Tęsknota za kociakiem

Mobilny warsztat “na małego kota” ma swoje niewątpliwe zalety, które docenia się dopiero piastując sierściuchy osiadłe. Plecak, walizka, pickup narzędzi mają swoje niewątpliwe zalety z punktu widzenia transformacji w formę większą i osiadłą. Otóż jak rozłożysz się z robotą u klienta, to wiesz ile rzeczy przyniosłeś i wiesz ile musisz zabrać – to, czy zabrałeś wszystkie łatwo stwierdzić, spoglądając na ograniczony teren robót i albo jest tam już pusto, albo nie jest, a zanim przebazujesz się z tym majdanem na kolejną pozycję i tak musisz się spakować. Narzędzi masz więc ograniczoną ilość i najwyżej coś się tam czasem zgubi lub popsuje, ale że popsute to od razu wiadomo, a że zgubione to albo wiesz od razu, że nie wisi na miejscu (kaizen) albo przy “następnej razie” kiedy nie udało się znaleźć.

Ten tekst będzie poświęcony (albo przeklęty, bo przemysł to jednak klątwa jaka – jak z Raju wygnanie) praktycznym kwestiom organizacji warsztatu i firmy produkcyjnej ze wskazaniami, gdzie praktyka i nasze widzimisię sobie, a empiria wykazała, że coś działa tak jak działa i nie ma co psuć. Było kilka tekstów na zapchajdziurę o jakiej tam historii i innych sennych marach, ale trzeba trzymać się tematyki bloga, bo jak są zapchajdziury to nawet nasza własna agentura nie chce wpłacać, administracja płacze i cierpi katusze, że zupełnie niepotrzebnie cały trud w ten gwizdek idzie, bo symbolika do kapelusza nie wpada. A pisać nie ma komu. Nie ma komu, bo małpę za długo trzymano w klatce, wyrwała się na wolność i lody kręci, niechybnie ku bankructwu zmierzając.

Zacznę od końca, czyli od zamykania dużej “fabryki” gdzie są jakie obrabiarki (prasy, tokarki, frezarki, linie szlifujące, linie tnące, linie gnące, suwnice, widlaki, sztaplarki, stanowiska spawalnicze, monterskie, szlifiernia, linia malowania proszkowego) zawierające się w pojęciu “lekki przemysł metalowy” czyli taki, który można podnieść we dwóch ze śwagrem, chyba że czasem się jaka większa forma trafi i wtedy to w sześciu. Jak w takiej fabryce przez 40 lat pracuje 60 osób to oczywiście narzędzia giną tak długo, aż wszyscy będą już mieli wyposażone garaże – w Skandynawii jest to zjawisko tak trywialne i powszechne, że się z nim nawet nie walczy i nigdy fochów o to nie robiono – przyjęto, że tak jest, tak było, tak będzie, tak widocznie być musi. Wdrażano co prawda różne rozwiązania odpowiedzialności indywidualnej (głównie o charakterze finansowym bez chłosty), ale generalnie machnięto na to ręką – przemysł zapewnia tak wielkie mnóstwo wszystkiego, że obniża $ds narzędzi do tego stopnia, iż to co da się wziąć w rękę, a co nie jest specjalistycznym przyrządem do obrabiarki, który się w garażu nie przyda bez obrabiarki i tego konkretnego produktu do wykonania, to to co da się wziąć w rękę (te powtórzenia robię dla tych, co gubią wątek na złożoności zdania) ma z punktu widzenia kosztorysu wartość poniżej godziny pracy stanowiska. A z punktu widzenia wypłaty netto może od biedy przebijać połowę dniówki. Z tego wysnuto prosty wniosek, że nowemu pracownikowi z dostępem do narzędzi warto dać na własność narzędzia już na wejściu i to nie na sztuki, a po prostu kupić mu całą nową szafę narzędziową z kompletem wszystkiego, ciuchy robocze, narzędzia pomiarowe i jeśli potrzebuje, to nawet elektryczne. Komplet narzędzi do mechaniki razem z szafą na kółkach jest poniżej trzech dni kosztorysowych pracy, narzędzia elektryczne (ewentualne, jakaś szlifierka, wiertarka, wkrętarka) poniżej dwóch (chyba że spawaczowi na dzień dobry dajemy jakąś dającą się wziąć na garba spawarkę, to wtedy doliczamy trzy dni), ciuchy, przymiary jeszcze kilka godzin, a przecież duża firma kupuje tego na kontenery, więc nie ma cen detalicznych tylko płaci połowę. I biorąc pod uwagę te czynniki dobrodoszli, że angaż pracownika na wejście kosztuje nieco ponad tydzień jego produktywnej pracy, nawet jakby wziął ze sobą do domu wszystko, co da radę na własnym garbie wynieść. Natomiast brak narzędzi na stanowisku psuje produktywność. Ponieważ pracownika do przemysłu nie bierze się krótkoterminowo, gdyż przemysł działa w interwałach opisywanych ułamkiem dziesiętnym stulecia, to ten skromny wydatek uznano za dopust boży niegodny przekomarzań. Jak nie wyniosą to pogubią, tokarzom imbusy 2.5mm można dowozić paletami, bo i tak wszystkie popsują, albo pogubią.
