Skutki odstawienia w gospodarce

Kupić lepszą piłę czy nie kupić? A wkrętarkę? A robota?

Kolejny tekst o automatyzacji, który chciałbym sprowadzić do prostego pytania przy zakupie każdej maszyny za złotówkę: jak ona mnie szybko zarobi złotówkę. To w warunkach jakiejś w miarę dającej się ogarnąć ekonomii byłoby jedyne przytomne pytanie, a odpowiedź na nie stanowiłaby o okazji inwestycyjnej bądź jej braku. Z tym, że tak wcale nie jest, a jest jeszcze gorzej niż wcale. Podawałem w tekstach o $ds’ach i zwrocie w różnym rozmiarze firm jakie są cykle amortyzacji, dlaczego, jak to wpływa na unowocześnienie środka, nakłady inwestycyjne, szerokość oferty, dopuszczalne marnotrawstwo i granice rzeczywistej zdolności do opodatkowania (czyli marnotrawstwo). No i skutki tego wszystkiego w rozrachunkach przy płaskim systemie transakcyjnym (nieuwzględniającym inflacji). Wyjaśniłem też jak wygląda sprzedaż fabryki ryby w puszce na fabrykę elektroniki, i jak to się przelicza w centach za dolara i od czego zależy. Tym razem chciałbym zwrócić uwagę na pewien bardzo istotny parametr cybernetyczny, jakim jest egzo/endo/statyczność całego układu gospodarczego, w różnych jego wektorach wpływających na zmianę racjonalności podejmowanych działań.

Wpis jest kontynuacją poprzedniego.

Gospodarka w swojej strukturze przetwarza to, czego jest wielkie mnóstwo na coś, czego nam brakuje, to nie zawsze jest całkowicie przytomne jak się na to szerzej spojrzy, ale realizuje jakieś tam potrzeby. Nieważne jak wydumane są to potrzeby, które to najczęściej oznaczają koncentrację czegoś w wielkie mnóstwo aby sobie tego poużywać. Gatunek homo sapacza osiągnął pewną maestrię w błyskawicznym demolowaniu dowolnego zasobu, jak piranie, jak szarańcza. Kiedy tylko nasze maszyny zaczęły wymagać smarów, a okazało się, że ten mają wieloryby i jest ich wielkie mnóstwo, to błyskawicznie wyeksploatowano cetaceum.

Mamy to! I nie zawahamy się tego użyć!

Takie coś mamy, co się nazywa systemem transakcyjnym, w ramach którego potrafimy błyskawicznie dopasować podaż tego, czego nam trzeba do zapotrzebowania. To kompletny abstrakt, ten system nie występuje fizycznie jako materia w przestrzeni, to kontakty do ludzi, którzy mają kontakty, to sieć społeczna, ale nie wszystkich ze wszystkimi tylko z tymi co trzeba. Czasem jakieś zawieruchy wojenne czy nowe-głupsze ustroje to zdemolują, ale tylko na chwilę, bo nawet w czasie oblężenia Stalingradu kiedy już ciężko było dojść kto kogo oblega, a kto atakuje i czy ten rezultat którakolwiek ze stron może zapisać jako “zwycięstwo”, kiedy to w radio bohatersko komunikowano, że jedne bojce kosztem drugich zdobyły od zeszłego tygodnia kuchnię, a walki przenoszą się do przedpokoju, który jest kluczowy dla zajęcia piętra, to nawet wtedy gdy reglamentowano żywność i za handel był KS, pojawiały się ogłoszenia “zgubiłem carską świnkę – uczciwemu znalazcy gęś”. Co prawda handlem się nie zajmuję (chyba że mnie przyciśnie, to wtedy “idę się sprzedać”), kiedyś się zajmowałem, bardzo dawno temu, ale handel ma najwięcej poziomów zabezpieczeń ze wszystkich sieci. Nazwiska, adresy pocztowe, numery telefonów, sieć teleinformatyczna i przestrzenie abstrakcyjne na bazie sieci – wszystko po to, aby właściwi ludzie mogli skontaktować się z właściwymi ludźmi, zakomunikować potrzebę, która zostanie zrozumiana i uzyskać odpowiedź, że będzie, że zrobi się, że coś się wymyśli. Nikt nie zna dnia ani godziny kiedy to Galtieri wpadnie na genialny pomysł zajęcia jakichś Falklandów na końcu świata i trzeba wtedy zadzwonić do kogo trzeba, kto akurat sprzedaje Australijczykom Invincible, ma na magazynie i coś się zaraz wymyśli. Ten temat jest ogarnięty, @Wariat na ten temat pisał, wszystko tam jest poukładane choć stale się gotuje. Oni tam odpowiadają za scalanie referatu popytu z referatem podaży, tak aby nam za często nie powstały nawisy magazynowe kół drewnianych do wozów drabiniastych.

