Sens ekonomiczny działalności doraźnych

Przytomni ludzie czytujący przeróżne serwowane tu wodolejstwo, pomijając przyczyny leżące w gustach – bo przecież ja też nie samym przemysłem żyję i różne rzeczy czytam – przytomni ludzie szukają opcji inwestycyjnych, okazji do zarobku. Nie żeby szukali je z konieczności ich znalezienia, bo na pewnym etapie życia nie ma już takiej konieczności, ale jakby co samo właziło we wnyki, to nic nie przeszkadza aby to zjeść. Różnica doświadczenia pomiędzy ludźmi obytymi (być może dziedzicznie) z biznesem, a takimi co muszą opierać się na wyobrażeniach i boleśnie konfrontować je z rzeczywistością jest w celowości tych działań.
Tutaj na scenę możemy wytargać dowolnego kołcza, który nam opowie jak odnieść sukces, i że jesteście tego warci^^. I inne takie dyrdymały. Tego kołcza wytargamy tu po to, aby ujawnić pewną tkwiącą w naszym sposobie recepcji wiedzy (motorycznej przez małpowanie) zadrze: cargo cult. Nasze myślenie (zupełnie zasadne i poparte doświadczeniem) jest następujące: jeśli będziesz robił tak jak Ci co uzyskali rezultat, uzyskasz taki sam rezultat. Przytomne stwierdzenie, które można wywrócić do góry nogami opowiadając ludziom, że jak będą wyglądali i zachowywali się jak ludzie zamożni, to przyciągną kasę – serio się takie bzdury ludziom wciska, zresztą sam czasem popełniałem taką obróbkę jak się z kogoś nie dało inaczej zrobić człowieka, a firma musiała jakoś funkcjonować. To są takie cargo culty, że jak sobie kupisz jacht czy samochód, to przyciągniesz szmal albo jak będziesz bywał gdzie trzeba (akurat tam ktoś będzie z Tobą dyskutował). Ale ludzie w to wierzą i dobrze się z tym czują.
Ludzie niedoświadczeni po obejściu bokiem takich nieprzytomnych cargo cultów wpadają na inne bardziej przytomne: jak zbudujesz firmę, to ona będzie dawała Ci dochody. Brzmi logicznie? A ile przeciętnie funkcjonuje firma dająca dochody i kiedy one przestają wystarczać? Działa to może w jakiś cyklach? Rynek się aby wokół firmy nie zmienia? Konkurencja pączkuje w kierunku zysków? Ludzie doświadczeni doskonale znają odpowiedzi na te pytania, a niedoświadczeni jak już im się uda, doświadczenia nabiorą.

Lokalna (szwedzka) biurwa niegodziwie nastaje ostatnimi czasy na “nielegalnych” rzeźników, bo robią konkurencję korpo i zjawisko hodowania po kopie świnek czy po tysiąc kurczaków bez wymaganych przez biurwę kwitów dało się zauważyć w cenach na rynku (ceny spadają – Babilon nie daje rady konkurować przysyłanymi z państwa położonego w Palestynie kurczakami z lokalną produkcją^^).

Wiem, że zaraz tutaj się pojawią w głowie głosy, że przecież znacie firmy co funkcjonują że hoho i ich właściciele żyją dobrze. To margines, to ci, których widać. Pozostają jeszcze te biznesy, których nie widać, które sobie upadają w dwa lata w 80% i pozostałe, co upadają w 3 lata, a nawet takie, o których nikt nie informuje, że padły tylko sobie wiszą w ewidencji aż trzeba robić specustawy o samodzielnym skreślaniu zombie z KRS. To jest właśnie odruch motoryczny małpowania po innych, że chcemy uzyskać takie same rezultaty jak ci, którzy przetrwali, ale nie mamy wiedzy co jest za kulisami ich działalności, i że przetrwanie cymesów, które obserwujemy, tych jawnych i z szyldem, często zależy od czynników, jakich nie widać. A nie zawsze mamy dostęp do funkcjonujących przedsiębiorców aby nam uczciwie wyjaśnili “jak jest”. Szczególnie jeśli funkcjonują bez szyldu. Kto niby z praktyki wyjaśni tym co już się połapali, że pracować trzeba samemu na siebie, a nie na Babilon w kieracie, kto wyjaśni z praktyki jak to się je? O, na przykład ten wspaniały tekst o produkcji w TQM napisany przez teoretyczkę, jak ma się do rzeczywistej produkcji u dostawców Toyoty. I tam jest odnośnik do kanban, to też warto przeczytać.
Zapewne znajdą się czytelnicy co produkcję dla Toyoty prowadzili, ale za dużo nie piszą na ten temat. Więc skąd wiedzieć jak to wygląda w praktyce?
Jakie czynniki powodują, że nikt nie chce dostarczać wyłącznię dla Toyoty?
Albo tutaj. Krzywa życia organizacji – co to w praktyce oznacza? Dlaczego firmy się walą jak domki z kart? Bo wykres wyświetlić w Powerpoincie to potrafi nawet premier. I jak to zintegrować z psychologią pracy.