Nie ma znaczenia, czy uważacie takie rozwiązanie za godne i sprawiedliwe oraz jaki macie do tego stosunek emocjonalny jako właściciele firm – doświadczalnie przez stulecia rozpracowano, że tak działa, a każde inne rozwiązanie (narzędziownia) jest droższe, bo demoluje produktywność. Nie ma czegoś takiego jak ekonomia współdzielenia – takie zwierzę nie przeżywa w naturze. Kupowanie tanich wyrobów narzędziopodobnych sprawia, że są one jednorazowe – narzędzia jakościowe są tańsze, bo wytrzymują “więcej razów”.
Ma to też pewną konsekwencję – do produkcji maszyn nie ma co żałować żelaza – żelazo w hucie tanie, a jak go dużo w maszynie to na garba nie wezmą i nie wyniosą. I trzeba pilnować rynku, aby na rynku był towar i były maszyny i narzędzia do kupienia, a jakby kto jakie embarga i sankcje wymyślał, to trzeba głąba od razu zapoznać z ciężarówką ze żwirem. Ponieważ każdy niedobór tokarek do garażu jest gwarancją, że tokarki w przemyśle i w “zapasie nienaruszalnym” zostaną rozkręcone na części i wyniesione do garaży. Nawet się nie połapiecie jak i kiedy do momentu, aż trzeba będzie je uruchomić i okaże się, że to tylko pomalowane drewno wyglądające jak tokarka pozorujące rzeczywistość ujętą w księgach.

Gdy już doprowadzimy do takiej sytuacji, że czy ginie czy nie ginie, to na produkcji nie brakuje i produktywność nie jest demolowana poszukiwaniem narzędzi, to cały interes być może dość drogo ale się kręci, a jak się kręci to jest cashflow i wtedy można zacząć majstrować wyciskanie jakiej wody z tego kamienia. Najpierw musi być cashflow – potem dopiero wyciskamy. Janusze robią odwrotnie i mają tego wiadome skutki. Jeśli jakaś firma funkcjonuje (ma cashflow) i płaci podatki, to to jest bardzo dobra firma – a może być lepsza, jeśli się to jakoś zoptymalizuje^^

Zamknijmy tę dużą fabrykę

I zacznijmy na plac wywozić to co tam jest. Oczywiście na pierwszy ogień idą maszyny i instalacje, wentylacje, elektryka, gaz do ogrzewania, gazy techniczne, pomocnicze oświetlenie. Wtedy okazuje się, że montowano jeden system na drugim zapominając o tym pierwszym: w 40-letniej fabryce są zazwyczaj co dekadę dokładane nowe ciągi wentylacyjne niepołączone z poprzednimi oraz doraźnie jakieś rozwiązania “tymczasowe na zawsze – prowizorka przejdzie do historii – archeolodzy odkopią druciarstwo”. Oraz oczywiście instalacje nigdy nie podpięte i nieuruchomione z przyczyn nikomu już dzisiaj nieznanych. Tych instalacji oczywiście nie ma w dokumentacji budynku (albo jest w jakieś dokumentacji, której to dokumentacji nie ma) czyli ta instalacja nie istnieje, więc nie można zlecić jej zdemontowania i sami państwo rozumieją – nikt jej nie demontuje, nikt jej nie wywozi i nikt jej nie wprowadza jakim lewym kanałem do obrotu obniżając $ds na rynku. Te instalacje to jest chomikowanie dębów dla przyszłych pokoleń. Czasem są one popakowane na magazynie w jakim zapomnianym kącie. Demontaż 17% jaki nastąpił w ciągu ostatniej dekady w Szwecji stał się takim zastrzykiem deflacyjnym dla przemysłu, że maszyny są tańsze od ich transportu. Żadna drukarka nie nadąży za dobrami wysypującymi się z takiej “prywatyzacji” mienia bezspadkowego bezpotomnie zostawionego przez nierozmnażających się tubylców. Zacząłem to nawet w darach wysyłać w stronę Gopła przy okazji pustych przelotów na transporcie, żeby nie było, że chąsa działa tylko w jedną stronę – że niby dobre uczynki, ale przecież nigdy łupów w zbożnym celu branych na pohańcach w folwarkach nie brakowało^^
