Podatkowy frontier

Zacząłem temat od realiów podatkowych – co realnie można pobrać. No to co jest, a nie to czego nie ma.

Biurwa może rozrastać się bez końca nawet bez bazy podatkowej – możemy żreć sorgo, które samo urośnie i biurwa może istnieć, jedni dzicy przy ognisku będą się nazywali urzędnikami, inni sędziami, będą dalej opodatkowywać pracujących, tyle że nikt nie będzie pracował. Można mieć nie tylko pół miliona ale i miliard przepisów i regulacji. Nie ma co sobie żałować – przy ognisku, jedząc sorgo wszystko można sobie wyobrażać – tylko nie ma z tego żadnego dobrobytu.

Konsekwencją bezcelowości pracy z powodu podatków jest angażowanie się w czynności substytuujące aktywność (rozrywkę – gry komputerowe) albo wygaszające potrzebę aktywności (narkotyki).

Tym razem zwrócę uwagę na to, co było pobierane (służebności), oraz na jakiej podstawie przy rozwoju produkcji ekspandowało nam państwo z 10 przykazań do ponad pół miliona aktów prawnych, oraz jaki wpływ będzie miała demografia na zmarginalizowanie systemów formalnych w całości.

Należność podatkowa to urojenie uroszczeniowe należymisiów. Czuby jakkolwiek mają taką fantazję, że masz im coś oddawać bo tak sobie postanowili (w takiej ’Ndrangheta czy innej Rzeczypospolitej zależnie od szyldu przyjętego przez lokalnych zbójów). Sprowadza się to jednak wyłącznie do kalkulacji co takiego możesz im zabrać i co takiego mogą Ci zrobić. Dlatego ograniczone unikanie ciężarów podatkowych jest racjonalną przewagą konkurencyjną względem bardziej obciążonych (nie czarujmy się – ciężko uciec od haraczu na pompie, a samochód nie jacht – na wiatr nie jeździ).

Niepodległość – w tym brak podległości prawom zbiorowości czy państwa – jest zdolnością do samodzielnego podejmowania wyborów. Sam brak tej zdolności czyni niewolnikiem, ograniczając paletę możliwości z jakich można skorzystać w czasie swojego krótkiego życia.

Czasy dawne

Stróża ciągle istnieje – ktoś zasila OSP.

Pierwszy z dawnych kwotowo ujmowanych podatków był pobierany z gospodoarki pierwotnej (upraw) w postaci „dziesięcin” i służył zaspokajaniu głodu przemysłu zbrojeniowego. Aż do czasów Napoleona był to, poza mytami i cłami (bottleneck taxes), jedyny funkcjonujący podatek dla branży potrzebnej państwu do istnienia (wyjaśniłem po skalach podatkowych w poprzednim tekście o podatkach dlaczego tylko zbrojeniówce to się kalkuluje). Otóż rewolucja we Francji była o to (ale do końca czasów Napoleona nie dało się tego wdrożyć, ponieważ zbrojenia dominowały), iż wszyscy chcieli się opodatkować na 70% i mieć zbyt gwarantowany przez państwo tak jak zbrojeniówka. Odtąd zaczęto wytwarzać zbędne alokacje, a te wymuszały fiskalizm. Obecnie mamy 35% wydatków „państwa” w sumie produkcji, czyli na całą alokację prywatną (nasze plany 65%) dokładamy jeszcze połowę z tego, co wytworzymy na błędne alokacje (nie nasze jakieś takie – ośmiorniczki, zegarki). Zamiast 40h w tygodniu nie wolelibyście pracować 25h i nie mieć państwa wcale? Albo powiedzmy zamiast 40h pracować 32 i niech sobie to państwo będzie na poziomie wydatków na wojsko i ośmiorniczki, a resztę zorganizujemy sobie sami poza państwem?

Jeden ekstra dzień wolny – to jest poważna propozycja polityczna.

Relikt podatkowy

Stróża, pańszczyzna. To dwa elementy charakteryzujące gospodarkę pierwotną przedczynszową. Ale jeśli komuś się wydaje, że ten relikt zanikł, to przypominam o powszechnym obowiązku służby wojskowej (do którego ja się nie poczuwałem i nie poczuwam, ponieważ żadne państwo nie jest moim – nie mam ojczyzny), który w jakiejś tam formie będzie wymuszony – jak nie przez „własne” państwo, to okupacją przez cudze.

Stróża i pańszczyzna to dwa podstawowe i jedyne sensowne podatki, jakie istnieją. To jedyne realne podatki, jakie można od populacji otrzymać. I jedyne, jakie populacja sama z siebie wykrzesze bez specjalnego obijania gruchy. Gdybym miał tworzyć system podatkowy, to z tej instytucji bym właśnie skorzystał. Co takiego byście chcieli mieć? A no to sobie to sami zróbicie 😀

I wtedy od razu widać czy to banda baranów, co zacznie dreptać w kółko, czy wyjdzie ktoś przed szereg i zapyta czy jak dadzą mi bakszysz, to jako jaśnie władca nie będę przeszkadzał. Zrobią sobie chodnik – fajnie, zrobią całe miasto tak – to i mi przed pałacem proszę kostkę w ramach bakszyszu położyć. Wyprodukują czołg – fajnie, wyprodukują kompanię – to i mi jeden proszę przed pałacem postawić – gwardyjskim się przyda. Tylko tyle będzie, ile wyprodukujemy – nie ma powodu, aby ludzi zmuszać do jakiejś aktywności aby realizować jakieś „misje polityczne” czy „sektory strategiczne” – wystarczy się od nich odczepić i sami zrealizują sobie sieć teleinformatyczną, rozkład dyliżansów i obronę terytorium od ognia, wody i pana chciwego.