Przedsiębiorcy są bardzo wąską grupą społeczną i niekoniecznie chcą wyjaśniać swojej potencjalnej konkurencji (czyli młodym przedsiębiorcom, przecież to nie urzędasy czy etatowcy są im konkurencją), że w tej grze karty są znaczone i krupier ma wiele zalet, ale nie należy do nich uczciwość. Małpować można to co widać, natomiast nie da się zmałpować tego czego nie widać. A w przedsiębiorstwach prawie nic nie widać. Najczęściej to właściwie nie wiadomo co robi szef (no niby nic nie robi jak się spojrzy na rozwiniętą formę), a przecież ludzie na początku swojej biznesowej drogi od razu łączą kropki, że robiąc nic jako szef, to się papieru nie zarobi. Można mieć całkiem słuszne podejrzenia, że takie milczenie ze strony ludzi, którzy umieją zorganizować pracę innych ludzi tak, aby pozyskać dobra (a nie piękne chóry czy demonstracje roszczeniowe), oszczędza bardzo wiele zasobów, których nie marnują wannabe (choć biurwa próbuje dawać dotacje na otwarcie biznesu), a pospólstwo nie prostestuje przeciwko takiemu stanowi rzeczy, gdyż to właśnie ich praca jako zasób byłaby marnowana przez matołków co wiele naobiecują, jak kolektywiści, a jak przyjdzie do wypłaty emerytur, to trzeba kogoś okraść – najlepiej cudze dzieci, bo po co było własne robić? Dlatego informacje o tym jak się to robi trzeba (taką mam opinię) ukrywać w skomplikowanych tekstach jak daty wezbrania Nilu, co by się nie nalęgło chętnych wziąć kredyt i zmienić pracę.

Jednak z tych tekstów jakie wskazałem można wysnuć pewien wniosek: firma w jakimś momencie, z jakichś powodów (rezultaty) musi być restrukturyzowana aby dawać rezultaty oczekiwane przez właściciela. To oznacza wiele działań, zazwyczaj zmieniających wiele w rozkładzie akcentów, w tym personalnych. Co czyni działalność doraźną od restrukturyzacji do restrukturyzacji. Tylko że tego nie widać, ale jest to w zagmatwany sposób ukryte w tekstach teoretyków, że struktura zmienia się w kolejnych cyklach produkcyjnych. Zazwyczaj zmienia się tak, że nie można jej poznać. Szyld tylko zostaje. Szyld to właśnie firma – taki jest sens tego słowa – firma, marka.

Zaciekawiło Was może zjawisko, iż do wszystkich zawodów są jakieś szkoły, nawet zdarza się reglamentacja oddolną korporacją zawodową, a w przedsiębiorczości czegoś takiego nie ma? Tak jakby tłoku nie było? Czy może dlatego, że kupujący nowe maszyny na kredyt są dawcami materialnych środków kapitałowych, bo raczej im się nie uda? Szczególnie nie uda im się bez dysponowania jakimkolwiek pojęciem o tym jak funkcjonuje przedsiębiorstwo w dłuższej perspektywie niż “mam pierwszy dobry pomysł”. O, takie zjawisko – żeby daleko nie szukać – przewija się w dyskusjach u IT21, gdzie występuje pogląd (no, a gdzie ma występować skoro to o inwestowaniu – to przecież, że kapitałowym), iż samo włożenie kapitału do maszynki zapewnia wyrzucanie przez maszynkę kuponów, a wszystko czego brakuje “to się kupi”. Tylko jakoś, dziwnym zbiegiem okoliczności w Polsce “no nie da się” i ludności ubywa jak wody w durszlaku.

