Szacowanie do stanu praktycznego

Cegła. Miałem to podzielić na trzy teksty, ale… może w całości będzie lepsze.

Praktyka szacowania następstw procesów przemysłowych zakłada, że nigdy nie wolno przerwać procesu (pracownik żre czy robi, czy nie robi, więc lepiej jak robi, a towar niech będzie w nadwyżce i czeka, bo jak leży, to jeść nie woła). W konsekwencji przestrzenie ryzyka są szacowane górą (nad wykresem) co oznacza, że zawsze zostają przeszacowane (albo ktoś traci stołek), a w rezultacie po kątach zaczynają walać się nadwyżki, które ze względu na postępujące modyfikacje w kolejnych cyklach produktów nie nadają się do ponownego wykorzystania bez odrobiny inwencji wpadając w pętle rekuperacji.

Rentowność produkcji papieru toaletowego (i innych produktów pierwszej potrzeby) względem kapitału po uwzględnieniu rzeczywistości całościowo (razem z biurwą) daje zwrot na poziomie 6-7%. Z prostego faktu to wynika, że są tam dwa procesy po około 1,033 (3.3%^2) i gdzieś w tych widełkach między szóstką a siódemką powinno nam to wyjść.

Procesy można modyfikować innowacją 1,006 oraz dociążać wszystkim co znacie z teorii ekonomicznych (wyłączność, ekskluzywność, monopol, użyteczność, alternatywność, substytucja – przymiotników bez liku). Im mniej zaawansowany produkt (jeden proces – sad z jabłkami) tym większa presja konkurencyjna, większa presja następstw przetwórczych i tym gorsza cena (czyli z 1,033 lecimy mocno w dół), a przy produktach przetworzonych kilkoma procesami wyniki są o wiele lepsze niż potęgowanie 1,033, ale… nie zawsze.

Na przykład branża zbrojeniowa na poważnym poziomie (myśliwce, okręty podwodne, obrona przeciwlotnicza) jest tylko nieco bardziej opłacalna od produkcji szarego papieru do d, najwyżej dwukrotnie bardziej opłacalna. Oczywiście jest pod to podpiętych wiele kurków i wiele kotów spija tam śmietanę, ale rezultat względem wdrażanego kapitału jest lichy (w porównaniu z branżą produkującą szpiegofony czy tablety), więc wielu specjalistów po drodze też się wyżywi i źle im się nie żyje, ale sam rezultat w oczy kłuje. Kłuje ponieważ sprzedaż broni jest wpływem politycznym, bezpośrednią ekspresją władztwa, więc przejęcie rynku oznacza dominację w każdym innym sektorze (w tym najopłacalniejszym obecnie – farmacja). Oznacza to że sprzedaż uzbrojenia na poważnym poziomie wymaga rozepchnięcia się łokciami (czyli tym uzbrojeniem), co oznacza konsumpcję na potrzeby przejęcia rynku i stałe utrzymywanie wszystkiego na baczność aby ten stan utrzymać. Dlatego produkcja zbrojeniowa dotuje inne sektory i jeśli wrócimy do systemu podatkowego (tekst na ten temat pisałem) – odrabianie pańszczyzny w zbrojeniówce albo okopie jest najsensowniejszym opodatkowaniem.

Tymczasem w farmacji odwrotnie – system jest zabezpieczony zbrojną przemocą rugującą konkurencję („prawa” patentowe) i zwroty są tam wielokrotnie wyższe gdyż rynek jest prewencyjnie czyszczony.

Jak więc szacować wyniki dla własnego przypadku, skoro przy pracy rzemieślniczej niżej podwajania nie schodzimy, a w procesach z udziałem kapitału liche 3,3% w długiej perspektywie i dużej skali nam wychodzi? I jeszcze jak to zrobić w sposób ilościowo ścisły, kiedy sami siebie możemy przekonać do wszelkiej bzdury, a naiwne małpety to nawet do pracy za darmo i kredytu we frankach.


Alternatywy są i działają.

Praxeologia obliczania skutków kapitałowych przedsięwzięć jest aparatem wynikłym z praktyki i dostosowywanym do rzeczywistości pętlą zwrotną rezultatów (działa/nie działa). Nie jest to jednak metoda jedyna.

Alternatywą jest podejście emocjonalne do naszych (lub cudzych) wyobrażeń o skutkach działań i można w ten sposób przeżyć (czego dowodem jest to, że żyjemy nie tylko my, ale i inne naczelne, a nawet głupsze małpy żyjące gromadnie) – gromady posługujące się emocjonalną decyzją guru mogą skutecznie przeżyć bez operowania takim aparatem logicznym z jakiego korzystamy w wyniku przemyśleń greckich filozofów i Newtona. Ten aparat nie jest absolutnie konieczny do przetrwania. Ale na razie nikt nie zbudował wahadłowca bez tego aparatu. Lokalna gwiazda dostarcza do planety tyle energii, że można sobie pozwalać na podejście emocjonalne i żyć.

Należy pamiętać, że większość ludzi kieruje się emocjami we wszystkich decyzjach – to podejście pierwotne i bezpieczne. To nie jest głupie.

Kolejną alternatywą jest poddanie się decyzji silniejszego. Tu zamiast guru mamy wodza, niekoniecznie musimy zgadzać się z jego zdaniem, ale gdybyśmy nie wykonali przydzielonych nam zadań, to dostaniemy bęcki. Brak wiary w takiego przywódcę wojskowego czy politycznego jest pozbawiony znaczenia, ponieważ tacy przywódcy kalkulują realizacje zadań kolektywem przy założeniu strat. Jest to metoda pierwotna i absolutnie skuteczna, pozwala nam prowadzić wojny – dlatego wielu ludzi próbuje tak prowadzić produkcję „to się chooopy weźmy i zróbmy”. Przy czym każdy z nas jest kompetentny mniej lub bardziej w zabijaniu, natomiast w budowie maszyn już niekoniecznie. To brak powszechności kompetencji jest problemem na jaki natykają się systemy kolektywne – nie każdego można posłać na przodek kopalni, bo się zawali.

Żadna z tych metod nie pozwala na trwałą ekspansję w strefę zimy, gdzie konieczne jest kalkulowanie. Kalkulowanie zapasów na czas gdy nie będziemy podejmować ich z przebogatego depozytu natury ze względu na pogodę. To kalkulacja kroku w stronę bieguna gdy stać nas na ryzyko, i kroku w stronę równika by ryzyko obniżyć. To ta metoda – kalkulacja i przypisanie pewnych abstrakcyjnych wartości jest podstawą koncepcji jaka zaistniała w różnych kulturach, a my nazywamy ją kapitalizmem. Akurat u nas to wyobrażenie łączyło się z pogłowiem bydła, ale odnosi się ono do liczbowego przedstawiania rezultatów działań na poziomie kognitywnym.

Jakkolwiek używamy mieszanki wszystkich tych metod (emocjonalnej, autorytarnej i kognitywnej), to zależnie od metody dominującej uzyskujemy konsumpcjonizm, kolektywizm, ekspansjonizm. Ekspansjonizm związany z kognitywnym kapitalizmem zapewnia na tyle duże straty w zmieniających się procesach, że musi zajmować nowe przestrzenie i nowe zasoby aby je przeżuć, strawić i wyss… spożytkować na dalszą ekspansję. Oznacza to, że jeśli chcemy katować się w jakiejś istotnej mierze kognitywnym kapitalizmem, będzie nas więcej, będziemy zajmować więcej miejsca, będziemy zużywać więcej zasobów. O ile się wyżywimy, miejsce jest, zasoby są. Bo jeśli nie to musimy rozszerzyć w organizacji kolektywny autorytaryzm, aby kosztem naszej biologii skonfrontować się z przeciwnościami. Możemy też położyć na wszystko lachę, kochać się, trzymając za ręce śpiewać kumbaja i korzystać z konsumpcjonizmu – tak długo jak jest co zeżreć i komuś jeszcze emocjonalnie chce się produkować.


Co to wszystko właściwie mówi nam o cenach. Szczególnie o tym czy lokomotywy staniały. Zapewne z samego faktu tego, iż lokomotywy staniały można wnioskować, że lokomotywy można kupić. W systemie kompensat wyjaśniałem w jaki sposób dokonuje się wymiany, i że pieniądze są ostatecznością, a waluta zwykłym świństwem. Liczy się towar i usługa tu, teraz, zaraz – teraz się wymieniamy i teraz daj to czego nam trzeba, a my damy Tobie czego pragniesz, w granicach tego co jest.

To chyba podstawowy problem każdego początkującego przedsiębiorcy – za ile sprzedać swoją pracę?

Na szczęście nie żyjemy w próżni (choć czasem nam się może zdarzyć trafić na pustynię rynkową i chwilę poszaleć zanim piranie się nie zlecą) i możemy odnieść nasze oczekiwania do rynku, do jakiejś ceny, za którą coś można dostać.

Każde COŚ możemy zmanipulować względem jakości i wkładu pracy. A to na ile możemy to zrobić wynika z dostępnych środków produkcji i naszych kompetencji. Przyjmijmy sobie jakąś jednostkę obliczeniową równą Jeden, opisuje ona abstrakcyjną, kompletnie urojoną wycenę produktów, które są niezbędne do podtrzymania biologicznej egzystencji osobnika. W warunkach optymalnych Jeden to około dwie godziny żerowania tygodniowo, co pozwala homo sapiensowi przeżyć. To aż tak mało. Zwiększenie tego wysiłku pięciokrotnie pozwala przeżyć w chatach/szałasach, coś na grzbiet założyć, żeby się wyróżniać i dożyć jako tako 21-30 lat (ludzie w naturze nie żyją dłużej z braku zębów).

Terenów, gdzie można tak sobie żyć (Pan Wojciech Cejrowski odwiedzał takie ludy co tak żyją), jest niewiele, są one dość przepastne, ale tam tyle dóbr, które pragniemy, że ubywa ich regularnie. Nasze realia wymagają, aby do podtrzymania funkcji biologicznych mieć ten minimalny szałas (w bloku), ciepłą wodę w kranie i żer. Teoretycznie tyle wykroimy sobie w ciągu 10h pracy tygodniowo (co daje nam jednostkę obliczeniową równą 5), ale jeszcze na utrzymanie weźmiemy sobie z takimi samymi oczekiwaniami: dziecko, kobitę i psa, co daje nam wydatki na poziomie 20. I czasem chcemy mieć wolne, czasem na wakacje wyjechać, czasem do lekarza pójść, o zęby dbać (żeby 30tkę przekroczyć), jakiś samochód by się przydał. A to wszystko oznacza, że musimy utrzymać kolejnych ludzi z ich potrzebami. Jak jeszcze chcemy policjanta, sędziego, polityka, FoxDojcza, opiekę socjalną etc to wychodzi nam, że potrzebujemy około 100 jednostek, z czego 60 najmniej od razu trafia do wymienionych, a jeszcze z pozostałych 40 trzeba koszty stałe opłacić i pada pytanie „jak żyć”?
Żyć się oczywiście da. Natomiast wiemy, że są ludzie co mają dochód dysponowany 10 krotnie wyższy niż my, no i trzeba się zastanowić czy pracują 400h tygodniowo. Oczywiście emocje się w nas budzą, że trzeba by jakoś autorytarnie kazać im oddać co nakradli. Bo przecież zarobić nie sposób – czy na pewno?

Mamy jednostkę, płacą nam 100, zarabiamy 40, dysponujemy 10-20.

Z tej podstawowej zależności biorą się ceny.


Podam kilka przykładów, oznaczę je wielkimi literami, przydadzą nam się do budowy choinki.

A. Produkt bazowy (sam rośnie) to najczęściej żywność (czasem drewno). Zboże daje obecnie przeciętne plony x40- x200 w stosunku do tego co siejemy, przy czym paliwa, smary i traktory nie rosną na polu. Gdyby nie intensywne rolnictwo modyfikowane przez setki lat doborem rośliny to plony mielibyśmy w skalach x2- x6 i zależałoby to głównie od liczby okresów wegetacyjnych (x6 dawał Egipt w czasach okupacji rzymskiej).
Wadą tego typu gospodarowania jest to, że każdy może i kompetencje nie są szczególne, więc rezultat jest bardzo licho wymieniany (dlatego jest produktem bazowym).
http://www.arimr.gov.pl/pomoc-krajowa/srednia-powierzchnia-gospodarstwa.html

Średnio rodzina gospodarska może z tych średnich 10ha wydłubać jakieś 50 ton produktów (do 100 przy ekstremalnej intensywności). Średnio z psem mamy po 3 nogi. Których wartość rynkowa oscyluje w granicach 650 naszych jednostek, z czego około 400 zeżrą koszty. Nie będę tu rozpisywał problemów wynikłych z małego areału, tego że można co innego uprawiać etc – to są fakty, piszę tylko jak jest. Oznacza to, że z samego gospodarowania wychodziłoby coś koło tego ile wynosi minimalna pensja. Dlatego rolnicy mają dopłaty, przywileje, krusy, paliwo. Ludzie nie bez powodu wiali ze wsi w XIX wieku – ta praca jest ekonomicznie bez sensu.

W tym miejscu robimy cięcie – chodziło mi tylko o produkt bazowy, oczywiście że są jeszcze produkty poboczne, krówka, świnka, warsztacik, króliki, ogród, bimberek, las. W ten sposób cały ekonomiczny dochód rolnika i ulgi oraz dopłaty są w praktyce dochodem dysponowanym i rolnik nie ucieka nam z pola. Nawet ma w kieszeni nieco więcej niż średnio z psem miastowy. To samo co rolnika tyczy się produkcji lasu czy wydobycia węgla – na samym dole to ciężko o chętnych do roboty (znam górników co robią „na czarno” w KGHM, pewnie nie wierzycie, że można na czarno za 3tysie do ręki pracować w kopalni w Polsce? no to silną macie niewiarę, a spółeczki działają).

B. Bazowy produkt przetworzony, mąka/chleb, deski/paleta, materiały budowlane. Średnia cena rynkowa/detaliczna kilograma chleba w Polsce to 3.74pln, a cena tony pszenicy na ten chleb to około 650pln (oczywiście z tony pszenicy wychodzi „nieco więcej” dwa razy chleba). Uprośćmy do detalicznej tony chleba 3740 pln z 325 pln plus ulepszacze (jakieś 40pln). Widzicie tutaj cenę za produkt o strukturze skonsolidowanej: rolnik > transport > młyn > transport > piekarnia/sprzedaż. Piekarnia najczęściej jest punktem sprzedaży, a cena transportu lokalnego powoduje rozrzut cen średnich do 5pln. Mamy tu 5 procesów, przy czym niektóre są masowe, a detaliczne są skonsolidowane, aby uniknąć kosztów transportów (polecam TQM). W rezultacie koszt tych procesów powinien dawać nam cenę chleba na poziomie ledwo ponad cenę pszenicy (w granicach +18%), tymczasem jest ona 10 krotnie wyższa.

Po pierwsze straty w całym procesie są ponad 50% (coś z 55% najmniej) z samego faktu magazynowania i przenoszenia. Do tego jest to produkt żywnościowy narażony na ryzyka (wilgoć, myszy, PSL), a na końcu, po ostatnim procesie ma bardzo krótki termin przydatności. Dlatego ze względu na ryzyka doliczą się 50% straty w procesach i 50% stratę w sprzedaży. Co łącznie daje nam do pokrycia stratę na poziomie prawie 90% (89%). I dlatego cena chleba od ceny pszenicy różni się dziesięciokrotnie, a marża jest tam detalem. To że piekarze zarabiają wynika z faktu, że potrafią skonsolidować cały proces i obniżyć straty. To jest główne zajęcie zarówno w przemyśle drzewnym jak i żywnościowym – cięcie strat. Z tego wynika więcej zarobku niż z marży na towarze. Dlatego piekarze mogą być ludźmi szczodrymi i rozdawać chleb potrzebującym jeśli ich biurwa nie drażni podatkami. Po prostu mogą go dać „ze strat”. Dlatego sprzedają taniej chleb „wczorajszy”, dlatego przedwczorajszy mielą na „bułkę tartą”, dlatego tworzą wyroby „premium” z ziarnami i cudami, bo zysk w tym biznesie nie wynika z podstawowego produktu w podstawowym łańcuchu.

A jeść trzeba.


Tak! 50% straty

W handlu żywnością na magazynie i na sprzedaży detalicznej zawsze naliczasz 50% towaru na stratę, jeśli masz dyskont i sprzedaż detaliczną to oczywiście jest to problem dostawców, ale liczysz, że tylko 1/4 dostarczonego towaru się sprzeda w terminie.

Oczywiście żadna biurwa co nie prowadzi procesów tego nie pojmie, bo przecież „niech ktoś coś z tym zrobi”, ale się z tym nic nie zrobi. Dlatego sklepiki cienko przędą, a wielkopowierzchniowce muszą bankrutować. Jedyny racjonalny sposób prowadzenia takiej działalności to w spółdzielni producenckiej z dzieloną stratą w ramach spółdzielni/grupy kapitałowej. Dlatego albo wrócimy do komuszego „Społem”, albo zostaniemy przy takim samym „von Lidl” i „Tesco” – inaczej te struktury nie mają prawa działać w systemie podatkowym gospodarki przemysłowej przy obciążeniach właściwych dla zbrojeniówki.


C. Usługa pierwotna. Są to wszystkie usługi podstawowe „ja z plecakiem”, względnie „ja z lokalem”, gdzie nie oczekujemy zwrotu z kapitału (narzędzi, lokalu), a koszt materiałów eksploatacyjnych jest w cenie usługi marginalny, lub ponoszony przez klienta oddzielnie od usługi (rurka jest pana – ja tu tylko podłączam wodę). Wycena tej usługi zależy od popytu i odwrotnie od popytu względem podaży (na raz), rzadkości kompetencji i „Mamy jednostkę, płacą nam 100, zarabiamy 40m dysponujemy 10-20”.

Witamy w szarej strefie – po co ze 100 zostawiać sobie 40? No pierwsze przytomne pytanie. Chcemy więc zostawić sobie 100 i mieć w dyspozycji 70 jako zwrot za ryzyko i kapitał (jak się państwu nie podoba to niech nas zatrudni w czebolu – czekamy, a byle czego nie jemy, za to na potęgę kra… prywatyzujemy).

Tu jest zarówno fryzjer, jak i koder, spawacz, murarz, hydraulik, papuga, łapiduch. Tu jest cała gospodarka oparta na usługach. Właściwie to tutaj jest wycena pensji brutto. To stąd płynie informacja ile kto musi zarabiać, żeby mu się chciało chcieć. To ataki fiskalne na tę grupę powoduje poczucie drożyzny i marazmu oraz generują fuchy. To lobbując regulację, zaświadczenia i ubezpieczenia korpo próbuje wyrwać ten kawałek tortu dla siebie konkurując korporacjami zawodowymi. To tutaj ze względu na funkcję popytu realizowanego (cen zapłaconych) jak i popytu przesuniętego (wpiszę pana w kalendarz na przyszły rok), oraz popytu niezrealizowanego (nie mam czasu, obsługujemy tylko stałych klientów, proszę poszukać gdzie indziej), oraz na podaż (pełno takich się ogłasza) z funkcją jakości (Janusze zawodów) można bujać się pod i nad ceną rynkową (pomijam „dojścia” do kurków). To tutaj zmienność sprawia, że z własnej firmy raczej nie wraca się na etat. Przy pierwszej rosnącej koniunkturze, kiedy szczur na etacie dostaje 4% podwyżkę do 100 – podatki, Wy dyskutujecie o 150 do łapy. Gdy korposzczury odczuwają „wzrost gospodarczy” i dostają 110 – taxy, Wy dostajecie 200 do łapy. Gdy koniunktura się wali, bo Lehman Brothers się puściło – korposzczur dostaje 90-podatki i płacze, Wy nic nie dostajecie do łapy. Usługi to życie na pełnej petardzie.

Jeśli podniesiecie jakość i kompetencje, to na tej samej huśtawce dyskutujecie już nie o x1,5 – x2, a o x3-x5. Jeśli do tego oferujecie to wszystko razem z samodzielnym obejściem narzutu podatkowego (znaczy chowacie taxy w kieszeń, żeby się nie zmarnowało na 666+, ośmiorniczki i zegarki), wtedy od x5 zaczynacie na długoterminowych kontraktach z ryzykiem po stronie klienta. A przy nawet dość rozdmuchanych kosztach życia sprawia to, że Wasze zasoby od korposzczurów zaczyna dzielić przepaść. Tylko problem zmienności, gdy się wali koniunktura, też musicie przyjąć na klatę.

Przyjmując, że średnia „pensja” wynosi 100 jednostek brutto, a firma coś przecież na pracowniku zarabia (od x2 zaczynamy dyskusję, żeby na koszty i podatki dochodowe wyrobić oraz prawników), to wystawienie się jako koder „na fakturę” zacznie się od 200 jednostek ze względu na powszechność zawodu. Czyli jakieś dwie średnie najmniej. A doświadczenie podbija stawki o kolejne mnożniki.

D. Usługa złożona na materiale. Tak jak pierwotna zależy od podaży, popytu, kompetencji oraz koniunktury. Jednak ze względu na pokrycie ryzyka materiałowego, kapitałowego, parku maszynowego jest liczona jak chleb. Przy czym pomijamy produkty żywnościowe i sprzedaż detaliczną, więc nie mamy 90% straty tylko 50%. I 100% ryzyko. Dlatego obliczania są proste i najpierwotniejsze dla kapitalizmu. Cena materiału x2 przy stałym zamówieniu to minimum od jakiego w ogóle zaczynamy dyskusję w procesie przemysłowym. x3 zaspokaja nasze potrzeby, powyżej tego klient może mieć wymagania jakościowe, oraz grymasić. Koniunktura robi swoje. Niegrymaszący klient w szczycie koniunktury, ale wymagający jakościowo (rysunki) w obróbce mechanicznej jest liczony x5 za proces na sztuce (nie na produkcji masowej). To dość specjalistyczny rynek, na takim normalniejszym, gdzie nie trzeba się cisnąć z tolerancjami, wystarczy, że wszystko razem jakoś wygląda, mnożniki są x2, a x3 klient może nie znieść. To mniej więcej wycena metalowych płotów – bierzesz materiał +50% na spady, dublujesz cenę i tyle bez podatków od klienta zawołać trzeba – jakby była bardzo zła koniunktura, to trzeba się zastanowić czy w ogóle warto schodzić z ceny czy ze sceny. Za schody z metalu zaczynamy dyskusję od x3, o ile klient sobie je sam zawiezie i zamontuje. Bo na gotowo wychodzi x8, x10. Każdy proces dubluje cenę.

E. Transport. To problem logistyczny, straszliwa konkurencja, kupa papierów, jest to usługa prosta przy czym liczyć trzeba kilometry za ładunek (za i rozładunek też). Obecnie nie jest to problem prawa składu, więc najczęściej transport na jakieś lokalne odległości nie podwaja ceny. Ale droga z Chin na niektóre produkty i owszem. Gdyby nie była x2, a x2,5 dałoby się z nimi konkurować już jakoś lokalnie. Więc jak akurat wujo jest Admirałem i ma lotniskowiec, a chcecie produkować narzędzia w Polsce, to poproście żeby stanął na Malakce tak na rok i coś tam pozatapiał z kontenerowców.


Z tych wszystkich przykładów najważniejszy jest D połączony z 15% stratą na procesie (może byś supresja do 2% w szczególnych przypadkach), 50% stratą na żywności, 50% stratą na detalicznej żywności oraz tym, że pracownik żre nawet jak nie zarabiacie.

Właściwie pozostałe działalności są podczepione pod D w różny sposób (A wyjaśnia skąd się biorą dobra, B dlaczego jedzenie kosztuje, C kto nam utrzyma fabrykę w ruchu, E jak dowieźć towary). D jest podstawowym modułem montażowym z jakiego składa się choinkę (piramidę produkcji, ale jak składa się firmy w proces to wygląda to jak choinka).