Nikt się nie będzie z prywatną biurwą spierał, jak czegoś nie ma w papierach to nie ma. W pickupie taki problem Wam nie powstanie, bo jakby tam się nazbierało za dużo gratów, to poczujecie na wybojach, na przekładni i mogą wrota się nie domknąć. Ponadto pickupa rozpakowujecie i zapakowujecie za każdym razem na robocie, z tego można wysunąć przytomny wniosek, że dość szybko w takiej małej przestrzeni zauważycie, że coś od roku było niewyjmowane i w kącie za plecami kierowcy leży. Dość szybko – po roku (z eksperiencji). W fabryce jedynym sposobem symulowania takiego rozładunku jest przeniesienie fabryki do nowej lokacji i wymiecenie wszystkiego z kątów – jest to tak paskudnie drogie, że się tego nie robi, tylko jedna fabryka “bankrutuje” a otwiera się nową bez dawnych problemów organizacyjnych, kadrowych, logistycznych i opisanych wyżej. W cyklach 30 letnich dla higieny przemysłu jest koniecznie takie bankructwo poprzedzone stworzeniem nowej fabryki (nowej, lepszej, z poprawionymi rozwiązaniami, jakie wynikły w toku postępu technologicznego). Częściej może być to zbytnim wysiłkiem ekonomicznym – rzadziej jest poważnym problemem organizacyjnym i społecznym (dekoracja stała się częścią krajobrazu). Warto brać pod uwagę też fakt zmiany otoczenia przemysłu – ludzie zajmują przestrzeń pod habitaty i to co 30 lat temu było uznawane za uciążliwy przemysł, dziś jest w stodole sąsiada zgrzytem słyszalnym dopiero na nocnej szychcie gdy świat cichnie. A mimo to są fabryki prowadzone przez pokolenia i je też się czasem zamyka.
O, to takie fabryki – to dopiero jest archeologia pełną gębą, gdyby wykształciuchy z wydziału od pędzelków, łopatek i archiwistyki się znały na technice, to mieliby z tego niezłą fuchę i się mogli doktoryzować. Często takie fabryki to matrioszki. Już pominę takie żarty jak poukrywane tam instalacje elektryczne na przewodach zawijanych w nawoskowany papier (tak produkowano kiedyś kable) i palące się od 90 lat żarówki w tablicach ostrzegawczych – jakieś bardzo trwałe kiedyś były żarówki… Ale bywają tam budynki obudowane ściśle budynkami – matrioszki o podwójnych ścianach i podwójnych stropach – szopa w szopie, lamus jako część w nowym, większym budynku. Za ścianami kryją się pradawne instalacje, w rurach wentylacyjnych i gazociągach leżą prastare narzędzia i puszki po napojach, a nawet butelki, okulary, buty. Prowadzące donikąd drzwi, zapomniane w kątach tokarki jeszcze bez CW obrotów (chyba że się fazę odwróci, ale instalacja oryginału nie przewidywała) i z modułami gwintowania do standardów, jakich już dawno nie ma, na maszynie długości sążnia z modułem gwintującym na przekładni w ułamkach werszka – niestety jaka tam płytka miałaby to skrawać i jaki miałaby mieć kąt, to nikt już nie pamięta. A czasem pod powałą znajdzie się cała suwnica, ale jakaś taka bez biurwich znaczków – znaczy nigdy nie wcielona do służby niby? A widać, że dużo jeżdżona i jakoś tak zrobiona, jakby żelazo w tych czasach było za darmo – nie żałowali. I działa i nawet ma ciekawe rozwiązania, jakich próżno szukać w dzisiejszych – ja wiem, że to niby do skansenu powinno się oddać, ale nie ma tego na stanie budynku – więc mi się przyda – przecież działa.