Było kilka takich etapów w ciągu ostatnich 300 lat rozwoju przemysłu, który uważamy za nowoczesny (miejmy nadzieję, że to nie jest nasze ostatnie słowo), kiedy właśnie takie rzeczy się działy jak ta z handlem, że rzucano mnóstwo ludzi do rozwiązania jakiegoś problemu, a potem wdrażano rozwiązanie, które wymiatało całą tę alokację w niebyt. Tak jak sklepy z wystawami wymiótł internet, a handel przeniósł się na platformy cyfrowe. Dlatego podejmując decyzję o przedsięwzięciu biznesowym i zamianie naszych “praw ciągnienia z wszelkich magazynów” na graty z tych magazynów, stajemy przed zagadką “czy my w rezultacie będziemy mieli prawo do pociągnięcia jeszcze więcej z magazynów” – czyli czy my na tym zarobimy?

Zakładając, że to nie jest tak do końca kasyno i od czego przewidywalnego nasz rezultat zależy, to zastanówmy się od czego i co my właściwie możemy. Tych kilka etapów rzucenia całej populacji na “Klondike” mamy już za sobą i za każdym razem podnosiło to jakiś wycinek alokacji naszego życia. A to stworzono maszyny, a to siłownie, a to zorganizowano taśmociąg, a to infrastrukturę drogową, a to logistykę, a to ulepszono maszyny o sensory, o siłowniki, o sterowanie, a to wprowadzono specjalizację i podział pracy, a to system dystrybucji skrócono. Pozostaje kwestia co teraz będzie na tyle innego od modelu prowadzenia MiŚia obecnie czy 10, 20, 40 lat temu, aby wykorzystać taką górkę jaka będzie.

I tak zarobić, żeby się za dużo nie narobić

Ponieważ ludzka pomysłowość na tym właśnie polega, że na identyczny rezultat kolejne pokolenia nie muszą tak zasuwać jak poprzednie, bo konstruujemy takie zmyślne graty, że nam woda z rzeki, węgiel z kopalni i ropa z piasku mocy daje, i wystarczy przesunąć dźwignię i dzieją się rzeczy z siłą nieludzką. Są nawet tacy władcy co się przekrzykują który z nich ma większy guzik i na temat tego jak działają te guziki od czasów najdawniejszych, to mam nadzieję coś skrobnąć.

Należy mieć przy tym na uwadze, że cała koncepcja produkowania czegokolwiek na wymianę polega na tym, że ktoś inny też coś robi (specjalizacja i podział pracy) i się z nami zamieni. W naszych ciekawych czasach właśnie mamy takie zjawisko, że każdy owszem coś robi, potrzeby niby nieograniczone, ale znaleźć właśnie to, co chcemy to zaczyna być coraz poważniejszy kłopot. Mają tu miejsce następujące zjawiska:

– Demografia białych i żółtych jest po oil peak, zaczęła kuleć, a to od tej demografii zależała pomysłowość i produktywność.
– Przesunięcie średniej wieku na 40+ już dało rezultaty w postaci zmian w dynamice wydatki/gromadzenie.

Z tego wysuwamy wnioski, że nasz rozwój był cały czas ekstensywny, bo zawsze najistotniejszym był czynnik ludzki, w 1820 roku było (chyba) około miliarda ludzi na planecie. W 1930 roku już dwa. 30 lat później trzy. A później co 12-14 lat miliardzik. Oznacza to, że pierwsze, bardzo liczne pokolenie z 1960 roku właśnie poszło na emerytury. Może ich tak dużo nie przeżyło, ale oni urodzili się już po najpoważniejszych wojnach białych ludzi. W gospodarce już to czuć, że brakło ludzi, którzy mieli zakumulowane kompetencje z początku tej eksplozji demograficznej. Ci przed nimi, starsi od nich są przynajmniej dwukrotnie mniej liczni, a już i tak uważamy, że starców jest zbyt wielu aby ich utrzymać. Za 14 lat będzie trzeba dopisać z kolejnego miliardzika urodzonych tak coś ze trzysta baniek na emeryturach do utrzymania. Obawiam się, że do 2030 nie będziemy pisać o starcach inaczej niż źle, a najchętniej to wcale, bo o martwych lepiej nie pisać wcale niż źle i tego im będziemy powszechnie życzyć. Bo oni nic już nie będą wytwarzali, ale w ich imieniu fundusze emerytalne i państwowe systemy opieki będą próbowały wyrwać od wszystkich zasoby starając się zrealizować obiecanki cacanki z młodości tych ludzi. Oczywiście mam świadomość, że taki pan doktor Mentzen, jako że bawi się w demokrację, opowiada, że to niegodne, aby nie zrealizować tych obiecanek, ale obawiam się, że to nie będzie zależało od naszego chcenia czy poczucia godności. Po prostu bez tych dziadków w pracy nie będzie podaży dóbr, które te dziadki będą chciały konsumować. I obawiam się, że to nie będzie gładki wzrost podatków z obecnych 85-90% do 300% w 2030 tylko system zacznie trzeszczeć już w tym roku (2018), a do 2025 będziemy ćwiczyć takie wygibasy fiskalne, że papieru nie starczy na liczbę regulacji jakie zostaną wyplute. Ale skończy się reglamentacją, tak jak Stalingradzie “uczciwemu znalazcy – gęś”.