Przyjrzyjmy się więc firmie typu D w różnych konfiguracjach ryzyk i otoczenia. Ustawiamy firmę w porcie z wyjściem na ocean, w ciepłym kraju (nie ogrzewamy hali), suchym (nic nam nie rdzewieje, taki suchy nadmorski ^^) i olewamy podatki. Jesteśmy sami, więc zatrudniamy 4 ludzi, biurwy brak.

Ludziom o średnich kompetencjach płacimy po 40 – bo nie ma biurwy, a im i tak tyle by starczyło, oraz mamy jednego za 100 co nam naprawia różne graty jako mikrofirma. Sami też żremy za 100. Mamy 360 na personel. Wartość maszyn na 5 osób to w sumie jakieś 100k jednostek, z czego musimy amortyzować jakieś 2k miesięcznie. Firma podtrzymuje się przy 2360jednostkach przychodu.  W tym czasie możemy przeprowadzić 10 procesów przemysłowych, powiedzmy pięć cykli podwójnych. Z każdego materiału wartości aby wyprodukować 100 sztuk produktu o wartości 100 jednostek potrzebujemy 133 produktów rezultatu (straty z 2 procesów pociąć-skleić), co przy prostych procesach gdzie dublujemy wartość (produkcja structural steel) wymaga od nas wsadu (materiał i energia) na poziomie 67 dając 33 zysku. Co oznacza, że musimy wykonać 72 takie operacje aby zarobić na firmę taką jaka jest. W pięć osób, w 18 dni roboczych (ludzie czasem chorują, czasem mają kaca to tak trzeba liczyć, pomińmy branże gdzie ludzie zapadają na patologię ciąży) w miesiącu. To daje nam cztery jednostki produkcji dziennie. Przyznaję się bez bicia, że żeby tłuc taki wynik na structural steel w takim wydaniu to trzeba utrzymać naprawdę niezłe tempo i jakość pracy. Organizacja pracy powinna nam to ułatwić (czyli mądry szef) i doświadczeni pracownicy.

Jak widać z tego przemysłowego wyliczenia w przemyśle możemy mieć kompletnie w poważaniu koszt pracownika – zapłaćmy wszystkim całą stówkę – niech mają. Daje nam to podtrzymanie na 2700 jednostek, czyli musimy wytworzyć 82 produkty, co w porównaniu do 72 nie jest wielkim obciążeniem a każdemu daliśmy podwyżkę x2,5 (prócz serwisanta i siebie samego). A mamy zmotywowanych ludzi.

Oczywiście normalnie to x2,5 zjada biurwa, dlatego produkcja wychodzi do krain gdzie biurwy nie ma, a w krainach takich jak Polska zostaje tylko to co nie wymaga parku maszynowego wcinającego 2k jednostek co miesiąc.

Wróćmy do realiów, prod capacity takiej firemki to jest w tej skali około 10 jednostek dziennie. Około bo jak się płaci x2,5 to można pozasuwać. Jak już jesteśmy na x2,5 to jedźmy na x5 czyli różnica w zarobkach w identycznym przemyśle pomiędzy Szwecją a Polska (czyli już jesteśmy z wyliczeniami na planecie Ziemia). Mamy 3400 jednostek do podtrzymania firmy, musimy wyprodukować 103 żeby utrzymać firmę – czyli o 20% więcej niż w Polsce, ale zarabiamy x5 (olewamy podatki na razie). Możemy produkować 180. Czyli zanim dojdziemy do pełnego wykorzystania jednej zmiany stać nas już na zarobki i możemy podyskutować o podatkach.

Wracamy do podatków. To te 60 jednostek z pensji co nam żarło. W Polsce przyłóżmy tę miarę przy produkcji na poziomie 82 i wracamy do rezultatów z 72 produktów. W Szwecji doliczamy po 60 do wypłaty i musimy wyprodukować 114 sztuk przy zachowaniu zarobków x5. Jak widzicie gospodarka na tych samych maszynach dociążona podatkiem pogłównym 60 może płacić tu 40 na rękę (100-60), a tu 200 (260-60) przy 40% większej „produktywności”. 40% większa produktywność to kumulacja 1,006 przez 58 lat. To tyle gdzieś co od początku 2WW do końca kadencji Kwacha. Ta drobna różnica 58 lat rabunku to pięciokrotnie wyższe zarobki.

Rozumiecie czemu Brevik strzelał do lewaków? O zarobki idzie.

Jak widzicie – jakieś podatki da się płacić. O ile wszyscy pracują. Jeśli niektórzy się lenią – jest problem. W Szwecji powstał, bo z braku własnych importowano leni cudzych. Jak widzicie jakiś tam wysoki vat da się zapłacić, ale 60% dochodowego nie ma sensu – rzucać grabki i uciekać z kraju.

Wróćmy do produktu. 67 jednostek wartości produktu i energii daje nam 100 jednostek zysku (133 produkty ze stratami, ale 33 do kosza idzie). Gdyby spychać wszystko jak leci (bez kontroli jakości), to podwajalibyśmy wynik. Nie wiem czy zysk, ale na pewno wolumen sprzedaży. W praktyce jednak (jakaś kontrola jakości dwu procesowa) daje nam na procesie +50%.

Oczywiście zarobki inwestora wynikają z pełnego obłożenia czynnika produkcji, to znaczy, że jak przyciśnie, to pierwsza zmiana mogłaby zarobić w kraju uprzemysłowionym jeszcze za 66 sztuk produktu dając ponad 2tys jednostek czystego zysku, czyli skracając amortyzację maszyn do połowy, a co za tym idzie umożliwiając podwojenie produkcji po pełnym cyklu zużycia maszyn. Czyli w bardzo oszczędnej gospodarce pozwalałoby to podwajać (fabryka fabryk) co 5 lat (dlatego plany przemysłowe były pięcioletnie), a dołożenie drugiej zmiany (wydajność 50%) w takich warunkach jest właściwie bezproduktywne (zarobi na koszty) i wdrażane jedynie w warunkach kiedy rynek ciśnie.

Druga zmiana w przemyśle nic nie daje jeśli zżera resurs maszyn. No chyba że go nie zżera, wtedy skraca o połowę czas podwojenia kapitału wsadowego, ale przy zerowych lub nieważkich zwrotach.

Jak widzicie preferencja czasowa jest istotna w pierwszych biznesach. pozwala gwałtownie ekspandować park maszynowy. Czyli wytwarzać dodatkowe 1,033 w postaci budynków, jakichś prostych pomocy roboczych (stołów, regałów przemysłowych, podjazdów, mebli, palet).

Istotna jest też ekskluzywność kompetencji i produktu, choć ta zależy od wieku parku maszynowego (te dochodowe się dubluje aż do wysycenia rynku, a czasem poza wysycenie), i ta wpływa na marżę (tu mieliśmy 67 x2 z 50% stratą co jest raczej normalne), natomiast ekskluzywność kompetencji i produktywność wynika ze składania zdolności organizacyjnej 1,006.  Na tym potknęło się wiele firm przenoszących produkcję do krajów „taniej siły roboczej”, że tam w ramach organizacji jaką mieli nie miał kto pracować, mimo że tabliczki z kompetencjami tłumaczone były na identyczne z oczekiwaniami.

Jest też problem ekspansji obciążeń, na końcu pokażę co się dzieje przy agresywnej biurwie i reżimie wojennym (taki mamy obecnie – 75% podatki to reżim wydatków na czas wojny, nie wiem z kim ta wojna, ale mi się jakoś nie chce tyle płacić).

Przedstawiona proporcja podatkowa (pogłówne 60) w dwóch gospodarkach o spreadzie rozwojowym 60 lat bez okupacji nie przedstawia ani modelu Szwecji, ani Polski; bardziej zbliżone do rzeczywistości modele pokażę w dalszej części tekstu i wyjaśnię dlaczego się degenerują.


Chwila przerwy w czytaniu.


Grawitacja jest istotna – to że możemy podwajać produkcję co 3 lata nie znaczy, że kopalnia (model A połączony z obsługą D) to wytrzyma (złoże jest jakie jest, w odległością jaka jest, zarobki w A są o kant). Grawitacja jest podwójna ponieważ produkcja żywności czyli A + B + E właściwie się nie zmienia – wszyscy przytomni uciekają do przemysłu i pozostaje coś importować (czyli że gdzieś na planecie są jakieś ofermy co chcą coś tak nieopłacalnego jak żywność eksportować, zamiast się najeść i polenić, a od nas kupią produkt przemysłowy zamiast sobie samemu przemysł zorganizować).

Grawitacja też jest od granicy – istnieją inne ludy łase na nasze zasoby, trzeba się zbroić na nich zawczasu, a to kosztuje bardzo dużo produkcji przemysłowej, zapasów żywności i nadwyżki ludzi. Ponieważ inne przyczyny sprawiają, że wszystko to na raz przy rosnących wymogach technicznych coraz trudniej wytworzyć, a przy lichej demografii żołnierz wymaga coraz większej szansy przeżycia w konfrontacji to konflikt staje się nieopłacalny z punktu widzenia tradycyjnego zajmowania terenu, natomiast porównanie zarobków pomiędzy krajem który dostał bęcki, a takim jaki nie dostał wskazuje, że można tak się pozbyć konkurencji – dlatego Niemcy muszą zostać zniszczone!

Pozostaje nam zwodnicze neutrino C, niby można by na tym oprzeć gospodarkę (mrzonka gospodarki opartej na usługach), z tym że absolutnie wymaga ona istnienia B, to wzmaga istnienia A + E, E wzmaga istnienia D, a skoro jest D do którego idzie populacja z A to trzeba usprawnić A maszynami z D, w rezultacie D jest obciążane unowocześnianiem A, B i E, samo jeszcze musi się też jakoś rozwijać, a i C też jak widzi lepsze narzędzia to chce, a ma największą sfragmentowaną moc ekonomiczną na swobodzie. C na swobodzie to właśnie klasa średnia MiŚiów i kompletna fragmentacja gospodarki.

Tym się nie da zarządzać po ludzku – ten bałagan powoduje, że plany nie są 5 letnie, a zasuwanie na dwie zmiany bez podatków wcale nie podwaja parku maszynowego co dwa lata tylko powoduje dysypację na całą gospodarkę w tempie 25-30 lat i wtedy, co wymianę pokolenia, co 40 lat mamy te nędzne +28% przeciętnej wydajności.

Oczywiście Chińczycy to wiedzą i wprowadzili sobie plany 30 letnie – zdjęli podatki, zagonili ludzi na trzy zmiany i co tracąc populację z regionów wiejskich podwajali z prawie niczego produkcję przemysłową co półtora roku (prawo Moora?), aż zaczęło im to wszystko trzeszczeć – rolnictwo chce maszyn, ludzie rozrywek, MiŚie narzędzi, transport samochodów. Więc teraz mają przełożoną wajchę i produkują wszystko na rynek wewnętrzny (nam to wychodzi, że gospodarka Chin kuleje, ale oni po prostu przestali sprzedawać prawem Moora – robią dla siebie). Oczywiście taka gospodarka centralnie planowana ma wady, a jedyne co Chińczyków ratuje to 5tys lat doświadczenia w doborze kadr. Braki natomiast są w kompetencjach rolników zaganianych do przemysłu.

Dlatego właśnie zegarki robią Szwajcarzy – bo oni wcale nie wypasają fioletowych krów w przerwach pomiędzy cyklami produkcji.


Kolektywizm Skandynawów to samooszukiwanie pod presją środowiska. Każdy je, więc każdy musi pracować – wszystkie ręce na pokład zanim przyjdzie zima. To ich rozumienie sprawiedliwości. Nie to że każdy musi płacić podatki, tylko to że każdy musi coś robić, cokolwiek – i wtedy mu pomogą. W praktyce oznacza to, że jeśli w klasie jest głupek (upośledzony z objawami debilizmu), ale nie jest leniwy, po prostu taki się urodził (na północy rozród wsobny jest problemem, tam migracja jest problemem, ludzie jest niewielu i gęstość pod psem) i normalnie by nie przeleciał przez żaden egzamin, to grupa mniej więcej rówieśnicza ocenia czy oni by chcieli z nim pracować i na jakim stanowisku można go postawić przy widłach – albo przy widlaku. Nie że system ocenia – grupa ocenia – prawo się nie liczy. I oni za niego sfałszują egzamin i zapewnią mu formalne papiery, żeby on tym widlakiem załadowywał i rozładowywał – na tyle uznali, że jest ogarnięty. Czy żeby stał przy wiertarce, gwinciarce i machał wajchą w dół, w górę, w dół, w górę.

Oznacza to, że ich system oddolnie kolektywny wykorzystuje do granic absolutnie wszystkie zasoby ludzkie jakie da się wykorzystać, a jeśli ktoś się nie daje wykorzystać jest rugowany ze społeczeństwa. Wartością jest praca.

W ten sposób stworzyli przemysł, w ten sposób budowali swoje statki i ruszali na viking, w ten sposób Norwegowie zanim znaleźli ropę łowili ryby, a Duńczycy do dziś tak prowadzą handel. Ominęły ich wojny, a przede wszystkim zniszczenia wynikłe z tych wojen i jakoś się to toczyło. Ich gospodarki są oczywiście szczególne – przede wszystkim produkcja rolna A jest bezcelowa, za to jest zastąpiona produkcją drewna – też A. Czyli żywność muszą importować. Obecnie produkcja żywności (rolnictwo) to około 2% uprzemysłowionego społeczeństwa, a razem z przemysłem drzewnym i przetwórstwem tej żywności można sięgnąć 15-20% populacji (zależnie czy wpada tam sprzedaż detaliczna skonsolidowana z produkcją czy nie).
Kolektywizm w Skandynawii nie był socjalizmem, to było po prostu kopanie się z koniem w jedyny możliwy sposób bez zrzucania upośledzonych ze skał. W takim ustroju gdzie brakuje ludzi nie ma sensu też kara śmierci, ani kara więzienia, ani okaleczenia. To nie jest południe gdzie ludzie mnożą się jak króliki – deficyt tego cennego dobra powoduje, że się o nie dba i wyzyskuje jak tylko można. A żeby wyzyskać trzeba utrzymać ich przy życiu – to pozór socjalizmu. Pozór który wraz z rozwojem przemysłu, który wymaga coraz wyższych kompetencji spowodował import żywności, eksport maszyn rolnych (uprawa ziemi na północy jest bez sensu, więc rolnicy z ciepłych krain oczywiście płacili więcej niż tubylcy bo mieli czym płacić), a co za tym idzie emigrację ludności. Na północy dominuje przemysł nie dlatego że tak sobie chcieli kraj urządzić, tylko dlatego że tak im wyszło.

Północ ma dokładnie ten sam problem co Polska – graniczy z Rosją. Akurat przez morze więc zamiast budowy czołgów buduje się tam flotę. Różnica pomiędzy krajem agrarnym (Polska) a przemysłowym (Szwecja) jest taka, że Polacy mogą zapłacić daninę krwi i jakoś to będzie, a Szwedzi tylko daninę stali bo krwi u nich brak. Ponieważ są poważni i przytomni zrobili sobie „szwedzką linię” – czyli własną koncepcję odstraszania i ruszyli przemysł aby zbudować broń jądrową.

Co to znaczy w naszych liczbach…

Ludzik przeżyje nam za 40, możemy mu płacić 200 i jeszcze 60 wydać na jakieś tam państwo bez większej spiny. Ale nasze ceny żywności ze względu na import są dwukrotne. To oznacza, że efektywny dochód dysponowany przy takiej samej liczbie członków rodziny nie jest x5 tylko x2,5. Koszty życia w Skandynawii są wysokie (co za tym idzie koszty dostarczania wody, ciepłej wody, odprowadzania ścieków – to wszystko robią ludzie, te instalacje nic nie wytwarzają).

Dobre wysycenie techniką w MiŚiu to 20k jednostek (czyli około pięcioletnie zarobki przeciętniaka, czyli możliwa w horyzoncie czasowym akumulacja dóbr z gospodarki pierwotnej, jest to wartość praktyczna wynikła z empirii, więcej to przeinwestowania, mniej to pewne deficyty, jeśli wrócicie do tematyki jak budować MiŚia, to tam znajdziecie mniej więcej pięcioletni plan oszczędności przy zlewaniu podatków co pozwoli Wam zbudować sobie miejsce pracy). Te 20k jednostek to jest stanowisko pracy, warte jest ono „na gotowo” jakiś milion PLN – czyli nowiuśką ciężarówkę – tyle kosztuje stworzenie miejsca pracy kierowcy.

Szwedzi mieli już przez stulecia skonsolidowane drogi wodne (kanały, śluzy) czyli tani transport, dobrą linię brzegową, przedsiębiorstwa (małe, trochę średnich), przyzwoitą produkcję i eksport drewna.

„Mamy 3400 jednostek do podtrzymania firmy, musimy wyprodukować 103 sztuki żeby utrzymać firmę”

Ta produkcja pozwala zdublować fabryczkę w 5 lat, co pozwala sobie jakoś tam gospodarować. Jednak Szwedzi poczuli, że obok ZSRR to tak mieszkać strach. Ponieważ przemysł mają od 300 lat, bank centralny również, umieją kolektywnie pchać wszystkie ręce na pokład, to sobie skalkulowali, że potrzebują zupełnie niepotrzebnego przemysłu, żeby wytworzyć broń jądrową, środki przenoszenia i Rosjanom wytłumaczyć, że owszem mogą ich napadać – ale to będzie bardzo drogo kosztowało.

Zaraz dojdziemy do problemów na jakie natrafili i jakich nie przeskoczyli. A jakie Japonia też spotkała, przeskoczyła (bo ich tam 12 razy więcej) a i tak broni jądrowej nie ma.

Dokręcenie śruby na produkcji do granic wydolności maszyn pozwala dublować fabrykę co 3 lata o ile Pan Kapitalista uzna, że warto budować drugą i samemu sobie robić konkurencję. Oczywiście Pan Kapitalista nie jest idiotą, wie że na rynku po prostu nie ma ludzi z kompetencjami żeby sobie otwierać drugą fabrykę i produkować nie na 50% stracie, ale na wyższej. Bo po prostu na tym nie zarobi. Dlatego Pan Kapitalista nawet nie wrzuca drugiej zmiany na swoją fabrykę, bo po prostu nie ma kto tam pracować.

Pan Kapitalista jest więc problemem do rozwiązania, bo on nie chce budować fabryki, a Soviet groźny. Co więcej pracownicy Pana Kapitalisty też nie w ciemię bici – oni nie chcą sami sobie robić konkurencji. No ale stresor z sovieta jest. Uradzono, że nałoży się podatki na kapitał (CIT), a że Pan Kapitalista potrafi produkować nic, żeby nie płacić to sfinansuje się tym zakupy u Pana Kapitalisty, ale produktu w postaci nowych fabryk. Powstaje więc problem kto będzie pracował na drugą szychtę (czyli przyspieszy podwajanie fabryk do 2 lat w cyklu) i w tych nowych fabrykach.

Rozwiązaniem jest podatek dochodowy – podatek dochodowy rozmnaża ludzi niby bez kopulacji (choć mógłbym brzydko wyrazić się że rząd po prostu r… wszystkich w d…). Podatek dochodowy (taki od razu nie przymierzając 50%) powoduje, że trzeba wygonić kobiety z domu do pracy. Tak jakby rodzenie dzieci, opieka nad nimi i wychowanie to nie było dość roboty w domu, który trzeba ogarnąć i jeszcze osła co na to wszystko pracuje.

Z tego bierze się druga szychta i personel drugiej fabryki. Z tym że kobiety jak nie rodzą dość dzieci (a jak pracują, to nie rodzą), to trzeba spalić część zasobów na żłobki, szkoły, przedszkola i samotne matki (to takie nowe zwierzę niewystępujące w normalnych ustrojach w innej formie niż wdowa po bohaterze).

Kobiety stanowią drugą szychtę o połowie wydajności pierwszej i służą razem z nieracjonalną lokacją wywołaną CITem skróceniu podwojenia wydolności przemysłowej w dwa lata.

Z tym że zboże nie chce wcale rosnąć dwa razy szybciej, mąka mle się tak samo, drzewa szybciej nie rosną, chleb się szybciej nie piecze, a myszy i PSL żrą jak żarły.

Powstaje więc olbrzymia nierównowaga w alokacjach i problem demograficzny, oraz olbrzymi aparat centralny jakim jest opieka nad dziećmi i szkolnictwo z oczywiście skrzywioną alokacją „do przemysłu”. Powoli taka kraina zaczęła importować żywność i pracowników (przemysłowych głównie, najpierw z Grecji w latach 60-70) jakoś tam ratując doraźne braki.

Ale to wszystko podparte jest kultem „obronimy się”, bo soviet czyha. W Polsce racjonalne byłoby mnożenie się na potęgę i sypanie szańców na Putina. Tylko że nie mnożymy się na potęgę.

W Szwecji podatki w latach siedemdziesiątych przekroczyły 100%. Cały wysiłek narodu został kolektywnie skierowany na stworzenie przemysłu jądrowego. Nikt nie miał pojęcia ile przemysł jądrowy potrzebuje stali, węgla, wody, palet, zboża, myszy, gumy, smaru, ponieważ nikt nie kalkulował, iż ten przemysł wymaga nie fabryczek z podwójnym narzutem na produkcję (dwu procesowa obróbka – pociąć i skleić) gdzie w ramach koniunktury można klienta narazić na x2,5-x3 jak wytrzyma, tylko poważnej obróbki maszynowej (ceny produktów x5, gdyż poważna obróbka maszynowa bazuje na metalach ciężkich, na spiekach węglików i tam od x5 zaczynamy koszty) oraz czegoś, co w Japonii zaczęło Hitachi, a Szwedzi doszli do ściany (zbyt mała podstawa piramidy produkcyjnej). Hitachi jest producentem reaktorów jądrowych „wszystko robimy sami” w przeciwieństwie do szwedzkiego „połowę importujemy”. Otóż potrzebne są inne niż ścierne systemy obróbki metali ciężkich (jeszcze narzędzia ze spieków da się od biedy obrabiać szlifierkami, Niemce tak robią, Szwedzi też). Potrzebne są systemy elektroerozyjne. Witamy w mnożnikach cen x10, x15. Jeszcze o ile mówimy o płytkach do narzędzi skrawających do przemysłu to takie ceny za detale da się znieść, z braku wyboru się z tego korzysta (a nawet podejmowane są próby wytwarzania frezów przy użyciu elektroerozji drutem – w zeszłym roku 2016 pierwsze takie próby szwedzkie z laboratoriów zeszły, a omawiam temat przemysłu sprzed 50 lat). Przy czym pręta uranowego nie ma mowy aby obrabiać jakim szlifowaniem. Nie przetniecie pręta uranowego szlifierką kątową, ponieważ ze względu na gęstość materiału jak się wetniecie tarczą, to przeciążycie i spalicie szlifierkę. Trzeba je pokruszyć i połamać, albo ciąć elektroerozyjnie, a to oznacza bardzo drogie materiały, maszyny i powolny proces. Choć mało stratny – tak się robi zegarki w Szwajcarii.

Wracamy więc do naszej fabryczki fabryk – musi ona wytworzyć

„Dobre wysycenie techniką w MiŚiu to 20k jednostek (czyli około pięcioletnie zarobki przeciętniaka)”

narzędzie o wartości nie 20k jednostek na człowieczka, a na początek 200k, to oznacza, że proces zajmuje nam więcej niż wynosi amortyzacja fabryki.

Witamy w pułapce wysokiego dochodu (i średniego i jakiego tam chcecie). Aby dokonać przeskoczenia tego progu rentowności trzeba skonsolidować pracę 10 fabryk i coś im obiecać. Chyba emerytury. Albo życie wieczne.