Nic więcej się od ludzi nie uzyska i bez sensu jest się kopać z koniem. Bo ludzie kopią – ta powszechna nędza, jaką wkoło widzimy, to próba wdrożenia podatków pasującym firmom zbrojeniowym zależnym ze wzajemnością od państwa we wszystkie branże, bo i one chciałyby być zależne z wzajemnością od państwa. Ale bądźmy przytomni – edukacja i służba zdrowia jest państwu może i przydatna, ale ani tu musu, ani wzajemności nie będzie. Nie będzie też w promowaniu wirusów informacyjnych jak gender, a niektóre rzeczy – jak systemy emerytalne – są wręcz państwu wrogie, gdyż dewastują rozwój zasobu biologicznego pozorując ujęcie stresora braku zstępności.

Podatki obecne

Podatek inflacyjny sugeruje, iż istnieją opłaty od usług państwa (utrzymanie waluty zamiast pieniądza), które są powszechnie potrzebne. Tak jak w gospodarce agrarnej istniały dziesięciny, gdyż gospodarka była zasilana głodem, tak w gospodarce czynszowej rezerwa częściowa zaspokaja głód kredytowy. Ponieważ obecnie kapitał jest tak tani, że darmowy, a nawet dopłacają (ujemne oprocentowanie), to przestaje być dług jakimkolwiek narzędziem kontroli alokacji. Głód konsumpcji jednak powoduje, że przedmioty materialne (produkty) stają się tym narzędziem bezpośrednio (a nie ich spłacanie). Dlatego banki centralne skupują przemysł (akcje), aby zająć kontrolną pozycję w nowym systemie, jaki się powoli wyłoni ze starego (opartego na długu). Kto będzie w tym systemie przy produkcji dóbr – ten będzie przy korycie. Kto zostanie w dziale rozliczeń i finansów – ten będzie robił laskę za produkty. W takim kontekście podatek obrotowy czy w ogóle podatek czynszowy staje się bezprzedmiotowy.

Funkcją podatku jest to, iż lenie, które nic nie robią (administrują czymś publicznym – zapewne domem publicznym) chcą, abyś za każdym razem wykonując jakąś pracę wykonał jeszcze jakąś dla nich. 70% podatki oznaczają, że jak popracujesz 3 dni, żeby coś dla siebie zrobić, to musisz jeszcze siedem ekstra pozasuwać na leni w togach i za biurkami. Oczywiście należy podatków unikać, a leni jakbyś zobaczył na pasach, to nie krępuj się czerwonym światłem i dziećmi – ta zaraza dziedziczy stanowiska.

Istnieje też ukryty podatek, jaki zapłaciły poprzednie pokolenia pomiędzy końcem XIX wieku aż do czasów dzisiejszych. Nie ujawniono jednak jeszcze, że ten podatek został zapłacony. Ale do ujawnienia dojdzie, gdy rozliczymy ile towarów i usług odmawiali sobie (ponieważ ich nie wytwarzali ówcześnie) pracujący w zamian za przyobiecanie im tę liczbę towarów i usług na przyszłość (na emerytury) z takimi odsetkami, jakich sami nie wytwarzali.

Ponieważ stopy zwrotu oferowane (obiecanki cacanki) przez system emerytalny były korzystniejsze niż stopy zwrotu oferowane przez pracę niewolników (potomstwa), to ludzie poświęcili swoje moce (i swoje i swoich samic) na wytężoną pracę (industrializacja, mechanizacja rolnictwa, eksport nadwyżek) w zamian za obietnice raju w przyszłości.

W raju jednak okazało się być dość pusto – te moce, które ujęto z prokreacji na korzyść zmechanizowanego rolnictwa, industrializacji i później absurdu gospodarki opartej o usługi (wszyscy na służbę do pana – do robienia laski za darmo), nie zostały spłacone w rozsądnej proporcji na starość, gdyż dzieci pracujące w tych zindustrializowanych fabrykach i zmechanizowanym rolnictwie też chciały coś dla siebie, a nadwyżek nie zostało zbyt wiele dla starców.

W gospodarce wytwarzającej 100 (z pożyczonej stówki) przyobiecano wypłatę 100 za 40 lat, a na razie żyjcie sobie za 20 przy czym po 40 latach i procencie składanym normalnego wzrostu gospodarczego daje jakieś 325 przy czym 100 dla dziadków, 100 na bijące serce partii (bo przecież to wszystko partii), 100 poszło na spłatę poprzednich długów (i 100 zostało do spłacenia), a dzieciom zostało 25 (rodzice mieli 20 więc niby lepiej dzieci mają), ale z aspiracjami do całej stówy i już bez zamiaru, żeby tak zasuwać jak poprzednie pokolenie – ileż można zaciskać pasa? No i ta niepokojąca stówka długu, co się pojawiła w rozliczeniu – czy ona jest wieczna? A jeszcze nie rozliczyliśmy, że coś rozkradziono – na razie waste mamy w aparacie dozoru.

