Scalak rozrachunkowy

Urządzenie scalone, skomponowane z wcześniej rozdzielnych podzespołów w jedną, zamkniętą funkcjonalność, właściwie nierozkładalne bez działań niszczących tę funkcjonalność, możliwe ewentualnie do zhackowania w pewnych przypadkach. Nie należy go mylić z modułem (zalanym w plastiku w celu substytuowania niedemontowalności). Scalak jest substytuowany starszą, rozbieralną technologią zajmującą zazwyczaj więcej miejsca, pożerającą więcej energii, droższą i bardziej złożoną w produkcji, ale… pożerającą mniej mocy korelującej – czyli możliwej przy wytworzeniu powszechniej znanych, powszechnie występujących w ilości WM (wielkie mnóstwo) narzędzi, jakie umie obsługiwać WM ludzi. Dlatego właśnie wolumen jest kluczem do rozwiązania, dlatego właśnie rozwiązanie przekreśla sens ekonomiczny rozwiązywania problemu, ponieważ dewastuje system rozrachunku (poprzez jego dynamizowanie), a jeśli tak, to system ekonomiczny musi być dynamiczny, doraźny i nieciągły aby w ogóle działał. I taki jest.

Są pewne procesy, jakie w ramach dziedziczenia kompetencji już ujęliśmy w ramy kształcenia i stały się oczywistą oczywistością. Pojęcie “samochód” opisuje w rozumieniu potocznym pojazd na czterech kołach – a nie na sześciu, choć próbowano z powodu głupich, biurwich przepisów dotyczących wyścigów; i nie na trzech, choć oczywiście też były pewne podejścia z silnikami poniżej 200ccm. I pomijając pojazdy specjalne (dźwigi, wiertnie), ciężarowe, to każdy mniej więcej wie czego będą uczyć inżyniera zajmującego się produkcją samochodów i że to nie będzie koń tworzony przez komisję.

I co najwyżej dłubie się tam przy wyglądzie (design), są specjaliści dłubiący przy silniku, jankesi robią wszystko duuuże (półciężarówki), ale generalnie pojęcie “samochód” jest już zamknięte i wiemy jaki scalak technologiczny przypomina rezultat (Multipla się tu nie zalicza) nazywany samochodem, co powinien robić (trąbić, rozrzucać rowerzystów wycieraczkami) i jakie powinien mieć sterowanie. Bo przecież wsiadając do samochodu nie spodziewacie się dwuakcyjnego sprzęgła (a co niektórzy dzisiaj to w ogóle nie spodziewają się pedału sprzęgła) czy dźwigni zmiany biegów w miejscu kierunkowskazu (zdarza mi się włączyć któryś z biegów wstecznych jak wyjeżdżam na ulicę i chcę odpalić kierunkowskaz w ciężkim sprzęcie myśląc, że jadę samochodem), albo lewego pedała do tyłu, prawego do przodu a środkowego do hamowania (a przecież tak mają niektóre maszyny)?

Wynika to z tego, że specjaliści zajmujący się produkcją samochodów dziedziczą kompetencje już od ponad stu lat i jest tam szóste albo siódme pokolenie robiące to wszystko od nowa, tak samo jak robili to “przodkowie”, w samolotach jest podobnie, a w okrętownictwie wiedza jest dziedziczona jeszcze dłużej. Była w okrętownictwie próba doraźnego (wojennego) odpalenia tego bez dziedziczenia kompetencji, w ramach produkcji potokowej i jednostki wyprodukowane w ten sposób rozpadały się pod dynamicznym obciążeniem falującego morza, ponieważ zawierały oczywiste błędy wykonawcze (brak mysich dziur), o konieczności których wie każdy rzemieślnik robiący cokolwiek w kadłubie. Z tego wnioskujemy, że dziedziczona wiedza od praktyka – wykonawcy, w miejscu praktykowania (kombinacie, hucie, fabryce, tradefloorze) jest metodą skuteczną przekazywania umiejętności stosowanych. A za niezastosowane klienci nie zapłacą.
