Przebieg ostatniej fazy zderzenia cywilizacyjek

Ten wpis jest kontynuacją poprzedniego.

Ostatnia faza produkcji cywilnej, kiedy jeszcze istnieje iluzja jakiegoś tam rynku, ale nie ma już na rynku producentów i zaczynają się robić żarty opisywane przez @Wariat na forum, że do zapytania ofertowego należy dołączać wziątek, aby łaskawie dostąpić atencji wykonawcy ma taką przypadłość, że próbuje się wdrażać różne odlotowe koncepcje. Na początku są one tylko na lekkim haju – mianowania na przedsiębiorcę. Ponieważ ludzie jeszcze dają wiarę w walutę (coraz mniejszą, bo ceny zmieniają się w oczach i już ich to bodzie jak płacą za masło), to z dodruku waluty można by co na tej płynności kupić i coś tym kupionym wyprodukować. Każdy uczestnik rynku dąży do scalenia możliwie dostępnego surowca w łańcuch ze sprzedażą. Czyli chce uzyskać gotowy i skończony produkt, który można zaoferować klientowi. Ale rozdział waluty nowodrukowanej z samego faktu jej dodruku jest nieco pozbawiony racjonalności, gdyż z definicji chodzi o walutę sfałszowaną, choćby i przez samego emitenta – waluta dotyczy kompensaty częściowej za niewytworzone dobra. Ale przynajmniej przyobiecane na bazie dotychczasowo sprowadzających się wskaźników (czyli wskaźników z epoki gwałtownego przyrostu ludności). Tymczasem oferenci chcą za to maszyn i narzędzi już wytworzonych. Rynek co prawda wytworzył, ale albo nie w takiej jakości jak oczekują, albo nie do tego co potrzebują, ale z takimi kosztami eksploatacyjnymi, że vivat inflacja! Rozdziałem więc zajmują się mianowane lemingi nazywając to dotacjami. No a przecież byle komu nie dadzą – swoim kolegom z przedszkola (ze studiów), którym ufają (bo u durni zaufanie jest istotne, fakty dotychczasowych zdarzeń zaś zupełnie nieistotne; pozostała im tylko urojona zdolność honorowa bo to havenots), czyli mianowanym zarządcom, administratorom. Są to przedsiębiorcy z mianowania – tacy najlepiej reprezentują przedsiębiorcze państwo/korporację/kapłaństwo – niepotrzebne można skreślić, ale nie trzeba. Przedsiębiorczych przedsiębiorców nikt nie reprezentuje, bo im żadna reprezentacja nie jest potrzebna – mają rezultaty na stole – materialne rezultaty, wystarczy zapłacić innym materialnym rezultatem. Zapłata wzbudza przedsiębiorcę do dalszego przedsiębrania. Bo ma rezultaty materialne. Bo ma. Have. Tymczasem mianowani są havenots. Ich to nijak nie wzbudza, bo im i tak Pan zabierze. Więc przedszkolanka musi im implementować inne eskalatory zaangażowania. Dzieciom się takie implementuje. Na studiach. Uczą ich na przykład klaskać.

Lemingi na “uczelniach” są tresowane w grupowych odruchach kinestetycznych, grupowych bo pracują w grupach – praca jest w grupie, wymuszana jest dyskusja i “wymiana poglądów”, co wprowadza później w firmach marnotrawienie czasu na spotkania i narady. Do tego stopnia, że nawet biurwa się opamiętała w urzędach i pojawiły się kartki “spotkanie anulowane z powodu pracy do zrobienia”. Bo nie ma decyzyjności i odpowiedzialności osobistej (bo niby czym ma gołodupiec odpowiadać – PSiM to może najwyżej na niego nakrzyczeć) – trzeba ją więc dzielić grupowo. Tak samo wymyślono im ustawiczne kształcenie – tak jakby do pracy ktoś przychodził się uczyć, a nie przychodził na dane stanowisko dlatego właśnie, że już umie. Ale takie rozwiązania wynoszą havenots z uczelni, bo teraz każdy musi być wyższouczelniowany w gotowaniu na gazie. Nawet taki co własnego garnka nie ma. Jednym z takich odruchów kinestetycznych jest klaskanie, na jakie to niby reakcją ma być przerwanie innych czynności i rozpoczęcie wykonywania zadań. Lemingi Babilonu są zdezorientowane, gdy trafiają na ludzi nieformatowanych do takich zachowań (wg korpo “niesterownych”) i na klaskanie czy wyrażanie optymizmu (w celu odpalenia reakcji metabolicznych czerpiących z akumulatora alimentację na rozrzutność mocy w pracy) nie ma żadnych reakcji. To dla nich prawdziwy szok, że istnieją ludzie, którzy nie rozumieją takich oczywistych sygnałów niewymagających tłumaczenia. Z tym, że ludzie przytomni uruchamiają moce przetwarzające zasoby dopiero jak otrzymają zasoby do przetworzenia – jak nie ma czego przetwarzać, to nie ma powodu się fatygować. Nie ma powodu, gdyż celem działań ludzi przytomnych jest uzyskanie materialnego rezultatu pracy. Dla leminga powód jednak jest – on z żadnego rezultatu nigdy korzyści nie miał, ponieważ nic nie posiada, więc nic mu nie przydało posiadania. Dla leminga powodem jest komunikat zwrotny, jaki otrzyma od PSiMa wyrażający zadowolenie z niewolnika. A ten będzie pozytywny, kiedy sługa wyśle Panu zadowalający raport pełen informacji o odniesionych sukcesach. Celem jest więc nie rezultat materialny, a raport o sukcesach – na cóż komu przedmioty?