Zwracam też uwagę na niepokojący rozrost biurwy przy takim rozroście biznesu (kapitalizmu państwowego, czyli komunizmu). W kolejnym cyklu biurwa nie pracuje (spadem wzrostu o 1/3), czyli dostaniemy 220 od sta, i znowu stówka dla obecnych dziadków, stówka dla biurwy (i ze 60 jeszcze się należy, bo przecież gospodarka się rozrosła), stówkę mieliśmy do spłacenia, ale pożyczyliśmy nową stówkę, więc dwie stówki, i mamy dwie stówki długu (bo odsetki), no i wnuki chcą żyć lepiej niż rodzice i dziadki, to niech mają po 30 zamiast 25 czy 20. Jak widzicie mamy 490 do wydania, 200 do zapłacenia, 220 na stole i jakieś 200 w niekapitalizowalnym majątku. I tak działa biurwokratyzm, czy on jest kapitalistyczny, czy socjalistyczny – nie ma jakiegokolwiek znaczenia, problemem jest rozrost administracji  (co dokładniej wyjaśnię w powstawaniu kul śnieżnych w tekście dlaczego firmy muszą bankrutować).

Na koniec pierwszego cyklu biurokratycznego (pierwsze pokolenie) mamy 100 w środkach produkcji (jak nie rozkradliśmy), 100 w zobowiązaniach zewnętrznych, 100 w wewnętrznych, 25 zjedzone. Na koniec drugiego cyklu mamy 200 w środkach produkcji (chroń nas panie od złodzieji), 200 w zobowiązaniach zewnętrznych, 100 w zobowiązaniach wewnętrznych, 30 przejedliśmy i 270 które trzeba wyczarować, żeby się spiął budżet. Wiecie, który parametr trzeba obniżyć, aby wszystko się spinało? Czyli żeby w pierwszym cyklu być spłaconym, ale pożyczyć stówkę na drugi, a w drugim zrobić to samo? I wiecie, że to nic nie da? Każde kolejne pokolenie przy stagnacji demograficznej będzie żyło biedniej? Wiecie, że trzeba nie tylko zlikwidować biurwę (na początek zabić wszystkich prawników z rodzinami), ale też ograniczyć maksymalną długość życia po zakończeniu aktywności zawodowej? Trzeba to zrobić, albo jakimś magicznym sposobem podnieść przeciętny wzrost gospodarczy, jaki mamy od początku świata. Napaść sąsiadów (i zabrać im wzrost), albo znaleźć inne zasilanie w niewolników.

Oczywiście już w tych liczbach, przy parametrach jakie są rzeczywiste widzicie wyjście – trzeba obniżyć oczekiwania i powoli, procentem składanym w skali pokoleń, a nie w skali lat powolutku sobie wytworzyć nadwyżkę. Czyli nie zadłużać się. Tak powstają gospodarki. Taka metoda pozwala uzyskać wzrost na poziomie 25-28% na pokolenie. Na pokolenie podkreślam – nie roczny. Oznacza to, że nie wolno prowadzić wojen, trzeba pracować, starych domów nie burzyć, starych samochodów nie złomować, rzeczy produkować trwałe i trudne do zużycia, a te naprawiać i utrzymać w ruchu tak długo, jak się da. I wtedy, powoli, z pokolenia na pokolenie można się rozwijać i bogacić.

Ale rozdmuchany konsumpcjonizm to fałszywa wiara w to, że można zaklęciami uzyskać co innego. Owszem można – biedę, marazm i odpisy. Ale obiecać można wszystko. Obietnice od obietnic i coraz więcej obiecanek.

Jak sami widzicie z tych wyliczeń opartych o BRAK kradzieży, BRAK konfliktów, BRAK biurwy, BRAK chorych i cudowny spokój społeczny, że maksymalny podatek, jaki da się nałożyć, to 25% na pokolenie – czyli dekada z życia każdego człowieka poświęcona na podtrzymanie wspólnoty całkowicie zabije rozwój.

Zastanówcie się więc jaki może być waste, kiedy każdy z tych braków jednak otrzyma wartość liczbową. Zastanówcie się, czy podatki mogą w rzeczywistości być wyższe niż pół procenta przychodów. I czy obecne oczekiwania państw są matematycznie spójne – a jeśli nie są – to dla kogoś braknie krzesła – firmy muszą bankrutować, konsumenci ogłaszać upadłość, waluty upadać, państwa walić się w gruzy i dalej nic to nie da. Biurwa jest nienażarta.

