Policzmy się!

Na przeróżnych forach, w różnych krajach ludzie prowadzą dyskusje o tym, że coś z państwem jest nie tak. A to że jest nie takie, nie siakie, nie demokratyczne, granic nie pilnuje, banki nim rządzą, sądy, że policyjne. Różne pretensje ludzie mają wobec tego jak jest. Rozmnażać się przestali i niby to dlatego, że im dobrobyt do głowy uderzył. Niektórzy nawet w kompletną fantazję popadają i zwiduje im się monarchia (czyli duże gospodarstwo z władcą gospodarzem – no spróbujcie tak zorganizować życie kilkudziesięciu milionów ludzi, albo miliarda), ale zwiduje im się tylko dlatego, że państwo narodowe (ze strukturą biznesową) to kompletny fejk. Rzućcie okiem na własności państwa narodowego i samą jego koncepcję (ona była od zarania dziejów w postaci polis, wewnątrz murów miejskich w każdej strukturze, która wytworzyła miasta zamknięte gdziekolwiek – miasta z portami – to warunek konieczny). Koncepcja państw narodowych pojawia nam się powolutku w wieku XVIII razem z filozofią suwerenności, zużytym już absolutyzmem, i rozwija się (już w praktyce) ta koncepcja wraz z nowoczesnymi państwami narodowymi jakie znamy, ale w formie przedsiębiorstw (organizacja narodu w rozumieniu stworzenia przemysłu, wokół tego przemysłu, w ramach przemysłu kosztem gospodarki agrarnej). Oczywiście Czytelnicy tutaj (schlebiam, żebyście się elitarnie poczuli, że to taka ekskluzywność te dyrdymały czytać i że tu jest bardzo fajna sekta, a inne to liche sekty) doskonale wiedzą kiedy powstały banki centralne, kiedy pojawiły się paszporty (najpierw przetestowane na zwierzętach jak komunizm, wiecie w jakim kraju niechińskim paszporty pojawiły się pierwsze?), oraz wiecie, że istniały banki pamiętające jeszcze Bizancjum i one sobie spokojnie istnieją do dziś. A tu proszę – państwa narodowe.

Dziś będzie o systemie rozliczeniowym. Jak jest tworzony i dlaczego tak. Bo fantaści w różnych Pobudkach knują jak tu się uniezależnić, tylko nie bardzo wiedzą jak to się organizuje, bredzą coś o płaceniu złotem, srebrem, monarchii, barterze. Jak założyć swój bank, i co to właściwie jest bank?

Niektórzy wyobrażają sobie, że bank to takie miejsce do trzymania depozytów w walutach, a nawet PM. Na kiego taka konsolidacja to nie wiem, bo przecież zakopanie pod gruszą albo w głuszy lepszym rozwiązaniem. A już na co ta waluta to się w ten sposób wyjaśnić nie da. Wróćmy do systemów transakcyjnych i ich historycznego następstwa.

Zacznijmy od gospodarstwa

Ludzie coś tam sobie robią – jakoś żyją, z głodu nie umierają. Czasem wytworzą czegoś za dużo to mogą rozdać, czasem im czegoś brakuje to na żebry idą. Ja oczywiście rozumiem, że teoretycy ekonomii opowiadają jakieś bajki o tym jak jajka stały się pieniądzem, jednak w praktyce to nie tak. Każdy kto żyje jakoś raczej przeżyje, póki warunki środowiska są podobne do zastanych, bez jakiś dramatycznych zmian zbyt wiele się nie zmieni. Ponieważ ludzie żyją gromadnie, to mogą się specjalizować. Jeden robi lepiej to, inny śmo, ponieważ robią to często, to się specjalizują jeszcze bardziej i robią to jeszcze lepiej. To zapewnia nadwyżki pewnych zasobów, natomiast gospodarowanie nie może zapewniać niedoborów – jak wyjaśniałem w poprzednich tekstach o gospodarowaniu, przedsiębiorczości i biznesie – dla działań gospodarskich niepowodzenie to cięcia zasobu biologicznego.

Z tego wynikają dwie konieczności – pierwsza oczywista – że trzeba się wymienić, a druga pochodna kwestii ryzyk, iż w ryzykownych warunkach środowiska (występowanie zimy) trzeba zostawić sobie coś na wszelki wypadek, co przy braku wystąpienia stresorów w ogóle się nie przyda (oszczędności w naturze). Wymienić się – prosto powiedzieć, ale barter do prowadzenia ciągłej działalności gospodarstwa jest po prostu bez sensu i to każdy kto się zastanowi nad tym jak barter działa od razu zwróci uwagę że jest to nieprzytomna koncepcja. Przypominam definicję – barter jest to bezpośrednia wymiana jednej rzeczy (jakościowo jednej, nie ilościowo) na inną.

A skoro nie barter to może kultura darów. Ci co mają nadwyżki dzielą się wewnątrz grupy jednokrewnej tak aby się te nadwyżki nie zmarnowały, każdy dzieli się tym co ma, niby taki kolektywny komunizm, ale… przecież nie sposób podzielić się tym czego się nie ma, a jak już wspomniałem wyżej specjalizacja ma sens. Oczywiście specjalizacje są marginalne w systemie gospodarczym, każdy robi mniej więcej to samo tak samo, natomiast sama nadwyżka jest specjalistyczna, z punktu widzenia gospodarstw jest to raczej hobby, ponieważ podstawowy, potrzebny do przeżycia produkt (grupa produktów) jest identyczny. Z tym że kultura darów nie oznacza wymiany bezekwiwalentnej. Chociaż zaleciało komuną pierwotną to jednak żadnej komuny tam nie ma. Mało tego – kultura darów jest dokładnym odwzorowaniem stosowanego dziś globalnie modelu wymiany za całym wianuszkiem banków, firm transportowych i państw narodowych w konsekwencji skali. Dokładnie tak to się robi – nie ma tu nic ponadto co stosują ludy najprymitywniejsze, tacy jak Indianie, których zastaliśmy w kulturze paleolitycznej. Tak – handel i globalizm jest prehistorycznym wynalazkiem i działa świetnie. Kupiłeś coś od Chińczyka, którego nie znasz? No to działa.

Pozostaje jednak pytanie jak działa, dlaczego działa i jak to sobie zorganizować aby zmarginalizować istniejący, który nam się nie podoba (nie podoba nam się, że fabrykę ma Chińczyk, a nie my; jakkolwiek można sobie wyobrazić konkurowanie z Niemcami poprzez wycieczkę do nich i spalenie im fabryki, to na Chiny nie mamy projekcji nawet w najśmielszych marzeniach, bo to bardzo daleko lądem, a z flotą i kanonierkami u nas licho, zresztą u Jankesów wcale nie jest licho a też im nie staje).

Wróćmy jednak do kultury darów w praktyce

Krok po kroku wymiana w kulturze darów polega na zebraniu dóbr jakie gospodarz ma i skonfrontowaniu ich wszystkich na raz ze wszystkimi innymi dobrami na raz jakie mają wszyscy inni gospodarze na raz. Bierzecie i jedzcie z tego wszyscy. Każdy sobie wybiera to co by chciał, oczywiście przy przekomarzaniu się o dobra deficytowe. Może być nadwyżka pewnych dóbr, których jest tak wiele, że nikt ich nie zechce, jeśli są szybkopsujące się, to zostają natychmiast przecenione jako mało warte i może kto je łaskawie weźmie „rzucić świniom” co w przypadku braku ich nadprodukcji byłoby rozrzutnością aby tym świnie karmić. Świnia jednak potrafi przenieść wartość karmy w czasie na następny rok, kiedy można zrobić kotlety. Złote ruble nazywane są świnkami i też przenoszą wartość w czasie.

