Szacowanie – skalowanie

W poprzednim tekście wyjaśniałem jak BardzoMałePrzedsiębiorstwo D (czyli nie gospodarstwo A) operuje na rynku. Jednak czasem ludziom udaje się porozumieć, że poprowadzi ich ku świetlanej przyszłości kto mądrzejszy i to najczęściej nie dlatego, że jest jakoś poważniej mądrzejszy, tylko dlatego że mamy morze głupich co sobie sami nie umieją czegokolwiek zorganizować bez operowania obrachunkiem abstrakcyjnym (i się ich na tym skubie co opisał #gruby). Ci głupi nie są jacyś strasznie głupi, oni są zupełnie przeciętni i jak muszą i się im nie przeszkadza (podatkami, co wyjaśniłem w wyliczeniach), to oni sobie coś tam nawet zbudują, zarobią, zaoszczędzą, nawet rozmnożą. Ale najczęściej ktoś im przeszkadza, i to najczęściej ci, którym geografia psuje ich własne przedsięwzięcia – kalkulują więc czy lepiej pracować czy nam bęcków nakłaść i nam ukraść (Rosjanie), ale są też tacy, którym psujemy $ds i oni by nie chcieli konkurencji (nawet zaniżającej sobie zyski z powodu geografii), bo sam fakt istnienia konkurencji psuje $ds. Dlatego nam palą fabryki (ekonomicznie raz, czołgami innym razem, nawet nam sklepikarzy E i lekarzy C raz w piecach spalili).

Biznes typu B i D powstaje w ramach gospodarskiej oszczędności i odmawiania sobie konsumpcji na poziomie C przy bardzo dobrych dochodach z konsolidacji łańcucha A w B. To jest jakoś wyobrażalne, żeby sobie pięć lat oszczędzać i otworzyć jakiś mały B lub D interes – ja nawet znam takich co oszczędzając z etatu takie pootwierali.

Po macoszemu potraktowałem w poprzednim tekście E – kupców. Bo to sprawcy nieszczęścia wszelkiego. Biznesy typu B najczęściej w jakiej spółdzielczości z A dysponują własnym systemem dystrybucji, bo są pierwotne i muszą tym dysponować. Z powodu kompensaty rozliczeń produktów ludzie (nie znając jeszcze TQM, ale czując pismo nosem) organizowali się w sioła, miasta, metropolie. Miasto ma tę zaletę, że wszystko produkowane jest na miejscu, na miejscu magazynowane a transport ograniczony jest do minimum. Miasta miały sens tak długo jak transport, nawet lokalny, był drogi. Teraz jest tani i ciężko jest zmusić leminga, żeby nie uciekał do suburbiów albo do bardziej rozproszonych struktur przemysłowych. Bo jeśli przytomnie myślicie o budowie fabryki, to oczywiście najlepiej to zrobić w polu przy autostradzie, a nie w mieście gdzie Wam będą wymyślać, że ma nie kopcić, nie śmierdzieć, ruchu nie blokować. Najlepiej za pierścieniem suburbiów tak żeby niewolnik miał jak dotrzeć. Jeśli przyjrzyjcie się nowoczesnym miastom to tak właśnie one ekspandują tworząc pierścienie kolejnych obwodnic i dzielnic przemysłowych przetkane suburbiami. W centrum zaś osadza się czarnych i czerwonych (czyli lokalnych patoli w rezerwacie) i tworzy “niebezpieczną okolicę”.

E ma strukturę nakładczą podobną jak D, z tym że wsadem są towary, a kompensatą towary. Kupczenie polega na tym, że na magazynie się zawsze MA. Nawet jak się kupczy pieniądzem, to dlatego że się go ma, a nie dlatego że się go nie ma. Dlatego parabanki dają radę w konkurencji z koncesjonowanymi bankami, bo w koncesjonowanych nic nie ma, a w parabankach cokolwiek w ogóle jest. Polecam koran: https://sites.google.com/site/oislamie/hadisy/sahih-bukhari/34-ksiega-o-handlu. Jak widać oni nie są jacyś nienormalni – zupełnie przytomnie jest na suku.

