Rozładowanie naczepy siatkami

Poruszę temat pompowania jakości przez korporacje, odnośnie szacunków zysków. Bo z wyliczeń, jakie wcześniej wskazywałem, wynikało, że korpo to w sumie nieźle zarabia, z tym że ten kolor do wyboru to jest czarny. Pokazałem, jakie są skutki i jakie oszczędności w przypadku nieamortyzowania infrastruktury, oraz wcześniej wskazywałem, że korpo lobbingiem i przemocą państwa ustala sobie monopol tam, gdzie się da, ale wskazałem, że nie wszędzie trzeba.

Wiecie jak rozładować pięć naczep dziennie siatkami? Zbudować supermarket. Bo tam z jednej strony wjeżdżają ciężarówki, a z drugiej siatkami wynoszą to mrówki. Tylko wybór towaru jest – formalnie jest. Od tego samego producenta w dwóch różnych opakowaniach – jedne dla tych co popierają czarnych, a drugie dla tych co wolą czerwonych.

Jak kto chce do wniosków i prosto do trockizmu to tędy (skrót), bo temat jest przydługi.

Z tekstu i wyliczeń wynikało, że małe i mikrofirmy to są generatory strat, choć widać też było czarno na białym, że nawet te straty generują taniej niż korpo zyski. Ma to swoje przyczyny. Jest też bardzo ważny powód, dla którego nie najeżdżałem na korpo, że zatrudnia kilka tysięcy ludzi i przez 30 lat nie zmienia produktu – nie trzeba zmieniać. Problemem nie jest inercja dużych firm, ani olbrzymia manewrowość MiSiów, problemem są wyłącznie podatki na pozorujących pracę biurwników. To państwo, które nie tworzy armii z bronią w ręku a armię urzędników, jest wynaturzeniem – problemem. A w tym tekście dojdziemy dlaczego i co to ma wspólnego z szóstą sigmą i religią kaizen.

Ci, co są zaangażowani w produkcję czy wykształceni kierunkowo, to wiedzą, co to jest kaizen, tayloryzm i szósta sigma. Ci bardziej doświadczeni wiedzą, że to wszystko to tak sobie jest, niech będzie, można ludziom nawet takie rzeczy wciskać, byle w szafkach dało znaleźć się narzędzia i jakoś to będzie. Ci co nie wiedzą co to, to sobie rzucą okiem, to takie tam produkcyjne zabobony co ich nas uczą, a później każą przymknąć oko. Te detale poruszam w formie uproszczonej do użytku na przykład jako spodziewany odsetek kasacji w etapie produkcji.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Odchylenie_standardowe
https://pl.wikipedia.org/wiki/Kaizen
https://pl.wikipedia.org/wiki/Sze%C5%9B%C4%87_sigma
https://pl.wikipedia.org/wiki/Efekt_Flynna

Przyjęte w tekście jedno odchylenie standardowe iq wynosi 3,7 pkt. Arbitralnie pierwsze z brzegu: http://fathersmanifesto.net/iq.htm

Zacznijmy więc od polowania na duże ssaki

Korpo jest duże i ssie – spełnia wymagania. Z korpo znacie głównie biurwę, ale jest tam też produkcja, tym mniej jej im większa organizacja, ale tym trudniej jest to wszystko poukładać żeby sigmę trzymało. Te odchylenia standardowe, te sigmy to są takie punkty, gdzie była obsuwa – nie że coś całkiem nie wyszło, ale że na przykład jakiś podzespół dotarł później, albo proces produkcyjny gdzieś się przedłużył, albo transport utknął w skutecznej budowie autostrad & dróg ekspresowych, albo biurwa kazała się kierowcy przespać pół godzinki grożąc mandatem. Czyli że cały proces nie wyszedł taki jak powinien. To nie znaczy, że rezultat jest odpadem, ale towar na eksport do Australii dowieziony pięć minut po odpłynięciu kontenerowca do Australii to właśnie takie odchylenie.


Dawno temu, zaraz po egzaminach to się tym nawet zajmowałem, teraz mam do tego awersję, bo zajmowałem się, świadczyłem taką usługę, że przeglądałem warunki faktyczne działania przedsiębiorstwa i proponowałem uproszczenia. Najczęściej w postaci wywalenia obrotu dokumentów, które i tak nikomu do niczego nie są potrzebne, najwyżej jako dupochron spychologii stosowanej jakby jednak coś nie wyszło (firma i tak ma ubezpieczenie, więc psu to na budę) i oprócz wywalenia dokumentów – odpi… się od pracowników, czyli nie wdrażania bezcelowego mobbingu czy innego okrucieństwa. Dopiero w takich warunkach można zacząć pracownikom w ogóle tłumaczyć, że po coś pracują, nie że żeby wypełniać tabelki, którymi nikt się nawet nie podetrze, tylko po to, że gdzieś tam jest klient, i ten klient – to bardzo ważny gość co Wam płaci – że on chce mieć dobry towar – taki jak zamówił, a nawet lepszy, bo działający nawet jeśli zamówił źle. I jeździłem po tych klientach, bo byłem na posyłki i wiedziałem co do czego montują i optymalizowałem ten kod, że coś co będzie montowane młotkiem i poprawiane szlifierką, nie musi być produkowane z dokładnością do dziesiątych milimetra i Ra powierzchni. W produkcji jest wiele takich bzdur, które wychodzą z automatu przez złe wpisanie zakresu tolerancji na makro rysunków.


Ta religia kaizen to takie zboczenie, że niby wszystko da się zoptymalizować. Fakt! Da się. Jeśli nie doskonali się produktu. Bo jak tak to trzeba iść na kompromisy, ponieważ zasoby są skończone. Otóż duże organizacje pracy – takie przykładowe korpo produkujące telewizory, lodówki, samochody, obrabiarki to ono nic nie unowocześnia w produkcji przez dekady. Ponieważ nie trzeba. Ono udoskonala nie psucie produktu w produkcji i powoli schodzi z 50% odpadu w procesie (w R&D – to takie korpo co ma tak nędzne wyniki jak MiŚ, ale wnosi zmianę bardzo drogo, z tym że w ogóle zmianę) do 15% przy 30-50 pracownikach, potem do 2% przy 500 pracownikach, potem schodzi w ułamki, i wreszcie w czebolu można uzyskać szóstą sigmę, czyli jeden sknocony produkt na ćwierć miliona. To sknocenie to najczęściej obsuwa w czasie, czyli obsuwa ekonomiczna, większość sknoconych półproduktów wraca do recyklingu, albo służy do badań, szkoleń, no a czasem stanowi stratę, którą się zamiata w papierach pod dywan, żeby sigma była – no wiecie – “łu nas na kopalni wypadków ni mo i nie bydzie – tako rzecze sztygar tej szychty” – wypadki meldujemy po pracy. Obsuwa, jaka by jednak nie była, kosztuje czyjś przestój, gdzieś maszyna nie zarabia, jest strata i tę stratę szacunkowo wliczałem jako odpad w rozrachunkach w poprzednich tekstach. MiŚ jest na tyle elastyczny, że potrafi w tym czasie przestoju – jak chce – coś zrobić, nawet jak to jest tylko udogodnienie w kierunku 1,006 czy poprawa własnego standardu życia 1,035 (naprawa samochodu w godzinach pracy, co to człowiek potrafi widlakiem dźwignąć).

