Struktury dochodów

Kwoty niemianowane dla uproszczenia są w EUR.

Dlaczego istotne jest utrzymywanie wewnętrznych (nawet jak pracujecie jednoosobowo) cen transakcyjnych w obrębie własnego przedsiębiorstwa?

Dlaczego istotne jest wycenianie własnej pracy, własnej księgowości, własnego zwrotu z kapitału, zysków z handlu, zysków z łupiestwa?

Zaznaczyłem w pierwszych artykułach, że tematyka strony dotyczy tego, jak wpaść w pułapkę średniego dochodu. Może nawet kilku średnich dochodów, ale to dalej klasa średnia. Tego należy się trzymać czytając te artykuły – tu nie ma recept jak sobie zorganizować stały dochód siedmiocyfrowy, bo po prostu nigdy takiego dochodu powtarzalnie w długim terminie nie udało mi się uzyskać.

Odpowiedź jest dosyć banalna – aby się nie pogubić i nie sprzedawać poniżej kosztów wytworzenia. Istotne są też ryzyka. Istotna jest też płynność. Zaczyna się robić bardzo wiele istotnych rzeczy.

Podzielmy nasz kapitał i nasze dochody na kupki. To wyobrażalne, robi się to w bilansach i robi do tego różne wskaźniki obrazujące proporcje wysokości tych kupek. Jednak dla zobrazowania proponuję całkowity prymitywizm – przedsiębiorstwa działały na tej samej termodynamice 40 tys. lat temu, kiedy pozyskiwano depozyt ze zwierza wędrownego, 5 tys. lat temu, jak pozyskano depozyt ze zbóż, i za Clintona, kiedy pozyskano depozyt z pierwszej bańki na IT. Rozliczeniowo przedsiębiorstwa nie różnią się od tych 40 tys. lat temu. Jest depozyt – prywatyzujemy zysk. Problem uzupełnienia depozytu pozostawiamy do rozwiązania przyrodzie.


Kapitał z kapita – ten posiada każdy, jeden mniejszy drugi większy. Zwrot z niego zależy od lokalnych właściwości gospodarki. Jak się robi graty do aerospace, Ferrari, Koenigsegg i Maclaren, to nie bardzo da się uzyskać sensowny zwrot w krainie szczawiu i mirabelek. Po prostu nie ma tam popytu na taki poziom techniczny, zwroty więc byłyby liche.

Tutaj zawsze liczymy koszty. Idziesz do pracy – liczysz godziny. Siedzisz nad analizą struktury spółki przed zakupem akcji – liczysz godziny. Obgryzasz pazury nad daytradingiem – liczysz godziny. Wypisujesz formularze i siedzisz u lekarza, żeby dostać rentę, zasiłek, chorobowe – liczysz godziny. Wypisujesz formularze o zwrot podatków – liczysz godziny.

I jak już policzysz te godziny, to sobie za nie zapłać z tego, co w tym czasie wypracowałeś – ile zostaje na kupce, czy to opłacalne, czy dalej to robić, czy rzucić grabki i grabienie danego obszaru jest nie dość rentowne?

Jest to bardzo istotne, jeśli prowadzisz MiSia, ponieważ pracując swoimi narzędziami (swoim kapitałem) musisz rozdzielić dochody z kapitału i z pracy, aby wiedzieć czy bilansować portfel na więcej narzędzi, maszyn, czy też jest to już tylko hobby, a płacą Ci za to, co umiesz, a nie za posiadane koparki. Kolejną istotnością jest wyposażanie pracowników w sprzęt (jeśli jesteś na etapie dysponowania pracą cudzą) oraz poświęcanie pracownikom godzin pracy.

Dygresja – w szczytowym rozroście zasobu ludzkiego, tuż przed kolapsem rynku w 2008, tych godzin wychodziło mi tyle, że musiałem dozorować niewolników 5-21. Czy wstali, czy nie zapili, czy do pracy trafili (a na bańce na nieruchach nie przebiera się w ludziach – od głowy płacą, nie od jakości – ważne, żeby na plac budowy przyszli). Na szczęście kryzys rozwiązał mój problem i pozwolił zrestrukturyzować prowadzony cyrk.