W handlu na każdym poziomie, najprościej i bez kombinowania dubluje się cenę wsadu i próbuje sprzedać towar przyjmując, że połowa zarobku pójdzie na straty (w postaci strat w towarze, rozkurzu, kradzieżach, zniszczeniu w transporcie). Transport zazwyczaj traktowany jest kosztem jako strata w procesie (15%), przy czym mamy obecnie handel globalny, a to oznacza, że ktoś nas kiwa na $ds. Otóż transport globalny podwaja cenę towaru (przynajmniej podwaja), i o ile mówimy o rzeczach, których sobie nie wystrugamy z banana (no cedry u nas nie rosną, diamentów w ziemi nie ma, metale ziem rzadkich trzeba sprowadzić), to sprowadzanie wszystkiego jak leci z Chin jest nieco nieprzytomne, ale… nie potrafimy z tym konkurować. A Amerykanie się konfrontują i jakoś dają radę, przy czym nie skalą (co poruszę dalej w D^2), a jakością – po prostu wymagają jakości takiej jaką osiągają u siebie, a tą Chińczycy owszem u siebie mają, ale dublowanie jej ceny eksportem nie pozwala na konkurowanie w USA. Handel więc zapewnia nam najniższą możliwą cenę, nawet niższą niż gdybyśmy sami coś sobie wystrugali. Obniżenie ceny w handlu polega na redukcji własnej marży – wymaga więc wielkich wolumenów. W przypadku gdy mamy firmę D^4 (około tysiąc osób) można schodzić z wyników producenta i mimo podwojenia ceny transportem przez pół świata, zaopatrzeć cały kontynent w narzędzia. Nie mamy jak z tym konkurować, ponieważ nigdy nam do głowy nie przyszło, aby zbudować fabrykę narzędzi na tyle osób i wykorzystać taką skalę aby zdominować aż tak duży rynek. Nie przyszło nam ponieważ konkurujemy z sąsiadami, a Chińczycy u siebie mają własny rynek zapasowy – wewnętrzny i do niego nas nie dopuszczą z naszym eksportem (a jak dopuszczą to dowalą takie cła, że się nie pozbieramy).

Wyjaśniłem dlaczego cena chleba przy wyjątkowej supresji konkurencją rynku jest 10 krotnie wyższa od ceny zboża, to raczej nie muszę tłumaczyć, dlaczego sprowadzanie chleba z zagranicy (czy innego kawioru) sprawia, że jego ceny są urwane z choinki. Istotne jest więc gdzie odbywa się wymiana. Bo towar ma różne wyceny ze względu na loco. Wymiana czyli w istocie kompensata i arbitraż. Skala jednak dla gospodarstwa jest problemem, ale dla przedsiębiorstwa możliwy jest hedging. Przedsiębiorstwo zamawiając wsad może sobie kompensować w cenie zbytu i manipulując w pewnym zakresie stanem magazynu kontrakty na zakup wsadu nawet jeśli przestrzelą, ale zapewniają tym płynność dostaw – bez dostaw w przedsiębiorstwie hula wiatr. Gospodarstwa nie mają od kogo zakontraktować złóż w ziemi, deszczu i słońca.