Cała mechanika korpo jest w tym kontekście (produkcji) dość prosta. Człowiek (biały) pomiędzy 9 a 12 rokiem życia zaczyna być na tyle przytomny, że łączy kropki przyczynowo skutkowe, co akurat tak wychodzi że jak wchodzi w wiek rozrodczy to już coś tam wytropi, upoluje i zje, albo komu da w mordę i zabierze. W każdym razie przeżyje. Nasza cywilizacja opiera się na tym, że gdzieś pomiędzy 9 a 15 rokiem życia staramy się (w każdym razie staraliśmy się dawniej) nauczyć go jakiego rzemiosła. A czy on z tego będzie przytomny 2 czy 5 lat (bo może zacząć łączyć kropki jak będzie miał 12, a do tego czasu być dzieckiem z głową w chmurach z pamięcią złotej rybki), to się tego rzemiosła nauczy mniej lub bardziej, Są odchyleni, znaczy odchyleni od standardu co wcześniej zaczynają coś kojarzyć i przyswajać, są też odchyleni w drugą stronę, co zaczynają nieco później. Każdy się przyda.

Ponieważ z tymi co coś kojarzą wcześniej problemu nie ma, bo oni wchodzą w wiek dorosły (biologicznie w każdym razie) coś tam już umiejąc i umiejąc uzyskać satysfakcję z uzyskiwanego rezultatu (mają z tego jakie kieszonkowe, a kiedyś po prostu już byli w stanie utrzymać rodzinę), to z tymi co słabiej kojarzą jest problem. Po pierwsze taki, że rodziny nie utrzymają, bo nic im jeszcze nie wychodzi, a drugi to taki, że satysfakcję to każdy sam odkryje jak sobie zapewnić i będzie problem z nakłonieniem go do innych czynności, chyba że głodem i batem. Dlatego stworzyliśmy dość rygorystyczny model wychowawczy, bo inaczej nie działało.

Celem udoskonalania metody produkcji przez tysiące lat jest stworzenie tak prostego stanowiska pracy, żeby po dwuletnim przyuczeniu osoba z trzema odchyleniami standardowymi od przeciętnej (90iq) była w stanie zrobić cokolwiek komu potrzebnego. Nie zrzucamy tych ludzi ze skały, nie wypędzamy do lasu, nie morzymy głodem, nie bijemy za dużo batem. Po prostu wprowadźmy im rygor wychowawczy, uczymy, że na 6 rano ma być w robocie i do 14 robić co mu każą, albo od 14 do 22. Tam nic skomplikowanego nie ma, trzeba szyć, albo łopatą machać, albo jabłka wybranego koloru z taśmy zdejmować. Nie pytamy tych ludzi o zdanie, bo oni mają pusto we łbach i niczego więcej się już w życiu nie nauczą, jak im zlikwidujemy zakład pracy to oni do śmierci będą obciążeniem dla społeczeństwa. Tymi biedakami trzeba się opiekować w taki właśnie sposób, żeby się nie stoczyli. To nie ich wina, że są słabsi, ale też nie można reszty nimi obarczać, że nie nadążają za stadem.

Z polowaniem na mamuty było tak samo, przecież nie wszyscy byli na tyle kumaci, żeby proaktywnie dokonywać nagonki i napaści na zwierza, ale tak czy tak, ktoś to truchło musiał później targać. Demokratury czy innych zabobonów w tym nie ma, głupi ma słuchać mądrego, po to, żeby w ogóle taki głupi mógł być w grupie. Bo nie czarujmy się – po przegnaniu zaradnych to ci niezaradni pozostają na lodzie, to nimi nie ma się kto zająć. W Polsce są całe miasta porzuconych szwaczek, górników i hutników.


 Standaryzacja – dlaczego ciągle produkujemy to samo

Metody odrobinę się zmieniają, narzędzia też, ale tych raz przyuczonych cymbałów nie ma co przestawiać na nowe, nie wszyscy to ogarną, trzeba budować następną fabrykę i przyuczać do nowego nowych cymbałów, tych dopływ jest akurat stały. Zachód urządził sobie imigrację czarnych i dostaliśmy takich cymbałów, że nie wyobrażaliśmy sobie, że tacy mogą istnieć – jednak istnieją. Teraz są przepychanki korpo z rządem – chcieliście pracowników, to macie rzecze rząd. No ale mieli się nadawać do pracy – to oddajemy, że reklamacja i ich dociągnijcie, żeby coś tam rozumieli po ludzku, czytali, już pisać nie muszą rzecze korpo. No to płaćcie na to kształcenie rzecze rząd. I tak sobie w pingponga grają. Apartheid z tego się robi niesamowity, straszy się kadrę dowcipem, że jak będzie mobbing, to przyjdą czarni.

Produkujemy ciągle to samo, bo pasuje ciągle do tego samego. Nie trzeba unowocześniać spodni, gaci i Tshirtów, ani ciucha roboczego. Oczywiście kobiety kota dostają jak się tego nie unowocześnia, ale że mają krótką pamięć, to się im cyklicznie wprowadza to samo jako nową modę i są zadowolone. Niestety homo sapiens (biały, bo inne to też hominidy, ale czy takie jak my to mam wątpliwości) ma taki problem w głowie (a kobiety to już szczególnie), że mu się nudzi i coś by zmienił dla samego zmieniania. Szum się wtedy zaczyna i pada hasło “zróbmy coś”. Można im wprowadzić jakiś paintball czy pomalować szlaczek w poprzek hali, żeby mieli różnicę w otoczeniu, ale nie czarujmy się – ich nuży monotonność produkcji tego samego, a że dzięki nowoczesnej medycynie długo żyją, a ze względu na przyrodzone zdolności intelektualne opanują tylko jedno rzemiosło w ciągu życia, to niestety będą przez 45-50 lat monotonnie produkować to samo w praktycznie niezmieniających się warunkach. Dlatego korpo nie zmienia modelu produkcji do czasu aż połowa pracowników nie wymrze, dlatego można sobie trzymać przez 6 cykli amortyzacji nieamortyzowany sprzęt na serwisantach i dalej się opłaca, bo to jeszcze coś produkuje, mimo że jest z wydajnością przeciętnie ze 20% za nowymi fabrykami.