I jak już tam powygarnialiśmy to, co trzeba wygarnąć ciężkim sprzętem (linie technologiczne) i zaczynamy łunochodem (taki pojazd do zbierania kamieni) zbierać drobnicę na palety sortując podobne do podobnego, zaczyna nam się objawiać KUP. Koszt uzyskania przychodu w postaci materialnej. Koszt tego, żeby dawno temu to się mimo entropii w korelacjach kręciło, czyli ujawnia nam się Wielkie Mnóstwo rzeczy zagubionych i zapomnianych. To wielka radość oczywiście, że je znajdujemy – nawet jeśli ich nie zamierzamy zbywać a używać, bo przecież to sprawne narzędzia, ale nasz przypływ mocy wynika z tego, że kiedyś ktoś tę moc pogubił w tych urządzeniach – ktoś kiedyś poniósł wydatki na te narzędzia i ich nie użył. To jest bardzo ważna informacja, ponieważ jeśli zamierzamy przesiąść się z małego kota do zadań mobilnych i pogłaskać tygryska na 50-100 metrach to zrobimy dokładnie tak samo – wrzucimy tam wielkie mnóstwo narzędzi i ciągle będzie brakować. O ile można sobie wyjazdowo ruszyć do klienta z jedną szlifierką, spawarką, zestawem kluczy i jaką wyciągarką i coś tym mimo wszystko zrobić, to wygodniej jest ruszać z dwiema szlifierkami, kilkoma młotkami i tak dalej. Zwiększa to efektywność pracy, podnosi jakość, obniża zmęczenie powtarzalnymi czynnościami. A jak jeszcze na samochodzie mamy przykręcone imadło, to już w ogóle cuda można robić, jeszcze tylko jaką przecinarkę, maszynę do gwintowania i nie ma instalacji, która nas wystraszy, a jeszcze na przyczepie można mieć jaki prąd, przecinarkę plazmową, co za tym idzie kompresor i możemy budować cywilizację w szczerym polu na stercie tregry.
Z tym, że w warsztacie na każdym stanowisku pracy potrzebujecie kompletu podręcznych, właściwych stanowisku pracy narzędzi i o ile przebazowujecie się w cyklach to można ciągać za sobą wózek, to jeśli operujecie dorywczo na wszystkim, to wszystko na raz musi być w każdym miejscu podpięte (i najlepiej przymocowane łańcuchem, żeby się nie zgubiło). Oznacza to, że jeśli macie te sześć najprostszych stanowisk pracy (cięcie, gięcie, toczenie, szlifowanie, spawanie konstrukcyjne, spawanie precyzyjne) i nawet nie zbliżacie się do czegoś poważniejszego, to wejdzie Wam tam na początek z dziesięć szlifierek kątowych, ze trzy spawarki, ze trzy wkrętarki, klucze będą się walać na skrzynki. Rozsądnie jest więc wygarnąć ze starej likwidowanej fabryki to co mieli i po prostu wsypać do warsztatu. Paleta ścisków do montażu przed klejeniem zawsze będzie zawierać zbyt mało ścisków (gdy rozmontowałem 200 metrowe stanowisko pracy dinozaura-designera, ale z takich co umieją dłutem drewno robić, to wymiotłem stamtąd nazbieranych przez 50 lat ponad tonę narzędzi, głównie ścisków, kluczy, szlifierek, młotków, pilników, tarników, wkrętaków – niewyobrażalna graciarnia do ustawiania narzędzi rocznikami). Gdybyście mieli kupić nowe w sklepie, to wyposażenie pięcioosobowej firmy dzisiaj jest wydatkiem na tyle poważnym, że święta matka korporacja jęczy jak słyszy – bo ŚMK ma ceny korporacyjne, a nie takie jak my mamy bez faktur wprost od producenta bez głupich pytań. To nie jest biuro, dział marketingu, księgowości czy sprzedaży, gdzie biurko, fotelik, laptop, samochodzik, telefon i do przodu. Samochód ma inną ładowność, ładuje się go widlakiem, do widlaka wypada mieć paleciaka do dużych wysokości, zasilać to trzeba na trzy fazy (jak się kupi jankeskie maszyny, to oni mają takie zjawisko jak jednofazowe maszyny 220V 24amp – przecinarki plazmowe, których nie sposób rozpędzić na europejskim prądzie bez podłączenia przez 3fazową 32amp wtyczkę), stoły, na stołach imadła, skrzynki z narzędziami, sto tysi PLN w stanowisko wejdzie zanim dobierzemy się do cięższego sprzętu.
