Ścieżki kariery

Dla mających mniej czasu – skrót do mięsa.

Będzie tu często powtarzany wyraz kluczowy – “kwalifikacje”. To kluczowy element w dostępie do koryta w przemyśle. Jeśli umiecie w kwalifikowany sposób wykonać operację, to czeka na Was pełna micha. Jeśli umiecie w sposób kwalifikowany wykonać produkt potrzebny w utrzymaniu przemysłu w ruchu – czeka na Was czerwony dywan, na który możecie narobić i nikogo to nie zgorszy.

Ale w żadnym wypadku z samych kwalifikacji nie czeka Was dobrobyt – możecie być bardzo dobrze żyjącym względem innych niewolników niewolnikiem. Ale nic ponadto.

Przemysł się komplikuje i staje się coraz bardziej pracochłonny mimo coraz doskonalszych narzędzi, dlatego że do ich obsługi wymagane są coraz bardziej specjalistyczne kwalifikacje. Bardzo skomplikowały się obrabiarki – są niebywale złożone. Spawarki wyposażono w komputery korygujące błędy mistrzów, a nawet pozwalające wykonać w miarę prawidłowe łączenia początkującym. Urządzenia dozbrojono w dodatkowe systemy zasilania (hydraulikę, pneumatykę, silniki liniowe). Wewnątrz maszyny kryją się zupełnie rozdzielone moduły, które muszą współpracować. O ile nie wymienia się ich w jakichś spójnych całościach, to każdy wymaga specjalisty z innego zakresu.

To samo w programowaniu – to dalej jest matematyka, nie ma tam nic więcej. Zestaw logik wykonywanych przez mechanizm. U podstawy i w rezultacie proste jak konstrukcja cepa, ale zbudowanie jakiegokolwiek narzędzia na dzisiejszym poziomie złożoności od podstaw jest samodzielnie niewykonalne, gdyż suma roboczogodzin przekracza czas życia człowieka.

Owszem – mamy narzędzia, jakie zostały po przodkach – drogi, mosty, państwa, silniki, dźwigi, szpitale. Ale w przypadku przemysłu i IT wszystko, co jest w aktualnej awangardzie, jest nie starsze niż pięć lat – taki jest najdłuższy okres amortyzacji sprzętu. Mimo że koncepcyjnie mogą być to pomysły przeszłe, to jednak wykonano je niedawno.

Zapewne stąd wizje apokalipsy, na którą szykują się prepersi – jak się wszystko zawali, to każdy zaradny będzie bardzo mądry i bardzo przydatny, w przeciwieństwie do dzisiejszego miejsca w siedmiomiliardowym szeregu pożerającej planetę maszyny.

Tylko że się nie wali – poszukajmy więc miejsca w szeregu.

Chcielibyście

To jasne – też byście chcieli coś tam sobie nachapać i zostawić kolejnemu pokoleniu chapaczy, aby się wydźwignąć z nędzy, jaka nam się trafiła w spadku po serii przegranych wojen przez naszych nie dość agresywnych przodków, którzy tylko bredzili o obronie, zamiast napaść sąsiadów i wyrżnąć w pień ich kobiety i dzieci (dziś nie trzeba – wrogowie zrobili sobie gender ideolo i zostały same pedały).

Taki cel jest przytomny – przecież poprzednim pokoleniom coś tam się udało wyszarpać, coś pobudowali, mają jakieś biznesy, pracują, ale żyją z tego i zgromadzili jakieś majątki. Ci, co dziś mają po siedemdziesiąt lat i prowadzą produkcję – choćby i skarlałą ze względu na wiek, która ze sporego średniego przedsiębiorstwa skurczyła się do mikrofirmy z dużą automatyzacją – przecież jakoś do tego doszli. Ci, co mają dziś po 55 lat i prowadzą samodzielnie zautomatyzowaną produkcję zastępującą kilkanaście osób, też przecież doszli do tego sami, własnymi rękoma. Ci, co mają zaliczoną trzydziestkę i prowadzą mocno wysycone sprzętem mikrofirmy, też byle czego nie jedzą.

