Szacowanie do stanu praktycznego

Cegła. Miałem to podzielić na trzy teksty, ale… może w całości będzie lepsze.

Praktyka szacowania następstw procesów przemysłowych zakłada, że nigdy nie wolno przerwać procesu (pracownik żre czy robi, czy nie robi, więc lepiej jak robi, a towar niech będzie w nadwyżce i czeka, bo jak leży, to jeść nie woła). W konsekwencji przestrzenie ryzyka są szacowane górą (nad wykresem) co oznacza, że zawsze zostają przeszacowane (albo ktoś traci stołek), a w rezultacie po kątach zaczynają walać się nadwyżki, które ze względu na postępujące modyfikacje w kolejnych cyklach produktów nie nadają się do ponownego wykorzystania bez odrobiny inwencji wpadając w pętle rekuperacji.

Rentowność produkcji papieru toaletowego (i innych produktów pierwszej potrzeby) względem kapitału po uwzględnieniu rzeczywistości całościowo (razem z biurwą) daje zwrot na poziomie 6-7%. Z prostego faktu to wynika, że są tam dwa procesy po około 1,033 (3.3%^2) i gdzieś w tych widełkach między szóstką a siódemką powinno nam to wyjść.

Procesy można modyfikować innowacją 1,006 oraz dociążać wszystkim co znacie z teorii ekonomicznych (wyłączność, ekskluzywność, monopol, użyteczność, alternatywność, substytucja – przymiotników bez liku). Im mniej zaawansowany produkt (jeden proces – sad z jabłkami) tym większa presja konkurencyjna, większa presja następstw przetwórczych i tym gorsza cena (czyli z 1,033 lecimy mocno w dół), a przy produktach przetworzonych kilkoma procesami wyniki są o wiele lepsze niż potęgowanie 1,033, ale… nie zawsze.

Na przykład branża zbrojeniowa na poważnym poziomie (myśliwce, okręty podwodne, obrona przeciwlotnicza) jest tylko nieco bardziej opłacalna od produkcji szarego papieru do d, najwyżej dwukrotnie bardziej opłacalna. Oczywiście jest pod to podpiętych wiele kurków i wiele kotów spija tam śmietanę, ale rezultat względem wdrażanego kapitału jest lichy (w porównaniu z branżą produkującą szpiegofony czy tablety), więc wielu specjalistów po drodze też się wyżywi i źle im się nie żyje, ale sam rezultat w oczy kłuje. Kłuje ponieważ sprzedaż broni jest wpływem politycznym, bezpośrednią ekspresją władztwa, więc przejęcie rynku oznacza dominację w każdym innym sektorze (w tym najopłacalniejszym obecnie – farmacja). Oznacza to że sprzedaż uzbrojenia na poważnym poziomie wymaga rozepchnięcia się łokciami (czyli tym uzbrojeniem), co oznacza konsumpcję na potrzeby przejęcia rynku i stałe utrzymywanie wszystkiego na baczność aby ten stan utrzymać. Dlatego produkcja zbrojeniowa dotuje inne sektory i jeśli wrócimy do systemu podatkowego (tekst na ten temat pisałem) – odrabianie pańszczyzny w zbrojeniówce albo okopie jest najsensowniejszym opodatkowaniem.

Tymczasem w farmacji odwrotnie – system jest zabezpieczony zbrojną przemocą rugującą konkurencję (“prawa” patentowe) i zwroty są tam wielokrotnie wyższe gdyż rynek jest prewencyjnie czyszczony.

Jak więc szacować wyniki dla własnego przypadku, skoro przy pracy rzemieślniczej niżej podwajania nie schodzimy, a w procesach z udziałem kapitału liche 3,3% w długiej perspektywie i dużej skali nam wychodzi? I jeszcze jak to zrobić w sposób ilościowo ścisły, kiedy sami siebie możemy przekonać do wszelkiej bzdury, a naiwne małpety to nawet do pracy za darmo i kredytu we frankach.


Alternatywy są i działają.

Praxeologia obliczania skutków kapitałowych przedsięwzięć jest aparatem wynikłym z praktyki i dostosowywanym do rzeczywistości pętlą zwrotną rezultatów (działa/nie działa). Nie jest to jednak metoda jedyna.

Alternatywą jest podejście emocjonalne do naszych (lub cudzych) wyobrażeń o skutkach działań i można w ten sposób przeżyć (czego dowodem jest to, że żyjemy nie tylko my, ale i inne naczelne, a nawet głupsze małpy żyjące gromadnie) – gromady posługujące się emocjonalną decyzją guru mogą skutecznie przeżyć bez operowania takim aparatem logicznym z jakiego korzystamy w wyniku przemyśleń greckich filozofów i Newtona. Ten aparat nie jest absolutnie konieczny do przetrwania. Ale na razie nikt nie zbudował wahadłowca bez tego aparatu. Lokalna gwiazda dostarcza do planety tyle energii, że można sobie pozwalać na podejście emocjonalne i żyć.

Należy pamiętać, że większość ludzi kieruje się emocjami we wszystkich decyzjach – to podejście pierwotne i bezpieczne. To nie jest głupie.

Kolejną alternatywą jest poddanie się decyzji silniejszego. Tu zamiast guru mamy wodza, niekoniecznie musimy zgadzać się z jego zdaniem, ale gdybyśmy nie wykonali przydzielonych nam zadań, to dostaniemy bęcki. Brak wiary w takiego przywódcę wojskowego czy politycznego jest pozbawiony znaczenia, ponieważ tacy przywódcy kalkulują realizacje zadań kolektywem przy założeniu strat. Jest to metoda pierwotna i absolutnie skuteczna, pozwala nam prowadzić wojny – dlatego wielu ludzi próbuje tak prowadzić produkcję “to się chooopy weźmy i zróbmy”. Przy czym każdy z nas jest kompetentny mniej lub bardziej w zabijaniu, natomiast w budowie maszyn już niekoniecznie. To brak powszechności kompetencji jest problemem na jaki natykają się systemy kolektywne – nie każdego można posłać na przodek kopalni, bo się zawali.

Żadna z tych metod nie pozwala na trwałą ekspansję w strefę zimy, gdzie konieczne jest kalkulowanie. Kalkulowanie zapasów na czas gdy nie będziemy podejmować ich z przebogatego depozytu natury ze względu na pogodę. To kalkulacja kroku w stronę bieguna gdy stać nas na ryzyko, i kroku w stronę równika by ryzyko obniżyć. To ta metoda – kalkulacja i przypisanie pewnych abstrakcyjnych wartości jest podstawą koncepcji jaka zaistniała w różnych kulturach, a my nazywamy ją kapitalizmem. Akurat u nas to wyobrażenie łączyło się z pogłowiem bydła, ale odnosi się ono do liczbowego przedstawiania rezultatów działań na poziomie kognitywnym.

Jakkolwiek używamy mieszanki wszystkich tych metod (emocjonalnej, autorytarnej i kognitywnej), to zależnie od metody dominującej uzyskujemy konsumpcjonizm, kolektywizm, ekspansjonizm. Ekspansjonizm związany z kognitywnym kapitalizmem zapewnia na tyle duże straty w zmieniających się procesach, że musi zajmować nowe przestrzenie i nowe zasoby aby je przeżuć, strawić i wyss… spożytkować na dalszą ekspansję. Oznacza to, że jeśli chcemy katować się w jakiejś istotnej mierze kognitywnym kapitalizmem, będzie nas więcej, będziemy zajmować więcej miejsca, będziemy zużywać więcej zasobów. O ile się wyżywimy, miejsce jest, zasoby są. Bo jeśli nie to musimy rozszerzyć w organizacji kolektywny autorytaryzm, aby kosztem naszej biologii skonfrontować się z przeciwnościami. Możemy też położyć na wszystko lachę, kochać się, trzymając za ręce śpiewać kumbaja i korzystać z konsumpcjonizmu – tak długo jak jest co zeżreć i komuś jeszcze emocjonalnie chce się produkować.


Co to wszystko właściwie mówi nam o cenach. Szczególnie o tym czy lokomotywy staniały. Zapewne z samego faktu tego, iż lokomotywy staniały można wnioskować, że lokomotywy można kupić. W systemie kompensat wyjaśniałem w jaki sposób dokonuje się wymiany, i że pieniądze są ostatecznością, a waluta zwykłym świństwem. Liczy się towar i usługa tu, teraz, zaraz – teraz się wymieniamy i teraz daj to czego nam trzeba, a my damy Tobie czego pragniesz, w granicach tego co jest.

To chyba podstawowy problem każdego początkującego przedsiębiorcy – za ile sprzedać swoją pracę?

Na szczęście nie żyjemy w próżni (choć czasem nam się może zdarzyć trafić na pustynię rynkową i chwilę poszaleć zanim piranie się nie zlecą) i możemy odnieść nasze oczekiwania do rynku, do jakiejś ceny, za którą coś można dostać.

Każde COŚ możemy zmanipulować względem jakości i wkładu pracy. A to na ile możemy to zrobić wynika z dostępnych środków produkcji i naszych kompetencji. Przyjmijmy sobie jakąś jednostkę obliczeniową równą Jeden, opisuje ona abstrakcyjną, kompletnie urojoną wycenę produktów, które są niezbędne do podtrzymania biologicznej egzystencji osobnika. W warunkach optymalnych Jeden to około dwie godziny żerowania tygodniowo, co pozwala homo sapiensowi przeżyć. To aż tak mało. Zwiększenie tego wysiłku pięciokrotnie pozwala przeżyć w chatach/szałasach, coś na grzbiet założyć, żeby się wyróżniać i dożyć jako tako 21-30 lat (ludzie w naturze nie żyją dłużej z braku zębów).