Oczywiście w ramach restrukturyzacji można wymienić ludzi. A jak nie radzi sobie cała gospodarka kraju? branża? Marzenie władzy aby mieć jakiś inny naród do rządzenia – bo tacy się trafili, co centralnych planów nie realizują? Oczywiście żadnych drastycznych pomysłów wdrażać nie trzeba jak sobie jakaś branża w jakimś kraju nie radzi z braku podaży specjalistów, a nawet sposobu myślenia – to poruszę. Zmienia się kraj produkcji, a nawet cywilizację produkcji, tak jak zmieniono z Europy i USA na Chiny. I to widać w produktach. Ja mam jakieś tam swoje myślenie “jak działa to jest dobre” i owszem, działam w gospodarce, gdzie robi się jakość i do tego to ładnie wygląda, większego kota mają tylko Japończycy względem jakości i to w ich maszynach widać (przyjmijmy, że piszę o mechanice maszyn, estetyce wykonania tych maszyn – przemysłowych, nie zabawek). Chińskie to wiecie sami jak wygląda. A jak przeglądam różne narzędzia (na przykład do pras), to te, które do mnie trafiają i jestem w stanie na kolanie zrobić na szybko takie same, są akurat podpisane cyrylicą (nie znam rosyjskiego). To bardzo ciekawe że z różnych rozwiązań technicznych akurat te są takie jakieś zrozumiałe – dla mnie. Bo dla szwedzkich współpracowników nie, a dla fińskich owszem.

Ludzi możemy wymienić, ale tylko na takich jacy są i to jeszcze musimy im zaoferować co lepszego niż sami sobie wydłubią. Oczywiście marzeniem administratorów dóbr jest to, aby wkoło było pełno ludzi biednych i wygłodniałych, gotowych spełnić każdy rozkaz, no ale sami ludzie marzenia mają wprost przeciwne i wtedy stosunek dóbr administrowanych do posiadanych nie jest aż tak przytłaczający, aby robić clintona za darmo. W obecnej sytuacji i tej, jaka nas czeka, jest dość oczywistym, że ludzi nie zamienimy na innych ludzi, bo zasób się wyczerpał, tylko będziemy musieli pracować na materiale jaki jest, a marzyciele oczekujący na jakieś dostawy kompetentnych homo sapiens mogą najwyżej zapłacić firmom rekrutacyjnym za opowiadanie bajek, że gdzieś tam jest taki ktoś kto umie, nauczył się tego w buszu i od razu przyjedzie tu budować rakiety za darmo.
Nie żałujmy jednak sobie postawy roszczeniowej – wszak możemy nakrzyczeć na Kapitana, że nam, przedsiębiorcom, ma dostarczyć pracowników wykwalifikowanych. A takim to sposobem, że Kapitan ma zorganizować szkoły i ich tam wykształcić – sobie knują co więksi fantaści. A skąd Kapitan ma wziąć dzieci, jak sam nie rodzi? A może ukraść je rodzicom. I tak się to do tej pory kręciło, że Kapitan porywał dzieci rodzicom i je indoktrynował, i uczył co tam Kapitan uważał, z tym że akurat nie tego, co oczekują Ci durni przedsiębiorcy nieidący z duchem czasu i niezdolni wykorzystać zastępów specjalistów marketingu, zarządzania, politologii i socjologii zamiast tego wymagający inżynierów, techników i rzemieślników. Bezczelne typy! Być może więc Kapitan nie jest właściwym adresatem tych roszczeń?
Ale Kapitan już wymyślił – to przedsiębiorcy są wadliwi i trzeba im pozabierać zabawki i zastąpić urzędnikami, wszak Ci wszyscy ludzie po marketingu, zarządzania, politologii i socjologii się tym zajmą i nieba nam przychylą. Oni wszak już tych inżynierów, techników i rzemieślników znajdą. A jak nie znajdą to mianują decyzjami formalnymi i będzie raj.

