Szacowanie zagrożeń

Celem łowów jest zdobycie jak największych zasobów energii przy jak najmniejszym wydatku tejże w jak najkrótszym czasie. Gospodarujemy nie po to aby pokonywać trudności, ale po to aby jak najłatwiej i najtaniej zrealizować zaopatrzenie w zasoby. Jeśli poprzedni temat podzielony na kawy Was interesował, to to jest kontynuacja – przydatny jest dzbanek kawy.

Nie jest niestety tak, że możemy sobie co dwa lata dziabiąc na dwie zmiany dublować produktywność. 40% wzrosty gospodarcze mimo że bardzo lokalnie dla wybranych podmiotów występują, to jednak w całej gospodarce w praktyce się nie zdarzają. Przyczyną nie są jakieś tam braki produktywności, ale rozkłady zagrożeń, które owszem dają komuś na chleb, ale nie przynoszą chleba. Oznacza to, że trzeba ujmować z produkcji. Wrócimy oczywiście do biurwy i podatków, ale nie oddzielnie, a jako całościowego zjawiska jakim jest ochrona przed kradzieżą, ryzykiem katastrof, utratą rynków, gwarantowaniem sprzedaży etc.

Opisywana wcześniej firma produkująca nam do 180 produktów w trybie 67wejścia +33wyniku +33straty z amortyzacją 2k i jakimiś tam zmiennymi kosztami pracowników (zależnie do konfiguracji) jak i skalą korelacji w rozroście (opisanym do 30 pracowników) byłaby typową gdyby wszyscy pracowali. Rzecz w tym, że nie wszyscy oszczędzają, nie wszyscy tworzą środki produkcji, nie wszyscy skutecznie korelują no i nasza najpoważniejsza bolączka społeczna – nie wszystkich potrzebujemy z tym co oferują.

Ta największa bolączka powoduje, że ludzie są przymuszeni robić rzeczy, których nie lubią, a nawet uważają za zupełnie zbędne (ja na przykład tak się użeram z biurwą). Co powoduje, że trzeba to realizować z innych, produktywnych elementów gospodarki na ich koszt i utrapienie.

Największym zagrożeniem dla bogactwa są usługi. Zapewne uważacie, że to głupie, ale niestety nie. Usługi są przyczyną naturalnej inflacji. Dlatego w normalnych (zdrowych) gospodarkach podaż usług jest znikoma (kwotowo), a większość prac wykonywanych jest metodą gospodarską – samodzielnie, natomiast przez przedsiębiorstwa marginalnie. Zjawisko kwotowo (kwotowo!) niskiego udziału usług w gospodarce wynika z systemu fiskalnego, w którym usług w większości po prostu nie da się opodatkować. Jak pamiętacie w szacunkach wymieniałem w firmie piątą osobę po stówce gdy inni zarabiali 40 (po 60 podatku), czyli po stówce gdy inni zarabiali stówkę tylko byli rozrzutni. To właśnie usługodawca. Tego gościa nie da się opodatkować, ponieważ występuje w układach binarnych i podejmuje zapłatę w wysokości normalnej kwoty jaką ma każdy inny, z tym że bierze brutto i się nie dzieli (ale jak się mnoży, to robi demografię i na nią wydaje – nie płaci podatków, to emeryturę będzie miał pod psem, więc dzieci robi, żeby kto mu owsianki dał). Ten nasz usługodawca nie jest problemem tak długo jak ma normalną wypłatę. To po prostu ten miły pan, który w szarej strefie kładzie nam białe kafelki. I my mu płacimy tyle ile się należy, żeby w ogóle położył. Od czasów PRLu mimo wszelkich zawieruch stawki w tej branży w stosunku do średnich zarobków praktycznie się nie zmieniają.

Problem z tym panem leży w tym, że on robi cenę kafelków x2, x3 przy podatkach 2/3 lub 3/4 i wtedy mamy cenę kafelków (produktu) x6 do x10 (zazwyczaj nie więcej). Przyjmijmy że w usłudze 10% ceny to koszt materiału, a 70% ceny to podatki (zarówno w towarze jak i usłudze etc), natomiast 20% stanowi średnią zapłatę netto. Oczywiście już kalkulujecie, że nikt przytomny nie kupi tego z kwitem – kto może weźmie na szaro. Problemem jest że nasze 1,033 wskazane jako PKB (taki urojony wskaźnik do fałszowania podaży waluty) jest przy bogactwie towarowym (kafelki, czy na ścianie czy na składzie to ten sam towar) rośnie nam jakoś x3-x6 szybciej niż produkcja. Na kafelki udzielamy kredyciku na remont mieszkania i… Dochodzimy do punktu w którym konsolidowanie kapitału (oszczędzanie) na otwarcie fabryki kafelków  20k/osobę (naszych umownych jednostek) jest nieprzytomne. Kafelki więc importujemy. Powoli znaczna część gospodarki przechodzi na wykonywanie usług na importowanym na kredyt bogactwie. Warunkiem działania usług w dużej skali jest kredyt. Ten kredyt i usługi w połączeniu wywalają produkcję, wywalona produkcja likwiduje miejsca pracy, oczywiście pozostaje się głupio zapytać czym spłacić kredyty. Usługami? Komu? Jak przeprowadzić kompensatę i z kim?

Problemem jest więc wyciąganie szarej strefy z cienia – póki ona tam sobie jest, póki nie bierze kredytu – wszyscy są bezpieczni. Są jednak usługi, na które żaden bank nie da kredytu, są one jawne, są one wykonywane korporacyjnie, dla firm i żadnego kredytowania (poza może obrotówką na części zamienne, ale to też dla żartu, bo kredytują ich dostawcy jeśli w ogóle chcą być kredytowani) nie potrzebują. To wszelkie usługi jakie wymieniałem dla przemysłu. I ceny są tam urwane z choinki, co każdy serwisant obrabiarek wie ocierając wąsy ze śmietany.

Usługi muszą być tanie – serwis – czyli służba, wykonywana przez sługi musi być tania, ponieważ albo nie wymaga nakładów kapitałowych (maszyn, sprzętu), albo nikt nikomu takich kwot (usługi dla przemysłu) nie da w kredycie na piękne oczy w takim systemie fiskalnym (to jest główny typ firmy, który wtapia na podatkach). Jak macie wątpliwości, to idźcie do banku żeby Wam sfinansowali kurs obsługi koparki i koparkę. Tylko sprawdźcie ile kosztuje koparka – lemingi tyle biorą w hipotekę na 40 lat.


Kolejnym problemem jest rozdmuchanie tanich, opodatkowanych usług. Na przykład ochrony, aby nam firmy (tych 20k/osobę) nie rozkradli. Ponieważ nie kradnie się na jedną szychtę, tylko na trzy, to ochrona musi działać 24/7. To powoduje 4-5 dodatkowych etatów na firmę (etatów, ponieważ firmie usługowej płacimy normalne stawki, a oni dopiero je obierają dzieląc się z biurwą).

W rezultacie nasza całkiem normalna firma przy 2k amortyzacji i 1200 w wypłatach (połowa dla 5 osobowej firmy, połowa dla ochrony – 5 etatów) sprawia pewien problem. Dla firmy średniej (30 osób) nieco mniejszy, a dla 90 osobowej znikomy. Z tym że firmy są w proporcji rozmiarów jaka powoduje podwojenie zatrudnienia wyłącznie z powodu bezskuteczności “prawa & porządku”. Oczywiście zależnie od poziomu lokalnego braku zrozumienia dla idei własności różnią się koszty, czasem starczy cieć, czasem alarm, a czasem trzeba formacji umundurowanej i uzbrojonej.