Terenów, gdzie można tak sobie żyć (Pan Wojciech Cejrowski odwiedzał takie ludy co tak żyją), jest niewiele, są one dość przepastne, ale tam tyle dóbr, które pragniemy, że ubywa ich regularnie. Nasze realia wymagają, aby do podtrzymania funkcji biologicznych mieć ten minimalny szałas (w bloku), ciepłą wodę w kranie i żer. Teoretycznie tyle wykroimy sobie w ciągu 10h pracy tygodniowo (co daje nam jednostkę obliczeniową równą 5), ale jeszcze na utrzymanie weźmiemy sobie z takimi samymi oczekiwaniami: dziecko, kobitę i psa, co daje nam wydatki na poziomie 20. I czasem chcemy mieć wolne, czasem na wakacje wyjechać, czasem do lekarza pójść, o zęby dbać (żeby 30tkę przekroczyć), jakiś samochód by się przydał. A to wszystko oznacza, że musimy utrzymać kolejnych ludzi z ich potrzebami. Jak jeszcze chcemy policjanta, sędziego, polityka, FoxDojcza, opiekę socjalną etc to wychodzi nam, że potrzebujemy około 100 jednostek, z czego 60 najmniej od razu trafia do wymienionych, a jeszcze z pozostałych 40 trzeba koszty stałe opłacić i pada pytanie “jak żyć”?
Żyć się oczywiście da. Natomiast wiemy, że są ludzie co mają dochód dysponowany 10 krotnie wyższy niż my, no i trzeba się zastanowić czy pracują 400h tygodniowo. Oczywiście emocje się w nas budzą, że trzeba by jakoś autorytarnie kazać im oddać co nakradli. Bo przecież zarobić nie sposób – czy na pewno?

Mamy jednostkę, płacą nam 100, zarabiamy 40, dysponujemy 10-20.

Z tej podstawowej zależności biorą się ceny.


Podam kilka przykładów, oznaczę je wielkimi literami, przydadzą nam się do budowy choinki.

A. Produkt bazowy (sam rośnie) to najczęściej żywność (czasem drewno). Zboże daje obecnie przeciętne plony x40- x200 w stosunku do tego co siejemy, przy czym paliwa, smary i traktory nie rosną na polu. Gdyby nie intensywne rolnictwo modyfikowane przez setki lat doborem rośliny to plony mielibyśmy w skalach x2- x6 i zależałoby to głównie od liczby okresów wegetacyjnych (x6 dawał Egipt w czasach okupacji rzymskiej).
Wadą tego typu gospodarowania jest to, że każdy może i kompetencje nie są szczególne, więc rezultat jest bardzo licho wymieniany (dlatego jest produktem bazowym).
http://www.arimr.gov.pl/pomoc-krajowa/srednia-powierzchnia-gospodarstwa.html

Średnio rodzina gospodarska może z tych średnich 10ha wydłubać jakieś 50 ton produktów (do 100 przy ekstremalnej intensywności). Średnio z psem mamy po 3 nogi. Których wartość rynkowa oscyluje w granicach 650 naszych jednostek, z czego około 400 zeżrą koszty. Nie będę tu rozpisywał problemów wynikłych z małego areału, tego że można co innego uprawiać etc – to są fakty, piszę tylko jak jest. Oznacza to, że z samego gospodarowania wychodziłoby coś koło tego ile wynosi minimalna pensja. Dlatego rolnicy mają dopłaty, przywileje, krusy, paliwo. Ludzie nie bez powodu wiali ze wsi w XIX wieku – ta praca jest ekonomicznie bez sensu.

W tym miejscu robimy cięcie – chodziło mi tylko o produkt bazowy, oczywiście że są jeszcze produkty poboczne, krówka, świnka, warsztacik, króliki, ogród, bimberek, las. W ten sposób cały ekonomiczny dochód rolnika i ulgi oraz dopłaty są w praktyce dochodem dysponowanym i rolnik nie ucieka nam z pola. Nawet ma w kieszeni nieco więcej niż średnio z psem miastowy. To samo co rolnika tyczy się produkcji lasu czy wydobycia węgla – na samym dole to ciężko o chętnych do roboty (znam górników co robią “na czarno” w KGHM, pewnie nie wierzycie, że można na czarno za 3tysie do ręki pracować w kopalni w Polsce? no to silną macie niewiarę, a spółeczki działają).

B. Bazowy produkt przetworzony, mąka/chleb, deski/paleta, materiały budowlane. Średnia cena rynkowa/detaliczna kilograma chleba w Polsce to 3.74pln, a cena tony pszenicy na ten chleb to około 650pln (oczywiście z tony pszenicy wychodzi “nieco więcej” dwa razy chleba). Uprośćmy do detalicznej tony chleba 3740 pln z 325 pln plus ulepszacze (jakieś 40pln). Widzicie tutaj cenę za produkt o strukturze skonsolidowanej: rolnik > transport > młyn > transport > piekarnia/sprzedaż. Piekarnia najczęściej jest punktem sprzedaży, a cena transportu lokalnego powoduje rozrzut cen średnich do 5pln. Mamy tu 5 procesów, przy czym niektóre są masowe, a detaliczne są skonsolidowane, aby uniknąć kosztów transportów (polecam TQM). W rezultacie koszt tych procesów powinien dawać nam cenę chleba na poziomie ledwo ponad cenę pszenicy (w granicach +18%), tymczasem jest ona 10 krotnie wyższa.

Po pierwsze straty w całym procesie są ponad 50% (coś z 55% najmniej) z samego faktu magazynowania i przenoszenia. Do tego jest to produkt żywnościowy narażony na ryzyka (wilgoć, myszy, PSL), a na końcu, po ostatnim procesie ma bardzo krótki termin przydatności. Dlatego ze względu na ryzyka doliczą się 50% straty w procesach i 50% stratę w sprzedaży. Co łącznie daje nam do pokrycia stratę na poziomie prawie 90% (89%). I dlatego cena chleba od ceny pszenicy różni się dziesięciokrotnie, a marża jest tam detalem. To że piekarze zarabiają wynika z faktu, że potrafią skonsolidować cały proces i obniżyć straty. To jest główne zajęcie zarówno w przemyśle drzewnym jak i żywnościowym – cięcie strat. Z tego wynika więcej zarobku niż z marży na towarze. Dlatego piekarze mogą być ludźmi szczodrymi i rozdawać chleb potrzebującym jeśli ich biurwa nie drażni podatkami. Po prostu mogą go dać “ze strat”. Dlatego sprzedają taniej chleb “wczorajszy”, dlatego przedwczorajszy mielą na “bułkę tartą”, dlatego tworzą wyroby “premium” z ziarnami i cudami, bo zysk w tym biznesie nie wynika z podstawowego produktu w podstawowym łańcuchu.

A jeść trzeba.


Tak! 50% straty

W handlu żywnością na magazynie i na sprzedaży detalicznej zawsze naliczasz 50% towaru na stratę, jeśli masz dyskont i sprzedaż detaliczną to oczywiście jest to problem dostawców, ale liczysz, że tylko 1/4 dostarczonego towaru się sprzeda w terminie.

Oczywiście żadna biurwa co nie prowadzi procesów tego nie pojmie, bo przecież “niech ktoś coś z tym zrobi”, ale się z tym nic nie zrobi. Dlatego sklepiki cienko przędą, a wielkopowierzchniowce muszą bankrutować. Jedyny racjonalny sposób prowadzenia takiej działalności to w spółdzielni producenckiej z dzieloną stratą w ramach spółdzielni/grupy kapitałowej. Dlatego albo wrócimy do komuszego “Społem”, albo zostaniemy przy takim samym “von Lidl” i “Tesco” – inaczej te struktury nie mają prawa działać w systemie podatkowym gospodarki przemysłowej przy obciążeniach właściwych dla zbrojeniówki.


C. Usługa pierwotna. Są to wszystkie usługi podstawowe “ja z plecakiem”, względnie “ja z lokalem”, gdzie nie oczekujemy zwrotu z kapitału (narzędzi, lokalu), a koszt materiałów eksploatacyjnych jest w cenie usługi marginalny, lub ponoszony przez klienta oddzielnie od usługi (rurka jest pana – ja tu tylko podłączam wodę). Wycena tej usługi zależy od popytu i odwrotnie od popytu względem podaży (na raz), rzadkości kompetencji i “Mamy jednostkę, płacą nam 100, zarabiamy 40m dysponujemy 10-20”.

Witamy w szarej strefie – po co ze 100 zostawiać sobie 40? No pierwsze przytomne pytanie. Chcemy więc zostawić sobie 100 i mieć w dyspozycji 70 jako zwrot za ryzyko i kapitał (jak się państwu nie podoba to niech nas zatrudni w czebolu – czekamy, a byle czego nie jemy, za to na potęgę kra… prywatyzujemy).