Wycena swoich umiejętności – ile jest warte to, co się umie? Najlepiej tego nie wyceniać, ponieważ nie ma to odpowiednika w pieniądzu czy walutach. Można odnieść się proporcjonalnie do innych zwrotów z wycenialnych kapitałów i oszacować w jakiej proporcji można wycenić nasz zasób biologiczny. Koszt naszego kształcenia i wypasania nas przez dekady, zanim podjęliśmy działania, jest niemierzalny. Co więcej – daje on zwroty, w postaci emocji z tym związanych, szanownym rodzicielom.

Wpływ z tego kapitału jest zmienny z kilku powodów. Wytworzenie, ryzyka, płynność.

“Za młodego” tego kapitału jest wytworzone tyle, ile jest. Płynność (popyt na pracę) zależy do koniunktury, a ta nie zależy od nas (jednak warto przenieść wigwam tam, gdzie jest prosperity a nie szczaw i mirabelki; pomóż sobie – ruszaj w drogę). Ale można podjąć ryzyko. Można zająć się wykonywaniem ryzykownego, fizycznie wymagającego zawodu w niebezpiecznym sektorze gospodarki. Postawić siebie samego w obliczu zagrożenia zdrowia i życia. Być może wpływa to na bezkompromisowy charakter w przyszłości, ale też może skończyć się kalectwem i życiem w nędzy. Jeśli do tego unika się ciężarów związanych z ubezpieczeniem i należymisiami to, korzystając z koniunktury, szczęścia i przymiotów własnych, można na tym intratnie wyjść.

Ważne, aby zdobyć doświadczenie, zanim skończy się szczęście i przydarzy nieszczęście.

Dygresja – pracowałem w takich warunkach, składając po nocy, na wysokościach, w czasie sztormu, przy 30 stopniowych mrozach, w święta zdemolowane instalacje portowe. Udało się przeżyć i w miarę zachować zdrowie. Ale nie wszystkim.

Później, gdy człowiek jest już nieco bardziej doświadczony, nie trzeba ryzykować, ale pracuje się więcej w celu utrzymania dochodów. Można sobie w miarę spokojnie konsumować zwroty z doświadczenia pod dachem i uczyć się kolejnych rzeczy, zwiększając bazę kapitałową.

Wreszcie człowiek dociera do wieku, kiedy już mu się nie chce, ale mu w miskę dają, żeby robił, bo umie. No to robi, ale pilnuje, żeby się nie narobić. Wiek też przypomina, żeby małpich wygibasów nie robić. Tu zacznie się powolny spadek dochodów z pracy z powodu ograniczenia mocy swobodnej organizmu – jest to kwestia czasu. Należy wtedy korzystać z innych kapitałów i tam wyciskać zwroty, bo drzemki w pracy coraz częściej i coraz dłuższe.

Z mojego doświadczenia, w funkcji czasu zwrot z kapity wahał się orientacyjnie pomiędzy 4k a 6k EUR, z medianą w okolicach 6k za młodego (ryzyka) i później (godziny), z pikami w okolicach 8k (jednorazowe wyskoki – głównie w młodości). Obecnie już mi się nie chce. Teraz ważne, żeby w pracy było ciepło i kawa była dobra, żeby miło było. Mediana spadła do okolic 5k, wyskoki jeszcze się zdarzają, gdy ktoś skusi ofertą, ale wariackich zleceń na wczoraj w Narviku już się nie bierze.


Kapitał w narzędziach. Park maszynowy – wszystko co aktywnie, poprzez wkład pracy, materiałów eksploatacyjnych, energii i depozytów, wydaje zbywalne depozyty. Dość ciężko wyceniać zwroty, póki nie dojdzie do zbytu wytworzonych depozytów, ale jest wyjątek – można sprzedawać gotowość do użycia maszyn, wynająć je z operatorem. Można sprzedawać je dla cudzej produkcji na godziny. I do tego w usłudze wiązanej sprzedawać samą pracę.