Jeśli jednak z jakiegoś powodu dostępne scalaki nas nie kontentują, bądź w ogóle nie realizują naszych zamierzeń, to można sobie je substytuować składakami. Bardzo często niezdolność do scalenia konia i posługiwanie się wielbłądem zaprojektowanym przez komisję jako koń wynika z niemożności przeforsowania swojego stanowiska z pozycji siły (dyktatorskiej), ponieważ jego forsowanie zmienia rozkład sił na niemożliwy do przeforsowania. Pozornie masło maślane, ale…

Stosowany przez nas system rozrachunku nie jest scalakiem (lemingom się wydaje że jest, ale to im się tylko tak wydaje), jest substytutem złożonym z równoważących się elementów, w którym pozycje dominujące są autoredukcyjne. Pozycja dominująca polega na agresywnym wzroście podaży wartości (jakiejkolwiek dodanej) do systemu rozrachunku, co powoduje substytuowanie wytwarzanej podaży przez chętnych na współudział we wzroście i w wyniku absorpcji przez sumę rynkową tego Wielkiego Mnóstwa podaży przeceny rezultatu w stosunku do reszty walorów na rynku (przeceny w dół oczywiście, czyli zbilansowaniu). Można sobie wyobrazić układ trwałej nierównowagi, ale prędzej czy później wszystkie kamienie stoczą się w dół (nawet przy tarciu, w wyniku przypadkowych wstrząsów) i ten dół zasypią na tyle, aby nie był dołem choćby tak poważnym – system samobilansujący. Każda próba konsolidacji systemu rozrachunkowego powoduje jego dekompozycję, ponieważ system rozrachunku jest fakultatywny dla sieci społecznej i powiązań gospodarczych. Nie jest elementem niezbędnym, ponieważ w przypadku nadpodaży jakiego dobra jest go tak wiele, że nie da się nim produktywnie zarządzać, pozostaje zmarnotrawić lub rozdać i koszt rozdawnictwa może być wyższy niż marnotrawienia. Czyli do nadwyżek trzeba dopłacić, aby ktoś w ogóle zechciał je podjąć – i choć definicja nadpodaży w ekonomii jest różna od mojej, to moja jest lepsza choćby z dyktatorskiej racji, że jest moja, a nie komisji jak ten wielbłąd. Co prowadzi nas do słusznego wniosku, że błędna alokacja (zasobów) skutkująca nadpodażą wynika z przeszacowania głębokości rynku, a nie z powodu jego gwałtownego skurczenia (w wyniku jakichś drastycznych działań). Bogactwo nadpodaży tego, co możemy wynika z deficytu wykonania rzeczy, których wykonać nie potrafimy i szukamy takich co potrafią, pokażą nam że wykonali, pokażą jak i wytworzą następny scalak, i my go sobie będziemy w kolejnych pokoleniach już dystrybuować i używać “as granted”.
System rozrachunkowy działa, ponieważ jego elementy (wydobycie, rolnictwo, przetwórstwo, producenci, odbiorcy) mogą się wpinać i wykluczać z systemu, z systemów obocznych, zapasowych, a nawet odłączać i podłączać do niego całe łańcuchy marginalizując “system główny” i afirmując poboczny. Ponieważ system rozrachunkowy jest fakultatywny dla sieci społecznej, a nie odwrotnie (nie istnieje system rozrachunkowy bez ludzi, czego przykładem są obroty giełd z udziałem automatów do handlu – grają sobie z bankiem centralnym, którego to waluta jest porzucana przez homo s.). W momencie, kiedy jakieś dobro (dajmy na to srebro) jest zagrożone regulacją z powodu wpływu na rynek, to zostaje przez uczestników rynku ukryte poza projekcją siły regulatorów (na przykład poza stanem ich wiedzy i zdolności do inwigilacji) stanowiąc tym groźniejszy lewar, ponieważ po pierwsze natychmiast redukuje to jego wolumen w systemie (redukcja wolumenu jawnego), po drugie zagraża proliferacją wielokanałową w dowolnym punkcie systemu wymiany jako niejawna warstwa rozrachunkowa. Tak samo działa używka, dolary, paliwa – wystarczy postraszyć brakiem i brak na pewno wystąpi, bo na co komu system rozrachunku, w którym środka brak? Po co brać udział w takim systemie? Walutą staje się wtedy “coś innego” i najczęściej koncepcja wymuszania pśp przez “system” jest już polowaniem na bałwany w lipcu, gdyż sam aparat przemocy rozlicza się w drugim obiegu. System rozrachunkowy przyjmujemy więc takim, jakim jest on faktycznie, a nie jaki jest deklarowany formalnie. Różni się on zależnie od dającego się ująć poziomu scalenia (przeciętnej koherencji organizacyjnej, w cybernetycznej formie jako opis dynamiki) całej gospodarki w odniesieniu do jej produktywności. I bardzo łatwo to ująć i opisać. Nie żałujmy więc sobie.