Do tego można dołożyć kolejne usługi przymusowe w postaci urzędów kontrolnych, licencji, franczyz, cesji odpowiedzialności (na przykład w hierarchii ISO). Ale przecież rządzący doskonale wiedzą, iż opodatkowanie + kredytowanie drobnych usług to rzeź dla gospodarki, natomiast opodatkowanie usług kapitałochłonnych jakoś tam da się przeżyć (na przykład “usługi dźwigiem”), bo nikt przytomny tego nie kredytuje w takich skalach jakie by robiły różnicę w gospodarce – banki z zasady, w stanie przytomności nie udzielają kredytów pokrywających 50%+ kosztów wejścia w firmę usługową, ponieważ wisi ona na kompetencjach. Rządzący wiedzą i stworzyli RUT. Zapewne jakaś wersja tego podatku pojawi się niebawem w planach PiSiaków. Otóż RUT polega na tym, iż klient płaci za usługę część, a drugą płaci urząd skarbowy. Czy urząd płaci w terminie, to już się na vat przekonaliście. W normalniej działającym kraju, gdy RUT był 50/50, robiło się na tym fikcyjnych usługach piękne wyłudzenia pozwalające na start biznesu. Oczywiście taka proporcja kusi, więc powoli zeszli z tą proporcją na 80/20 czyli taką jak dla vat. I proporcja wyłudzeń jest tylko taka jak dla vat (najczęściej polega na jakichś drobnych manipulacjach zamiany towaru w usługę). Podraża to niepomiernie koszty księgowe usług (czyli usług bezkapitałowych dla usług niskokapitałowych) z tym że ze strony rządu różnica jest taka, że wyciąga to obrót z szarej strefy do rotacji papieru w podatkach. Ale to przelewanie z pustego w próżne, to czy ssie system bankowy czy ssie rząd nie zmienia faktu, że kapitałochłonne biznesy produkcyjne są w takim układzie pozbawione sensu, ponieważ stawki za pracę są zaniżone do stawki za pracę bez zwrotu za 20k/osobę. Ten rozziew przy potrzebach przemysłu powoduje, że istnieją dwie, zupełnie rozdzielne gospodarki b2c i b2b gdzie funkcjonują odmienne stawki, odmienne produkty, a ponieważ wycena jest w tej samej walucie (choć żetony z jednych na drugie nie są wypłacalne bezpośrednio – dlatego nie mamy widocznej inflacji z dodruku, ale na produkty z przemysłu Was nie stać, tylko o tym nie wiecie, bo nikt Was do oferty b2b nie dopuszcza), to lemingi żyją w oderwaniu od rzeczywistości, gdyż ceny za produkty przemysłowe wydają im się nierzeczywiste.

RUT działa tak, iż wykonujecie usługę, składacie do urzędu podanie, urząd zapytuje odbiorcę czy to są fakty (więc trzeba wygenerować odbiorcę, który zezna co trzeba) i prosi o uzupełnienie jakichś tam kwitów, że to wszystko prawda, czasem wyśle kontrolę i wypłaca (kiedyś w kilka dni jak było 50/50, więc jeśli podejrzewacie mnie o jakieś doświadczenia własne to zasadnie). Najpopularniejsze jest to w usługach opieki (starcy, kaleki), gastronomii i jakiś takich śmiesznych, pracochłonnych, niskokapitałowych usługach. Służy wyciąganiu za uszy szarej strefy do realnego PKB (przy szacunkowym wliczaniu szarej strefy dalej w tej samej wielkości do PKB^^).

Rezultatem jest biednienie społeczeństwa, sprzedaż produkcji Chińczykom i deindustrializacja. Inflacja objawia się najpierw w najistotniejszym biznesie – cenach domów i mieszkań. Później w cenach wody i prądu. Akurat podyskutowałem na ten temat z odwiedzającym. Gdy doszliśmy do uruchamianiu pieców po 250amp na dwie zmiany, to te drobne różnice w cenie koszą polską produkcję. Wyjaśnijcie zarabiającemu średnią lemingowi, przy kosztach życia na 70% zarobków, że ma odłożyć na własne stanowisko pracy w przemyśle 120 średnich. Czyli 15 lat oszczędności bez żadnych zbytków. Jeśli leming w ciągu życia ma 40 lat spłacać kredyt na mieszkanie, zaczyna pracę jak ma fart w wieku 25 lat, to akurat przebeka do emerytury nie odkładając czegokolwiek. Oczywiście wierzy w jakąś emeryturę, ale… będzie musiał sprzedać domek za cenę 5-10 lat życia. Czyli cała akumulacja jest reglamentowana przez kredytodawcę – bank i to on decyduje kto otrzyma kredyt na utworzenie przemysłu, a dostanie ten kto ma doświadczenie i przemysł (jak macie 10 ciężarówek to dostaniecie 11 w leasing, jak macie 10 koparek to 11 dostaniecie na kredyt, jak macie fabrykę to dołożą Wam na 10% parku maszynowego), czyli bank można otworzyć jak ma się doświadczenie w bankowości, a deweloperkę oprogramowania jak ma się doświadczenie w tymże – polecam Pana Doktora Mentzen’a w tym temacie, co o tym sądzi i jak się mają do tego fakty.

Oczywiście jest na tym interesie zysk – można korzystać z centralnie zarządzanej przez banki pracy wykonywanej przez lemingi i powoli odessać cały przemysł. Numer opiera się na religii – na wierze w to, że należy przestrzegać prawa – dogmat/aksjomat. Oczywiście prawo ma swoich kapłanów i oni interpretują co akurat w danej sprawie (bo przecież każda jest indywidualna – hihi) to samo znaczy co innego niż w innej. Identyczne wady ma każda gospodarka zarządzana centralnie niezależnie czy centrala nazywana jest bankiem, partią, politbiurem, wielkim muftim, czy co to tam akurat jest – spadek efektywności w konsolidacjach jest faktem. To że część tych zależności mogę podać w liczbach to jedno, ale jest w tym też problem kulturowy – lemingi w dużych grupach przepalają moc swobodną na pozorowanie korelacji (nazywa się to meetings culture). I niezależnie od ustroju dochodzi do tego samego zjawiska – próby pozorowania korelacji decyzji i rozproszenia odpowiedzialności. Odbywa się to w następującej wydajności:

  • firma jednoosobowa (mikrofirma) właściwie nie traci czasu wykonawczego na korelacje, ponieważ człowiek pracujący samodzielnie i tak zastanawia się nad pracą “po pracy”, zależnie od zdolności intelektualnych i doświadczenia, praktyki, zręczności (homo habilis) praca idzie mu szybciej lub wolniej, jakościowo też różnie, ale jest wykonywana na pełen gwizdek na jaki dany osobnik sam się wyzyska;
  • firma do 5-6 osób (wcześniej opisywana 4+ szef + usługa) poświęca około 20% mocy roboczej na korelację, jest zdolna do adaptacji w locie, w granicach pomysłowości i narzędzi; z przyczyn praktycznych jeśli jest to firma mocno adaptacyjna jako zgrupowanie bardzo bystrych jednoosobowych to jest silnie przeinwestowana (posiada podzielnie więcej zasobów niż 20k/osobnika, co nie znaczy że w ogóle ma więcej, tylko raczej nie ma tam dublowanych stanowisk);
  • firma do około 30 osób poświęca minimum 30% mocy roboczej na korelację (utrzymanie struktur, podział zadań); ma ograniczoną adaptatywność, występuje już problem z dublowaniem stanowisk (zmniejszona efektywność wykorzystania kapitału); taka firma może zawierać wydzieloną mniejszą firmę wewnątrz struktury (2-5 osób) zajmujących się adaptatywnością w małym i przyszłym zakresie (niby że B&R);
  • firma do 100 osób pożera 50% mocy roboczej na korelację (połowa stanowisk jest nieprodukcyjna – to wodzowie i szamani); przykładem jest firma wymieniona w poprzednim tekście na początku w filmie – pisałem, że będę do tego wracał i akurat jest to firma techniczna, która wiem czym się zajmuje (interlokutor nie wiedział, ale to jest mało istotne, bo to nie Jego branża), opiera się ona na jednoosobowych działach wykonawczych (praktycznych) oraz biurwie inżynierskiej (jest taka) co dokleja do tego rysunki, żeby dało się sprzedać i dopisuje papierologię do produktu – to raczej typowe organizacyjnie, chociaż ta firma ma skalę z przytupem; ten typ firmy (technicznej 60-100 osób) jest zawsze przeinwestowany i po hali walają się zbędne gadżety “bo były fajne, a kasy jest po sufit” – na co biurwa w firmie dostaje piany “dziś wygrzebujemy narzędzia z wszystkich szafek przy maszynach!”; wariantem odwrotnym tej firmy jest montownia, produkcja pomidorów czy inny przerób o wysokiej rotacji personelu (supermarket jest w tej skali), gdzie korelacja jest zawarta niby w procedurach, strata mocy roboczej na korelacyjną też wynosi 50%, tylko dlatego że robocza jest tak niewydajna.
  • firma moloch (40 tys. pracowników – na przykład stocznia, kombinat górniczo-hutniczy) poświęca 75% mocy roboczej na korelowanie działań; można ją rozbić na sieć firm w łańcuch ISO i jeśli nie będzie tam B&Randzlowania, to można uzyskać podobną efektywność przy 25% zatrudnienia;
  • państwo – co tu dużo mówić, sami wiecie, małe, efektywne państwa mają stratę mocy wykonawczej na korelacyjną w granicach 90%, większe mają gorzej, a największe to w ogóle żart; jest to dość łatwe do obliczenia, ponieważ państwo jest monopolem na przemoc; należy podzielić liczbę żołnierzy do natychmiastowego użycia przez liczbę ludzi na garnuszku państwa
  • firmy uwstecznione (tak jak ten moloch stocznia skreślony do 25% załogi) ze względu na zachowanie znacznej części kapitału wykazują gwałtowny wzrost mocy roboczych; jeśli uważnie słuchaliście filmu z początku poprzedniego tekstu, to wiecie, że najlepiej na wszystkim zna się szef i na co mu pracownicy? To jest taki etap, do którego mniej więcej w tym samym wieku dociera się po serii sukcesów i porażek (pomiędzy 30 a 40 rokiem dożywocia w tym nie najlepszym ze światów), a później albo się już tak zostaje, albo znowu rozwija; ja na przykład cierpię na pracownikowstręt, ale poznałem bardzo ciekawych ludzi z bloga, którzy lubią robić te części firmy, których ja nie lubię i mi nie wychodzi, a współpracowstrętu nie mam, a że oni zatrudniają ludzi to może i mi minie;