Ja wiem że to jest strasznie męczące dla ludzkiego mózgu robić przez 50 lat to samo, bo ten mózg w warunkach naturalnych to dożywał dwudziestki, przeżywał ten okres zazwyczaj w silnych stanach emocjonalnych ekscytacji, strachu, bólu i głodu. No ale to nie wiem jakie są propozycje? Zrzucać pracowników z okazji 25 urodzin ze skały? W ich życiu nic absolutnie nie wolno zmieniać, ponieważ oni nie nawiążą nowych relacji, zgubią się w nowym miejscu, i nie nauczą się nowego rzemiosła. Nawet żebrać się większość z nich nie nauczy. To smutne, ale mamy całą kupę ludzi na poziomie 90iq, coś im musimy zaproponować do roboty, a nikt ich nie chce. To jedyny sposób zagospodarowania tych ludzi.

Dlatego ja zawsze zostawiam koszyk na parkingu przed supermarketem jak mnie tam akurat zabiorą, żeby jęczał, że długo trwają zakupy. Bo ten koszyk ktoś, co nic innego nie umie, będzie musiał zatachać z powrotem, i jakby tego koszyka nie było, to ten człowiek byłby niepotrzebny i by mu tam nawet tej marnej michy nie dali.

Dysponujemy strukturami przyswajającymi tych biedaków zdolnych opanować aż jedną kompetencję. Wiele z tych struktur jest zmilitaryzowanych, umundurowanych i przy użyciu zestawu bodźców (dość radykalnych) potrafi użyć tych głąbów nieużytych. Jeśli zastanawiało Was dlaczego musztra wygląda jak wygląda, to właśnie dlatego, tych ludzi trzeba uczyć które prawo to jest prawo, które jest lewo, co to znaczy naprzód i nauczyć ich w miarę równego kroku. Nowości w tej branży są takie, że pałki drewniane zamieniono im na gumowe. Drewniane też są w magazynie, ale mniej szkód robią jak pałują gumowymi. Choć oczywiście wiecie, że te tępe pały jak dostaną paralizator, to potrafią nim zakatować człowieka dla zabawy. No to jest po prostu taki poziom łączenia kropek.

Wiele produktów jakie produkujemy nie wymaga innowacji częstszych niż wymiana pokoleń wśród tych o trzech odchyleniach od normy. Produkcja mięsa, mleka, mąki, chleba, śrub, skór, drewna, wydobycie piachu, przenoszenie towaru luzem z miejsca na miejsce, pilnowanie obiektów czy prostowanie lewactwa pałami. To działa i nie trzeba psuć. Z tym, że ludzie nie mający pojęcia o procesach produkcyjnych otoczeni ludźmi z innego poziomu intelektualnego nie żyją faktem, że tacy są ich poddani, tylko wydaje im się, że są tacy sami jak ci co ich otaczają – znaczy, że łączą więcej kropek, po czym zaczynają przy tym wszystkim majstrować (po zdobyciu władzy politycznej). Na przykład ponosi włodarzy taka fantazja, że można sobie zrobić wielki plan rozwoju czegoś, a przemysł się dostosuje i to wyprodukuje, a ludzie się przekwalifikują. Przemysł się owszem dostosuje, tylko ludzi porzuci, a zassie z rynku nowych i będzie z tego drożyna. Nowy projekt to można robić z oszczędności a nie dobrych chęci, i jak już się śrubek na magazyn naodkłada, to można z nich co skręcić. Koszty tego widzicie wkoło – bezrobotni, bezdomni i niedopasowani do stanowisk pracy (jak zatrudniacie ludzi to raczej rozumiecie ten ból, kiedy potrzebujecie kogo do obsługi piły a przychodzi socjolog, on mierzyć nie umie, brudzić się nie chce, ale wypłatę by chciał jak dyrektor – sami wodzowie, na Indian brak chętnych).

Gospodarką nie można sobie skręcać w takim tempie, w jakim pączkują nowe idee na pogadankach w partiach. Trzeba piec chleb taki sam jak wczoraj, mleko doić, świnie kroić, beton mieszać i jakoś to będzie. Jak się zaczyna przy tym kombinować to powstaje taki problem, że z populacji coraz mniej ludzi potrafi się samemu dostosować, a przecież nie stawiamy sprawy na ostrzu noża (dlaczego to uzasadnię dalej).

Z tymi ludźmi o jednej kompetencji jaką ogarną w życiu to lepiej nie kombinować, samicom najlepiej w domu zostać i dzieci wychowywać, a nie je po fabrykach ganiać – kłopot mniejszy, a i przystosowanie naturalne. Od razu odpada połowa problemu. Póki się samca koszaruje od rana do wieczora i do domu wypuszcza zmęczonego, to patologii większej ponad picie po pracy nie ma. Jak się do roboty nie przymusza to dopiero jest problem i patologia. Uczłowieczanie polega na poddawaniu ich rygorowi pracy.

Ten ideał porządku pracy, gdzie każdy człowiek ma jedną kompetencję i jedno narzędzie to się wydaje prosty jak się widzi taśmę produkcyjną, ale każdy przestój, każda obsuwa, każda awaria narzędzi lub niepoprawnie wykonany proces gwarantuje stratę. Stratę dlatego, że ci ludzie nie są zdolni samodzielnie wykrywać wad występujących w produkcie, ani rozwiązywać problemów. Można na nich nakrzyczeć, można ich bić, można ich z pracy wyrzucić – oni i tak nie połączą kropek, to bezcelowe i bezskuteczne. Dlatego ich pracę w miarę możliwości automatyzujemy, bo automaty są tak samo głupie jak oni. Tylko mniej operatywne.

Ci ludzie jakkolwiek na pewnym etapie są normalni, to w społeczeństwie agrarnym czy uprzemysłowionym nie mają w dyspozycji nadwyżek, z braku kompetencji socjalnej i w konsekwencji braku nadwyżek nie mają też dostępu do samic. W znacznej mierze są wykluczeni z rozmnażania. Nie bez powodu trzyma się ich skoszarowanych. Jakakolwiek zmiana warunków, w jakich ci ludzie funkcjonują, przerasta ich intelektualnie i skazuje na patologię. Tych ludzi nie spotykacie, ponieważ nie mają kompetencji socjalnych i nie bywają tam gdzie Wy, nawet ich kompetencje rodzinne są po łebkach i zazwyczaj na spotkaniu rodzinnym też ich nie ma, chyba że pod jakąś presją tradycji, zwyczaju.