Interesuje nas dynamika procesów, sam wskaźnik ich dynamiki pokazuje, jak zachowają się uczestnicy systemu i zawsze działają w zgodzie z tą dynamiką, czyli system jest samowzmacniający (zwracałem na to uwagę w tekście o takim zachowaniu klasy średniej), a co za tym idzie, we własnym interesie będzie odśrodkowo dokonywał rozpadu (tak robi każda sekta) tak długo jak ma dostęp do źródła alimentacji (paliwa, żywność, woda).

Przyjmijmy jakiś przypadkowy układ “gęstość zaludnienia / siłę komunikacji oraz stan posiadania / roszczenia” względem średniej wieku populacji. Ten przypadkowy stan najczęściej (w historii ludzkości) oznaczał, że kompetencji nie miał kto dziedziczyć, a ledwo co je przechowywano w rożnej formie do momentu zasiedlenia takich węzłów zasilania w ryby, wodę, drewno i zboża, że zaczęli tam napływać ludzie kompetentni i powymyślali różne gadżety przekazując metody ich tworzenia następcom. Ten pierwszy stan, kiedy udaje się przekazać kompetencje kolejnemu pokoleniu o jakiejś zbliżonej bądź większej mocy korelacyjnej, jest limitowany stanem zasilania danego “miasta”. Istnieje pewna graniczna wartość zasilania na danym poziomie technologicznym i wtedy dochodzi do pewnych ciekawych zjawisk, jakie mamy obecnie (na planecie – globalnej wiosce). Zacznijmy jednak od wysokiej dynamiki. Jest zasilanie i wiemy, że będzie większe – przybywa więc ludności (w początkowym okresie się rodzi, a potem ze wsi przyjeżdżają słoiki) – kompetencje specjalistyczne są rozdzielane pomiędzy specjalistów specjalizujących się w swoich specjalnościach tworząc korporacje zawodowe pilnie strzegące, aby profani nie zajmowali się ich sacrum, a tacy co robią to nie dość dobrze są pozbawiani “prawa” parania się tymże sacrum – parte paternitatis.
Jeszcze niedawno (2-3 dekady temu) mieliśmy takie rzeczy w przemyśle ciężkim. Specjalizacja była do bólu – hałer miał swoje narzędzie, spawacz (każdego sortu oddzielny) swoje, szlifierz swoje i nie było takiej opcji, aby ktokolwiek dotknął nieswoje profanując. Nie było takiej opcji, aby Pan Inżynier w białym kasku w sytuacji innej niż okazanie dezaprobaty dotknął narzędzia i wykonał pomiar – od tego miał podczłowieka w kasku niebieskim, który poganiał orki żółte i czerwone. Nie było takiej siły, aby monter dotknął spawarkę albo hutnik odkręcił śrubę. Porządek rzeczy mimo wszelkich absurdów był zachowywany ze wszelkimi rygorami. Dziś to oczywiście niewyobrażalne. Dziś to te zawody nawet nie są rozdzielne, a ludzi, którzy kultywują takie zachowania zepchnięto do roli operatorów narzędzia i to są dzisiaj rzeczywiście profani co posługują się tylko jedną rzeczą (i to do tego po szturarsku), ponieważ nic więcej nie umieją. Taki proces miał miejsce wielokrotnie i zachodzi on dość regularnie. Zachodzi nawet w armiach (są tam ludzie zdolni posługiwać się prawie każdym istniejącym środkiem bojowym). Proces ten ma oczywiste konsekwencje: jedna z nich to taka, że w okresie specjalizacji rzemieślnicy reprezentują abstrakcyjnie wysoki poziom kwalifikacji specjalistycznej, a druga to taki, że możliwa jest działalność wyłącznie w reżimie pracy, który kładzie ekstremalny nacisk na wysoką jakość stanowiska wykonawczego, co za tym idzie bardzo wysoki musi być poziom kadry zarządzającej aby z powodu centralnego sterowania nawet w małej skali przedsiębiorstwa to wszystko dęba nie stanęło z powodu braku jakiejkolwiek elastyczności specjalistów. Natomiast w sytuacji odwrotnej jest autokorelacja przy braku osiągnięcia mistrzostwa w zawodzie. Oba systemy nie są zdolne do racjonalnego współistnienia i