To zjawisko demograficzne, narastające od 1960 roku, uważam za jedno z najistotniejszych w historii przemysłu. Ponieważ to zjawisko wymusiło taki podział pracy i specjalizację, jaką znamy z przemysłu lat siedemdziesiątych czyli jeden człowiek – jedno narzędzie, trzy zmiany narzędzia w rękach trzech ludzi. Podawałem jak to wygląda ze zwrotami za drugą i trzecią zmianę, to miało sens. Ale gdyby ci ludzie umierali koło 40-50 roku życia. Połowa do dwóch trzecich umiera maksymalnie do 65 roku życia, ale przez ostatnie 15 lat życia nie są nazbyt produktywni. Owszem są zawody gdzie wiek nie stanowi wielkiego problemu, z tym że to są zawody dla sigm i nikt przytomny (jakie wykluczenie aksjologiczne^^) nie ma złudzeń, że ludzie zajmujący się zawodowo myśleniem nie robią tego w wyniku mianowania na mędrca, tylko w wyniku tego, że inni ludzie są zainteresowani tym co taki ma do powiedzenia i dają mu owsianki do michy.

Rzucam okiem na rezultaty Paypala (prawie 280 Euro od początku żebraniny) – zdecydowanie mędrcem nie jestem i owsianki z tego nie będzie (to będzie wniosek z tego tekstu, że trzeba będzie jednak pracować). Nie skuszę się nawet na jakiś wysiłek intelektualny, aby wywróżyć jak ten problem rozwiążemy (a rozwiążemy), ale z tego, iż ci ludzie nie będą robić nic produktywnego wnoszę, że nie bardzo będzie się na co z nimi wymienić. A z tego konkluzja, że będziemy robić rzeczy dla siebie (luksus autystyczny, ale to jest nazbyt śmiałe), a konkretnie będziemy dokonywać wymiany usług i części w obrocie niejawnym, ponieważ jawny będzie straszliwie obciążony (zanim się załamie).

Kolejnym zjawiskiem, niby wynikającym z tego pierwszego, ale nie bezpośrednio tylko z wdrażania rozwiązań podziału pracy i co za tym idzie procesu kształcenia do takich specjalizacji, jest właśnie ta specjalizacja. Na chwilę cofnijmy się myślami do nieco bardziej konserwatywnych czasów (oczywiście technologie były wtedy pozornie prostsze, ale jak się zacznie wnikać w szczegóły to tylko pozory, komplikacje były w tym inne poukrywane) – otóż używano zupełnie innego języka do opisu ról społecznych. Z całą pewnością istnieli rzemieślnicy i choć dawało się przypisać im konkretne rzemiosło, to zazwyczaj dawało się też wykazać tak szeroki zakres ich kompetencji, że zawierał on w sobie może nie komplet, ale dość istotny obszar wiedzy technicznej z zakresu wytwórczości z powszechnie dostępnych w danych czasach materiałów. To już częściowo wróciło, bo się okazało że inaczej nie chce działać, przynajmniej w tym obszarze w jakim działało wcześniej – w technice. No nie znaleźliśmy sposobu przytomnego podziału pracy takiego, żeby plany wykonawcze umieścić gdziekolwiek indziej niż w przytomności rzemieślnika, który może i wszystkich kompetencji motorycznych na najwyższym poziomie nie ma, ale wie jakie mają być rezultaty tych operacji na tyle, że jak sam nie musi robić, to wie jak innemu rzemieślnikowi o innym zakresie mistrzostwa pokazać co ma być. Mamy i owszem cały obrót ISO, rysunki, modele 3d, to wszystko jest bardzo fajne i przydatne, ale do prozy codzienności i detali na samym końcu dopasowania, na ostatnim etapie korelacji się to nie przydaje, nie jest zasadne ekonomicznie wytwarzanie takiej dokumentacji dla jednostkowych poprawek. Miałem też styczność z dokumentacją wykonawczą dla lekkiego przemysłu stalowego (i takiego pośredniego – budowlanego) sprzed 1960 roku, z rozpędu działającego jeszcze po dwutysięcznym roku zanim z powodu wizyt kostuchy nie zrobiło się pusto i cicho na halach – i to nie było wcale takie głupie, ani się tak wcale nie różniło od koncepcji Kanban, tylko miało podwójny obrót dokumentacji – jeden na materiale w procesach i drugi na tablicy, gdzie za korelator robił kierownik przekładając kartonowe zapisy zleceń z pozycji na pozycję i dopisując rezultaty w rubrykach jeśli był sens wpisywania czegoś tak nietypowego, że nie było tego widać gołym okiem.