Jednakże jest coś, co dzisiejszych 20-30 latków dzieli od tych, co zaczynali 50 lat temu. To przepaść pięciu miliardów ludzi, których nie było, gdy oni zaczynali. To czasy największej eksplozji demograficznej (w liczbach bezwzględnych) w historii ludzkości. To złote czasy, kiedy ludzie mający po 6-8-13 dzieci na wsiach porzucili ostatnie sadyby poza miastami i dziś ponad połowa ludności świata mieszka w miastach w formacie rodziny dwapluspies. Ci, którzy się nie urodzili, nie wyciągnęli ręki po zasoby – z tego wynika nasze pozorne bogactwo – nie podzieliliśmy się nim. Wielu z tych, co właśnie dożywają swoich dni prowadząc zautomatyzowane firmy, nie ma prawnuków. Znam nawet takich, co nie mają dzieci. Zgromadzili potężne majątki i bogato żyli na drodze, która nigdzie nie prowadzi.

Będziecie musieli zmierzyć się z innym światem, z innymi zestawami umiejętności, z innymi systemami własności i podziału owoców pracy. I jeśli coś będziecie umieć, to przymuszą Was do pracy, jeśli coś będziecie mieć i się o tym dowiedzą – zabiorą (dla wspólnego dobra, a przede wszystkim dla Waszego własnego ^^). Macie miliardy konkurentów do Waszego miejsca na Ziemi, do Waszych samic, do własnego garażu i własnych narzędzi. Robi się ciasno, ponieważ każdy chce mieszkać jak najbliżej miejsc, gdzie wytwarza się dobrobyt, a nikt nie chce tworzyć nowych hubów wytwarzających dobrobyt, bo daje to władzę. A hegemoni, jacy by nie byli, będą wdeptywać w ziemię każdego pojawiającego się konkurenta.

Dobrobyt, jaki chcecie osiągnąć, będziecie musieli wyszarpać, ukraść, wypracować i (co najważniejsze) ukryć. Będziecie to robili w strasznym tłumie, przy przenikającej wszystko inwigilacji i nie pod presją utraty życia, do jakiej przywykli pionierzy, mierzący się tyle razy z nieznanym w historii naszego gatunku, a z ryzykiem zakończenia Waszej linii biologicznej na Was – bez dzieci, bez jakiegokolwiek biologicznego ciągu dalszego. To cena postępu, odnieśliśmy sukces i teraz trzeba z nim jakoś żyć.

Dla przytomności… Kaczyński

Czasem warto spojrzeć na to, co popisali ludzie zajmujący się rozwojem technologii. W jakie wpadli przerażenie i jak nieskładnie wyrazili swoje obawy przed tym, co sami tworzyli. Jeśli macie czas i cierpliwość, żeby przez to przebrnąć, to bierzcie pod uwagę, że w Waszych czasach różne tendencje destrukcyjne, w tym nihilistyczne, będą się pojawiać. Ludzie będą próbowali zakazać stosowania technologii w całości lub w części, podając różne powody, jakie im wydają się słuszne. Wiele zachowań (z jakimi jest obecnie problem w Japonii – czyli krainie, gdzie przemysł odniósł niezwykły sukces) jest zupełnie nieracjonalnych. Sposoby kształcenia, jakie powstały (Korea), są dla nas trudne do zaakceptowania. Nie zechcemy się poddać takim rygorom zachowując tożsamość. Dlatego warto czasem poczytać stek pierdół, które napisali doprowadzeni do amoku ludzie całkiem przytomni.

http://web.archive.org/web/20140210041417/http://ateizm.host.sk/texty/unamani.htm

Zauważcie, że Kaczyński ponad 20 lat temu formalizował w USA te same pytania, jakie trapią dzisiejsze dysputy wolnościowców, socjalistów, zielonych (byli wtedy w ogóle jacyś poważni zieloni?). Niech sobie będzie, że wariat, ale pytania racjonalne i ciągle na czasie. Na niektóre już znaleźliśmy odpowiedzi i nie bardzo jesteśmy ukontentowani rezultatami. A mamy już własną listę kolejnych, bardziej detalicznych pytań, dotyczących tego jak się w tym zastanym świecie odnaleźć.

Kariery, jakie były możliwe – czy będą możliwe?

Z przykładów, jakie znam z rzeczywistości, to w większości dziadki, ale jest kilka wyjątków.

Dziadek pierwszy – prowadzi zautomatyzowaną fabrykę – kilka linii przemysłowych i produkuje dość zaawansowane, choć standardowe produkty wymagające znacznej pieczołowitości. Zastąpił tam pięciu innych ludzi i obniżył kasacje z 15% do 2%. Sam sobie prowadzi serwis, utrzymanie ruchu, produkcję, dokumentację. Zewnętrznie ma tylko audyt pod normy, które sam sobie napisał, ponieważ w tych produktach audyt musi być “zewnętrzny”. No i ma udziałowca / dział sprzedaży, co zajmuje się pilnowaniem klientów i organizowaniem kwestii prawnych, jeśli nie dotyczą one szczegółów technicznych.