Wiecie dlaczego tutaj nie zmawiamy się w dziesięciu aby otworzyć fabrykę? Przecież mamy do tego zasoby – razem otworzymy fabrykę jak ta lala. Albo czemu na IT21 nie zmawiamy się, żeby otworzyć oddział banku? Przecież dali byśmy radę. Ano dlatego że każdy z nas kalkuluje że lepiej być panem za 200+ jednostek na łapę fragmentu, niż zarabiać 100 z obietnicą kolejnej stówy w jakiej tam przyszłości.
Mnie korpo oferuje za bezdurno maszyny do takiej obróbki, tylko komu ja sprzedam takie produkty w takiej jakości za tyle? Nikt ode mnie części do myśliwców nie kupi, a do normalnych samolotów nie trzeba tej jakości. Dziękuję – mam wiertarkę, szlifierkę, spawarkę – w kieszeń sobie wsadźcie te cuda obróbki. Mnie dobrze jest jak jest. Mnie żadna innowacja stanu posiadania nie zwiększy, a tylko z kasy wyssie.

Jednak soviet straszy – Szwedzki próbowali. Zrobili sobie ten przemysł maszynowy, zrobili zapalniki do niuków, od Norwegów kupili ciężką wodę, nabudowali hydroelektrowni, naczyścili uranu, zaczęli produkować pluton, przemoderowali reaktory i… wyszło im, że w praktyce mogą wyprodukować dwie małe głowice rocznie. Potrzebowali 60 średnich, a ich czas do regeneracji wynosi około 5 lat. Czyli zbudowali przemysł jakieś 150 razy za mały do produkcji broni, taki akurat, żeby sobie prądu powytwarzać bardzo drogo. Tymczasem zadłużenie trzeba było spłacać a podnoszenie 100% podatków nawet na krzywej Laffera nie dało się umiejscowić. Zrobili krok w tył, pobudowali domów (ileż to cementu i żelaza było w kraju, gdzie nagle nie trzeba było budować zapór wodnych i reaktorów), zrobili sobie dobrobyt, zorganizowali sieci produkcji i dystrybucji mebelków, papieru, kartonu. Wszystkiego tego co nijak nie jest potrzebne do niuków, a czego brakowało. Pozabierali dzieci z domów dziecka do domów i zostali z jednym małym, takim tyci tyci problemem. Demografią.

Gdzieś im brakowało dwóch pokoleń. Mieli (dalej mają) przemysł, w którym hula wiatr, w którym nie ma kto pracować. A wielu wspięło się po drabinie i oni teraz „pracują” dziedzicznie jako urzędnicy – oni do brudnej roboty nie pójdą.

Pamiętacie te 33 sztuki straty w fabryczce? A o połowę więcej z drugiej zmiany? Tego się przy publicznej alokacji i braku wytwarzania firm, jakie by ludzie chcieli, a do jakich necessitas sovietem przymuszała, nie przetwarzało. To były straty w narzędziach, w sprzęcie, ale też wyrzucone, nieudane jakościowo produkty. Kiedy dano sobie spokój z tak wysoką kontrolą państwa (podjęto decyzję, że z niukami się nie uda, a nie ma co zamieniać kraju w obóz pracy), to wszystko było bogactwem do przetworzenia. Firmy zapełniły się prawie darmowymi maszynami o produktywności i poziomie automatyzacji, jakiego by sami przytomnie nie wytworzyli, ale że wszystko szło „dla swoich” po centa za dolara, to nasycono tym rodzimy rynek. I zaczęło się konkurowanie z Niemcami w obróbce maszynowej.

Z tym że system podatkowy był już obciążony zupełnie inaczej.

Nasza firma mająca 2k miesięcznie amortyzacji maszyn, plus 4 pracowników po 200, plus serwisanta za 200 plus szefa za 200 musiała odprowadzać 3200 jednostek podatku. Co do podtrzymania firmy wymaga 6400 jednostek. Mając 33 zysku ze sztuki i produktywność w granicach 180 wychodzi nam, że 194 jednostek nie wytworzymy. Więc albo podnosimy ceny (stajemy się niekonkurencyjni i wypadamy z rynku), albo tniemy po amortyzacji (przedłużamy żywotność maszyn). Cięcie wydatków na amortyzację o prawie 500 jednostek (czyli o 25%) wymaga, aby maszyny były utrzymane przy pełnej produktywności w ruchu około 6, a w praktyce 7 lat. To jest maksymalna długość cyklu koniunktury i horyzont zwrotu z inwestycji. Oznacza to, że kto nie wejdzie idealnie w początku cyklu ten przegrywa. Chyba że znajdzie pracowników na czarno.

Zatrudniano więc imigrantów na czarno, za nieco niższe stawki, nie amortyzowano maszyn jak trzeba, inwestorzy nie rzucali w taki kraj walutą i powoli, wraz ze starzeniem się społeczeństwa kolejne firmy przegrywały w gdzie o brakujące krzesło. To nie powodowało jednak wzrostu cen – to miejsce zastępował import. Powoli trzeba było w ten sposób pozbyć się wszystkiego, aż doszło do sprzedaży przemysłu samochodowego, części lotniczego, Niemcom na chwilę oddano stoczniowy. Mieszkając tu tak długo widzę jak ci ludzie biednieją. Kiedyś nie było tu żebraków pod każdym sklepem a Szwedzi nie grzebali w śmietnikach w poszukiwaniu butelek i puszek. Dziś grzebią.

I nikt nie wie jak z tego systemu podatkowego wyjść – bo rozmontować demografię było łatwo, a teraz robić nie ma komu. A ci co jeszcze robią są spakowani w kontenery i jak tylko zacznie wiać to wyjadą – już pierwsze takie powiewy były i migracja specjalistów była błyskawiczna. Firm też. I kontenerów ze sprzętem. Nie da się pracować w fabryce, której nie ma.


Chwila przerwy w czytaniu.


Z powyższego wywodu wynika nam, że firmy raczej łączą się w łańcuchy „macie coś ciekawego z czego my coś wyprodukujemy”, czasem w choinki „wy i wy macie coś ciekawego, to my to kupimy, przerobimy i sprzedamy dalej do połączenia w kolejnym procesie”, a bardzo rzadko rosną stałe piramidy „gospodarstwa z tego obszaru dostarczą nam zboża, w młynie naszej firmy to mlemy, w naszej piekarni chleb z tego robimy, nasz transport to wozi, karmimy tym pracowników i oni kopią z ziemi metal, który przerabiamy w hucie, gdzie pracownicy karmieni naszym chlebem wytwarzają stal, z której robimy działa i te działa kupuje od nas naczelnik państwa i wali nimi do ruskich”. Piramidy najczęściej zakładają jakieś opodatkowanie i jakiegoś naczelnika. Ale istnieją, ponieważ inaczej nie da się prowadzić wojny innej niż obronna partyzantka.

Takie krótkie łańcuchy można sobie samemu zorganizować. Dwa procesy „pociąć i skleić” podwajają wartość wsadu (ale za straty z tego płacicie), a na szczycie koniunktury możecie klienta obrabować na x2,5. Trójki klient i rynek zazwyczaj już nie wytrzymuje na tak prostym procesie.

Zaawansowana gospodarka ma takie nisze, gdzie wciąga specjalistyczne obróbki x5 i x10, ale to tylko dlatego, że z braku ludzi (z powodu deficytu) trzeba automatyzować. Gdyby nie głupie alokacje w przeszłości i głupie piramidy obecnie takie mnożniki w ogóle by się w gospodarce nie pojawiały. Oczywiście na szczycie koniunktury (tak jak teraz) firmy zajmujące się obróbką maszynową na najwyższym poziomie zarabiają krocie – to wielki cymes – lepszy od karuzel na vacie. Ale zasilany karuzelami na „innowacjach” to taki system ssawek. Do każdego dochodu, jeśli się on stabilizuje, podpinają się kolejne ssawki kosztów stałych. Dlatego biznes migruje, dlatego kapitał zmienia branże i wchodzi w te, które z powodu zastoju nie są dojone.

Czasem, gdy zastój jest zbyt dotkliwy rządy ruszają na ratunek (jak z innowacjami) i wtedy są tam „dotacje & ulgi” – czyli można się w majestacie nakraść.

Zwracam uwagę na porównanie zwrotów firmy pod produktywnością, ale bez biurwy

„jedźmy na x5 czyli różnica w zarobkach w identycznym przemyśle pomiędzy Szwecją a Polska (czyli już jesteśmy z wyliczeniami na planecie Ziemia). Mamy 3400 jednostek do podtrzymania firmy, musimy wyprodukować 103 żeby utrzymać firmę – czyli o 20% więcej niż w Polsce, ale zarabiamy x5 (olewamy podatki na razie). Możemy produkować 180. Czyli zanim dojdziemy do pełnego wykorzystania jednej zmiany stać nas już na zarobki”

i z biurwą:

„Nasza firma mająca 2k miesięcznie amortyzacji maszyn, plus 4 pracowników po 200, plus serwisanta za 200 plus szefa za 200 musiała odprowadzać 3200 jednostek podatku. Co do podtrzymania firmy wymaga 6400 jednostek. Mając 33 zysku ze sztuki i produktywność w granicach 180 wychodzi nam że 194 jednostek nie wytworzymy.”

3400 a 6400 decyduje o zdolności podtrzymania firmy. Nawet płacenie 5 krotnie mniej za pracę niczego tu nie ratuje. Po prostu płacenie podatków jest bez sensu. Co za tym idzie z firmy znikają pracownicy, a pojawiają się znikające firmy „konsultantów”, którzy robią dokładnie to samo co pracownicy, za tyle samo, tylko nie płacą podatków. A nie płacą ich dlatego, że ze względu na przekroczenie resursu maszyn i brak demografii po zagnaniu kobiet do pracy (wszak nie wszyscy są samozatrudnieni i ich kobiety mogą się byczyć) nie będzie żadnych wypłat z przyszłości – fabryki są kanibalizowane, a formalnego przenoszenia prawa własności po prostu nie ma, ponieważ formalnie ci ludzie nie mają dochodów, gdyż ukrywają przychód. Mogą sobie bogato żyć, ale formalnie nic nie mogą mieć.

Dochodzi w takim wypadku cały aparat obrotu i legalizacji majątku, tak pogmatwany, a jednocześnie tak konieczny, że powstała cała kasta ludzi zajmujących się rejestrowaniem spółek. O ile sto lat temu to była poważna usługa oferowana w kancelariach to teraz jest to banał zamawiany na kartę rowerową przez telefon.

Ta prawie dwukrotna różnica pomiędzy warunkami działania firmy na pełnym luzie – praca ubogaca, a na pełnej spinie – pracujemy na biurwę nie daje zbyt dużej przestrzeni aby rozpinać w nich ustroje. Sytuacja może być dramatyczniejsza, ponieważ są kraje oddalone od oceanów, bez własnej floty handlowej, bez portów. Transport lądowy podnosi ceny towarów o 30%, ale na miejscu zazwyczaj są jakieś zasoby energetyczne (bo jeśli i to trzeba tam sprowadzać to takie miejsce nazywamy zadupiem). To podnosi nam wsad z 66 na 76 – niby niewiele, ale powoduje, że już przy pełnym luzie na zarobki z poziomu 200 jednostek dla każdego trzeba zasuwać na 142 sztuki produkcji, luzu na kapitał jest więc 950 jednostek, a to powoduje, że albo koniunktura jest na maksa, albo zamykamy interes. Ponieważ przy 50% zapotrzebowaniu na nadwyżkę firma daje ROI w okolicach 20% (czyli po pięciu latach mamy odtworzoną fabrykę, którą zużyliśmy lub nie i 20% fabryki kolejnej) – a taki wynik jest po prostu o kant. Problem nie jest abstrakcyjny – z tym (i nie tylko z tym) stykają się przedsiębiorcy w Beczuanie. Ceny produktów przemysłowych tam na rynku zatrwożyłyby zaopatrującego się na bazarze środkowojuropejczyka. Jedyne co powoduje, że interesy tam wychodzą to brak zorganizowanej i przytomnej konkurencji, można tam sobie ruszać jak wilk między owce, ale ceny materiałów eksploatacyjnych dla przemysłu są szokująco wysokie. Ponieważ oni tam nie wiedzą jak te rzeczy wyprodukować.

A ja… wiem. I przy takich cenach to się nawet zastanawiam czy to nie miałoby sensu, aby im dogadzać. Wiecie jak prymitywnie można wyprodukować wielometalowe ostrze do piły? Tarczę ścierną (ściernicę)? Narzędzie skrawające? Przecież mają tam diamenty i piach, więc musi być szmergiel na takim obszarze.


Po drodze kilka razy wspominałem o mechanizmach regulujących wycenę produktu w innych produktach. Jest to $*demand/suply ==> $ds. Mamy ten produkt o wycenie 100 jednostek dający nam 33 zysku. W stabilnych warunkach $ds wynosi więc 100/100. Jednak jeśli z powodu starzenia się społeczeństwa z rynku znika 1% dawców towaru na rynek, to 100/99, czyli możemy puścić towar za 101. Z tym że rynek albo zaakceptuje obniżenie jakości (sprzedamy po 100 , ale klient bierze też coś z „odpadu” czyli produktów poniżej wymogów, albo buli 101 od sztuki, albo się szarogęsi i kupuje tylko tyle co chciał, 1 mu brakuje a płaci 100). Klient i rynek może poczekać, może mieć zapasy, może nie chcieć płacić. Demand jest niezaspokojony – co okres zakupu rośnie o 1. Klient chce nas przetrzymać i po roku ma $ds 178/100. Co powoduje, że rentowność biznesu może szarpnąć 3,6 raza. Najczęściej w takich warunkach doszłoby do załamania jakości i akceptacji substytutu. I tak się dzieje – Chińczyk wchodzi w taki interes, bo opłaca mu się dostarczać substytut badziewny razem z transportem i konkurować z produktem lokalnym i jakościowym. Już pal diabli jego tańszą siłę roboczą i tanie materiały jakie ma na miejscu bo to pożera transport, ale zaczyna on zajmować rynek. A prawo Kopernika działa – badziew wypiera lepszy towar, i ten lepszy produkują firmy same dla siebie do sprzedaży razem z usługą, a w markecie dla leminga jest chiński substytut. Więc z rentownością nie poszalejemy. Chyba że gospodarka się uprości i albo podrożeje Chińczykowi transport (jakimś lotniskowcem mu podrożeje), albo cłami, albo nam potanieją materiały. Z tym że Chińczyk kantuje – ktoś przecież lobbuje naszą biurwę, żeby się leniła i zamiast żyć za 3400 jednostek ciągnęła 6400? Bo przy 3400 to Kitajec z nami nie pokonkuruje, a biurwa swoje pogłówne dostanie i głodna nie będzie. Jakieś tam państwo minimum można mieć – Kitajce mają. Tak więc na naszym wymieraniu i zamykaniu fabryk $ds wygrywa obcy dostawca, konkurowanie więc nie ma za wiele sensu. I jeśli przyjrzycie się firmom ze Skandynawii to one tak za bardzo ze sobą nie konkurują, nawet na koniunkturze podsyłają sobie nawzajem klientów. Jakkolwiek palenie innym rynków i eksploatowanie im $ds ma sens. O ile upilnujemy rynek podpalony tak, aby ktoś nam tam na gapę nie wlazł – czyli mamy własne moce produkcyjne. Tak właśnie dojona jest kolonia polska.

Prześledźmy teraz wariant biznesu gdzie kapitałożerność miejsca pracy to nie jest „jedna ciężarówka = 1mPLN = 20k naszych jednostek” tylko jakiś poważniejszy sprzęt, czyli oprócz hali, dachu, montujemy zautomatyzowaną piłę, skomputeryzowaną tokarkę, frezarkę, wiertarkę, i trochę gratów wkoło (czyli to co tam za 20k jednostek), znaczy rozwijamy, dokapitalizowujemy naszego MiŚia. Wjeżdżamy za 200k jednostek w jednego ludzika plus mamy resztę firmy za pozostałe 100k jednostek, na początku ludziki obsłużą maszyny w kilku, ale nie czarujmy się – jak dobrze się zorganizuje i ustawi produkcję to wszystko co wymieniłem jako dostawkę obsługuje jeden człowiek na podłodze i jednym półdupkiem przy komputerze, a drugim na pomiarach. A w praktyce to jest jeden człowiek co zajmuje się tym wszystkim.

Mamy więc do zamortyzowania jakieś 6k jednostek, 5 ludzików 200 (na bogato, bo to drogie rzeczy), przy czym nie dzielimy po równo tylko ten mądrzejszy, co obsługuje droższy sprzęt, dostaje więcej kosztem reszty. Tak działa presja płacowa – zarobki spadają wraz ze wzrostem kompetencji i produktywności, co więcej tam jeden ludzik zostaje nam bardziej serwisantem, ale liczmy praktycznie – wraz z postępem liczba ludzi po prostu spada, więc i na podłodze mamy coraz więcej maszyn na ludzika, maszyn, których nie używamy non stop). Do zamortyzowania mamy więc 7k jednostek. Z tym że tylko co 10 firma ma możliwość skonsolidowania takiego kapitału i o ludzika też trudno. Więc $ds na tym naszym nowym produkcie będzie 100/10. No niby powinni nam płacić tysia za sztukę – wygląda bosko. Ale… zawsze jest jakieś ale. Wsadem jest droższy materiał (liczmy dwukrotnie droższy) za 125 i energii żre to wszystko też więcej, następnie mamy stratę w cięciu zautomatyzowanym, oraz w trzech kolejnych procesach zautomatyzowanych gdzie narzędzia są drogie. Co w rezultacie da nam (w postaci przestojów, zniszczonych narzędzi, błędów w produkcji) straty na poziomie 75%. Żeby więc wyprodukować jedną sztukę zużywamy 500 jednostek i sprzedajemy przy takim $ds za 1000. Po normalizacji wyników potrajając inwestycję w MiŚia, i robiąc deal z 33 zysku na 50 zysku ze znormalizowanej „sztuki”, zasuwamy na 140 sztuk miesięcznie, żeby zarobić na firmę o tak amortyzowanym sprzęcie. Czyli różnica jest taka jakbyśmy 3 razy mniejszym MiŚiem wylądowali w środku Afryki (tam 142 sztuki utrzymywały biznes w ruchu).

Jak widzicie to się nie skaluje. To nie jest żaden wielki interes. Oczywiście jak jest zmienność i koniunktura szarpnie nam ze zbytem do 180 sztuk, to jesteśmy od razu 2k do przodu. Z tym że w Afryce byliśmy prawie 1k do przodu bez inwestowania 3 krotnie większego siana. Bardziej zaawansowana technicznie firma zapewnia przewagę konkurencyjną, i owszem ma pewniejszy byt o ile jest zbyt, ale nie przekłada się to na dochody – dlatego downgrade jest przygotowywany w wielu gospodarkach (trochę zabrnęliśmy z technologiami – to nie koniec). Jeśli na taką firmę wsiądzie biurwa i tak jak nam robili z 3400 to 6400, a z 7k nam zrobią jakie 13-14k to można rzucać grabki, bo po prostu NIE DA SIĘ TYLE WYPRODUKOWAĆ, żeby zapłacić podatki. Wtedy Kaczor nakrzyczy na nas z trybuny, że my mało innowacyjni, my zrobimy optymalizacje płacąc zero i przeniesiemy się z downgradem gdzie indziej.

Ponieważ w tej zaawansowanej obróbce jest pewien myk – tylko jedna firma na 10 może (i ma to uzasadnienie ekonomiczne) skomasować kapitał do takiego skoku technologicznego (przeskoczyć nad pułapką dochodu 33 i wejść w 50). No chyba że interweniuje „państwo” i dotacjami unijnymi wysyci jedną firmę na osiem, albo i na siedem takim sprzętem. Wtedy mamy $ds 100/30 więc jesteśmy stratni na produkcji i wcale nie uruchamiamy tych maszyn. W rezultacie biurwa wymyśla „impuls” i robi demand zamówień publicznych (na jakieś pierdoły maszynowe, typu działa, czołgi dla Greków – Leosiów od Niemców kupili jakby chcieli Macedonię napaść), więc lądujemy na jakimś kompletnie abstrakcyjnym rynku 200/30 z podatkami na poziomie 14k. Rachunek ekonomiczny przestaje mieć wtedy jakikolwiek sens, bo cała gospodarka opiera się na chceniu, a żeby się chciało, to trzeba drukować, tym zajmują się szamani centralni i jesteśmy u #glupi na blogu, w formach działających na wynik + dotacja – podatek.

Jak widzicie niewiele trzeba aby praca traciła sens. Oczywiście inżynierowie też potrafią podkręcić demand – a robią takie produkty, co się szybko psują. Jak się psują waluty, to jest pikuś, bo to tylko obiecanki, jak zostaniemy z kupą niedziałającego złomu, to nie wiem czym wyprodukujemy coś co jeździ – chyba pilnikiem i brzeszczotem.

Myślę, że nie trzeba wyjaśniać jak działa bardziej zaawansowana firma, która ma takie maszyny, że zamawiającym jest wyłącznie Aerospace i inna biurwa, a $ds mamy 100/1, zaś koszt utrzymania biznesu 20k (każdy zarabia 400 – tu są sami specjaliści) i wyniki takie jak opisałem przy produkcji tankowca, a wsad w materiałach x10. Ale nie żałujmy sobie. Mamy materiał po 670, musimy wsadzić go ze względu na straty x 3,5, czyli 2345 wrzucamy na sześć procesów do bębna i uzyskujemy sztukę dającą nam 7655 zysku (po znormalizowaniu z 33 weszliśmy na 50, a z tego na 76). Firma musiałaby wytwarzać znormalizowane 264 jednostki żeby się utrzymać. Czyli zaczyna być rentowna, jeśli ma przewagę rozwojową 64 lat świętego spokoju (1,006^64 ca= 264/180). W ogóle rentowna. Jeśli doczepimy do tego biurwę, to możemy się przeżegnać nogą. Jeśli zaczniemy wrzucać do gospodarki kolejne takie jednostki produkcji w ramach „dotacji”, to możemy od razu pisać podanie o znajomego królika, bo konkurowanie na takim rynku jest bez sensu. Te odległości rozwojowe w latach oznaczają, że Polskę od możliwości wytwarzania elektrowni jądrowych własnymi środkami (czyli sami sobie wystrugamy, a nie kupimy jak murzyni paciorki za mirabelki i szczaw) dzieli nas jakieś 120 lat rozwoju przemysłu bez wojny. Ja się nie spodziewam tego dożyć, ale spodziewam się dożyć wojny. Zresztą demografia nam się wykręciła, więc niebawem schodzimy ze sceny i zwijamy flagę z mapą.

Uważam że dość dobitnie wyjaśniłem czemu downgrade technologiczny występuje od czasu do czasu, jak wyglądają rentowności i dlaczego parcie na innowacje jest bez sensu, więc robią to tylko postawieni pod ścianą. Jest chyba oczywistym, że zamiast wysyłać kosztownego specjalistę z kompetencjami i maszynami do produkcji wysyła się do dzikich krain kontener z towarem i sprzedaje po cenax3. To i tak ma większy sens ekonomiczny niż produkcja na miejscu. Póki ropa jest darmo, to tam w ogóle coś dociera, bez ropy geografia staje się większa, odległości niebotyczne, a handel wyłącznie lokalny.


W całym wywodzie pominąłem F – handel i jego poziomy. Internet zdławił ceny i ułatwił transport. Dlatego możemy sobie wiele rzeczy kupić kliknięciem, sklepy są zamykane, a „sprzedawcy” muzą zmieniać zawód. Co innego specjaliści od zakupów i obrotniacy jak #Mati. Zapewniają oni krwiobieg tam gdzie ciśnienie słabo dociera – na rynkach wtórnych, na maszynach po przebiegu amortyzacji. Tam gdzie zmienność jest wysoka, a nie ma hurtowych second handów, żeby porównywać rożne stopnie zużycia maszyn z ich wycenami. Są oczywiście różne firmy aukcyjne, ale w tym trzeba po prostu siedzieć, mieć dojścia i układy. F jest więc w bardzo różnych zmiennościach, jeśli prowadzicie sklep to cena zakupu x2 jest początkiem dyskusji, ale czy w konkurencji z internetem klient taką cenę wytrzyma? Jeśli kupujecie towar w setki sztuk to tak, tylko że nikt nie kupuje do hurtowni setek obrabiarek, obrabiarki sprzedają praktycznie bezpośrednio producenci, a dla drobnicy jest sprzęt używany. Producenci zapewniają też własny (drogi) serwis. Co jest przyczyną, dla której w przemyśle maszynowym dochodzi do konsolidacji w pionie (produkcja, finansowanie, dystrybucja, serwis) takiej jaką opisałem dla firm gospodarskich w downgrade technologiczny.