Ten “podział pracy” z pewnością widzieliście w MiŚiach w takiej postaci, że założyciel interesu robił wszystko sam, czyli wszystko sam umiał, a po dekadach prowadzenia jeszcze wszystko umie, ale nie za bardzo kojarzy, bo dawno nie robił, ale coś tam się orientuje, natomiast bardziej skupia się na kwestiach deficytowych (zależnie od czasów był to handel, dystrybucja, zaopatrzenie, zbyt, kierowanie pracami – zawsze jakaś alokacja kulała). Niby nakształcono “speców od zarządzania” i jakoś to się w korpo sprawdza, ale rezultaty gospodarcze to nie są żadne czary mary – widać, że wszystko trzymało się na ekstensywnym przyroście ludności i można było udawać czarowników od zarządzania. Otóż w czasach bardziej konserwatywnych była tylko jedna ścieżka na stanowiska kierownicze (taka jaką podałem w “źródła władzy w poliarchiach” – zbuduj sobie cały aparat jakim chcesz władać, zatrudnimy Cię do władania takim aparatem^^) i taka sama na zostanie przedsiębiorcą, fabrykantem. Innej nie było zanim nie powstały zręby rynku finansowego opartego o gwałtowny przyrost liczby ludności. To zaczęło też już wracać – na stanowiska kierownicze korpo zaczęło przynajmniej na dole i w ramach eksperymentu (chodzenie na nogach z tabliczką “eksperyment”) zaczęło kupować firmy (niby startupy, żeby inwestorzy to łyknęli) bez dłubania przy ich systemach kontroli i zarządzania – to już jest akt desperacji jeśli chodzi o ład korporacyjny.

Człowiek renesansu musiał umieć wszystko, no i dzisiaj to wraca – trzeba znowu umieć bardzo dużo, aby nie musieć za dużo robić. Tylko jak takich ludzi kształcić w obecnym ustroju powszechnego gołodupstwa to nikt nie wie. A przynajmniej udajemy, że nie wiemy, bo wiemy doskonale – aby wykształcić przedsiębiorcę musi on już jako dziecko/podlotek mieć przedsiębiorstwo i się nauczyć je prowadzić. Aby wykształcić generała to wypada smarkaczowi przydzielić jaki oddział aby uczył się nim dowodzić – elity są tworzone bardzo prosto, poprzez motoryczną naukę właściwych nawyków. Najwyżej się kandydaci nie będą kwalifikowali – nie każdy kadet nadaje się na pilota śmigłowca, ale właściwe pochodzenie daje chociaż dostęp do śmigłowca żeby spróbować.

Te zmiany wynikają z tego właśnie, że co naście lat przez cykl gospodarczy rodziło się po miliardzie nowych ludzi. I można było nimi szastać, rzucać jakieś niepojęte liczby w absurdalne alokacje twierdząc, że dziesięciu kolejnych już czeka. Ta bajka trwałaby dalej gdyby w latach osiemdziesiątych miliard rodził się co lat osiem, a obecnie co trzy. Ale się nie rodzi. Więc model gospodarczy oparty na wzroście ekstensywnym się skończył z przejściem pierwszego z tych pokoleń na emeryturę wraz z bezczelnymi oczekiwaniami, że te bondy emerytalne, to my mamy im wymienić na prawdziwe towary. Tymczasem cały system transakcyjny, cała obecna ekonomia opiera się na rolowaniu tych bondów na świętego nigdy. Z tym, że sztuczka polegająca na odsprzedaniu kolejnemu pokoleniu jeleni wymaga coraz większej liczby jeleni wytwarzających dobra. To nie jest wcale nowa sztuczka – dokładnie taka sama była na złocie, całe życie chomikowano złoto, aby zbywać je na starość w zamian za dobra i usługi – złoto było długoterminowym bondem. Zbycie w przypadku rodu odnoszącego sukces następowało w ramach rodu, więc nie trzeba było licytować się z rynkiem i dawało pozór, że kolejne pokolenia dbają o starców bez jakichś błyszczących motywatorów – oczywiście motywacją było stopniowe przekazywanie kontroli nad schedą. Wymuszało to w młodym wieku agresywne konkurowanie o złoto, robienie przytomnych interesów i wykluczanie 2/3 populacji z udziału w owocach własnej pracy (dlatego populacja rosła tak powoli). Oczywiście bajka po 2WW jest taka, że nikogo nie wykluczymy, no ale jak towaru braknie, to nie braknie go abstrakcyjnie tylko braknie dla kogoś, po tym jak ktoś już go skonsumuje. A braknie dlatego, że ludzie ze względu na wiek rzucają grabki i przestają wytwarzać. I to zjawisko w połączeniu z odlotowym systemem podziału skóry na niedźwiedziu (podziału jeszcze niewypracowanych zysków i ich dyskontowaniu emisjami na rynki zobowiązań) sprawia, że produktywność ma wzrost ujemny (ma spadek), a z tego wynika bardzo ciekawe zjawisko przy zakupie maszyn.