Jego codziennym zmartwieniem jest zdrowie koni i stan jachtu.

Oczywiście jest to czarownik od unikania podatków, amortyzowania urządzeń, zakładania spółek w różnych krajach. Do jego doświadczenia zawodowego należy zorganizowanie (entrepreneur) i uruchomienie podobnych fabryk o różnej skali w trudnej do policzenia liczbie krain (w tym w Chinach i USA). Zaczynał swoją karierę jako ślusarz narzędziowy, choć z domu wyniósł wiele umiejętności – mając dziesięć lat montował gokarty.

Dziadek drugi – prowadzi manufakturę z pewną dozą półautomatycznych rozwiązań w pierwszych fazach produkcji. Sprzedaje proste produkty o wysokiej jakości i dużej odporności. Na co dzień konkuruje z dużym korpo o zamówienia publiczne i jęczy, że nie przebije ich łapówkami (tak – mówimy o Szwecji, statystyki, jakie publikują o łapówkarstwie w tym kraju, można sobie wsadzić w kieszeń).

Oczywiście to czarownik od podatków, spółek, bankructw. Ciężko za emerytem nadążyć jak się aktualnie nazywa firma, pod jaką prowadzi działalność. Pomysłowy człowiek od własnych rozwiązań masowej produkcji różnych detali. Swego czasu prowadził firmę rozwiniętą do 60 pracowników, kryzys 2007 / 2008 posłał ją w bankruty.

Wybitny specjalista od organizowania i optymalizacji stanowisk pracy i łańcuchów wiążących etapy produkcji.

Dziadek trzeci – już tylko przesiaduje w firmie, którą prowadzi jego syn. Organizuje kontakty i zaopatrzenie w kwalifikowaną siłę niewolniczą dla przemysłu oraz produkuje różne wielkogabarytowe konstrukcje (marine). Stawia instalacje i fabryki. Czarownik od odwróconego VATu, magik rejestrowania konia jako pracownika na kartę rowerową z Bangladeszu, cudotwórca prania pieniędzy do rozliczeń gotówkowych. Przedsiębiorstwo ma ponad setkę zatrudnionych i drugie tyle dziwacznie współpracujących specjalistów.

Specjalista od organizowania całych przedsięwzięć, również od strony formalnej. Dzwoni się do niego, że potrzebna jest fabryka, wysyła przelew i ta fabryka się pojawia.

Dość o starych cwaniakach. Ich cuda wymagały życia w czasach post wojennego boomu, wzrostu młodej populacji i spicia śmietanki ze starzejącego się społeczeństwa, gdy modernizowali to na automatyzację w przemyśle. Ponieważ w Waszych czasach nie będzie już żadnej młodej populacji do tyrania nią, to wzrosty, jakie będą dla Was dostępne, będą intensywne i zagospodarowanie ekstensywnych raczej Wam się nie uda. Te dziadki powyżej, w różnej proporcji, eksploatowały oba typy wzrostu – na początku kariery ekstensywny i później gwałtownie intensywny. Dla Was takich delikatesów już nie będzie – dla Was jest wzrost intensywny i przewagi konkurencyjne w unikaniu biurwy (bo to biurwa będzie demolować Waszą konkurencję i jeśli jej unikniecie, nie zdemoluje zbytnio Was).

Dość o starych – czas o mniejszych i jeszcze w sile wieku.

Ekspert od obróbki – czasem pracuje dla korpo, jak kogoś lubi, ma w domu najwyższej klasy obrabiarki. Żyje ze sprzedaży oprogramowania i solucji do obróbki skrawaniem. Sam serwisuje własny sprzęt i sam go buduje, więc jego koszty działalności są śmieszne.

Znam odpowiedniki takich ekspertów w Polsce – mają obrabiarki w garażach, kontenerach i stodołach – tyle że sami je zbudowali, a nie serwisują gotowych, superprecyzyjnych maszyn.

Te ścieżki kariery są możliwe i ciągle otwarte, jeśli macie ojca albo wuja inżyniera, zacięcie do tematu i garaż. Na tyle, aby wdrożyć jakąś własną ofertę, póki jeszcze mieszkacie w wielopokoleniowym domu. Jeśli jesteście dziedzicznym lemingiem z miasta (obozu koncentracyjnego rządzonego przez gangi – głównie gang policji), to macie małe szanse na znalezienie miejsca do rozwoju swojego hobby w dochodowy interes. I nie czarujmy się – obróbka jest podstawą wytwarzania przedmiotów – to bardzo dochodowy biznes. Im wyższa precyzja, tym wyższe dochody. Im więcej własnego serwisu, zamiast komercyjnego, tym niższe koszty.