To w ogóle bardzo ciekawe zjawisko, że grupy kapitałowe zamiast organizować korpo-biznes cofają się do monarchii-gospodarstw z własnym finansowaniem, własnym transportem, produkcją, dystrybucją, serwisem i niebawem odbiorem używanych maszyn aby nie trafiły na rynek wtórny. Zapewne czeka nas rynek leasingów, po których nie wykupimy sprzętu tylko oddamy i dostaniemy nowy płacąc producentowi pańszczyznę – powoli już to tak zaczyna wyglądać. A zyski osiągają firmy, które wyrwały maszyny z tego obiegu i własnymi kompetencjami je serwisują.

I oczywiście tę 60 letnią przepaść między rozwiązaniami technicznymi i organizacyjnymi w różnych krajach mamy nadrobioną przez 80 letnich specjalistów z najbardziej rozwiniętych krajów. Są maszyny, którymi produkuje się cuda latające na zwiady ku innym planetom i takie, które badają dna oceanów. Człowiek przecież stworzył javę, a teraz gania fale po morzach.

Special RI Seminar: James Gosling : Self-sustaining ocean-going robots, others, and data collection

Tacy ludzie wyjaśniali mi krok po kroku jak działają maszyny, których używamy, ale jak oni to do kupy złożyli i uruchomili to mnie przerasta, a przecież nikt im tego nie dał w gotowcu – sami je wymyślili. I to jest problem, kiedy używamy technologii, której nie potrafimy odtworzyć. A do tego olbrzymią ilość mądrych ludzi zassały nam przemysły zupełnie wirtualne. James Gosling jest przykładem przepływu w drugą stronę – jest nadzieja.

 

Jeśli chcesz zwrócić uwagę na literówkę lub błąd techniczny, zapraszamy do formularza kontaktowego.

  • Medyk Helwecki

    Z farmacja to strasznie uprosciles. Koszty R&D staja się tak wysokie,ze nawet bogate korpo nie robią badan nad lekami innowacyjnymi. Bo koszty dla substancji ida w kilka miliardów USD a potem…coz…Ranbaxy i tak robi co chce…

    Dlatego od kilku lat nie prowadzi się badan prawie żadnych nad antybiotykami – zwrot z tego zbyt mizerny.

    Malo tego – firmy nawet w ramach produktów na rynku perspektywicznym jak otyłość, nadciśnienie czy cukrzyca kombinują aby nie ponosić ryzyka i ile razy mam wizytę tępa mamy nowy lek na nadciśnienie..ok co to za nowość? Ano jedna pigułka ? zawierajaca 3 substancje znane od przynajmniej 10 lat…ktore sobie stosujemy oddzielnie jak chcemy od lat…i bla bla bla jaka to nowość ( a kosztuje krocie)…

    Dziś tłuste koty chcą śmietankę a nie chcą ryzyka. Taniej jest skorumpowac kilkaset autorytetow niż prowadzić R&D i brać ryzyko na klatę jak to już np. Z lipobay była afera

    • 3r3

      Masz rację, ja opisuję produkcję środków już znanych, po co wymyślać co nowego?
      To zbędne ryzyko. Trzeba wysycić rynek tym co już znamy tak aby wszystko było tanie do utraty wartości.
      na tym polega zamożność – rowery są tak tanie że nikomu nie chce się ich kraść.

      • Medyk Helwecki

        No niekoniecznie. Znowu upraszczasz. Farmaceutyczna hydra jest bardziej przebiegla. Wiele firm ma wiecej pieniedzy na swoje R&D i inne cele , w tym korupcje biurw niz niektore duze Panstwa na ochrone zdrowia. Poruszyles bardzo dobry temat zarlocznosci hydry. O ile jeszcze mozna zrozumiec naklady na R&D – skoro ludzie chca bezpieczenstwa i badania wszystkiego to zawsze placi za wszystko klient koncowy. Wszystko dobrze, wydaliscie 4 miliardy na badania – dobrze, miejscie 15 lat ochrony, no dobrze. Tymczasem primo – nigdy nie wiadomo ile tak naprawde wydano na R&D a ile na korupcje lekarzy ( nie zwyklych tylko wierchuszek) i wrzucono to w fakturki, by sie biurwa odczepila… Hydrze farmaceutycznej jest malo i malo – i jak pisales z prozac to nalezy to uzupelnic. Nie na przykladzie lekow biologicznych, ktore sa drogie i nawet jak beda robione przez indyjskie Ranbaxy czy innych to beda max 1/3 tansze. No ok, zawsze to cos…

        Wezmy sobie pregabaline – pregabalina jako lek przeciwpadaczkowy stosowana jest w leczeniu lęku uogólnionego , czy w leczeniu roznych zespolow bolu przewleklego etc. Tania i prosta. Robi ja kilkanascie firm – Pregabalin Spirig, Mepha etc. Preparat oryginalny to Lyrica od Pfizera.

        Tak jak wspomniales firmy farmaceutyczne zalatwily sobie rejestracje lekow do konkretnych wskazan. Metody na uwalenie konkurencji tak z glowy sa dwie:
        1) finansowa – droga korupcji z biurwami z kas chorych robimy ze leczenie danego schorzenia jest refundowane wtedy i tylko wtedy, gdy leczymy je lekiem oryginalnym
        2) prawna – zalatwiamy sobie ze tylko leczenie produktem oryginalnym jest zgodne z ars medica. Zaden z lekarzy dzis sie nie podlozy zeby leczyc generykiem bo kiedy pacjent bedzie niezadowolony to go aparat represyjny zje.

        A co do badan to kazdy orze jak moze – Szwajcarskie firmy poprzez outsourceing testowaly leki na dzieciach w Afryce i nic sie nie stalo. Duzy moze wiecej.

        • 3r3

          Upraszczam bo musiałbym wyjaśniać cały mechanizm. Zajmuję się między innymi produkcją reaktorów dla produkcji farmaceutycznej. Cały ten syf jakim są „lekarze” i producenci leków wynika z działy jaką są zdolni płacić władzuchnie. To po prostu jedna ze ssawek jakie wymieniałem w którymś tekście.

          Nie mam nic przeciwko testowaniu leków na innych gatunkach, z tym że czarni to inny gatunek niż my i za dużo to na nich się nie da przetestować, bo mają inną morfologię i inny metabolizm niż my. Jak laborantowi z katolickiego kraju dla żartu dają próbkę krwi czarnego to się dziwi co tam za zwierzyniec widzi.

          • Medyk Helwecki

            o lekarzy to sie nie martw. Wymra bo coraz mniej jeleni i frajerow chcacych pracowac za stawki 2/3 kasjerki w warunkach mobbingu…

            Kazdy uklad termodynamiczny dazy do rownowagi – jakos sie nie sprawdza. Z medycyny dzis pieniadze ma tylko oligarchia i hochsztaplerzy. W medycynie zarabia sie pieniadze na leku i glupocie, na leczeniu zgodnym z wiedza i sztuka jest sie dziadem. A gdyby z medycyna bylo tak prosto jak myslisz i gdyby byly to tylko leki to mielibysmy dawno lekomaty – po co do tego ludzie? Zreszta byle skrypt napisany przez gimnazjaliste moze wskazac lepiej interakcje niz 99,99% lekarzy. To nie o to tu chodzi.

            Dzis pieniadze w medycynie robi sie coraz ciezej – a przyzczny jest biurwa i dobro powszechnosci ubezpieczen i leczenia kazdego. W okresie dwudziestolecia miedzywojennego moj prapradziadek potrzebowal lekarza do swojej zony- ow doktor przejezdzal obok, zatrzymany zamiast pomoic wyciagnal browninga wzor 1911

            Lekarze kiedys zarabiali – a pauperyzacja nastewpuje z roku na rok, zreszta w Zurychu np. szpital dostaje rocznie 80.000 CHF dotacji na lekarza asystenta ( lekarz asystent zarabia miesiecznie 6800CHF razy 13) – i ten lekarz robi papiery siedzac w robocie i 70 do 90 godzin tygodniowo i robiac robote sekretarki i nie uczac sie zawodu – bo jak szpitalik ma zatrudnic biurwe za 5500CHF do wypelniania papierow to wola mlodego rzucic- wychodzi im taniej.

            Lekow nie sprzedasz za ulamek – ludzie ktorzy je produkuja nie zgodza sie pracowac za grosze – to nie lekarze – ich praca nie jest za darmo.

            • 3r3

              „Kazdy uklad termodynamiczny dazy do rownowagi – jakos sie nie
              sprawdza. Z medycyny dzis pieniadze ma tylko oligarchia i
              hochsztaplerzy.”

              To właśnie jest w termodynamice stan równowagi – śladowa ilość cząstek przenosi większość energii układu. tak wygląda cały wszechświat. Dlatego na niebie jest ciemno w nocy.

            • Medyk Helwecki

              Entropia. Mozna o efektach relatywistycznych jeszcze pisac – tak w ogole to mi sie bardzo podoba Twoj wpis o tym ze jakims korpo ludkom ktorzy sa niby homo sapiens ktos wpiera ze torebka skorzana za x to inwestycja ( przepraszam jesli przekrecilem)- choc tam o Entalpii Gibbsa nic nie bylo wprawdze ani stalej Boltzmana ani nawet przemiany adiabatycznej.

              Co do korupcji w medycynie to w Szwajcarii to jest dopiero syf. W Polsce takie waly jak tutaj sa to nie przejda. Skarbowka czujna i trzeba krasc umiejetnie – w Helwecji to Somalia.

              Jakos nikogo w tym kraju nie obchodza np. prywatne honoraria szefow klinik – ze taki zarabia 550.000 CHF rocznie Pan Profesor a dzieki Researchowi ma 15 czy 20 milionow a przypadkiem nie dosc ze wszystkie „badania„ mowia ze lek x jest najlepszy i przypadkowo klinika podpisuje umowe na dostawe leku na y lat z gory za cene z. (wtedy kiedy nawet nie ejst jeszcze dopuszczony przez Swissmedic).

          • Dobre.-) Kiedyś w wolnej chwili sprawdzałem ile kosztuje witamina C w postaci tabletek w aptece (ok 1200zł/kg) i porównałem jej cenę w sklepie chemicznym(35zł). Różnica ~ 35x. Jest za co korumpować.-)

            • Medyk Helwecki

              a byla tak samo czysta? to po pierwsze
              po drugie dzisiaj leki pochodzenia chemicznego sa passe. Pieniadze robi sie na lekach biologicznych, przeciwcialach rekombinowanych…Z nimi jest Problem bo wymagaja know how i specjalistow wiec nawet jak by pozwolic robic je kazdemu to prog wejscia jest wysoki.
              Pieniadze w medycynie mozna robic na fobiach i zabobonach. Mamy sredniowiecze, leczy Google. Np. obecnie hitem jest metadon w leczeniu chorob nowotworowych, kiedys byla vilcacora z And. Metadon to co Prawda syntetyczny narkotyczny i nie ma zadnej ewidencji ale komus sie ubzduralo ze dziala i pacjenci tego chca. Zostawiaja nawet leczenie radikoterapia czy chemioterapia bo przeciez co moga onkolodzy wiedziec o leczeniu, w Google wyczytali ze metadon wiec ma byc jak my chcemy i tio juz,
              no wiec niektorzy nie majacy barier zarabiaja. Zarabiaja, pacjenci umieraja, bilans sie zgadza

            • 3r3

              Metadon to po prostu syntetyk heroiny. Z całą pewnością pomaga cierpiącym. A czy leczy coś co i tak jest nieuleczalne to bez znaczenia.

            • Medyk Helwecki

              Konfabulujesz. Nie jest syntetyczna heroina. Porównaj budowe czasteczki.

              Swoja droga w Polsce metadon jest obowiązkowo mieszany z naltrexonem.

              W Szwajcarii nie.

              Polski metadon nie daje rauszu i jest z punktu widzenia narkomana bezwartosciowy do zabawy

            • 3r3

              Metadon to jest syntetyk heroiny – reaguje tak samo, reszta cząsteczki jest nieistotna (a konkretnie brak reszty śmieci). A że nie daje skutków ubocznych ze względu na brak całej reszty odpadów zawartych w produkcie no to już ból ćpunów że ulga jest, a przyjemności nie ma. Efekt przeciwbólowy jest identyczny z heroiną. Uzależnienie niby mniejsze, ale też jest.

              Opioidy to generalnie niewiele się różnią jeden od drugiego.

            • Medyk Helwecki

              Konfabulujesz znowu. Opioidy maja rożna wartość awidnosci do receptora opioidowego ( a ten filogenetycznie i ewolucyjnie pojawia się już u pierścienic czyli takich dżdżownic. Roznia sie bardzo – mimo iz jest jedna grupa i nie wprowadzajac juz podzialow tak z teorii czy to czasem polowicznej eliminacji z osocza, czy wspolczynnikami lipofilnosci – fentanyl kumuluje sie w tkance tluszczowej ze wzgledu na swoja objetosc dystrybucji. Z kolei np. remifentanyl ulega szybkiej hydrolizie przez esterazuy osoczowe etc itd. Buprenorfina ma czesciowe dzialanie antagonistyczne a taki nalokson jest czystym antagonista. Piszesz to z niewiedzy bo skad masz ja miec – tak jak ja nie mam pojecia o planowaniu budzetu Panstwa czy np. syntezie ciezkich izotopow szeregu lantanowcow bombnardowaniem np. tarczy uranowej karbionami. Farmakodynamika, farmakokinetyka etc. Wszystko rozne. Wszystko ma rozne wskazania kliniczne

              Powiedzenie tego ze to wszystko to samo to jak powiedzenie ze resorak, scania i tesla oraz ferrari to auta bo kazde ma kola – no mniej wiecej.

              Zycie bywa bardziej skomplikowane niz sie wydaje

            • 3r3

              Pozażywaj tydzień – wrócimy do tematu czy różnisz się od leczonego metadonem heroinisty, który za batonik sprząta celę 🙂
              I wtedy będziesz sobie mógł wygłaszać wykłady o różnicy w samopoczuciu.

              Różnice w metabolizowaniu mają znaczenie marginalne, te leki przeciwbólowe są uzależniające i wszystkie działają identycznie. A to czy jedni ludzie nie metabolizują glikolu, a drudzy etylowego (Indianie nie metabolizują go w ciągu doby jak my) to już są szczególiki po usunięciu bólu i powstaniu problemu.

            • Medyk Helwecki

              Konfabulujesz znowu. Te wszystkie srodki maja rozne zastosowania.
              Rozne. Tak jak wyrzynarka nie wierce dziury w suficie, wiertarka nie cyklinuje podlogi etc. Betoniarki nie uzywam do golenia.

              A zeby bylo smieszniej nie ma tutaj nic o metabolizmie powyzszych ani przez uklad enzymow wartobowych, cytochromy, czy uklad mikrosomalny. ani o esterazach osoczowych. Ani o izoenzymach, o splicingu alternatywnym, klirensie watrobowym, klirensie nerkowym etc. Czlowiek to nie maszyna i wszystko ma znaczenie.

              Czas dzialania ma znaczenie. Bo inaczej mozemy powiedziec ze krzeslo biurowe i krzeslo elektryczne to to samo.

              Jestes w dziedzinie opioidow i opiatow takim laikiem jak ja w dziedzinie księgowości czy zarzadzania. Dlatego ja staram sie nie blaznic pisaniem o rzeczach, o ktorych nie mam pojecia.

              Twoje wywody o opioidach sa tyle warte co moje o gospodarce czy mechatronice.

              Uzycie Ultivy, Rapifenu czy Fentanylu ma swoje uzasadnienie i ni ejest to ani proste ani dyskusyjne.

            • W sklepie chemicznym była czystsza.

              „Mamy sredniowiecze, leczy Google.”

              Jeśli lekarzy sprowadza się do roli sprzedawców i realizatorów procedur medycznych, to czego oczekiwać. Np w Polsce lekarz, który wyleczy pacjenta, ale złamie procedurę medyczną ma odbierane prawo wykonywania zawodu.-) No to onkolodzy wiedza tylko tyle, ile jest w procedurach, a tam zapisane jest co i czym „leczyć”. Dlatego korupcja jest na poziomie tworzenia tych procedur i listy leków do nich.

            • Medyk Helwecki

              o tym to pozniej, nowomowe swiadczeniobiorca i swiadczeniodawca mozna nawet helwetyzowac

              dzis modny l askorbinian a nie Racemat. Lewoskretna i gusla.

              Znacie „lek,, Rutinoscorbin? Z nim katarek trwa 7 dni a bez niego tydzien. Tu chodzi o gusla i wiare

            • 3r3

              To nasza wina – inżynierów i techników. Zauważ co ja napisałem #Medykowi Hell’weckiemu. Z punktu widzenia funkcji (czyli cybernetyka) jeśli procedurę rozpisze Ci ścisłowiec to będzie to żadna różnica czy pacjentowi podasz heroinę, metadon czy inne świństwo – przestało boleć czyli dobrze działa. Natomiast lekarz jak widzisz piany dostał, ponieważ medycyna to nie jest nauka tylko sztuka, i nie chodzi tylko o to czy przestanie boleć, ale też chodzi o całą masę następstw jakie wynikną z niuansów czym się jedno od drugiego różni. Dlatego lekarzy nie wpuszcza się do fabryk bo by za dużo wydziwiali na temat organizacji (metoda rozwiązywanie problemu deficytu czegoś w produkcji to substytucja i zróbmy dużo), a ścisłowców absolutnie nie wolno dopuszczać do leczenia ludzi, nawet do opieki nad chomikiem – po prostu szkoda chomika.

            • Medyk Helwecki

              Medycyna kiedys byla sztuka. Dzis to raczej koncesjonowana biurwa szarlataneria. Tu nawet jedno zdanie grubego o monopolu sie moze sprawdzac. Niestety nikt nie zna lepszego sposobu. Niczym ludzie Attylli mozemy wszystko niszczyc ale to potrafi kazdy. Zbudowac cos konstruktywnego to juz co innego. Sadzisz ze przecietny lekarz potrafi uklad Graetza zbudowac? Albo wie ze Diode Zenera w kierunku zaporowym trzeba zrobic?
              Problem jest gdzie indziej. To biurwokracja. Moim pracodawca jest biurwa i moim klientem jest inna biurwa z kasy chorych. Pacjent to niby klient a zlo konieczne. System moglby w zasadzie funkcjonowac bez pacjenta ale on wredny uparl sie cham i chce leczenia.
              Biurwokracja jest porazajaca. Ja dzis np . spedzilem z pacjentami 48 minut a reszta to robienie ankiet do jakichs statystyk. To jest najwazniejsze. Jak wzrosna synergie , jak spadna koszty etc.
              Lekarza nie mozna wpuscic do fabryki. To jak slonia do skladu porcelany. No chyba ze jako obserwatora ze niczego nie moze dotknac.

          • gruby

            3r3 napisał:

            „Cały ten syf jakim są „lekarze” i producenci leków wynika z działy jaką są zdolni płacić władzuchnie.”

            To jeszcze nie jest źródło choroby, a jej objaw. Źródłem choroby systemu opieki zdrowotnej są:
            – bardzo wysokie finansowe progi jakie stawia się nowym lekom (małe, innowacyjne firmy z pomysłem ale bez budżetu odpadają już w przedpokoju),

            – istnienie prawa patentowego,
            – monopol państwa na rejestrację leków, czyli ogłaszanie czym można a czym nie można leczyć ludzi,
            – monopol państwa na sterowanie podażą lekarzy, czyli produkcją mechaników naprawiających ludzi w formie usługi pod nazwą „leczenie”,
            – istnienie powszechnego systemu opieki zdrowotnej.

            Bez tego systemu:

            – lekarzem byłby ten, kto może pochwalić się wynikami w leczeniu ludzi a nie dyplomem na ścianie,
            – lekarstwem byłoby to, co leczy ludzi w sposób doświadczalnie potwierdzony a nie to co zostało dopuszczone do sprzedaży przez biurwę,
            – chorzy otrzymywaliby tylko taką opiekę i lekarstwa na które ich stać.

            Co do ostatniego punktu: żeby nie wiem ile na medycynę wydawać ludzie będą nadal chorować i umierać. Wynika to z faktu, że się rodzą.

            Kiedyś kolega „gasch” u IT21 użył dobrego porównania: autoryzowane przez producenta warsztaty samochodowe dostarczają niskiej jakości usług ale wysokich rachunków. Po drugiej stronie barykady znajdują się wolne warsztaty samochodowe, które żyją ze swojej renomy: dlatego jakość ich usług jest wyższa a rachunki niższe.

            Dokładnie ten sam manewr można byłoby zastosować wobec służby zdrowia: niech leczy kto chce i czym chce oraz wystawia rachunki jakie uzna za stosowne. Będzie miał wyniki, to będzie stopniowo mógł podnosić stawkę i zatrudniać nowych, młodych szamanów szkoląc ich przy okazji. Co w leczeniu się nie sprawdzi (zarówno ludzie jak i materiały jak i procedury), wyleci z obiegu.

            • Medyk Helwecki

              z 90% tresci sie nie zgodze ale wyjatkowo musze popracowac. Tak w ogole
              zainteresowani artykulem o tym jak krasc w ochronie zdrowia czy Zero ^zainteresowania?
              chcialbym napisac jak sie kradnie w Szwajcarii ale nie wiem czy kogos to obchodzi?

            • gruby

              Kontrargumenty poproszę. Ale to dopiero, jak już obsłużysz klientów.
              Nasz klient nasz per pan.

              A każdy artykuł jest dobry (pod warunkiem że go 3r3 puści) o ile prezentuje ciekawy punkt widzenia i wiedzę którą warto wchłonąć.

              PS: w sprawie skuteczności oficjalnych lekarstw oficjalnie dopuszczonych do sprzedaży. Nie przeceniał bym jej. Istnieje bowiem nie tylko zjawisko „placebo”, obok niego istnieje również „nocebo”. Szczególnie działanie zjawiska „nocebo” przeraża.

            • Medyk Helwecki

              Napisalem juz rozprawke. Ja nie musze ich obslugiwac – mam teraz socjalistyczna przerwe.
              Leki dzialaja. To co napisales to myslenie zyczeniowe i chciejstwo. Ja tez chcialbym by zycie bylo sprawiedliwe , by bylo logiczne. co ja chce to nikogo nie obchodzi. Co do farmy – nie jest idealna ale jesli chcemy alternatywy to chetnie slucham jaka? Jesli chcemy ciagle nowoczesnosci i nie chcemy zahamowac postepu to musimy kupic tez patologie. Ludzie lubia slyszec banialuki o tym ze zycie i zdrowie ludzkie jest bezcenne a to pala papierosy a to odzywiaja sie wiadomo jak. Zycie i zdrowie jest zawsze bezcenne jak ma ktos inny za to zaplacic ale jak juz samemu toi nie bardzo.
              Pomijajac rozne rzeczy to poruszasz bardzo wazne kwestie o ktorych bardzo malo osob chce w ogole sluchac …
              bo pomijajac bledy to pytasz – no dobrze, a ile to kosztuje?
              no dobrze, a gdzie jest granica? Dlaczego nie wydawac jeszcze wiecej.
              No dobrze, humanitaryzm – ale wszczepianie nowej protezy biodra u pana po 3 udarach niedokrwiennych mozgu ktory od lat 10 nie chodzi to chyba raczej bestialstwo by skasowac kase chorych na procedure a nie zadne milosierdzie i cywilizacja… Mozna znalezc w Twoim poscie wiele pytan, na ktore nie da sie jednoznacznie odpowiedziec bo – nie pasuja do obecnie promowanej ideologii

            • „Leki działają”
              No nie wiem. Czytałem kiedyś w jednym z pism medycznych, i to kołata mi się w głowie do dzisiaj, że z dopuszczonych do obrotu w USA leków działa tak ok 20%. Jeśli dorzucić do tego efekt nocebo, tj działań nieporządanych na skutek psychicznego odrzucenia przez pacjenta leku lub sposobu leczenia. Tutaj Amisze są ciekawą grupą porównawczą, ponieważ prawie w ogóle nie zażywają współczesnych leków a żyją dość zdrowo i dość długo.