Wojna o przyszłość

Jest też pewien paradoks braku wzrostu wydajności produkcji (wzrostu intensywnego, który przeceniono), jaki być może doprowadzi nas do rewizji koncepcji państwa jako takiego, ograniczenia rozmiarów i zasięgu struktur państwowych i bloków kontynentalnych oraz poważnego przeczesania biurwy. To prosta sprawa, że wzrost był zasilany ekstensywnie przez pchanie coraz większej liczby ludzi z gospodarki agrarnej do industrialnej. Teraz będzie trzeba przepchać do industrialnej biurwę i zagonić do pracy. Inaczej nie będzie nas stać na utrzymanie takiej biurwy – to pętla. Być może w ogóle bez racjonalnego wyjścia, ponieważ wzrost, jakkolwiek płynny w naszych czasach, był skokowy kilkoma rewolucjami. A do takiej rewolucji konieczna jest akumulacja wiedzy i zasobów. Być może do kolejnego przełomu potrzebujemy nieco dłużej popracować.

Czym w ogóle jest konsekwencja demograficzna ujemnych stóp procentowych? Jak będzie wyglądała gospodarka, gdzie kapitał jest za darmo (każdy ma środki produkcji, no prawie każdy), a nie może znaleźć na ten kapitał chętnych do pracy tymi maszynami (bo każdy ma swoje środki produkcji i ludzi jest mało). To są rzeczy, z jakimi jeszcze się nie spotkaliśmy. Na razie podjęto próby destrukcji kapitału (dopłaty, złomowanie dobrych samochodów i sprzedaż nowych, wojna o żarówki, skrócona żywotność urządzeń) – nic nie pomogło.

Konsekwencją starzejącej się populacji jest coraz wyższy koszt jej serwisowania. Coraz więcej coraz trudniejszych w syntezie leków, coraz częstsze opuszczanie roboczogodzin z powodu niezdolności do pracy, coraz wyższe koszty napraw powypadkowych. „Czyż nie dobija się koni?”

Zapewne nie uda nam się uzyskać porozumienia z należymisiami, tak jak nie zdołały porozumienia z elitami USA uzyskać elity japońskie. Pozostaje więc wyrąbać sobie swoje stanowisko mieczem. Co takiego może zrobić Wam biurwa, a co takiego możecie Wy zrobić biurwie? Być może ich zignorować? To zazwyczaj wystarczy do ocalenia części wartości. A resztę zasobów warto zniszczyć, tak aby biurwa nic nie przejęła. To co oni mają pozapisywane, że im się należy, to tym się zapłacić nie da 🙂

Nasza koncepcja alokacji rezultatów rozwoju jest błędna. Mamy zbyt wysokie oczekiwania zwrotów, zbyt rozdmuchaną konsumpcję i mylimy konsumpcję z inwestycjami. Emerytury to odroczona konsumpcja z opłatą (bardzo wysoką) za to odroczenie (konserwowanie produktów, podtrzymanie egzekucji roszczeń), a nie żadne inwestycje – to chaos językowy. Wypłaty dla biurwy to nie zarobki – to waste. Obniżanie dzietności to nie są zmiany kulturowe – to redukcja własnych zobowiązań wobec samego siebie poprzez likwidację środka przenoszącego wartość usług w przyszłość (to dzieci przenoszą usługi w przyszłość).

Oczywiście możemy sobie naobiecywać co chcemy. Co takiego chcecie, to politycy Wam obiecają. Ma padać manna z nieba? Będzie padać! Ma się morze rozstąpić? Rozstąpi!

Nikt Wam tyle nie da, ile można obiecać 🙂

Konsolidacja aż po dezintegrację

Sytuacja rozliczeniowa (płynności i zaufanie) organizmów o wysokiej konsolidacji (suwak kolektywizm-zamordyzm) jest faktycznie tym gorsza, im bardziej popierany zamordyzmem (przemocą państwa zazwyczaj) kolektywizm (automotywacje) drenuje zasoby rozdmuchując rozległość środków rozliczeniowych.

Rozdmuchiwanie środków rozliczeniowych powoduje olbrzymie przepływy dóbr i usług (czyli daje pozór dobrobytu), ale w kierunku całkowicie niepraktycznych alokacji (przymusowych i fałszywie zmotywowanych). To nie alokacje (jakkolwiek idiotyczne bądź praktyczne by się wydawały) są celem, a uszczknięcie z wolumenów przepływów. Właśnie dlatego pasożytowanie na gospodarce kolektywno zamordystycznej (takiej jak polska, szwedzka, niemiecka) jest bardzo korzystne, ale uniemożliwia tezauryzację (w każdy możliwy sposób odcinając zdolność tezauryzacji w środku produkcji, ziemi, ludziach czy towarze).

Od strony praktycznej taka operacja rozdmuchania rozległości środków rozliczeniowych (quantitive easing) polega na dołączaniu coraz to kolejnych płacideł zastępczych o rozliczeniu odroczonym. Ponieważ teraz to ci nie możemy zapłacić towarem, ale możemy ci ten towar przyobiecać w przyszłości. Jaki towar? A jaki będziesz chciał, powiedzy dasz nam towaru za dolara, a my Ci przyobiecamy z dolar dwadzieścia w 5 lat?

No i gra i koliduje – powstaje płacidło – waluta. Na początek aby wszyscy zrozumieli, że pracować trzeba i żeby waluta miała pokrycie to „delikatnie” wspiera się ją przemocą państwa, później nakłada w tym podatki przechwytujące ułamek rozliczeń, wymyśla parametr zliczający sumę wydatków (PKB), a następnie próbuje pompować ten abstrakcyjny parametr (nic nie mówiący o rzeczywistości), aby odessać część płacideł z nadzieją, że da się za to kupić towary i usługi niby potrzebne do rządzenia (togi, karabiny, lochy, zegarki, ośmiorniczki).