Ekspert od spawania (i obróbki) to akurat zazwyczaj ta sama osoba, co od obróbki powyżej. Znam takich ludzi nieco, więc zazwyczaj dysponują oni wysokimi kwalifikacjami po szerokości.

Ekspert od pras – długo pracował w przemyśle, doszedł do kierownika hali, rzucił robotę i prowadzi serwis (doszedł płacowo i rozwojowo do ściany). Zatrudnił kilku ludzi i jeździ po firmach, łatając cieknące maszyny.

I najmłodsi. Ci mają najcięższą, ale najprostszą robotę o najwęższych kwalifikacjach, jednak często wymaganych na bardzo specjalistycznym poziomie, ponieważ po okresie nowoczesnego kształcenia są wdrożeni w niektóre najnowocześniejsze rozwiązania, w jakie starsi nie zostali wdrożeni, a uczyć się nowych rzeczy nie chciało. Najmłodsi osiągający sukces zazwyczaj prowadzą podwykonawstwo, jeżdżąc z jednym, wybranym stanowiskiem wykonawczym jako wsparcie specjalistyczne dla grupy starych wyjadaczy. Zazwyczaj wykonują coś, co da się zmieścić w plecaku – spawają, tną, mierzą, kontrolują jakość, ustawiają maszyny, uruchamiają produkcję, prowadzą ciężki sprzęt.

Jak widzicie, we wszystkich wypadkach istotne są kwalifikacje – zarządzanie, sprzedaż, optymalizacje formalno prawne i bezprawne jako baza dla średniej firmy. Oraz kwalifikacje specjalistyczne – w inżynierii (projektowaniu, rysunku – dziś 3d, metrologii), w praktyce montażu, konstrukcji, łączeniu (spawaniu, lutowaniu), skrawaniu (tokarki, frezarki, EDM, szlifierki), sterowaniu numerycznym i automatyzacji obróbki, programowaniu, no i czymś nowym, co będzie w Waszych czasach – obróbce addatywnej (drukarki 3d dla plastików, metali, kompozytów). Gdybym miał dziś wybierać z całej gamy rzeczy, których można się uczyć, siadłbym na szybko do montażu i spawania, aby wiedzieć z czym się to je, inżynierii ogólnej po całości (projekt, rysunek, metrologia, wykonanie projektu) bez specjalizacji i głęboko w elektronikę i obróbkę addatywną. To, przynajmniej na razie, gwarantowana praca na start, ponieważ całą masę tych coraz nowocześniejszych drukarek trzeba będzie wytworzyć i można to jeszcze robić w garażach, zanim korpo zamieni noszenie wody wiadrami w rurociągi.


Wnioski płynące z tego tekstu, jak dla mnie, są na tyle przygnąbiające, że całkowicie rozumiem ludzi, którzy rzucają grabki, idą na socjal, albo na dłuższe wakacje w ośrodku rewychowawczym. Kopanie się z koniem jest zupełnie bezcelowe. Tak czy tak realizuje się cudze cele, a nie swoje, więc jakikolwiek wysiłek jest wysiłkiem w cudzym, a nie własnym kierunku.

Owszem – fajnie, zrobiłem wiele przydatnych przedmiotów, technologia działa, pracuje, wytwarza bogactwo. Tylko że chciałem się zajmować czymś innym, tym co mnie interesuje, ale niestety za to, co mnie interesuje, nie trafiło się, aby ktoś oferował aż tak pełną miskę. W rezultacie człowiek musi się zajmować takimi pierdołami, jak wyłudzanie jakichś abstrakcyjnych cyferek z kompletnie urojonych, zgryfikowanych systemów “porządku” fiskalnego, w celu wymiany ich na tymczasową możliwość decydowania o jakimś skrawku terytorium, żeby się tam przespać i coś zmajstrować.

Nie dziwi mnie czemu ludzie skonfrontowani z tym absurdem piją, ćpają, nie chcą mieć dzieci i migrują do urojonych światów gier. Jak ma być gryfikacja – to niech chociaż będą ładne tekstury.