Wróćmy do naszego leminga, który ma do wyboru brak wyboru. Na pewno ciekawią Was dwie kwestie – ile kamieni trzeba wrzucić na firmę/gospodarkę aby stanęła dęba, oraz ile można zarobić na unikach przed kamieniami. Przynajmniej niektórymi. Czy mamy na to lekarstwo, czy jednak te obciążenia docisną demografię (wyjaśnię jak) i sobie na tę chorobę rozdmuchanych wydatków wymrzemy?

Zwracam uwagę, że przeprowadzam szacunki kosztów po wytworzeniu produktu, natomiast przedsiębiorstwa traktuję całościowo (jako zło koniecznie), które pożera zasoby czy coś robi, czy nie robi, czy robi to użytecznie czy bezużytecznie – najwyżej może mu braknąć kapitału (zaufania innych, że dostarczy dobra, więc nie dostarczą mu wsadu, w tym pracy).

Ludzie czynią to co ich ekscytuje, można manipulować tymi emocjami w pewnym zakresie poprzez indukowanie przepływu informacji w sieciach kontaktów pomiędzy ludźmi, ale dół piramidy potrzeb rządzi – głód i strach. My, biali ludzie z rudymi brodami odczuwamy pewien typ strachu, którego nie odczuwają żadne inne dwunogi tej planety – lęk braku oszczędności w kontakcie z pierwszymi spadającymi płatkami śniegu. Kredyt w sensie kapitałowym jest więc założeniem, iż ekscytacje skierują ludzi do wytwarzania nadwyżek, którymi będzie można się podzielić. Cały ustrój gospodarczy opiera się na podtrzymaniu tej ekscytacji, jej złamanie (poprzez rabunki i kradzież) potrafi zdusić tę emocję (motywację), ale też całkowicie przekierować alokację na opór (wytwarzanie struktury zastępczej, zazwyczaj politycznej i rozrachunkowej). To zjawisko generalnie oznaczamy jako sentyment (do różnych rzeczy różny). Sentyment jest metodą decydowania o podjęciu działań, rachunek ekonomiczny i te obrachunkowe pozory racjonalności jakie przedstawiam to nie jest jedyna metoda i nie jest ona absolutnie skuteczna. Powiem szczerze – racjonalność w stadzie małp to pomysł nie najlepszy, być może nawet głupi, bo fakt że umiesz coś robić sprawia, że inni zmuszą Cię do robienia dla nich.

Sama istota kamieni nie jest istotna (nie jest zbyt istotna), jednak rezultaty są podobne. Przedstawię je na przykładzie biurwy w Europie i transportu w Afryce, oraz wpływu skali na oba przypadki. I niestety na końcu dojdziemy do faktu, że (zgodnie z reklamą supermarketu w Lusace: Lusaka-Price-Cut-Low-Prices-For-Longer-Promotion) duża szlifierka kątowa Makity jest tam dzięki masowym dostawom tańsza niż na ebayu czy w Europie. Po prostu jest tam bezkonkurencyjna, ponieważ narzut na cenę jest taki sam na badziew jak i na jakość, więc jakość po przebyciu ciężarówką wielu kilometrów wygrywa. Czyli USA wygrało na chińskim transporcie jakością.

I dodamy jeszcze jeden mały kamyczek, który bardzo ciężko wliczyć do innych, ponieważ zawiera nieskończoną liczbę prób – większość cymesów nie wychodzi. Większości ludzi większość – zasoby nie idą tak całkiem w kanał, są przecież przeceniane i wprowadzane do obiegu po przecenie, ale istotna część sprzętu (już przestarzała po czasie próby podejścia do cymesu), ludzka praca, zdolność korelacyjna, transport, użyty czas nieruchomości – to wszystko psu na budę poszło. Ten kamyczek trzeba odjąć od ogólnej efektywności gospodarki (i od razu niektórzy sobie pomyślą, że lepiej jakby tym super mądry urzędnik zarządzał i decydował czy wolno, czy nie wolno prowadzić interes, z braku super mądrych mamy takich urzędasów jakich mamy, a jak za komuny naotwierali biznesów to dopiero powychodziło jakie to bystrzachy, im nie padają 3 osobowe firmy – im padają czebole od produkcji elektrycznych traktorów).

Każdy z “kamyczków” wrzucanych przedsiębiorcy, gospodarzowi, biznesmenowi (różne się wrzuca, bo nie każdy na każdego działa) zabiera jakiś ułamek przychodu na jakieś tam zbędne rzeczy, bez których pod wpływem czynników syntetycznych nie da się normalnie funkcjonować.

Mamy naszą firmę co ma 2000 na amortyzację, 4 pracowników po 40 netto, 100 dla szefa, 100 na serwis, razem 2360 schodzi nam netto. Od razu zaznaczam, że pokażę metodę, która jest stosowana w prawie, w systemie podatkowym, w księgowości, jest wykładana na uczelniach i jest do d i do niczego nie prowadzi, a potem zoptymalizuję ten koda do jednego postfiksu i wyjaśnię skąd tęsknoty za monarchią (a w szczególności za republiką szlachecką). Zwracam uwagę, że wyliczam ile produktu trzeba wyprodukować na zbilansowanym rynku, a nie wyliczam po ile musi być produkt (przy podatku dochodowym i vat tak się to próbuje wyliczać i g z tego wynika). Sprowadzam więc to do zadowalającego poziomu zbytu przy danym środku przetwarzania (produkcji, ale sieć handlowa to w takim wypadku też taki środek, i sieć transportowa również).

No to powrzucajmy. Tu gdzie tyram akurat nie ma zusu, ale konstrukcja podatkowa wychodzi podobnie, albo jeszcze gorzej (wiem że gorzej, ale jest już tak źle, że przestało działać). Wyjaśniałem skąd się wzięły historycznie stawki po 100, zamiast 40.

Firma ma 2000, 4 pracowników dostaje netto 100, szef 200, serwisant/serwisanci w sumie 200. Razem 2800 czyli 84/180 produkcji trzeba wykonać. Czyli można sobie na luzaku do pracy przyjść, połowę czasu dłubać w nosie i gospodarka się kręci.

Dokładamy podatek dochodowy na poziomie 33% (łącznie, bo gminny, taki, siaki, składkę na to i na siamto, urlop i cuda wianki, a przecież w urlop pracownik nie pracuje). Aby po odjęciu 33% z pensji brutto pracownikowi zostało 100 to musi on zarabiać formalnie 150 (długość podana razem z kręgosłupem). A jeszcze pracodawca musi od tego odprowadzić 33% (35% łącznie, ale już nie idźmy w detale, bo tu się doda, tam odejmie – od tego są księgowi i arkusze excela). Mamy więc brutto brutto 200.

No to po tych operacjach lądujemy na 3600, czyli 109/180 – da się żyć. Ale… od naszych 2000 amortyzacji, których biurwa nie uznaje za koszt, bo to, tamto i owamto płacimy przeróżne podatki kapitałowe, bo amortyzuje się tylko część co roku, tutaj też coś się doda, coś się odejmie, efektywne opodatkowanie kapitału dochodzi do siedmiu procent czyli doda nam się 140, ale jak widzicie już zatrudniliśmy dodatkową biurwę z excelem co nam to liczy, biurwa bierze 100 jak każdy serwis, czyli w sumie 200. A że przyjechali śniadzi, to dorzucamy jeszcze usługę pilnowania tego bałaganu, czyli brutto 200 na ochronę, 200 na ubezpieczenie kapitału. Lądujemy na 4340, czyli produkcja 131/180. A na koniec dowalają nam vat, ponieważ nasza wartość dodana mieści się w 33, które zgarniamy na jednostce produkcji, to obniżają nam zysk na tym do 26,4, a ponieważ jeszcze jest podatek dochodowy (do pewnego pułapu jest rabat na 25% i tak dalej, pokręcone jest to liczenie choć proste, ale zapłacimy efektywnie przy tej skali 27%-33% – liczmy rozwój firmy i chomikowanie kapitału wprost czyli 33%) co zostawi nam 17,4 z jednostki produkcji i lądujemy na 249/180 co oczywiście się nie dodaje. A dodawać się musi. Jak więc się dodaje?