Konsekwencje mieszania stresorami

Mamy też ludzi nieco bystrzejszych, o jednym i dwóch odchyleniach standardowych od średniej iq. Ci ludzie potrafią połączyć nieco więcej kropek, a nawet się czym zająć samodzielnie. Dobrze jeśli to jest jakie hobby po pracy, jakiś ogródek, zdolności rodzinne czy socjalne, daj Boże jakie usługi w postaci malowania, tapetowania, grabienia trawników. Ważne, żeby w ogóle umieli zająć się czym innym niż piciem po pracy. Owszem – można od nich wymagać, aby obsługiwali ze dwa stanowiska pracy na wypadek jakby kogo brakło, ale nie polecam – jak nie praktykują czegoś ciągle to zapominają i szkody same z tego. W razie jakiej wielkiej katastrofy tych ludzi raz w życiu można przekwalifikować. Ale jak postawicie ich przed rozkładem jazdy pociągów, to może być niewesoło z rozwiązaniem takiej zagadki. Ci dotąd wymienieni ludzie, o poziomie od jednego do trzech odchyleń standardowych, czyli iq od poziomu 96 do 88 to coś ze 40% społeczeństwa, więc jeśli liczycie na demokrację, to możecie im wmówić cokolwiek, nawet to że z nieba będzie spadać dobrobyt. Oni Wam uwierzą jak wyglądacie dość wiarygodnie, bo oni każdemu kto wygląda na mądrzejszego od nich uwierzą we wszystko, byle się miło kojarzyło. Ci ludzie zachowują się wyłącznie emocjonalnie, reagują na bodźce bezpośrednie – poczucie przyjemności i poczucie strachu, a ci co głupsi potrzebują dostać pałą przez nery, aby ich wybudzić z pewnych nagannych zachowań. Jeśli zastanawiacie się czemu król Leopold w Kongu obcinał czarnym ręce za niewykonywanie pracy i czemu mimo wszystko to nie przymuszało pozostałych do pracy, to rzućcie okiem na średnie iq w Kongu – Ci ludzie łączą jeszcze mniej kropek, w kontekście odchyleń standardowych od naszego średniego iq oni w ogóle nie występują w spektrum naszej krzywej dzwonowej – te wykresy się nie pokrywają, oni nas po prostu nie rozumieją. Wiesz, że trzeba dziś kupić jedzenie na jutrzejsze śniadanie? No a oni tego ciągu przyczynowo skutkowego, widzisz… nie łapią. Te kropki są dla nich tak odległe, że nie można narysować łączącej je linii. Poziom intelektualny, jaki reprezentują mieszkańcy warunków optymalnych (podzwrotnikowych), jest wystarczający do przeżycia w tych średnio 20 lat jakie przeżywają, a poziom intelektualny trzech odchyleń standardowych od średniej u nas wystarcza do takiego rozumowania i takiego gospodarowania, aby przewidująco przetrwać zimę w warunkach umiarkowanych. To wcale nie jest takie skomplikowane i ostrzejsze warunki (polarne) wymuszają jedynie śladowe zróżnicowanie, ale jednak w całej populacji.

Przeciętnego czarnego od przeciętnego białego jakiego znacie dzieli pięć do sześciu odchyleń standardowych. Jest to olbrzymia przepaść, a jeszcze dodajmy efekt Flynna i to, że akurat dzięki technice i medycynie żyjemy bardzo długo. Efekt Flynna pogłębia specjalizację intelektualną względem narzędzi o prawie jedno odchylenie standardowe co dekadę. Oznacza to, że w otaczającym nas świecie przeciętny pięćdziesięciolatek od głupiego dwudziestolatka nie różni się w procesie rekrutacyjny intelektualnie, więc jeśli praca jest dla głupich, to raczej decydują tam inne parametry (na przykład oczekiwania, młody metabolizm), w których młody przoduje – więcej da i mniej weźmie. Dlatego demontowanie pięćdziesięciolatkom fabryki i wyrzucanie ich na bruk jest stratą netto dla społeczności – trzeba im wymyślać wcześniejsze emerytury, bo tych co się urodzili jako przeciętnie rozgarnięci (w spektrum mniejszym od odchylenia) nikt przytomny nie zatrudni jak nie ma ciśnienia (braku wyboru kogo innego). A przecież 50 latek o przeciętnym intelekcie ma opanowane kilka kompetencji, zazwyczaj cztery, przy czym jedną z nich jest życie rodzinne, a drugą życie socjalne z czego wynika, że nie jest patolem. Do tego społeczeństwo przymusową edukacją rozmieniło mu jedną kompetencję na drobne, ucząc go historii, geografii, plastyki, muzyki, i oby miał jakąś kompetencję zawodową, bo jeśli został wciśnięty w “kształcenie wyższe” to niestety, ale nie posiada żadnej przydatnej umiejętności. Mam nadzieję, że rozumiecie jaką krzywdą jest wrzucanie średniaków na studia, jaką krzywdą dla tych średniaków.

Ta bardzo wąska z punktu widzenia szerokości odchyleń grupa jest osnową społeczeństwa – jak się tych ludzi nie rusza, to oni właśnie są normalni. Oni potrafią wytworzyć, zmagazynować i zagospodarować nadwyżki, spłodzić i wychować dzieci. Jeśli natomiast zacznie się ich przeganiać z miejsca na miejsce w młodym wieku to zamiast wytworzyć kompetencje społeczne i rodzinne nauczą się drugiego czy nawet trzeciego rzemiosła, z tym że nie nawiążą już normalnych relacji – spatologizują się. Jeśli udało Wam się poznać zające zapełniające fabryki na emigracji to to jest bardzo częsty przypadek, ludzi przymusem ekonomicznym wypędzonych z własnego środowiska, ogłupiałych, niemających rodziny, substytuujących relacje społeczne pubem (jak ich stać) czy spotkaniami przy piwku z takimi samymi ofiarami postępactwa jak oni. Ci ludzie nie wiedzą co się stało i dlaczego nie jest tak jak im się wydaje że powinno być normalnie. Dlatego starszych jest dużo ciężej wypędzić i dlatego starsi pod takim przymusem wyjeżdżają najwyżej okresowo, oni nowych kompetencji nie nabędą. Dlatego te makroekonomiczne stresory są tak wielkim problemem dla utrzymania tkanki społecznej i dlatego przeganianie tych ludzi z miejsca na miejsce stresorami czyni takie wielkie szkody i obciąża gospodarkę brakiem podaży normalnych ludzi przenoszących międzypokoleniowo kulturę przychodzenia na siódmą do pracy, żeby tam pracować, a nie spędzać tam czas. Jeśli się odpowiednio skonstruuje metody kształcenia, to od biedy ci ludzie mają kompetencję, swoje rzemiosło, potrafią organizować pracę innym ludziom, ale to jest skrajny przypadek wykorzystania elastyczności gdy występuje jakiś nietypowy niedobór ludzi, dla których taka kompetencja nie jest obciążeniem, a jest wykonywana efektywnie.