Jest też problem dóbr deficytowych – można się o nie podroczyć. Dlaczego jeden ma je dostać, a inny nie? A no dlatego, że dostanie ten, kto może coś swojego z puli zabrać gdyby jego roszczenia nie zostały uznane, albo coś czego nie ma jeszcze obiecać innym aby skompensować to że czegoś nie otrzymali, a on tym razem tak.

I tutaj od razu dochodzimy do nowoczesnych izb rozliczeniowych starych jak świat (taka prehistoryczna innowacja ^^). Skompensować… czyli rozliczyć się kompensatą pełną – każdy towar został zbiorowo wymieniony na jakiś inny towar i szarpiący się za pejsy gospodarze orzekli, że wszyscy są równie niezadowoleni z rezultatu czyli negocjacje zakończyły się pomyślnie. Każdy by przecież tyle chciał, a tak niewiele wyszło. Kompensata pełna jest bazową formą handlu (o ile się orientuję jedyną akceptowaną w Islamie, z pewnymi niuansami dotyczącymi walut jako substytutu pieniądza, czyli w innym rozumieniu niż to czym waluty są – IOU). Kompensata pełna oznacza, że docieramy do portu statkiem pełnym towarów, wymieniamy wszystko w kantorze handlowym na statek innych towarów i rozstajemy się będąc równie niezadowoleni z wymiany, z towarami jakie wymienimy w innym porcie/portach na więcej innych towarów. I to jest cały cymes kompensaty pełnej. Niby proste jak konstrukcja cepa, ale zaraz wrócimy do tego tematu kiedy trzeba będzie się rozliczyć na poziomie gratów zwiezionych przez cały rok z całego kraju – od razu nam się pojawią granice, paszporty, waluty przymusowe, przymusowe banki i najlepiej rozliczenia bezgotówkowe pod widelcem – to konsekwencja problemów wynikłych z takiego systemu handlu i rozliczeń. Problem ten wynika z niewykluczalności podmiotów (niedopuszczenia do ich marginalizacji w luksusach autystycznych) i oczywiście system jest z praktycznej konieczności triangularny a nie binarny mimo chęci w swoich rozwiązaniach.

Polecam tę samą historię z punktu widzenia numizmatycznego jaką opisał #Enemy w swoim cyklu o walutach kruszcowych. To właśnie jest druga strona medalu kompensaty pełnej – istnienie pewnych, specyficznych towarów tezauryzujących.

Ale nie jest koniecznym istnienie towarów tezauryzujących (wszak gospodarstwo na omawianym przez nas etapie nie musi ich wytwarzać – chociaż już wspomnieliśmy o świniach), kompensata nie musi być pełna w towarze, może być częściowo w towarze, a częściowo w obietnicach. Nazywamy to kompensatą częściową. Kompensata pełna i częściowa zamyka nam całościowo strukturę handlu od prehistorii do dziś. To wszystko – można zgasić światło, dziękuję – nie ma nic więcej, handel zrozumiałby nawet szympans.

Ach, częściowa kompensata w obietnicach – a konkretnie to jak i jakich? Co takiego możecie nam obiecać czego nam trzeba? Tutaj dochodzimy do tego, że te obietnice należałoby jakoś urzeczywistniać w długim okresie czasu, a to znaczy, że musimy się już jakiś czas znać aby móc coś sobie nawzajem naobiecywać. Nie żałujmy sobie – obiecujmy, ufajmy – ale kontrolujmy.

Jak wiecie z tekstów #Enemy można się umówić tak, żeby skompensować dzisiejszy niedobór przyszłą nadwyżką, czyli rozliczyć dzisiejszy handel do końca w kolejnym dniu targowym „gdy towar się sprzeda”. To oznacza jakąś ciągłość rozliczeń w czasie, być może z cezurą że to tak tylko raz, ale przecież jak raz, to co to szkodzi, żeby tak robić ciągle skoro cymes się kręci?

http://www.bogaty.men/historia-pieniadza-kruszcowego-cz-iv-europejskie-sredniowiecze/

Dochodzimy do bilansu

Taki od razu przeskok, niby jedną nogą jesteśmy w prehistorii, a już jesteśmy w bilansie rozliczeń co kto komu winien – handel nie zmienił się od zarania dziejów. Księgowość jest tak banalna, że gdybyście złapali łowcę mamutów sprzed zlodowacenia, to poradziłby sobie z prowadzeniem dzisiejszego biznesu.

Bilans jest o tyle ważny, że narastające w nim dysproporcje mogą się wcale nie bilansować. I możemy sobie pomyśleć, że jak to tak dalej pójdzie to nie zbilansują się nigdy, a to już tylko krok do utraty zaufania. Jak tu handlować bez zaufania? By może ustalić jaką świątynię, tam przekazać świnie, płacić daninę na karmienie tych świń i w razie jakby kto wyszedł z widełek bilansu, to przerywamy z nim handel i ze świątyni bierzemy jego świnie? No można by się tak dogadać. Jest tu wiele problemów praktycznych, ale ostatecznie świnkę da się zjeść, a do świątyni i tak wszyscy chodzą, jakby co to sobie tę świnkę na co innego świątynia może zamienić. Nikogo bardziej zaufanego i mądrzejszego od kapłanów nie ma – świątynia akuratnym gwarantem handlu. Z tym że świątynia musi mieć czym gwarantować, a to bardziej skomplikowana sprawa, do świątyni pójdziemy dziś jeszcze razy kilka.

Świnia – zakładnik

Świnia okazuje się być zastawem ryzykowanej przez nas kompensacji rozliczeń w czasie, w którym następują rozliczenia. W dzisiejszym handlu narkotykami przy poważnych sumach czas produkcji i dostawy jakiś jest, i na ten czas kiedy towar jest na statku kompensacji w walucie nie ma – waluta jest wydawana dopiero gdy towar jest franco odbiorca. Ach cóż za ryzyko – zwyczajowo wysyła się więc kogoś ważnego jako zakładnika do nadawcy, aby sobie tam luksusów pozażywał i gdyby coś poszło nie tak z zapłatą (ciężko z towarem wrócić), to nadstawi karku. Ponieważ taki zakładnik jest istotny biznesowo, to żal go poświęcić dla jednego dealu kiedy kolejne lukratywne nas czekają. Szkoda świni. Jednak świnia jest dość niepraktyczna gdyż ciągle żre, a na koniec i ją trzeba zjeść, a mięso wieczne nie jest. Czyli świnia ciągle pożera moc swobodną, jako tezauryzator nadwyżek z którymi i tak nie ma co zrobić się sprawdza, ale w dłuższej perspektywie świniom mówimy zdecydowanie nie. Dawniej była to powszechna metoda ustalania pierwszego kontaktu handlowego, a przedstawicielstwa odbiorcy w kraju nadawcy zawsze mogły dostać karniaka w przypadku nieporozumień.