Bo sprawa jest polityczna

Jakiekolwiek ruchy w stronę przedsiębiorczości zawsze oddalają od formalnej polityki (przedsiębiorców jest – gdyby hojnie dobierać nie tylko właścicieli, ale również administratorów majątku, zarządców, a nawet urzędników wykonujących takie funkcje – to mniej niż 10% dorosłej populacji). Ale władza jest tam olbrzymia, bardziej skoncentrowana jest wyłącznie na pagonach. Bo władza to co takiego możesz mi dać, co takiego możesz mi zrobić i co takiego mogę Ci zrobić jakbyś jednak nie chciał dać oraz symetria tego, co określa nam równowagę w równości stron, zazwyczaj opisując kompletny jej brak – Kapitan Państwo może Cię zamknąć w lochu, ale jak w lochu umieścić całego Kapitana? A może przedsiębiorca, kosztem własnej krzywdy, pozbyć się pracownika aby tylko mu udowodnić że ma dłuższego? No i to jest władza właśnie. Ale nie wynika ona wyłącznie z terroru, bo miejsc w lochu jest ile jest, mundurowych też tak nie za wielu, za to propagandy & obecności po sufit. Propagandy, że to wszystko naaa peeewno działa, a potem są krzyki, że jednak nie, że kamienice pokradzione, budżet splądrowany, kradną nawet w więzieniu, a ostatnią ostoją porządku & przytomności w kraju są burdele, gdzie nic nie jest robione za darmo. Władza wynika z przekonania popartego zasobem, iż warto słuchać tego, a nie innego, bo od niego zależy chleb, a nawet zdarzają się igrzyska. A jak przestanie płynąć z tego chleb i kiełbasa, to się gamonia ignoruje. Oczywiście są jeszcze naiwniacy, którzy liczą na to, że dla nich się kąsek lada jaki znajdzie, ale tyle oni mogą, że pokrzyczą, iż ich chleb & wurst rozkradziono kiedy wszyscy inni dobrze wiedzą, że ich po prostu nie wyprodukowano. A nie wyprodukowano właśnie dlatego, że sprawa jest polityczna – że po co produkować, jak władzuchna zaraz rozkradnie? Poczekamy, wstrzymamy się z produkcją na rynek (dla siebie to tam mamy, ale nam teraz sprawdzają faktury zakupowe i pytają gdzie surowiec, aż przestaliśmy brać faktury – co nam po tem), zobaczymy kto dłużej wytrzyma na trawie i korze z drzew gotując żołędzie na obiad. I to jest właśnie metoda wyłaniania nowej, rzeczywistej władzy w zastanym porządku demograficznym. Co prawda jeszcze waluta jest w obrocie, ale jej dewaluacja jest tak drastyczna, że coraz częściej dopuszczamy się barteru. Nie ze złośliwości wobec systemu transakcyjnego, a po prostu z braku możliwości wyceny dóbr w walucie – no nie jesteśmy w stanie podać ceny, znamy wyłącznie elementy składowe. Oczywiście jest tam taki biurwi przesąd, że barteru nie ma, że to są dwie transakcje gdzie towar jest zamieniany na walutę nawet jak ta nie istnieje i trzeba od tego zapłacić w tej walucie jakie tam haracze, ale kto by się przejmował fantazjami bezsilnych, którzy nawet nie wiedzą kto z kim na co się zamienił?

Powołam się na cytat z przyszłego tekstu, jakiego nie ma jeszcze nawet redakcja: “wolumen jest kluczem do rozwiązania, dlatego właśnie rozwiązanie przekreśla sens ekonomiczny rozwiązywania problemu, ponieważ dewastuje system rozrachunku (poprzez jego dynamizowanie), a jeśli tak, to system ekonomiczny musi być dynamiczny, doraźny i nieciągły aby w ogóle działał. I taki jest”, odnosząc się do biurwich pomysłów masowego produkowania domów, elektrosamochodów, samochodów, szczotek do zębów i pasty do butów. Każda z tych koncepcji ma pewne ramy czasowe, ale horyzont propozycji dotyczy wyłącznie rozpoczęcia działań, natomiast perspektywy korzyści porównywane są do stanu obecnego (brak elektromobilności), a ten będzie inny w przyszłości zaś koszty są porównywane do rozwiązań jakie naaapewno będą w przyszłości (czyli z nieba nam spadnie sieć elektroenergetyczna jakiej nie mamy). Z tym, że podaż ludzi jest jaka jest, przekazywanie kompetencji w tej strukturze jest jakie jest i żadne inne (proponuję zgadnąć ilu jest kwalifikowanych operatorów obrabiarek numerycznych w Polsce z pięcioletnim doświadczeniem, takim aby im zostawić rysunek i pozyskać detal w skali i możliwościach maszyny jaką operują; dinozaury robiące fabryki po świecie zgadują taką liczbę bez pudła w dowolnej geografii). Oznacza to, że trzeba będzie oderwać kompetentnych ludzi od jednej roboty, aby ich przymusić do innej i to bardzo dużo kosztuje oraz rozrywa łańcuchy dostaw takimi decyzjami politycznymi. Te alokacje mogą być błędne, a wrócić do starych bardzo trudno, bo kto z Was trzyma kontener czy dwa z maszynami, aby w razie jakby kryzys, to się rozpakuje warsztacik i zacznie dziergać od nowa? Trzymamy to zazwyczaj w postaci “oszczędności” w banku? Najlepiej na Cyprze^^ – tam banki najpewniejsze.
Takim wnioskowaniem (być może błędnym w założeniu, że prawie wszyscy są głupi i sfinansują walkę z klimatem) dobrniemy do kwestii, że system co prawda opiera się na wzniosłych tezach o obietnicach, moralności, zobowiązaniach, ale od czasu do czasu rzucane jest na stół słowo-klucz, takie jak kryzys, wojna czy inny brak ciągłości w realizowaniu obietnic. Często wynika to z przyczyn obiektywnych – postęp techniczny wyklucza jakiś rodzaj produkcji, wypluwa zbędną już siłę roboczą (jak przekierownie całego przemysłu ciężkiego do Azji, gdzie jest korzystna linia brzegowa, lepsze rzeki niż w Europie i młodsza populacja do zagnania pod bat), śmierć istotnych sigm w hierarchiach powoduje rozpad trójkątów administracyjnych i produkcyjnych, złoża zostają wyeksploatowane, nowe odkryte, powstają nowe dziedziny techniczne (elektronika, optronika). Kiedy takie zjawisko ma miejsce pozostaje rozstrzygnąć kto ile będzie brał z nowego źródła i jak się rozepchnie łokciami, często w takiej sytuacji wygasają waluty, znikają ośrodki władzy, porzucane są jedne tereny i zasiedlane inne. Przy takich rozstrzygnięciach nie jest brane pod uwagę jaką kto ma literaturę piękną, jakich kompozytorów, jakich retorów, dyktatorów mody, jak popularne gry elektronicze tworzy. Liczy się energomaterialna zdolność do wyrąbania sobie dostępu do nowego zasilania mieczem. Liczy się produkcja stali, dzietność, zapasy złota, odległość od teatru konfliktu i ideologia – ilu ludzi jest gotowych samych rzucić się w przepaść dzielącą korelator polityczny od realizacji celów. Atlanci zawsze znajdują frajerów nad Wisłą – banda durni tłumaczy się dzisiaj z tego, że nie napaliła współmieszkańcami w piecach. Z tego wnioskuję, że w każdej chwili pomiędzy przeróżnymi zasobami potrzebnymi do codziennego funkcjonowania trzeba mieć na magazynie złoto, żelazo i dzieci którym ręka nie zadrży gdy padnie rozkaz, i które nie tylko będą palić, ale i z dumą się zaciągać. Bo już wiemy że bierne palenie bardzo szkodzi po dekadach. Nie od nas zależy kiedy zrywana jest ciągłość przekazywania zobowiązań i bardzo głupio zostać na magazynie z kwitami na złoto, żelazo i dzieci odłożone na świętego Nigdy.