najczęściej dzielą je 2-3 pokolenia w przypadku starzenia się społeczeństwa, a to dlatego, że starymi multiskillami zostają wcześniej młodzi specjaliści z poprzedniego reżimu. Ci co umarli przed lub w trakcie zmian odpadli, a ci wdrażani “systemem ogólnym” (w kontraście do dziedziczenia kompetencji w ramach rodu) w trakcie lub po zmianach ustroju organizacyjnego nie mają jakichkolwiek szans (z braku firm do praktykowania specjalności) aby zdobyć kwalifikacje – po prostu nikt ich nie zatrudnia. Głupie – ale tak jest. Wyjaśniam więc pewien tok rozumowania opisujący zjawisko, dlaczego się to sekcie zwanej społeczeństwem opłaca.

Wiemy, że jedni ludzie są bardziej spostrzegawczy od innych i mają różne predyspozycje, tych typów nie jest aż tak wiele jeśli zaczniemy je dzielić kategoriami, ale wiemy że są i że się nieco różnią. Jakaś grupa ludzi produkuje żywność (przyjmijmy, że pracują w rolnictwie, bo przecież nie w łowiectwie i zbieractwie) i tę grupę odkładamy na oddzielną stertę – oni decydują swoją produktywnością, ilu ludzi ponad pracę w rolnictwie można utrzymać i z jakim marginesem bezpieczeństwa. Żywności na jakiś poważniejszy zapas nie da się przechowywać, więc ten margines musi być poważnie pozytywny – inaczej natura może wykoleić całą organizację sekty-społeczeństwa. Im krótszy okres wegetacyjny, tym mniej spoista jest struktura społeczna, ponieważ krótszy jest cykl rozrachunku zapasów, aż do absurdalnego stanu afrykańskiego, gdzie okres wegetacyjny trwa nieprzerwanie, więc ludzie zajmują się wyłącznie zdobywaniem żywności, bo cokolwiek by zaczęli, to nie ma konsekwencji śmierci głodowej zdemolowania jakiejkolwiek struktury społecznej – wojna i lenistwo może trwać zawsze, więc trwa. Dynamika śródziemnomorców jest inna niż karnych ludów północy, gdzie nikt się nie wyłamie z szeregu, bo to gwarantuje śmierć – tam nie zbiera się rannych.

W przypadku kształcenia całego społeczeństwa i wybieraniu w różny sposób, kto się nadaje do jakiej specjalizacji z przyczyn oczywistych (rozkład odchyleń) większość ludzi nie będzie miało predyspozycji na tyle wyćwiczonych, aby powierzyć im rzadkie & potrzebne (więc drogie) narzędzia. Grupy skonsolidowanych specjalistów też nie będą częste, bo ludzi na tyle spostrzegawczych, aby skuteczniej stanowić zarząd i alimentować takie grupy również wpiszemy do naszej kategorii deficytowej “rzadkie i potrzebne” z czego nam wyniknie, że jest to drogie. W rezultacie za zarządzanie i za specjalizację stawka płacowa jest niezwykle kontrastowa w stosunku do reszty gospodarki. Ale ma to taką przyczynę, że w stosunku do przeciętnego stanu posiadania te grupy skonsolidowane wytworzą Wielkie Mnóstwo – wielkie statki przewożące mnóstwo towaru, wykopią dużo węgla, zbudują wielkie piramidy, zbudują dużo familoków, przejdą islamską armią za Pireneje i dadzą popalić Rolandowi. Przyjmijmy jakieś takie bliższe nam czasy – zaspokojono produkcją wszelkie istniejące deficyty w zakresie społeczeństw przemysłowych: dach nad głową jest, samochód jest, lodówka jest, kuchenka jest, szczoteczka do zębów jest, odkurzacz jest, no to właściwie sukces jest – można się położyć i byczyć. Jeśli byliście w Oslo to tam właśnie to robią – leżą naćpani po krzakach i się byczą. Oczywiście powstały nowe potrzeby, trzeba usuwać nowe deficyty, ludzie chcą rozrywek i po dekadach gry komputerowe są, fejs jest, hopsztylion informatyków wszelkiej specjalności jest, kamery, dozór i inwigilacja są. Pozostaje się zapytać “czego wy ludzie jeszcze chcecie?!” – przecież można się położyć, pobyczyć – przecież jest sukces.