To jest ta cała mechanika społeczna, która działała, przy której było nie majstrować. Odbudowanie tego oczywiście jest możliwe, ale zajmie czas, a nie jest wcale takie pewne, czy inne, agresywne ludy głodne wody, ziemi i powietrza nam ten czas na ogarnięcie się i pozbieranie do kupy dadzą. Bo z tymi nachodźcami to jest śmieszno i straszno, niby kto przytomny, to wie, że jak nie ma znaków to skrzyżowanie jest równorzędne i ten z prawej pierwszy jedzie. A nachodźcy w przytomności nawet pytani o tym nie wiedzą, oni sobie jakim sposobem układają inną hierarchię tego kto ma jechać. Głupszemu trzeba ustąpić, bo tłumaczenie im, która to w ogóle prawa strona trafia na pustkę jak w głowie blondynki. Albo jeździć buldożerem. W Polsce to inżyniery od bezruchu myślą, że wystarczy znaki postawić, ale jaki to daje rezultat to sami wiecie – nic z tych znaków przy normalnej prędkości jazdy wywnioskować nie można, a jak już się ustawi jaki znak i namaluje znaki poziome, że droga główna nie jest prosto tylko z winkla przez skrzyżowanie i dowali tam światła, to dopiero co rajdowiec to opinia. Opinie opiniami, a to wszystko trzeba tak organizować, żeby nawet najgłupszy się nie pogubił kierując buldożerem. Chyba że macie inną opinię i trzeba komplikować, a Bóg rozpozna swoich?


Dalej jest problem trybunału stanu

Celem badania zdolności rozumowania, kojarzenia faktów, jakiejś tam “wiedzy ogólnej dla danej społeczności” jest dla psychiatrów i psychologów w miarę zgodnie ocenienie czy człowiek mieści się w spektrum przyjętej formalnie “normalności”, czy też trzeba go ratować i na przykład nie ma sensu stosować wobec niego stresorów, bo i tak nie połączy kropek, że jak za jeden batonik na niego nakrzyczeli, to że za drugi jak zje (my uważamy, że ukradł, ale takich kropek to typ nie łączy) to też nakrzyczymy. Jak ktoś ogarnia te wszystkie normalne zakresy, jakie się normalnie wymaga, to jest normalny i przyjmuje się, że można go za coś obsobaczyć, a nawet wsadzić bo wiedział że ma czegoś nie robić. Natomiast czy da się wykazać jakieś ponadprzeciętne zdolności to nie jest wcale takie pewne, dlatego testy mierzące inteligencję (nawet w instytutach medycyny sądowej w bardzo poważnych, światowych placówkach) są uważane za takie sobie. Jesteśmy w stanie, w sposób w jaki ujęliśmy w danym systemie egzaminowania (zestawie testów) określić jak dużym odchyleniem od innych wyników jest osiągnięty przez pacjenta wynik. Ale za nic nam to nie wykazuje czy dana kompetencja jest potrzebna do czegokolwiek rzeczywistego. Choć każdy z nas jest w stanie po prezentowanych rezultatach ocenić czy ktoś jest szczególnie uzdolniony, bystry, pojętny, inteligentny, zależnie od przyjętego modelu (nawet cybernetycznego) pojęć, to zazwyczaj z grzeczności nie pytamy z czym sobie nie radzi. Przyprowadzili kiedyś na TEDx takiego nieboraka Andrzeja z Pribałtyki, co go nie można wypuścić samego na zakupy, bo się zgubi, a jak stoi normalnie ubrany to widać, że nie bardzo jest przyzwyczajony do wyglądania jak człowiek. Może znajdę nagranie z Nim, ale za często go nie pokazują.

No więc ten nieborak zajmował się pisaniem programów (w języku maszynowym) mimo że nie miał komputera (jeszcze za sovieta), a obecnie dają mu jeść za to, że pisze programy na komputery kwantowe – zupełnie mu nie przeszkadza, że nie ma ich na czym przetestować, gdyż świetnie radzi sobie z rozkładem logicznym następstw zdarzeń. I jak go ocenicie? Mądry czy głupi? Wybitny? Genialny? Albo Griszka co przeprowadził dowód na hipotezę Poincarego, 3 lata temu przeprowadził się do Szwecji. Właściwie nie ma innych ludzi w historii ludzkości, którzy wykazaliby się zdolnościami w tej specjalistycznej dziedzinie, w jakiej jeden czy drugi się wykazuje. A czy Napoleon był wybitny? No właśnie. Wiemy, że na pewno przeciętny nie był. I to jest problem mierzalności kompetencji intelektualnych osobników, którzy owszem normalni również są, może nieco ekscentryczni, ale mają jeszcze jakieś coś, i czasem to coś jest bardzo rozległe i uznajemy, że to jest ogólny poziom intelektualny przewyższający o jakieś odchylenia tych zupełnie normalnych. Krzywa dzwonowa w tym wypadku jest wynikiem sprytnej statystyki, bo łatwo stwierdzić dla kogo dany poziom testu jest za trudny, kłopot się zaczyna jeśli mamy podejrzenie, że ktoś jest sprytniejszy od górnego zakresu testu.

Tu jest problem właśnie czepiania się mądrzejszych od siebie. Jeśli oceniamy, że ktoś dopuścił się jakiegoś “wielka niedobrze” i zazwyczaj oceniamy to skutkowo – znaczy powszechnie nie podoba nam się skutek tego co zrobił, ale raczej nikt przed nim tego nie robił, to zaczynają padać pytania jakich nikt wcześniej nie zadał. Oczywiście zarzucamy mądrzejszym od siebie, że powinni być jeszcze mądrzejsi niż są i przewidzieć skutki swoich działań, oczekujemy omnipotencji, wszechkompetencji i wiedzy absolutnej, ponieważ, jak to zwierzę społeczne – czyli socjalista – ekstrapolujemy, że wiemy kto jest mądrzejszy o jedno odchylenie od nas, wiemy o ile bystrzejszy jest ten od dwa odchylenia, więc wnioskujemy, że pięć, sześć czy osiemnaście odchyleń to jest po prostu wielkie mnóstwo. Wielkie mnóstwo to taki liczebnik określający ile vatu trzeba podsowiecić z budżetu, żeby ludzie chcieli palić innych za własną głupotę (pozwolenia władzy na wprowadzenie vatu) na stosie.

Stawianie zarzutów sprytniejszym od siebie jest na takim poziomie, jak czepianie się w uprawie ekstensywnej o to, że jeden musi uprawiać hektar, a drugi 1/5 hektara, ponieważ ma opanowane metody przekładania upraw na tym obszarze tak, i dbania o nie tak, żeby się nie narobić, a żeby efektywniej rosło. Produktywność, żadnej chemii czy innych cudów – metody uprawy, których misjonarze uparcie starają się nauczyć dzikie ludy. I wiecie, że nie wszyscy łapią te kropki? To trudne jest.

Ludzie w bezsilności złorzeczą tym, którzy uzyskują lepsze od nich rezultaty. O ile w rolnictwie ekstensywnym z palcem w nosie można uzyskać x5, to w intensywnym x1000. Proporcja jak kalkulator w zegarku na komunię do liczydła. Warto się jednak zastanowić, czy jako ludzie zdolni połączyć kropki przeciętnie (ja wiem, że takich Czytelników to właściwie nie mamy, bo teksty są dla nich zbyt złożone na poziomach abstrakcji), ale przeciętnie na pewno też potraficie zgodzilibyście się na osąd i wymierzenie kary przez przeciętnych współbytujących ze słoniami, którzy mają mierzalne iq na poziomie 78?