Jeszcze gospodarstwo, a już przedsiębiorstwo

Prowadząc gospodarstwo i uzyskując czasem zbędne nadwyżki tezauryzowane w zwierzakach uzyskujemy białka i tłuszcze – mięso. To paliwo pozwala nam wykonywać prace, jakie przy innej diecie byłyby nazbyt obciążające energetycznie. Po pierwsze możemy pracować w nieco chłodniejszych warunkach (nawet na mrozie) co rozszerza naszą zdolność penetracji przestrzeni, a po drugie możemy podjąć się wyrębu lasu i prac ziemnych – stąd krok do górnictwa.
Pozyskane drewno przedstawia już jakąś długoterminową wartość, która da się w pewnych warunkach akumulować. Z tym że nie ma w drewnie tej wartości zbyt gęsto, dlatego banki drewna są duże, mało warte i szkoda w nich karmić wielu stróży. Jeśli jednak nadwyżkami żywności możemy sobie wygospodarować czas na inne aktywności, to możemy zakumulować nieco materiałów budowlanych, a nawet wyprodukować węgiel drzewny. To już jako paliwo ma większą wartość (Cystersi w XII wieku dominowali w handlu węglem). Można też podjąć się górnictwa, prac kamieniarskich – stworzyć coś o znacznie większej trwałości niż drewniane i ziemne siedziby – coś co oszczędzi pracy w przyszłości, nawet przyszłym pokoleniom.
Jakkolwiek zasilanie takiego przedsiębiorstwa jest gospodarskie, to wynik jego działalności jest czymś czego gospodarstwo samoistnie nie wytworzy. Jest to specjalistyczne przedsięwzięcie i jego rezultat jest wyceniany dość wysoko, choć nie jest zawsze potrzebny jak żywność. Charakteryzuje się więc większą zmiennością niż żywność, która jest standardowym rezultatem działania gospodarczego.
Ponieważ ta akumulacja wolnego czasu 1,006 z pokolenia na pokolenie, dzięki coraz lepszej organizacji pracy i skumulowanym oszczędnościom (trwałym budowlom, szlakom przetartym, przeprawom przez wody) pozwala coraz swobodniej dysponować czasem to wystarczająco duża populacja mając dość skonsolidowany system wymiany na kompensacie pełnej jest w stanie wyodrębnić w swojej grupie gospodarzy pierwszych przedsiębiorców, którzy ryzykując sprawne działanie systemu kompensat w czasie, czynem ciągłym i w porozumieniu podejmą się działalności polegającej na czymś innym niż wyłącznie wytwarzanie żywności. To znane Wam zwierze – chłoporobotnik.

Zwróćcie uwagę, że jest to substytuowanie tego co już się sprawdzało jako świątynia-magazyn w celach tezauryzacyjnych. Z tym że może działać w znacznie mniejszej skali przy znacznie mniej wysilonej konsolidacji niż zorganizowany kult. Jest tańsze – absorbuje mniej nadwyżek. Stąd tylko krok do uznania pożądanych produktów przedsiębiorstw (jako wysokoprzetworzonych w łańcuchu żywność-świnia-cięższa praca-węgiel/drewno/glina) za skuteczny miernik rozliczeń i tezauryzacji.
Co prawda nikt przytomny dzisiaj sobie nie wyobraża rozliczania się węglem drzewnym jako pieniądzem, ale w średniowieczu zapłata węglem służyła kompensacji pełnej w towarze i węgiel każdy zawsze chętnie przyjął. Bo węgiel jest bardzo potrzebny w przemyśle – co opisał #Enemy w kwestiach kruszcu. Otóż węgiel jest takim samym etapem tezauryzacji jak świnia – można przy jego użyciu pozyskać pewne specyficzne rezultaty górnictwa jak metale. A jak tezauryzować metale to już sami najlepiej wiecie.

Przedsiębiorstwo już nie gospodarstwo

Powstają nam więc kopalnie, huty, kuźnie, odlewnie, za nimi szereg smolarzy, za nimi gospodarzy, bo każdy jeść musi. Powstaje nam przemysł. Te wszędzie na świecie potrzebują sieci transportowej i pasów transmisyjnych w niekoniecznie dogodnych warunkach. Nie wszędzie da się wszystko zautomatyzować koniem. A nawet nie każdemu się chce. Oczywiście rozwiązanie ze starożytności – świnia w świątyni, niewolnik w kopalni. Górnictwo, szczególnie przy alokacji z niedoborem gospodarstw i problemem z podażą żywności gdy popyt zapewnia armia piesza na limesach pożera niewolników w błyskawicznym tempie (czas życia niewolnika w kamieniołomie nie przekracza 2-5 lat ze względu na obciążenie pracą). Zawsze (nawet w XX wieku – Soviet, Niemcy, Chiny) niewolnictwo jest najskuteczniejszym sposobem przeskoczenia problemu z alokacjami, szczególnie jak się gospodarkę rozreguluje kompletnym oderwaniem od rzeczywistości. Pozwala to spalić nadwyżki populacji i wstrzymać przyrost nowych czynników biologicznych. W rezultacie pozwala podtrzymać nieefektywny system transakcyjny na koszt niewolonych. Bo system kompensat nie kręci się za darmo. Już wspominaliśmy o węglu, złocie, srebrze, miedzi i świniach w świątyni.

Ponieważ kopalnie działają w systemie w miarę ciągłym (pomijając katastrofy i wyczerpanie dostępnych złóż), to można przy kombinacji gospodarstw i przedsiębiorstw obu wymienionych wyżej typów prowadzić handel z wykorzystaniem wiarygodnych kompensat częściowych w krótkim i średnim terminie (nie tylko w krótkim jak na świniach), a kompensaty pełnej w przypadku obsuwy w bilansie handlowym dokonywać w metalach. Co prowadzi nas prosto do konkluzji, że pieniądze technicznie muszą nam się pojawić w wyniku istnienia przedsiębiorczości, a nie z rozliczeń łowców zbieraczy żyjących w jaskiniach.

Tylko zwróćcie uwagę na jedno – wyszła nam dość szeroka piramida zawierająca multum podmiotów. A przecież nie wszyscy biorą udział we wszystkich kompensatach – z punktu widzenia gospodarstw to co jest ponad ich własną wytwórczość może sobie nie istnieć, jest co najwyżej miarą bogactwa, uznania. No w takim ustroju gospodarczym jak free trade średniowiecza doszłoby oczywiście do tezauryzacji złotych łańcuchów na kmiecych szyjach – a to już byłoby naganne i trzeba by jakąś konstytucję uchwalić, żeby się chamy nie obnosiły z tym, że praca jest sensowniejszym zajęciem od kapłaństwa czy służby zbrojnej – naczelnym tak nie przystoi.

System ssawek

Wielu ludzi wie lepiej od nas jak nam zorganizować życie bo są starsi i mądrzejsi. Potrafią nam zorganizować we wsi targ, tak żebyśmy się mogli powymieniać tym co nam trzeba, pomogą nam rozstrzygnąć i załagodzić spory (arbitraż, funkcja szamańsko-sądownicza), powiedzą jak być powinno (czego chcą bogowie), zdadzą sprawę z tego co w innych krainach jest i czy tam im czego od nas nie trzeba, a co takiego mają co byśmy chcieli (powiedzą nam jak jest – emigranci z naszej wsi do innej wsi). No i to wszystko nieco kosztuje, ale byle kto takim arbitrem, organizatorem nie zostaje tylko ten, co jest tak efektywnym gospodarzem i zarządcą pracy innych, że stać go na zorganizowanie przedsięwzięcia i postawić takie zasoby w ryzyko. Oznacza to, że wszystkie zbędne towary w takiej kompensacji przypadną jego świniom. Wszyscy ubodzy do wykarmienia też spadną na jego świątynne barki. Z tego wychodzi że świątynia musi być świetnie prosperującym gospodarstwem zasilanym pracą egzodynamików nieznajdujących jako nadwyżka biologiczna zadowalającego miejsca w gospodarstwach w ramach podziału schedy po ojcu (są drugimi, trzecimi synami). Tak powstawały kulty, tak działają do dziś zakony. Oznacza to, że podejmując się funkcji organizacyjnej takie ośrodki kultu nie tylko muszą jakoś pożytkować zbędne innym nadwyżki (również w postaci wotów), ale też muszą tworzyć wraz z innymi ośrodkami kultu sieć wymiany informacji o nadwyżkach, deficytach, potrzebach, co sugeruje nam, że to już nie jest sieć przedsiębiorstw – to jest biznes mogący kierować nadwyżkami i deficytami tam, gdzie zostaną one najlepiej wykorzystane, a deficyty najtaniej zaspokojone. Kupować tanio i sprzedawać na górce. Jest to samograj bijący złote łańcuchy. Organizacja oparta na zarządzaniu nadwyżką i deficytem.