Ponieważ za podrabianie płacidła idzie się do lochu, a za używanie płacidła jest podatek, to rozsądnym następstwem jest, że każda grupa trzymająca władzę choćby za jedną nogę wymyśli sobie własną należność, składkę, podatek, aby podłączyć się do rozdmuchanego obrotu. I mamy takie – abonament radio/tv, psl ma krus, kto inny zus, duża banksterka ma rezerwy obowiązkowe, mała banksterka ma powszechny przymus korzystania z kont bankowych i udział w emisji kredytu. W ten sposób każda grupa trzymająca się władzy bierze udział albo w emisji waluty (rozwadnianiu), albo w opodatkowaniu transferów, albo w opodatkowaniu stanu majątkowego (gminy – podatek od nieruchomości w kosmicznej, katastralno katastrofalnej wysokości wywłaszczającej), albo w kombinacji tych czynników (tu przodują banki komercyjne – mała banksterka).

Skoro duzi mogą to i mali mogą. Najpraktyczniej jest wystawić weksel – tam jasno jest napisane co kto komu i kiedy w czym rozliczy, a kto i czym żyruje. Ale wiem – weksle niemodne, ode mnie to pewnie byście nawet weksla za puszkę coli nie wzięli, wolelibyście bez ceregieli dać mi się napić i żebym sobie poszedł w diabły.

Ale nie wobec każdego jesteście tacy podejrzeliwi. Szczególnie jak wielu w stadzie żywi urojenie (przekonanie), iż czymś się będą wymieniać bez końca (spodziewanego bądź nie). Na przykład w BTC uwierzyło wielu i to nawet działa – przynajmniej tak długo, póki przybywa tam kapitału i ktoś wymienia za to towary, usługi, albo inne kwity biorące (płynność) towary i usługi. W ZUS wielu wierzy (musi – kto nie wierzy, konfiskata i do lochu) – co pokolenie to bardziej zdziwieni widząc ile towarów i usług mogą za to kupić.

Z tym, że każdy kolejny kwit, dokument, zapis, blockchain – call it yourself – jest warstwą rolowania na przyszłość zobowiązania za JUŻ PRZEKAZANY towar i JUŻ WYKONANĄ usługę. A w przyszłości w najlepszym przypadku będzie trzeba to puścić po niecałego sta centów od dolara, a w najgorszym pokreślić na czerwono.

Skonsolidowanie wszystkich takich istniejących zobowiązań (aż po derywaty) i przyłożenie ich do istniejących dóbr oraz usług, które możliwe są do wykonania w skończonym czasie, przy obecnych piramidach demograficznych prowadzi do dezintegracji systemu rozliczeń, ponieważ ci, co dysponują prawem ciągnienia towarów i usług, nie zgodzą się na tak drastyczne przeceny (w kalibrach cztery centy za dolara), a ci, co dysponują zdolnością wykonania usług na istniejących towarach (kohorty 15-55), nie zgodzą się wykonać takiej ilości operacji wykonując IOU, aby je sobie wrzucić do pieca po wykonaniu.

Znacie ten obrazek:

Całkowita suma zobowiązań na planecie wynosi 2*10^15 – znaczy jakieś wielkie mnóstwo. Tymczasem całkowita roczna produkcja planety wyceniana jest na 8 *10^13. Z tego wynika proporcja roczna rozliczenia zobowiązań do tego co jest w dobrach i usługach w szerokim cyklu gospodarczym (rocznym, wegetacyjnym) na poziomie 2/8 * 10^2, co daje nam 1:25 czyli cztery centy za dolara. Optymistycznie – to da się jeszcze wyobrazić. Tylko idź do sklepu, pomnóż sobie wszystkie ceny *25 i zastanów się co kupisz. Albo idź na pompę, zatankuj samochód i pomnóż wynik *25. Boli?

No – zawsze możemy rozliczyć się na raty, coś zrolować, coś obiecać na później. No i tak robimy – z tego wynikają coraz to kolejne fale odpisów na funduszach emerytalnych, dopisy na zobowiązaniach studenckich z lat sześćdziesiątych (akurat emeryci je spłacą, jak oni sami już z zobowiązań korzystają) i w rezultacie wychodzi, że całe życie niby trzeba będzie spędzać na kredyt, ale ta proporcja (1:25) wcale od tego nie maleje – ona wyłącznie rośnie.

Masz „oszczędności” w jakiejś walucie? A umówimy się tak, że wyrzucasz je do kosza i zapominasz ile włożyłeś wysiłku, aby ci nimi zapłacono? No to tak się skończy ta zabawa w dmuchanie QE. Oczywiście w procesie będzie gorąco, konfiskaty wszystkiego wszystkim, konfiskaty ziemi, po tym proporcja będzie przez chwilę opisywana przez wszystkie liczby rzeczywiste na raz (1:0 – każda liczba spełnia warunek, rzecz w tym, że każda na raz), po czym zadekretujemy nowe waluty, na początek 1:1 bazujące na stanie posiadania, a potem znowu sobie naobiecujemy. I tu pozostaje kwestia kto i w czym przeniesie JAKĄKOLWIEK wartość, aby nie zaczynać jako gołodupiec, niewolnik na tym samym poziomie co reszta?