Szczytem tego są ludzie samodzielnie obsługujący całe zautomatyzowane fabryki po kilka tysięcy metrów kwadratowych (znam takich). Ale to raczej ekstrema.

W tym kapitale płynność jest żadna (narzędzi po koszcie zakupu się nie zbywa). Są za to ryzyka związane z obciążeniem pracą (amortyzacja) oraz umiejętnościami operatorów, do tego dochodzą wypadki losowe (na wyjazdach większe, pod dachem mniejsze ryzyka). Bardzo trudno ocenić jest rzeczywistą rentowność w krótkim okresie, ale w długim – jak najbardziej. Zazwyczaj wynosi ona około 60-100% rocznie i związane jest to głównie z przestojami i awariami. Im bardziej zintegrowany ekonomicznie sprzęt, tym większe wahania, ale i wyższe piki zwrotów (wszak nie trzeba pracować na okrągło). Im bardziej rozproszony kapitał, tym niższa mediana, ale większa zdolność dostosowania do potrzeb.

Przykładem zintegrowanego ekonomicznie sprzętu jest koparka czy linia produkcyjna – robi co robi i nic innego nie zrobi. Zapewnia wysoki zwrot w przeliczeniu na godzinę pracy, ale może mieć długie przestoje (zapotrzebowanie na rynku).

Przykładem rozproszonego ekonomicznie sprzętu jest DUR. Zawsze można dopasować mu jakiś profil produkcji czy usług bez użycia całości sprzętu. Coś tam zawsze się znajdzie do roboty, ale nigdy nie używa się wszystkiego na raz.

Jednakże część usług trzeba sprzedać samemu sobie, dlatego dobrze jest mieć własny DUR. Jest to element, bez którego prowadzenie czegokolwiek jest utrapieniem kosztowym z serwisami.

W praktyce, im MiŚ mniejszy, tym ma efektywniejszy zwrot. Im większy, tym poważniejsza część zasobów zapewnia zdolność dopasowania do potrzeb rynku i czeka na zlecenia. Rozwój struktury i ładowanie płacideł w MiSia od pewnego etapu zaczyna wymagać pracowników – a z nimi utrapienia przychodzą i firma działa by działać, natomiast zwrot dla nakładcy ma coraz mniejszy udział w przychodach.

Z tego wynika zupełnie inna rentowność mikrofirmy, średniaka i korpo. W mikrofirmie żyje się z pracy, sprzedaży i szerokości oferty. W średniaku żyje się z pracy “na etacie” szefa firmy i tego, co się uda urwać ze sprzedaży. W korpo żyje się z etatu i bonusów. Wraz ze wzrostem przedsiębiorstwa powiązanie pomiędzy własną pracą a wynikiem w portfelu jest coraz mniejsze, a coraz istotniejsza jest sprawność organizacji jako całości.

W kontekście kapitału, przy normalnej pracy, jaką opisałem wcześniej, pik krzywej (gdzie Wasze wpływy do Waszego portfela zależą od nakładu kapitałowego) osiągnięcie po 1-5 latach, zależnie od koniunktury i dyscypliny. I niestety, nie ma w tym nic dalej. Na tym średnim dochodzie utkniecie. Zapakujecie 20k-100k EUR w sprzęt (zależnie od tego jak i co chomikujecie), uzyskacie zwrot (miesięczny) z pracy na poziomie 5k-8k, dodacie do tego zwrot z narzędzi na poziomie 1k-5k, dodacie do tego to, co wymieniam niżej, a koszty nie będą spadać.

Pozostanie Wam dochód rozporządzalny na poziomie 5k-10k EUR miesięcznie, zależnie od pracowitości i koniunktury. W tym czasie, kiedy dojdziecie do takiego poziomu zasobów, dzieci zaczną wyciągać rękę po kluczyki i będą z tego same zgryzoty.


Kapitał w lokalach. Bardziej przymus i chęć posiadania, dysponowania (choć ograniczona w socjalizmie), niż sensowna lokata pod zwroty.