Tymczasem wśród naszych sekciarzy panuje pogląd, że teraz to dopiero jest problem. A taki problem, że utrzymanie tego wszystkiego w ruchu kosztuje dokładnie tyle co wytworzenie, a my przecież już nie mamy tego sprawnego aparatu administracyjnego i specjalistów z początku cyklu – oni teraz bujają się na fotelach w domach starców i konsumują sukces. Pozostaje się szybko ogarnąć w kwestii tego co mamy i co się da z tego wystrugać oraz dla ilu starczy. Co nasuwa nam przyczynę, dla której “system” w osobach władz naszych wszelkich umiłowanych chce przygotować cofkę technologiczną (która najpewniej się sama zrealizuje), bo to samo jakoś tak wyszło, że specjaliści się nie rozmnożyli, bo byli w pracy kiedy akurat mieli ochotę się mnożyć.

Scenariusz wygląda tak – specjaliści pod dobrym kierownictwem produkują WM, w rezultacie czego spada wycena tychże walorów w stosunku do produkcji rolnej, wydobycia, a co za tym idzie względna wycena zarobków (siły nabywczej) w czymś innym niż się produkuje (a przecież nikt nie pracuje w takim systemie na swoje potrzeby tylko na czek z wypłatą – na środek rozrachunkowy). Ponieważ ta siła względna (nabywcza) spada, to pierwsze co się robi to eksportuje z klastra prace licho płatne, albo niechciane. Szycie ciuchów won, chemia won, petrochemia na morze. Konsekwencją jest to, że specjaliści od szycia ciuchów won, od zarządzania szwaczkami też won, inżynierowie chemicy won. Czyli kompetencje są eksportowane i może siłą rozpędu tu i tam się co uchowa, ale tam gdzie będą zakłady chemiczne to wytrzymają wyłącznie, jeśli jest tam ogarnięta ludność (Chiny), która to wszystko obsłuży. A wtedy nabędzie kompetencji. A ci, co eksportowali już ich nie dziedziczą poza teorią i małą skalą – więc liczba specjalistów spada. Drugą przyczyną jest obciążenie pracą i niski status społeczny specjalistów względem kadry zarządzającej – więc każdy ma parcie na zarządzanie, ale do masowego kształcenia zarządców trzeba przemielić masę młodzieży, która nigdzie indziej nie trafi w tym czasie, a przecież aparatów organizacyjnych do zarządzania jest ile jest. No, chyba że się jakieś powymyśla – i to jest błędna alokacja, ale tak robimy. No i zostaje jeszcze masa durni po szkole partyjnej zarządzania mleczarnią w Pcimiu Dolnym, a za tymi już tupią specjaliści po zarządzaniu i marketingu z czasów, gdy partia niemodna. Ponieważ WM jest wytworzone, to wyceny rezultatów są pod psem (magazyny pełne – dwa pokolenia pracujących ludzi potrafią zapełnić magazyny ryb na długie dekady dla miliardów ludzi, tylko morze jest później pustynią), więc nie ma sensu wytwarzać rezultatów – trzeba je sensownie powymieniać. Powymieniać – czyli triumfy święci handel. Ten kto pierwszy zmonetyzuje (przyjmijmy, że w skalach państw, czyli niech to będzie jaki “naród”) rezultaty WM, będzie miał pusty magazyn i to jeszcze w momencie kiedy ma specjalistów – oczywiście pierwszy pusty magazyn uzyska społeczeństwo najstarsze, które miało najdłuższy okres pokoju i prosperity. Każdy następny będzie miał już w handlu gorsze wyceny, więc handlowcy też będą coraz gorzej zarabiać. No i tak jest.

