przestaną go spłacać. Wiadomo, że nikt tak naprawdę nie chce tego wiedzieć. Z tego powodu FED już w 2006 roku przestał publikować dane o ilości derywat w obiegu, tak zwany M3. To nie znaczy, że FED tego nie wie – my mamy tego nie wiedzieć.

Ten system kredytu opartego o rezerwę cząstkową, kredytu produkującego papiery “wartościowe” bez wartości ale za to z najwyższą oceną solidności jaką można na rynku kupić można dowolnie komplikować dobudowując coraz to nowe warstwy.

Dokładnie tym i niczym innym zajmują się tłuste misie kontrolujące “bankowość inwestycyjną”. To lewar oparty o lewar, który opiera się o zalewarowany kredyt. A zyski są nielimitowane. Najsłodsze w tym całym interesie jest to, że wszystko to jest legalne, w przeciwieństwie do handlu koką czy topienia w morzu odpadów.

Cały ten system działa tak długo, jak długo klienci banków wierzą, że ich pieniądze leżą bezpiecznie w skarbcu. Niestety, w skarbcu znajduje się góra 10% wszystkich zobowiązań, owa rezerwa cząstkowa. Nawet ta rezerwa nie jest pewna: rezerwa ta może zostać zainwestowana w papiery wartościowe uważane przez “rynek” za pewne. Takie jak chociażby obligacje drukowane przez rządy.

I to jest prawdziwy powód, dla którego każda większa wypłata gotówki musi być z góry meldowana w banku. Bank nie ma gotówki i musi ściągać ją z centrali, od kolegów albo bezpośrednio z drukarni banknotów bankiem centralnym zwanej.

Czasami – rzadko ale jednak – klienci postanawiają wyciągnąć wszystkie swoje (jak im się wydaje) pieniądze i wyczyścić konta. To coś nazywa się bank run i wtedy zaczyna się dramat. Skoro waluta krąży, skoro każdy bank posiada (góra!) dziesięć procent tego, co jest swoim klientom winny, to bardzo szybko zasoby jego bankomatów wysychają a oddziały są zamykane. Rezerwa cząstkowa powoduje, że w wyścigu do gotówki kto pierwszy ten lepszy. Dlatego jest to klasyczny wyścig.

Policja opłacana z podatków wydawałoby się powinna przemocą otwierać pozamykane placówki bankowe, a jednak zamiast chronić majątek obywateli przed bankami w rzeczywistości chroni banki przed wyrazami szacunku nabitych w butelkę szanownych klientów.

Grecy w pół roku wyciągnęli ze swojego systemu bankowego 20 mld Euro w gotówce. Wyciągnęli by więcej, gdyby Europejskiemu Bankowi Centralnemu nie skończyła się cierpliwość. Bo ile w końcu można gotówkę samolotami do Aten wozić? Jaka jest jakość kredytów, które banki greckie chcą zastawić w EBC w zamian za kolejne samoloty pełne papieru? Czy naprawdę każde drzewko na plantacji oliwek warte jest 200 Euro, skoro na tyle wycenione zostało w umowie kredytowej? No właśnie. Wycena na papierze zderza się z wyceną oferowaną przez wolny rynek. A ile jest w stanie zapłacić za taką plantację sąsiad? Może po 50 centów od drzewka, jeśli EBC będzie miał szczęście.

Tak więc system rezerwy cząstkowej doprowadził do tego, że od dłuższego czasu grek ma prawo wyciągnąć bodajże 300 euro z banku na tydzień. System bankowy wprowadził w Grecji reglamentację gotówki, bo inaczej już dawno by upadł, a do tego dopuścić nie wolno.

Każda wyciągnięta stówa zmniejsza bowiem ilość kredytu. Bank musi ściągnąć z rynku kredyt w wysokości tysiąca złotych, aby utrzymać stosunek wkładów do kredytów bez zmian. Inaczej może zabraknąć gotówki w kasie. I to jest ten moment, w którym bankomaty przestają działać a kredytobiorcy dowiadują się z listów, że “z powodu zmiany sytuacji na rynku kredytowym” ich kredyt w całej niespłaconej wysokości ma zostać zwrócony do banku w terminie czternastu dni roboczych od daty doręczenia listu. Bo jak nie, to…

Czas na wnioski: zarówno w Grecji jak i na Cyprze banki są ważniejsze od obywateli i jakoś nikt nie proponuje zamykania bankierów za wystawianie czeków bez pokrycia. Zamiast tego Unia Europejska wprowadziła przepisy, na mocy których następny kryzys bankowy spowoduje wywłaszczenie klientów banków: “Wasze” salda na “Waszych” kontach zostaną zamienione na akcje banku, w którym z własnej głupoty złożyliście oszczędności. Te przepisy obowiązują już także w Polsce a w życie wprowadził je tak podobno sceptyczny wobec dyktatu z Brukseli rząd pani premier błogosławionej przez pana Prezesa. I nikt się jakoś o obronie depozytów klientów banków w Polsce nie zająknął, bo opozycja w parlamencie też głosowała “za”. Ustawa o “Bankowym Funduszu Gwarancyjnym, systemie gwarantowania depozytów oraz przymusowej restrukturyzacji” weszła w życie 10 czerwca 2016 roku.

Raz jeszcze, dużymi literami i na tłusto: ” … ORAZ PRZYMUSOWEJ RESTRUKTURYZACJI”. Żeby nie było, że nie zostaliście wcześniej ostrzeżeni.

I to jest bardzo dobry powód, żeby ponieść ryzyko zarówno względem starej jak i szkodników, zarówno względem sprzedawcy sejfów jak i sąsiadów. Dajcie pracownikom podwyżki a sobie do biura wstawcie sejf: ratujcie swoje oszczędności, wyciągajcie je z banków dopóki jest to jeszcze legalne i zamieniajcie gotówkę na cokolwiek co nie jest produktem systemu bankowego. A jak już papierki na cokolwiek innego zamieniacie, to nie chwalcie się tym.

Chyba że waszą przygodę z bankowością chcecie pewnego smutnego dnia zakończyć z plikiem akcji równie wartościowych jak akcje banku Lehman Brothers dzisiaj.

Szalom.