Przyjmijmy sobie jakieś narzędzie, dajmy na to piłę. Chcemy ciąć jaki surowiec, powiedzmy rury stalowe, bo coś sobie tam z tego lepimy, co komu jest potrzebne i nam za to płaci (przyjmujemy, że system transakcyjny jest pewny). Przyjmijmy że w T0 (czasie rozpoczęcia) produktywność wynosi 1, czyli tniemy sobie osiem godzin z produktywnością jeden, mamy jakiś tam odpad, metodą konkurowania z rynkiem uzbrojonym w podobne piły i podobny zapał do pracy jest zmniejszanie liczby błędnych cięć (podniesienie jakości, naszego profesjonalizmu) oraz ekstensywne tyranie wieczorami. Tyrając po 12h zwiększymy produktywność do 1,2 -1,4 (teoretycznie do 1,5 ale rzeczywistość wskazuje, że korelacja jest słabsza niż oczekiwana), a obniżenie spadów o połowę może nam dać jeszcze kilka, maksymalnie 10% kopa, chyba że jesteśmy wyjątkowymi durniami i strasznie dużo marnujemy, więc szybko poprawimy wydajność (ale na rynku reszta durniami może nie być). To nie jest wcale takie niemożliwe aby początkowo być durniem – kazałem kiedyś uciąć lemingowi po kilku fakultetach dwie deski na wymiar i już pomijając że było krzywo, to jeszcze cal różnicy na długości. Wiele wskazuje na to, że też byłem prosięciem zanim wyrosłem na przemądrzałego kabana.

Z różnych tam wyliczonych dawniej przesłanek wiemy, że środek produkcji zwróci nam się w dwa lata jak przyciśniemy, a jak nie to w pięć na pewno, a w siedem to musi. W tym czasie pojawią się nowsze, lepsze piły, ulepszy się w nich to i owo, i pododaje, i zintegruje, i w ogóle. Przyjmując 1,006 za jakiś tam nieco ponad półprocentowy, intensywny wzrost produktywności, to da nam po 2,5,7 latach odpowiednio 1,01 i 1,03 i 1,04, czyli nie za bardzo jest o co kruszyć kopie – piła (jak i reszta naszego parku maszynowego), po siedmiu latach będzie w stosunku do nowopowstających interesów miała 96% produktywność jeśli wszystko szło gładko, tak jak w gospodarce ostatnimi wiekami.

Otóż w ciągu ostatnich 40 lat do maszyn dołożono wielkie mnóstwo elektroniki, siłowników, mógłbym tu popisać o robotach i obrabiarkach, ale wrócmy do tej nieszczęsnej piły i jej się czepmy, bo tam przecież nic skomplikowanego nie ma i dla każdego czytelnika jest to wyobrażalne z całą pewnością, bez wyjaśniania jakichś nieprzytomnych komplikacji stopni swobody w maszynie i wynikającego z tego MTBF, który zawiedzie nas do konkluzji, iż zasięg natarcia pancernego w teatrze środkowoeuropejskim nie jest w stanie obecnie przekroczyć w najlepszych warunkach 250km. A wcześniej też w to i owo stare maszyny ubrano. Co daje nam po 40 latach takiego rozwoju wzrost produktywności o 27% i o 60% w przeciągu lat osiemdziesięciu. Grzecznie powiedziawszy – szału nie ma. A co naście lat będzie nam wchodziło z miliarda urodzonych jakieś 1/3 miliarda na “zasłużoną emeryturę” i to nawet ograniczając ten odlot do krajów białego i części żółtego człowieka, daje nam to zupełnie inną skalę ubytku mocy produkcyjnej w gospodarce niż zapewnia jakikolwiek wzrost intensywny. Inną o rzędy wielkości i to o jakieś trzy. Można sobie dowolne rzeczy wymyślać o innowacyjności, ale nie ma takiego sposobu bogacenia się aby taka liczba ludzi mogła nie pracować i konsumować cokolwiek (już nie biorę pod uwagę nawet tego co oni by chcieli, tylko jakieś egzystencjalne minimum w ogóle) przy takim wzroście intensywnym. Pozostaje ekstensywny wzrost liczby ludności, ale tutaj liczby znamy z dużym wyprzedzeniem i tego nie będzie. Co więcej zamiast wzrostu produktywności mamy spadek. Niby tam się zwala na telefony, na internet, że ludziom odwraca uwagę od pracy, że się nie koncentrują, ale przecież są w tej pracy po naście godzin z dojazdami, właściwie nie mają życia poza pracą, w praktyce przestali się rozmnażać, praca straciła więc jakikolwiek cel – do niczego większości ludzi nie prowadzi, no chyba że chodzi o dostanie garba. Jeszcze 400 lat temu dzień pracy kończył się w południe – potem był czas na kwestie społeczne, religijne, hobby. Wyjątkiem były żniwa raz do roku, kiedy trzeba było trochę przycisnąć przez bardzo krótki okres i pracowano cały dzień.

Mamy więc ujemny wzrost produktywności. Czyli mamy spadek. Oczywiście możemy się popukać w głowę twierdząc, że nasza nowoczesna, wyposażona w robota, magazyn, siłowniki i komputer piła jest mniej produktywna niż piła bez tej szpeji, i zwalimy spadek produktywności na darmozjadów w procesie (biurwę, aparat korpo i państwa, samotne matki z dziećmi, a nawet matki bez dzieci). Z tym, że odarcie produktywności również z tych darmozjadów w postaci 40 letnich emerytów mundurowych dalej wskazuje, że coś jest nie tak na produkcji.