Aby się to wszystko dodawało, trzeba coś wyjąć z równania – można pracowników na czarno, ale to nie wpływa nam na obciążenie sprzedawanych jednostek. Pamiętamy jednak, że produkujemy dwa razy tyle, z tym że drugie tyle jest pod jakością. Czyli… rozszerzamy swoją moc produkcyjną ze 180 do 270 i zostajemy w widełkach, z tym że jakość sprzedawanych produktów zostaje obniżona. Dość drastycznie. Co zapewne w ciągu ostatnich 30 lat widzicie na półkach, kiedy coraz gorsze narzędzia, coraz bardziej gówniane wiertła i frezy wypierają te jakościowe, dla których zrobiono oddzielne kanały dystrybucji, bo to nisza dla przedsiębiorstw, gdzie cena jest x7 jaką płaci duże korpo skalujące sobie te nasze kamyki optymalizacjami.

Czyli jakość nam spada już na sam początek, do tego dochodzi masa przepisów, trzeba ich pilnować, gwarancje, rękojmie (rynek broni się przed sprzedażą g), a to powoduje, że zatrudniamy jeszcze pół prawnika do naszego cyrku, dajemy tam 200, oraz dopłacamy 200 w ubezpieczeniu (bądź zapasach kapitału) na wypadek jakichś drak. Ubezpieczenie to pikuś, zaokrągli nam wycenę jednostki z 17,4 do 17. Mamy więc 4540 na utrzymanie i produkcję 267/270. Jedziemy po bandzie, ale dajemy radę do pierwszego, przy czym morale w takim systemie spada, bo 1/3 usług i dóbr jest pod jakością. Czyli idziesz do urzędu i masz 1/3 szans na to, że nic nie załatwisz, poczekasz w kolejce, narobią Ci problemów, zostaniesz niezrozumiany. Zamawiasz usługę telekomunikacyjną – to samo, wsiadasz do taksówki – co trzecia Cię oszukuje, albo wiezie nie tam gdzie trzeba, co trzeci autobus nie jedzie, bo to, śmo i owamto, co trzeci pociąg nie jedzie (zaraz wyjaśnimy dlaczego), co trzeci złodziej nie jest złapany (co nam wskazuje kierunki przebranżowienia), a w ogóle pracownicy 1/3 roku spędzają na urlopach i chorobowych.

Bo widzicie… policja, sąd, szpital, szkoła to są przedsiębiorstwa – i tam też są brakoroby, i tam też da się podkręcić normę, i oni pierwsi osiągną te stachanowskie rezultaty 267/180. To prawie 150% normy. Pozazdrościć. 150% obsłużonych petentów, 150% wyleczonych z kataru w siedem dni, zamiast w ciągu tygodnia – sukces. 150% złapanych złoczyńców (akurat brakło złoczyńców ale nic to – służby dobrały z uczciwych i też powsadzały). Gospodarka sukcesu.

Są oczywiście inne obejścia – te grube optymalizacje z przenoszeniem się do innych jurysdykcji przez wielkie korpo to znacie z gazet, a te mniejsze, które ja opisuję są na tyle skomplikowane dla Czytelników, że biurwa po prostu za tym bez aparatu przemocy nie jest w stanie nadążyć. Są też drobne optymalizacyjki proponowane doraźnie przez księgowych na bazie kruczków i wypaczeń. Trzeba je dopychać kolanem, chociaż ludzie co nie mają praktyki w dopychaniu kolanem twierdzą zawsze “nie sprawdzi się, nie zadziała”. Nie musi – ważne że tworzy iluzję przez tę chwilę jedną kiedy wyprowadzamy liczby, a później to i potop.

Prześledźmy jednak podobną strukturę dla dużej firmy, tak powiedzmy 500+ osób (takich firm w Szwecji jest w dziale techniki kilkanaście, kiedyś tam pisałem dokładnie ile).

Już wiemy z istnienia stawek podatkowych, że tych 500 pracowników będzie miało pensje takie i siakie – średnio 200 nas sztuka będzie kosztować. Około 65% (2/3) stanowić będzie aparat biurwi (w tym jacyś tam biurwo inżynierowie od pisania iso, mierzenia czy się protokół zgadza sam ze sobą, ale też konstruktorzy, którzy panikują jak im się koszula ze smarem czy olejem zetknie). Taka firma ma jakiś własny, wewnętrzny serwis, ale też zamawia usługi z zewnątrz na poziomie kosztorysowym 50*900. Ponieważ to nie jest jeden pion robiący wszystko tylko choinka, to jest tam kupa firm w firmie, czyli samodzielnych jednostek rozliczeniowych scalanych skalą w jeden podmiot. Jest magazyn, jest dział transportu, jest dział produkcji, dział handlu, te działy mają swoje pododdziały. Od razu przyjmujemy, że są to 4+1 oddziały (piszę o Europie, więc ten +1 to jest zarząd i zawarta w tym sprzedaż – struktura bazowa europejskiej firmy – gdzie indziej zbyt nie jest aż takim problemem, aby był to trzon firmy). Cztery pozostałe to magazyn wejścia + magazyn wyjścia, transport, produkcja, produkcja2 (połączona z serwisem). Każdy z tych działów to mniej więcej 100 osób w trzech “podfirmach” z małymi działami wykonawczymi. Oznacza to, że przynajmniej 100 ludzi w strukturze ma pensje podwójne, a przynajmniej 15 potrójne i poczwórne (zarząd i rada nadzorcza). W funduszu płac mamy więc 700 wypłat przeciętnych po 200 brutto brutto i 50*900 obsługi kosztorysowej, kapitał zaś i amortyzację z niego wynikłą na poziomie 400*700 amortyzacja i 20k*700 wsad kapitału.

Jak widzicie wszędzie możemy obciąć po dwa zera i zachować je w pamięci – te dwa zera to będzie nasza skala. Firma przeprowadza 5-6 procesów na dobro (przyjmijmy że 5,5 – maksymalna wydolność tej piramidy to 11 gdyby mieli robić B&R, ale nie robią), ze względu na sztywność procesów i ich niską adaptatywność do rynku mają straty w procesie na poziomie 7% w procesie, czyli ze sta produktów mają 67 dobrych (0,93^5,5), strata więc z wsadu wynosi 1/3. Jak się zastanawiacie czemu dawne systemy rozliczeniowe były podzielne przez trzy i przez cztery oraz liczono w tuzinach, mendlach i kopach, to już zapewne macie podejrzenia widząc powtarzalność pewnych liczb w produkcji, które nijak nie pasują do systemu dziesiętnego. Produkcyjnych ludzi w firmie mamy 175, którzy wytwarzają nam na pełnej skali po 120 dobrych produktów na głowę, przy czym produktywność liczmy na 2/3 gwizdka czyli 80. Mamy więc 14tys jednostek produkcji (ucinamy dwa zera – mamy 140). Pamiętamy, że takich firm jest kilkanaście w kraju, i każda jest wyjątkowa, z powodów lobby, organizacji rynku, struktury prawnej i warstwy biurwy mają oni dość wysoko wykręcony $ds, ale nie są adaptatywne do zmian na rynku i potrafią zapchać magazyny zbędnym badziewiem. Mają ze względu na skalę $ds przeciętnie 4 krotnie lepszy niż mała firma. Czyli przy tych samych podatkach, kosztach etc ich wynik ekonomiczny z jednostki produkcji wynosić powinien nie 17, a prawie 70. Z tym że dostępny jest tylko kolor czarny.