Tutaj Wam się nasunie (nie mam co do tego wątpliwości), że rozsądnie jest migrować za swoją specjalizacją (za zarządzaniem, handlem, rzemiosłem) i uczyć dzikich Chińczyków budować pierwsze fabryki. To nie jest wcale taka głupia koncepcja, o ile orientuję się w świecie technicznym, to takie zjawisko ma miejsce i celowo wykluczają się z niego mocarstwa, mimo wszystko jednak wysyłając część specjalistów, żeby co tam dzikim zbudowali i się rozejrzeli na świecie, ale żeby jednak wrócili. Niemcy (jako że nie są mocarstwem) w latach dziewięćdziesiątych utraciły swoją kadrę techniczną, która teraz dożywa swej zamożności w Chinach. Morze Niemców okazało się kropelką w morzu Chińczyków, ale kropelką twardego utwardzacza w mundurach od Hugo Bossa, który zmienił myślenie chińskich kadr o metodach dyskusji z Anglosasami, w czym Niemcy mają niezwykłą eksperiencję.
Oczywiście są tacy, co mając magazyny z WM wpadają na świetny pomysł psucia produktów (downgrade jakości samochodów w Reichu), a nawet podpalenia magazynów w celu zaistnienia potrzeby produkcji nowych (Chińczycy takie coś stosowali przez stulecia uważając powodzie, susze i najazdy północnych sąsiadów za błogosławieństwo, a jankesi obecnie cieszą się z huraganów – pełen odlot). Są też narody zaradne, które z czasów prosperity zachomikowały argumenty ostateczne – tak na wypadek, jakby trzeba było co na globusie skorygować, oraz narody durni, którzy w zamian za obiecanki i gwarancje zrezygnowały z argumentów, za co powinni mieć tatuowane na czole “dureń”, ale nie bądźmy tak drastyczni – wystarczy im znaczek trizuba.
Wszystkie te rozwiązania (poza jednym samorzutnym) są pozbawione jakiegokolwiek sensu i sprowadzają się do mieszania w szklance w oczekiwaniu na pojawienie się napoju. Samorzutne jest wyłącznie u tych, co jako pierwsi sprzedadzą stany magazynowe i muszą coś sobie nowego zrobić. Czyli kto pierwszy zaczął całą hecę z produkcją, ten zgarnia główne nagrody. Jedną z nich jest depopulacja^^ Z tym, że ta nagroda jest ex aequo – tę dostają wszyscy. Ta istotna nagroda to jednak zasoby, bo w każdym kraju przemysłowym specjaliści wiedzą, że byli kształceni i że muszą być cielęta aby były woły. Jednak bez zasobów nie można stworzyć syntetycznego (bo rynkowo zbędnego) środowiska szkół dla masowego przemysłu, szczególnie jeśli w ciągu lat pojawiły się scalaki edukacyjne. Ponadto puste magazyny sprawiają, że jest jakiekolwiek zapotrzebowanie na specjalistów, więc jest po co ich szkolić i od biedy spadną za to jakie zasoby. Kłopot jest taki, że nikt w takiej zamożności nie odczuwa potrzeby kształcenia się w niedochodowych zawodach. No, chyba że hobbyści. A ci co mają taką potrzebę (w krajach, gdzie przemysł powstaje) nie mają uprawnień ekonomicznych i politycznych do takich migracji edukacyjnych, zanim nie nabędą kompetencji uprawniających do uzyskiwania wiz. W rezultacie szkoły stoją puste, choć pełna najnowocześniejszych maszyn u tych co pierwsi sprzedali WM, a reszta ma szkoły albo bez poważnych nauczycieli, albo bez maszyn, a na końcu i tak z rzemiosłem udającym przemysł. Dochodzi kolejny filtr – postęp techniczny. Ludzie trafiający pod oko specjalistów mają tak wysoko postawioną poprzeczkę (i z powodu braku liczebności z podziałem na specjalizacje taki zakres materiału do opanowania), że przeciętny człowiek tego nie ogarnie. To jest właśnie scalak edukacyjny po okresie specjalizacji. Mam ze dwa dyplomy z jednego z systemów edukacyjnych, na których wyszczególnione są mniej więcej te same etapy kształcenia z różnym poziomem pewnych specjalistycznych aspektów, ale dopuszczenie do tego uzyskałem wyłącznie dlatego, że w innym systemie edukacyjnym miałem wysokie kwalifikacje (programowanie, fizyka, materiałoznawstwo, matematyka) aby do tego siadać, których to kwalifikacji nie da się zdobyć w jakimkolwiek łańcuchu następstw logicznych w systemie, gdzie to kształcenie techniczne jest za darmo dla każdego kto przyjdzie. Rezultat tego jest taki, że najstarszy, oczekujący już tylko pojednania z Bogiem i