Zakupy takich maszyn jak DMG mori ctx beta 2000 czy CMX 110, Biglia B750 czy Salvagini P2 lean są na tyle poważnymi, że ogłaszanymi w prasie branżowej, że ktoś takie narzędzie kupił. Oczywiście tekst jest skierowany do czytelników rozważających mniejszą formę, ale warto zwrócić uwagę proporcjonalności skali – otwarcie warsztatu jest taką skalą wydatków, nie otwiera się więc zbyt wielu nowych i nie robi tego zbyt często, gdyż ze względu na cykliczny rezultat działania rynku, nie jest racjonalnym wbijanie się z nowym warsztatem otwartej usługowości (zaraz wrócę do tego). Gdybyście mieli doposażać warsztat z mobilnego na stacjonarny, to po cenach korpo nie jesteście w stanie, a przy prowadzeniu księgowości nie będzie się to trzymało kupy z żadnymi zyskami, po prostu system podatkowy wyklucza taką skalę inwestycyjną, aby było tak jak było, by się nic w $ds’ach nie zmieniło – dobrze jest i nie ma co psuć. A mimo to chcecie dorwać się do tego akurat żłoba, no i skoro nie da się tak, to jak? Katechizm – pytanie stawiam i odpowiedzi udzielam, bo pytanie musi pasować do odpowiedzi. Otóż oszczędnościami można otworzyć taki warsztat. A ponieważ obecny ustrój fiskalny wyklucza tworzenie oszczędności, to robimy to inaczej (dinozaury jak się okazuje robią tak samo), robimy KUP. Opodatkowanie bazujące na ideologii IT (income tax) zakłada pewne koszty uzyskiwania przechodu jakie można niby odliczyć, nawet jak ich nie rozliczacie to model jest identyczny (tylko szybszy i bardziej agresywny), ponieważ system jest zabezpieczony inflacją. Odkładacie sobie na jedną kupkę walutę – ale inflacja ją zżera albo jakie durne “inwestycje” – najlepsze w lokaty w złoto na 18%^^. Odkładać możecie też maszyny i narzędzia – kupujecie, wrzucacie w koszty i na magazyn. Jak się kto zapyta – jest, room leftu nie było, a jak się już nikt nie pyta i dany podmiot wygasa w swoim czasie – paleta gratów pozostaje. Pozostają więc klucze, szlifierki, nierozpakowane spawarki, przecinarki – przecież nikt się głupio nie będzie pytał, po kiego kupowała to firma mająca całe PKD w umowie spółki. Do produkcji statków kosmicznych oczywiście – też jest w PKD.
Odkładanie w ten sposób zajmie Wam jakoś ze dwa cykle i starczy może na pół roku przesiadki z małego kota mobilnego na osiadłego, czyli kwartał na otwarcie i kwartał na rozruch. Oznacza to, że w przeciągu roku od przesiadki z pickupa do dużego garażu przepompujecie 4-5 krotność wartości pickupa z narzędziami, zapewne będą to Wasze 4-10 letnie oszczędności, zależnie od tego jakim skąpcem jesteście. I najpewniej Wam nie wyjdzie – należy więc trzymać małego, mobilnego kociaka, aby w razie czego mieć z czego robić restart. Tę kwotę zapłacicie za doświadczenie – za nauczenie się tego czego jeszcze nie wiecie, że nie wiecie. Oczywiście można to zrobić, jak ma się dobre zasilanie, a to oznacza, że w dzisiejszym modelu korporacyjnym, jak nie żyjecie rozrzutnie to otworzycie osiadłą firmę w wieku uznawanym dwieście lat temu za podeszły, czyli koło czterdziestki. Co nie jest żadną wadą, bo ludzie w tym wieku mają akurat na tyle poukładane życie, kompetencje i dość rozumu, aby w modelu patriarchalnym zatrudniać innych ludzi i się tymi gamoniami zaopiekować. Nie ma jakichkolwiek innych wymagań społecznych od przedsiębiorców i dlatego to się jakoś tam sprawdza. Te firmy są raczej nierozwojowe i służą wyłącznie przenoszeniu wartości w czasie – następne pokolenie będzie miało być może, przy dobrych wiatrach – nieco łatwiejszy start. Albo i nie – ale przynajmniej jest to jakiś cień szansy – to już zmartwienie kolejnego pokolenia, nikt za nich życia nie przeżyje, muszą sami.