Lokale użytkowe pod firmę to kotwica – jak już masz, to tam zostaniesz. Całkowicie kasują mobliność firmy. Przerzucanie się z kraju do kraju jest wtedy wykluczone.

Lokale mieszkalne to pozór rynku w socjalizmie. Obecna sytuacja wygląda tak, że fundusze emerytalne muszą z czegoś mieć zwroty – więc mają je z inwestycji w lokale. Aby lokale dawały zwrot, muszą drożeć. Aby drożały, trzeba regulować podaż, ale żeby zapewnić wolumen zwrotów – trzeba wygenerować popyt.

A ludzi rodzi się, ile rodzi i dorasta, ile dorasta. Mieszkać gdzieś muszą.

Doskonale wiadomo z dwudziestoletnim wyprzedzeniem ile lokali mieszkalnych trzeba zbudować. Zależy to od liczby dzieci, a ze względu na państwową czy funduszową emeryturę nie trzeba było dbać o liczbę dzieci, to wiadomo, że sprzedaż wprost nie zapewni utrzymania dla biurwy i emerytów. Wynika to z prostego faktu, że nawet bez biurwy ta garstka dzieci nie utrzyma własnych rodziców przy tak rozbuchanej konsumpcji, do jakiej są przyzwyczajeni. Pozostaje ograniczyć dziadkom konsumpcję (głodowe emerytury), oraz wytworzyć nacisk polityczny, aby obniżyć deweloperom koszty (poprzez podtrzymanie im wolumenu zamówień i przeniesienie tym samym ryzyka na zamawiającego) oraz podnieść ceny lokali (trzeba wytworzyć popyt – bądź tu mądry, tworząc popyt i jednocześnie podnoś ceny).

W socjalizmie istnieje na to średnioterminowe rozwiązanie – jest nim tworzenie kolejnych derywat na zapłatę za lokale, które “kupują” gminy z funduszy państwa (podatków), aby rozdać je potrzebującym po cenach regulowanych (opłacanych przez opiekę społeczną z podatków). Drenuje to rynek z mieszkań – wszak kupowane są całe osiedla z parkami i fontannami, podnosi wyceny i rozwiązuje problem kosztem podatnika oraz tych, co kupują mieszkania z pozostałych w ofercie. Tworzy to przy okazji dzielnice biedy, bezprawia i patologii.

Jest też rozwiązanie doraźne – krótko i średnioterminowe. Imigranci & uchodźcy. Nowoprzybyli biedni, którym gminy mogą poprzez gminne spółki zapewnić mieszkania i zapłacić za nie z socjalu. Grypa wyleczona cholerą. W ten sposób dzielnice biedy i patologii stają się obce kulturowo, etnicznie i językowo, będąc niepenetrowalne dla aparatu inwigilacji i przemocy państwa.

Fundamenty są więc dziwne, ale są, jakie są. Z tego powodu ładowanie się z kapitałem w nieruchomości jest dość bezsensowne, skoro można pozyskać nieruchomość dysponując “potrzebującymi” po cenach niezwykle korzystnych i wynająć je na rynku dla tych, którzy formalnościom nie czynią zadość nie będąc uchodźcami, tylko uczciwie pracującymi gastarbeiterami z krainy szczawiu i mirabelek.

Wystarczy właściwie wypełniać formularze i robić na to odpowiednie podkładki. Rynek co prawda opanowany przez śniadych, ale i dla leszcza jest miejsce w jeziorze.

Przyjmijmy, że mamy lokale. Utrapienia z wynajmem, z lokatorami, koszty związane z tymi problemami. Jest to co prawda stabilny, niski przychód, ale jego istotność w portfelu z czasem maleje (rosną inne przychody).

Jeśli w lokalu zamroziliśmy walutę, ponieważ nie było co z nią zrobić, to rozumiem taką motywację. Pomimo tego, że zwroty z nieruchomości są niskie i nie jest to zwrot całkiem pasywny (odliczmy nakład pracy – poświęconych lokalowi godzin każdego roku), to ma to pewne pozory przytomności.