Każdy sobie wyobraża jak wygląda kontenerowiec, pływa toto, w kontenerach towar, rozładowują to zautomatyzowane suwnice pod okiem operatorów, wozi tak dużo, że można gigantyczną ilość towaru przerzucić globalnie podwajając cenę port do portu. O ile można sobie wyobrazić, że chińska firma produkująca miksery i telewizory działając obok portu ma jakieś zbite do 2-3% koszty załadunku, a zatrudniając 10k luda na produkcie standaryzowanym bez modyfikacji od pół roku ma kasacje na poziomie 2 procent w całym łańcuchu (a legendy chodzą o kasacjach zamiatanych pod dywan zjechanych niżej czwartej sigmy, tylko później pracownicy tam popełniają samobójstwa), to może wyjechać z ceną na poziomie 17-20% tego co byśmy zorganizowali w pięcioosobowej fabryce równie lichych jakościowo mikserów. Jak to dopłynie do portu to jest loco Amsterdam czy inny Goteborg z ceną 35% tego co mamy u nas w MiŚiu. Na szczęście lud miast i wsi nie wali do portu na zakupy mikserów. Kiedyś (i dziś masowo też) dochodziło do dystrybucji hurtowej (ale zwracam uwagę na to, że tu są kontenery i to zapamiętujemy) i sobie firma podwajając cenę rozwozi to po supermarketach mając już 70% ceny tego co my w MiŚiu w sklepiku przyzakładowym, a następnie wystawia na półki i ma 140% tego co my w sklepiku przyzakładowym. Teoretycznie moglibyśmy konkurować, ale… pierwsze ale… oni to mają w sklepie ze wszystkim, z kosztami marketingu, z pozycjonowaniem, ze strukturą sprzedaży, finansowania, w miłym klimatyzowanym pomieszczeniu, a my w MiŚiu w manufakturze. Jest drugie ale… ich produkt ma pudełko, a dla nas to dodatkowy produkt, i instrukcję… i trzecie ale… mają lobbing, a za tym idzie gwarancja, rękojmia, upierdliwi klienci, rzeczoznawcy od gwarancji, doliczamy 50% do ceny produktu i już jesteśmy na podobnym poziomie cenowym, bo my robimy sztuki i nas kartony i pakowanie kosztują więcej tu niż Chińczyków tam za 1/5 stawki przy 1/5 kosztów życia. Do tego my ręcznie co sztukę to inną, oni hurtowo to samo jak maszyny w tysiącach powtórzeń. Ale jakoś dajemy radę. Możemy podnieść jakość produktów, mieć rozpoznawalną markę, ale to nic nie da… ale… jedno ale za drugim. Znacie Kuźnię?

http://www.kuznia-sulkowice.pl/

Ale w markecie tego akurat nie ma? Chińczyk jest?
Jakoś można sobie poradzić, ale większość nie będzie kopać się z koniem. Trzeba mieć wyjątkowo nieelastyczne środki produkcji i wyjątkowe zacięcie żeby próbować. Ja nie mam. Potrafię zmienić branżę prawie tak szybko jak krawat.

To nie koniec. Wróćmy do tego punktu “ale zwracam uwagę na to, że tu są kontenery i to zapamiętujemy” przy 35% naszej ceny, tu doliczamy (dziś to dopiero jest możliwe od kilku lat dla ludzi z ulicy) 5%-6% i mamy kontener (nie cały kontenerowiec tylko adresowany kontener) loco inny port lub zwrotnica kolejowa (wtedy jeszcze kilka procent doliczą), razem z odbiorem ciężarówką ląduje to z 50% naszej ceny i trafia do hurtowni sprzedającej w internecie. Tego nie wytrzyma ani supermarket, ani MiŚ. Czasem to capnie cło i dowali tak do prawie marketowej ceny – dla hurtowni to koszt, przy którym pozostaje westchnąć i wkalkulować (wiem z własnego doświadczenia). Z tym że Jankesi już się wq… bardzo się zdenerwowali. Jeśli więc na Malakce stanie w poprzek grupa lotniskowcowa to ten cały cykl nie zajdzie. Ja na szczęście mam jeszcze ludzi od zakupów, co mnie zaopatrują w narzędzia ze sklepów przyzakładowych, a nawet bez tych sklepów prosto z produkcji.

Z tym kontenerem to nie było ostatnie słowo, przecież można przetransportować zautomatyzowane magazyny (nawet jakby nie było na nie miejsca w kraju to na statkach je trzymać) i stamtąd rozsyłać paczki już lokalnymi systemami dystrybucji. Wtedy nawet taki biznes jak jest dumpingiem (człowiek co sam pakuje, sam rozsyła towar i nie liczy sobie samemu, bo sam siebie oszukuje, że obrót paczkami robi gratis, bo handluje w internecie) padnie.

Ale będziemy mieć bardzo tanie towary coraz lepszej jakości.

A te lepsze i spersonalizowane zrobimy sobie w przedsiębiorstwach małych i bardzo małych lokalnie. Czyli segment premium. A dlatego w przemyśle, bo tam trzeba kompetencji co ruguje nam znaczną część leminga z konkurencji. No i trzeba kapitału choć trochę co ruguje nam małpety zadłużone po uszy.