Spadek produktywności zaczął się gdzieś tak zaraz po dwutysięcznym roku i nie jest to żadna klątwa tylko prosty fakt przyrostu liczby branż (zakresu alokacji) oraz wynikłej z tego konieczności zasysania specjalistów (do dwutysięcznego roku liczba ludzi w światowej gospodarce w wieku 40+ była nieistotna, a w krajach białych i jednym żółtym – Japonii – zauważalna ale nie problematyczna). Oczywiście zasysanie specjalistów polega na podzieleniu skóry na niedźwiedziu przez “rynki finansowe”. Tę skórę dzieli się takim sposobem, że branże chętne na przydział zasobów emitują obiecanki, inwestorzy je kupują, branża która zassie najwięcej kapitału zbiera specjalistów i ciśniemy rozwój na danym kierunku uzyskując zwroty. Z tym, że system emerytalny (a wcześniej ubezpieczeniowy) zaczął zgrzytać z budowlanym, a to w taki sposób, że wcześniej domy po 40-50 latach przechodziły na dzieci lub wnuki, bo ludzie żyli w jakichś przyzwoitych granicach, a tym razem do tego nie doszło. Brak nie był duży, ale wystarczający aby szarpnąć rynkiem i stworzyć problem braku mieszkań jakiego wcześniej nie było (wcześniej robiono przecież programy masowego budownictwa i świat się nie zawalił). Otóż tym razem pomimo bańki na dotcomach równolegle trzeba było zassać specjalistów do budownictwa, i klops w tym, że o ile w dotcomach była jakaś wyobrażalna koncentracja sigm do wykupienia z rynku, to w budownictwie żadnej filozofii nie ma – kapitału nie starczało, bo po prostu społeczeństwo 40+ jest liche w budowaniu polegającym na noszeniu i spajaniu elementów budynków. Trzeba było młodym coś obiecać za zwiększony wysiłek, więc wyemitowano kredytami walutę, ale oni domy chcieli budować również dla siebie, więc im też wyemitowano kredyt, wszystkim wszystko. W rezultacie fabryki zostały bez pracowników, wszyscy poszli budować domy, pracą miał się zająć Chińczyk (ten miał sobie domu nie budować), do domów trzeba było jakichś sprzętów (te robił Chińczyk) i w ramach rozliczeń, zabezpieczenia dostaw etc. Chińczycy wycisnęli rynki finansowe zachodu w 2007 roku jak gąbkę, okazało się że to oni są na końcu łańcucha tylko dlatego, że wstrzymali się z budową domów w takiej skali. Oczywiście sposobu aby przymusić Chińczyka do płacenia emerytury Kanadyjczykowi, Norwegowi i Jankesowi nie ma. Niemcy coś tam pokrzykują na Greków, że mają im coś zapłacić, ale zbyt wielkich widoków na realizację czegokolwiek na rzecz roszczeniowych Niemców ze strony pracowitych Greków to nie mam.

Obecnie to już nie wiadomo co obiecać specjalistom, żeby pracowali, ale wiemy ile zer da się wydrukować na banknocie i na tych naszych mamy jeszcze trochę miejsca, więc pole do manewru jest. Jeszcze nikt nie wprowadził banknotu o nominale “ile Chuck Norris robi pompek”, ale wszystko przed nami.

Tylko zastanówmy się nad jedną konsekwencją: mamy spadek efektywności całych gospodarek, to jest po prostu fakt, nawet jak Wam się lokalnie wydaje, że tak nie jest, to jednak tak jest, tylko spadek o promil rocznie to jest tyle co się w przerwie na fajkę zrobi za całą dniówkę, albo wyciśnie zmniejszając spady (choćby poszerzając tolerancje). Z tego wynika, że ta nasza nieszczęsna piła dzisiaj będzie lepsza od tej za dekadę, niewiele, nawet niezauważalnie, ale lepsza. Z piłą nie ma dramatu, będzie miała gorsze łożysko, słabsze mocowanie, lichszą pompę. Ale spadek już jest od dwóch dekad widoczny, on nie jest na samych głupich piłach. Katastrofa jest na robotach i obrabiarkach uniwersalnych. Maszyny uniwersalne to są takie co mają dużo stopni swobody (za dużo) i mogą robić różne rzeczy, ale za cenę upierdliwego kalibrowania im dokładności. Maszyny, którymi się w nic nie przywali tak, aby mechanicznie posypały się koordynaty, rozkalibrowują się po kwartale najpóźniej (najwyżej możemy nieczepialsko poszerzyć tolerancje), a takie co mają adaptatywny system autokalibracji po 6-12 miesiącach najpóźniej i tak wymagają serwisanta, żeby je pomiział za uszkiem. Im dokładniejsze i z większą liczbą stopni swobody maszyny, tym więcj roboczogodzin serwisu zjadają, tym szybciej się rozkalibrowują i tym krótszy mają rzeczywisty resurs.