Jeśli lokal jest nam absolutnie konieczny do bytowania i jest to gospodarstwo czy inny McZestaw dom/garaż/stodoła, to jest to motywacja jak najbardziej przytomna.

Jeśli natomiast zamierzacie żyć z wynajmu lokali, to najpierw wytwórzcie do nich MiSia zapewniającego DUR tym lokalom. I będziecie potrzebowali tych lokali sporo. To jest inwestycja na okres przedemerytalny, kiedy potrzebujecie zacząć rozglądać się nad pasywnymi dochodami i zaczynacie wyręczać się dziećmi.

Jeśli zaś uważacie, że się kupi jedno mieszkanie i wynajmie, a wszystko wokół zrobi się samo – to jest to całkowicie nieprzytomna koncepcja.

Warto korzystać z lokali zapewnianych przez socjalizm bez jakichś istotnych nakładów. Ponieważ w Europie robi się klimat rodem z Barei, a gdzieniegdzie to już bardzo głębokie Alternatywy 4 są, jest to interesująca przestrzeń do działań i niektórzy obrotniacy sobie z tym radzą.

Zyski z lokali, jako dochód pasywny, wpływają sobie na jakieś zapomniane fundusze, a reszta jest kieszonkowym dla dzieci.

Dygresja – w czasach, kiedy rozpadały mi się dochody z powodu kryzysu 2008, przycisnąłem nieco temat nieruchomości i zacząłem wyciskać wodę z kamienia. Bez specjalnych nakładów udawało się na tym przeżyć “do pierwszego”, ale potrzeby rozwiniętej po szerokości firmy przerastały tę kroplę przychodów. Gdyby taką sytuację utrzymać na spokojnym rynku, to z operowania dziesięcioma lokalami, bez ciśnięcia najemców paskarskimi cenami i przy rozsądnym gospodarowaniu remontami, można przeżyć do pierwszego na poziomie 2k EUR. Tylko warto wziąć pod uwagę, ile trzeba włożyć w tyle lokali. Z tego powodu lokali się w znacznej mierze wyzbyłem. To po prostu liche zwroty są jeśli porównać do zwrotów z bardziej interesujących segmentów.

Lokale mają sens, kiedy jesteście w poważnym wieku i MiŚ generuje nieprzejadalne nadwyżki.

Dygresja – jeśli macie w rodzinie lemingi, dla których zwroty z najmu są kuszące nominalnie, to można im pozostawić majątek pod opieką. Będzie z tym utrapienie – ale mniejsze. A kapitał sobie będzie w postaci nierucha leżał i nie zaprzątał uwagi. Po to jest głowa rodu, aby rozdawała synekury. Wszyscy wtedy zadowoleni, każdy ma co robić, każdy na swoim poziomie ekonomicznym uważa, że mu dobrze. Jeszcze intrygi o te zasoby robią, podgryzają się, dzielą, porządzić można, godzić ich trzeba.

Płynność nieruchomości jest bardzo słaba. Ryzyka, jeśli stają się istotne, to są katastrofalne w skutkach. Najczęściej są nieistotne. Koszty wytworzenia zasobu – wysokie.


Kapitał w oszczędnościach. Wysoka płynność. Brak zwrotów przy dodatnim bilansie, podatek inflacyjny. Do tego zalicza się gotówka, w tym południowomurzyńska – brzęcząca.

Jakąś część trzeba trzymać w tej postaci, choćby na bieżące wydatki czy jako akumulację na przyszłe wydatki. Teoretycznie może być to ujemne (kredyty, pożyczki), ale lewar polecam tylko w spółkach, natomiast samodzielnie lepiej żyć z nadwyżki niż z niedoboru.

Obecnie kapitał w tej postaci jest tani, a płynność wysoka. Nie ma sensu kopać się z koniem i trzymać jakichś olbrzymich zasobów walut, szczególnie w obliczu uciążliwych wymian pieniędzy w kolejnych krajach.