Pomyślcie jednak jeszcze raz o Chinach – ich sklep przyzakładowy co prawda sprzedaje towar na kontenery, więc musi być poziom dystrybucji podbijający tę cenę do 30-35% (u siebie mogą sprzedawać bez pudełek i instrukcji), w rezultacie, w dużych miastach, na giełdach i bazarach mają narzędzia (i właściwie wszystko inne) pięciokrotnie tańsze niż u nas, tylko dlatego że mają fabryki, których produkcja ma tak szeroki rynek zbytu. Oczywiście że u nas konkurencyjnie da się zbudować tak samo masowych, wyłącznych producentów i można to zrobić przymusem prawnym, z tym że narzędzia wcale nie będą od tego tańsze. Ten przymus prawny można sprowadzić do jakościowego wymogu ilości przepracowanych godzin pod obciążeniem i tak dowalić normę, aby mogły to przejść wyłącznie maszyny, które mają części kute. Makita na przykład ma. Z tym że bez ceł, zaraz okaże się, że Chińczycy to u siebie cały czas mieli produkcję jakościowych narzędzi, tylko ich do nas nie wysyłali, bo nie mogliby konkurować ceną, ale jak zrobimy u siebie “wyłączność & monopol”, to u nas ceny wzrosną i wtedy będą mogli konkurować – i znowu nas wykoszą liczbą.

Gramy więc liczbą, a liczba wynika z demografii, z liczby konsumentów w takim wieku, w jakim potrzebuje się wyrobów przemysłowych. Bo ten pomysł z wymogiem jakościowym to jest dokładnie odwrotność tego co wymuszają podatki – zamiast lichych rzeczy psujących się w takim tempie aby fabryka ledwo zaspokajała powstający deficyt trzeba by produkować rzeczy praktycznie niezniszczalne (niepsujące się samochody) i możemy takie robić. Tylko jest taki warunek – że nie da się wtedy wprowadzić podatków, bo podatek jest przerzucany na klienta i to nie w formie zapłaty w walucie za ten sam towar, a w postaci zapłaty w przyszłości za nowy towar, ponieważ ten sprzedajemy mu w obniżonej jakości.

Moglibyśmy robić rzeczy lepsze, ale podatki zmuszają nas do sprzedaży towarów gorszych. Zmusza nas do tego głównie podatek zwany kredytem i podatek inflacyjny.


Wspomniałem o tych kilku średniakach co mają tyle rozumu aby oddać się pod komendę mądrzejszego, tak jak im pod komendę oddają się pracownicy. Ten mądrzejszy to nie jest taki mądrzejszy, żeby to jakaś mierzalna różnica była, tylko po prostu lepiej zorganizowany na kierunku organizowania innych. I organizuje ich odgórnie tak jak szef pracowników czwórkowo, tak on “szefów” a konkretnie brygadzistów co są takimi prawie szefami. Prawie, bo na szefowanie im brakło chęci, kapitału, talentu i szczęścia, ale pod komendą i w grupie zorganizowanej potrafią coś z siebie specjalistycznie wykrzesać (to problem paternalizmu – przedsiębiorca jest odpowiedzialny za tym więcej im mniej zaradnych ma podkomendnych, ludzie oddają się pod komendę bo im tak jest taniej, lepiej, wygodniej). Z tym że na tym poziomie jest pierwsza widoczna różnica – bardzo rzadko taka choinka “firm” jest łączona czwórkami i piątkami jak pracownicy, najczęściej łączy się szóstkami – to zwykła praktyka, że firmy uznawane za większe od małych, a już wymagające pionu decyzyjnego mają po 30 osób, z czego przedsiębiorstwem w przedsiębiorstwie jest 3-5 osób – biurwa, kierownictwo i szefostwo. To czysta praktyka, empiria, że tak to działa dobrze, a inaczej kuleje. Zupełnie inną strukturę mają firmy kilkunastoosobowe i nie są to firmy trwałe (są to firmy w rozwoju, ale jakieś organizacyjne kombinacje typów C).