              Inna sprawa, to medycyna urazowa, która robi wrażenie i działa, przynajmniej do chwili, dopóki pacjent nie odzyska przytomności.-)

            • 3r3

              Napisz – opublikujemy.
              W ochronie zdrowia jest wiele do ukradzenia. Na opiece nad niezdolnymi się poskarżyć najwięcej.

            • Medyk Helwecki

              No to zaczynamy – napisales :

              – bardzo wysokie finansowe progi jakie stawia się nowym lekom (małe, innowacyjne firmy z pomysłem ale bez budżetu odpadają już w przedpokoju),
              – no wiec wszystko co dalo sie szkielkiem i okiem odkryc dawno temu odkryto. Dzis z ropy naftowej to mozna sobie dziegc na luszczyce otrzymywac – leki innowacyjne sa drogie. Nie da sie ich zrobic bez know how i zaplecza i nawet biurwa tu nie przeszkadza zbytnio. Zwykle sekwencjonowanie czy praca z amplifikacja danego genu to juz wymaga fachowcow i duzych $$$ podobnie jak modelowanie molekularne. Bez pieniedzy sie nie da.

              – istnienie prawa patentowego,
              no i tutaj sie nie zgadzam. Takie indyjskie Ranbaxy obficie na to leje i robi generyki ale nigdy niczego nie wymysli innowacyjnego. Mimo miliardow, ktore robia na generykach. Za duze ryzyko. Jesli olejemy ochrone patentowa to to co dzieje sie dzis bedzie tylko przybieralo na skali – juz dzis ryzyko biznesowe dla Novartisu Roche i innych staje sie tak wielkie ze lepiej przez spolke corke Zajac sie generykami i miec pewne zyski. Zobacz casus Sandoz i powiazania Sandozu.

              – monopol państwa na rejestrację leków, czyli ogłaszanie czym można a czym nie można leczyć ludzi,
              ale ten Monopol jest iluzoryczny bo biurwa sobie a zycie sobie. Ile masz suplementow leczacych – a to slynna B17 a to inne bzdury. Biurwa udaje ze nie widzi a ludzie stosuja i komus to przeszkadza? Zla bigfarma dostaje w koncu po nosie.

              – monopol państwa na sterowanie podażą lekarzy, czyli produkcją mechaników naprawiających ludzi w formie usługi pod nazwą „leczenie”,
              To jerst pomijalne w machinie. Dzis w Szwajcarii lekarz zarabia w porywach 12.000 jako specjalista miesiecznie brutto, lekarz asystent tyra za 6200-9000 CHF oficjalnie 50 godzin a czasami 90 w tygodniu. To juz efektywniej isc do Migrosa na kase. Zreszta kolezanka mojej zony miala siedzac na kasie wiecej niz leczac ludzi. Wiesz ze w Szwajcarii w ciagu 5 lat w szpitalu czyli Panstwowym Gospodarstwie Rolnym w ktorym pracuje – ilosc biurw w Human Resources zwiekszyla sie 3,9 krotnie ? Ilosc doradcow, specjalistow ds optymalizacji procesow i tak dalej – ilosc pracownikow ktorym trzeba zaplacic pensje co miesiac wzrosla szesciokrotnie. Lekarzy i pielegniarek spadla o 40%, to nie jest przypadek jednostkowy – tak jest wszedzie. Wszedziue synergie, wizje, projekty i biurwy zarabiajace czterokrotnosc pensji lekarza. Dyrektor komorki odpowiedzialnej za PR ma tutaj kontrakt managerski na 32000 miesiecznie plus kierowce i Auto. Lekarz specjalista ma 12000 CHF. Pracuje ( powinienem w cudzyslowiu napisac bo ja teraz pracuje pierdzac w stolek) 65 godzin tygodniowo. Ja na sprawozdaniach i raportach optymalizacji spedzam 80% czasu, okolo 15% to moj czas z pacjentem. Bo tego sie oczekuje i tak ma byc.

              – istnienie powszechnego systemu opieki zdrowotnej.
              Tutaj mozna polemizowac. Szwajcarzy od czasu do czasu chca zlej biurwy i panstwowej kasy chorych tak ich Oligopol Helsana, Swica, Assura i inych skrzywil.

              Bez tego systemu:

              – lekarzem byłby ten, kto może pochwalić się wynikami w leczeniu ludzi a nie dyplomem na ścianie,
              Ale po co jakies tam formalne bzdurki. Przeciez sa szeptunki i uzdrowiciele, nawet lezac w szpitalu klinicznym mozesz sobie zamowic czarownika, nawet kasy chorych zaczynaja placic za niekonwencjonalna. Idzie postep.

              – lekarstwem byłoby to, co leczy ludzi w sposób doświadczalnie potwierdzony a nie to co zostało dopuszczone do sprzedaży przez biurwę,
              Tutaj pokazujesz totalna ignorancje. Leki musza miec ewidencje i ten System ze dopuszcza sie cos nie dzialajacego nie dziala. Zbyt duza konkurencja, Manipuluje sie zupelnie gdzie indziej – manipuluje sie na etapie Evidence Based Medicine falszujac statystyki ze nowy lek daje lepszy rezultat. Nawet z tymi manipulacjami juz coraz ciezej bo inne firmy patrza na rece. Bigfarma ma swoje za uszami ale bez niej tez jakos slabo.

              – chorzy otrzymywaliby tylko taką opiekę i lekarstwa na które ich stać.
              To takie troche korwinowskie. O ile ubezpieczenia sa i by nie zniknely to zakres to co innego. W takiej bogatej Helwecji nie dziala to tak jak powinno a juz np. dobrze dziala w Singapurze ale tluste koty nie diopuszcza do tego by chociazby tamten lepszy model skopiowac. Systemy robia sie coraz bardziej totalitarne i chory staje sie przedmiotem, lekarz urzednikiem i tego coraz wiecej ale o tym moze pozniej. Dla niepoznaki biurwa mowi ze pacjent to nasz klient. Wyjatkowo sie zgadzam ze kazdy powinien sie leczyc za to co ma – czyli – stac was w zawale na Aspiryne – leczymy aspiryna, zadnej pracowni kardiologicznej i hemodynamiki z inwazyjnym leczeniem. Co z tego, ze wyniki mowia ze z aspiryna to dziadostwo, niech bedzie taniej. Obawiam sie jednak ze ze wzgledow spolecznych to nie przejdzie bo jak dostaniesz zawalu to chcesz jednak kardiologa i hemodynamiki a nie starych metod z lat 60.

              Co do ostatniego punktu: żeby nie wiem ile na medycynę wydawać ludzie będą nadal chorować i umierać. Wynika to z faktu, że się rodzą.
              Tutaj to przyklaskuje w 1000%. Jest presja np. w przypadku leczenia raka nerki specjalnym drogim przeciwcialem i mowienie ze zla biurwa zabija. Tylko to przeciwcialo ma prawie zadna skutecznosc – w porownawczych studiach przedluza wegetacje o max pol roku a kosztuje dziesiatki tysiecy Euro. Bigfarma chcialaby zrealizowac zysk i zeby biurwa dopuscila to do refundacji. No fajnie, ale pieniedzy jak zasobow jest ograniczona ilosc. Mozemy ale zamknijmy Chirurgie i wszystko inne.
              Dylematow bedzie sporo

              Kiedyś kolega „gasch” u IT21 użył dobrego porównania: autoryzowane przez producenta warsztaty samochodowe dostarczają niskiej jakości usług ale wysokich rachunków. Po drugiej stronie barykady znajdują się wolne warsztaty samochodowe, które żyją ze swojej renomy: dlatego jakość ich usług jest wyższa a rachunki niższe.

              Dokładnie ten sam manewr można byłoby zastosować wobec służby zdrowia: niech leczy kto chce i czym chce oraz wystawia rachunki jakie uzna za stosowne. Będzie miał wyniki, to będzie stopniowo mógł podnosić stawkę i zatrudniać nowych, młodych szamanów szkoląc ich przy okazji. Co w leczeniu się nie sprawdzi (zarówno ludzie jak i materiały jak i procedury), wyleci z obiegu.
              Ale to to kompletna bzdura i schizofrenia – piszesz ze niech wystawia rachunki jakie chce a potem podnosic stawke czyli z jjednej strony wolnosc i dowolnosc a z drugiej zakazy i biurwa bo ktos bedzie musial ocenic czy sa wyniki.
              Pacjent nie moze w wielu przypadkach ocenic wynikow leczenia – w medycynie mamy cos takiego jak zasada dochowania starannosci. Nigdy nie wiadomo ze 100% pewnoscia czy leczenie przyniesie zamierzony skutek. To w zasadzie certyfikowane przez biurwe szamanstwo wiec witamy na poczatku dyskusji.
              Gdyby to wszystko bylo takie proste, Wiesz kto jest najlepszym chirurgiem? Ten, ktory ma najmniej powiklan. Wiesz, ktory Chirurg ma najmniej powiklan? – To proste – ten co ma papiurek na scianie w ramke oprawiony i nie operuje bo nie umie.
              Zalozenia sa szczytne i ambitne ale ze wszystkim to chcesz wylac dziecko z kapiela. Tluste koty zostana pogonione to przyjda inne. Tez kiedys myslalem podobnie.
              Cale nasze wywody zakladaja jakies schematy logiki. Natomiast w zyciu jak to w zyciu – pracuje sie z roznymi idiotami i hochsztaplerami. Wszystko wydaje sie proste a potem zaskoczenie ze nie dziala.

            • gruby

              „no wiec wszystko co dalo sie szkielkiem i okiem odkryc dawno temu odkryto.”

              Ze względu na wysokość progu wejścia każda substancja, której nie da się opatentować nie jest brana pod uwagę jako lekarstwo, bo nie ma szans dostarczyć akceptowalnego przez księgowych poziomu ROI. Skutkiem tego zarówno ziołolecznictwo jak i medycyna dalekiego wschodu jest u nas sekowana.

              „Nie da sie ich zrobic bez know how i zaplecza i nawet biurwa tu nie przeszkadza zbytnio.”

              W farmacji koszty biurwy w procesie R&D to ponad 90%. W rozwoju nowych leków już dawno nie chodzi o nowe substancje, lecz o tony papieru. W Szwajcarii zdażyło się już, że FDA nie zaakceptowała kwitów podpisanych elektronicznie i zażądała papieru z pieczątkami. Producent nowego leku został w ten sposób zmuszony do wysłania za ocean dokumentacji którą liczył nie na strony a na kontenery. Najnowszy wymysł biurwy to każdorazowe certyfikowanie całości oprogramowania (OS, pakiet biurowy plus komplet urządzeń laboratoryjnych) do każdego nowego leku. Jeśli wklejasz wyniki w R&D na przykład do tabelek z Excela to potrzebujesz certyfikować Windowsa wraz ze sterownikami drukarki, Excela, sequencerami i wszystkimi pipetami z całego labu.
              Wow, to dopiero jest postęp.

              „Takie indyjskie Ranbaxy obficie na to leje i robi generyki ale nigdy niczego nie wymysli innowacyjnego.”

              A muszą ? Pozostaw rozwój nowych leków instytucjom które chcą je rozwijać. Dlaczego rozwój nowych leków musi być związany z pogonią za zyskiem ? Bez prawa patentowego mielibyśmy ilościowo mniej ale za to jakościowo lepiej działających leków rozwijanych w zgodzie z potrzebami pacjentów a nie właścicieli przemysłu farmaceutycznego. A rozwój leków kosztowałby tyle, ile kosztuje on w rzeczywistości, bez narzutu w formie biurwy.

              „ale ten Monopol (na rejestrację leków) jest iluzoryczny … Biurwa udaje ze nie widzi a ludzie stosuja i komus to przeszkadza?”

              Z tej wypowiedzi wnioskuję, że nie próbowałeś jeszcze zarejestrować żadnego leku nie należącego do kartelu. Czy wiesz, że 80% leków dopuszczonych do oficjalnego obiegu ma gorsze wyniki działania niż placebo ? Kto je sprzedaży dopuścił i ile za to wziął ?

              Bo kto je „wymyślił” i „przepchnął” to dokładnie wiemy.

              „Leki musza miec ewidencje”

              Nie muszą. Posolona H2O wstrzyknięta do żyły też działa, jeśli odstawi się wokół klienta wystarczająco przekonujący taniec. Posolona H2O wcale przecież ewidencjonowanym lekiem nie jest. Lekarstwem jest to, co działa, z placebo na czele. A ewidencję lekarstw to każdy mechanik od zdrowia może prowadzić sobie sam. Mi też nikt nie mówi jaki sprzęt i narzędzia mam kupować. Kupuję takie, jakie działają i się sprawdziły. Czasami kupię sobie jakiś wynalazek po czym testuję go na sobie, czasami kupię w ciemno to co radzą mi mądrzejsi ode mnie. Jeszcze żyję 🙂

              „To takie troche korwinowskie.”

              Wręcz przeciwnie, Korwin skopiował to ode mnie. Poza tym Korwin tego nie wymyślił, w ten sposób medycyna fantastycznie funkcjonowała od samego początku cywilizacji. Największym kopem w rozwoju medycyny była od zawsze nieuleczalna, śmiertelna choroba władcy. Szaman, który go wyleczył stawał się bogaty i nieśmiertelny, a jego know-how rozprzestrzeniał się po królestwie jak pożar w buszu. Szaman z mniejszą ilością szczęścia służył za rozpałkę podczas pogrzebu władcy.

              „Ale to to kompletna bzdura i schizofrenia – piszesz ze niech wystawia
              rachunki jakie chce a potem podnosic stawke czyli z jjednej strony
              wolnosc i dowolnosc a z drugiej zakazy i biurwa bo ktos bedzie musial
              ocenic czy sa wyniki.”

              No jak to kto, od tego są klienci przecież. Chodzący i bawiący się z wnukami do niedawna obłożnie chory to najlepsza bo chodząca reklama umiejętności lekarza. Potrafisz przywracać chorym zdrowie – łoisz kasę, obracasz stażystki i latasz na kongresy na Malediwy. Nie potrafisz – szukasz sobie nowego zajęcia.
              Im więcej potrafisz, im lepiej wiedzie się Twoim byłym klientom – tym wyższe rachunki, więcej stażystów i więcej łóżek do zarządzania. A jak Ci pacjenci zaczną umierać to wracasz z etapu trepanacji czaszki do etapu cieknących nosów. C’est la vie.

              Ty myślisz że takiemu mechanikowi to od razu po szkole dają V12 do regeneracji przez jego rozebranie, wymianę wszystkich elementów trących i ponowne złożenie ? Do tego to trzeba mieć siwe włosy i zjedzone na tym zęby. I dlatego taka regeneracja kosztuje więcej niż kupno nowego silnika. I dlatego tak niewielu mechaników w ogóle jest w stanie się za to zabrać. Ponadto na naszym kontynencie istnieje zaledwie kilku magików, którzy potrafią taki silnik rozebrać, posiedzieć i pomyśleć nad nim a potem złożyć go tak, że chodzi lepiej niż nowy (bo są w stanie skontrolować i poprawić błędy popełnione w fabryce przez producenta).

              Dokładnie tak samo rzecz powinna się mieć z lekarzami: zna się to leczy, metodami które ON uznał za stosowne. A jak potrafi jeszcze wyrywać ludzi spod kosy to warty jest więcej w złocie niż sam waży. A jak nie potrafi to na podpałkę z nim.

            • Medyk Helwecki

              Ale ja przeciez pisze ze nigdzie nie masz biurwy ktora zabrania robic naturterapii czy urynoterapiii. Nawet juz Assura placi za gusla. Madrzy ludzie w medycynie zauwazyli ze najlepsze pieniadze nie robi sie na inhibitorach kinaz tyrozynowych ( mamy Glivec i problemy Novartisu) tylko na fobiach lekach i zabobonach. Medyczny downgrade nastepuje.
              Absolutnie nie jest wazne co wiesz i robisz, tu liczy sie psychologia, Ja musze byc dobrze ubrany i ogolony i pachnacy a reszta to malo istotne rzeczy.
              Jesli chcialoby sie uproscic wejscie malych podmiotow na rynki to nalezaloby uproscic reguly eksperymentow medycznych. Skoro ktos chce sie leczyc kocia uryna z okladami z czegos to jego to sprawa.
              Jednak nie jest to nikomu na reke. Mi i lekarzom to wisi i powiewa, my od dawna jestesmy urzednikami i nikogo nie obchodzimy. Z roku na rok papierow coraz wiecej, zreszta w Helwecji duzo mowi sie o oszczednosciach a to tylko blef.
              Z tym co mowisz to akurat tak nie dziala bo w medycynie to najwieksza zbrodnia jest samodzielnosc – grupa nie dopusci do koryta nieswoich. To nie jest tak, ze zaczynasz jako czeladnik i najpierw przewijasz pieluchy bobasa bossa,
              Wielu potrafi tylko gadac a reszta to blerf i PR.
              Dzieki za info z FDA bo tego nie wiedzialem…

            • Medyk Helwecki

              ale z ta posolona H20 to jestes naprawde mistrz – o to chodzi. Aromaterapie i masaze Shiatsu. Na tym robi sie dzis $$$ oraz na wszystkim co naturalne. Kogo obchodzi, ze nie dziala ? Finansowo dziala lepiej niz leczenie high techem Novartisu czy Roche,.

            • Medyk Helwecki

              (Ze względu na wysokość progu wejścia każda substancja, której nie da się opatentować nie jest brana pod uwagę jako lekarstwo, bo nie ma szans dostarczyć akceptowalnego przez księgowych poziomu ROI. Skutkiem tego zarówno ziołolecznictwo jak i medycyna dalekiego wschodu jest u nas sekowana.
              W obecnym systemie nasze lekarstwa nie mają leczyć, one mają przynosić zyski.)

              Z ta medycyna dalekiego wschodu to masz jakis kompleks – nie pisze tego w zaden sposob aby Ciebie obrazic – ludzie sobie importuja co chca i jak chca i biurwa nie przeszkadza. Dla wielu rzeczy nie ma po prostu ewidencji.

              „Takie indyjskie Ranbaxy obficie na to leje i robi generyki ale nigdy niczego nie wymysli innowacyjnego.”

              ( Dlaczego rozwój nowych leków musi być związany z pogonią za zyskiem ? )

              Bo czlowiek to takie zwierze, ktore kieruje sie zyskiem i chciwoscia. Bez perspektyw zysku to nie bedzie bo po co sie wysilac ? To ewolucyjne. Tygrys szacuje czy mu sie oplaca gonic kroliczka czy poczekac na antylope.

              Bez prawa patentowego mielibyśmy ilościowo mniej ale za to jakościowo lepiej działających leków rozwijanych w zgodzie z potrzebami pacjentów a nie właścicieli przemysłu farmaceutycznego.

              Bez prawa patentowego mielibysmy mneij lekow – to pewne. Czy jakosciowo lepszych – nie podejrzewam. Nie byloby wcale lekow innowacyjnych – zero rekombinowanych przeciwcial, nie podejrzewam zeby nawet byla liposomalna amfoterycyna B. Big pharma ma wiele zla dla uszami ale raczej dla niej nie mamy alternatywy w realnym czasie.

              A rozwój leków kosztowałby tyle, ile kosztuje on w rzeczywistości, bez narzutu w formie biurwy.

              Ale gdyby nawet odciac biurwe to chetnie te pieniadze przejalby kto inny. Np. lekarze – ja sam sledze np. co dzieje sie na rynku i sam skorzystalem na przejeciu Galderma Spirig – wprawdzie tylko jakies 400.000 CHF ale zawsze.

              „ale ten Monopol (na rejestrację leków) jest iluzoryczny … Biurwa udaje ze nie widzi a ludzie stosuja i komus to przeszkadza?”

              Z tej wypowiedzi wnioskuję, że nie próbowałeś jeszcze zarejestrować żadnego leku nie należącego do kartelu. Czy wiesz, że 80% leków dopuszczonych do oficjalnego obiegu ma gorsze wyniki działania niż placebo ? Kto je sprzedaży dopuścił i ile za to wziął ?

              Jest sobie w medycynie estetycznej botox. Producentow jest kilkunastu. Swissmedic w Szwajcarii preferuje roznych producentow np. Merz Pharma czy Galderma Spirig. Produkt Merz Pharma – ma rejestracje do wszystkiego, konkurencja juz nie… Taka firma jak np. Croma z Austrii ma od lat linie biotechnologiczna do produkcji, maja dokladnie te same produkty – i nie maja rejestracji bo ciagle Swissmedic wymaga innych nowych papierow. Czy Ty myslisz ze ta biurwa tam siedzaca w Swissmedic robi to bo pilnuje porzadku ? Wiesz, biurwa ma dzieci a dzieci lubia pomarancze. A Kazi Staszewski spiewa – gdsy praca nisko platna ktos inny musi placic…

              Bo kto je „wymyślił” i „przepchnął” to dokładnie wiemy. ( to opracuje do jutra)

              „Leki musza miec ewidencje”

              Nie muszą. Posolona H2O wstrzyknięta do żyły też działa, jeśli odstawi się wokół klienta wystarczająco przekonujący taniec. Posolona H2O wcale przecież ewidencjonowanym lekiem nie jest. Lekarstwem jest to, co działa, z placebo na czele.

              Psychoneuroimmunologia. Leki musza miec ewidencje – jesli ktos cos sprzedaje – to musi to dzialac. Jak udar w mlocie udarowym. Inna sprawa jest to ze big pharma czaruje roznie aby wyszlo ze ich produkt jest super. W anestezjologii np. mamy Sevorane (Abott) – Sevofluran jest stosowany do indukcji znieczulenia u dziecka. Bierzesz takiego dzieciaka jak mu sie cos chce zoperowac, no i gwalcisz prawie przykladajac maske twarzowa – dzieciak broni sie, placzue, krzyczy ale pare wdechow zrobi mieszanina tlenu i sevofluranu no i zasypia, mozna wtedy mu zalozyc kaniule i dac propofol i inne rzeczy. W rozwoj sevofluranu, badania etc. wylozono kilka miliardow USD. Sa informacje o tym, ze on dziala neurotoksycznie, ze powoduje apoptoze neuronow, ze dzieci wielokrotnie znieczulane za pomoca sevofluranu maja trudnosci szkolne. Kogo to obchodzi. Za duzo poszlo USD aby to wyrzucic, ja Sevofluranu u dzieci nie uzywalem w ogole, bo nie chcialem ryzykowac.

              W anestezjologii stosowalo sie podtlenek azotu – gaz rozweselajacy. On nie nadaje sie do znieczulenia ale poglebia narkoze czy to prowadzona za pomoca desfluranu, izofluranu czy sevofluranu. Nie musisz zuzywac tyle anestetykow wziewnych a wiec mozesz zaoszczedzic i nie kupowac tych drogich srodkow tak czesto. Co wiec zrobiono – demonizowano N2O – ze powoduje methemoglobinemie, ze daje tyle powiklan, ze to i tamto, ze niszczy warstwe ozonowa tak strasznie no i w wiekszosci szpitali juz podtlenku nie ma. Zreszta producenci aparatow jak Draeger czy GE Healthcare zaczeli robic aparaty z ukladem zamknietym i podtlenek stal sie passe. A jak zmieniasz cos na rynku i cos jest nie modne to utrzymanie tego jest drozsze – czy przeglady instalacji czy serwis czy logistyka – no i cos co bylo sprawdzone jest raus bo mamy nowe.

              A ewidencję lekarstw to każdy mechanik od zdrowia może prowadzić sobie sam. Mi też nikt nie mówi jaki sprzęt i narzędzia mam kupować. Kupuję takie, jakie działają i się sprawdziły. Czasami kupię sobie jakiś wynalazek po czym testuję go na sobie, czasami kupię w ciemno to co radzą mi mądrzejsi ode mnie. Jeszcze żyję 🙂

              Widzisz, to nie takie proste. Przyklad tolipobay i sok grejfrutowy i zgony. Albo Vioxx. Tu akurat histeria. Diklofenak, kwas mefenamowy, ibuprofen to trucizny – ostatnie badania mowia o tym ze diklofenak zwieksza ryzyko sercowo naczyniowe wielkokrotnie.