Dość ciekawym przykładem ujemnych oszczędności z dodatnim bilansem jest #roundcube z bloga IT21. Prowadzi budowlankę pod kreską, uzyskując jednorazowy zwrot z kapitału cudzego na poziomie 28%. Czy to dużo – zależy od nominału. Oczywiście zakładam, że #roundcube za roboczogodziny pobiera również pensję z przedsięwzięcia.

Warto zwrócić uwagę, że jest to zwrot prezentowany na górce w nieruchach i przy tanim kapitale. Najpewniej #roundcube zmieni branżę lub wybierze się na odpoczynek, gdy górka się załamie – nie będzie wtedy o co wojować na zdemolowanym rynku deweloperki. Trzeba będzie poczekać, aż państwa się otrząsną i znowu napompują swoje należymisie należnymi im pieniędzmi podatników, a te napompują ceny, wywindują koszta robót i wszystko wróci na górkę, a organizatorzy procederu z urlopów.


Kapitał ze zwrotów. Dosłownie – z tego co państwo zwróci, co się z niego wydusi w przeróżnej formie.

Kapitał z uników i optymalizacji.

Istotny jest tu nakład pracy i ryzyka. Czasem zrealizowane ryzyka można umarzać w dość radykalny sposób, aż po rozwiązania na pozór absurdalne.

Z rozwiązań łagodnych, to przygotowania do nierealizowania ryzyka. Na te tematy rozpisałem się w innych artykułach. Można nie istnieć, można nie mieć dochodu, można mieć koszty, wiele można – trzeba chcieć i robić to z sensem. Poświęcać temu godziny pracy.

Rezultat, po ujęciu godzin pracy poświęconych na uniki i kosztów poniesionych na przygotowania sieci proxy, zależy wyłącznie od skutecznego terroru fiskalnego państw. Im ten terror jest silniejszy, tym większą część zwrotu ze sprzedaży i pracy zapewniają księgowi, umniejszając nam ciężary.

Im większa firma, tym więcej godzin, aż po stan, w którym zatrudnienie specjalistów jest potrzebne do prowadzenia działalności. Oczywiście można prowadzić firmę, która w tak absurdalnym otoczeniu ma zysk wyłącznie z umniejszania ciężarów, aż do poziomów ujemnych. Jest wtedy znaczącą pozycją “dochód z aktywnego optymalizowania kosztów podatników w zyski własne”.

Takie manewry można przeprowadzać jednorazowo lub średnioterminowo.

Z praktyki wynika, że można zmieścić się pod radarem i nie dostać (zbyt mocno) w ucho od państwa przy jednorazowym wyskoku w granicach 50k zwrotu. No każdemu może się zdarzyć takie jednorazowe zagranie, najwyżej zdyskwalifikują na jakiś czas z prowadzenia działalności i zagra się innym proxy.

Średnioterminowo czas reakcji państwa na rabunki (z punktu widzenia państwa), z obrotu na poziomie 300-400k/msc i należności fiskalnej w granicach 1/4 – 1/5 sumy przy kosztach 80-90%, wynosi, zależnie od cyklu politycznego, od kwartału do trzech lat. Trzeba się dobrze wstrzelić w cykl polityczny, kiedy Kaczki z nieba lecą. Nie zapewnia to jakichś szczególnych dochodów w konkurencji z MiSiem. Jest to po prostu urozmaicenie kariery zawodowej i przy olbrzymim nakładzie roboczogodzin, przekraczającym zawsze 60h tygodniowo, zapewnia wynik w dyspozycji na poziomie 10k-12k, plus zasoby będące w dyspozycji przedsiębiorstwa. Nie są to jakieś szczególne frykasy przy tak wysokich ryzykach. Oczywiście dla kogoś, kto ma dochody na poziomie korposzczura, może się to wydawać interesujące i bajeczne, ale pozbawiam złudzeń – tax evasion enterprise nie jest żadnym wyjątkiem na tle innych przedsiębiorstw. Ma normalne, rynkowe stopy zwrotu, a jedynie ze względu na absurdalny fiskalizm państwa pozwala na koncentracje istotnych nominałów na takie zwroty. To normalna korporacja i użeranie się z własną biurwą, która użera się z biurwami państw. Jest to przykład rezultatu absurdalnego w socjalizmie – w normalnym ustroju takie przedsięwzięcia (spółdzielnie podłączające się do państwowego systemu rurek) nie mają prawa bytu, bo normalne państwo nie ma tylu rurek do upilnowania.