Tu jest zarówno fryzjer, jak i koder, spawacz, murarz, hydraulik, papuga, łapiduch. Tu jest cała gospodarka oparta na usługach. Właściwie to tutaj jest wycena pensji brutto. To stąd płynie informacja ile kto musi zarabiać, żeby mu się chciało chcieć. To ataki fiskalne na tę grupę powoduje poczucie drożyzny i marazmu oraz generują fuchy. To lobbując regulację, zaświadczenia i ubezpieczenia korpo próbuje wyrwać ten kawałek tortu dla siebie konkurując korporacjami zawodowymi. To tutaj ze względu na funkcję popytu realizowanego (cen zapłaconych) jak i popytu przesuniętego (wpiszę pana w kalendarz na przyszły rok), oraz popytu niezrealizowanego (nie mam czasu, obsługujemy tylko stałych klientów, proszę poszukać gdzie indziej), oraz na podaż (pełno takich się ogłasza) z funkcją jakości (Janusze zawodów) można bujać się pod i nad ceną rynkową (pomijam “dojścia” do kurków). To tutaj zmienność sprawia, że z własnej firmy raczej nie wraca się na etat. Przy pierwszej rosnącej koniunkturze, kiedy szczur na etacie dostaje 4% podwyżkę do 100 – podatki, Wy dyskutujecie o 150 do łapy. Gdy korposzczury odczuwają “wzrost gospodarczy” i dostają 110 – taxy, Wy dostajecie 200 do łapy. Gdy koniunktura się wali, bo Lehman Brothers się puściło – korposzczur dostaje 90-podatki i płacze, Wy nic nie dostajecie do łapy. Usługi to życie na pełnej petardzie.

Jeśli podniesiecie jakość i kompetencje, to na tej samej huśtawce dyskutujecie już nie o x1,5 – x2, a o x3-x5. Jeśli do tego oferujecie to wszystko razem z samodzielnym obejściem narzutu podatkowego (znaczy chowacie taxy w kieszeń, żeby się nie zmarnowało na 666+, ośmiorniczki i zegarki), wtedy od x5 zaczynacie na długoterminowych kontraktach z ryzykiem po stronie klienta. A przy nawet dość rozdmuchanych kosztach życia sprawia to, że Wasze zasoby od korposzczurów zaczyna dzielić przepaść. Tylko problem zmienności, gdy się wali koniunktura, też musicie przyjąć na klatę.

Przyjmując, że średnia “pensja” wynosi 100 jednostek brutto, a firma coś przecież na pracowniku zarabia (od x2 zaczynamy dyskusję, żeby na koszty i podatki dochodowe wyrobić oraz prawników), to wystawienie się jako koder “na fakturę” zacznie się od 200 jednostek ze względu na powszechność zawodu. Czyli jakieś dwie średnie najmniej. A doświadczenie podbija stawki o kolejne mnożniki.

D. Usługa złożona na materiale. Tak jak pierwotna zależy od podaży, popytu, kompetencji oraz koniunktury. Jednak ze względu na pokrycie ryzyka materiałowego, kapitałowego, parku maszynowego jest liczona jak chleb. Przy czym pomijamy produkty żywnościowe i sprzedaż detaliczną, więc nie mamy 90% straty tylko 50%. I 100% ryzyko. Dlatego obliczania są proste i najpierwotniejsze dla kapitalizmu. Cena materiału x2 przy stałym zamówieniu to minimum od jakiego w ogóle zaczynamy dyskusję w procesie przemysłowym. x3 zaspokaja nasze potrzeby, powyżej tego klient może mieć wymagania jakościowe, oraz grymasić. Koniunktura robi swoje. Niegrymaszący klient w szczycie koniunktury, ale wymagający jakościowo (rysunki) w obróbce mechanicznej jest liczony x5 za proces na sztuce (nie na produkcji masowej). To dość specjalistyczny rynek, na takim normalniejszym, gdzie nie trzeba się cisnąć z tolerancjami, wystarczy, że wszystko razem jakoś wygląda, mnożniki są x2, a x3 klient może nie znieść. To mniej więcej wycena metalowych płotów – bierzesz materiał +50% na spady, dublujesz cenę i tyle bez podatków od klienta zawołać trzeba – jakby była bardzo zła koniunktura, to trzeba się zastanowić czy w ogóle warto schodzić z ceny czy ze sceny. Za schody z metalu zaczynamy dyskusję od x3, o ile klient sobie je sam zawiezie i zamontuje. Bo na gotowo wychodzi x8, x10. Każdy proces dubluje cenę.

E. Transport. To problem logistyczny, straszliwa konkurencja, kupa papierów, jest to usługa prosta przy czym liczyć trzeba kilometry za ładunek (za i rozładunek też). Obecnie nie jest to problem prawa składu, więc najczęściej transport na jakieś lokalne odległości nie podwaja ceny. Ale droga z Chin na niektóre produkty i owszem. Gdyby nie była x2, a x2,5 dałoby się z nimi konkurować już jakoś lokalnie. Więc jak akurat wujo jest Admirałem i ma lotniskowiec, a chcecie produkować narzędzia w Polsce, to poproście żeby stanął na Malakce tak na rok i coś tam pozatapiał z kontenerowców.


Z tych wszystkich przykładów najważniejszy jest D połączony z 15% stratą na procesie (może byś supresja do 2% w szczególnych przypadkach), 50% stratą na żywności, 50% stratą na detalicznej żywności oraz tym, że pracownik żre nawet jak nie zarabiacie.

Właściwie pozostałe działalności są podczepione pod D w różny sposób (A wyjaśnia skąd się biorą dobra, B dlaczego jedzenie kosztuje, C kto nam utrzyma fabrykę w ruchu, E jak dowieźć towary). D jest podstawowym modułem montażowym z jakiego składa się choinkę (piramidę produkcji, ale jak składa się firmy w proces to wygląda to jak choinka).

Przyjrzyjmy się więc firmie typu D w różnych konfiguracjach ryzyk i otoczenia. Ustawiamy firmę w porcie z wyjściem na ocean, w ciepłym kraju (nie ogrzewamy hali), suchym (nic nam nie rdzewieje, taki suchy nadmorski ^^) i olewamy podatki. Jesteśmy sami, więc zatrudniamy 4 ludzi, biurwy brak.

Ludziom o średnich kompetencjach płacimy po 40 – bo nie ma biurwy, a im i tak tyle by starczyło, oraz mamy jednego za 100 co nam naprawia różne graty jako mikrofirma. Sami też żremy za 100. Mamy 360 na personel. Wartość maszyn na 5 osób to w sumie jakieś 100k jednostek, z czego musimy amortyzować jakieś 2k miesięcznie. Firma podtrzymuje się przy 2360jednostkach przychodu.  W tym czasie możemy przeprowadzić 10 procesów przemysłowych, powiedzmy pięć cykli podwójnych. Z każdego materiału wartości aby wyprodukować 100 sztuk produktu o wartości 100 jednostek potrzebujemy 133 produktów rezultatu (straty z 2 procesów pociąć-skleić), co przy prostych procesach gdzie dublujemy wartość (produkcja structural steel) wymaga od nas wsadu (materiał i energia) na poziomie 67 dając 33 zysku. Co oznacza, że musimy wykonać 72 takie operacje aby zarobić na firmę taką jaka jest. W pięć osób, w 18 dni roboczych (ludzie czasem chorują, czasem mają kaca to tak trzeba liczyć, pomińmy branże gdzie ludzie zapadają na patologię ciąży) w miesiącu. To daje nam cztery jednostki produkcji dziennie. Przyznaję się bez bicia, że żeby tłuc taki wynik na structural steel w takim wydaniu to trzeba utrzymać naprawdę niezłe tempo i jakość pracy. Organizacja pracy powinna nam to ułatwić (czyli mądry szef) i doświadczeni pracownicy.

Jak widać z tego przemysłowego wyliczenia w przemyśle możemy mieć kompletnie w poważaniu koszt pracownika – zapłaćmy wszystkim całą stówkę – niech mają. Daje nam to podtrzymanie na 2700 jednostek, czyli musimy wytworzyć 82 produkty, co w porównaniu do 72 nie jest wielkim obciążeniem a każdemu daliśmy podwyżkę x2,5 (prócz serwisanta i siebie samego). A mamy zmotywowanych ludzi.

Oczywiście normalnie to x2,5 zjada biurwa, dlatego produkcja wychodzi do krain gdzie biurwy nie ma, a w krainach takich jak Polska zostaje tylko to co nie wymaga parku maszynowego wcinającego 2k jednostek co miesiąc.

Wróćmy do realiów, prod capacity takiej firemki to jest w tej skali około 10 jednostek dziennie. Około bo jak się płaci x2,5 to można pozasuwać. Jak już jesteśmy na x2,5 to jedźmy na x5 czyli różnica w zarobkach w identycznym przemyśle pomiędzy Szwecją a Polska (czyli już jesteśmy z wyliczeniami na planecie Ziemia). Mamy 3400 jednostek do podtrzymania firmy, musimy wyprodukować 103 żeby utrzymać firmę – czyli o 20% więcej niż w Polsce, ale zarabiamy x5 (olewamy podatki na razie). Możemy produkować 180. Czyli zanim dojdziemy do pełnego wykorzystania jednej zmiany stać nas już na zarobki i możemy podyskutować o podatkach.