ludźmi specjalista, którego zesłano do szkoły na dwa lata spogląda na robaczka jakiego mu przysłano, sprawdza czy taki się nadaje, bo innych nie przysłali, po czym każe się pakować bo do fabryki myśliwców trzeba wpaść i zobaczyć zanim ją zamkną z braku specjalistów. Do elektrowni, do rozdzielni, do każdego kawałka przemysłu też. Scalak – specjalista do wrzucenia w cokolwiek co go zainteresuje. Nikt nie pyta ile to kosztuje. Scalenie polega na tym, że ktoś przytomny z okresu specjalizacji ogarnia minimalne kwalifikacje potrzebne do wykonania wszystkich czynności rzemieślniczych w danym aspekcie produkcji (przyjmijmy że samochód, albo statek, albo lodówka) i dostosowuje program kształcenia do tego. Oczywiście nikt przytomny nie chce się uczyć takiej fragmentarycznej wiedzy, bo jak zamkną fabrykę lodówek (i tak jest ich pełno, a Chińczyk robi za darmo) to co z nim będzie? Dignitas? Exit? Więc $ds na specjalistach od lodówek rośnie. A fabryki są zamykane – jedne z powodu braku zbytu, drugie z powodu braku specjalistów. Można by obniżyć jakość produkowanych lodówek, ale kopanie rowu aby go zasypywać to konkurencja z leżeniem na odlocie w krzakach w Oslo.
Ponieważ jednak po jakimś czasie, kiedy WM jest sprzedane, specjaliści wymarli, a urządzenia dożywają swojego resursu i zaczynają nawalać, dochodzi do gwałtownej zmiany orientacji na górze Babilonu i z góry na dół niesie się wrzask szefa wszystkich szefów, że ma być uzyskany rezultat. No i jak jest taki rozkaz, to aparat biurokratyczny zaczyna realizować polecenie aby wynaleźć to koło od nowa (artykuł o tym tytule). I szukają kogoś kto umie robić koła. Ponieważ ktoś kto to umie, musi mieć cyrkiel (narzędzia do projektowania kół) oraz zapotrzebowanie (koła na potrzeby własne) i maszyny (no przecież nie robi ich sobie teoretycznie), a do tego nie spędził ostatnich lat na graniu w Diablo czy Facebooka (taka gra dla dziewuch & pedałów) tylko na robieniu kółek to musi skubaniec kosztować więcej niż przewodniczący trybunału (bo tego to kupią nawet Niemcy). Oczywiście biurwa szybko ogarnia stare rozkładówki podziału pracy, ale… ich wiedza dotycząca zarządzania nie jest scalakiem, ponieważ oni mieli scalaka z zarządzania, kiedy wykonawcy mieli specjalizacje i to przestało się opłacać i było za trudne – oni są z szerokiego gardła wyrzygani jako “specjaliści od gotowania na gazie”, a potrzebują specjalistów z wąskiego gardła o szerokich umiejętnościach. Potrzebują scalonych w jedno specjalistów z całą wiedzą potrzebną (i brakiem niepotrzebnej ówczesnej) do wykonywania wszelkich działań, w jakich nie są w stanie odciążyć tychże. Powstaje tu oczywiste pytanie kto kim zarządza, skoro polecenia idą od jednego specjalisty do pięciu biurew, ale hierarchicznie to oni specjaliście płacą. Do tego ten sobie jakoś bez nich radził, więc umie sobie wszystko zorganizować i wie jak. Mamy więc sytuację, w której ludzie z pieniędzmi spotykają człowieka z doświadczeniem i są bardzo chętni się zamienić, a zwierzchnicy tych durni (inwestorzy) są przecież z tej samej epoki co nauczyciele tego specjalisty, więc doskonale wiedzą kogo trzeba będzie się pozbyć z równania, bo celem jest rezultat materialny. I pozbywają się. Kadry zarządzające to dzisiaj bezdzietne lemingi na kredytach jeżdżące rowerem do pracy. Zbędni zostaną wykluczeni z dostępu do dóbr przez sam fakt braku podaży dóbr do ich lokacji, gdy będą mieli nieco więcej lat. Z przyczyn obiektywnych nie znajdą się w klastrze przemysłowym, gdzie złoto leci z nieba brzęczącym strumieniem. I to jest właśnie transfer kompetencji między pokoleniami mimo wąskich gardeł – scalonych kompetencji, bo przecież mam tylko jakieś tam śladowe pojęcie o tym, jak się wyrabia węgiel drzewny i nie będę tracił czasu na odtwarzanie całej produkcji stali – tak się tylko orientuję mniej więcej jak to się robiło – ci starsi ode mnie to nawet tego nie wiedzą, bo jako specjaliści potrzebowali tylko sam high end żeby wykonywać swoje zadania, a to ja mam pecha żyć w trakcie cofki technologicznej.