No ale żeby na magazynie mieć, to trzeba wytworzyć i niewolnikami się tego nie robi. Robią ci co chcą, co wiedzą jak i co się chcieli dowiedzieć jak – reszta może żyć pieśniami patriotycznymi i chorągiewkami również dobrowolnie. Przecież po to kury są w kurniku, aby lisy były wypasione.

Spółdzielczość jest z definicji doraźna

Dobrowolność udziału jest dwukierunkowa, bo to nie tylko zależy od łaskawcy co chce się przyłączyć i oferuje egzodynamiczny aport mocy, materiału, emocji, poziomu organizacyjnego dla struktury, ale też struktura musi gdzieś go w hierarchii umieścić i mieć zdolność zagospodarowania i SPRZEDAŻY tych darów. Bo przecież przytomnym celem organizowania się w grupę w danym czasie jest to, aby na lewarze zaistniałych okoliczności tak podnieść wycenę dobra (tak nafaszerować wartością dodaną, choćby pozorowaną przez sprzedawcę), aby zbyć to czego członkom struktury zbywa tak drogo jak się da. I gdy koniunktura minie, struktura traci sens ekonomiczny – każdy swoje zarobił – sztandar wyprowadzić! (Tak tak – to właśnie tak było, każdy się nakradł i sztandar można było wyprowadzić, bo każdy już był kapitalistą^^ – tak się to robi)
Racjonalnym celem takiej doraźnej, funkcjonującej do kilku lat (powiedzmy do trzech) struktury jest to, aby każdy w tym czasie nafaszerował się kwalifikacjami od innych, zrozumiał ile zdoła z organizowania struktury oraz własności członków struktury jakie będą mu potrzebne w innych warunkach w przyszłości i alokował sobie (SOBIE!) dobra w swój (SWÓJ! – a nie kolektywny dla struktury) interes na boku, dużo mniejszy, dużo mniej dochodowy, taki jak w cegle “ciężar myślenia” podawałem jako swój spadochron, d-chron, aby kiedy bal się skończy wyjść z zasobami, aby można było samodzielnie zarobić i przetrwać smutę zamożniej niż poprzednią. Po to właśnie ludzie roją się na forach w różnych językach i pytają jak założyć spółki biurwooporne (bo podatki są za wysokie – poznać to można po tym, że wyższe od jałmużny), po to szukają zbytu towarów, po to pytają z kim nawiązywać kontakt, gdzie co kupić i po to wreszcie są fizycznie istniejące giełdy, gdzie można ze swoim towarem, choćby najmniejszym, się wystawić i oferować. I co ciekawe, w Skandynawii pączkowanie tych nowych firm rozbijających stare swoim podejściem, jest wspierane aparatem fiskalnym i sposobami rejestracji, ulg podatkowych i podobnych udogodnień, ponieważ to z ich punktu widzenia zapewnia spadek przeciętnych wynagrodzeń (nowa firma jest łatwiej negocjowalna niż taka z zapasami gotówki).
Istnieją takie uorganizowania społeczne, które “wspierają” takie działania (po prostu im nie przeszkadzają) i są takie, które im przeciwdziałają (najczęściej doprowadzając wszystkich do nędzy). Istnieje tu problem 1:166 odnośnie koncentracji majątku i rezultatu w postacie zjawiska “wszyscy zostali oszukani”. A kto nie dał się oszukać tak poważnie jak inni, ten kułak i burżujec. Uorganizowanie społeczne “wspierające” (nieprzeszkadzające) w takim rozpadzie rozległych konsolidacji to społeczeństwa poziome o małym stopniu zhierarchizowania, zazwyczaj żyjące w znacznym rozproszeniu terytorialnym (uniemożliwiającym stałe wzbudzanie się sąsiadem przez sąsiada i tworzenia grafów intensywnych powiązań), w takich społecznościach tworzenie dużej firmy jest doraźnym, dobrowolnym konsolidowaniem spółdzielców, udziałowców bez porzucania swoich łańcuchów witalnych (ziemi, ogródka, sadu i trzódki), są to społeczeństwa chłoporobotników, półchłopków, kmieci. Z ich punktu widzenia rozpad struktury nie zagraża ich przetrwaniu i nie będą walczyć o utrzymanie sztandaru korporacji za wszelką cenę, nawet cenę zostania korpo-eunuchami i pozbawienia się możliwości posiadania potomstwa. Z punktu widzenia ludności skoncentrowanej w koncłagrze dla żartu nazywanego miastem, takich alternatyw nie ma i dla nich praca w skonsolidowanej firmie jest przymusowa i bezalternatywna. Duża gęstość ludności wspiera więc podtrzymanie sztandaru korporacji nawet za cenę życia indywidualnych osobników (co obniża gęstość) – bardzo dobrym przykładem jest ekspansja Rzymu w oparciu o podaż ludności z jednego miasta, czy Rosji w oparciu o aż dwa. W tych dwóch identycznych sposobach konsolidacji następują dwa, zupełnie odmienne sposoby dekompozycji organizacji przy zaniku zasilania.