Oczywiście można sobie wyobrazić teokracje gdzie kapłani zdominowali całe życie handlowe. No na przestrzeni miasta otoczonego murami a mury polami (Ur, Bagdad, Jerozolima, Egipt), ale powstają też bardziej zróżnicowane systemy, gdzie zajmują się tym po prostu operujący na prawach poboru kupcy (prawdopodobnie tak działało to u Słowian, gdzie władztwo było powiązane z kupiectwem, a kupiectw z taborem transportowym – łodzie i to w konsekwencji z siłami zbrojnymi; pomiędzy tymi aparatami mogło nie być ścisłych granic, tak jak pomiędzy kupiectwem a łupiestwem). Powstają więc nam piramidy łączące gospodarzy w MLM w kolejnych piętrach lokalnych na bazie wielu kupców specjalizujących się w pewnych grupach towarowych, aby po kilku piętrach (sioło, miasto, metropolia) pojawił nam się Pan Kupiec (merchant), który operując obietnicami dostarczenia towaru, stanem magazynowym już dostarczonych, obietnicami odbioru, własnymi przedsiębiorstwami pod wodzą kupców-ajentów jest w stanie kompensować handel olbrzymich partii towaru przybywających do portu statkami, oraz wysyłać własne statki z rewizytą. Oczywiście zarządzanie tymi poziomami krwiopijców jest dość skomplikowane, więc tworzą się korporacje, piętrowo podpisywane są zobowiązania, a nawet co sprytniejsi silnoręcy (szlachta) potrafią ogarnąć to co w polu za murami – czyli dostarczyć płynności w postaci produktów żywnościowych tworząc i u siebie piramidę różnego poziomu szlachty ziemskiej i arystokracji.
Ten system ssawek – w uproszczeniu kupieckich, religijnych, militarnych tworzy system zakazów i nakazów regulujących STAŁY przepływ towarów we obie strony z pewnym wziątkiem dla organizujących ten system. Powstają nam więc wsie specjalistyczne (rzućcie okiem na nazewnictwo siół w Polsce) zajmujące się produkcją, młyny, magazyny, spichrze, systemy załadunku (żurawie) drogi, szlaki komunikacyjne, łodzie, statki i pilnujące tego wszystkiego okręty.
Celem całego systemu ssawek jest to aby istniała ciągłość wymiany w czasie, czyli żeby ludzie byli zobowiązaniami i kijem je egzekwującym przymuszeni do korzystania z tego przymusowego systemu wymiany, ale też dokładali do niego rezultatów swojej pracy. Dają abyś dał. System jest opresyjny i rozszerza swoje władztwo na kogo się da, ale istnieje tylko dzięki biorącym w nim udział. Jakiekolwiek jego zaburzenie przy tak zmodyfikowanych alokacjach to przekierowanie wszystkich szlaków i bardzo brutalne rozliczenia (w świnkach, niewolnikach, węglu i metalach).
Jak widzicie system wymiany jest oddolny, a koncepcja kompensaty w skali dużego obszaru jest na tyle droga, że aż nieco zbyt opresyjna.


Pułapka paliwowa.
Istotnym czynnikiem zakreślającym obszar na jakim możecie racjonalnie oferować usługi i towary jest koszt transportu. Opodatkowanie transportu poprzez monopolizowanie cen paliw x6, opłaty za drogi Kulczyka, wąskie gardła na granicach (tych, które my chcemy przekraczać, co tam Niemcy chcą to nam lotto – Pan Grzegorz Braun nie bez powodu wspomina o handlu z Białorusią) na tyle przesuwają kanał zmienności (jego dolną granicę) w jakich porusza się ryzyko obrotu towarami, że zasięg na jakim możemy sobie przewozić nasz kapitał drastycznie maleje – staje się bezprzedmiotowy.
W praktyce oznacza to, że maszyny przemysłowe jakich pozbywają się nasi sąsiedzi (których niekoniecznie lubimy) moglibyśmy przywieść do siebie korzystając z szerokiej zmienności i zaryzykować własny kapitał aby coś sobie wyprodukować i pojechać z tym czymś dalej na wschód na rynek. Ale nie możemy bo właśnie koszty transportu do którego dorwała się biurwa (jeszcze niemiecką minimalkę dla kierowców próbują wcisnąć) pacyfikują nasze wyliczenia u podstaw. Moglibyśmy sami sobie bez udziału państwa i Morawieckiego odbudować taki przemysł jaki nam jest potrzebny i sobie prosperować, ale właśnie biurwa nam to uniemożliwia – okradają nas z naszej przyszłości. Bić biurwy = złodziei.

To bardzo ciekawe, że opłaca się sprowadzić narzędzia z Chin czy USA do Polski, a w drugą stronę jest pod górę, i to taką bardzo stromą i bardzo szklaną. Zastanowiło Was zapewne, że ktoś tu chyba Was robi w konia, chyba jacyś kompradorczycy.

Dlatego wspierajcie lewy handel paliwami, pomagajcie przemytnikom, niszczcie infrastrukturę służącą kontroli obrotu paliwami, a tych co się tym zajmują nie obsługujcie, albo im chociaż powietrze z kół spuszczajcie. Bo to oni sprawiają że siedzenie w biurze i przekładanie papieru konkuruje z samodzielnym postawieniem sobie domu, obok domu hali i sprowadzenia do tej hali maszyn. Też im róbcie na złość – nie żałujcie złośliwcom złośliwości.

Raz już nas przejęli obcy kupcy kiedy nie udało nam się wytworzyć floty o czym pisałem w tekście o Rzeczypospolitej. Musimy sobie wyrąbać mieczem zdolność transportową, bo ślad na mapie po nas nie zostanie. Każda koncepcja podrażająca nasz transport musi zostać wyrzucona do śmieci, a tych co takie koncepcje wysuwają uważam, że powinniśmy dla naszego własnego bezpieczeństwa uśmiercić.
Jakiś polityk coś ostatnio bredził o kolejnej opłacie w paliwach? No to zgadnijcie o ile ograniczy to Wasz zasięg dojazdu do pracy i do klienta chcącego kupić towar – bo Chińczykowi nie ograniczy, Chińczyk opłaty paliwowej u nas nie zapłaci.


Jeszcze trochę przedsiębiorstwa, a już biznes

Gdzieś po drodze w wywodzie o ssawkach pojawia nam się kilka biznesów – kult religijny jako oczywistość, merchant jako właściciel manufaktur, magazynów i środków transportu masowego oraz Monsanto – znaczy szlachta zapewniająca podaż produktów żywnościowych. Biznes ma tę właściwość, że może realnie wyceniać i kompensować obietnice, może je też przeceniać i przeszacowywać. A nawet dokonać swapów. Jako że każdy z wymienionych biznesów pierwotnych dysponuje własnymi siłami zbrojnymi, produkcją, siecią transportu, wymiany informacji, wpływu na masy, stanami magazynowymi to jednak każdy w inny sposób i z różnymi – uzupełniającymi się wzajemnie proporcjami. I ze względu na metodę rozliczeniową nie każdemu wszystko tak samo wychodzi w takich samych warunkach.
Jest to zagadnienie, na które wszystkie strony natykały się tak często, że najwidoczniej wszyscy zainteresowani dali sobie spokój z penetrowaniem kompetencji jakich nie mają i zaczęli współpracować w granicach swoich kompetencji (oczywiście ciągle robiąc sobie świństwa).