Wracamy do podatków. To te 60 jednostek z pensji co nam żarło. W Polsce przyłóżmy tę miarę przy produkcji na poziomie 82 i wracamy do rezultatów z 72 produktów. W Szwecji doliczamy po 60 do wypłaty i musimy wyprodukować 114 sztuk przy zachowaniu zarobków x5. Jak widzicie gospodarka na tych samych maszynach dociążona podatkiem pogłównym 60 może płacić tu 40 na rękę (100-60), a tu 200 (260-60) przy 40% większej “produktywności”. 40% większa produktywność to kumulacja 1,006 przez 58 lat. To tyle gdzieś co od początku 2WW do końca kadencji Kwacha. Ta drobna różnica 58 lat rabunku to pięciokrotnie wyższe zarobki.

Rozumiecie czemu Brevik strzelał do lewaków? O zarobki idzie.

Jak widzicie – jakieś podatki da się płacić. O ile wszyscy pracują. Jeśli niektórzy się lenią – jest problem. W Szwecji powstał, bo z braku własnych importowano leni cudzych. Jak widzicie jakiś tam wysoki vat da się zapłacić, ale 60% dochodowego nie ma sensu – rzucać grabki i uciekać z kraju.

Wróćmy do produktu. 67 jednostek wartości produktu i energii daje nam 100 jednostek zysku (133 produkty ze stratami, ale 33 do kosza idzie). Gdyby spychać wszystko jak leci (bez kontroli jakości), to podwajalibyśmy wynik. Nie wiem czy zysk, ale na pewno wolumen sprzedaży. W praktyce jednak (jakaś kontrola jakości dwu procesowa) daje nam na procesie +50%.

Oczywiście zarobki inwestora wynikają z pełnego obłożenia czynnika produkcji, to znaczy, że jak przyciśnie, to pierwsza zmiana mogłaby zarobić w kraju uprzemysłowionym jeszcze za 66 sztuk produktu dając ponad 2tys jednostek czystego zysku, czyli skracając amortyzację maszyn do połowy, a co za tym idzie umożliwiając podwojenie produkcji po pełnym cyklu zużycia maszyn. Czyli w bardzo oszczędnej gospodarce pozwalałoby to podwajać (fabryka fabryk) co 5 lat (dlatego plany przemysłowe były pięcioletnie), a dołożenie drugiej zmiany (wydajność 50%) w takich warunkach jest właściwie bezproduktywne (zarobi na koszty) i wdrażane jedynie w warunkach kiedy rynek ciśnie.

Druga zmiana w przemyśle nic nie daje jeśli zżera resurs maszyn. No chyba że go nie zżera, wtedy skraca o połowę czas podwojenia kapitału wsadowego, ale przy zerowych lub nieważkich zwrotach.

Jak widzicie preferencja czasowa jest istotna w pierwszych biznesach. pozwala gwałtownie ekspandować park maszynowy. Czyli wytwarzać dodatkowe 1,033 w postaci budynków, jakichś prostych pomocy roboczych (stołów, regałów przemysłowych, podjazdów, mebli, palet).

Istotna jest też ekskluzywność kompetencji i produktu, choć ta zależy od wieku parku maszynowego (te dochodowe się dubluje aż do wysycenia rynku, a czasem poza wysycenie), i ta wpływa na marżę (tu mieliśmy 67 x2 z 50% stratą co jest raczej normalne), natomiast ekskluzywność kompetencji i produktywność wynika ze składania zdolności organizacyjnej 1,006.  Na tym potknęło się wiele firm przenoszących produkcję do krajów “taniej siły roboczej”, że tam w ramach organizacji jaką mieli nie miał kto pracować, mimo że tabliczki z kompetencjami tłumaczone były na identyczne z oczekiwaniami.

Jest też problem ekspansji obciążeń, na końcu pokażę co się dzieje przy agresywnej biurwie i reżimie wojennym (taki mamy obecnie – 75% podatki to reżim wydatków na czas wojny, nie wiem z kim ta wojna, ale mi się jakoś nie chce tyle płacić).

Przedstawiona proporcja podatkowa (pogłówne 60) w dwóch gospodarkach o spreadzie rozwojowym 60 lat bez okupacji nie przedstawia ani modelu Szwecji, ani Polski; bardziej zbliżone do rzeczywistości modele pokażę w dalszej części tekstu i wyjaśnię dlaczego się degenerują.


Chwila przerwy w czytaniu.


Grawitacja jest istotna – to że możemy podwajać produkcję co 3 lata nie znaczy, że kopalnia (model A połączony z obsługą D) to wytrzyma (złoże jest jakie jest, w odległością jaka jest, zarobki w A są o kant). Grawitacja jest podwójna ponieważ produkcja żywności czyli A + B + E właściwie się nie zmienia – wszyscy przytomni uciekają do przemysłu i pozostaje coś importować (czyli że gdzieś na planecie są jakieś ofermy co chcą coś tak nieopłacalnego jak żywność eksportować, zamiast się najeść i polenić, a od nas kupią produkt przemysłowy zamiast sobie samemu przemysł zorganizować).

Grawitacja też jest od granicy – istnieją inne ludy łase na nasze zasoby, trzeba się zbroić na nich zawczasu, a to kosztuje bardzo dużo produkcji przemysłowej, zapasów żywności i nadwyżki ludzi. Ponieważ inne przyczyny sprawiają, że wszystko to na raz przy rosnących wymogach technicznych coraz trudniej wytworzyć, a przy lichej demografii żołnierz wymaga coraz większej szansy przeżycia w konfrontacji to konflikt staje się nieopłacalny z punktu widzenia tradycyjnego zajmowania terenu, natomiast porównanie zarobków pomiędzy krajem który dostał bęcki, a takim jaki nie dostał wskazuje, że można tak się pozbyć konkurencji – dlatego Niemcy muszą zostać zniszczone!

Pozostaje nam zwodnicze neutrino C, niby można by na tym oprzeć gospodarkę (mrzonka gospodarki opartej na usługach), z tym że absolutnie wymaga ona istnienia B, to wzmaga istnienia A + E, E wzmaga istnienia D, a skoro jest D do którego idzie populacja z A to trzeba usprawnić A maszynami z D, w rezultacie D jest obciążane unowocześnianiem A, B i E, samo jeszcze musi się też jakoś rozwijać, a i C też jak widzi lepsze narzędzia to chce, a ma największą sfragmentowaną moc ekonomiczną na swobodzie. C na swobodzie to właśnie klasa średnia MiŚiów i kompletna fragmentacja gospodarki.

Tym się nie da zarządzać po ludzku – ten bałagan powoduje, że plany nie są 5 letnie, a zasuwanie na dwie zmiany bez podatków wcale nie podwaja parku maszynowego co dwa lata tylko powoduje dysypację na całą gospodarkę w tempie 25-30 lat i wtedy, co wymianę pokolenia, co 40 lat mamy te nędzne +28% przeciętnej wydajności.

Oczywiście Chińczycy to wiedzą i wprowadzili sobie plany 30 letnie – zdjęli podatki, zagonili ludzi na trzy zmiany i co tracąc populację z regionów wiejskich podwajali z prawie niczego produkcję przemysłową co półtora roku (prawo Moora?), aż zaczęło im to wszystko trzeszczeć – rolnictwo chce maszyn, ludzie rozrywek, MiŚie narzędzi, transport samochodów. Więc teraz mają przełożoną wajchę i produkują wszystko na rynek wewnętrzny (nam to wychodzi, że gospodarka Chin kuleje, ale oni po prostu przestali sprzedawać prawem Moora – robią dla siebie). Oczywiście taka gospodarka centralnie planowana ma wady, a jedyne co Chińczyków ratuje to 5tys lat doświadczenia w doborze kadr. Braki natomiast są w kompetencjach rolników zaganianych do przemysłu.

Dlatego właśnie zegarki robią Szwajcarzy – bo oni wcale nie wypasają fioletowych krów w przerwach pomiędzy cyklami produkcji.


Kolektywizm Skandynawów to samooszukiwanie pod presją środowiska. Każdy je, więc każdy musi pracować – wszystkie ręce na pokład zanim przyjdzie zima. To ich rozumienie sprawiedliwości. Nie to że każdy musi płacić podatki, tylko to że każdy musi coś robić, cokolwiek – i wtedy mu pomogą. W praktyce oznacza to, że jeśli w klasie jest głupek (upośledzony z objawami debilizmu), ale nie jest leniwy, po prostu taki się urodził (na północy rozród wsobny jest problemem, tam migracja jest problemem, ludzie jest niewielu i gęstość pod psem) i normalnie by nie przeleciał przez żaden egzamin, to grupa mniej więcej rówieśnicza ocenia czy oni by chcieli z nim pracować i na jakim stanowisku można go postawić przy widłach – albo przy widlaku. Nie że system ocenia – grupa ocenia – prawo się nie liczy. I oni za niego sfałszują egzamin i zapewnią mu formalne papiery, żeby on tym widlakiem załadowywał i rozładowywał – na tyle uznali, że jest ogarnięty. Czy żeby stał przy wiertarce, gwinciarce i machał wajchą w dół, w górę, w dół, w górę.

Oznacza to, że ich system oddolnie kolektywny wykorzystuje do granic absolutnie wszystkie zasoby ludzkie jakie da się wykorzystać, a jeśli ktoś się nie daje wykorzystać jest rugowany ze społeczeństwa. Wartością jest praca.