Wszyscy czują pismo nosem – biurwa chce zarządzać skutecznymi aparatami dającymi rezultaty materialne, bo ta co nie będzie takimi zarządzać nie będzie miała dostępu do rzeczywistego systemu rozrachunkowego, jaki wyodrębni się od rozrachunku dla lemingów (takim za PRLu był obrót kremem Nivea, wódką, jeansami), my chcemy poznać się nawzajem z innymi specjalistami aby sobie skonsolidować łańcuchy produkcyjne w pionie, ponieważ jest nas tak niewielu, że znowu będzie na bogato i przez jakiś czas będzie można projektować bez księgowych, więc znowu pobudujemy maszyny, które nigdy się nie zużyją – tak jak półtora dużego cyklu temu na szczycie technologicznego rozpasania. Tylko ludzie co nie ogarniają scalonej wiedzy (często dlatego, że nie mają jej gdzie praktykować) pozostaną na lodzie razem z biurwą bez dostępu do kremu Nivea (tym okazującą swoją zbędność, że nie zarządzającą niczym potrzebnym) no i bezdzietnymi starcami, którzy nie wytworzyli żadnych swoich, więc każdy rozpozna ich jako obcych i przepędzi. To proces jaki przechodzi każda sekta odrzucając nieprawomyślnych (tych, którzy nie dość dokładają mocy dla niepodzielnej sumy pełnej miski dla siebie) w każdym kolejnym etapie, kiedy niepodzielna miska “jednego mieszkańca klastra przemysłowego” wzbogaca się o kolejny gadżet (lodówkę, psa, kochankę, samochód) i jak tego nie masz – wypadasz z sekty i szukaj szczęścia poza klastrem. Nie ogarnąłeś scalonej wiedzy i umiejętności – nie stać cię na kobiety, nie masz dzieci (ponoć to kwestie powiązane) i sobie umrzyj gdzieś blisko śmietnika. Kto nie opanowuje kolejnych powstających scalaków edukacyjnych, nie łapie się na uczestnictwo w nowym systemie transakcyjnym wyodrębniającym się ze starego i co za tym idzie, nie uzyskuje dostępu do skonsolidowanych rezultatów materialnych jakimi są nowe, zintegrowane rozwiązania techniczne. A uprościć technologię z poprzedniego cyklu produkcyjnego do skonsolidowanych, prostych w produkcji obiektów może tylko i wyłącznie ktoś, kto zna wszystkie specjalizacje jakie były do integracji konieczne – nie wiemy jakie, ale każdy skonsoliduje tak jak potrafi, pójdzie ze swoim scalakiem na rynek i sprzeda stan magazynowy. A reszcie pozostanie importowanie starców, Dignitas i Exit. Powtarzanie tego cyklu sprawia, że mamy wszystkie te skonsolidowane rzeczy, które lemingi uważają za niezrozumiałą magię – wciskają guzik i działa. Ale w cyklu lemingi potrzebne są nam do koszenia trawników, sprzątania, rozmnażania i podawania keczupu do frytek. Potem mogą sobie spokojnie zniknąć.