Czasem jednak próbują te granice przekraczać. Kulty religijne czasem nabywają przedsiębiorstwa (afery są z tego zazwyczaj, tak za Jezuitów w pierwszym rozdaniu jak i dzisiaj z różnymi przykościelnymi biznesami), przedsiębiorstwa czasem sekcieją (korpo), przedsiębiorstwa czasem wcinają się szlachcie w kopalnie i produkcję żywności sprzedając tam zadłużające chłopów zobowiązania (Hanza) i manipulując rynkiem żywności (zakończyło się najpierw bęckami od chłopów, a potem jeszcze bęckami od wojskowych), a nawet czasem próbują się siłować z siłownikami. Pagonom też się czasem wydaje, że mogą kult zorganizować (państwizm prawa), albo gospodarką zarządzać (to wojskowi wyssali gospodarkę za Gierka – konsumpcja zbrojeniowa na wojnę z Danią, do której nigdy nie doszło) i kończy się buntami. Kupcowi co kupieckie trzeba zostawić, że kupiec świnia jest to wiadomo – ważne żeby tłusta. Kapłanom co kapłańskie – i z dala ich trzymać od wojowania, bo w Islamie to właśnie tak wyszło, że z braku jakościowej szlachty stworzyli sobie mieszankę wojskowości z kultem, a ludzie to wzięli na poważnie i wojują bez wyznaczenia jasnych celów militarnych po co właściwie wojują i jakie będą symptomy zwycięstwa.

Specjalizacji jest oczywiście więcej – wynikły one w toku rozwoju systemu rozliczeń. Trzeba przecież jakoś się do sieci rozliczeń przyłączać. Jeszcze jakiś mały podmiot można zmajoryzować i po kościach się rozejdzie, ale większy to już problem. Na bazie wzajemnych rewizji, ujednolicania metod zarządzania i rozliczeń, powolnego ustalania styku własnych systemów i rozszerzania przepływów na jakich następują wymiany kompensowane można ustalić abstrakcyjny model rozliczeniowy zwany udziałami i po uzyskaniu wspólnego mianownika w sumach towarowych dokonać swapu, tak że Wy jesteście trochę nami, a My trochę wami. Powoduje to, że obie strony biorą udział we wszystkich stratach (oczywiście można się politycznie z tego próbować wymiksować, ale biznes to bagno więc wciąga) co prowadzi do unikania strat i rozwoju biznesu. A żeby się tak rozliczać to już nie starczy stanów magazynowych i przedsiębiorstw choć te są konieczne. Potrzebne są mechanizmy rozliczania rozliczających.


Rynek to Wy
Nikt inny. To Wy swoimi decyzjami – podjęciem lub niepodjęciem pracy, udziałem bądź wyizolowaniem się z rynku decydujecie czy cały system wymiany ma sens ekonomiczny. Oczywiście jeść musicie, oczywiście „system” stara się Was zmusić do układów multilateralnych a przynajmniej triangularnego poddaństwa. Oczywiście jesteście przymuszani do waluty, oczywiście represjonuje się Was brakiem możliwości prowadzenia gospodarstw. Ale to Wasze decyzje o podjęciu lub zaniechaniu udziału w dobrach w kaskadzie następstw zmuszają pogmatwane łańcuchy dostaw do prostowania się i dochodzenia roszczeń w regresach. A to czasem kompensuje się ogniem i żelazem. Jeśli więc nie podoba Wam się taki rynek jaki jest, to weźcie pod uwagę, że przepaść jaka oddziela Was od jakiegokolwiek innego wypełniona jest ogniem, żelazem i hukiem dział. Nikt Wam nie ustąpi w kwestii urojonych wobec Was roszczeń bez użycia tęgiej lagi, a nawet z użyciem – przeczeka i podejmie próbę egzekucji później.
Podejmując emocjonalne, oparte o metabolizm decyzje co jeść, a czego nie jeść pamiętajcie żeby wystrugać sobie tęgą lagę, gdyby trzeba było komuś przetłumaczyć ręcznie kto tu decyduje czy w szkole dziecko może jeść drożdżówkę.


Już tylko biznes

Kupcy mają pewną specyficzną zdolność ekspansji i robienia wszystkich w konia na bilansie tak, że ich nikt więcej nie chce wpuścić. Do Wenecji kiedyś nie wpuszczano statków z towarami jak się kasa na kompensacje skończyła, a oferowano do podpisania weksle.
Otóż jednorazowy handel przy skompensowaniu towarami (w tym monetyzacja) całego cargo jest prosty i wyobrażalny, ale na jakieś rozłożone w czasie, dłuższe cymesy trzeba dać w zastaw świnię, znaczy zakładnika jakiego tam mieć i to proporcjonalnego do nierówności w bilansach. Jednak jeśli nie trafiło się na uzbrojonych w patyki biedaków, których może spacyfikować flota i czerwone kurtki, to trzeba się jakoś dogadać i modus vivendi ustalić. Bo przecież jak przypływa statek to jest event – jest event – jest drogo – jest drogo to nie cymes. Jak żyć?
Ano można sobie w porcie wykupić kantorek i magazyn. Jak widzicie biurowce w centrach miast, to to są proporcjonalne do skali biznesu kantorki, a gdzieś jeszcze musi być magazyn. Albo i nie musi być jeśli zastawem mogą być świnie. Albo niewolnicy. Ponieważ biznes przy zastosowaniu pewnych stresorów, do jakich zdolni są mundurowi, potrafi wygenerować niewolników manipulując systemem rozliczeniowym, przepływami i daninami. Przepływami szczególnie – zaraz do tego wrócimy.

Kantorek zajmuje się zapełnianiem magazynu tym co jest, wydając to co na magazynie zostało z dostawy masowej (kontenerowca), choć oczywiście jest dużo wygodniej kiedy na miejscu nie trzeba tworzyć własnej infrastruktury ekspatów tylko na miejscu są kupcy, są zorganizowani i jedyny problem, że są drodzy – więc może ich wybankrutować? Ostatecznie chodzi o to, żeby statek kiedy przypłynie nie musiał tracić czasu jaki poświęcany jest niekończącym się negocjacjom tylko się rozładował i załadował w czasie gdy port zaspokaja naturalne potrzeby załogi. Oczywiście mieszkając w państwie lądowym na granicy heartlandu nie za wiele mamy kontaktu z portami, ale co niektórzy po świecie jeżdżą i widzieli jak się to organizuje w poważnej skali w Hamburgu, Amsterdamie, nad Tamizą (tam to mają kantorki – z własnym państwem na milę).

Ponieważ takie biuro i taki magazyn faktycznie istnieje po tej stronie gdzie się towary zasysa, to może on stanowić gwarancję ciągłości tego interesu. A jak spodziewamy się, że biznes będzie dokonywany czynem ciągłym w dłuższej perspektywie to można pohandlować obietnicami. No bo co takiego będziecie mieli co moglibyście nam obiecać, a czego nam trzeba? Towar dostaniecie dziś, a nam oddacie coś w przyszłości. To raczej oczywiste i zrozumiałe prowadzenie bilansu handlowego. Można tak tworzyć sieci miast-portów wymieniających się towarami, a nawet nieco drożej sieci lądowe (jest mniejszy zasięg dostawy za dolara, towary które można przesłać statkiem niekoniecznie transportuje się opłacalnie lądem). Aby bilansować ryzyka kupcy mogą na miarę swoich chęci i możliwości pokupować wzajemnie udziały czyli konkretnie podłożyć własną faktyczną zdolność zbilansowania niedoborów swoimi stanami magazynowymi, a nawet obietnicami uzupełnienia tych stanów przez przedsiębiorstwa. Są to więc obietnice lewarowane obietnicami.