W ten sposób stworzyli przemysł, w ten sposób budowali swoje statki i ruszali na viking, w ten sposób Norwegowie zanim znaleźli ropę łowili ryby, a Duńczycy do dziś tak prowadzą handel. Ominęły ich wojny, a przede wszystkim zniszczenia wynikłe z tych wojen i jakoś się to toczyło. Ich gospodarki są oczywiście szczególne – przede wszystkim produkcja rolna A jest bezcelowa, za to jest zastąpiona produkcją drewna – też A. Czyli żywność muszą importować. Obecnie produkcja żywności (rolnictwo) to około 2% uprzemysłowionego społeczeństwa, a razem z przemysłem drzewnym i przetwórstwem tej żywności można sięgnąć 15-20% populacji (zależnie czy wpada tam sprzedaż detaliczna skonsolidowana z produkcją czy nie).
Kolektywizm w Skandynawii nie był socjalizmem, to było po prostu kopanie się z koniem w jedyny możliwy sposób bez zrzucania upośledzonych ze skał. W takim ustroju gdzie brakuje ludzi nie ma sensu też kara śmierci, ani kara więzienia, ani okaleczenia. To nie jest południe gdzie ludzie mnożą się jak króliki – deficyt tego cennego dobra powoduje, że się o nie dba i wyzyskuje jak tylko można. A żeby wyzyskać trzeba utrzymać ich przy życiu – to pozór socjalizmu. Pozór który wraz z rozwojem przemysłu, który wymaga coraz wyższych kompetencji spowodował import żywności, eksport maszyn rolnych (uprawa ziemi na północy jest bez sensu, więc rolnicy z ciepłych krain oczywiście płacili więcej niż tubylcy bo mieli czym płacić), a co za tym idzie emigrację ludności. Na północy dominuje przemysł nie dlatego że tak sobie chcieli kraj urządzić, tylko dlatego że tak im wyszło.

Północ ma dokładnie ten sam problem co Polska – graniczy z Rosją. Akurat przez morze więc zamiast budowy czołgów buduje się tam flotę. Różnica pomiędzy krajem agrarnym (Polska) a przemysłowym (Szwecja) jest taka, że Polacy mogą zapłacić daninę krwi i jakoś to będzie, a Szwedzi tylko daninę stali bo krwi u nich brak. Ponieważ są poważni i przytomni zrobili sobie “szwedzką linię” – czyli własną koncepcję odstraszania i ruszyli przemysł aby zbudować broń jądrową.

Co to znaczy w naszych liczbach…

Ludzik przeżyje nam za 40, możemy mu płacić 200 i jeszcze 60 wydać na jakieś tam państwo bez większej spiny. Ale nasze ceny żywności ze względu na import są dwukrotne. To oznacza, że efektywny dochód dysponowany przy takiej samej liczbie członków rodziny nie jest x5 tylko x2,5. Koszty życia w Skandynawii są wysokie (co za tym idzie koszty dostarczania wody, ciepłej wody, odprowadzania ścieków – to wszystko robią ludzie, te instalacje nic nie wytwarzają).

Dobre wysycenie techniką w MiŚiu to 20k jednostek (czyli około pięcioletnie zarobki przeciętniaka, czyli możliwa w horyzoncie czasowym akumulacja dóbr z gospodarki pierwotnej, jest to wartość praktyczna wynikła z empirii, więcej to przeinwestowania, mniej to pewne deficyty, jeśli wrócicie do tematyki jak budować MiŚia, to tam znajdziecie mniej więcej pięcioletni plan oszczędności przy zlewaniu podatków co pozwoli Wam zbudować sobie miejsce pracy). Te 20k jednostek to jest stanowisko pracy, warte jest ono “na gotowo” jakiś milion PLN – czyli nowiuśką ciężarówkę – tyle kosztuje stworzenie miejsca pracy kierowcy.

Szwedzi mieli już przez stulecia skonsolidowane drogi wodne (kanały, śluzy) czyli tani transport, dobrą linię brzegową, przedsiębiorstwa (małe, trochę średnich), przyzwoitą produkcję i eksport drewna.

“Mamy 3400 jednostek do podtrzymania firmy, musimy wyprodukować 103 sztuki żeby utrzymać firmę”

Ta produkcja pozwala zdublować fabryczkę w 5 lat, co pozwala sobie jakoś tam gospodarować. Jednak Szwedzi poczuli, że obok ZSRR to tak mieszkać strach. Ponieważ przemysł mają od 300 lat, bank centralny również, umieją kolektywnie pchać wszystkie ręce na pokład, to sobie skalkulowali, że potrzebują zupełnie niepotrzebnego przemysłu, żeby wytworzyć broń jądrową, środki przenoszenia i Rosjanom wytłumaczyć, że owszem mogą ich napadać – ale to będzie bardzo drogo kosztowało.

Zaraz dojdziemy do problemów na jakie natrafili i jakich nie przeskoczyli. A jakie Japonia też spotkała, przeskoczyła (bo ich tam 12 razy więcej) a i tak broni jądrowej nie ma.

Dokręcenie śruby na produkcji do granic wydolności maszyn pozwala dublować fabrykę co 3 lata o ile Pan Kapitalista uzna, że warto budować drugą i samemu sobie robić konkurencję. Oczywiście Pan Kapitalista nie jest idiotą, wie że na rynku po prostu nie ma ludzi z kompetencjami żeby sobie otwierać drugą fabrykę i produkować nie na 50% stracie, ale na wyższej. Bo po prostu na tym nie zarobi. Dlatego Pan Kapitalista nawet nie wrzuca drugiej zmiany na swoją fabrykę, bo po prostu nie ma kto tam pracować.

Pan Kapitalista jest więc problemem do rozwiązania, bo on nie chce budować fabryki, a Soviet groźny. Co więcej pracownicy Pana Kapitalisty też nie w ciemię bici – oni nie chcą sami sobie robić konkurencji. No ale stresor z sovieta jest. Uradzono, że nałoży się podatki na kapitał (CIT), a że Pan Kapitalista potrafi produkować nic, żeby nie płacić to sfinansuje się tym zakupy u Pana Kapitalisty, ale produktu w postaci nowych fabryk. Powstaje więc problem kto będzie pracował na drugą szychtę (czyli przyspieszy podwajanie fabryk do 2 lat w cyklu) i w tych nowych fabrykach.

Rozwiązaniem jest podatek dochodowy – podatek dochodowy rozmnaża ludzi niby bez kopulacji (choć mógłbym brzydko wyrazić się że rząd po prostu r… wszystkich w d…). Podatek dochodowy (taki od razu nie przymierzając 50%) powoduje, że trzeba wygonić kobiety z domu do pracy. Tak jakby rodzenie dzieci, opieka nad nimi i wychowanie to nie było dość roboty w domu, który trzeba ogarnąć i jeszcze osła co na to wszystko pracuje.

Z tego bierze się druga szychta i personel drugiej fabryki. Z tym że kobiety jak nie rodzą dość dzieci (a jak pracują, to nie rodzą), to trzeba spalić część zasobów na żłobki, szkoły, przedszkola i samotne matki (to takie nowe zwierzę niewystępujące w normalnych ustrojach w innej formie niż wdowa po bohaterze).

Kobiety stanowią drugą szychtę o połowie wydajności pierwszej i służą razem z nieracjonalną lokacją wywołaną CITem skróceniu podwojenia wydolności przemysłowej w dwa lata.

Z tym że zboże nie chce wcale rosnąć dwa razy szybciej, mąka mle się tak samo, drzewa szybciej nie rosną, chleb się szybciej nie piecze, a myszy i PSL żrą jak żarły.

Powstaje więc olbrzymia nierównowaga w alokacjach i problem demograficzny, oraz olbrzymi aparat centralny jakim jest opieka nad dziećmi i szkolnictwo z oczywiście skrzywioną alokacją “do przemysłu”. Powoli taka kraina zaczęła importować żywność i pracowników (przemysłowych głównie, najpierw z Grecji w latach 60-70) jakoś tam ratując doraźne braki.

Ale to wszystko podparte jest kultem “obronimy się”, bo soviet czyha. W Polsce racjonalne byłoby mnożenie się na potęgę i sypanie szańców na Putina. Tylko że nie mnożymy się na potęgę.

W Szwecji podatki w latach siedemdziesiątych przekroczyły 100%. Cały wysiłek narodu został kolektywnie skierowany na stworzenie przemysłu jądrowego. Nikt nie miał pojęcia ile przemysł jądrowy potrzebuje stali, węgla, wody, palet, zboża, myszy, gumy, smaru, ponieważ nikt nie kalkulował, iż ten przemysł wymaga nie fabryczek z podwójnym narzutem na produkcję (dwu procesowa obróbka – pociąć i skleić) gdzie w ramach koniunktury można klienta narazić na x2,5-x3 jak wytrzyma, tylko poważnej obróbki maszynowej (ceny produktów x5, gdyż poważna obróbka maszynowa bazuje na metalach ciężkich, na spiekach węglików i tam od x5 zaczynamy koszty) oraz czegoś, co w Japonii zaczęło Hitachi, a Szwedzi doszli do ściany (zbyt mała podstawa piramidy produkcyjnej). Hitachi jest producentem reaktorów jądrowych “wszystko robimy sami” w przeciwieństwie do szwedzkiego “połowę importujemy”. Otóż potrzebne są inne niż ścierne systemy obróbki metali ciężkich (jeszcze narzędzia ze spieków da się od biedy obrabiać szlifierkami, Niemce tak robią, Szwedzi też). Potrzebne są systemy elektroerozyjne. Witamy w mnożnikach cen x10, x15. Jeszcze o ile mówimy o płytkach do narzędzi skrawających do przemysłu to takie ceny za detale da się znieść, z braku wyboru się z tego korzysta (a nawet podejmowane są próby wytwarzania frezów przy użyciu elektroerozji drutem – w zeszłym roku 2016 pierwsze takie próby szwedzkie z laboratoriów zeszły, a omawiam temat przemysłu sprzed 50 lat). Przy czym pręta uranowego nie ma mowy aby obrabiać jakim szlifowaniem. Nie przetniecie pręta uranowego szlifierką kątową, ponieważ ze względu na gęstość materiału jak się wetniecie tarczą, to przeciążycie i spalicie szlifierkę. Trzeba je pokruszyć i połamać, albo ciąć elektroerozyjnie, a to oznacza bardzo drogie materiały, maszyny i powolny proces. Choć mało stratny – tak się robi zegarki w Szwajcarii.