Można też na niskim pułapie delikatnie podbierać ze wspólnego kotła rentę czy chorobowe, zawsze wystarczy to na opłacenie jakiegoś minimum bytowego.

Rozwiązaniem absurdalnym z pozoru, jakiego nie rozumie w swojej naiwności teoretyka #Loogin z bloga IT21, jest doprowadzenie do sytuacji kryzysowej przez przedsiębiorcę, poprzez dopuszczenie się jakiegoś mniej lub bardziej umyślnego występku. Z pozoru kretyńska koncepcja do the crime – do the sentence. Ale nie w obecnych systemach “prawnych”.

Po pierwsze dlatego, że pewne sprawy procedowane są prosto, a inne są skomplikowane i ciągną się latami.

Po drugie dlatego, że dopuszczając się prostego w oskarżeniu czynu i pakując się do aresztu (zagrożenie długą karą w teorii), natychmiastowo tracimy rzeczywistą kontrolę nad przedmiotami, za jakie odpowiadamy formalnie (na przykład księgowość, dokumentacja). Wtedy mogą wydarzyć się przeróżne, niezależne oczywiście od aresztowanego, zdarzenia z tymi przedmiotami, pozbawionymi przemocą państwa naszej pieczy.

Po trzecie dlatego, że dla porządku stosuje się zbieg spraw i kary łączne, a do niektórych spraw badania lekarskie są zasadne i nie budzą wątpliwości. W przypadku postępowania karnoskarbowego powoływanie się na chwilową niedyspozycję emocjonalną przez lata jest bezskuteczne, a jak się kogoś skrzywdzi, to przecież i normalnego człowieka mogą ponieść emocje. Przecież świat nie może być pełen zimnokrwistych przedsiębiorców, którzy kalkulują robienie ludziom krzywdy w ramach prowadzonej działalności o charakterze rzemiosła. Nie może?

A do tego część postępowań się umorzy z najróżniejszych powodów. Jak można kogoś wsadzić za czyn zagrożony wysoką karą, to się całą drobnicę karnoskarbową umarza (bo jest zbyt skomplikowana do właściwego procedowania w przypadku aresztowanego, a kara i tak nie przekraczałaby tej za czyn główny).

Po czwarte, w toku odwołań, na samym końcu, biorąc pod rozwagę wszelkie aspekty sprawy i już wykonaną część kary, w poczet której zalicza się areszt, to po zakończonym postępowaniu spokojnie można człowieka wypuścić, albo trzymać w jakimś pozorze niewoli, wypuszczając na weekend. O ile w ogóle dla tak nieistotnego skazańca znajdzie się miejsce do odbycia kary. Socjalizm ma swoje braki i są one dość poważne.

Po piąte, nie w każdym kraju jest tak spokojnie jak w Polsce. W wielu krajach stosowanie przemocy o byle co jest normalne i konfrontować się trzeba z nacjami, które słyną z szerokich rodzin gotowych walczyć frontem. Ale to tylko taka fama, bo gdy dochodzi do realnego zastosowania przemocy, to wszyscy zaczynają kalkulować i bezkompromisowość białego homoSapiens jest ważąca w takim rozrachunku.

Jak zwykle rozbiegają się tu wyobrażenia teoretyków z doświadczeniami praktyków.


Kapitał w sprzedaży – bardzo trudny do wyceny, ale jak kupuje się sprzedawcę z portfelem klientów, to jednak jakaś cena jest ustalana od udziału w rynku.