              „To takie troche korwinowskie.”

              Wręcz przeciwnie, Korwin skopiował to ode mnie. Poza tym Korwin tego nie wymyślił, w ten sposób medycyna fantastycznie funkcjonowała od samego początku cywilizacji.

              No ale ta durna statystyka . Zyjemy coraz dluzej. Kiedys banalne appendicitis czy ciaza pozamaciczna to bylo Sayonara. Dzis w prowincjonalnym konowalskim szpitaliku peegeerze to sie robi.

              Największym kopem w rozwoju medycyny była od zawsze nieuleczalna, śmiertelna choroba władcy. Szaman, który go wyleczył stawał się bogaty i nieśmiertelny, a jego know-how rozprzestrzeniał się po królestwie jak pożar w buszu. Szaman z mniejszą ilością szczęścia służył za rozpałkę podczas pogrzebu władcy.

              Najwiekszym kopem w rozwoju medycyny byly sa i zawsze beda wojny. Czy to Flemming i penicylium, czy Streptomycyna, czy chociazby Domagk i Sulfonamidy oraz Salwarsan, Neosalwarsan. Wiesz ze Greifswald w ciagu drugiej wojny nie dostal bombek od Brytyjczykow wiecej od momentu, kiedy o tym sie dowiedzial Churchill. Bo prywata rzadzi. Churchill byl u Domagka w Greifswaldzie, zawdzieczal mu zycie, podobnie jak Roosvelt.

              „Ale to to kompletna bzdura i schizofrenia – piszesz ze niech wystawia
              rachunki jakie chce a potem podnosic stawke czyli z jjednej strony
              wolnosc i dowolnosc a z drugiej zakazy i biurwa bo ktos bedzie musial
              ocenic czy sa wyniki.”

              No jak to kto, od tego są klienci przecież. Chodzący i bawiący się z wnukami do niedawna obłożnie chory to najlepsza bo chodząca reklama umiejętności lekarza.

              tutaj to juz dales po bandzie i to solidnie. Dzis w obliczu naszych chorob przewleklych mamy tak naprawde malo do zaoferowania. Pracujac na OIOMie patrzylem na to co robilismy takze z punktu gospodarki. Czasami wydawalismy dziesiatki tysiecy Euro na terapie, pacjent wiadomo bylo ze jesli przezyje to bedzie niezadowolony i niesprawny. No i czesto przezywal,potem wszyscy byli niezadowoleni bo laicy mysla – znow bedzie gral w tenisa a nie 3 razy w tygodniu dializa, respirator w domu, wozek inwalidzkl etc. Horror. Horror dla rodziny, chorego, nawet dla systemu biurw bo takie rzeczy kosztuja a nie mamy nieskonczonej ilosci zasobow.

              Potrafisz przywracać chorym zdrowie – łoisz kasę, obracasz stażystki i latasz na kongresy na Malediwy. Nie potrafisz – szukasz sobie nowego zajęcia.

              To nie jest takie proste i oczywiste, powiedzialnbym ze wlasnie nie. Bo widzisz, nic nie robiac i nic nie umiac, sprzedajac zludzenia lepiej sie wychodzi. Ratujac zycie i zdrowie zamiast slowa dziekuje dostajesz najczesciej bury i pretensje. Wielokrotnie mialem pacjentow u siebie ktorym lekarze uratowali zycie. Jedna zapamietalem – miala raka jelita grubego z przerzutami na watrobe. Wycieli jelito, wycieli guzy z watroby. Potem wylonili sztuczny odbyt, ktory nastepnie potem usuneli i odtworzyli ciaglosc przewodu pokarmowego. Uratowali jej zycie a ona ich do dzis nienawidzi za blizny pooperacyjne bo uwaza ze Ci od Ayurwedy i Aromaterapii zrobiliby to lepiej.

              Im więcej potrafisz, im lepiej wiedzie się Twoim byłym klientom – tym wyższe rachunki, więcej stażystów i więcej łóżek do zarządzania.

              To tak nie dziala. Tak to dziala na rynku, ale nie w ochronie zdrowia. W ochronie zdrowia im wiecej masz papiurkow i ukladow tym wiecej masz pieniedzy. Dlatego ja nigdy nie dalbym sie zoperowac slawnemu szefowi kliniki – on jest biurwa i urzednikiem ktory od lat najczesciej nie operuje -on kasuje za operacje a operuja jego niewolnicy.

              A jak Ci pacjenci zaczną umierać to wracasz z etapu trepanacji czaszki do etapu cieknących nosów. C’est la vie.

              Widzisz, to znowu wyobrazenie laika. W medycynie mozesz bezkarnie niekompetencja zabijac i kaleczyc i nic Ci sie nie stanie dopoki masz umiejetnosci socjalne i inteligencje emocjonalna. Znam urologa ktory jest rzeznikiem a pacjenci go kochaja. Nie umie operowac i ma ogromne ilosci powiklan. Jest jednak bratem znanego profesora i pacjenci pchaja sie oknami i placa za kaleczenie – kaleczenie a nie leczenie.

              Dokładnie tak samo rzecz powinna się mieć z lekarzami: zna się to leczy, metodami które ON uznał za stosowne. A jak potrafi jeszcze wyrywać ludzi spod kosy to warty jest więcej w złocie niż sam waży. A jak nie potrafi to na podpałkę z nim.

              Widzisz, to znowu nie tak. My lekarze dzis korzystamy wlasnie z wytworow inzynierow, chemikow, biotechnologow. To juz jest praca biurwowa albo w zabiegowce – wycinanie, zszywanie etc. Nie ma tu patosu. Jest stres i ladunek emocjonalny. Presja czasu, ryzyko. Ale wielkiego intelektu w tym nie ma.

            • 3r3

              Oczywiście że bez prawa patentowego mielibyśmy leki – po prostu strzeżono by pilnie tajemnic ich produkcji i nie publikowano metodologii.

              „Psychoneuroimmunologia. Leki musza miec ewidencje – jesli ktos cos sprzedaje – to musi to dzialac. Jak udar w mlocie udarowym.”

              Ta – badania na szczepionki mi pokaż że coś leczą 🙂

              „A jak zmieniasz cos na rynku i cos jest nie modne to utrzymanie tego jest drozsze – czy przeglady instalacji czy serwis czy logistyka – no i cos co bylo sprawdzone jest raus bo mamy nowe.”

              Chyba że masz konserwatorów spoza branży. Zauważyłeś że niektórym dentystom sprzęt się nigdy nie psuje? Jest po prostu niezniszczalny, aż się chcą brać za spisywanie numerów części i plombowanie urządzeń, ale plomby to my w przedszkolu rozbrajali.

              „No ale ta durna statystyka . Zyjemy coraz dluzej. ”

              Mhm, a na piramidzie demograficznej tak wielu 65 letnich mężczyzn a tak niewielu 66 letnich – emerytura zabija?

              Ja niestety znam z domu poglądy lekarzy. Na raki też. Do wyboru ma człowiek leczenie „zachowawcze” i sobie jakoś tam pożyje jeszcze 0-6 lat i umrze na raka zaćpany lekami przeciwbólowymi jak go stać, albo pod nóż i pożyje połowę zaćpany lekami przeciwbólowymi jak go stać. No przecież tego się nie wyleczy – cudów nie ma, na coś trzeba umrzeć.

            • Medyk Helwecki

              a widzisz jakikolwiek problem w inzynierii wstecznej co do lekow chemicznych? To nie mikroprocesor, ze sie nie da. Dzis patentuje sie wszystkie znane metody syntezy danej substancji a tego – zakazalbym -jak sie bawic to sie bawic.

              Co masz do szczepionek? Szczepionki to super przyklad bo… dzis ludzie z guglem widza ze to spisek i zla bigpharma

              Konserwatorow spoza branzy mozesz miec u siebie, w pegeerze masz miec przeglad stk i jest lista firm i nikogo nie niepokoi ze to zmowa kartelowa. Co do dentystow – dobre lozyska do turbiny czy mikrosilnika i dobre wiertla i juz po problemie. Zreszta akurat wiertlami handlowalem swego czasu

              Co do rakow to znowu upraszczasz zbytnio. To zalezy od hist-patu. Na zachodzie operuje sie wszystko bardzo chetnie bo sie z tego zyje – o tym w artykule. Myslisz, ze mozna tak po prostu pozwolic czlowiekowi w spokoju umrzec, jak mozna jeszcze zarobic na nim?

            • 3r3

              Mikroprocesor się da, z tym że tak jak z lekami – istotna jest masowa technologia produkcji, a reverse i budowa cząstek nic mi nie mówi jakie parametry ustawić na kotłach i chłodzeniu.

              „Myslisz, ze mozna tak po prostu pozwolic czlowiekowi w spokoju umrzec, jak mozna jeszcze zarobic na nim?”

              Ja po prostu nie naprawiam beznadziejnych przypadków, nawet jak mogę na nich zarobić.

            • Medyk Helwecki

              no widzisz, a w medycynie jest inaczej. Czym rozni sie pies obronny od anestezjologa? Pies przestaje walczyc gdy ofiara nie zyje. Tak calkiem psychologicznie to wielu lekarzy cierpi na syndrom Boga i nie chce przestac, kiedy juz nalezy przestac. Generuja przy tym ogromne straty.

              A z drugiej strony biurwokracja wymusza overtreatment – jak nie bedzie leczonka to nie bedzie tutaj Pan Chefarztem – maja byc wzrosty, synergie, wizje i cale to PRowe marketingowe bla bla bla.

            • 3r3

              „lepiej przez spolke corke Zajac sie generykami i miec pewne zyski”

              Właśnie dlatego poruszyłem temat produkowania rzeczy, które już są bez żadnych innowacji. I tak najlepiej schodzą tabletki od bólu głowy, ludzie żrą to jak groszki.

              „- chorzy otrzymywaliby tylko taką opiekę i lekarstwa na które ich stać.
              To takie troche korwinowskie.”

              Może i kurwinoskie, ale ludzie chcą się leczyć ze starości, a wypadałoby po prostu umrzeć a nie przeżerać zasoby.
              Żeby trzaskać protezy stawów trzeba się więcej nakicać nad obrabiarką niż przy produkcji dźwigów, podnośników i wózków widłowych. Ile podniesie dźwig, a ile dziadunio z wymienionym stawem – przytomności.

              „Ale to to kompletna bzdura i schizofrenia – piszesz ze niech wystawia rachunki jakie chce a potem podnosic stawke czyli z jjednej strony wolnosc i dowolnosc a z drugiej zakazy i biurwa bo ktos bedzie musial ocenic czy sa wyniki.”

              Pacjent najlepiej wie. Z dentystami jakoś to działa.

            • Medyk Helwecki

              a g..wno pacjent wie. Mozesz oferowac medycyne na swiatowym poziomie ale jak nie masz dobrego garnituru i ladnej recepcjonistki to jestes zerem. Ludzie lecza sie zludzeniami. Tylko psychologia. A ze wedlug amerykanskich badan 1/3 studentow medycyny jest zaburzona to oni walki o klienta – pacjenta nie Maja szans wygrac. A Taki bioenergoterapeuta wyslucha, w oczy popatrzy, nie wymadrza sie – jak mu nie zostawic tak z 1000CHF za dobra obsluge.
              On nie musi leczyc, nie musi pomoc – wystarczy ze wyslucha, ze potraktuje takiego powaznie – i wtedy sie zgadza. Wtedy ma dobra ocene. To, ze ona ma nic wspolnego z jego kompetencjami czy Evidence Based Medicine – kogo to obchodzi ?

            • 3r3

              Pacjent wie wystarczająco dobrze. Na pewno biurwa wie jeszcze mnie.
              Zresztą znam takie przypadki z domu, skończyć medycynę i chodzić do jakiegoś cud-wianki-terapeuty to jest szczyt w rozwoju leminga. Uważam że pacjent to najlepszy decydent – przynajmniej decyduje za siebie.

            • Medyk Helwecki

              Nie zgodze sie ze pacjent wie i moze ocenic jakosc leczenia – bo w tym siedze. Pacjent wierzy. Wierzy ze to potrafi. Wiara a umiejetnosc to co innego. Ja co Prawda umiem spawac jakies proste prety w Argonie bom samouk ale wierz mi- jakbym mial Tobie cos wykonac na jacht to Twoja wiara powinna przyjac wartosc dzielenia przez Zero.
              Byloby bardzo dobrze, gdyby pacjent wydawal swoje pieniadze – jego – niech wydaje na co chce. Ale urzednicy biurwy mowia – my wiemy lepiej na co wydawac wasze pieniadze a to chyba cos innego.

            • 3r3

              Pacjent ma ocenić swoje zadowolenie z usługi. A jakość pal diabli – płaci Ci kto za jakość?

            • Medyk Helwecki

              Mi nikt nie placi za jakosc. Mi placa za siedzenie tam do 18:30 i nic wiecej. No i za zadowolenie biurw -czy biurw w Pegeerze czyli szpitalu czy biurw w kasie chorych czy nadzorze kantonalnym. O jakosci sie mowi, zatrudnia dodatkowych konsultantow ds. jakosci, co maja 3x pensje taka jak ja, zamawia audyty i certyfikaty (by papiurek byl) ale nie bede Wam mowil co dzios znaczy papiurek bo zaczniecie sie smiac…

            • 3r3

              Jest jeszcze jeden problem – starości się nie leczy, na starość wypada umrzeć. A ludzie uparcie właśnie wtedy zawracają d lekarzom.

            • Medyk Helwecki

              Statystyki mowia ze wiekszosc srodkow z ubezpieczen to zuzywa sie w 2 ostatnich latachg zycia. Dlatego punkt widzenia zmienia sie jak cos w kolanku strzyknie.
              Realnym problemem jest overtreatment i dzika prywatyzacja. W zaleznosci od osrodka 1/3 do 2/3 operacji na kregoslupie jest bez wskazan ale nikogo to nie obchodzi. Ludzie lubia sie operowac a co zawsze pomijacie – bo wy inzynierowie – to psychologia i emocje. Przychodzi CEO szpitala na obchod i mowi do profesora – Pan wie ze nasze plany wzrostu zakladaja ze w tym roku bedzie wzrost zabiegow o 18% w stosunku do roku ubieglego bo gdzie indziej takie wzrosty sa osiagalne – prosze o to zadbac albo ktos inny o to zadba i fakty sie nie licza. Maja byc wzrosty to sa wzrosty, a ze to bez sensu to nikogo to nie obchodzi.

            • uberbot

              „prosze o to zadbac albo ktos inny o to zadba i fakty sie nie licza”

              Może trzeba wtedy odejść, gdzieś gdzie ktoś podziela Pańską filozofię, a nie żeby się tabelki zgadzały?

            • 3r3

              Sugerujesz żeby Niemcom czołgów nie ulepszać mimo że płacą?
              A „swoi” nie płacą, wypędzili – czołgi nam niepotrzebne krzyczeli, teraz my w nato – teraz pokój na wieki wieków krzyczeli.

            • uberbot

              Mnie by to nie przeszkadzało, gdyby mi nie przeszkadzało. Jestem patriotyczny wobec siebie. Może czołgi pojadą w drugą stronę….

              Ja wiem, że nam się tu łatwo pisze. Osobiście jestem ‚najemnikiem’ i niczym więcej w firmie. Za to mi płacą. Robię. Dawno pozbyłem się złudzeń czym to jest a czym nie. Taką mamy rzeczywistość jak się wyłączy TV i dobry PR i z tym trzeba handlować. I ja handluję. Każdemu polecam trzeźwo patrzeć, i nie lukrować. Podstawa do wyrwania się z tego więzienia. I potem doszedłem do wniosku, że łatwiej zmienić swoją lokację, niż mentalność tubylców. Tam będę gdzie mi dobrze, a nie tam gdzie Mickiewicz ćpun napisał, że mu się podoba i każdy ma tak myśleć.

            • Medyk Helwecki

              Ale na tym sie konczy ze w szpitalach jest negatywna selekcja i na stanowiska szefow przyjmuje sie cyniczne miernoty bo ludzie z zasadami nie wytrzymuja psychicznie – przychodza amatorzy planowania z lipnym MBA i robia cyrk -to tak jakbym ja poszedl do fabryki i zaczal planowac – bo dwa razy w zyciu widzialem CNC. Efekty tego mizerne by byly… Tu tez sa, ale w ukladach panstwowych to o pieniadzach sie duzo mowi i wyrzuca je lopatami do kibla…a nie oszczedza. Skoro ja to widze to znaczy ze jakies koty tluste po drodze sie najedza

            • 3r3

              A bo Ty myślisz że w przemyśle to ktoś by Cię słuchał?
              To się wszystko trzyma na tym, że Ci na podłodze specjaliści wiedzą lepiej i mają w d tych na górze bo lepiej od nich zarabiają, a zarabiają lepiej bo inaczej nie działa.

            • Medyk Helwecki

              Tylko ze w przemysle z reguly za fabryke odpowiada jej wlasciciel. Biurwy biurwami ale one sa tylko i wylacznie czynnikiem zaburzajacym homeostaze. Pracownik utrzymania w fabryce jak sie wk..wi to rzuci robote i jesli cos umie to bedzie jak za PRLu – w czwartek zapil i go wywalili, w piatek mial robote w innej firmie i jeszcze lepsze fuchy.

              W medycynie to nie dziala bo podaz jeleni zbyt duza. Latwiej znalezc lekarza niz kasjerke na kase. A stopien ubiurwacenia roboty jest tak wielki ze jakby polowe lekarzy…no coz, powiem o mojej pracy. W mojej pracy jest 14 lekarzy – przez 80% czasu sie opierdalamy bo robimy robote biurw i statystyki, plany, do nowych misji i nowych targetow. Takie pseudo korpo. W kazdej normalnej firmie nikt by nas nie potrzebowal. Tak tyle. Zalozmy ze z tych 80% czasu na biurwokracje z 10% biurokracji jest sensownej -czy do celow statystyki klinicznej ( nie wszystko co papiurkowe jestr zle) czy do celow leczenia i prawnych oraz rozliczen z ubezpieczycielem. Niemniej 70% papiurkow ktore robimy jest bez sensu i przyzczynia sie tylko do niszczenia srodowiska i marnotrawienia cennych zasobow. Jednak – powtarzam – tak chce biurwa a slowo biurwy w Helwecji to swietosc.

              No ale ja musze troche pokory i szacunku do klienta bo wlasnie moim klientem i Panem jest biurwa. Gdyby nagle tak wyrzucic te 70% tej biurwokracji to z nas 14 lekarzy na oddziale – zadanie z matematyki dla klasy I – podstawowki – ilu by bylo potrzebnych?

              No ale wszyscy udaja ze ma byc jak jest. No i sie kreci. Dotacja roczna od biurw na jedno miejsce pracy w tym kantonie gdzie pracuje wynosi 90.000CHF – uwaga – kolejne zadanie z matematyki dla pierwszoklasistow – czy na sekretarke medyczna czy inna biurwe, ktora zarabia jakies max 6000 CHF miesiecznie i trzeba jej zaplacic ze srodkow wlasnych PGRu – warto wydawac pieniadze ? To juz lepiej poprosic biurwe o dotacje na ksztalcenie lekarzy i zagnac ich do malowania trawy na zielono. Sa tansi. A i nikt nie podskoczy bo umowy o prace sa tylko 12 miesieczne i jak cos powiesz to nikt tu pod pistoletem nie trzyma…

            • 3r3

              Tym się właśnie różni sztuka od nauki 🙂

            • Medyk Helwecki

              dlatego juz wiele lat temu sie polapalem ze to ze gdzies z organizacja procesow jest powiedzmy stan znany z rzymskich lazni to znaczy ze tak ma byc. Bo gdzies w tym balaganiku chodzi o to zeby mleko sie rozlalo i zeby kocury mogly sie napic.
              Niemniej System potrzebuje jeszcze murzynow a ze ludzie w grupie poddaja sie autorytetom to mamy stada baranow prowadzonych przez lwow. Problem jest znacznie wiekszy gdy na czele stada lwow bedzie baran . A najczesciej jest tak ze baranami przewodzi inny baran.
              Ja dzis tutaj sie obijam ale to nie sztuka,Sztuka jest wyciagnac z tego balaganiku cos dla siebie – zeby moc sie tu nie od razu najesc ale nauczyc jak jesc na przyszlosc. Jestem tu wsrod owiec wiec becze biurwie na rozkaz. Co naprawde mysle i sie ucze to dla mnie bezcenne.

            • gruby

              Dokładnie to próbuję wyjaśnić. Gdyby to pacjent płacił za leczenie to skakałbyś dookoła pacjenta. Ponieważ płaci biurwa to biurwa wymaga. I dlatego skaczesz dookoła biurwy.

              Oczywiście, że nie potrzeba tylu lekarzy. Nie potrzeba również tylu rezonansów ani tylu aparatów Röntgena ani tylu ciśnieniomierzy. Ale do tej rewolucji trzeba byłoby najpierw rozwalić system powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego i zastąpić go zwykłym, prostym, działającym kapitalizmem. W kapitalizmie katar właściciela fabryki leczony jest przez ordynatora a złamana noga pracownika fabryki przez stażystę. Chyba, że właściciel fabryki zdecyduje się swojemu pracownikowi sfinansować porządną kurację u drogiego (tłum. na j. polski: znającego się na swoim fachu) lekarza albo pracownik sam obliczy, że złożenie nogi u ordynatora bardziej mu się opłaca (powikłania w przyszłości to brak wypłaty w przyszłości, analiza ryzyka inwestycyjnego się kłania).

              Idziesz do dentysty i on mówi Ci ile jaka plomba kosztuje i ile wytrzyma. Potem są korony, mosty, implanty i tak dalej. Wszystko ma swoją cenę oraz swój przewidywany czas działania. Liczysz sobie zatem TCO, liczysz lata pozostałe Ci na tej planecie i czasami zdecydujesz się na amalgamat, czasami na koronę a czasami na implanta. Pozostałe gałęzie medycyny również mogłyby działać w ten sposób.

              Ten „sposób” to nic innego jak podaż i popyt sterowana ceną.

              Widziałem raz w telewizorze – i nie mogę do dzisiaj w to uwierzyć – reportaż z operacji wykonanej na otwartym sercu w Chinach. Operacja jak operacja, pikawa sobie w klatce piersiowej zasuwała tak jak powinna, jedynie coś tam było poprawiane w systemie kanalizacji okołopikawkowej. Szokujące było to, że pacjent podczas tej operacji był przytomny, rozmawiał z lekarzami i nie miał żadnego znieczulenia chemicznego.
              Wyjaśnienie: znieczulony został igłami na własną prośbę a zdecydował się na tą formę znieczulenia bo jest dwa razy tańsza niż zachodnia chemia.

              Pytania: dlaczego zachodniej medycynie wydaje się, że wszystkie rozumy sama pozjadała ? Dlaczego koncentrujemy się na chemii i leczeniu poszczególnych zepsutych części a nie interesujemy się energią i efektami zaburzeń w jej przepływie pomiędzy poszczególnymi częściami ciała ? Może dlatego, że chemię chronioną patentem można z takim fantastycznym przebiciem sprzedać a igły ani miejsca jej wbicia w splot nerwowy opatentować się nie da ?

              PS. To nie są zarzuty w stronę Twojej osoby – to system jest skopany, a nie lekarze.