Wracamy więc do naszej fabryczki fabryk – musi ona wytworzyć

“Dobre wysycenie techniką w MiŚiu to 20k jednostek (czyli około pięcioletnie zarobki przeciętniaka)”

narzędzie o wartości nie 20k jednostek na człowieczka, a na początek 200k, to oznacza, że proces zajmuje nam więcej niż wynosi amortyzacja fabryki.

Witamy w pułapce wysokiego dochodu (i średniego i jakiego tam chcecie). Aby dokonać przeskoczenia tego progu rentowności trzeba skonsolidować pracę 10 fabryk i coś im obiecać. Chyba emerytury. Albo życie wieczne.

Wiecie dlaczego tutaj nie zmawiamy się w dziesięciu aby otworzyć fabrykę? Przecież mamy do tego zasoby – razem otworzymy fabrykę jak ta lala. Albo czemu na IT21 nie zmawiamy się, żeby otworzyć oddział banku? Przecież dali byśmy radę. Ano dlatego że każdy z nas kalkuluje że lepiej być panem za 200+ jednostek na łapę fragmentu, niż zarabiać 100 z obietnicą kolejnej stówy w jakiej tam przyszłości.
Mnie korpo oferuje za bezdurno maszyny do takiej obróbki, tylko komu ja sprzedam takie produkty w takiej jakości za tyle? Nikt ode mnie części do myśliwców nie kupi, a do normalnych samolotów nie trzeba tej jakości. Dziękuję – mam wiertarkę, szlifierkę, spawarkę – w kieszeń sobie wsadźcie te cuda obróbki. Mnie dobrze jest jak jest. Mnie żadna innowacja stanu posiadania nie zwiększy, a tylko z kasy wyssie.

Jednak soviet straszy – Szwedzki próbowali. Zrobili sobie ten przemysł maszynowy, zrobili zapalniki do niuków, od Norwegów kupili ciężką wodę, nabudowali hydroelektrowni, naczyścili uranu, zaczęli produkować pluton, przemoderowali reaktory i… wyszło im, że w praktyce mogą wyprodukować dwie małe głowice rocznie. Potrzebowali 60 średnich, a ich czas do regeneracji wynosi około 5 lat. Czyli zbudowali przemysł jakieś 150 razy za mały do produkcji broni, taki akurat, żeby sobie prądu powytwarzać bardzo drogo. Tymczasem zadłużenie trzeba było spłacać a podnoszenie 100% podatków nawet na krzywej Laffera nie dało się umiejscowić. Zrobili krok w tył, pobudowali domów (ileż to cementu i żelaza było w kraju, gdzie nagle nie trzeba było budować zapór wodnych i reaktorów), zrobili sobie dobrobyt, zorganizowali sieci produkcji i dystrybucji mebelków, papieru, kartonu. Wszystkiego tego co nijak nie jest potrzebne do niuków, a czego brakowało. Pozabierali dzieci z domów dziecka do domów i zostali z jednym małym, takim tyci tyci problemem. Demografią.

Gdzieś im brakowało dwóch pokoleń. Mieli (dalej mają) przemysł, w którym hula wiatr, w którym nie ma kto pracować. A wielu wspięło się po drabinie i oni teraz “pracują” dziedzicznie jako urzędnicy – oni do brudnej roboty nie pójdą.

Pamiętacie te 33 sztuki straty w fabryczce? A o połowę więcej z drugiej zmiany? Tego się przy publicznej alokacji i braku wytwarzania firm, jakie by ludzie chcieli, a do jakich necessitas sovietem przymuszała, nie przetwarzało. To były straty w narzędziach, w sprzęcie, ale też wyrzucone, nieudane jakościowo produkty. Kiedy dano sobie spokój z tak wysoką kontrolą państwa (podjęto decyzję, że z niukami się nie uda, a nie ma co zamieniać kraju w obóz pracy), to wszystko było bogactwem do przetworzenia. Firmy zapełniły się prawie darmowymi maszynami o produktywności i poziomie automatyzacji, jakiego by sami przytomnie nie wytworzyli, ale że wszystko szło “dla swoich” po centa za dolara, to nasycono tym rodzimy rynek. I zaczęło się konkurowanie z Niemcami w obróbce maszynowej.

Z tym że system podatkowy był już obciążony zupełnie inaczej.

Nasza firma mająca 2k miesięcznie amortyzacji maszyn, plus 4 pracowników po 200, plus serwisanta za 200 plus szefa za 200 musiała odprowadzać 3200 jednostek podatku. Co do podtrzymania firmy wymaga 6400 jednostek. Mając 33 zysku ze sztuki i produktywność w granicach 180 wychodzi nam, że 194 jednostek nie wytworzymy. Więc albo podnosimy ceny (stajemy się niekonkurencyjni i wypadamy z rynku), albo tniemy po amortyzacji (przedłużamy żywotność maszyn). Cięcie wydatków na amortyzację o prawie 500 jednostek (czyli o 25%) wymaga, aby maszyny były utrzymane przy pełnej produktywności w ruchu około 6, a w praktyce 7 lat. To jest maksymalna długość cyklu koniunktury i horyzont zwrotu z inwestycji. Oznacza to, że kto nie wejdzie idealnie w początku cyklu ten przegrywa. Chyba że znajdzie pracowników na czarno.

Zatrudniano więc imigrantów na czarno, za nieco niższe stawki, nie amortyzowano maszyn jak trzeba, inwestorzy nie rzucali w taki kraj walutą i powoli, wraz ze starzeniem się społeczeństwa kolejne firmy przegrywały w gdzie o brakujące krzesło. To nie powodowało jednak wzrostu cen – to miejsce zastępował import. Powoli trzeba było w ten sposób pozbyć się wszystkiego, aż doszło do sprzedaży przemysłu samochodowego, części lotniczego, Niemcom na chwilę oddano stoczniowy. Mieszkając tu tak długo widzę jak ci ludzie biednieją. Kiedyś nie było tu żebraków pod każdym sklepem a Szwedzi nie grzebali w śmietnikach w poszukiwaniu butelek i puszek. Dziś grzebią.

I nikt nie wie jak z tego systemu podatkowego wyjść – bo rozmontować demografię było łatwo, a teraz robić nie ma komu. A ci co jeszcze robią są spakowani w kontenery i jak tylko zacznie wiać to wyjadą – już pierwsze takie powiewy były i migracja specjalistów była błyskawiczna. Firm też. I kontenerów ze sprzętem. Nie da się pracować w fabryce, której nie ma.


Chwila przerwy w czytaniu.


Z powyższego wywodu wynika nam, że firmy raczej łączą się w łańcuchy “macie coś ciekawego z czego my coś wyprodukujemy”, czasem w choinki “wy i wy macie coś ciekawego, to my to kupimy, przerobimy i sprzedamy dalej do połączenia w kolejnym procesie”, a bardzo rzadko rosną stałe piramidy “gospodarstwa z tego obszaru dostarczą nam zboża, w młynie naszej firmy to mlemy, w naszej piekarni chleb z tego robimy, nasz transport to wozi, karmimy tym pracowników i oni kopią z ziemi metal, który przerabiamy w hucie, gdzie pracownicy karmieni naszym chlebem wytwarzają stal, z której robimy działa i te działa kupuje od nas naczelnik państwa i wali nimi do ruskich”. Piramidy najczęściej zakładają jakieś opodatkowanie i jakiegoś naczelnika. Ale istnieją, ponieważ inaczej nie da się prowadzić wojny innej niż obronna partyzantka.

Takie krótkie łańcuchy można sobie samemu zorganizować. Dwa procesy “pociąć i skleić” podwajają wartość wsadu (ale za straty z tego płacicie), a na szczycie koniunktury możecie klienta obrabować na x2,5. Trójki klient i rynek zazwyczaj już nie wytrzymuje na tak prostym procesie.

Zaawansowana gospodarka ma takie nisze, gdzie wciąga specjalistyczne obróbki x5 i x10, ale to tylko dlatego, że z braku ludzi (z powodu deficytu) trzeba automatyzować. Gdyby nie głupie alokacje w przeszłości i głupie piramidy obecnie takie mnożniki w ogóle by się w gospodarce nie pojawiały. Oczywiście na szczycie koniunktury (tak jak teraz) firmy zajmujące się obróbką maszynową na najwyższym poziomie zarabiają krocie – to wielki cymes – lepszy od karuzel na vacie. Ale zasilany karuzelami na “innowacjach” to taki system ssawek. Do każdego dochodu, jeśli się on stabilizuje, podpinają się kolejne ssawki kosztów stałych. Dlatego biznes migruje, dlatego kapitał zmienia branże i wchodzi w te, które z powodu zastoju nie są dojone.