Podliczmy (+00 w pamięci) 700*2+50*9+400*7 daje nam 4650 kosztów utrzymania bałaganu (+00), co w porównaniu z 4340 z mała firmą (bez +00) wskazuje nam, że  moloch jest odrobinę wadliwy. Jest nieco droższy na jednostkę produkcji, ale ze względu na skalę, wynikłą z niej dominację na rynku i konsolidację zarabia na utrzymujących jakość produktach przy normalnym tempie pracy jakie zakładaliśmy w MiSiu bez gonienia batem 5600 (+00) w tym samym systemie podatkowym. Czyli może się utrzymać i nawet od biedy co siedem lat zamortyzować (ROI ca 18%). Niby… ponieważ dostępny jest wyłącznie kolor czarny. I tu jest pies pogrzebany – taka struktura podatkowa jak opisałem w zamrażarce społecznej a tu podaję na liczbach wymusza powstawanie nieproporcjonalnie dużej liczby dużych firm, rugowanie z rynku małych firm, wdrażanie przymusowej standaryzacji i powoduje, że małe firmy z innowacyjnymi produktami w ogóle nie mogą rosnąć, bo albo są pod jakością, albo pod bilansem.

W czebolu dostępny jest wyłącznie kolor czarny. W małej firmie produkt dostosujemy w tydzień na taki jaki Pan Klient sobie życzy, w dużej bierzesz pan to co jest z magazynu, bo nic innego nie ma. Pracowałem w, pracowałem dla, organizowałem produkcję dla tych i tamtych i pośrednich. To jest bardzo poważna różnica wdrażać nowy produkt tydzień, pół roku, dwa lata, piętnaście lat. Taka gospodarka powoduje, że z biedy jeździć będziemy identycznymi samochodami, mieszkać w identycznych domach, na ścianach powiesimy identyczne obrazy, a nasi artyści się po prostu powieszą z tej różnorodności i wyrażania indywidualności. Zwracam uwagę, że ten ROI 18% jest tylko dla (formalnie) firm zatrudniających mniej niż 10% zatrudnionych, czyli odczuwalny wzrost dla wszystkich jest w granicach 2% – tyle co błąd statystyczny. Nie ma jednak co płakać – biurwa wykryje w takim ustroju 150% popełnionych przewin, więc nawet jak nic nie robicie, to też jesteście winni i zostaniecie ukarani.



+2 operacje to uproszczenie, efektywnie jest +1,8 w jednych krajach, +2,2 w innych. Monarchia też nie miała od razu +1, na początku miała +0,3, bo władza pierwszego mocarza nad ludem, który mocarz ogłosił “to je moje” była taka sobie, a później powoli rozwijano system ssawek “na majestat” dochodząc poprzez szlachtę do 1 i przekraczając tę tendencję w stronę absolutyzmu i wytworzenia pierwszej zawodowej biurokracji. Tych podejść w historii było kilka. Zawsze kończyło się najazdem barbarzyńców. Nie da się konkurować z ludem mającym jedną dodatkową operację na każdej działalności (czyli obowiązek dżihadu) stosując dwie dodatkowe (utrzymywanie administracji centralnej i lokalnej). No po prostu dogonią, przegonią, zadepczą i zjedzą nas barbarzyńcy. Wszystkich nie zjedzą, ale zostanie po tym downgrade i my się nieco zbarbaryzujemy, bo to przecież takie barbarzyńskie i nieeuropejskie aby wieszać morderców.


No i się naliczyliśmy i wychodzi nam, że podatki w granicach 68-72% do 80% (jest taka skrajnia) i jakaś inflacja w granicach 7-10% daje nam w sumie langolierę zjadającą 75% od sta. A teraz to uprośćmy, 75% od sta zjadają dwa procesy przymusowe przy przetwarzaniu czegokolwiek. Co oznacza, że w skomplikowanej kaskadzie następstw procesów (powiedzmy 6) dowalenie jeszcze dwóch daje takie samo opodatkowanie jak dla małej firmy, ale skutki produkcyjne mniejsze. Dowalenie dwóch procesów (50% straty w każdym czyli 75% początkowego wsadu w dwóch) na jedno procesową firmę “ze śwagrem dżewa ścinamy & kszoki tyż” to jednak coś, co przerasta jakikolwiek sens gospodarczy samodzielnego rycia ziemi czy prowadzenia usług. Są więc one w szarej strefie, a rolnictwo wyjęto z systemu fiskalnego, żeby nie doszło do rewolty jak ludzie zaczną grabki rzucać i kosy na sztorc stawiać. Ot cały system podatkowy, biurwa i bankowość razem z przestępczością, ryzykami ubezpieczeń, opcjami i polisolokatami – mniej więcej dwa ekstra procesy do obsługi. Czyli każdy z nas musi obsłużyć dwa poziomy nowoczesnego państwa (a obecne państwa mają podział na administrację lokalną i centralną – dlatego są dwa etapy, banki też, korpo też, partie też, służby też – wszyscy co coś kosztują, nawet kościoły) i to po prostu mamy wrzucone na garba. A w monarchii było obciążenie tylko jednym poziomem (centralnym dla części – narodu politycznego, bo to oni to utrzymywali, oraz jakimś ułamkiem lokalnego w postaci reprezentowanej przez naród polityczny – ślachtę). I dlatego monarchia wydaje Wam się taka fajna – bo od rąbania drewna jest narzut podwajający robotę i drwalowi zostawała 1/4 owoców pracy, a teraz zostaje 12,5% w porównaniu z niewolnikiem w Rzymie, któremu zostawało 10%. No bo drwal ma jeden proces i dwa dokłada mu państwo. Oczywiście jak korpo ma 6 procesów i dochodzą im dwa, to już tragedii wielkiej nie ma – proces i tak jest kosztowny, a premia $ds z rynku i tak wynika ze złożoności produktu (albo ustawowego monopolu na coś prostego jak wódka, ochrona zdrowia, produkcja samochodów).

I ot cała optymalizacja systemu podatkowego państwa o dwupoziomowej administracji. Do listy procesów postfix +2. Tak to zmienia geometrię przestrzeni operacji. A ileż ustaw i przepisów zostało napisane, aby uzyskać taki wynik i rozprowadzić po dwupoziomowej biurwie dochody. Ot cała synteza ustroju w liczbach. Podpowiem od razu, że partyzantka na wojnie ma operacje +1. Czyli taniej jest prowadzić partyzantkę na wojnie niż żyć w takim pokoju. Te dwa dodatkowe procesy to nasze codziennie obciążenie żeby dać chleb urzędasowi, ubrać policjanta, dać karabin żołnierzowi, ale przede wszystkim zapłacić za zegarki, ośmiorniczki, prezesa partii młodą d i zarządzaną kamieni kupę. Mam niejaką eksperiencję w korzystaniu z tych dwóch dodatkowych operacji, to wiem czy wydawałem na chleb, mundur, karabin, zegarek czy na te pozostałe. No to na to płaciliście.


Oczywiście sobie nie myślcie, że w taki $ds można wejść – otóż po to zamrożono awanse społeczne, aby ten $ds gwarantujący przeżycie molocha w ogóle utrzymać. Przecież gdyby nie ta przekładnia z 17 na 70 to małe firmy wygniotłyby molocha z rynku zanim specjaliści od ubezpieczeń zdążyliby podłożyć ogień na magazynie. To wyłącznie system podatkowy i stojący za nim aparat przemocy trzyma nas maluczkich na dole i nie pozwala wdrapywać się na szklaną górę. Gdybym miał płacić podatki, to w ogóle bym nie chodził do pracy – bo po co? Hobby takie?

Gdyby nie te podatki to kilka rzeczy wyglądałoby nieco inaczej – po pierwsze to byłoby mnóstwo małych firm, nie bankrutowałoby 80% w dwa lata tylko coś koło 5%. Po drugie to musielibyście sobie organizować sąsiedzkie stowarzyszenia, żeby naprawiać drogi, chodniki i osądzać głupie sprawy typowe dla sędziów pokoju (że ktoś komuś nasikał w bramie i żula trzeba sponiewierać – niech co użytecznego zrobi dla społeczności). Po trzecie to ochrona granic – sami rozumiecie – musielibyście jak #gruby w Szwajcarii mieć KM w domu i na strzelnicę łazić. A pewnie i trzeba by jakieś poważniejsze narzędzia mieć. Po czwarte porządek publiczny – dzień w tygodniu byście pracowali ekstra (albo nockę) robiąc za ORMO i targając chuliganów za uszy. Jak widzicie nieco trzeba by się poznać z sąsiadami i ogarnąć bałagan samodzielnie, ja nie wiem czy człowieki sowieckie są w stanie jeszcze takich cudów dokonać, jak chociażby naprawa chodnika przed własnym domem. Bo dziś robi to firma moloch i ma standardy. Sami jednak widzicie, że ta firma to może nominalnie zarabia wielkie mnóstwo, ale to g wielkie jest a nie przyrost bogactwa. Bo to przecież tylko wyciśnięcie ceny na braku podaży przez małych (przyciśniętych dokumentacją do produkcji samochodu), a za to x4 to klient płaci przeceniając swoje rezultaty pracy /4 uzyskując coś o wartości jaka jest, ale cenie przymusowej. Dlatego zakupiony samochód zaraz po zakupie traci połowę wartości.