Najprościej jest oczywiście przedsiębiorcom rozliczać takie rzeczy w tym co produkują – czyli w pieniądzu. Natomiast obiecać można więcej niż w ogóle istnieje, więc trzeba stale negocjować rolowanie zobowiązań w czasie, tak by pieniądz mógł przepłynąć kilak razy i zostać ujęty za każdym razem na poczet redukcji nawisów w bilansie. Chyba że jakaś świnia korneruje stan magazynowy robiąc piki na płytkim rynku. Wtedy oczywiście trzeba pieniądz substytuować. Najprościej wekslem. Ale skoro w ramach tworzenia kantorów mamy kantory wzajemnie w wielu portach, to nie trzeba się z tymi pieniędzmi i substytutami wozić, tylko kompensować wszystko na miejscu, wozić towary, a pieniędzy tylko tyle ile pozostało w nawisach bilansowych.

I wtedy w jakimś momencie okazuje się, że ktoś został bez kasy, więc traci zdolność kompensowania częściowego (o charakterze pełnym jeśli pieniądz uznamy za towar), kupując u niego konieczna jest kompensata pełna bez nawisu w bilansie. Co oczywiście powoduje, że jego towary są wyceniane nisko i nie ma po co do niego pływać z innego powodu niż żeby chapnąć tę karmę dla świń. Taka gospodarka jest marginalizowana i musi sobie odbudować potencjał prostując szlaki z gospodarstw do biznesu, trzebiąc szlachtę, redukując liczbę katabasów i przeganiając część kupców – trzeba wrócić do pracy na roli i zbudować sensowniejsze przedsiębiorstwa, lepszych kupców, rozsądniejszych kapłanów i groźniejsze wojska. Trzeba się wziąć do roboty. Albo iść na wojnę. W każdym razie trzeba zapłacić biologią za przywracanie przytomności.

Choć niekoniecznie

Jak się nie da po ludzku, to można po chińsku wyemitować walutę. Waluta niewymienialna to taka, którą co prawda płacą lokalnie, ale możesz ją wydać tylko na miejscowe towary. Od biedy da się tak handlować z rezultatami kompensaty pełnej, chyba że gołodupce nic nie mają czego nam trzeba. Wtedy najlepiej byłoby ich przymusić do waluty wymienialnej. Waluta wymienialna to makabra – dlatego że każda faktycznie jest wymienialna, choć te niewymienialne często po jakiś abstrakcyjnych kursach (z braku jawnego, formalnego łańcucha rozliczeniowego, który pozwala dokonać kompensat „na legalu”, a robienie tego bilateralnie to kosztowna udręka).

Oczywiście z demoludów można sobie było objechać kółko po krajach wymieniając pierzyny na telewizory, telewizory na futra, futra na złoto, złoto na samochód i był zysk. Oczywiście za każdym razem to nie był barter, tylko wymiana towaru deficytowego na walutę niewymienialną i zakup na miejscu innych towarów jakie były oferowane tanio, bo z nadprodukcji zarządzonej centralnie przez przodków @Arcadio – specjalistów od kolektywizacji, następnie ten sam manewr w kolejnym kraju i tak wkoło. A rubel transferowy to już w ogóle było cudo, bo się w tym można było rozliczyć przez regres i wymieniać waluty niewymienialne, co pozwalało na tak kretyńskie alokacje gospodarkom centralnie sterowanym, że ciężko było ten arsenał wyprzedać po upadku sovieta. Ja to nie bardzo pojmuję jak oni tam główkowali, ale z tego co mi tłumaczyli partyjni to uważali zbrojenia za tezauryzację. Poszło wszystko za pół centa od dolara roboty. Pół wieku zbrojeń i zniewolenie milionów ludzi rozeszło się za czapkę gruszek. To już lepiej było powojować tym sprzętem. Oczywiście niewolnik by pouciekał z takiego raju, więc kolektywizm z walutą pozornie niewymienialną (w rzeczywistości bezwartościową) wymaga zamkniętych granic. I paszportów – no przecież niektórych trzeba czasem wypuścić żeby co wymienić.

Waluta wymienialna to takie zwierzę, które powoduje że nie trzeba robić łapanki i kompensować wymiany towarowej niewolnikiem. Jest dużo śmieszniej. Taką walutą może zapłacić nam obcy za usługę i pozwolić wykonać ją u siebie (nieco poniżej swojej ceny rynkowej co jest i tak atrakcyjne dla niewolnika, z którego rynku wyssano wszelki towar, a przysyłane mu są badziewne substytuty towarów – bo biedny), albo przy drastycznej przecenie nawet do nas przyjedzie i będzie mu można zrobić laskę nieco powyżej lokalnych cen rynkowych (co powoduje drożyznę i rozbujanie systemu dystrybucji dóbr oraz błędne alokacje w transport). Oznacza to, że waluta pozwala wydrenować takie obszary, jakich bez niej nie sposób byłoby spenetrować i wyzyskać.

Kluczowe jest tu pojęcie obszaru rozliczeniowego – czyli tego pod jaki bank podlegasz, który w kolejnych piętrach piramidy dokonuje wymiany międzynarodowej Twoich towarów. Ten obszar jest przymusowy, a Tobie nie wolno wyjechać sobie za granicę z towarem i eksportować go samemu wystawiając na handel – o co to to nie. To biurwa zakazuje – Ty musisz pod groźbą pobytu w lochu zadeklarować wywóz, przekroczenie z towarem granicy etc.

No chyba że chcą wyczyścić kraj do czysta – wtedy takie tarcie na granicy jest niepotrzebne – wtedy się robi Schengen i jeszcze daje zerowy vat na eksport. Jak się państwo próbuje bronić to po prostu tego vatu nie oddaje przedsiębiorcom i oni nie chcą eksportować, albo chcą żeby im obcy płacił tak jak lokalny – z vatem w cenie.

Ponieważ jednak każdy przytomny od razu się połapie, że bez sensu jest rozliczanie się własną walutą wymienialną – jak można dowolną to najlepiej od razu najsilniejszą, to by wszyscy od razu na franki przeszli, albo w ogóle jakieś abstrakcyjne silver eagle i krugerrandy. Dlatego waluty są przymusowe. Ale nie każdy obszar jest w danym obszarze walutowym, więc z powodu piramid rozliczeniowych jakie nas pilnują żebyśmy sami na Białoruś nie jeździli handlować to tam granica owszem jest, waluty i towary trzeba deklarować, i trzeba mieć paszport (do niewoli na zmywak wolno jechać bez paszportu).

Ponieważ jednak waluta papierowa ma spore tarcie (trzeba tego pilnować, znika w jednym miejscu – pojawia w innym, nie wiadomo co tym rozliczano, w bilansach tego nie ma, ciężko tak ordynować centralną politykę nakazowo rozdzielczą), to trzeba przepływy waluty kontrolować, najpierw tyle o ile tworząc limity płatności gotówką i przymuszając do płacenia przelewami, a później tworząc absurd bezgotówkowy. Co w niczym oczywiście nie przeszkadza wystawiać faktur za jakieś brednie i odrealnione ceny w rzeczywistości dokonując przekazania jakiej innej usługi czy towaru nawet w postaci pięknej pani, bo przecież handel niewolnikami ma się dobrze. Dlatego będą ścigać za wystawianie dziwnych faktur i wlepiać za to KS.

Żeby jednak zobowiązania nie wyparowały w sytuacji kiedy każdy powie, że to nie on je podejmował, to stworzono abstrakt, podmiot „prawa międzynarodowego” (coś takiego nie istnieje, ale nie musi – wystarczy, że się to da wyegzekwować w ramach nieistniejących postanowień) zwany państwem narodowym. Że to niby za nawisy bilansowe odpowiadają całe narody, swoimi przymusowymi walutami w swoich przymusowych państwach-więzieniach. I jak kto będzie niegrzeczny, to dostanie walutę niewymienialną, zamknie mu się granice i będzie tam musiał robić laskę za darmo. Monarchii chcecie? A do karceru Was pognają – do rezerwatu dla ekstremisiów.