Czasem, gdy zastój jest zbyt dotkliwy rządy ruszają na ratunek (jak z innowacjami) i wtedy są tam “dotacje & ulgi” – czyli można się w majestacie nakraść.

Zwracam uwagę na porównanie zwrotów firmy pod produktywnością, ale bez biurwy

“jedźmy na x5 czyli różnica w zarobkach w identycznym przemyśle pomiędzy Szwecją a Polska (czyli już jesteśmy z wyliczeniami na planecie Ziemia). Mamy 3400 jednostek do podtrzymania firmy, musimy wyprodukować 103 żeby utrzymać firmę – czyli o 20% więcej niż w Polsce, ale zarabiamy x5 (olewamy podatki na razie). Możemy produkować 180. Czyli zanim dojdziemy do pełnego wykorzystania jednej zmiany stać nas już na zarobki”

i z biurwą:

“Nasza firma mająca 2k miesięcznie amortyzacji maszyn, plus 4 pracowników po 200, plus serwisanta za 200 plus szefa za 200 musiała odprowadzać 3200 jednostek podatku. Co do podtrzymania firmy wymaga 6400 jednostek. Mając 33 zysku ze sztuki i produktywność w granicach 180 wychodzi nam że 194 jednostek nie wytworzymy.”

3400 a 6400 decyduje o zdolności podtrzymania firmy. Nawet płacenie 5 krotnie mniej za pracę niczego tu nie ratuje. Po prostu płacenie podatków jest bez sensu. Co za tym idzie z firmy znikają pracownicy, a pojawiają się znikające firmy “konsultantów”, którzy robią dokładnie to samo co pracownicy, za tyle samo, tylko nie płacą podatków. A nie płacą ich dlatego, że ze względu na przekroczenie resursu maszyn i brak demografii po zagnaniu kobiet do pracy (wszak nie wszyscy są samozatrudnieni i ich kobiety mogą się byczyć) nie będzie żadnych wypłat z przyszłości – fabryki są kanibalizowane, a formalnego przenoszenia prawa własności po prostu nie ma, ponieważ formalnie ci ludzie nie mają dochodów, gdyż ukrywają przychód. Mogą sobie bogato żyć, ale formalnie nic nie mogą mieć.

Dochodzi w takim wypadku cały aparat obrotu i legalizacji majątku, tak pogmatwany, a jednocześnie tak konieczny, że powstała cała kasta ludzi zajmujących się rejestrowaniem spółek. O ile sto lat temu to była poważna usługa oferowana w kancelariach to teraz jest to banał zamawiany na kartę rowerową przez telefon.

Ta prawie dwukrotna różnica pomiędzy warunkami działania firmy na pełnym luzie – praca ubogaca, a na pełnej spinie – pracujemy na biurwę nie daje zbyt dużej przestrzeni aby rozpinać w nich ustroje. Sytuacja może być dramatyczniejsza, ponieważ są kraje oddalone od oceanów, bez własnej floty handlowej, bez portów. Transport lądowy podnosi ceny towarów o 30%, ale na miejscu zazwyczaj są jakieś zasoby energetyczne (bo jeśli i to trzeba tam sprowadzać to takie miejsce nazywamy zadupiem). To podnosi nam wsad z 66 na 76 – niby niewiele, ale powoduje, że już przy pełnym luzie na zarobki z poziomu 200 jednostek dla każdego trzeba zasuwać na 142 sztuki produkcji, luzu na kapitał jest więc 950 jednostek, a to powoduje, że albo koniunktura jest na maksa, albo zamykamy interes. Ponieważ przy 50% zapotrzebowaniu na nadwyżkę firma daje ROI w okolicach 20% (czyli po pięciu latach mamy odtworzoną fabrykę, którą zużyliśmy lub nie i 20% fabryki kolejnej) – a taki wynik jest po prostu o kant. Problem nie jest abstrakcyjny – z tym (i nie tylko z tym) stykają się przedsiębiorcy w Beczuanie. Ceny produktów przemysłowych tam na rynku zatrwożyłyby zaopatrującego się na bazarze środkowojuropejczyka. Jedyne co powoduje, że interesy tam wychodzą to brak zorganizowanej i przytomnej konkurencji, można tam sobie ruszać jak wilk między owce, ale ceny materiałów eksploatacyjnych dla przemysłu są szokująco wysokie. Ponieważ oni tam nie wiedzą jak te rzeczy wyprodukować.

A ja… wiem. I przy takich cenach to się nawet zastanawiam czy to nie miałoby sensu, aby im dogadzać. Wiecie jak prymitywnie można wyprodukować wielometalowe ostrze do piły? Tarczę ścierną (ściernicę)? Narzędzie skrawające? Przecież mają tam diamenty i piach, więc musi być szmergiel na takim obszarze.


Po drodze kilka razy wspominałem o mechanizmach regulujących wycenę produktu w innych produktach. Jest to $*demand/suply ==> $ds. Mamy ten produkt o wycenie 100 jednostek dający nam 33 zysku. W stabilnych warunkach $ds wynosi więc 100/100. Jednak jeśli z powodu starzenia się społeczeństwa z rynku znika 1% dawców towaru na rynek, to 100/99, czyli możemy puścić towar za 101. Z tym że rynek albo zaakceptuje obniżenie jakości (sprzedamy po 100 , ale klient bierze też coś z “odpadu” czyli produktów poniżej wymogów, albo buli 101 od sztuki, albo się szarogęsi i kupuje tylko tyle co chciał, 1 mu brakuje a płaci 100). Klient i rynek może poczekać, może mieć zapasy, może nie chcieć płacić. Demand jest niezaspokojony – co okres zakupu rośnie o 1. Klient chce nas przetrzymać i po roku ma $ds 178/100. Co powoduje, że rentowność biznesu może szarpnąć 3,6 raza. Najczęściej w takich warunkach doszłoby do załamania jakości i akceptacji substytutu. I tak się dzieje – Chińczyk wchodzi w taki interes, bo opłaca mu się dostarczać substytut badziewny razem z transportem i konkurować z produktem lokalnym i jakościowym. Już pal diabli jego tańszą siłę roboczą i tanie materiały jakie ma na miejscu bo to pożera transport, ale zaczyna on zajmować rynek. A prawo Kopernika działa – badziew wypiera lepszy towar, i ten lepszy produkują firmy same dla siebie do sprzedaży razem z usługą, a w markecie dla leminga jest chiński substytut. Więc z rentownością nie poszalejemy. Chyba że gospodarka się uprości i albo podrożeje Chińczykowi transport (jakimś lotniskowcem mu podrożeje), albo cłami, albo nam potanieją materiały. Z tym że Chińczyk kantuje – ktoś przecież lobbuje naszą biurwę, żeby się leniła i zamiast żyć za 3400 jednostek ciągnęła 6400? Bo przy 3400 to Kitajec z nami nie pokonkuruje, a biurwa swoje pogłówne dostanie i głodna nie będzie. Jakieś tam państwo minimum można mieć – Kitajce mają. Tak więc na naszym wymieraniu i zamykaniu fabryk $ds wygrywa obcy dostawca, konkurowanie więc nie ma za wiele sensu. I jeśli przyjrzycie się firmom ze Skandynawii to one tak za bardzo ze sobą nie konkurują, nawet na koniunkturze podsyłają sobie nawzajem klientów. Jakkolwiek palenie innym rynków i eksploatowanie im $ds ma sens. O ile upilnujemy rynek podpalony tak, aby ktoś nam tam na gapę nie wlazł – czyli mamy własne moce produkcyjne. Tak właśnie dojona jest kolonia polska.

Prześledźmy teraz wariant biznesu gdzie kapitałożerność miejsca pracy to nie jest “jedna ciężarówka = 1mPLN = 20k naszych jednostek” tylko jakiś poważniejszy sprzęt, czyli oprócz hali, dachu, montujemy zautomatyzowaną piłę, skomputeryzowaną tokarkę, frezarkę, wiertarkę, i trochę gratów wkoło (czyli to co tam za 20k jednostek), znaczy rozwijamy, dokapitalizowujemy naszego MiŚia. Wjeżdżamy za 200k jednostek w jednego ludzika plus mamy resztę firmy za pozostałe 100k jednostek, na początku ludziki obsłużą maszyny w kilku, ale nie czarujmy się – jak dobrze się zorganizuje i ustawi produkcję to wszystko co wymieniłem jako dostawkę obsługuje jeden człowiek na podłodze i jednym półdupkiem przy komputerze, a drugim na pomiarach. A w praktyce to jest jeden człowiek co zajmuje się tym wszystkim.