Mamy takich czubków, którzy twierdzą, iż żeby konkurencja była uczciwa, to wszystkich trzeba zmusić do płacenia podatków. No bardzo fajna koncepcja, przy czy rezultatem jest zero growth. Czyli praca jest bezcelowa, ponieważ nie przynosi bogactwa, to tak sobie można powegetować w strefie optymalnej gdzie jest całoroczny okres wegetacyjny. Też zero growth, a zmyślny człowiek napracuje się przy tym dwie godziny tygodniowo – tyle zajmie mu zerwanie czego z pola. Rerum Novarum się kłania – po kiego pracować, skoro i tak wszystko zabiorą i przejedzą barbarzyńcy?

Co jeszcze można zrobić… pierwszy milion można ukraść (bazując na tym komuchy wymyślają dotację na start działalności, a z braku środków dają tyle, że starcza na pierwszy miesiąc). Czyli jest ratunek dla maluczkich, z tym że ten kapitał to ktoś musi wcześniej wytworzyć (musi wytworzyć środki produkcji, które kupicie za papierki jakie wyłudzicie, względnie musicie się za te papierki utrzymać kiedy z zakupionych elementów będziecie konstruować własne środki produkcji). Ukraść… znaczy wyjąć z równania koszty amortyzacji, bo kradnie się środek produkcji (kapitał na wsad), ale robić dalej trzeba. Rozsądnie, jak już się specjalizować w kradzieży, to lepiej ten kapitał przejeść, a nie się w jakieś inwestycje babrać jak człowiek kraść umie. No ale niektórzy kradną bo muszą, a hobby takie mają, że chcą obrazy malować, albo coś produkować – tak się realizują. Na czubów co chcą pracować nie ma rady. Przyjmijmy, jednak że takimi czubami być może jesteście i po prostu nie macie innej możliwości wejścia w dyspozycję środka produkcji.

Oczywiście jeśli umiemy z systemu coś wyłudzić, to raczej orientujemy się jak system okpić przynajmniej na niektórych podatkach (choć to może nieprawda, być może większość złoczyńców nie potrafi organizować tak zaawansowanych przedsięwzięć). Ale przyjmijmy, że umiemy. Pozwala nam to funkcjonować na nieco lepszych stawkach przy rozsądnym nakładzie pracy. Może nie jakimś cudownym, ale przyzwoitym. Rzecz w tym, że dalej będziemy mieli ceny dwa razy niższe od korpo na produkcie. Pada podejrzenie, że duże korpo organizuje coś co jednak jest potrzebne.

Co organizuje duże korpo?

Na przykład chińskie. Niektóre “podatki” nie są natury ludzkiej, a Bogu wypada oddać co boskie. Czasem geografii co geograficzne. Dotarcie do pewnych miejsc na globusie to utrapienie. Ale jeśli w tych miejscach jest miedź, srebro, cyna, żelazo, korund, boksyty i cenne kamienie, to trzeba tam zbudować cywilizację by wyrwać je Ziemi. Na mapie świata jadeitu nie ma właściwie tylko w Afryce – ale to z powodu badań geologicznych. Chińczycy już tam są.

Otóż są takie państwa, nieco większe od Polski, w których żarcie samo rośnie a ludzi jest najmniej 3 razy mniej niż w Polsce. Daleko od oceanu ciężko jest cokolwiek dowieźć. Indywidualny transport kontenerem tam kosztuje prawie 10pln od kilograma. To może Wam się wydawać niedużo, ale zważcie samochód, części zamienne, zważcie koparkę.

A są przecież gorsze miejsca, nie wszystkie są na planecie, niektóre głęboko pod wodą, inne na orbicie – tam za kilo jeszcze drożej. I tylko duże korpo organizujące armię gotową ponieść straty, które kupuje port w całości, zwozi cement, buduje drogi, przysyła ciężarówki, paliwa, smary, warsztaty, części zamienne i nie oczekuje natychmiastowego zwrotu może zbudować infrastrukturę, która przerzuci miliony ton zasobów w jedną stronę, aby przerzucać urobek w przeciwną. Nie zrobicie tego MiSiem. Taka firma zdobywa premię za monopol, to jedyny sens tworzenia dużych firm. Budowa statków, budowa portów, budowa całych sieci transportowych tam, gdzie nie ma ludzi, którzy lokalnie zbudują po kawałku cokolwiek sensownego (w Afryce nie umieją zbudować prostej drogi, a w drodze na orbitę czy dno oceanu po prostu nikt nie mieszka). Trzeba więc tych ludzi tam przywieźć, zorganizować i zapłacić za tę udrękę.

Jest oczywistym, że zapłata za to, że walczy się z przeciwnościami natury, jeśli wracają z powrotem zasoby, które tam wydobyto ma sens – jest kompensata. Ale pokonywanie gór papieru wyprodukowanego przez biurwę to głęboki bezsens. Chińczykom, którzy sprawili, że szlifierki kątowe z USA potaniały w centralnej Afryce czterokrotnie (do poziomów jakie my mamy w sklepach i promocyjnie niższych, bo tam vat i dochodowy są niskie, a gdzieniegdzie jest przychodowy) rządziki murzyńskie robiły fochy (bo traktują murzynów jak czarnuchów i przywożą swoich, bo czarni naprawdę mają sieczkę w głowach – średnie IQ w centralnej Afryce to 78 – serio nie da się nimi nic zbudować), to je Chińczycy pacyfikują swoim korpo (tak jak europejskie i amerykańskie spółki wydobywcze swoim).

Chińczycy stworzyli infrastrukturę produkującą na miejscu żywność, przetwarzającą tę żywność, produkcję metali, plastików, vinylów. Przywieźli cywilizację jako pierwsi, zarabiają na tym i kasują premię. Przywieźli też swoje MiSie – tam można się z nimi zmierzyć. Tą pierwszą, najwyższą górę korpo potrafi w swoim rozrachunku zmieścić w bilansie – MiSie nie potrafią. Ale! To że nie potrafią, nie znaczy, że w przypadku gorączki złota mikrofirmy nie są w stanie jak szarańcza przebyć połowy świata aby wyrwać zasoby z Ziemi. Potrafią i mamy na to historyczne przykłady – po prostu korpo robi to efektywniej. Tak jak armia efektywniej zdobywa państwa, mimo że indywidualnie żołnierze efektywniej zabijają. Po to tworzymy grupy – aby pokonać naturę.

I pokonujemy ją na takim poziomie złożoności następujących po sobie procesów, na jakie starcza nam kompetencji ludzi i środków technicznych jakie tym ludziom przekażemy. Dlatego procesy się kompiluje, kondensuje i upraszcza. Tak jak koparka łańcuchowa upraszcza rycie rowów. Nikt przytomny nie porównuje tego do szpadla.

Są też inne rozwiązania

Przynajmniej tego problemu proporcji skali, narzutów, obciążenia biurwą. Jednym z nich jest pomysłowość, innym pracowitość, jeszcze innym innowacyjność. Jednak problem nie leży w tym, że tego nie ma, tylko w tym, że progi wejścia – sztucznie tworzone przez biurwy zarówno monopolistów narzucających “standardy”, jak i administrację wywalają z rynku wszystkich małych. Bardzo małych – najmniejszych i przez to tracicie wszyscy czas – bardzo drogi zasób.

Podstawowym modelem biznesu, obecnym w krajach, gdzie biurwa jest nieistotna, dla bazaru jest produkcja przekąsek, jedzenia. Konkurencja jest duża i $ds pozwala tym ludziom utrzymać się przy skrajnie niskich cenach oferowanego towaru, do którego dokładają usługę – ulice zastawione są oferentami żywności. Po prostu jest tłok – każdy chce coś sprzedać. I to nie jest złe, że miasta zamieniają się w targowiska. Każdy próbuje swoich sił, szczęścia i zalet. Większość ludzi po prostu ma kompetencje na tylko tyle. To żaden zaszczyt zasuwać w McDonaldzie – ale można otworzyć własną tacę z własnymi kanapkami.