Jeszcze głupot można narobić

Każdy przecież może być kupcem, wystarczy otworzyć konto u brokera i już możesz jednym kliknięciem mieć dochód pasywny – taaa. Bogactwo przecież nie bierze się z pracy, gdzieżby tam – bogactwo bierze się z alokowania swoich zasobów waluty w „inwestycje”. Każdemu można przecież sprzedać opcje walutowe (bo przecież ryzyko wycen walut, które się bierze z zaburzeń przepływu dóbr), kredyt w juanach i polisolokatę. Niech każdy bierze udział swoimi decyzjami w amortyzowaniu systemu rozliczeń i ponosi ryzyko pod przymusem korzystając z waluty i będąc rugowanym z rzeczywistego rynku.

Tylko czy na pewno każdy z Was jest na tyle kompetentny, aby kupczyć? A przypadkiem nie macie jakich innych kompetencji, które ze względu na specjalizacje lepiej wykorzystać do wytwarzania bogactwa, a komu innemu – również wyspecjalizowanemu pozostawić obrót dobrami? A może tak nie na rynku ich szukać (tych co mają gadane i są obrotnymi sprzedawcami), a między swymi?

Aby stworzyć własny system transakcyjny trzeba wrzucić do magazynu towarów – takich jakie umiecie wyprodukować, jak jesteście zaangażowani w jaką grupę patriotów czy innych oszołomów to przecież Pan Krzysztof Karoń Wam podpowiedział – coś tam umiecie zrobić, i to trzeba sprzedać – wymienić. I potrzebujecie towarów – jak kupicie je zbiorowo to ze zdrowym rabatem. Jak jeszcze do tego unikniecie podatków to zaczyna mieć ręce i nogi. Stworzenie więc własnego banku, własnego systemu rozliczeniowego sprowadza się do wrzucenia tego co umiecie zrobić „na magazyn” posadzenia przy telefonie z laptopem kupca uzbrojonego w sklep internetowy, stworzenie (z przyczyn formalnych obecnie) jakichś tożsamości prawnych (spółek) na końcu świata i rozpoczęcie sprzedaży i skupu w ramach takich walut jakimi kto się zgodzi płacić, a Wy przyjąć. A jak trzeba to i w kompensacie towarem tak jak to właśnie opisałem. Bo nasz system handlowy jest prehistoryczny. Dlatego ma tak pokomplikowane i złożone przepływy, dlatego Chińczycy prostując drogi zaczęli prostować rozliczenia i panika jest na świecie, bo koty są odpychane od śmietany (a tłuste koty odpychają Was nawet od mleka, niebawem to i od miski z wodą). Chińczycy zaczęli od tego, że rzucili na magazyn masę tanich towarów – takich jakie umieli wytworzyć przy braku kompetencji. Dziś to są już Panowie Chińczycy – w pas im się kłaniać.

Co takiego macie czego innym trzeba? A co byście za to chcieli co my mamy?

Alternatywy

Są. I warto o nich wspomnieć ponieważ tak złożony system transakcyjny zabezpieczony takim ssaniem mocy ze wszystkich obszarów stał się ciężki, kosztowny, nieelastyczny. A jakoś trzeba żyć i iść do przodu. Obecnie każdy sobie kombinuje jak obejść problem systemu transakcyjnego. Są szalone rozwiązania kryptowalut (ale czemu zaraz walut – można przecież sprzedawać wirtualne przedmioty jako tokeny rozliczeniowe, nie kupisz pan miecza na demony – miecz po milion zamienię na dwa żółte koty po pół miliona; już pominę czy wirtualny miecz na demony zawiera vat i czy można dostać zwrot bo różne kpiny ze skarbówki się robiło, a przecież miecz może być na płycie CD, można też kartę prezentową na miecz eksportować, się dziwicie że Naczelnik Państewka się wściekł?). Są chińskie wpływy polityczne, które w ramach multilateralnych systemów pocztowych dotują chiński eksport, transport i rozliczenia jak każdemu państwu niedorozwiniętemu. Dlatego można tanio wysłać towar z Chin do nas, a w drugą stronę jest pod górę. Niemcy natomiast znieśli granice państw narodowych, importują niewolnika, wywracają systemy rozliczeniowe peryferiów i tworzą superpaństwo do kolejnej konfrontacji z Rosją i Anglosasami (ja bym bardzo nie chciał się w czasie tej konfrontacji znaleźć w strefie zgniotu).
Możecie też sami zawieźć towar i odebrać zapłatę, ale to nieco skomplikowane jak wysyłacie marmoladę do Australii i może być mało konkurencyjne na większe odległości z powodu pułapki paliwowej.

No i wreszcie jest hawala. To taki sam system rozliczeniowy jak opisałem powyżej, tylko utknął na poziomie nieskonsolidowanym (jakieś lokalne konsolidacje tam są, ale żadnego Goldmana) ponieważ nigdy nie było tam gwałtownych przypływów bogactwa pozbawionego właścicieli takich jak rabunek trzech kontynentów, Indii i Chin. Hawala jest też odarta z warstwy magazynowej, ale nie pocztowej, jest to dosłowny odpowiednik zdecentralizowanego SWIFT (SWIFT jest scentralizowany, a hawala nie). Próby odtworzenia takiego systemu na szkielecie bankowym w Europie widzicie pod postacią WU i dla nieco innego klienta Tavexu.

Sam system rozliczeniowy nie wytwarza bogactwa, ale pozwala je wymieniać bazując na emocjonalnych decyzjach miliardów uczestników (nie wszystkich dobrowolnie, bo przecież przymuszanych różnymi metodami), dzięki czemu za pewną cenę można pozyskać przedmioty jakich się samemu nie umie w tak niskich cenach wytworzyć. Pozostaje jednak kwestia tej ceny… jakąś się jednak ustala, może bardzo emocjonalnie w zakresie trendów mody, ale jednak ceny węgla, stali i korundu mają jakieś podstawy racjonalne wynikłe z emocjonalnego nastawienia górników czy im się chce za tyle co dostają fedrować takie złoża jakie zastali. Jednak sam rynek ułamka kompensaty częściowej jakim jest podaż walut i ich wycena (względem dóbr rzeczywistych, względem udziałów w spółkach, względem stanów magazynowych i zapotrzebowania) można amortyzować decyzjami tych, którzy za nie płacą – z tego właśnie wynika ekspozycja giełdy na element walutowy kompensat częściowych oraz cały rynek forex zajmujący się wycenami względnymi i reasekuracją kontraktów na podaż walut wynikłych z deficytów w handlu potrzebnych do zbilansowania rozliczeń (clearingów).

W przeciwieństwie do naszych prehistorycznych praszczurów mamy instytucje zajmujące się asekuracją stanów magazynowych, są to kolejne bariery przejmujące straty i rzucające na rynek zasoby w przypadku gdyby zbyt wielu ludzi podjęło decyzje niepokrywające się z rzeczywistością jaka wynikła w przyszłości stającej się teraźniejszością. O ile jakieś drobne bzdety w stylu kredytów we frankach, opcji walutowych i innych wyłudzeń to budżet i system bankowy zamortyzuje, o tyle obrót międzynarodowy węglem, stalą, energią jest rozliczany już przez KIRs.a. przy okazji obsługując też WSZYSTKIE płatności urzędowe (Ognivo, Szafir), obrót na wszystkich Elixir’ach, oraz jest wyłącznym biurem usług SWIFT w Polsce. Gdyby banki sobie nie poradziły z prędkością odsysania „gotówki” z kraju, to „zagraniczni inwestorzy” poratują natychmiast i kupią przecenione akcje KIRs.a. przejmując nasz system płatności i dokręcając nam śrubę. Założycielami KIRs.a.  (i udziałowcami) są prawie wszystkie banki w Polsce, z praktycznego punktu widzenia to jest to właściwie jedyny istniejący prawdziwy bank rozliczeniowy w Polsce, reszta to takie różne agencje świadczące jego usługi pod przecudacznymi markami.