To na jakiej podstawie sądzicie, że “prawa” ustanawiane przez przeciętne społeczeństwo mają dotyczyć tych z intelektem na poziomie 122 i wyżej? Już ktoś z wynikami na poziomie 110 uważa przeciętną organizację społeczną za bandę durni. Ludzie inteligentni traktują motłoch jak bandę pustaków. Nie traktują ich poważne, ponieważ są to zasady, które mają obejmować również tych z trzema odchyleniami standardowymi w dół od średniej i muszą być dla tych biedaków zrozumiałe. Rezultat jest taki, że retorom sprawiedliwości pozostaje małpie okrucieństwo z jakim trzymają Pana Marcina Plichtę, który nikomu przecież torebki nie wyrwał, nikomu głowy nie uciął, nikogo nie zgwałcił i nie porwał. Pan Marcin Plichta nawciskał ludziom bajek, nie pierwszy zresztą raz, a durnie uwierzyli. Jak małpom brakuje tych papierków co mu dali, to niech z małpim sprytem każą wydrukować bankowi centralnemu nowe i niech im bank eNBeP da. I będzie spokój. Żeby o takie pierdoły człowieka w klatce trzymać – to nieludzkie. Pan Marcin Plichta nikomu przecież łba nie uciął, tylko ciemnoty ciemnym nawciskał, a Pan Kajetan to i owszem – uciął, a w lochu tak samo siedzą – znaczy jak już się wprowadzi kogo w błąd, to dla porządku głupi łeb ucinać, bo tak czy tak w lochu zamkną? Zwykłe, małpie okrucieństwo – nie ma się co dziwić, że nawet nachodźcy z taką małpią bandą nie chcą przestawać i czmychają.

Co bardziej wygadani z bystrych nazwali siebie politykami i tak reszcie naopowiadali “prawa”, że ich nie można przed normalny sąd ciągać – trzeba przed ulgowy trybunał stanu. No to też powinien być taki trybunał oddzielny dla aferzystów, którzy wykazali się sprytem społecznym, organizacyjnym i pomysłowością, bo skoro okpili aparat suwerena (tak sobie suwereni myślą, że to ich aparat – akurat), to jak ich ten aparat ma ścigać i sądzić? Już przecież raz wykazali, że na nich nie działa. A ile razy nie działał i wcale nie wiemy? Albo działał tak, że nawet nie da się wykryć, że afera była?


Jest jednak wspólny mianownik

To $ds czyli czym w dyspozycji płacą chcący coś otrzymać i jakie alternatywne działalności mogą podjąć dostawcy odpowiedzialni za podaż. Ci co mają wiele kompetencji potrzebnych akurat innym gotowym za nie płacić mają dość szeroki wybór sterowania podażą i nawet jeśli nie trafią w optimum, to zależą od nich deficyty pompujące średnie wartości. Oczywiście ludzi jest mnóstwo, a ponadto aby nikt nie był niezastąpiony, to substytuuje się wiele elementów składających się na biznes. Ma to dwa rezultaty, pierwszy taki, że ci bystrzejsi zawsze tam jakoś sobie poradzą, a za tymi najbystrzejszymi ciężko trafić jak sobie właśnie radzą i jak im owoce pracy odebrać (opodatkować = ukraść). Drugi taki, że da się ustalić co umieją ci nie najbystrzejsi i ilu dokładnie ich jest. Co za tym idzie można nimi coś zaplanować, wycenić, ustalić, wymyślić bodźce (prawo i regulacje) i jakoś z tego sklecić produkcję kocy, asfaltu, chleba, proszku do prania, a nawet roznoszenie poczty i dostarczanie paczek. Choć wystarczy przy tym odrobinę pomajstrować i z czegoś co ledwo działa i daje rezultaty (poczta) zorganizować parodię (inpost) po czym podłączyć do tego szamaństwo (sądy) i wciskać ludziom, że wszystko odbyło się tak jak demokratycznie chcieli. Dlatego lepiej nie majstrować póki nie przeszkadza. Molochy są co prawda niewydajne, ale to jest powód, żeby je puszczać na głęboką wodę wolnego rynku (i niech tam sobie utoną) niż podsypywać absurdalnymi regulacjami wrzucania blaszek do kopert.

Z tych dwóch faktów powyżej wynika nam, że istnieje pewna (coś ze 60% populacji) grupa ludzi, którzy to bez zadania im jakiś stresorów (wypędzeń, pozbawiania domów, że niby na kredyt we frankach i podobnych manewrów) zapewnia podaż jednej kompetencji zawodowej. Gdzieś tam nad nimi majaczy jeszcze kolejne 30% populacji, którzy jeśli nie ograniczyli sobie życia rodzinnego i socjalnego, a niektórzy to nawet mają hobby, które nie płaci to mają po 2 kompetencje zawodowe, w tym często jedna z nich to zarządzanie jakąś małą grupą ludzi. I gdyby nie system podatkowy, czyli jak wspominałem wcześniej dołożenie wszystkim po dwie dodatkowe kompetencje, to te 90% populacji jako tako by sobie poradziło i nawet wytwarzałoby jakieś nadwyżki. Pozostałe 10% tworzyłoby naród polityczny jak było dawniej i powoli, bez specjalnego kombinowania pchalibyśmy ten rozwój dalej żrąc się między mądrzejszymi i najwyżej pozbawiając resztę od czasu do czasu nadwyżek. Mało jednak było co bardziej kompetentnym w gadaniu, a których pierdół nikt przytomny z narodu politycznego słuchać nie chciał, wymyślili więc koncepcję upolitycznienia mas i nazwali ją marksizmem. Rezultaty widzicie wkoło – ludzie nie dość że biedni, to jeszcze nie mający jak wyjść ze swojej biedy bo pozbawieni organizatorów pracy. Jak chcą sami sobie zorganizować pracę – to nie wolno, bo przepisy. A nawet jak nie przepisy to podatki rozwalające każdy biedabiznes jaki Ci nieboracy potrafią sklecić, albo jaki się z litości tymi biedakami organizuje. Wyzysku nie ma – jest porzucenie tych najsłabszych i obciążenie tych co jeszcze dają radę.