Powstaje nam w ten sposób D^2, gdzie D^2=6, z czego wynika nam, że D to jakieś 2,5. To jest taki abstrakcyjny model matematyczny, który wskazuje nam tylko to, że o ile pojedyncza firma robiła nam dubel produktów przy 50% stracie czyli 67 wsadu zamieniała przeciętnie na 33 zysku przy 100 wartości i jakieś 34 straty, to taka mało-średnia firma robi nam takiego samego produktu ze 48 zysku. 33 a 48 to jest różnica jak się robi to samo, no to taką logiką dochodzimy do wniosku, że konsolidować się należy, że kolektywizm jest super, że #Arcadio ma rację i w kupie raźniej.

Hola hola! Bardzo skolektywizowane gospodarki produkujące okręty podwodne, myśliwce najnowszej generacji, drony, artylerię i co tam sobie na gąsienicach chcecie (maszyny budowlane też ^^) mają proporcję mikrofirm (do 3 pracowników) w stosunku do dużych (500+pracowników) w branży technicznej 10k:16 i rozkład taki, że tych średnich to tam jest kilkaset w kupie w całym kraju.

Musi być jakaś szczególna właściwość tego, że zbieranie się w kupę fałszuje nam rezultat tak, jakbyśmy mieli 1,006 o jakieś 30-40 lat do przodu. Pozostaje tę właściwość znaleźć, dlaczego w gospodarce jest jednak tak wiele małych i mikro, a tak mało średnich skoro to taki cymes?

Niby organizacja średniej firmy jest prostsza – brygadziści nie muszą być tacy bystrzy jak przedsiębiorcy, a tylko ten na górze musi być nieco bardziej rozgarnięty, ale to jeszcze w rozkładzie rozumu po społeczeństwie takich się znajdzie, nawet łatwiej niż chętnych ryzykować własnym kapitałem. To może kapitału brakuje? Też nie, ponieważ taka firma nie jest skalowana kapitałem ponad to co każdy z tych pracowników i tak by w pięć lat oszczędził. Właściwość której szukamy musi być więc ukryta w samej organizacji produkcji. I tam właśnie jest. Otóż firma średnia ma mniejsze straty (mniej idzie do śmieci), nie dlatego że mniej produkuje, tylko rzadziej zmienia organizację pracy – tu się panie robi taki produkt w taki sposób i my tego z dnia na dzień nie zmienimy. A w 4-5 osobowej firmie to my panu zrobimy taką bramę i podjazdy jakie pasują do pana bramy, a nie że trzeba robić standaryzowany budynek żeby pasował do naszych schodów. My proszę pana w małej firmie to uszyjemy wszystko na wymiar – jak pan chce, jak pan każe, jeszcze jak coś by się nie podobało to przyjedziemy – poprawimy. Dlatego mała firma ma duży odpad – bo szyje na miarę, a średnia sama stanowi o miarach.

Jest w tym pewien skalowalny problem – skalowany bo coraz większy. Stocznie bardzo słabo produkują samoloty. I sprawdzono to w praktyce, otóż Sovieci próbowali robić ekranoplany w stoczniach, przy czym małe projektowali i wykonywali w biurach lotniczych, a duże posłali do stoczni. Okazało się, że tą techniką, tymi metodami pracy, tymi materiałami i tą organizacją produkt jakościowo odstawał od marzeń biur lotniczych. Bo tu się panie okręty buduje. Ja wiem, że niby kapitał i elastyczność środków produkcji, ale o ile to jest bardziej prawda w małych firmach, o tyle w większych to jest coraz mniej prawda, a w przypadku czeboli to nawet obok prawdy nie stało.

Wracając do naszej średniej firmy D^2 – sztywność produkcji ma problem na zmiennościach $ds – jak jest dobrze, to jest dobrze i zyski są mnożone szybciej niż w małych firemkach, jak jest źle, to wyniki lecą na mordę błyskawicznie. Zmienność rynku powoduje o wiele większe fale z powodu mniejszej elastyczności firm średnich. Mniejszej, ponieważ jest tam tylko jeden, góra dwa przytomne korelatory na sześć, które by były, gdyby to było podzielone na firmy małe. Małe firmy stabilizują rynek, im większe są firmy, tym “cykl koniunkturalny” ma większe amplitudy. Jeśli państwo uczynić jedną firmą (kolektyw, komunizm), to cykl koniunkturalny będzie zabijał ludzi dosłownie – głodem; samymi brakami w cyklu i brakiem stabilizacji opornych na cykl małych przedsiębiorstw, takie wielkie przedsiębiorstwo wykończy ludzi. Bo ma tylko jeden korelator w politbiurze. I tu jest cały problem z budowaniem większych przedsiębiorstw, że votality daje nam siłę nośną na koniunkturze, ale też trzeba wiedzieć kiedy wyjść. Z tego wynika, że taka firma OCZYWIŚCIE jest problemem (wywal w małym miasteczku 30 ludzi na bruk) i musi realizować jakąś  potrzebę charakteryzującą się małą zmiennością. Na przykład chleb produkować, piwo, wino, przyczepy samochodowe, piekarniki, gumofilce.