Zazdroszczę ludziom, którzy potrafią skupić się na realizacji jakiegoś marzenia, zamiast konstruowania zabezpieczeń ekonomicznych, formalnych i fizycznych przed wrogim światem pełnych lemingów. Te lemingi są straszne – włażą wszędzie i wiedzą co mi zrobić dla mojego dobra.

Grabić, bo zabraknie. Jeść, póki jest co jeść. Ciężkie musiało być życie przodków żyjących w strachu przed deszczem, suszą, lichymi łowami, słabymi zbiorami, mrozem, chorobami, wypadkami. Ale przynajmniej nie właziły im wszędzie uszczęśliwiające ich “zróbmy to wspólnie, znaczy Ty na nas pracuj” lemingi.

Tak widzę dzisiejsze życie (od pierwszej minuty):

Finding Nemo- MINE (full version HQ)

Gania za mną banda socjalistów takich jak #Arcadio z IT21 i krzyczą “moje, moje,moje!”, tylko dlatego że coś sobie z patyków wystrugałem, to mam im oddać, bo nie mają.


Wróćmy jednak do sedna w połączeniu z ostatnim artykułem – tym o podatkach. Zwracałem uwagę, że trzeba sobie znaleźć miejsce w łańcuchu produkcyjnym na jak najwyższym etapie zaawansowania, a w miarę biegnących lat zajmować oczka tego łańcucha w pionie. Nie proponuję, tak jak skomentował to #Piotr34, zajmowania łańcucha władzy, ponieważ nie założycie własnej armii, nie przejmiecie siłą i podstępem władzy, nie zorganizujecie się lepiej niż nasi okupanci. Wszystko z tego prostego powodu, że okupowanymi jesteśmy wyłącznie z powodu naszego tchórzostwa. Jesteśmy z narodu tchórzy, nie mordujemy wrogów strzałami w potylicę, nie wsadzamy ich do gazu i nie palimy nimi w piecach – nie zasługujemy na własne państwo, więc go nie mamy. Pozostaje nam pracować.

Otóż sedno dobrego ulokowania się w produkcji sprowadza się do wyodrębnienia tych pojedynczych stanowisk pracy, ogarnięcia umysłem co stanowi najmniejszy zestaw wykonawczy dla takiego stanowiska w łańcuchu, aby można było stanąć na ulicy z takim kramem i żeby ktoś, kto wie co chce kupić do swojej fabryki, kupił nas razem z plecakiem, pickupem czy kontenerem.

To zrobiły te dziadki opisane wyżej (co prowadzą własne fabryki). Owszem – niektórym z nich było nieco łatwiej niż startującym od zera – urodzili się w domach, gdzie były warsztaty, garaże, była przedsiębiorczość. Ale niektórzy wyrośli wprost z gospodarstw (te stare dziadki pamiętają jeszcze czasy, kiedy gospodarki dzisiejszych krajów przemysłowych były agrarne). Te dziadki scaliły kilka oczek łańcucha produkcji pod swoim dachem i wpuszczając jakiś powszechny surowiec wypuszczają jakiś mniej lub bardziej produkt końcowy. Ale tych oczek, po rozrośnięciu się firmy, nie prowadzą samodzielnie – wynajmują od tego podwykonawców, aby jak najefektywniej poprowadzili daną część przetwarzania.

Ci nieco młodsi prowadzą właśnie te specjalistyczne usługi zewnętrzne, wymagające zazwyczaj ogarnięcia stanowiska pracy w osi pionowej (przetwórstwo) jak i w osi poziomej (utrzymanie stanowiska, serwis, zaopatrzenie). A ci najmłodsi zazwyczaj zajmują się albo wyłącznie obsługą pionu (coś przetwarzają), albo (najczęściej) to są te krasnoludki, co włóczą się po instalacjach i je łatają (oś pozioma – utrzymanie ruchu).

I to właśnie krasnoludki wypijają kotom śmietanę. Bo tłuste koty – te najtłustsze – leżą na instalacjach przetwarzających ropę w paliwa, w gumę, w plastiki; rudy w kęsy, w surowiec, w profile. To tam jest ukryty dobrobyt.

Pozostaje kwestia jakie kwalifikacje, w jakiej kolejności zdobywać (bo te dziadki nie urodziły się z kompletem kwalifikacji), z jakim sprzętem połączyć (bo te dziadki nie kupiły firmy gotowca) i gdzie szukać miejsca w łańcuchu. O tym jak zacząć z plecakiem, jak zamienić rower na skuter, a skuter na pickupa, jak po raz pierwszy mieć zmartwienie z kontenerem i halą – napiszę w najbliższym czasie.