Jeśli chodzi o robota, który wyjmuje z maszyny detale i układa w paczki i pakuje (i może jeszcze czyści i maluje, i jakieś tam inne proste, tanie prace robi), to taki robot podziała 10-15 lat zanim trzeba będzie trzeba go kanibalizować z braku kontynuacji produkcji części (roboty są produktami niskonakładowymi, nazywanie tego seriami produkcyjnymi to tylko grzeczność wobec składających i kalibrujących je rzemieślników). Na razie nie ma masowej produkcji robotów czy obrabiarek, ponieważ zbyt często wprowadzane są kluczowe modernizacje podzespołów. Problem z prostym robotem wykonującym proste, niewymagające odlotowej dokładności prace jest taki, że zastępuje on dość taniego człowieka, a wymaga specjalisty od miziania za uszkiem. Jego stosunek ceny i kosztu utrzymania do uzyskiwanej z niego wartości dodanej jest bardzo zły. Oczywiście chciałoby się postawić robota wyżej w łańcuchu, tam gdzie będzie dodawał więcej wartości, ale on tam się albo nie nadaje, albo po 7-10 latach nie będzie w stanie (z przyczyn mechanicznych przy danej liczbie stopni swobody) być tak skalibrowany aby wykonywać dane zadanie bez szczególnego miziania za uszkiem do jakiego jest zdolny wyłącznie hobbysta, a nie oprzemy produkcji masowej o hobbystów – hobbyści mają swoje garaże i tam mają co miziać.

Zakładam, że osoby które to czytają mają w jednym palcu rozrachunek kosztów i nakładów inwestycyjnych w stosunku produktywności kolejnych etapów pracy i ich wartości dodanej. I jest oczywistym dlaczego budujemy wielki piec hutniczy zaraz za jeszcze większą kopalnią rudy i paliwa, a nie budujemy wielkiego kombinatu cięcia rurek na wymiar i centralnej wytwórni hamburgerów “każdy inny”. Moc korelacyjna w procesie to wyjaśnia zupełnie – zmian w procesie najmniej na początku, najwięcej na końcu, zindywidualizowanie produktu (kustomizacja) następuje na końcu. W MiŚiu następuje, a nie w kombinacie. A jak nawet nie mają i w pierwszym momencie nie budzi się w nich, że fabryka używająca robota za bańkę (równowartość kosztu utrzymania Jasia przez całe życie jeśli liczyć jakieś zwroty z zainwestowanego kapitału) do pakowania towaru jest na bakier z liczeniem, to należy się nad tym jeszcze raz zastanowić co w takim procesie się stało, że jest bez sensu, a mimo to w takich warunkach się dodaje.

Przerwa na kawę

Już wiecie co się nie dodaje w tej nowe pile o spadającej produktywności. Wiecie to bardzo dokładnie i już ten numer przerabialiśmy pomiędzy 1WW a 2WW kiedy to w Reichu spadła produktywność o 2/3 i nie dało się za nic uzyskać takich ilości amunicji z produkcji jakie z palcem w nosie osiągano z rynku bez proszenia się u oligarchów w czasie 1WW. Nakazem, knutem, ideologią i złotem nie dało się z gospodarki wydusić tego co ona wcześniej w ramach zwykłego biznesu wypluwała ot tak sobie. Ale były kraje co w żadnej wojnie nie wzięły udziału i sobie urządziły prosperity wyłącznie na tym, że oni maszyny mieli, nie popsuli i nie musieli ich amortyzować – bo te maszyny były już dawno spłacone.

To jest właśnie nie tak z robotami – technologia jest w powijakach, a produkcja z grzeczności nazwijmy ją “seryjna”. Za cenę jednego robota można mieć na całe życie Jasia, robot popracuje góra 15 lat, co prawda o wiele efektywniej od Jasia, ale mały cykl gospodarczy nie trwa 15 lat i klientom się w tym czasie może pozmieniać. Jak im się pozmienia to Jasia dość łatwo się przekwalifikowuje, nawet jakby klienci złośliwie i z premedytacją codziennie wymyślali jaki nowy wzorek do malowania na płotach. A przeprogramowanie robota czy obrabiarki na nowy program zajmuje chwilę (czasem pół dnia roboczego nawet), czasem zajmuje to dwóch ludzi przez kilka godzin, a jeszcze wsadowo trzeba dokumentację przygotować do bardziej pokomplikowanych detali (to też chwilę zajmuje), no i jak to wszystko jest gotowe, sprawdzone i opanowane, to przezbrojenie maszyny zajmuje najpierw kwadrans, później pięć minut, a później to już nie jest istotne. Z tym, że doprowadzenie do takiego tempa przezbrajania robota czy obrabiarki, to nie jest hop siup, a Jasio przezbraja się sam i nie żre tyle co tych kilku specjalistów co takie rzeczy robią. To jest oczywiście coraz prostsze i są coraz fajniejsze narzędzia dzięki którym skracamy czas kształcenia operatorów, programistów, serwisantów, ale dalej brakuje jeszcze bardzo wielu tych 1,006 aby to mogło konkurować z Jasiem.