Ponieważ jednak celem PSiMa jest uzyskanie rezultatów materialnych, to wymyślono całe struktury wykonawcze jakie lemingi powinny budować, aby uzyskiwać rezultaty materialne (i mieć co raportować i poddać kontroli składającej raport). Takie struktury ze względu na tę arcyskuteczną organizację zarządzania składają się ze stanowisk niewolniczych, niskopłatnych, których nikt z objawami marszczenia czoła myśleniem nie chce podejmować (bo nie pozwala to na realizację własnych potrzeb – po co więc realizować cudze?) okazują się puste. Nic to takie przeciwności – lemingi wdrażają więc rozwiązania, w których za całą strukturę ma tyrać jeden człowiek, no może lepiej opłacany, ale i tak wyjdzie taniej – rezultaty są wtedy takie, jakby wykonywał to jeden człowiek (ponieważ jest jeden, ale to dla lemingów nie są kropki do połączenia – to bez związku). Przyczyną, dla której ludzie wykonują pewne działania w grupach korzystając z podziału pracy wedle specjalizacji (komparatywność) jest ograniczenie wydatkowania mocy korelacyjnej (jest ona dla organizmu bardzo droga – myślenie naprawdę boli) i owszem – doświadczony specjalista zrobi sobie wszystko sam, ale pewne banalne z punktu widzenia dinozaura czynności można scedować na “młodzież” (dzisiaj młodzież w przemyśle maszynowym to ludzie mający wnuki – prawdziwa gównażeria ma dopiero dzieci^^). Ponieważ dinozaury nie dają się eksploatować i zakładają firmy usługowe witając młodych, dynamicznych z roszczeniami na rynku, to Babilon znalazł rozwiązanie – kupować firmy i infekować je biurwą. Firmy biurwę wpuszczają, a specjaliści z nich wychodzą i tak w każdym kraju ten sam cykl się powtarza, z tym że – najpierw firmy bronią się przed wolumenem od “dużych klientów” potem w te wolumeny już nie wchodzą wcale (przy kolejnym otwarciu jak poprzedni podmiot upadł), a na samym końcu kiedy dzwoni ktoś z dużej firmy to słyszy jedynie, że z nim się interesów nie robi. To dość ciężka trauma, kiedy łaskawca od zapytań ofertowych dostaje najpierw w całym kraju, a potem w całym regionie odpowiedź “nie robimy z Wami interesów – nawet nie rozpoczynamy rozmów”; i tak jak zwracał uwagę @Wariat na forum – trzeba będzie niebawem wysyłać takie zapytania z załącznikiem w postaci stojącej na kancie koperty, aby nie trafiały do spamu. Lemingi bardzo źle to znoszą, kiedy cała ich wiedza oparta o to, że robią komuś wielką łaskę i przysługę dając zamówienie czy zlecenie odbija się od braku reakcji, a nawet powarkiwań ze strony specjalistycznych firm, że zaśmiecają im skrzynkę i żeby zapisali się w kolejkę na lead time za 2-3 lata. Przecież to wszystko powinno im być podstawione pod nos już, natychmiast i z pocałowaniem, i z rabatem.