Jeśli potraktujecie tych 60% jako podaż stałą 1 człowiek = 1 kompetencja, to działają oni teoretycznie na $ds 60. Teoretycznie bo zaraz pokażę jak wygląda inflacja. Pozostałe 30% ma 1×2 i też ma 60. Ta cwana, 10% reszta ma wśród siebie bardzo duży rozrzut kompetencji, ale nie wszystkie są rynkowe, a niektóre są rynkowe tylko jak są wyżyłowane – skrzypków nie trzeba wielu, ale wielu musi traktować to jako hobby, aby jeden był tak wielkim wirtuozem, aby mógł z tego żyć jak panisko. Gdyby to tak tylko było, to dałoby się ustalić jakąś średnią arytmetyczną kompetencji tej skrajni krzywej dzwonowej i walnijmy sobie dla żartu, że to będzie sześć – te 10% miałoby 1×6 i też 60. Ponieważ ludzie kalkulują liniowo, to gdyby pytać reprezentatywną większość to tak właśnie widzą dający się zaakceptować, sprawiedliwy rozdział, który przechodzi nawet w sytuacji brania łupów, gdy wszyscy są uzbrojeni, że 30% dla plebsu, 30% dla oficerów i 30% dla dowódcy. Bywa, że jest 50% dla dowódcy, ale musi opłacić oficerów i aparat biurokratyczny (Mohamed zdobywca Konstantynopola). Z tym że tak wcale nie jest. A jak jest, skoro nie tak?

Otóż przeinwestowanie kompetencjami jest tak samo możliwe jak przeinwestowanie sprzętem co podawałem jako przykłady w drzwiach dla małego kota. Taka firma, osoba może sobie wybrać najkorzystniejszy $ds, albo najkorzystniejszy zestaw i proporcje z zakresu jakim dysponuje. Dlatego człowiek dysponujący pięcioma czy siedmioma kompetencjami nie tylko może sobie wiele rzeczy zrobić sam, ale też może wybrać czym akurat będzie się zajmował i raczej zostanie wybrany ze względu na szerokość kompetencji “na wszelki wypadek, gdyby coś, to ten rozgarnięty to załatwi”. Co oczywiście nie musi wcale skutkować lepszymi usługami czy zaradnością, ale przynajmniej potencjał daje na to nadzieję. Dlatego kiedy nawet jest szorujący po dnie kryzys taki człowiek zostawiony goły wśród tłumu raczej dostanie proporcję 100:60 do normalnego jednokompetencyjnego. To nie koniec. Jeśli jakaś produkcja zajmuje 5 operacji, a średniaki i kadra z trzema kompetencjami umie korelować po dwa procesy, to w takiej piramidzie na 5 operacji musi być przynajmniej 5 trójkompetencyjnych lub jacyś dwójkompetencyjni psychole co albo nie mają kolegów, albo rodziny (wymienili na trzecią kompetencję zawodową) i dlatego szefowie powszechnie uważani są za psychopatów. Jak widzicie średniaki organizując 15 osobową firmę, z 2 równoległymi, identycznymi liniami produkcji po 5 stanowisk muszą do tego dokleić 5 osób koordynacji, a jeszcze nie doliczyliśmy im dodatkowych obciążeń na biurwę i podatki (to później). Jeśli zaś weźmiecie jednego człowieka z 5 kompetencjami to on zrobi mniej więcej 1/10 tego co ta 15 osobowa firma (czyli już 100:60 mu się jak psu zupa należy), z tym że jego produkt będzie zawsze szybciej, lepiej dopasowany do potrzeb klienta i będzie bez przestojów, co zapewni mu przewagę konkurencyjną pozwalającą zaniżyć ceny, wyprzeć innych z rynku (będą krzyczeli, że dumping) i podkręcić ceny. Do tego dochodzą oszczędności w procesach dzięki ich całościowemu rozumieniu i jak doliczymy tych uzasadnień, to wylądujemy gdzieś na 250:60 (proporcja x2,5 ze stosunku zarobków wskazanych w poprzednich tekstach 100:40). A jak ma więcej kompetencji, to może konkurować z większą piramidą, z tym że on taką przewagę ma cały czas, więc ma spore nadwyżki, które raczej zainwestuje w proces, aby mieć przewagę w sprzęcie, w technologii, w taniej amortyzacji i ponieważ on sobie sam obsługuje cały ten aparat produkcyjny to to nie jest już 1×5, a 5×5. A tacy ludzie potrafią jeszcze organizować się w piramidki tak jak ci głupsi nieboracy i wtedy mnożniki lecą dalej, nie 1x1x1x1x1x2x2x3x3, tylko od razu po 25 z samego dołu. Dlatego rozgarnięci ludzi uzbrojeni w nowoczesny sprzęt potrafią zbudować w kilka dni coś, czego banda dzikich nie potrafi przez całe życie.

Z punktu widzenia pozostałych 90% to w tych 10% społeczeństwa mieści się cała gospodarka, i cała władza nad kapitałem, ale to i tak pikuś, bo 10% z tych 10% to też jest oddzielna, prawie cała gospodarka i kapitał, bo to jest przepaść pomiędzy ludźmi co scalają jako samotnicy po 4 kompetencje zawodowe, a sukinsynami działającymi od pokoleń w grupach, którzy kształceni od małego w elitarnych szkołach są młodymi, siedemdziesięcioletnimi bankierami obejmującymi tych kompetencji kilkanaście (wszak to osoby wybitne) i to jeszcze w ukierunkowanych sztaplach wzajemnie uzupełniających się z kumplami współkształconymi na pomocnicze im stanowiska przez całe życie. Kontrast zdolności korelacyjnych tego 1% z pozostałymi 90% jest niewyobrażalny, proporcje w dysponowaniu władzą, kapitałem, zasobami – call it yourself – są również niewyobrażalne. Ten 1% potrzebuje 9%, żeby im organizowała narzędzia jakich oni potrzebują, ale tak generalnie to im trochę przeszkadzają, szczególnie ci głupsi, więc się ich nie wpuszcza między ludzi, pozostałe 90% żyje na innej planecie, pieką tam sobie chleb, uprawiają pomidory i po co im to wszystko psuć?

No też marksizm, konkretnie trockizm daje odpowiedź po co im burzyć spokój – aby wyzyskać ich do wewnętrznej walki o władzę w jednym promilu, promila, promila. Gdzieś tam jest może siedmiu skrajnych endodynamików (dysponujących adekwatnym zapleczem) pragnących władzy, ludzi na planecie jest tylko tylu, że mogą utrzymać dwie i kawałek takich stabilnych struktur, a chętnych do władzy jest więcej i każdy chce więcej niż jest. Przez tysiąclecia był spokój, ale gdzieś w XIX wieku wymyślono metodę jak uruchomić pozostałe 90% rezerwy. Odtąd wojny przestały być domeną narodu politycznego – tych marnych kilku, najwyżej 10%. Problem stał się masowy, masowe stały się wojny, masowa stała się produkcja, a trupy sypnęły się tak, że i masowe groby okazały się nie dość dobre i ludźmi trzeba było palić w piecach.