Macie pojęcie ile czasu marnujemy na przygotowanie żywności? Jaki jest przez to pułap finansowy, kiedy je się wyłącznie produkty przez kogoś przygotowane? Ile płacicie za sprzątanie swoich mieszkań? Przecież jakbym ganiał po domu z miotłą, to kiedy bym niby ten portal pisał? A portal się Wam podoba? A za darmo tu ludzie robią, ja przecież tego wszystkiego sam nie ogarniam, a nazwa zobowiązuje, będziemy musieli Was jakoś wyzyskać i zarobić se. Crowdfunding jakiś sobie tu sklecimy, zbiórkę publiczną na niepełnosprytnego, tak sobie myślę.

Ale jest też geografia bez biurwy (albo prawie bez) – świat jaki powstał mniej więcej w roku 1990. Internet – ten system komunikacji zaczął zwijać geografię wspierany systemem globalnego transportu, a w nim biurwy nie było – to piękne dziewicze czasy, kiedy po prostu nie dało się ustalić, że odbiorca końcowy nawiązywał komunikację z producentem i problem mnożnika x8 na cenie ścinał do x2, a ponieważ wykluczał dostęp biurwy do informacji, to miał nie +2 operacje, a +0,3 jak w początkach organizacji plemiennych. Pamiętacie zapewne te czasy – gdy gwałtownie spadły ceny w nowo pojawiających się sklepach sprzedających chińską tandetę (wtedy jeszcze Chińczyk produkował tandetę). Nagle firmy handlowe zamiast 1 operacji handel +2 za utrzymanie państwa zeszły do 1,3 – 1,5 i wszyscy zaczęli sprowadzać towary z Chin. Oczywiście szybko zaczęto to ukracać, ale ponieważ my się uzależnialiśmy od tanich towarów, a Chińczycy zrobili alokację w gospodarkę, która ich dostarcza, to Chińczycy manipulując swoimi wpływami przerzucili koszty transportu (umowy pocztowe) na poczty europejskie (wysłać z Chin do Europy tanio – w drugą stronę drogo – to wynika z umów pocztowych i systemu kompensaty transportu jak jakieś państwo pali głupa, że jest trzecim światem) oraz budując światową sieć frachtu (i gigantyczne kontenerowce). Biurwa nieco zaspała, ale w 2012 roku już sobie radzili z blokowaniem małych, pozbawionych prawników i agentów celnych MiSiów – tak żeby nikt kto ma 1 operację sobie nie radził, żeby bankructwa w dwóch pierwszych latach trzymały się poziomu 80%. Kto zdążył urosnąć na otwartym kanale ten się już jakoś utrzymuje.

Powstał też inny problem do rozwiązania – brak podaży białych, kompetentnych pracowników. Szczególnie w zawodach technicznych. Znajomy korposzczur jest teraz w HaeRach i może nam napisze jakiś artykuł o tym jak to jest z rekrutacją takich bufonów jak ja, bo mu się trafił dział z rekrutacją technicznych buraków co żyją w nieco innym świecie niż futrzaki i na propozycje pensji w Polsce poniżej 16k netto robią “pfff”. Korposzczur oczywiście bystro ogarnął sprawę i uznał, że podniesie sobie pensję ucząc się jakichś języków programowania, bo za to płacą, i też zostanie technicznym burakiem. Od razu podpowiem że mining engineer dostaje jeszcze więcej ^^

W praktyce rozliczeń powstaje problem, jaki zawarłem w wyliczeniach, licząc nie wypłatę typową dla Polski (40 jednostek netto), ale od razu pojechałem ze skandynawską stawką 100 netto, bo to takie rozwiązania rozliczeniowe są i takie nas czekają – demografia jest jaka jest, będziemy mieli roczniki tak małe, że na większość ofert pracy nie odpowie nikt. A ci co przyjdą na te tańsze, to będą wyjątkowe gamonie. Teoretycznie moglibyście sobie wyobrazić, że przesuniemy zasoby z premii dla kapitału na premię dla pracy i jakoś to będzie. Z tym że to nijak nie będzie, ponieważ premia dla kapitału zwiększa sumę kapitału bezpośrednio, a premia dla pracy nie wytwarza nagle dorosłych ludzi – czas produkcji kompetentnego technicznie ludzia to przynajmniej 20 lat. Zaraz (w następnym tekście, bo puchnie wierszówka) do tego wrócimy rzucając na stos książki i polewając benzyną. Oczywiście napalimy Keynsem, ale bezwstydnie rzucimy też w płomienie kilka stron Hayeka i Misesa, gdyż tego, że padnie podaż kompetentnych ludzi, to Oni sobie nie wyobrażali.



Zapewne zastanawiacie się po co uczą w krajach z poważnym przemysłem takiego szacowania na szybko i przeskalowywania na palcach. Niewielu ludzi to ogarnia, a jak wielu nie ogarnia, to się zaczynają dziać cuda w zamówieniach. Jak wspominałem straty na budowie statków to prawie trzy statki zanim czwarty będzie sprawny do żeglugi, a potem już jakoś zejdzie z serii. W działach B&R czterokrotne zamawianie zbędnych jak się okazuje rzeczy (albo niepasujących) to standard – na bogato jest. Później z wyrzucanych śrub spawam “dinozaury”, kwiatki…

Natomiast od dawna nie byliśmy w sytuacji, że technologia jest, z kulturą techniczną do jej utrzymania coraz gorzej, a ludzie co coś potrafią stają się dobrem deficytowym. I to się raczej będzie pogłębiać, dla pacanów zrobią downgrade, a ci co umieją sobie utrzymać w ruchu i obsłużyć wydajne maszyny będą zbijać kokosy na przewadze technicznej.

Zwróciła też Waszą uwagę nadwyżka kapitału przy dysproporcjach sensowności inwestowania i jest tu pewien haczyk – firma przy oszczędzaniu nadwyżek na stabilnym rynku powinna co “mały cykl koniunkturalny”, czyli około 7 lat móc się sklonować. Rzecz w tym, że jeśli jest już monopolistą to popsułaby sobie $ds, natomiast żadna mała firma (średnia czy duża) nie może w jakiejkolwiek rozsądnej perspektywie przy takim systemie podatkowym wytworzyć dużego monopolisty 500+ pracowników. Oznacza to, że kapitał trzeba odpisać na jakieś słomiane interesy, rozdać kadrze, inwestorom, a najlepiej – spłacać stale jako jakieś zadłużenie. Ekspansja ze środków własnych ma sens tylko poza własne granice, gdzie sklonowana firma będzie w formie spłaty inwestycji oddawać nadwyżkę (i jeszcze trochę urwie pracownikom, ale z przyczyn praktycznych – jakość tańszego pracownika i konieczność jego substytucji – za dużo się nie urwie). Dlatego obecne gospodarki silne przemysłowo poszukują kolonii takich jak Polska, aby tam monopolizować wybrane elementy produkcji (na przykład ABB transformatory). Z tym że nie opłaca się to tubylcom i Indianie się już połapali, że ktoś ich robi w konia i też chcą mieć własne molochy – z tym że one nie wyrąbią sobie miejsca w żadnej kolonii, bo wszystkie już przez tłuste koty zajęte. No chyba, że rąbać będziemy mieczem, ale demografię to mamy taką, że nam się już o dobre miejsce w historii modlić, a nie miejsce w przyszłości. I nawet jeśli teraz macie jakieś nadzieje wiązane z patriotycznymi przebierańcami to ich się przeczeka – demografia jest jaka jest, za 15 lat wejdzie na rynek taki dół w Polsce, że nawet sobie nie wyobrażamy jak to będzie wszystko miało działać.


Przytomności – przecież wiecie, że tak się nie da gospodarować, nie długo. Przy takim spadku jakości NoGoZone jest rozwiązaniem. Państwo na swobodzie największą szkodą jest w przyrodzie. No ale skoro nie da się tak, to jak? Jak (na przykładzie Szwecji) udało się obejść te “bieżące niedogodności”?

Wspominałem o tym nieco w zamrażarce społecznej – otóż stworzono ustrój, w którym nie ma jakichkolwiek możliwości awansu społecznego. Urodziłeś się bogaty – raczej będziesz bogaty. Urodziłeś się biedny i taki umrzesz. Niby niegłupie – dziedziczenie zawodów wprost, z tym że przedsiębiorcy zaczęli uciekać. Bo oni chcą awansować. Polska jest na tym samym kierunku tylko jedzie na dopalaczach – oligarchii to na rękę.


Tutaj wraca nam temat ssawek czyszczących rynek w postaci firm najnowszych technologii. Czy zastanawialiście się co konkretnie daje gigantyczną przewagę firmie handlującej dobrem “wirtualnym” nad przedsiębiorstwem produkcyjnym? Który parametr z tych, na jakich opisałem przedsiębiorstwa w rezultacie 1,006, jest inny i on już jest skumulowany i nawet nie wiemy ile wynosi? Dlaczego ASBIROwcy to w większości ludzie z biznesów IT?