Z tego oczywiście już czujecie pismo nosem, że producent aut może funkcjonować tylko jak kolektyw się zmówi, że innych aut nie kupi, bo te co sami sobie robią są naj (i do wyboru jest saab i volvo – niech se będzie konkurencja w kilkumilionowym kraju), a import jest be i się importu nie kupuje. No i oczywiście można jak w Detroit jechać na dotacjach “bo wywalimy milion ludzi na bruk!”.

Skalowanie biznesu jest więc generatorem problemów.

I to nie tylko takich. Może być ich więcej.

Jeśli powstanie przedsiębiorstwa jest warunkowane kredytem, a nie oszczędnościami, to już pomijając oczekiwaną stopę zwrotu ktoś z zewnątrz psuje nam $ds względem naszych oszczędności (przecenia nam swoją inwestycją nasze oszczędności po 99 centów za dolara zwiększając rynek tylko o 1%) i jeszcze psuje biznes. No to oczywiście, że się nóż w kieszeni otwiera choćby z tego powodu, ale… jeśli mamy małe MiŚie i kto obcy nam wejdzie, rzuci maszyny na parcelę i wyjmie nam z dziesiątków tysięcy MiŚiów sześć sztuk i zrobi jedno średnie, to my mamy mniej samo korelujących MiŚiów. Pal diabli, ale jak nam wyjmie misiów 50 i zrobi jedno duże-średnie-prawie-duże przedsiębiorstwo, to narzuci tym STANDARDY jakie on ma w swojej fabryce – bo jego towar będzie wzorcowym (będzie miał 2% straty w procesie, bo to on ustala co jest jakością) i przy pozostawieniu produkcji na takim poziomie jaki jest będzie trzepał 63 zysku na tym samym co mikrofirmy trzepią 33, a do tego jeszcze przydusi kolanem pensje i nikt mu nie fiknie z podatkami “bo zwolnię 250 osób i zobaczycie!”. Jak wiecie z poprzedniego wywodu są takie podatki kiedy rzuca się grabki, mali rzucą, średni-duży na 250 osób nie rzuci, bo nie płaci. A z tych 63 zysku ze sprzedaży badziewia (można kupować, albo nie kupować) stać go na opłacenie polityki. Niby oznacza to, że z 10 tys małych firemek technicznych (na 10 mln mieszkańców) wyrugowano 50 na jedno średnie-prawie-duże przedsiębiorstwo, ale problem ma charakter kuli śnieżnej.

I tu istotne są bankructwa – MiŚie gospodarskie jakoś to przetrzymają, najwyżej spakuje się graty do garażu i przeczeka. Ale jak duży-średni zejdzie pod bilans, to trzeba przypilnować aby na pewno był zlicytowany. Wtedy poprzez dyssypację jego bazy sprzętowej da się odtworzyć multum MiŚiów. Dlatego TBTF trzeba dociskać kolanem, żeby to licytowano komukolwiek, a nie tylko “uprawnionym” znajomym królika. I żadnego ratowania przedsiębiorstw w upadłości – rozgonić, zlicytować, i niech MiŚie się zatroszczą o sprzęt. Bo każda konsolidacji działań ma siłę nośną z cyklu koniunkturalnego, a zgadzamy się na takie cykle tylko dlatego, że na końcu sfragmentowani wielcy są rozdziobywani przez maluczkich. Bez dziobania na końcu kolejka dziobania nie ma sensu.

Szanownych Czytelników prosimy o komentowanie zgodne z tematyką wpisu. Zapraszamy na forum po dyskusje na tematy wszelakie.