Więc Jasiowi się dowala podatki, a robotom nie.

I tutaj zapewne kalkulując, że spadek produktywności ma przynajmniej kilkanaście lat, a być może 20, to doszliście do wniosku, że jak kupicie 20 letnie maszyny, które się komuś już zamortyzowały i chciałby odzyskać kapitał nawet po 50 centów za dolara, bo i tak już na nich zarobił, to w konkurencji z dzisiejszymi wcale nie będzie w plecy z produktywnością, możecie spokojnie stanąć w szranki, a może się okazać… że wygracie na resursie maszyn i kiedy im nowe roboty po drugim cyklu najpóźniej trafią na generalny remont tracąc zdolność do spłacania się, to Wasze maszyny w kolejnych cyklach spłacą się ponownie, i ponownie, i znowu. Inna sprawa, że ze względu na pewien brak ich uniwersalności będziecie ich musieli mieć więcej, ale to oznacza też, że ich obciążenie pracą będzie niższe przy konieczności zachowania tej elastyczności jaka jest wymagana od nowoczesnej produkcji. Jeśli więc pogrzebiemy dalej, w gospodarce gdzie za naście centów za dolara sprzedawane są stare maszyny z lat 70-90 z tego powodu, że właściciel umarł, i policzymy sobie, że ich produktywność leży w okolicach 78% teoretycznego wzrostu do dzisiejszego, ale wiemy też, że w praktyce tego wzrostu od jakiś 2 dekad nie ma, to za ułamek ceny dzisiejszych narzędzi uzyskujemy 88% produktywności tych nowoczesnych (o nieznanym, a jak wskazuję spodziewanym na lichy, resursie). To znaczy, że zamiast oszczędności z 7-10 lat ładować w maszyny, możemy zaryzykować maszyny w cenie jednego roku pracy i dołożyć brakujące 12% produktywności z własnego czasu (ekstensywnie) pracując w co drugą sobotę pełną szychtę. I po roku mamy już spłacone maszyny, a one mogą popracować drugi rok, trzeci, długo tak mogą, szczególnie jak to są odlewy z lat 70-80 kiedy nikt nie pytał ile tona stali kosztuje i czym to się będzie przewozić.

Oczywiście należy zapoznać się z nowoczesnymi technologiami, rozwój czasem bywa skokowy i może się okazać, że na przykład obróbka addytywna wystrzeli z produktywnością, a nie ma czegoś takiego jak drukarki 3d z lat siedemdziesiątych (znaczy są jakieś tam prototechnologie co coś podobnego robiły, ale to jest takie tam wielkoprzemysłowe hobby jak robot do produkcji wagonów kolejowych – też już poszedł na żyletki). Jednak liczby wskazują na to, że póki odessano masę specjalistów do jakiś innych branż i oni tam klepią w klawisze, to rozkład wzrostu produktywności nie będzie miał istotnego akcentu w maszynach i produkcji. Jest taki detal: kompetencje. Gdyby nie one, rynek już by zdyskontował te maszyny (ale są kraje gdzie to kompetencje powszechne, więc tam dyskontuje przynajmniej częściowo), a tak nie bardzo może, bo co prawda sprytni grandziarze pokupowali tego całe hale, ale utrzymanie hali kosztuje, kuponu to nie płaci i jak postoi to stanieje. Tylko dlatego, że w obrocie jest dość dużo starych maszyn, a liczba starych specjalistów nie rośnie. Rynek, na którym nie ma wzrostu ekstensywnego jest pewną upierdliwością, która demoluje rynki finansowe. No a jeśli maszyny starsze są tańsze, a nowsze wcale nie bardziej produktywne, to oszczędzanie maszyn starszych, wcale nie tracących na produktywności i jeszcze ich używanie do produkcji należy nazwać strasznym, obraźliwym dla ekonomistów, miażdżącym ministerstwa finansów, polityki społecznej i systemów emerytalnych słowem. Słowem tak strasznym, że gdyby je wypowiedział dysponent największego czerwonego guzika, to nie musiałby go już wciskać, bo oficjele w panice komentowaliby, że na pewno nie to słowo miał na myśli: deflacja.

To zjawisko to skutek odstawienia bardzo potężnego zasilania w ludność. Tanią, wręcz darmową ludność, która wszystko zrobi, skoreluje i jak już nawytwarza dóbr, to sobie umrze. Teraz ta ludność zamiast grzecznie umrzeć, to zacznie się zachowywać roszczeniowo i trzeba będzie jakoś przetrzymać do momentu, aż po przetestowaniu wszystkich odrealnionych metod problem zostanie ostatecznie rozwiązany w jedyny racjonalny sposób. I choć moglibyśmy wyrażać nadzieję, że ktoś coś powinien za nas z tym zrobić, to obawiam się, że sami będziemy musieli szybko przełykać owoce własnej pracy zanim dopadnie nas horda wrzeszczących staruszków.