In gold we trust? In guns we trust?

Termodynamika jest bezwzględna

To co konsumujemy, to co produkujemy i to co marnujemy musi się bilansować. Czego nie skonsumujemy, a co wyprodukowaliśmy – musi się zmarnować (keynesizm ma wielkie oczy), a czego nie wyprodukowaliśmy – nie da się skonsumować. Ten prosty fakt powoduje, że z braku jakichś ufoków, które nam ze swojej pracy pożyczą wszelkie pożyczki, deficyty, kredyty udzielamy sobie sami ze swojej pracy. Z niczyjej innej.

Niezależnie od tego ile zgromadzimy w skarbcu złota, w przypadku wojennej potrzeby tylko sobie samym możemy nim wynagrodzić wojenne trudy. Co sprowadza nas od razu do początku tekstu i reliktów – stróża i pańszczyzna – żebyśmy nie wiem co wymyślili, to na końcu sami musimy tyrać, sami wojować, albo oddać zajmowane miejsce tym co wojują i lepiej produkują. To nie dopisywanie waluty wytwarza amerykańskie lotniskowce. To amerykański przemysł wytwarzał takie środki bojowe i amerykańskie społeczeństwo tak szafowało życiem swoim własnym (wypychając naiwnych do okopów oczywiście – konkurencja wewnątrz grupy), że mogło sobie przymuszać obcych, aby „po dobroci” przyjmowali rozdmuchane papierki w zamian za swoje produkty. I dzięki tej potędze mogli później odmówić wykonywania obligacji względem Saudów.

Nikt nie przyjdzie za nas czegokolwiek zrobić, jeśli go do tego nie przymusimy przemocą bądź nie zwiedziemy fortelem. Wytwórcy waluty zwodzą nas, że to pieniądze, należymisie próbują zagrabić część przepływów podatkami narzucanymi na transfery i kontrolą, my próbujemy unikać należymisiów jak możemy prawem i lewem, a te nikczemne waluty wymieniać nawet i po 50cent za dolara na prawdziwe pieniądze, których nie powstydziłby się nawet władca Uruk, a których sensu nie rozumie żaden Enkidu czy inny włochaty leming.

Dodrukować kiełbasy jednak nie sposób i nie możemy się nawet wirtualnie umówić, że jest jej więcej, ponieważ lodówka prawdę nam powie, gdy zastaniemy w spiżarce jedynie światło.

Jednak do termodynamiki dodajemy marzeń i zaufania – rolując tak jak powyżej coraz więcej zaufania owiniętego w coraz mniej materialnej alokacji i wykonanych usług. Z każdym kryzysem (celowym lub nie) w obszarze działań homo sapiens oczekuje się zapłaty w przecenionej infrastrukturze w celu uregulowania zobowiązań. Ponieważ wszystkich uroszczeń uregulować nie sposób, to oddaje się coś z magazynu, coś z infrastruktury i przyobiecuje (roluje resztę), że w przyszłości będzie więcej. Bo inaczej trzeba robić odpis, a odpis tłumaczy się dużo trudniej niż bajki zawinięte w obiecanki. Te bajki lepiej wyglądają w księgach niż czarne storno, albo Boże Choń Króla! czerwone.

Dlatego państwa kupują złoto, hałdy węgla, ryby, sól, masło, mąkę, wieprzowinę, czołgi, pały, tarcze, gaz łzawiący i drut kolczasty. Na wypadek gdyby się trzeba było czymś rozliczyć i powywłaszczać. Coś tam się dołoży ze skarbca, coś z hałdy, ludziom pozabiera co da się zabrać i nałoży na nich podatki przyobiecując, że coś tam z tego kiedyś będzie. A gdyby brakło w skarbcu, brakło na hałdach i przypadkiem ludzie by się nie mnożyli, żeby pracować, to pozostaje wierzycielom na czerwono zapisać te cyfry co by chcieli z minusem. Ale to ostateczność, na czerwono po lewej zapisujemy tylko i wyłącznie wtedy, kiedy wszystko już zrabowane i nie ma nikogo żywego.

Boże Chroń Państwo, gdy lemingi postawią w wymagania emerytury, na jakie wpłacali składki. Gdy dowiedzą się, że z powodu dzietności 1,3 dostaną 13/20^liczba_pokoleń wpłaconych składek -koszty obsługi, a nie żadne +renta kapitałowa.

Przytomnie należy olać składki i dać sobie spokój z emeryturami. W przyszłości kapitał będzie podążał tam, gdzie są jakiekolwiek zasoby biologiczne w 20 letniej kohorcie. JAKIEKOLWIEK! Nie że wykształcone, białe, chrześcijańskie, pracowite – takiego luksusu wyboru nie będzie. Kapitał już jest za bezdurno. To prawo do zasobu biologicznego – prawo do wykorzystania niewolnika/podatnika/obywatela będzie warunkowało desant kapitału.