Jeśli chcesz zwrócić uwagę na literówkę lub błąd techniczny, zapraszamy do formularza kontaktowego.

  • gruby

    3r3 napisał o kupcach:

    “Bo to sprawcy nieszczęścia wszelkiego.”

    Kupiec żywi się nierównowagą rynku. Jego funkcją jest zagospodarowywanie nadwyżek i wykorzystywanie niedoborów. Kupiec jest klejem gospodarki. Dzisiaj o tym zapominamy, bo dzisiaj kupujący może ze sprzedającym spotkać się bezpośrednio w internecie ale internet przecież nie jest wieczny.

    Człowiek produkujący nie ma czasu na sprzedawanie, bo potrzebny jest do pilnowania produkcji. Ponadto kupiec bierze produkty seriami i dzięki temu producent nie musi utrzymywać sieci sprzedaży detalicznej.

    “Dlatego TBTF trzeba dociskać kolanem, żeby to licytowano komukolwiek, a
    nie tylko „uprawnionym” znajomym królika. I żadnego ratowania
    przedsiębiorstw w upadłości – rozgonić, zlicytować, i niech MiŚie się
    zatroszczą o sprzęt.”

    Prawidłowo zorganizowany TBTF nie ma żadnego majątku który można byłoby przekazać syndykowi. Jeśli nawet Ty parkujesz maszyny Twojego MiSia w spółce z Dużego Kajmana to więksi nie robią inaczej, wszak mają o wiele więcej księgowych i papug do dyspozycji. Wystarczy popatrzeć na branżę lotniczą: Lufthansa chociażby wcale nie jest właścicielem samolotów których używa.

    Dlaczego tak się dzieje pozostawiam waszej domyślności.

    Nawet kiedy Antek odbierał swojego pierwszego Leara na jego numerze bocznym (Leara, nie Antka 🙂 ) błyszczała amerykańska rejestracja. Nawet odrzutowiec dyspozycyjny polskiego rządu jest własnością cholera wie kogo cholera wie gdzie. Komu jak komu ale Tobie zalet rejestrowania własności za morzem na słupa tłumaczyć raczej nie trzeba.

    • Medyk Helwecki

      asle Lot of Troubles (Late or Tommorow) ma podobnie. W telekomunikacji podobnie – Nawet maszty i kratownice takiego Sunrise w Szwajcarii sa sprzedane i on je tylko dzierzawi.

    • 3r3

      Wiem, choć ja się przywykłem kopać z koniem samodzielnie. Ale jak podyskutowałem tu z niektórymi, to są tacy którzy organizują pracę ludzi lepiej ode mnie, są tacy co sprzedaż i zakupy organizują lepiej ode mnie, właściwie od wszystkiego są specjaliści co organizują swoją działkę lepiej ode mnie.

      To raczej karkołomne, że ja wszystko organizuję sam sobie i to wszystko ledwo zipie.

      “Weź ty się skolektywizuj! Nie ma to jak w kolektywach!” – JK

      • gruby

        “To raczej karkołomne, że ja wszystko organizuję sam sobie i to wszystko ledwo zipie.”

        Potrzebujesz czeladnika. Takiego od przynieś, wynieś, pozamiataj. Takiego od pielęgnowania kalendarza, rezerwowania biletów i troszczenia się o e-maila. Przecież Twój czas jest zbyt cenny żeby go na wkręcanie wiertła w wiertarkę marnować, bezpieczniki wymieniać czy po hali z miotłą ganiać.

        Istnieje też druga możliwość: zmniejszenie obciążenia poprzez świadome zmniejszenie obrotów, liczby zleceń i dochodów. Z niejasnego powodu przedsiębiorcy wydają się głuchnąć kiedy ten argument jest podnoszony. Dziwna rasa 🙂

        • 3r3

          Raczej potrzebni są ludzie od organizowania skali.

    • 3r3

      @gruby, ale co to za problem że własność jest przeniesiona na jakieś podmioty?
      Odbiera się temu kto włada faktycznie jak właściciel i licytuje, a już ten niech on się rozlicza z tym od kogo pożyczył. Przemoc i fakty dokonane.
      Tak działają obecne systemy egzekucji należności i to się się sprawdza wystarczająco. To jest bandycka spychologia, ale nie żałujmy sobie.