Mamy więc do zamortyzowania jakieś 6k jednostek, 5 ludzików 200 (na bogato, bo to drogie rzeczy), przy czym nie dzielimy po równo tylko ten mądrzejszy, co obsługuje droższy sprzęt, dostaje więcej kosztem reszty. Tak działa presja płacowa – zarobki spadają wraz ze wzrostem kompetencji i produktywności, co więcej tam jeden ludzik zostaje nam bardziej serwisantem, ale liczmy praktycznie – wraz z postępem liczba ludzi po prostu spada, więc i na podłodze mamy coraz więcej maszyn na ludzika, maszyn, których nie używamy non stop). Do zamortyzowania mamy więc 7k jednostek. Z tym że tylko co 10 firma ma możliwość skonsolidowania takiego kapitału i o ludzika też trudno. Więc $ds na tym naszym nowym produkcie będzie 100/10. No niby powinni nam płacić tysia za sztukę – wygląda bosko. Ale… zawsze jest jakieś ale. Wsadem jest droższy materiał (liczmy dwukrotnie droższy) za 125 i energii żre to wszystko też więcej, następnie mamy stratę w cięciu zautomatyzowanym, oraz w trzech kolejnych procesach zautomatyzowanych gdzie narzędzia są drogie. Co w rezultacie da nam (w postaci przestojów, zniszczonych narzędzi, błędów w produkcji) straty na poziomie 75%. Żeby więc wyprodukować jedną sztukę zużywamy 500 jednostek i sprzedajemy przy takim $ds za 1000. Po normalizacji wyników potrajając inwestycję w MiŚia, i robiąc deal z 33 zysku na 50 zysku ze znormalizowanej “sztuki”, zasuwamy na 140 sztuk miesięcznie, żeby zarobić na firmę o tak amortyzowanym sprzęcie. Czyli różnica jest taka jakbyśmy 3 razy mniejszym MiŚiem wylądowali w środku Afryki (tam 142 sztuki utrzymywały biznes w ruchu).

Jak widzicie to się nie skaluje. To nie jest żaden wielki interes. Oczywiście jak jest zmienność i koniunktura szarpnie nam ze zbytem do 180 sztuk, to jesteśmy od razu 2k do przodu. Z tym że w Afryce byliśmy prawie 1k do przodu bez inwestowania 3 krotnie większego siana. Bardziej zaawansowana technicznie firma zapewnia przewagę konkurencyjną, i owszem ma pewniejszy byt o ile jest zbyt, ale nie przekłada się to na dochody – dlatego downgrade jest przygotowywany w wielu gospodarkach (trochę zabrnęliśmy z technologiami – to nie koniec). Jeśli na taką firmę wsiądzie biurwa i tak jak nam robili z 3400 to 6400, a z 7k nam zrobią jakie 13-14k to można rzucać grabki, bo po prostu NIE DA SIĘ TYLE WYPRODUKOWAĆ, żeby zapłacić podatki. Wtedy Kaczor nakrzyczy na nas z trybuny, że my mało innowacyjni, my zrobimy optymalizacje płacąc zero i przeniesiemy się z downgradem gdzie indziej.

Ponieważ w tej zaawansowanej obróbce jest pewien myk – tylko jedna firma na 10 może (i ma to uzasadnienie ekonomiczne) skomasować kapitał do takiego skoku technologicznego (przeskoczyć nad pułapką dochodu 33 i wejść w 50). No chyba że interweniuje “państwo” i dotacjami unijnymi wysyci jedną firmę na osiem, albo i na siedem takim sprzętem. Wtedy mamy $ds 100/30 więc jesteśmy stratni na produkcji i wcale nie uruchamiamy tych maszyn. W rezultacie biurwa wymyśla “impuls” i robi demand zamówień publicznych (na jakieś pierdoły maszynowe, typu działa, czołgi dla Greków – Leosiów od Niemców kupili jakby chcieli Macedonię napaść), więc lądujemy na jakimś kompletnie abstrakcyjnym rynku 200/30 z podatkami na poziomie 14k. Rachunek ekonomiczny przestaje mieć wtedy jakikolwiek sens, bo cała gospodarka opiera się na chceniu, a żeby się chciało, to trzeba drukować, tym zajmują się szamani centralni i jesteśmy u #glupi na blogu, w formach działających na wynik + dotacja – podatek.

Jak widzicie niewiele trzeba aby praca traciła sens. Oczywiście inżynierowie też potrafią podkręcić demand – a robią takie produkty, co się szybko psują. Jak się psują waluty, to jest pikuś, bo to tylko obiecanki, jak zostaniemy z kupą niedziałającego złomu, to nie wiem czym wyprodukujemy coś co jeździ – chyba pilnikiem i brzeszczotem.

Myślę, że nie trzeba wyjaśniać jak działa bardziej zaawansowana firma, która ma takie maszyny, że zamawiającym jest wyłącznie Aerospace i inna biurwa, a $ds mamy 100/1, zaś koszt utrzymania biznesu 20k (każdy zarabia 400 – tu są sami specjaliści) i wyniki takie jak opisałem przy produkcji tankowca, a wsad w materiałach x10. Ale nie żałujmy sobie. Mamy materiał po 670, musimy wsadzić go ze względu na straty x 3,5, czyli 2345 wrzucamy na sześć procesów do bębna i uzyskujemy sztukę dającą nam 7655 zysku (po znormalizowaniu z 33 weszliśmy na 50, a z tego na 76). Firma musiałaby wytwarzać znormalizowane 264 jednostki żeby się utrzymać. Czyli zaczyna być rentowna, jeśli ma przewagę rozwojową 64 lat świętego spokoju (1,006^64 ca= 264/180). W ogóle rentowna. Jeśli doczepimy do tego biurwę, to możemy się przeżegnać nogą. Jeśli zaczniemy wrzucać do gospodarki kolejne takie jednostki produkcji w ramach “dotacji”, to możemy od razu pisać podanie o znajomego królika, bo konkurowanie na takim rynku jest bez sensu. Te odległości rozwojowe w latach oznaczają, że Polskę od możliwości wytwarzania elektrowni jądrowych własnymi środkami (czyli sami sobie wystrugamy, a nie kupimy jak murzyni paciorki za mirabelki i szczaw) dzieli nas jakieś 120 lat rozwoju przemysłu bez wojny. Ja się nie spodziewam tego dożyć, ale spodziewam się dożyć wojny. Zresztą demografia nam się wykręciła, więc niebawem schodzimy ze sceny i zwijamy flagę z mapą.

Uważam że dość dobitnie wyjaśniłem czemu downgrade technologiczny występuje od czasu do czasu, jak wyglądają rentowności i dlaczego parcie na innowacje jest bez sensu, więc robią to tylko postawieni pod ścianą. Jest chyba oczywistym, że zamiast wysyłać kosztownego specjalistę z kompetencjami i maszynami do produkcji wysyła się do dzikich krain kontener z towarem i sprzedaje po cenax3. To i tak ma większy sens ekonomiczny niż produkcja na miejscu. Póki ropa jest darmo, to tam w ogóle coś dociera, bez ropy geografia staje się większa, odległości niebotyczne, a handel wyłącznie lokalny.


W całym wywodzie pominąłem F – handel i jego poziomy. Internet zdławił ceny i ułatwił transport. Dlatego możemy sobie wiele rzeczy kupić kliknięciem, sklepy są zamykane, a “sprzedawcy” muzą zmieniać zawód. Co innego specjaliści od zakupów i obrotniacy jak #Mati. Zapewniają oni krwiobieg tam gdzie ciśnienie słabo dociera – na rynkach wtórnych, na maszynach po przebiegu amortyzacji. Tam gdzie zmienność jest wysoka, a nie ma hurtowych second handów, żeby porównywać rożne stopnie zużycia maszyn z ich wycenami. Są oczywiście różne firmy aukcyjne, ale w tym trzeba po prostu siedzieć, mieć dojścia i układy. F jest więc w bardzo różnych zmiennościach, jeśli prowadzicie sklep to cena zakupu x2 jest początkiem dyskusji, ale czy w konkurencji z internetem klient taką cenę wytrzyma? Jeśli kupujecie towar w setki sztuk to tak, tylko że nikt nie kupuje do hurtowni setek obrabiarek, obrabiarki sprzedają praktycznie bezpośrednio producenci, a dla drobnicy jest sprzęt używany. Producenci zapewniają też własny (drogi) serwis. Co jest przyczyną, dla której w przemyśle maszynowym dochodzi do konsolidacji w pionie (produkcja, finansowanie, dystrybucja, serwis) takiej jaką opisałem dla firm gospodarskich w downgrade technologiczny.

To w ogóle bardzo ciekawe zjawisko, że grupy kapitałowe zamiast organizować korpo-biznes cofają się do monarchii-gospodarstw z własnym finansowaniem, własnym transportem, produkcją, dystrybucją, serwisem i niebawem odbiorem używanych maszyn aby nie trafiły na rynek wtórny. Zapewne czeka nas rynek leasingów, po których nie wykupimy sprzętu tylko oddamy i dostaniemy nowy płacąc producentowi pańszczyznę – powoli już to tak zaczyna wyglądać. A zyski osiągają firmy, które wyrwały maszyny z tego obiegu i własnymi kompetencjami je serwisują.

I oczywiście tę 60 letnią przepaść między rozwiązaniami technicznymi i organizacyjnymi w różnych krajach mamy nadrobioną przez 80 letnich specjalistów z najbardziej rozwiniętych krajów. Są maszyny, którymi produkuje się cuda latające na zwiady ku innym planetom i takie, które badają dna oceanów. Człowiek przecież stworzył javę, a teraz gania fale po morzach.

Special RI Seminar: James Gosling : Self-sustaining ocean-going robots, others, and data collection

Tacy ludzie wyjaśniali mi krok po kroku jak działają maszyny, których używamy, ale jak oni to do kupy złożyli i uruchomili to mnie przerasta, a przecież nikt im tego nie dał w gotowcu – sami je wymyślili. I to jest problem, kiedy używamy technologii, której nie potrafimy odtworzyć. A do tego olbrzymią ilość mądrych ludzi zassały nam przemysły zupełnie wirtualne. James Gosling jest przykładem przepływu w drugą stronę – jest nadzieja.