Oczywiście w takiej sytuacji rynkowej, jak i fiskalnej opresji z punktu widzenia firm nie jest korzystne afiszowanie się – po pierwsze otrzymują spam, po drugie za fakt występowania na rynku trzeba płacić reket jakimś gamoniom od wymachiwania przed tłumem łapami i pokrzykiwaniem jacy to gamonie są zmyślni, silni i zaradni mogąc sobie wybrać Pana nie dysponując jednocześnie szablą i samopałem. Więc firmy są pootwierane po szopach (ten kto ma wiedzieć po których to wie), oficjalnie nie istnieją, albo istnieją tak sobie, częściowo a nawet w innej jurysdykcji i dłubią sobie kit z okien. Jedna obrabiarka – jeden człowiek, jak jakiś wolny proces to więcej obrabiarek. Czasem nie można się przepchnąć pomiędzy maszynami i wiórami po kolana jak obsługuje to jeden dziadzio. Nikt na nich tam nie klaszcze, nikt ich nie dynamizuje emocjonalnie północnokoreańską propagandą sukcesu, nikt im nie pierze łba od rana i nie pyskuje, że pół godziny picia kawy to za dużo. No i nikt ich nie rozlicza za fakt bycia w funkcji czasu, a za materialny rezultat pracy. Który bardzo dużo kosztuje Babilon, który chciałby jaki kwit za co zapłacili i dlaczego kasa z konta poszła, a tu coraz częściej płacić trzeba gotówką – taki cashless. Przy czym tutaj pojawia się kolejny problem i to już taki, z którym lemingi sobie nie radzą zupełnie. Problem kontaktu biznesu, sprzedawcy i symboliki negocjacyjnej. Biznes i administrowanie są oddzielną kulturą od przedsiębiorczości, a te są oddzielne od gospodarowania (gospodarczości?) – w odniesieniu do tekstu, w którym wyjaśniałem różnice strukturalne pomiędzy biznesem, przedsiębiorstwem i gospodarstwem. Firmy mikro, nawet bardzo specjalistyczne (nastoosobowa firma narzędziowa/maszyny specjalistyczne potrafi wycisnąć zysk netto na poziomie dwustuosobowej firmy produkcyjnej z własnym działem prototypów, albo tysiącosobowej produkcyjnej bez technologii własnej) nie mają potrzeby stosowania innej hierarchii niż kompetencyjna. I tak się tam wszyscy znają i po owocach poznają – nie trzeba certyfikować, można zmierzyć. W tym świecie objawem sprawności jest dysponowanie parkiem maszynowym, dlatego odwiedza się “produkcję”. Nikt tam nie patrzy na zegarki, koszule i inne takie gadżety, które zapychają szafę po biznesowym okresie życia. Tam ogląda się rezultat i potencjał maszynowy oraz kadrowy. Akcja, kiedy chiński szef firmy (narzędziowiec, syn narzędziowca, wnuk… i tak dalej), z chińskiego punktu widzenia kilkusetosobowej firemki, rozbiera na czynniki pierwsze (i zadając pytania) produkcję w kraju uprzemysłowionym i odpowiedzi go nie zadowalają mimo ozdobników, zegarków i butów jest zrozumiała dla specjalistów – wróci do domu i stwierdzi, że robią to samo, bo wyjdzie taniej, lepiej i sensowniej. Lemingi tego sygnału nie czytają, widzą jedynie, że on nie chce czytać ich sygnałów, że patrzy się na coś innego – głupi może? On się patrzy na ich ręce i nawyki.
Co stanowi dramat negocjacyjny, ponieważ lemingi uważają, że jak właściciel napchanej technologią firmy łazi w ciuchach roboczych po hali, brudnych ciuchach – to produkty muszą być tanie. Szczególnie jak firma nie ma sprzedawcy i działu sprzedaży. Dość śmiesznie wyglądają takie negocjacje, kiedy lemingi oczekują ciągu dalszego po odbiciu piłeczki z podaną ceną, a tam już nikt nie gra – tam zostały przedstawione warunki i można jeść albo nie jeść. Nie ma żadnego kolejnego meetingu, żadnych warunków zamówienia, dostawy czy płatności – będzie wpłacone, to dowiozą. No a jak nie to nie. Dwuletnie opóźnienie dostawy maszyn? – jak się nie podoba to proszę sobie kupić gdzie indziej. To jest ostatnia faza tej kolizji, ponieważ nie ma się co oszukiwać w kwestii zarządzania majątkiem. Dodruk i postawienie gamoni niezdolnych mnożyć sobie, a mających mnożyć komuś papier, za który roszczą sobie rezultaty powoduje, że zapłacą tym papierem za doświadczenia (jeśli je gromadzą), a najpewniej jedynie za wrażenia (dość traumatyczne) z tego lunaparku jakim jest rynek. PSiMi jak zawsze wpuszczą do spichlerzy przedsiębiorcze myszy, ponieważ jest to jedyny gatunek porządkujący ziarna po sztuce. Jak zawsze w rezultacie tego spichlerz będzie wyjątkowo uporządkowany. Natomiast miejsce ludzi niezdolnych uzyskiwać rezultaty materialne, a tworzyć atmosferę i wrażenia jest w usługach, nie w produkcji. W usługach, czyli w podawaniu keczupu do frytek tym, którzy coś im za to dadzą – dach, transport, sprawną sieć energetyczną i teleinformatyczną do ich rozrywek.

Celem jest rezultat materialny a nie odbijanie piłeczki w nieskończoność aby składać raporty i otrzymywać pochwały. PSiM chce rezultatu materialnego, buraki w swoich ciemnych warsztatach zagraconych maszynami dostarczają takich rezultatów. Co prawda do konsolidacji rezultatów masowych i dystrybucji użyteczności jeszcze jest cała ta piramida potrzebna i się ją stosuje, ale strasznie dużo ona je, więcej niż dostarcza mocy do rezultatów materialnych. I tak mnie zastanawia – PSiM w końcu postara się zagnać tę bandę do tego, czego większość z nich nie potrafi i się raczej nie nauczy dość prędko. A jeśli nie tam, to do utylizacji, a gdzie się ludzi utylizuje ujemnikami populacji lepiej, niż w jakim przyzwoitym konflikcie zbrojnym, do którego potrzebne są rezultaty materialne?

Na tyle, na ile orientuję się w chińskim modelu cykli ekspansji i redukcji populacyjnej, oraz na ile widzę cykliczność czegoś podobnego w naszym hubie produkcyjnym, to jest to rozwiązanie, o które można lobby zbrojeniowe podejrzewać.