            • Medyk Helwecki

              znowu sie nabierasz. Ja zrobilem kilkanascie wiekich narkoz z jelitami na wierzchu, wielkimi resekcjami watroby bez spanka, pacjent byl przytomny….to dla laika wyglada ze to takie naturalne. Pacjent nie musi spac w zabiegu -ma nie odczuwac bolu. Zawsze jak mielismy hipnoze -zawsze szla Sufenta. Nie trzeba mleka Michaela Jacksona… A i niektore duze operacje Ida na PDK Kateterze i czarowniku Voodoo. Nie da sie zahamowac ukladu autonomicznego i przewodzenia bolu droga unerwienia autonomicznego ze splotow autonomicznych jak i trzeba zablokowac reflleksy wlasnie wynikle chociazby z manipulacji na naczyniach etc.
              Co do leczenia pacjentow tak prywatnie to sie oplaca coraz mniej . System ewoluowal w kierunku masowosci i biurwa jest jego skladnikiem nalezacym do inwentarza.Na leczenie indywidualne to sobie moga pozwolic nieliczni freelancerzy bez wielkiego zaplecza ktorzy zamiast czeladnika potrzebuja sekretarki lub pielegniarki i nie zrobisz tam ani laparotomii ani czegokolwiek powaznego. Pomysl ten paradoksalnie ktory proponujesz bylby bardzo popierany przez biurwy. Co Prawda skrocilibysmy srednia zycia ale ile srodkow dalo by sie zaoszczedzic a juz biurwa by wiedziala jak je wydac zatrudniajac kolejne biurwy.Lekarzom z mainstreamu ktorzy w medycynie sa nikim – bo to branza gdzie nie liczy sie to co wiesz i umiesz a kogo znasz i z kim spisz i czyim synem jestes to nie osiagniesz za wiele. Jesli chcesz cos robic to masz stres. Pacjentom sie wydaje ze Tobie placa. A jak policzysz swoje koszty to juz nie jest rozowo. Bo bedac freelancerem z Praxis czyli Selbstständig to jestes selbst oraz ständig. Twoim problemem jest wtedy zapchany kibel. Z biurwa zyje sie calkiem przyjemnie ale o tym w innym punkcie jak napisze artykul

            • uberbot

              Nie wygrasz z tym zatem.

              I mniemam, że dlatego tu jesteśmy na tym blogu. Żeby sobie wystrugać coś w zagrodzie, jakieś koło ratunkowe chociaż.

            • Medyk Helwecki

              Dzis pieniadze robia jednostki sprzedajace zludzenia, najpierw banda kocurow musi Cie zaakceptowac abys mial mozliwosc podejsc do miski bbo jak jêstes usländer to mozesz miske tylko widziec. O Doktorat staralem sie 29 razy i mi odmowiono bo nawet jeden mi powiedzial – nie pomagam obcokrajowcom. If You can beat them join them…no nie bardzo wychodzi. Wiec szukam niszy. Jak ten szczur okretowy co go w kabinie zatluka ale juz w latrynie ma swoja nore…

            • PawelW

              @medykhelwecki:disqus A nie oplacaloby Ci sie u polnocnych teutonow pokombinowac? Tam tez jest od pewnego momentu szklany sufit, ale sa mniej ksonofoficzni….

            • Medyk Helwecki

              tam jest jeszcze gorzej bo biurwa najczesciej jest pielegniarka a one do lekarzy to maja jeszcze animozje. W SE to prawie kazda w HR czy wyzej to pielegniarka….

            • 3r3

              A w związkach to dopiero jest narobione 🙂
              Pielęgniarki (mam w rodzinie) są celowo antagonizowane do lekarzy. Wręcz strukturalnie jest taki konflikt tworzony.

            • Medyk Helwecki

              Pielegniarka na zachodzie czy w Helwecji to swieta krowa. W Szwajcarii mamy dwa terminy – znüni i zvieri -czyli jedzonko przed 9ta a potem 16:00. Oczywiscie fizjologia rzadzi – jak sie o 9 rano zje to przyjemny wyrzut insuliny i spac sie chc epotem a juz o 12:30 przerwa obiadowa jak milo – jak chcesz cos zrobic i popwiesz prosze umyc pacjenta do badania -i powiesz to przed 10:00 to masz awanture bo jeszcze znüni nie dobrze przetrawione. Jak powiesz pozniej niz o 11:15 to afera bo przeciez za chwile jest obiadek …

              Raz o 09:20 mialem reanimacje i patrze – jedza i mowie – Achtung jetzt schluss REA – na co slysze – Wir essen doch !!! a ja mowie – REA – no wiec jak dodalem – jetzt aber gschwind erledige …to sie ruszyly. Ale jak podpadniesz pflege to dni pracy policzone. Bo ze wzgledu na niedpoasowanie wartosci do misji i wizji out. Wiecie ze przez lata pracy w medycynie nikt nie sprawdzil czy ja cokolwiek umiem, czy ja wiem jak dziala chociazby aspiryna… Mam papiurek wiec jest ok.

            • gruby

              „O Doktorat staralem sie 29 razy i mi odmowiono bo nawet jeden mi powiedzial – nie pomagam obcokrajowcom.”

              Doktorat można zrobić za granicą. Po drugie: kiedyś myślałem, że tytuł przed nazwiskiem do czegoś zobowiązuje. A potem usłyszałem jak profesor genetyki stwierdza ex caethedra że teoria ewolucji to tylko teoria. A to nie był jakiś sobie profesorek z coolu, lecz tatuś byłego wicepremiera, opoka polskiego ruchu narodowo-katolickiego.

              W Niemczech odstrzelono bodajże trzech posłów w tym nawet dwóch ministrów rządu federalnego z paragrafu „plagiat doktoratu”. Odpuść sobie doktorat, szkoda Twojego czasu.

              Jeśli tyle lat tu żyjesz to kup sobie Stgw90 i przejdź się z gratem na strzelnicę. Zabawa jest boska a umiejętności tam nabyte są bardzo konkretne. Weź bowiem pod uwagę, że wszyscy sąsiedzi którzy ewentualnie mogliby zaatakować Twoją Szwajcarię szkolą swoją piechotę do walki na 200 metrów. Szwajcarzy standardowo używają 300 metrowych strzelnic, na 300 metrów także wyważony jest „Gw Pat 90”, co w razie czego daje Ci przewagę całych stu metrów. Na mniej metrów nie ma sensu marnować tej amunicji, bo pocisk ten potrzebuje 150 metrów, żeby się balistycznie ustabilizować.

              Jak już wlazłeś między wrony … sam napisałeś wcześniej, że armia jest w tym kraju święta. No to daj się im poznać z tej lepszej strony. Założę się, że jako lekarzowi ręce Ci nie drżą.
              Fajnych ludzi można przez to hobby poznać.

            • Medyk Helwecki

              Mam w Domu FN fiveseven, Zona ma swoj sluzbowy pistolet od Sig arms dla oficerów.

              Doktorat muszę zrobić aby był papierek dla biurwy bo inaczej to lipa ale o tym to wszystkim w artykule. Napisze do niedzieli i dam autorowi do edycji

            • Medyk Helwecki

              W PGRze jest wiecej logiki i planowania procesow przemyslowych niz sie mogloby wydawac. W produkcji czegos nie musisz miec kontroli nad wszystkimi etapami produkcji podzespolow – najwazniejsze jest abys zachowal totalna kontrole nad produkcja kluczowego elementu.

              Doktorat musi byc zrobiony w Helwecji -to papiurek. Wiekszosc obecnych karierowiczow to ma doktorat z zawartosci ilosci Eschewrichia coli na 1 listku papieru toaletowego albo z historii medycyny. Doktoraty ktore nie wnosza niczego ale jest papier a papier to obiekt kultu.

            • 3r3

              W Oresundzie znaleźli łódź podwodną (prywatną) – zgubiła się kilka dni temu. Strugają ludzie rzeczy w szopach.

            • uberbot

              Dobra sprawa. Zacnie, że łódź powstała. Choć to jakiś crowdfunding również, więc nie tak potajemnie. Da się. Szkoda, że pani się zgubiła, bo to zawsze problem w takim przedsięwzięciu (i w ogóle, że się gubią…) i pretekst do represji. Nie do końca łapię, że jest zatrzymany za morderstwo. Brzmi absurdalnie….

              Dziwnym nie jest. Za niedługo usłyszymy, że ktoś zbudował rakietę i wystrzelił coś w kosmos. Bez pomocy ‚Sowietów’. I nie chodzi o Ilona.

    • wzwen

      @gruby
      „Źródłem choroby systemu opieki zdrowotnej są:[…]
      – monopol państwa na rejestrację leków”
      To w tej Szwajcarii macie jednak wolność. W takiej Polsce jest monopol na to co ja sam sobie mogę kupić i łyknąć. Bez dokumentu od lekarza (recepty) nie mogę sobie kupić amoksycyliny, bo mądrzejsi ode mnie ustalili, że mi to nie wyjdzie na zdrowie.

      @Medyk Helwecki
      „Przychodzi CEO szpitala na obchod i mowi do profesora […]”
      Wielu pacjentów uważa, że ma robić to co im lekarz karze, więc sami sobie winni. Szkoła przygotowała ludność do słuchania autorytetów, to autorytety z tego korzystają.

      • uberbot

        Internet rozwiązał ten i wiele innych problemów. Można kupić wszystko legalnie z receptą i błogosławieństwem. Nie kupowałem, bo jeszcze nie miałem potrzeby ALE następnym razem na receptę sprowadzę z neta, bo wiem co potrzebuję, koszt 199PLN, a sama wizyta u GP tutaj 60E.

        Nie piszę tego, żeby Cię obrazić, ale sam jestem zaskoczony jak wiele rzeczy jest dostępnych……….

        • Medyk Helwecki

          mozna kupic legalnie ale ja bym sie nie pokusil. Mialem wielu klientow zdekompensowanych ze kupili Cialis czy Sildenafil i nie dziala. No mial nie dzialac ma nie szkodzic. Ci bardzo aktywni to przestali kupowac w Tajlandii bo tez nie dziala a ja im mowie ze to psychogenne bo dzis wiekszosc syntezy robi sie przeciez w Malezji i Tajlandii zeby bylo taniej i biurwy o normy sie nie czepialy srodowiskowe,.

      • Medyk Helwecki

        Ale akurat w Szwajcarii tez nie kupisz amoksycyliny a malo tego – nawet jest podobnie jak w UE cena urzedowa. Malo tego, od marca nie wolno Tobie kupic jej sobie w UE i poprosic kase o refundacje. O tym w innym poscie jak napiusze artykul.

        Szwajcaria to jest Panstwo tak policyjne, ze przy nim PRL to byla oaza wolnosci. Tutaj wiele rzeczy jest w bardzo dlugich bialych rekawiczkach i ten kraj to Somalia z Public Relations cywilizacji. Owszem, z AKMS nikt nie biega jeszcze

  • gruby

    Trzeba to jednak było podzielić na trzy teksty. Bo dwie przerwy na kawę to za mało, żeby to wszystko wchłonąć. Skoncentrowana forma powoduje dodatkowo, że ten sam stuff rozcieńczony przerywnikami i wykresami wystarczyłby na połowę semestru „podstawy przedsiębiorczości” na lepszej wyższej uczelni.

    Tyle, że na uczelniach tego nie uczą, bo na uczelniach siedzą dziadki które nigdy jeszcze na targowisku nie sprzedały ani jednego własnoręcznie wyprodukowanego pęczka pietruszki. I dlatego naród rozdziawia gęby kiedy dowiaduje się, że przed końcem następnej kadencji bedziem strugać sobie elektryczne automobile.

    PS. Na serio poddaję Ci pod rozwagę, żebyś zastanowił się nad wydaniem Twoich tekstów w papierowej i zszytej formie. Nie o kasę chodzi, a o przechowanie i dystrybucję tej wiedzy. Szkoda, żeby zniknęła kiedyś w odmętach backupów rpisa.

    • Eltor

      Hehe, koncepcję książkową już dawno postanowiłem ogarnąć. Backupuję sobie teksty @3r3 na dysku i mam zamiar dać je później do ładnej, artystycznej oprawy. Będzie to najwartościowsza pozycja na półce. 🙂

      • 3r3

        Koncepcja jest taka, żeby teksty „mainstream” oprawiać w skóry niemieckie, a „po pracy” w rosyjskie, na inne tagi też wrogów się znajdzie cała planeta 😀

    • 3r3

      Zamiast podzielić:

      Oczekujące na publikację
      13 Sie, 09:00 Szacowanie – skalowanie

      Potem będzie przerywnik rasistowski, żeby tak za poważnie tu nie było. Potem kwestie praktyczne, które wynikły z serii spotkań z czytelnikami przy okazji związane z praktyczną częścią sprzedaży towarów (wprowadzenia ich do obrotu). No i wrócę do tego szacowania bo to jest dość istotny temat wskazujący dlaczego rozwój firmy nie zawsze ma sens – dla większości ludzi żadnego.

  • gruby

    medyk ma rację, jakkolwiek weź pod uwagę, że szwajcarskie rolnictwo jest zacofane. Do tej pory jeżdżą na przykład traktorami z lat 50 ubiegłego wieku, które często mają umieszczone wazoniki przed chłodnicami. W tych wazonikach wożone są kwiaty świeżo zerwane na polu dla pani domu.

    To nie to samo co w Niemczech, gdzie na przykład trzyletni traktor potrafią oddać za półdarmo. Tylko że jak popatrzysz na stopień jego zużycia to okazuje się, że przez trzy lata traktor ten pracował średnio 22 godziny na dobę, więc kupujesz zużyty złom. Życie chłopa przebiega w Szwajcarii w zwolnionym tempie, w zwolnionym tempie zużywa on również swoje maszyny. A jak coś działa, to raczej tego nie sprzedaje. Bankructw też jest mało, bo rząd dba o swoich rolników więc okazji na rynku maszyn rolniczych jest niewiele.

    Jeśli naprawdę chcesz jakąś okazję upolować, to niestety ale najpierw musisz zaprzyjaźnić się z miejscowymi, fondue z nimi w ich wioskowej knajpie zjeść i u nich tam we wsi zamieszkać. Wtedy zyskujesz dostęp do rynku z okazjami, które nigdy nie trafiają do internetu. Do internetu trafia złom, który się sąsiadom nie przyda. Najlepiej łapią się na to turyści z Chin, którzy płacą każdą cenę, szczególnie jak mogą zrobić sobie zdjęcie trzymając ten złom w rękach z górą, jeziorem i flagą w tle. Cepelia znaczy się.

    A na koniec: jeśli importujesz złom ze Szwajcarii do Unii to musisz na granicy zapłacić VAT.

    • Medyk Helwecki

      rolnictwo szwajcarskie to nawet ze wzgledu na produktywnosc i rozdrobnienie bardziej w XIX wieku niz XX. To jednak jedna z dwoch swietych krow – rolnictwo i armia. Rolnictwo zyje z dotacji a nie rolnictwa , niby mleko w skupie po 0,61 CHF ale nikogo to nie obchodzi. Armia tez marnotrawi super pieniadze, ostatnio wyrzucono Chefarzta der Armee czyli naczelnego lekarza armii bo ow zaplacil za kolacje w luksusowym hotelu jednorazowo 90.000CHF a rocznie kilkasettysiecy i git.
      Po drugie – kulturowo – Szwajcarzy to nacjonalisci i nie znosza usländerow. O ile w korpo w Zurychu czy w Basel nie moga sobie pozwolic na cokolwiek tak w takim Panstwowym Gospodarstwie Rolnym w ktorym obecnie pracuje to juz jest inaczej. Pracuje w szpitalu i mam nawet nazwisko od zony i nawet juz obywatelstwo ale jak sie moi lekarze doweidzieli ze^ja usländer ( obywatel szwajcarski to Schwiitzer a naturalizowany to paiiirschwiitzer to sie zepsulo i mi jeden nawet powiedzial zebym z usländerami jadl obiad).
      Dla Szwajcarow wszystko co nieszwajcarskie to syf, Nawet mowia gut, besser, schweizerisch. Z zakupami czegokolwiek od obcokrajowca to roznie moze byc.
      Mentalnosc Szwajcarow to temat na habilitacje, nawet szynka szwarcwaldzka ktora tu w Migros jest ( Szwarcwald jest w Niemczech) to ma na etykietce Szynka szwarcwaldzka z Niemiec, mieso szwajcarskie. Zdarzaja sie czasami kwiatki typu Avokado pochodzenie Szwajcaria albo banany,

      • gruby

        „rolnictwo szwajcarskie to nawet ze wzgledu na produktywnosc i
        rozdrobnienie bardziej w XIX wieku niz XX. To jednak jedna z dwoch
        swietych krow – rolnictwo i armia. Rolnictwo zyje z dotacji a nie
        rolnictwa , niby mleko w skupie po 0,61 CHF ale nikogo to nie obchodzi”

        Wściekłe krowy przeszły bokiem. Ptasia grypa polegała na tym, że kury nad Jeziorem Bodeńskim zagoniono do kurników i trzymano tak długo pod kluczem że zaczęły z tęsknoty za robakami gdakać. Skandal z wołowiną z koniny Szwajcarzy oglądali w telewizorze turlając się z Niemców ze śmiechu („jak można być tak skąpym, tak głupim ?”).

        Jajka skażone środkiem przeciw pchłom to też nie jest szwajcarski problem, chyba że kupujesz w Migrosie najtańsze jajka importowane z Holandii.

        Na początku jeszcze jeździłem do Niemiec po mięso, bo tańsze. Ale kilka razy dostałem tak śmierdzącą chemią padlinę, że teraz mięso kupuję już przeważnie na miejscu.

        Bądźmy szczerzy: może i miejscowi chłopi są rozdrobnieni, może są zacofani, może są nieproduktywni. Ale przynajmniej jakość się zgadza. I chyba warto za to dopłacić, niż regularnie dowiadywać się z telewizora czego akurat w tym tygodniu jeść nie wolno.

        • Medyk Helwecki

          Ale każdy kto myśli to jezdzi do UE po zakupy. No owszem,jak jestem w Piemoncie to lokalne produkty kupie. Czy suszona wołowinę od lokalnego szwajcarskiego chłopa na przeleczy Simplon.
          Mleko od krowy samemu udojonej na lace alpejskiej z ktorej widac Santis czy Jungfrau to co innego. Pachnie nawet inaczej. Ser z Biosphaere Entlebuch ( Schupheim) to nie koncern Emmi.
          Mi chodzi upelnie o co innego. O ich ksenofobie i schizofreniczne podejście. Uslaenderow się nie lubi,szykanuje a jak się dobre rozejrzeć to niedługo Hunzikera czy innego rodowitego Helweta nie będzie można znaleźć.

          • gruby

            „Mi chodzi upelnie o co innego. O ich ksenofobie i schizofreniczne
            podejście. Uslaenderow się nie lubi,szykanuje a jak się dobre rozejrzeć
            to niedługo Hunzikera czy innego rodowitego Helweta nie będzie można
            znaleźć.”

            A ja ich tam rozumiem. Zobacz co dzieje się w PL, jaka już teraz jest nagonka na obcoplemiennych. Zastanów się, jaka byłaby nagonka, gdyby 50% mieszkańców Polski była obcokrajowcami, jak już dziś ma miejsce w Szwajcarii.

            Szwajcaria składa się bowiem z 4 mln Szwajcarów, dwóch milionów obcokrajowców naturalizowanych („papierli Schwyzerli”) i dwóch milionów obcokrajowców z obcokrajowcowatym paszportem. Żeby miejscowi w swoim własnym domu stali się mniejszością … nie dziwne, że się burzą. A już szczytem wszystkiego są murzyni broniący barw Szwajcarii na mistrzostwach świata w lekkiej atletyce …

            • Eltor

              „Żeby miejscowi w swoim własnym domu stali się mniejszością … nie dziwne, że się burzą.”

              Kiepski to moment na burzenie się, bo już jest za późno, by ten stan rzeczy zmienić.
              Mogli się burzyć na początku, gdy jeszcze było po co.
              Chiny mają od 2012 dość restrykcyjne przepisy dotyczące obcoplemiennych i ewidentnie tworzone zgodnie ze wskazówkami płynącymi ze zdrowego rozsądku. I nikt im nic nie piśnie nawet.

            • Medyk Helwecki

              Ale oni chca byc mniejszoscia, tu w Helwecji. Uwielbiaja sie germanizowac. No i nierobom tutaj bardzo slodko. Ciekawe kiedy sie ten helvetic dreams skonczy.

            • Medyk Helwecki

              Szwajcarzy sie germanizuja. Niby sie robi z Niemcow zarty niczym polish jokes w USA ale naboznie z szacunkiem mowi sie o nich obywatele najwiekszego polnocnego kantonu. Ja bedac Papiirschwiitzer i majacy jeszcze troche problemy z Mundartem bede dla nich zwyklym schiis usländerem mimo zony i tego co mam. Dla nich wyparcie jest najwazniejsze, dla nich Polska to syf niczym Moldawia a jak im pokazesz np. filmiki z Warszawy czy Wroclawia to mowia ze to fotoszop bo PL to syf bo tak jest i juz.
              IMHO Helwetom przydaloby sie troche pokory. Tu dulszczyzna bo o ile chlop z St. Gallen traktuje nas jak ludzi to zuryskie elity snobow z Davos czy St. Moritz to uwazaja ryczaltem nas za podludzi. Dopoki jeszcze jest jakas kultura korporacyjna to nikt nie pisnie ale w branzach gdzie jest biurwa i Kanton to sobie na wszystko potrafia pozwalac,
              Szwajcaria ma jedna najwspanialsza rzecz na swiecie. PR

            • PawelW

              @medykhelwecki:disqus Czyli nie postapilem znowu tak glupio, ze na razie zostalem w Bayernie i nie przenioslem sie do Helwetow… juz Bayuwarowie sa ksenofobiczni… to w Szwajcarzy to bylaby dopiero heca 🙂

            • Medyk Helwecki

              To zależy bo w firmie gdzie wszyscy od Ceo w dół Amerykanie to oni grzecznie nie pisną nawet. W branży gdzie pracują w IT czyli Rosjanie i Chińczycy tez cichutko. Bo obecnie to praca szuka tych specjalistów a nie oni prace.

              Natomiast w państwówce gdzie o pieniądzach się dużo mówi a łopatami je wyrzuca do kibla to bywa różnie, ja dziś np w szpitalu należącym do kantonu to ze względu na panujący burdel przepracowałem uczciwie 15 minut, nie więcej. Jakbym zaczął pokazywać ze można pracować inaczej i lepiej to byłbym pierwszy do zwolnienia. Tu w Szwajcarii autorytet biurwa ma tak ogromny, ze byliby wzorowa republika rad gdyby im to zapodać. Tu urzędnik to świętość i byt absolutny. Nie ma dyskusji

            • PawelW

              A jak wyglądają przemysł budowy maszyn, urządzeń elektromechanicznych, inżynieria mechaniczna, konstruktorka… względnie projektleiterzenie w tych dziedzinach?

            • Medyk Helwecki

              no maja swoje ETH w Zurychu i to trzyma poziom. Maja ogromna – powiem ze ogromna branze zbrojeniowa i nie tylko Swiss Arms bo w takim np. Thun jest w Kantonie Bern ogromna produkcja amunicji. Ich studenci czesto zamiast pracujac w McDonalds skrecaja czesci zapalnikow – z jakichs powodow wymaga to pracy ludzkiej a nie maszyny. Maja swoje ABB, Stadlera. O reszte pytaj tych co sie na tym znaja, bo ja widze tylko pacjentow – jak zaczne sie wypowiadac o branzach o ktorych nie mam pojecia to wyjdzie tak jak autor wypowiada sie o opioidach – zaraz zaczne opowiadac ze frezarka , wyrzynarka, tokarka i wiertarka to to samo bo ma silnik elektryczny i lozyska.

              Zauwazylem jednak w swojej psychuszce ze Ci od produkcji amunicji czesto sa naszymi klientami,

            • gruby

              „IMHO Helwetom przydaloby sie troche pokory.”

              Wystarczy odwrócić im kierunek imigracji. Bo jak na razie to do nich walą a nie od nich wieją.
              Dlatego wydaje im się, że Szwajcaria to hoho. I na razie ogólnie mają rację, choć czasami kiedy rozmawiamy o korkach w ich aglomeracjach to rozkładam ich stwierdzeniem, że w Wiedniu metro kursuje co dwie minuty. Przyzwyczajeni do przepełnionego S-Bahna raz na pół godziny stają się nagle mało rozmowni …

    • Mati

      Z jednej strony tak, ale z drugiej potrafią mieć czasami tak
      skomplikowany sprzęt rolniczy, ze nawet w DE go nie widziałem , a ich transport ciężki i kompletacja tych maszyn to już majstersztyk. Jak
      przeglądam te portale to rzeczywiście w większości złom. Czyli tak jak wszędzie
      – trzeba siedzieć na miejscu i trzymać rękę na pulsie.