Otóż jak pamiętacie nasze przedsiębiorstwo 5 osobowe skalowaliśmy do 180 produktów (teoretycznych) plus rozwój tego pułapu w kolejnych latach. Firmy funkcjonowały wyśmienicie w 1/2-2/3 tego sufitu, ale bez obciążeń jakimiś drakońskimi podatkami nie trzeba było do tego sufitu dążyć i tylko popyt potrafił zmusić do odpalenia drugiej zmiany. Niby można przeskalować tę firmę w dół i samodzielnie robić 20 produktów miesięcznie i też wyżyć. Da się, bo widziałem tak przeskalowane firmy po kryzysach. Tymczasem firmy w IT operują technologią, w której nie da się wykorzystać nawet ułamka potrzeb, produkty są tak tanie, a wkład kapitałowy w sprzęt tak skalowalny, że ciężko jest nawet określić ile “jednostek produkcji” można natrzaskać na sprzęcie o wsadzie inwestycyjnym porównywalnym do wsadu na firmę produkcyjną. Nie wiemy jaki jest sufit zdolności produkcyjnej. Więc można przeskalować kapitał początkowy z 20000 do 20, za 20 (czyli pół pensji leminga) kupić komputer i zacząć zarabiać.
W teorii… Bo przecież każdy może – owszem ograniczają ludzi kompetencje. Ale to i tak daje gigantyczną podaż i $ds leci na mordę. Ja też, bardzo dawno temu byłem wykształcony kierunkowo w tym kierunku i żyłem z robienia stronek, kiedy za zrobienie stronki płacono średnią pensję leminga. Po roku płacono jednak już tylko ćwierć pensji, a potem to było coraz weselej – trynd mi się nie podobał i młodym, czujnym nosem (któż odgadnie jakie ma korzenie) zacząłem szukać branży, gdzie jest więcej wentyli wejścia niż same kompetencje, jeszcze kapitał, maszyny, rynek, drogie kompetencje (bo drogo się ich nauczyć, materiał pożerają). W końcu branża sama mnie znalazła – przemysł ciężki (ociec i dziady też tam robyli, było nie kombinować tylko kontynuować tradycje – wilka i tak wyciągnie do lasu).

Jeśli drukarki 3d na metal zostaną przeskalowane w dół do poziomu zarobków leminga, to przemysł ciężki też stanie się okrutny względem $ds. No chyba że czymś zastąpią metal – wtedy nie będzie tak źle, będzie jeszcze gorzej.

Zauważacie, iż firmy nowoczesnych technologii, unowocześniające handel (bo przecież sklepy i hurtownie po prostu znikają – w oczach, statystyki są na dokładkę, to jest zjazd mnożnikami), unowocześniające komunikację, unowocześniające rozrywkę, dostęp do informacji (mam gdzieś ze dwa garaże zapchane książkami – dawno jednak książki w ręku nie miałem; mam gdzieś ze dwa kindle zapchane książkami, ale leżą gdzieś w szufladach; coraz więcej czytam bezpośrednio na komputerze, ponieważ się to na kindlu nie wyświetli – może zrobią lepsze monitory do czytania, albo jeszcze co nowszego) zmieniły nasz świat zmieniając $ds w całych branżach. Nie da się z tym konkurować. Po prostu dostarczają usługi trzymające poziom tak tanio, że za darmo. Jak ołówki i zapałki.

Dlatego spoglądam na uprawy, na rolnictwo. Tam już nowoczesne technologie weszły, ale one są energomaterialne, wymagają olbrzymiego przemysłu, aby je wprowadzać. Być może to jest właśnie ten dochodowy wózek, który będzie się skalował i który warto popchnąć. Nawet mam niejakie pomysły jak to zrobić i jeśli trafią się ludzie, którzy umieją wykonać elementy tej układanki, to być może da się wywrócić elektroniką obecnie istniejący przemysł chemii dla upraw. Są tacy co już zaczęli i przecierają szlaki. Z tym że w rejonie gdzie żywność sama rośnie, a okres wegetacyjny trwa zawsze Chińczycy zaczęli wdrażać intensywną uprawę (tubylcy mieli ekstensywną, bo po co inna). Oznacza to, że zapotrzebowanie na żywność będzie drastyczne, bo skoro oni tam starają się wycisnąć z natury więcej niż samo rośnie, to reszta terytoriów planety nawet nie kwalifikuje się do startów w tych zawodach. Żywność będzie droga?


Poruszę dowcipny temat poruszony przez Pana Doktora Sławomira Mentzena. Otóż Pan Doktor stawia tezę, że gdyby tak ujednolicić stawki vat w EU i zlikwidować wszelkie transgraniczne 0% na dostawie i tego typu żarciki, to problem wyłudzeń vat drastycznie by się zmniejszył. Otóż (jako praktyk) stawiam tezę, iż w praktyce ta ulga trwałaby może tyle co cisza nocna, bo nad ranem doszłoby do rekonfiguracji łańcuchów dostaw. Po pierwsze cena złota (inwestycyjnego) sięgnęłaby nieba i wprowadzono by na nie normalną stawkę vat. A po drugie – skoro zlikwidowano problem, to zlikwidowano by urząd kontrolujący problem, ponieważ procedury stałyby się nieaktualne – nie byłoby kogo ścigać względem aktualnych okólników. Czyli zmiany zlikwidowałyby QC.

Tymczasem skonsolidowany łańcuch produkcji pozwala wprowadzać towary uiszczając marginalny, nieistotny vat, a znikającym podatnikiem nie jest pierwszy w łańcuchu ale ostatni – sprzedawca. Ze skonsolidowanego łańcucha można wyjąć towar po kosztach, a sprzedać po cenie rynkowej, dla większości towarów jest to różnica x6, x8. Pokusa znikania jest więc większa, szczególnie jeśli jest to zorganizowana akcja. A i mamy gratkę dla formalistów – towary z vat są oczywiście na pełnym legalu po złotówce, z tym że wejście do sklepu wymaga zakupienia sztabki inwestycyjnej z odpowiednim narzutem, a w nich vat jest 0%.

Nie ma takiej metody, aby ściągnąć z rynku tyle ile państwo przeżera, bo my po prostu tyle nadwyżek nie wytwarzamy w produktach i usługach, które wzbudzają apetyty państwa. Dlatego waluta jest przymusowa, przecież co by to szkodziło aby podatki płacił rolnik marchwią czy cebulą? Taki problem, że państwo marchwi i cebuli nie za bardzo potrzebuje? No akurat w łańcuchach produkcyjnych marchew, szczaw i mirabelki nam wychodzą. A śmigłowce jakoś zza granicy trzeba brać.


Taki smaczek wrzucę, na temat konstruktywizmu u muzułmanów i utrzymaniu sieci przesyłowych w ruchu (abyście mieli prąd, internet i mogli te jadowite treści prawicowej ekstremy czytać). Otóż działanie, sprawność sieci przesyłowej nie zależy od konserwacji elementów sieci, nie zależy od wkładanej w nie pracy i nakładów kompetencji, kapitału, czegokolwiek. To czy sieć będzie przesyłać prąd nie zależy nawet od działania elektrowni. To czy prąd będziecie mieć w gniazdku zależy wyłącznie od woli Al(Wielkiego) Łacha. Jak nam Łachu zrobi łachę, to prąd będzie w gniazdku, a jak nie to z Jego woli prądu nie będzie. I co tam konserwacja i utrzymanie sieci. Teraz wyobraźcie sobie, że ludzie z tak konstruktywnym podejściem zostaną parytetem zatrudnieni w DUR jakiejkolwiek instalacji. Nie trzeba wojny, żeby zbombardować elektrownię – wystarczy parytet.

Pośmiejmy się jednak i z praktycznych Japończyków – dla nich każda czynność zawodowa jest czynnością mistyczną, dlatego się do pracy przykładają – ma to dla nich inne znaczenie niż wiązanie kropek skutku z przyczyną pracy, nie nie – przyłożenie się do pracy – funkcja mistyczna włożonego zaangażowania jest istotna. To nawet dobre – dużo nie trzeba móżdżyć – ważne aby perfekcyjnie powtórzyć czynności, jeśli jest w tym QC również w formie mistycznej, to jest spora szansa, że to uda się podtrzymać działanie technologii bez jej zrozumienia. Chyba że procedury są o kant.

Ciekawe czy lemingi prowadzące biurwę rozumieją procedury jakie egzekwują na przedsiębiorcach, czy już tylko mistycznie pokrzykują, że to prawo & porządek.