Odrobina mięsa – dlaczego złotówka rośnie

Zapewne po przeczytaniu tych dwóch tekstów o podatkach przychodzi Wam do głowy (albo zapewne macie świadomość istnienia takiego zjawiska i świetnie się w nim orientujecie), że ze względu na tę pogoń podatkową za króliczkiem przepływu i unikach stosowanych przez króliczki rzeczywistej gospodarki, kierujące się lotem niebieskich ptaków, gdzieś muszą być wyceniane zmienności podatkowe. Gdzieś musi być giełda. Gdzieś muszą być wyceny tego i musi być rynek, a z tego rynku można by wyczytać gdzie, jak i po co lokować się ze środkami. I ten rynek jest.

Przedsięwzięcia oferujące zakup spółek czy rozliczeń podatkowych, czy odliczeń, czy umorzeń (tak, są takie oferty), swapów, i całej tej infrastruktury, jaka zapewnia pianę na pyskach biurwy, zyskowność korpo i nerwowość normalnych przedsiębiorców „że tak się da”, oferują te wszelkie wehikuły w jakichś cenach. I zestawienie tych cen daje nam jakiś pogląd na temat przydatności danych wehikułów w wybranych krajach.

Otóż spółki w Polsce są najdroższymi i najbardziej przydatnymi (za kaczystów) wehikułami, jakie się sprzedają w naszej okolicy (Europa Wschodnia i Afryka). Popukacie się w głowę z punktu widzenia prowadzących biznes w Polsce postPolaków, że ktoś musiałby na głowę upaść, żeby sobie z takiego UK, Szwecji czy Łotwy zakładać zoo w Polsce do unikania podatków. Przecież biurwa, kontrole, aj waj!

A jednak. Mimo tego że dla nas, mających jakieś tam obycie z Generalną Gubernią, otwarcie spółki we własnym języku, mimo że czasochłonne, jest tanie, ponieważ mamy większy dostęp do konkurencji na miejscu, to dla obcych są to ceny w granicach 1350eur w porównaniu do 750eur w Rydze. W tym w Polsce w ogóle nie trzeba się pojawiać, aby zoo posiadać. To wielka zaleta i oszczędność.

Jakież zalety ma więc spółka w Polsce nad inną? Ano taką, że ze względu na rozwiązania podatkowe dormant (spółka nieaktywna) gromadząca majątek (wchodząca w posiadanie praw ciągnienia na innych podmiotach) nie płaci podatków, ewentualnie jakieś tam za obsługę, które w porównaniu z kosztami w innych krajach są śmiesznie niskie (leming w Polsce tani). Taka spółka przykleja w innych krajach oznaczenia formalne na stanach magazynowych „to moje”, a zbywana jest razem ze stanem księgi, co powoduje, że udziały choćby rozliczone po cenach nominalnych wynikłych z kapitału zakładowego (a czemu nie? przecież to ładnie się w kwitach spina) przenoszą o wiele więcej ukrytej płynności leżącej poza zasięgiem biurwy, w obcych krajach, na paletach z kartką, którą w razie jakiejś akcji można zerwać i przylepić inną z Seszeli.

Z zaistnienia takich spółek tezauryzacyjnych (zawierających obce QE), w wyniku łagodnego systemu podatkowego względem takich operacji (Polska to w tym kontekście raj podatkowy) dochodzi do formalnego napływu walut i zapotrzebowania na PLN. Choć same walory wcale nie trafiają do Polski, to traktowanie tego jako nieosiągalnej (ze względu na zdemolowany korelator) informacyjnie lokacji dla własnych urzędów sprawia, iż polskie spółki i ich rozdmuchane kapitały generują w fazie powstania przepływy, te zapotrzebowanie na walutę, a to aprecjację PLN. W rezultacie – wracamy do przepływów – wysysana jest wartość materialna, praca i zasoby biologiczne przy pozorach tezauryzacyjnego dobrobytu (wzrosła płynność – rozliczenia są korzystniejsze), który pryśnie przy umorzeniach tego subskrybowanego przecież kapitału, kiedy trzeba go będzie zamienić na coś, czego w Polsce nie ma.

Oczywiście taki punkt widzenia polskich spółek dotyczy rezydentów zewnętrznych, dla tych co mieszkają w Polsce sprawa nie jest tak różowa. Jest ciekawostką ornitologiczną, iż najkorzystniej jest mieszkać w kraju, gdzie działalności się nie prowadzi. A jeśli mieszkać się nie da, to przynajmniej gromadzić zasoby w kraju, z którym własny biznes nie ma nic wspólnego. Co zresztą najczęściej przedsiębiorcom doradzam, a tych boli, że wygenerowanie takiego przepływu będzie kosztowało jakieś wziątki, jeśli już nawet nie dla biurwy, to dla tych co tego dopilnują. Bo strażników trzeba pilnować, ale można ich też przekupić.


Stryjeczny przyjaciel wujka babki sąsiada właśnie otrzymał poprawiające humor zaświadczenie o przywróceniu koszerności. Ban na prowadzenie działalności w jednej z jurysdykcji minął. Tak się ucieszył, że aż kupił tam spółkę, a co tam, kupił na zapas dwie – jak się bawić to się bawić. A niebawem koniunktura się przydusi, rządziki zaczną oferować odwrócone opodatkowanie (dochód gwarantowany dla cwaniaków), aby wpompować nieco płynności w zamian za gruszki na wierzbie, i właśnie po to te firmy krzaki przypominające firmy wierzby.