Korpoludki w dużym zagęszczeniu będą przeciwdziałać rozpadowi struktury nawet za cenę walk wewnętrznych i podgryzania się nawzajem, ponieważ nie mogą pozabierać środków produkcji w rozliczeniu, gdyż nie mają gdzie ich trzymać i jak nimi dysponować. Dzisiaj z korpo możecie zabrać sobie najwyżej laptopa, ale przecież cała jego obsługa (wszystkiego co na nim działa) jest zdalna i zależna od zewnętrznego korpo, które jak nie dostanie zapłaty za fakturę, to po prostu odetnie cały system i mamy plastik z elektroniką. Fotela nie wyniesiecie. Telefon być może. A w produkcyjnym – tokarę weźmiecie na garba? Prasę? Widlaka zaparkujecie przed blokiem? Co więcej, korpoludki nawet jak mogą coś wynieść, to im nie wolno, a mogą – pomysły, rozwiązania i wiedzę. Wrzuca im się w umowy zakaz konkurencji i abstrakty takie jak prawo patentowe (obecnie już na takim odlocie, że jest nieegzekwowalne w wielu obszarach technologicznych, po prostu 6/7 świata się tym urojeniem nie przejmuje). W interesie korpoludków jest więc przetrwanie kryzysu i pozostanie strukturą zwartą, z marką, łańcuchami dostaw etc., tak aby po powrocie koniunktury można było odtworzyć zasilanie. Im wyższy poziom techniczny łańcucha dostaw i im wyżej w tym łańcuchu jest dana firma, tym większe szanse, że kryzysu nie przetrwa jeśli jest to poważne wojowanie (takie jak zniszczenie “Odry” przez Siemensa) i korpoludki są zbyt głupie aby odpowiedzieć zbrojnie na agresję polityczną, ekonomiczną i administracyjną. Korpoludki się przegłodzą i w końcu po takim kryzysie i tak pójdą na trawę.
Tymczasem uorganizowania poziome o znacznym rozproszeniu ludności takich problemów nie mają. Gdy zaczyna trzeszczeć łańcuch zaczynają się dogadywać poziomo (z pominięciem trójkąta administracyjnego, zarządzającego i kontrolnego, a uwzględniając jedynie siłownik pilnujący bramy) jak się dzielimy tym co wkoło. Bo dla tych ludzi istnieje możliwość podtrzymania wybranych, dochodowych elementów produkcji przy uwaleniu całego łańcucha i zorganizowaniu sobie z identycznymi poziomymi strukturami dostaw poza linią formalną. Z tym, że bez tych pasożytniczych trójkątów. Ten typ ludzi nie jest absolutnie zależny od doraźnej konsolidacji, ponieważ konsolidują się w celu zdobycia zasobów i ich przetworzenia, a nie jak korpoludki sekciarsko w celu “bycia razem, śpiewania kumbaja i poczucia wspólnoty”. Aby przetwarzać dalej potrzeba im maszyn. I nie ma tu żadnego powodu, aby nie dogadać się z przytomnym szefem. Gdy szef stwierdza, że źle jest i gorzej będzie, a firma pod bilansem, to znaczy że już sobie pochomikował, pozostaje ogarnąć wzrokiem co tam jest, spojrzeć sobie w oczy, zapytać szefa czy to już właściwie nie jego, bo zaraz wpadnie cała banda to licytować, no i pozostaje wyegzekwować swoje należności w naturze. Dla tych ludzi nie ma żadnego problemu aby pozabierać do domu koparki, widlaki, tokarki, prasy, instalacje wyłuskać z budynku i pozostawić porozrzucane na placu boju płyty wyrwane z fundamentów. Bo drobne narzędzia o najwyższej wartości podzielą najlichsze lemingi najdrobniejszego płazu, a ciężki sprzęt to już gady najokrutniejsze. Często w całej akcji biorą udział “poszkodowani udziałowcy”, bo oni też już swoje wzięli, a oni operują kapitałem i na co im ten cały fizyk co już na siebie zarobił?