System podatkowy obciążający każdego (teoretycznie) dwoma operacjami bardzo negatywnie wpływa na posiadających jedną bądź dwie kompetencje – są oni przeceniani na zero lub mniej niż zero produktywności. Rezultatem jest bezrobocie, przy takim obciążeniu ludzie muszą być niezwykle produktywni aby opłacało się dać im narzędzia. Rezultat jest oczywiście nieproporcjonalnie słabszy dla tych posiadających więcej niż dwie kompetencje, a do tego mogą oni posiadać pewną dość specjalistyczną kompetencję pojedynczą “unikanie systemu”, która zapewnia im niezwykłe oszczędności podatkowe, powodując utratę tylko tej jednej, marginalnej operacji a pozwala korzystać z oszczędzonej jednej, albo prawie dwóch ujmowanych innych. Takie skrzywienie systemu. Oczywiście całe przedsięwzięcia starają się wykluczyć na przeróżne sposoby z tego ciężaru dwóch operacji, jedni lobbyingiem, inni nieformalnymi wpływami, jeszcze inni optymalizacją przeciwko agresywnemu opodatkowaniu, z tym że najefektywniejsza jest w takim układzie firma, w której wszyscy są skorelowani zgodnie i w porozumieniu aby tych ciężarów uniknąć i kierowani jedną myślą potrafią zapewnić to wszystkim swoim działaniom. Oczywiście jest to firma jednoosobowa osobnika o tak specyficznej kompetencji. Prostszego rozwiązania nie ma. Powstają więc choinki firm, zamkniętych jedną, specyficzną, jednoosobową orkiestrą, dzięki którym w ramach ograniczonej w czasie spychologii udaje się jakoś uniknąć wykonywania zbędnych operacji na rzecz czerwonej ideologii płacenia podatków. Oczywistym jest, że taki system podatkowy jest niegodziwy, bo tych najsłabszych co i tak ledwo sobie radzili, a stanowiska pracy mieli organizowane przez mądrzejszych od siebie porzuca. Po prosty wyklucza ich produktywność domiarem powodującym, że jest ona ujemna. Ponieważ w jakimś okresie życia każdy kiedyś zdobywa tę pierwszą kompetencję i chciałby na niej zarobić, to dowiaduje się od komuszego społeczeństwa, że psu na budę jego wysiłek i kompetencja jest wyceniana na mniej niż zero. To ma się niby dalej kształcić? Po co? Widziałem i Szkotów, i Szwedów, którzy po pierwszej rozmowie o podwyżce rzucali pracę. Tak wygląda przyszłość w tym ustroju, który raczej się nie utrzyma.

Rezultatem systemu fiskalnego jest rozproszenie po kawałku pomiędzy te 90% populacji umiejętności dozorowych w systemie podatkowym (i “jakościowym” – pozwolenia, licencje, zaświadczenia, certyfikaty) jak i umiejętności ich unikania. Ponieważ wychodzi tego po dwie kompetencje na organizację (obciążenie fiskalne dwiema operacjami), to logiczne jest, że wśród 90% wszystkie firmy jednoosobowe będą działały albo w szarej strefie, albo będą generowały patoli pozbawionych rodziny, znajomych i tyrających na 4 szychty, żeby zapłacić podatki. Logiczne jest też, że firm dających zajęcie będzie mało, a przez to $ds tanio wyceni pracę przy takim obciążeniu. Logiczne też jest, że nikt nie będzie w takim ustroju niczego unowocześniał, a jak unowocześni, to nie będzie się tym chwalił. Wychodzi więc na to, że 2/3 populacji z tych 90% wykonuje działania całkowicie nieproduktywne, kontrproduktywne lub nie wykonuje żadnych (to nawet wtedy taniej jest dla innych). Kompletny absurd. Tymczasem ci kompetentni, bardziej rozgarnięci co jakoś przecisnęli się przez sito (lub zostali przez nie przepchani, bo są wysoko urodzeni) mają dzięki kontrastowi podatkowemu takiego kopa do góry, że rozwarstwienie społeczne przybiera rozmiary niespotykane w historii. To już nie jest różnica taka, że król ma terytorium państwa, a byle kmieć choćby ogródek i drzewo z owocami, czyli i jednemu i drugiemu ziemia rodzi, ale ten i ten ma ileś tego samego – ziemi. Tym razem różnica jest niemierzalna, choć kilku skusiło się zrobić dobre prezentacje o dysproporcji w posiadanym majątku i zarobkach.

Jeśli interesuje Was jak tworzyć takie aparaty matematyczne pozwalające śledzić rezultaty kontrastu dla zadanych operacji, to najprościej jest postfiksowo wykonać operację na elemencie, ze zwrotem wyniku na pozycję elementu (a =+a czy a =*a czy inne działanie słonik, żółwik). Wszelkie multiplikacje bardzo dobrze rysują wykresy dysproporcjonalności kolejnych obciążeń (pracą, fiskalnych, ceremonialnych, mocy jałowej) – w tym wypadku multiplikacje są kontrastami jakie dodaje się do roztworu aby uwypuklić obecność wybranych składników.

Jak już zapewne widzicie ci biedacy 90% nie są dla reszty żadnym rynkiem zbytu, żadnym zapleczem podatkowym, żadną siłą roboczą. Są otoczeniem, takim samym jak skały czy raczej bakterie – tyle że uzłośliwiane ideologią i czasem trzeba ich zdepopulować. Przytomnie się zastanówcie – większość mieszkańców planety nie ma nawet produktywności, aby Wam coś na wymianę zaproponować, niby więc jakim rynkiem zbytu są biedni dla mądrzejszych? Co niby od Chińczyków maja kupować murzyni, którym ci zajmują teren? Czym mieliby płacić zanim kijów dostaną? Nawet lepiej dla firm wydobywczych gdyby tubylców w ogóle w rejonie wydobycia nie było – o w tym można im pomóc głodem, wojną i chorobą.

Tak samo 99% nie ma dla 1% jakiejkolwiek wartości ponad te 9%, które dostarczają im jakich takich narzędzi i usług. To zupełnie oddzielna gospodarka, ci mądrzejsi tworzą gospodarkę między sobą i sami dla siebie. Jedzą co innego, jeżdżą czym innym, mieszkają inaczej, mają inne gadżety, inne ubrania, inne pojazdy, wszystko mają inne. 90% użyto ideologią jak zwierzęta do rozstrzygnięć w konfliktach politycznych wewnątrz samej wierchuszki, obciążenia fiskalne zepchnęły tych ludzi z jedną czy dwoma kompetencjami do zera albo głębiej. A nie wiem czy ideologia nie zepchnęła tego jeszcze odrobinę nie dając im nawet wykształcenia niezbędnego do pracy na jakimkolwiek stanowisku z jakim poprzednie pokolenia sobie radziły. Dla rozgarniętych obciążenie jedną czy dwoma dodatkowymi, politycznymi kompetencjami nie jest takie straszne, a dla 1% to ledwo igraszka, dlatego naród polityczny, te 10% panów szlachty może się bawić w marksizm, republikę, wyprawy krzyżowe czy złotą wolność szlachecką i nie robią tego wyzyskiem słabszych i niezaradnych tylko własną fantazją, własną produktywnością i umiejętnościami organizacyjnymi. Dla biedaków jednak ten system fiskalny i ta ideologia jaka dominuje to dopust Boży.