Jeśli chcesz zwrócić uwagę na literówkę lub błąd techniczny, zapraszamy do formularza kontaktowego.

  • Eltor

    Po rozmowie z kilkoma młodymi ekonomistami (z wykształcenia), stwierdzam, że połowy z tego, o czym piszesz by nie zrozumieli. Ale to mało istotne. To, co mnie trafiło to fakt, że ci ludzie, absolwenci „ekonomii”, po zmianie paradygmatu na jakim działa system monetarny, stracą całkowicie framework pojęciowy jaki zafundowano im w toku kształcenia.

    • 3r3

      To się ich puści po cztery centy za dolara i pójdą na zmywak.

      Mnie to wszystko jedno jaki będzie ustrój, oczywiście wolałbym taki, żeby wszyscy byli bogaci, bo wtedy nie będę musiał roweru wiązać łańcuchem tylko kulturalnie będzie można rzucić na trawnik i znaleźć rano. No ale jak takiego ustroju nie będzie, to i tak znajdę sobie niszę.

      #Arcadio popełnił dobrą propagandę:
      http://www.bogaty.men/droga-do-bogactwa-narodu-cz-i/

      Co prawda wciska naiwnym, że jak się wszyscy zbierzemy w kupę i będziemy zasuwać pod dyktando generała to będzie nam wszystkim dobrze. Dobrze będzie, tylko nie wszystkim, ale jakby tak miało być to też trzeba się jakoś odnaleźć w zarządzaniu tym co inni wytworzą – nadawałbym się na etatystę 🙂

    • 3r3

      Banknoty norweskie może wpłacić na konto w tavexie, albo u nich wymienić. Tavex prowadzi usługi parabankowe.

      • Eltor

        Dzięki! To informacja, która na przyszłość będzie bardzo przydatna. Wiesz może czy owe usługi rozciągają się na usługi transgraniczne?

        • 3r3

          Oczywiście 🙂
          Idź do tavexu i podyskutuj o usługach VIP. Mają niezwykle interesującą ofertę, co prawda ciasną do wyłącznie swoich biur, a tych mają ledwo kilka, ale zapewniają transfery gotówki za niewielką opłatą, a nawet konta rozliczeniowe w metalach (dla jubilerów OCZYWIŚCIE^^). Ja przypominam że to porządna, arabska firma.

          Oczywiście takich firm jest więcej tylko lepiej poukrywane. Operują głównie na bankach pribałtyki – jest wygodniej i bez głupich pytań. Więc jak Kaczor i Morawiecki z Ziobrem do spółki z resztą EU coś tam knują, że nam będą konta kontrolować, blokować i w ogóle w kulki pogrywać to pozostaje uśmiechnąć się do świstaka co vat zawija w sreberko 🙂

          • splinter

            Brakuje mi w tym wszystkim kropki nad i. Autor ma ogromną wiedzę, i co ważne, praktyczną. Do czego jednak to wszystko zmierza. Czy do zaszczepienia w ludziach pewnych idei, czy są już zaczątki jakiejś organizacji (vide inne artykuły)? Ja jestem tylko małym żuczkiem, który robi swoje małożuczkowe rzeczy i na razie kręci się w kółko. Nie ten level na razie. Pytam tylko.

            • 3r3

              Bo te kropki to trafiają pod „delete block”. Zauważ, że to bardzo śliski temat, nie wiadomo gdzie jest jeszcze prywatny biznes, a gdzie już zaczyna się szpiegostwo czy terroryzm. Przesyłasz sobie kasę hawalą i trafiasz w okładki jako mający kontakt z terrormisiami – i do lochu. Zwerbujesz jakiegoś pułkownika, żeby podłubać przy budowlance i projektach infrastrukturalnych – i można uszyć zarzut o szpiegostwo – a na czyją rzecz to bez znaczenia bo to przecież nic nie da jak się przyznasz, że z niskich pobudek dla własnego portfela. A z takimi zarzutami to po dychu lekką ręką rachunki wystawiają, dobrze jak się po sześciu wyjdzie. Rok nie wyrok, ale ludzie co wychodzą po pięciu to nie wiedzą jak telefony wyglądają.

              A tak naprawdę to wszystko jest bardzo tanio zacząć, za dwa tysie pln można sobie kupić ze dwie spółki w różnych krajach na wypasionej obsłudze i wszystko załatwić korespondencyjnie ze wszystkimi tego konsekwencjami. W tym korespondencyjną kontrolą dokumentów, a ta w różnych krajach różna jest, nie tak upierdliwa jak w jukeju.

              Czytelnicy chyba nie bardzo sobie zdają sprawę jak małożuczkowe rzeczy tutaj opisuję. Wyższa półka ma rozdzielne z tymi sieci po kancelariach gdzie nie o takie drobne chodzi o jakich ja tu piszę. Oczywiście rozumiem, że dla wielu kilka keur kieszonkoweo miesięcznie to dużo, ale to tylko z dołu wygląda na wysoką górkę, z górki widać wyższe górki.

  • Pingback: Dlaczego firmy muszą bankrutować? – Zarobmy.se – Portal Biznesu Praktycznego()