Fizyk co na siebie zarobił

I to jest sedno tego tekstu. Działalność opieramy o takie zasilanie, aby na siebie zarobiło przez określony czas. Oczywiście może się zdarzyć, że jesteśmy ułomni intelektualnie i jak już dostaliśmy po pradziadku sklep z serem, to dalej będziemy prowadzić sklep z serem i opowiadać o tradycji, bo to żadna wada aby w firmie była tradycja i gdzieś tam sobie wisiała pod powałą, ale nie na podłodze, żeby się o nią potykać i na nią płacić. Istotą jest to, aby gdy zasilanie osłabnie, gdy rynek nam popsuje $ds, to porzucić działalność i poszukać sobie innej, równie dobrej lub nawet lepszej. A tym co już sprawdzone i mniej ryzykowne, a co za tym idzie mniej dochodowe, niech zajmą się inni, pośledniejsi pionierzy idący w drugiej, trzeciej linii, a nawet maruderzy na tyłach.
Oczywiście, że z firmy można wyciskać drobne długo i prawie bez końca, ale to w sytuacji bezalternatywnej, ponieważ w pewnym momencie mogą pojawić się alternatywy i wtedy trzeba całego kramu się pozbyć (ze stratą) i otworzyć nowy, a godzin w ciągu doby jest ile jest i się dwoma nie zajmiecie. Zająć się więc musi kto inny. Oczywiście Was zganić, że sobie bierzecie lepsze konfitury, a innym zostawiacie byle co, no ale z punktu widzenia przejmujących interes to też może być poprawa, bo mieli gorsze byle co, albo nie mieli wcale, bo wychodzą z interesu, który odpadł z powodu postępu technicznego z łańcucha i nikt więcej tych rezultatów nie potrzebuje.