Zwrot z tego kapitału należy rozróżniać od zwrotu z pracy, jaką jest wytworzenie depozytów. Jest to istotne, ponieważ w przypadku długoterminowych umów z klientami zwrot ze sprzedaży jest znikomy, natomiast przy pojedynczych zleceniach “na wczoraj” znakomicie przekracza on zwrot z nakładu pracy niezbędnej do wytworzenia depozytu.

W praktyce – to wszystko, co uzyskujecie ze sprzedaży towarów i usług klientowi po umniejszeniu swojej wewnętrznej ceny transakcyjnej “za pracę”. Pozornie jest to wartość wirtualna, jednakże pozwala ona ocenić rentowność zleceń, z punktu widzenia zaangażowania w nie czasu nieprodukcyjnego. Jeśli tego czasu jest dużo i mimo to zyski ze sprzedaży dalej są ważące, to należy rozważyć rozwarstwienie firmy – albo skupiamy się na sprzedaży i zlecamy produkcję koledze MiSiowi, albo zajmujemy się produkcją i wynajmujemy sprzedawcę – agenta na prowizji. Wszystkie sroki za ogon bardzo ciężko się trzyma.

Ponieważ mamy górkę na nieruchach, to kwoty, jakie zaczęły chodzić w segmencie usług dla ludności, spowodowały, że latem podjąłem kilka zleceń, gdzie klient był gotowy zapłacić stawki przemysłowe plus zysk ze sprzedaży (z potencjalnym użeraniem się w przyszłości z klientem indywidualnym). Te oderwane od rzeczywistości kwoty zapisuję jako kilkurazowy pik ze sprzedaży, ale nie mieszam ich z wynikiem z traktorowania. To są dwie zupełnie oddzielne kwestie.

Ten wynik zawsze jest niepewny, bo nigdy nie wiadomo, co jeszcze klientowi się uwidzi. Dlatego kwota, jaka jest ze sprzedaży, może zostać zredukowana po jakimś czasie koniecznością nieodpłatnej usługi naprawy bądź wymiany czegoś u klienta – dlatego kasujemy dużo, aby w przyszłości nie było z tym problemu.

Można całe przedsięwzięcie oprzeć głównie na tym segmencie i znaleźć wykonawców pozostałych elementów, niezbędnych do funkcjonowania. Takie firmy prowadzą handlowcy – nabywają depozyty towarowe tak tanio, jak się da, sprzedając je tak drogo, jak się da, bez jakiegokolwiek wytwarzania. Jest to pierwotna akumulacja kapitału, bywa efektywna przy wygłodzonym rynku.

Z wiekiem dochody z przedsiębiorstwa coraz bardziej zależą od sprzedaży, gdy pracę powierza się współpracownikom, pracownikom, podwykonawcom. Dysponując coraz mniejszą mocą swobodną konieczne staje się pasożytowanie w coraz bierniejszy sposób.


Kapitał w instrumentach finansowych i zwroty z niego.

Tutaj efektywność jest o rząd wielkości słabsza niż w MiSiu, ale nie ma ograniczenia na rozmiar nominału. Jednak jeśli macie zbędny milion i chcecie zająć się tradingiem, to wybierzcie się na płatne wizyty u IT21.

Nie polecam jednak uleganiu złudzeniu, że jest to click money. Trzeba się nad tymi zwrotami bardzo dużo napracować i ryzyka są olbrzymie, a przy tym emocje roznoszą ludzi psychicznie na strzępy.


Podsumowując zwracam uwagę, że warto zacząć od dochodów z pracy, uzupełniać je z wiekiem o dochody z narzędzi. W tym samym czasie warto budować sobie w socjalizmie zdolność do pasożytowania na rencie, a w razie nadarzającej się okazji – wyjmować zwroty i handel. Docelowo miło by było przekazać firmę kolejnemu pokoleniu, ale tak to już bywa, że potomstwo będzie miało inne plany niż wapniaki i trzeba będzie sobie w spokoju wrócić do przydomowego garażu, coraz częściej drzemiąc w warsztacie nad narzędziami, wybudzając się, gdy kolejne pokolenie wpadnie z okrzykiem “dziadku, zepsuło się, napraw!”.