      Przecież koncepcja własności to “dobrowolne” ograniczenie “praw” do rzeczy wszystkich poza “właścicielem”. Jeśli ta “dobrowolność” jest poparta tęgim kijem to można zlicytować coś czym faktycznie włada dłużnik i to jest najlepsza motywacja, aby nie pożyczać, nie leasingować i nie użyczać dóbr byle komu, bo żadne sztuczki formalne przed tęgą lagą nie chronią.

      • gruby

        “Tak działają obecne systemy egzekucji należności i to się się sprawdza
        wystarczająco. To jest bandycka spychologia, ale nie żałujmy sobie.”

        No nie do końca. Kiedy ja machając nabitym pistoletem kładę na czymś łapę to jest to “wymuszenie rozbójnicze”. Kiedy to samo robi komornik to jeszcze policja mu pomaga.
        Koncepcja zabierania przemocą rozbija się o monopol państwa na stosowanie przemocy. Tłumacząc to na język polski: nie kradnij, państwo nie lubi konkurencji.

        “Przecież koncepcja własności to “dobrowolne” ograniczenie “praw” do rzeczy wszystkich poza “właścicielem””

        … ale bez tego ludzie przestają pracować, cofając się z zaangażowaniem i wydajnością do poziomu niewolników. I system pada na twarz, podobnie jak padały PGRy w porównaniu do rolników indywidualnych.

        Popatrz na problem od strony energetycznej:

        cofając prawną gwarancję ochrony mienia (inna sprawa jak bardzo przestrzeganą) ludzie przestają kierować swoją energię na wytwarzanie koncentrując się na obronie tego co mają. Dlatego piraci w Somalii czyli w kraju który nie istnieje nie są w stanie wyprodukować na miejscu nawet łodzi których potrzebują do uprawiania piractwa. Albo zatem stoisz przy tokarce robiąc dobrze klientowi albo patrolujesz okolice hali pozwalając tokarce zardzewieć.

        Dwóch rzeczy na raz nie zrobisz, bo nie jesteś kobietą i Twoja zdolność wielozadaniowości jest przez naturę mocno ograniczona. Ty masz się całkowicie skoncentrować na zwierzynie a nie jednocześnie na garku, płomieniu, wyjącym brzdącu i kocie polującym na myszy. Wielozadaniowość to nie jest Twoja cecha, ty działasz w “single task mode” i to nie Twoja wina. Taki masz już program wpisany do ROMu: albo tokarka albo spacer z kuszą i mieczem dookoła działki, wybór należy do Ciebie.

        • 3r3

          “Koncepcja zabierania przemocą rozbija się o monopol państwa na stosowanie przemocy. ”

          O ile państwo rzeczywiście ma jeszcze ten monopol.
          Często to sprawdzam.

          “… ale bez tego ludzie przestają pracować, cofając się z zaangażowaniem i wydajnością do poziomu niewolników. I system pada na twarz, podobnie jak padały PGRy w porównaniu do rolników indywidualnych.”

          Dla osób nieposiadających czegokolwiek – a tych nam w społeczeństwie przybywa w przyzwoitym tempie rezultaty są takie same.
          W szwedzkiej debacie publicznej padła kwestia iż “każdy powinien sam się utrzymać” i od razu była odpowiedź z młodzieżówek “a takiego wała – jesteście właścicielami wszystkiego, nawet nas na 120 lat hipoteki to zorganizujcie wszystko tak żebyśmy nie mieli ochoty wszystkiego podpalić bo tylko Wy stracicie”.

          “Dlatego piraci w Somalii czyli w kraju który nie istnieje nie są w stanie wyprodukować na miejscu nawet łodzi których potrzebują do uprawiania piractwa. Albo zatem stoisz przy tokarce robiąc dobrze klientowi albo patrolujesz okolice hali pozwalając tokarce zardzewieć.”

          Praca jest tylko jednym z rozwiązań. Nie zawsze sensownym. Jak się mieszka na szlaku handlowym to praca jest bez sensu – rabunek natomiast ma sens.
          Czy Polacy mieszkają na szlakach handlowych?