To bardzo ważne aby sobie uświadamiać kiedy należy wstać od stolika, to bardzo ważne aby doić własny interes na przyszłą działalność (a jak nie wiemy na jaką, albo doimy już na dzieci i wnuki, a nie wiemy co im będzie potrzebne i co będą robiły, to zbieramy im uniwersalny, barbarzyński środek przenoszenia choć części wartości w czasie i faszerujemy je kompetencjami jak kaczkę śrutem). Oczywiście podniosą się głosy, że to naganne aby doić swoją własną krowę na potrzeby cieląt i w przyszłości też mieć krowę, że gospodarkę napędza konsumpcja i inne takie brednie, że oszczędzanie jest złe i powinno być kredytem spychane w wartości ujemne. Że niby na każdy interes można pożyczyć – tylko ciekawe od kogo pożyczycie narzędzia do technologii, jaką dopiero wymyślacie i jakiej jeszcze nikt nie ma, bo ja żyję w takim świecie, gdzie ten problem występuje i jedyne co nam mogą dosypać inwestorzy to kaszy do miski dla tych, co to wszystko wymyślą i zrobią, a my jesteśmy wyjątkowo łasi na skwarki i kasza tam tylko tak symbolicznie na antrykocie leży.
Wymyślono cały system sprawozdawczości, dozoru i kontroli po to, aby zamrozić tę dynamikę, ponieważ ludzie obecnie żyją bardzo długo (zbyt długo) i bardzo ich wzbudza jak ich się co 2-7 lat wywala z pracy, bo firma znika. Ale znika właśnie dlatego, że w zamrożonym systemie o małej podaży dzieci nie ma kto tego interesu przejąć, nie ma więc już wielu kołodziejów (istnieją – zabytki wszak się utrzymuje w ruchu, ale znikną) i żyjemy akurat w czasach gdy bańka na ludności przeszła kilkanaście lat temu przez wierzchołek. A wiemy jak wyglądają wykresy baniek na aktywach i wiemy gdzie pokieruje się wykres. Wielu ludzi uważa za naganne, że ja się czegoś nauczyłem w jakich drogich szkołach i nie chcę tego robić, ponieważ umiejętność stała się mało dochodowa (z mojego punktu widzenia), i że to jest naganne marnowanie zasobów – nie przeczę, ale ja mam w ciągu doby tylko tyle godzin ile mam i najpierw robię rzeczy istotne dla mnie, a potem te mniej istotne, obliczanie podatków, należności i wysyłanie sprawozdań jest więc dla mnie na szarym końcu, jakoś tam przy sto pięćdziesiątej godzinie każdej doby, co powduje że nie mam po prostu czasu na spełnianie marzeń jakiejś tam biurwy. Co jeszcze bardziej przyspiesza tempo powstawania i likwidacji (formalnej) działalności, ponieważ zajmuje to mniej czasu niż odpowiadanie na ich pytania. W rezultacie obecne firmy potrzebują dostawców, podwykonawców, a nie pracowników, ponieważ na pracowniku wisi tyle zobowiązań sprawozdawczych, że wartość dodana przez pracownika po dodaniu kosztu trójkąta administracyjnego do jego obsługi jest ujemna. A na co mi ujemna wartość dodana?

W czasie działań gospodarczych ogólnie uznawanych za przytomne i celowe, 166 ludzi wykopie węgiel (ale go spalimy lub rozpuścimy w stali), narąbiemy drewna i zrobimy z niego deski, sklejkę i belki, alo ono zgnije, wykopiemy ropę – ale pójdzie na smary i do silników, a zrobiony z niej plastik trafi do oceanów w postaci nakrętek dławiących tuńczyki, napiszemy piękne wiersze, namalujemy obrazy, zagramy przedstawienia, pospieramy się o pryncypia, damy sobie po pyskach, a nawet staniemy na szable i samopały. Jednak ta cała działalność przeminie i ślad z niej nie zostanie. Ludzie będący ośrodkami konsolidacji innych ludzi w struktury produkcyjne umrą, znikną też ich kooperanci, bo też nie żyją wiecznie, umrą malarscy mistrzowie i nieśmiertelni wieszcze, Horacy nic więcej już nie napisze, majstrowie nie wyjaśnią nam jak działały maszyny parowe zrobione z lichej stali z dawnych czasów, nie ma już tylu wielorybów, aby z nich wydobywać smary na skalę przemysłową. Wszystkie te działalności były doraźne. Ci którzy na tym oparli swoje gromadzenie dóbr – na tych przemijających wartościach – są wśród 166 którzy sami się oszukali. Nikt ich nie oszukiwał – oni sami siebie wyprowadzili na manowce (no, może czasem im pomagamy, albo przynajmniej nie ostrzegamy, że idą na ugór). To co pozostanie to złoto i żelazo w rękach dzieci. Broń w arsenałach, maszyny w fabrica (łac.), wiedza w głowach potomków i wybite na monetach profile dawnych władców, którzy w swoich czasach dysponowali wierszami, obrazami, organizacjami, złotem na jakim są uwiecznieni i żelazem, jakim przenieśli opornych na karty historii.

Być może nie zostaniecie królami, ale nie żałujcie sobie gromadzenia złota, żelaza i potomstwa, bo być może oni będą w stanie odczytać w Waszym języku Waszą twórczość umieszczoną na szablach i monetach. To co mamy na twardych dyskach, to raczej szybko przeminie. A gdyby ktoś tam w przyszłości wysuwał roszczenia wobec nas przy owsiance, czy potomków po naszych pogrzebach, to da mu młode pokolenie, które pali i które się przy tym zaciąga, żelazo do powąchania i od razu wszelkie roszczenia staną się niebyłe. Będą mieli wtedy czas by pisać wiersze, wznosić modły i świątynie – jeśli oczywiście zechcą, bo to żadna wada rozkochać się w złocie, żelazie i rozbudowie rodu.

Ani już spadków upatrują krewni,
Dziedzica pewni.