      Pozdrawiam.

      • gruby

        „a ich transport ciężki i kompletacja tych maszyn to już majstersztyk.”

        Pierwszy samochód w Szwajcarii ściągałem z Niemiec, bo taniej. A potem zobaczyłem, jakie różnice w wyposażeniu mają egzemplarze przeznaczone na rynek szwajcarski. No i teraz kupuję miejscowe, to znaczy używane sprzedawane jako nowe na miejscu. Ceny się w międzyczasie po obu stronach granicy pi razy drzwi wyrównały ale wyposażenie tego samego modelu na północ od Renu jest przeważnie tragiczne.

        • Medyk Helwecki

          Ja kupuje na firme nowe i po pierwsze to cena zakupu brutto z rabatem jest niższa niż w PL a po drugie mój czas. Nawet gdyby auto było 20 % tańsze to mój czas kosztuje i wtedy bujać się z biurwami..a po co?

  • D D

    to jak to w końcu było? Czy szwedomvSzwedów udało się wyprodukować broń A czy też nie? Jeśli ta technologia jest taka droga to moze jją rozwiniętą do pewnego poziomu komuś odsprzedali?

    • 3r3

      Wyprodukowali zapalniki, skalibrowali sprzęt wybuchami testowymi, brakło im skali przemysłu do wyprodukowania głowic w takiej liczbie jakiej potrzebowali do programu badawczego o zbrojeniowym nie wspominając.

      • D D

        Tzn ani jednej głowicy nie wyprodukowała? A taki Pakistan wyprodukował choć wydaje mi się ze tam nie ma przemyslu. CIEKAWE co zrobili z tymi wszystkimi gra tami bo jak byli tak blisko to przecież mogli część tej techno logi sprzedac

        • 3r3

          Szwedzi nie robili programu sami – część instalacji (ciężka woda-produkcja) była wcześniej przez Niemców zbudowana w Norwegii. ponadto ich było wtedy tylu, że mężczyzn w wieku poborowym było mniej niż Pakistan miał armii pod bronią.

          W Pakistanie przemysł jest, ma niskie wysycenie na olbrzymią liczbę mieszkańców, ale górnictwo – wydobycie rudy uranowej można prowadzić nawet gołymi rękoma. Po prostu górnicy umierają, ale niewolnictwo cuda może zdziałać. To wyłącznie kwestia skali dlaczego małe państwa nie są w stanie utrzymać arsenału jądrowego (już pal diabli produkcję, ale utrzymanie).

          • Medyk Helwecki

            Norsk Hydro…ale przecież jeszcze trzeba zrobić czy instalacje z wirowek do separacji heksafluorku uranu…no i to troche powierzchni zajmuje i deczko prądu zużywa..a separacja w polu magnetycznym to know how którego nie było. Nie lepiej um byłoby z yellow cake pokombinować z reaktorem powielajacym i zrobić od razu nie zwykla z 235 u a z Plutonem…i ewentualnie troche paliwa fuzyjnego dac z deuterku litu… Ericsson by pewnie cos umial, dziś pozarty przez Huawei

            • 3r3

              Po pierwsze wirówek wtedy jeszcze nie było, a po drugie oni chcieli plutonowe robić, bo uranowe jest za trudno. I zbudowali sobie przemysł energetyczny żeby to zasilić, zapalniki, narzędzia i zbankrutowali.

            • Medyk Helwecki

              Dlaczego uranowe z uranu 235 jest zbyt trudno – majac juz wzbogacony do 20% U 235 mogli powtorzyc budowe Little Boya – tylko material rozszczepialny miec w odpowiedniej ilosci i reszta to prymitywna pod wzgledem budowy jak i wydajnosci bron.

              W przypadku schematu Ulama Tellera potrzebujesz silnego zrodla neutronow. Inicjator polonowo-kiurowy.. Synchronizacja mechanizmu implozji do osiagniecia masy krytycznej jak i sama konstrukcja reflektora neutronow jest o wiele bardziej skomplikowana…

            • 3r3

              A ten wzbogacony do 20% to niby skąd mieli mieć? Z kopalni?
              Litlle Boy był z materiału cedzonego przez Niemców przez 20 lat rzutnikiem gazowym. Zużyli na to prawie tysiąc ton surowca i uzyskali tyle że na jednego niuka było za mało.

              W USA przemysł zaangażowany w produkcję dwóch bomb z trofiejnych materiałów angażował więcej ludzi niż w Szwecji dwadzieścia lat później mieszkało. Ja wiem że ludziom trudno sobie wyobrazić że tego nie robi się w szopie, przemysł i ilość energii potrzebnej do produkcji niuków to są astronomiczne liczby.

            • Medyk Helwecki

              Oficjalnie to Yellow Cake do Little Boya bylo z Afryki, z uranonosnych piaskow Namibii. Namibia miala epizod kolonizacji niemieckiej. Wirowki gazowe do separacji heksafluorku uranu swoje zuzywaja a ze proces trzeba powtarzac to separacja za pomoca wirowek to droga impreza. Energii zuzywa tyle co milionowe miasto.

              Fermi zrobil reaktor na boisku. Niemcy i Niels Bohr…a Kurczatow i pozniejszy RDS-2 ?

              Ladunki implozyjne top marnowanie materialu. A Pu mozna sobie przeciez z wypalonego paliwa zrobic droga ekstrakcji. Tylko trzeba miec kim bo know how. Czyli znowu nie taka prosta sprawa.

            • 3r3

              Zanim powstały pierwsze reaktory, w których powstał pierwszy pluton to droga była długa jak od mleka i acetonu do kompotu.

              Uran wydobywano nawet w Polsce. Niemcy masę materiału przez zwężki przepuścili i masę namarnowali, a później jankesi robili to samo, zanim w latach siedemdziesiątych elektronika analogowa pozwoliła na jakieś sensowne sterowanie wirówką.

              Jak kogoś interesuje taki głęboki temat to sam sobie podrąży. Zaznaczam, że dziś jest łatwiej niż było na początku lat siedemdziesiątych małym krajom na zadupiu. Wtedy nikt nie spodziewał się, że dowalą 104% podatki i na program nuklearny i tak nie starczy.

            • Medyk Helwecki

              Wydobywano w Kowarach. Obecnie madrzy analizuja oplacalnosc ewentualnego pozyskiwania Uranu z wody morskiej, ale podobnie jak w przypadku zlota z wody morskiej sie nie oplaca. Caly research idzie w kierunku reaktorow torowych bo toru jest wiecej a jest to tez paliwo z perspektywa. No i fajnie sie przy okazji zyje biurwom przy projektach dotyczacych syntezy i tokamakow.

              Tak z innej beczki to w kontekscie sytuacji spoleczno ekonomicznej Szwecji napisalbys moze o zgliszczach po Saabie, o tym co zrobiono z Volvo, co szykuje sie dla Ericsonna i tak dalej. Bo perspektywa jest srednia. O tym chetnie bym poczytal.

            • 3r3

              A to kogokolwiek interesuje że volno jest przeje przez Czajniki i teraz zaczęli się łokciami rozpychać, rozbudowują produkcję i chcą więcej po tym jak jankesi wykończyli saab’a kwestiami patentowymi? Fabrykę kolejną budują i park rozwojowy pod volvo w Goteborgu (przy okazji ktoś wykończył port napuszczając kierownictwo na nieistniejące związki).

              Tor mam w warsztacie, niby nie wolno tego używać, ale kto by się tam przepisami przejmował. Zgodnie z przepisami jestem już tak potruty różnymi metalami, że nie mam prawa oczekiwać oczekiwanej długości.

            • Medyk Helwecki

              A w warsztacie to mozesz miec nawet i w biurze lepsze izotopy – popatrz co jest w czujnikach dymu jaki radioizotop.

              Ja akurat strasznie zaluje ze nie poszedlem na chemie – ale prawdziwa chemie – dzis bylbym gdzie indziej a w Helwecji jako lekarzu jestem zerem. Zrobilem sobie medyczne obciecie niczym obciecie kadmowe dla neutronow.

            • 3r3

              W detektorach dymu jest ameryk.
              Zawsze możesz się kształcić, nie chce Ci się już?

            • Medyk Helwecki

              Chce i robie to dla siebie jako samodoskonalenie bo w Szwajcarii w branzy medycznej jak przychodzisz znikad (a za to maja PL) to zostajesz nikim. To sa zawody korporacyjne i tylko uklady i znajomosci. Jakbym uparl sie na medycyne to mam szanse w wieku 55 lat zostac zastepca ordynatora – i to w prowincjonalnym szpitalu za ochlapy rzedu 160- 180.000 tysiecy CHF rocznie. Ludzie z IT w tym wieku to albo sa rentierami albo pracuja za inne stawki. A szefem zostanie wtedy jakis 29 letni gowniarz z ukladu i mi powie – posluchaj polska k..rwo – albo robisz bez szemrania co mowie albo wypatataj. System niczym biurwa. Nie ejstes z bandy to nie istniejesz. Podobnie jest na rynku – Twoj sukces zalezy nie od faktycznych umiejetnosci a od ukladow. Madrzejsi ode mnie dali sobie spokoj.

              A swego czasu sprzedalem do Kabindy nawet o dziwo 5000 kg wersenianu disodowego.

            • Medyk Helwecki

              co do mleka i acetonu i kompotu. To pojechales po bandzie. Aceton… i kompot.
              Bierzemy benzen. Aromatyczna substytucja nukleofilowa – robimy bromobenzen w obecnosci Bromku zerlaza III jako katalizatora. Z acetonu robimy bromoaceton. Jest z nim troszke wiekszy problem bo bromoaceton to srodek stosowany do wyrobu srodkow drazniacych jak gazy lzawiace. Jedna nieszczelnosc instalacji i problem. Potem metalicznym sodem sprzeganie aby reszte ketonowa üpolaczyc z pierscieniem aromatycznym i miec BMK. Dobra wydajnosc w warunkach domowych. A potem mozna albo uzyc mrowczanu amonu do zamiany grupy ketonowej na aminowa (Reakcja Leuckarda) albo gazowym amoniakiem nad siatka paladowo niklowa jak w utwardzaniu olejow w produkcji margaryny w zakladach tluszczowych. Jak mialem 17 lat to sie glupi w to bawilem. Domowa synteza racemicznej amfetaminy. Mamy i kompocik. Wszystko mozna – pytanie tylko -po co ?

            • 3r3

              Mleko miałem na myśli z maków.

            • Medyk Helwecki

              Paradoksalnie podobnie jak rechot ewolucji – z wykopalisk wiadomo ze papaver uprawiano dobre 4 tysiace lat przed uprawa prosa czy innego zboza. A produkcja srodkow odurzajacych w domowych chalupniczych warunkach jest o wiele prostsza niz produkcja dobrego czystego alkoholu. O czym niewielu sprawe sobie zdaje ze wredny spirytus ma takie wlasciwosci fizykochemiczne z preznoscia par i temperatura wrzuenia ze sie ciezko pozbyc fuzli z bimbru. O wiele prosciej zrobic w domu jakas amfe czy cos innego.

            • Wszystko zależy od tego, jak to ma być czyste. Nie mam doświadczeń zbyt wielu z mlekiem, ale uzyskanie 96% spirytusu w warunkach domowych nie jest zbyt trudne. Co do 96% czystości heroiny w warunkach domowych, to nie wiem,-) ale wydaje się być trudnoosiągalne. Kompot zwykle ma ok 15-20%. Takie stężenia przy alkoholu, to samo się się robią zimą.-)

            • 3r3

              W chemii organicznej przy produkcji masowej zanieczyszczenia nie są problemem, bo można je dezaktywować. Problem jest raczej taki, że jak się skrewi parametry (bo ciepło źle podane albo odebrane) to zaczyna wychodzić prawie to samo, nawet prawie tak samo działa, z tym że to nie to co zamawiałeś. Glikolem się upijesz tak samo jak etanolem, z tym że nie wytrzeźwiejesz bardzo długo plus skutki uboczne.
              Prawie to samo jest bardzo trudno odróżnić od tego co miało wyjść.

            • Medyk Helwecki

              mialem na mysli robienie amfetaminy. Natomiast alkohol – instalacja jest o wiele wieksza

            • Medyk Helwecki

              A tak co do wirowek to np. w Szwajcarii nie kupisz modulu sterowania dzwigiem / sterownika ani jego czesci. Dual use. Sterownik do wirowek

          • Medyk Helwecki

            No ale nawet milionem niewolnikow nie rozdzielisz izotopow 235 od 238. Potrzeba know how, prymitywnych wirowek ale zawsze

            • 3r3

              Przecież uranu nie rozdzielano wtedy wirówkami.
              A Pakistan to pierwszy kraj gdzie wdrożono masowo wirówki, bo to w sumie ich jakiś tam lokalny pomysł był.

            • Medyk Helwecki

              Dzis rozdziela sie laserowo w polu elektromagnetycznym ale to know how. A nie kazdego stac na know how bo doskonale wiesz ze potrzeba do tego fachowcow.

              A w Szwecji przydalby sie tak dla celow cywilnych CANDU

            • 3r3

              Nie wiem czym się dziś rozdziela bo dziś się nie rozdziela, bo jest na to szlaban i nawet ciąć tego już nie wolno u siebie tylko gotowe przysyłają starsi i mądrzejsi i pilnują obrotu materiałem.
              Kto się nie dorwał do technologii ten gapa.

            • Medyk Helwecki

              Ale przepraszam, czy oni uwazaja ze w domu czy garazu kazdy ma zrodlo neutronow tak silne czy moze akcelerator czastek aby sobie Kobalt 60 do bomby kobaltowej zrobic?

            • 3r3

              Kaku zrobił.

  • PawelW

    @3r3:disqus we wzorze: „$*demand/suply > $ds” co to jest „$ds”?

    • 3r3

      Miało być ==> zamiast >
      Już poprawiłem, dziękuję.

      To:
      $*demand/suply
      zapisuję dalej skrótowo jako $ds

  • Eltor

    „Ale my sobie tutaj w PL w naszej skromnej przaśności boczkiem, boczkiem i przeczekamy te ludzkie wędrujące masy.”
    Chyba jak Warszawę murem jakimś ogrodzimy i prąd pod napięciem podciągniemy.
    Dziś siostra do mnie wpadła (akurat teraz przyszło mi pomieszkiwać na Woli) i mówi „Brat, co tu się w Twojej okolicy dzieje? Pełno tu tego na każdym kroku.” No i chciał, nie chciał, musiałem przyznać jej rację. Bardzo szybko przybywa pogłowia „gości z ciepłych krain”.

  • 3r3

    Tak, pisałem kiedyś analizę zdolności wytwórczych Izraela i to państwo na pewna nie ma własnego, samodzielnie skonstruowanego arsenału jądrowego, ani USA nie dokonuje im obsługi czegokolwiek w skali 60 głowic. Co nie oznacza, że Izrael nie ma w dyspozycji broni jądrowej poza swoim terytorium. Zdolność do dysponowania nie musi być jawna.

    Przejrzyj temat degeneracji materiału w głowicach i sposobów jego regeneracji. Izrael z tym co ma i jaki sobie syf na Negev zrobił być może potrafi wytworzyć z cudzych materiałów (zapewne rosyjskich, niemieckich) zapalniki i może 1-3 małe głowice, ot tak na wszelki słuczaj. Pokazowo starczy, na konfrontacje to za mało. Natomiast ten przemysł w zupełności zaspokaja potrzeby podaży materiałów specjalnych dla medycyny i to na takim poziomie, że głowa mała. oraz oczywiście badań.

    W samym Izraelu po prostu nie ma miejsca i produkcji energii na odnawianie tylu głowic ilu potrzebują żeby w ogóle kogoś wystraszyć. Broń jądrowa jest wyjątkowo nieefektywna. Najefektywniejsze są broń ręczna, miny – w tej kolejności. Cała reszta to już rozpusta.

    • Medyk Helwecki

      przeciez formalnie jest to najtansza bron gdy liczymy koszt pozbawienia zycia jednego obywatela.

      • 3r3

        Chyba dzida. Własnymi zębami ogryziona na ostro.
        Koszt produkcji niuków jest absurdalny. To raczej produkt uboczny przemysłu jaki trzeba mieć, żeby w ogóle się interesować.

        • Medyk Helwecki

          Chyba mnie nie rozumiesz. Liczono juz koszt zabicia jednego czlowieka za pomoca glowic mirv i im wychodzi ze jak sie znukuje takie zaglebie Ruhry to jest to bardzo tanie.

          • 3r3

            To źle liczono bo ja znam inne wyliczenia.
            Policz sobie zagonienie na pełny etat 10 mln ludzi do roboty na 15 lat (wszystko co potrzebują do życia musisz na kredyt brać z importu), żeby uzyskać przemysł, który nie ma żadnych innych zastosowań (bo do produkcji energii nie jest potrzebna nawet 1/4 tej szpeji).
            Przez 15 lat tymi samymi ludźmi to można kontynent 3 razy zawojować konwencjonalnie. A tutaj dopiero wyprodukują pierwszą sztukę na eksperymenty.

            Ludzie którzy piszą brednie o kosztach uzbrojenia nie maj pojęcia o skali.
            Zabijanie jest dokładnie takim samym biznesem jak każdy inny, to usługa i podlega termodynamice. Usługę najefektywniej wykonują MiŚie, a najmniej efektywnie czebole. Z dokładnie tych samych przyczyn co w PGRSzpitalu.

      • gruby

        Najpierw musisz rudę uranu wydobyć,
        potem ją oczyścić,
        potem ją w elektrowni atomowej do postaci plutonu wzbogacić,
        potem go w głowicę bojową sformować,
        w międzyczasie konstruując rakietę która jest w stanie dosięgnąć Twojego wroga,
        potem armię w odpalaniu rakiet wyszkolić,
        w międzyczasie procedury ochrony broni specjalnej do armii wprowadzając
        aby wreszcie być w stanie nacisnąć guzik i obserować grzybki gdzieś na horyzoncie.

        Każdy z kroków jest niesamowicie drogi (ile prototypów rakiet trzeba zniszczyć, zanim zacznie to latać tam gdzie chcesz i tak jak chcesz ?). Poza tym prototyp kosztuje krocie bo wykonywany jest mniej lub bardziej ręcznie (3r3 żyje z produkcji prototypów na zamówienie i nie narzeka). Dlatego zadziwia mnie jak Izrael doszedł do własnej bombki nie dysponując ani potrzebnym do tego przemysłem ani potrzebnym do tego budżetem, ani ludźmi ani czasem.
        Czary jakieś.

        • Medyk Helwecki

          zauwaz ze UK ma swoje okrety i na nich Tridenty…a tridenty robia Jankesi. Nikt nie mowi nic o jakims najmniejszym naruszeniu traktatow o nierozprzestrzenianiu, no i …
          moze tez Jakis Leasing byl i dual use…
          Sam osrodek Dimona to troche za malo. A know how oficjalnie nie ma.
          Ja nie jestem na tyle glupi by nie kojarzyc faktow. Od rudy do samego yellow cake to droga dluga zwlaszcza jak ma sie rude o znikomej koncentracji materialu. Czuje sie troche dotkniety,

          • gruby

            Proszę i wybaczenie. Ilość energii i ludzi zużyta do programu jądrowego jest trudna do wyobrażenia, tam się to liczy na pokolenia i kraje, co wcześniej 3r3 udowadniał.

            • Medyk Helwecki

              No wlasnie ja to wszystko rozumiem. Sama ekstrakcja yellow cake z rudy to jest droga zabawa a jeszcze trzeba te 0,7% interesujacego nas izotopu 235 U wydobyc z tego yellow cake no i trzeba miec kim, czym i za co. Laik pomysli ze przeciez taniej jest nie bawic sie w izolacje 235U jak sobie mozna zrobic 239Pu z tego ciezkiego naturalnego 238 U w reaktorze powielajacym – no ale przeciez tam trzeba miec tez za co, kim i czym. Budowa reaktora konwertujacego to tez know how i koszty, a jeszcze trzeba potem miec kolejnych fachowcow, co sobie ten 239 Pu z rdzenia reaktora wydobeda a to nie jest wyciaganie ciasta z piekarnika… A sam reaktor i budowa chociazby pretow paliwowych i know how jak paliwo w koszulce niobowo-zyrkonowej zamknac to …tez wymaga trzech rzeczy : know how i pieniedzy – duzych.

              W okresie II WS mielismy sobie w Policach – Hydrierwerke Politz, na technologii Jankesow, Standard Oil Company gdzie sobie wegiel zgazowywano i krakowano/reformingowano do paliw roznego sortu. To zadna wielka technologia ale nawet w warunkach wojennych byla koszmarnie droga mimo niewolnikow i sterowania.

              Nikt mi nie odpowiedzial jak to jest z Tridentami na okretach Royal Navy…

  • gruby

    @3r3:disqus

    a Ty nie jesteś na nas ani jakoś tak trochę przynajmniej zły, że Ci dyskusję pod artykułem o planowaniu produkcji skręciliśmy w stronę ochrony zdrowia, produkcji lekarstw, broni jądrowej i roztrząsania problemów szwajcarskiego rolnictwa ?

    Bo tekst jest zbyt dobry, żeby go dyskusją nie na temat rozdrabniać. To znaczy dyskusja w sumie oscyluje wokół głównego tematu, ale zeszliśmy chyba zbytnio ze ścieżki artykułu na poziom konkretnych problemów w konkretnych branżach. W sumie to szkoda byłoby rozmienić się tu na drobne.

    Choć z drugiej strony to z samych komentarzy wyszedłby niejeden niezły artykuł, jakby je tak do kupy po wątkach zebrać.

    • 3r3

      Jak się poczyta to od wiadomo o czym pisać. Nie samą produkcją śrubek przemysł żyje, mleka trzeba, benzenu, wódki, świń, pomidorów. Tylko biurwa wszystkim przeszkadza 🙂
      Ja już nawet nie nadążam za komentarzami. Zgubiłem się przedwczoraj, tak po łebkach co mi się wyświetli to rozumiem, nawet nie wiem o ilu komentarzach nie wiem.

  • Medyk Helwecki

    nie robilem niczego niezgodnego z prawem

  • Medyk Helwecki

    Najczesciej kupujesz skrobie z barwnikiem albo krzemionke. Nikt nie zadziera z biurwa bo falszowanie produktu to jedna sprawa a stwarzanie zagrozenia zycia dla zdrowia to co innego.

    A po drugie nie ma lepszej antyreklamy – jak kupisz raz cialis i nie zadziala to nigdy wiecej nie popelnisz juz tego bledu, nie wazne ile drozszy jest w aptece, nie kupisz tez zadnego innego leku z niepewnego zrodla. Dlaczego biurwa mialaby utrudniac zycie temu kto jej placi. Dlaczego z niewdziecznoscia gryzc te dlon, co karmi i glaszcze ? Dlon big pharmy< ? 🙂

  • Medyk Helwecki

    Ja mam rozprawke o systemie opieki medycznej i o tym jak okrada Ciebie Twoj lekarz oraz o tym ze biurwa jest rownie wazna jak defibrylator. A ja nie moge napisac nic wiecej o Afryce jak o wlasnych handlowych doswiadczeniach i ich behawiorze. A czy kogos interesuja historie lekarza, co z Rotterdamu eksportowal do Kabindy kontenery z cebula, olej silnikowy z Chin do Gabonu a Ryz w Wietnamu ? A potem go Chinczyk wygryzl bo jak nie potrafisz kontrolowac produktu i jego ceny to jestes niepotrzebny do robienia interesow… Tu nie ma niczego ciekawego, proczu ciekawej mentalnosci tubylcow tamtejszych

  • Pingback: Szacowanie – skalowanie – Zarobmy.se – Portal Biznesu Praktycznego()