Jak widzicie waluty, które na co dzień uważacie za substytut pieniądza są tylko detalem systemu rozliczeniowego na samym dole, przeznaczonym dla niewolników, których wódz może sprzedać za paczkę fajek. Cały system jednak opiera się na codziennej wymianie i ponownym wycenianiu maszyn rolniczych, sprzętu górniczego, floty która to wozi po morzach. Rozliczenia idą w ropie, węglu, stali. Waluta jest wykorzystywana do szacowania – ale nie kompensowania transakcji – sam clearing nie ma nic wspólnego z wycenami tego wolumenu towarów. Clearing odbywa się na produktach bezpośrednio, jego rezultat to przepływy udziałów w spółkach obejmujących konkretne wydobycie, środki i sieci transportu, sieci telekomunikacyjne. Całe rynki są przedmiotem tych wycen i wprowadzania korekt do przepływów tak aby nie zaległ gdzieś stos sznurówek do których nie ma butów, a takie nadwyżki zalegają ciągle w różnych miejscach i trzeba je w jakiś sposób przeceniać. No bo takie rzeczy w złym czasie i w złym miejscu są bardzo małe warte, a sznurówek nie rzucimy świniom aby je tezauryzować. Dopiero marginesu towarów, których nie da się skompensować towarami próbuje się rozliczyć w usługach, udziałami w firmach, a jak już się inaczej nie da to jeśli ufamy stronie – w walucie, bo jeśli nie ufamy to w złocie i srebrze. Zanim więc towar przeleci cały łańcuch od wydobycia do rąk klienta to transakcja dla kopalni jest już dawno rozliczona z nadwyżek wytworzonych w przeszłości, pozostaje jedynie walutą zagnać klienta aby oddał ją z wielkim narzutem w przyszłości. Ten detal – zazwyczaj w postaci dolara to ułamek, kompensata częściowa aby jeszcze tę flotę można było naprawić w jakim porcie, gdzie nie mieli nic na handel ponad swoją pracę w stoczni, aby niewolnik z miejsca gdzie jest trafił wiedziony płacą tam gdzie jest potrzebny bez konieczności trzymania go na innym niż walutowy łańcuchu, i aby można było sobie pojechać na wakacje do miejsca gdzie jest tak tanio, że robią nam laskę za darmo.

Jeśli chcesz zwrócić uwagę na literówkę lub błąd techniczny, zapraszamy do formularza kontaktowego.

  • gruby

    „Niektórzy wyobrażają sobie, że bank to takie miejsce do trzymania
    depozytów w walutach, a nawet PM. Na kiego taka konsolidacja to nie
    wiem, bo przecież zakopanie pod gruszą albo w głuszy lepszym
    rozwiązaniem.”

    Jeśli pozwolisz to odpiszę Ci dłuższym tekstem bo problem jest w rzeczy samej intrygujący. Tytuł roboczy: po co jest bank ? A tekst to się jeszcze napisać musi.

    • 3r3

      Pisz – wrzucę. Myślę że ten tekst dość dokładnie wyjaśnia po co jest bank do transakcji i skąd się bierze waluta, ale na wykładach z finansów dalej będą bredzić o barterze i wynalezieniu pieniądza.

      • gruby

        napisałem. Sprawdź pocztę. Użyj wersji drugiej, proszę. Pierwsza jest zbyt akademicka 🙂

        • 3r3

          Pewnie do @rpis poszło, ja na razie nic nie dostałem.

    • Chyba powinno być, dlaczego bank jest niepotrzebny przy sprawnym systemie transakcyjnym.-)

      • 3r3

        Z punktu widzenia handlujących taniej jest organizować handel z bankiem (magazynem) transakcyjnym niż w sumie rozrachunków bilateralnych w czasie zerowym. Jednak do tej opłacalności konieczna jest masa towarów do handlu, a co za tym idzie jakiś dzień targowy lub znaczny obszar rozliczeniowy. Jeśli brakuje ciężaru ilościowego to konieczne są jakieś wynalazki zastępujące fizycznie ten abstrakt jakim jest rozrachunek. Takie na przykład jak fizyczny pieniądz będący towarem. Czyli jakiś towar niezwykle pożądany ze względu na pewną szczególną właściwość. Bez pieniędzy jest taniej.

      • gruby

        to kwestia definicji. Bank można zorganizować zgodnie z potrzebami jego klientów lub zgodnie z potrzebami jego właścicieli. Efektem dostajesz potrzebny lub niepotrzebny bank bądź cały system bankowy nawet. Obiecuję zająć się obydwoma formami bankowości, zarówno tą potrzebną jak i tą dla klientów szkodliwą.

        • 3r3

          Bo niektóre armie są nasze – i przynoszą nam łupy i branki (obecnie żadna), i takie które są złe 🙂

  • madbrain

    Jak zwykle wszystko ladnie wylozone tylko jak to jest zazwyczaj po macoszemu jest potraktowana koncepcja ze jakakolwiek kooperacja azawiazuje sie na poziomie bezpieczenstwa nie handlu czy wytworstwa. Po co wytwarzac skoro mozna zabierac tym co pozbierali, wytworzyli czy wykopali. I ci co gospodarza knuja ile sa w stopniu poswiecic za bezpieczenstwo. Pojedyncze atomowe gospodarstwa nie moga robic wszystkiego albo wytwarzamy albo grabimy..

    • 3r3

      A to wyjaśniłem wcześniej w tekście o ucieraniu stanowiska. Właśnie dlatego go napisałem.
      Czasem praca jest bez sensu, czasem grabież jest jedynym racjonalnym wyjściem.
      Ale czasem opłaca się współpracować. W pewnych granicach oczywiście – towar na stół, aż tak to my sobie nie wierzymy 🙂

      • madbrain

        Ale kooperacja na poziomie handlu zawsze jest w odniesienu do argumentu sily. Pomniejszanie tego przy jakiejkolwiek analizie handlu/wymiany nazwijmy to jakkolwiek – zmienia cala narracje..
        Wymiana na poziomie miedzykontynentalnym zawsze sprowadza sie do casusu wojen bokserskich.. Pytanie czy obecnie ktokowliek w Europie ma na tyle jaj zeby zbudowac swoich Yihetuan.

        • 3r3

          Kooperacja na poziomie handlu zazwyczaj udaje się ze względu na rzeczywisty brak projekcji siły na odległości w jakich odbywa się handel – ryzykujesz tylko jedną kolejką dostawy w razie gdyby kontrahent fikał. To jest materialna przyczyna, dla której kompensata następuje, gdyby to nie było tak daleko, a przeciwnik tak silny to by się Chińczykom zrobiło powtórkę z XIX wieku.

          Złoto jest koniecznością gdy żelazo nie sięga.

  • 3r3
  • PawelW

    @3r3:disqus : „(…)Niemcy natomiast znieśli granice państw narodowych, importują niewolnika, wywracają systemy rozliczeniowe peryferiów i tworzą superpaństwo do kolejnej konfrontacji z Rosją i Anglosasami (ja bym bardzo nie chciał się w czasie tej konfrontacji znaleźć w strefie zgniotu).(…)”

    Teraz to zglupialem… do kolejnej konfrontacji z Anglosasami rozumiem, ale z Rosja to oni przeciez sojuszu szukaja..?

    • 3r3

      Takiego jak ostatnio? Jednego dnia pociągi z towarami jeżdżą do Niemiec, a drugiego gąsienice prują stepy?
      Nie ma geopolitycznie czegoś takiego jak silne Niemcy lub silna Polska i pokój z Rosją. To są drzwi do Heartlandu. W nich się nie stoi – nimi się wchodzi. Albo wychodzi…

  • Pingback: Gdy rynek się upraszcza – Zarobmy.se – Portal Biznesu Praktycznego()