Pozwać rynek za brak klienta – problem otwartej usługowości

To jest bardzo poważny problem każdego początkującego przedsiębiorcy. Co sprzedać, komu, i jak to zdobyć. Nie przejmowałbym się za bardzo jak na tym zarobić, bo to sprawa drugorzędna przy cashflow, ale bez zarabiania interes nie zadziała. Oczywiście można mieć silne zasilanie zewnętrzne, jakie człowiek w wieku średnim może już konsolidować, ale rynek czasami urządza belly up i płynność truchleje.
Wyobraźmy sobie, że otwieramy firmę, wynajmujemy lokal, stawiamy tam biurko, fotel, kładziemy telefon i czekamy na klienta. Polecam szkołę Pana Kamila Cebulskiego (https://kamilcebulski.pl/) – to tam właśnie są opowieści o takich gamoniach, ponieważ to są opowieści własne i kolegów – oni serio tak robili, bo nie miał im kto powiedzieć, że to się robi inaczej. Nie wiem, czy przychodzi Wam do głowy pozwać rynek za to, że klient się nie zmaterializował z zapotrzebowaniem, ale są tacy co pozywają i jeszcze dostają od rynku kasę, nazywamy ich bezrobolami na zasiłkach. To jest całkiem niegłupia koncepcja – płaćcie przedsiębiorcy za to, że nie chcieliście kupić jego usługi. Nie wiem co bierze społeczeństwo, które wymyśla zasiłki dla nierobów, ale branie nawet połowy i zmiana dealera już ich nie uratuje – oni myślą, że to naprawdę.
Zakładam, że czytelnicy są ludźmi przytomnymi i jednak okraszą ten opisany wyżej biznes jakim szyldem, wizytówkami, reklamą. Ale podpowiem – to absolutnie nie tędy droga. Prowadziłem kilka firm zarabiających na przemyśle i wizytówek rozdałem przez całe życie w tej branży mniej niż 50, a numer telefonu do mnie jest wyłącznie z polecenia i trzeba się na kogoś powołać jak się dzwoni. Natomiast w branży usług dla ludności mieliśmy zupełnie inny marketing, no ale ja tam tworzyłem strategię tego chąsania i do mnie też nie było po co dzwonić. Ponieważ to nie marketing jest istotny w przedsięwzięciach ludzi przytomnych, a funkcjonujący produkt. Takiego misia produkujemy, jest to miś na skalę naszych możliwości, tego misia chcemy sprzedać i to nie jest nasze ostatnie słowo – z tym misiem się jeździ po fabrykach, pokazuje jak tańczy gdy mu zagrać na fujarce i albo potrzebują niedźwiedzi albo nie. Nigdy nie szukałem klienta na full time produkcji tych chochołów dłużej niż tydzień. Zazwyczaj dwa dni. Objazdowy pickup ma swoje wielkie zalety. I jest tani, no może nie na początek, ale każdy krok w porównaniu z poprzednim urywa kieszeń.
Działalność oparta o usługę otwartą tym się różni od jeżdżenia z gotowym produktem, iż nie prowadzicie marketingu pantoflowego, tylko jawną ofensywę: każdy może Was znaleźć (biurwa i gangi też, gangi o tyle gorsze, że chcą zniewolić – tak się dzieje z firmami przemysłowymi), a Waszym najgorszym wrogiem jest stały klient – im większy, tym gorszy. To że klient może być wrogiem, to jest pewna nowość dla wielu, ale tak właśnie jest w otwartej usługowości. Bo to jest najemnictwo i czystej wody prostytucja – wykonujecie na zlecenie przedmioty wg pomysłu i rysunku klienta. To co sobie tam biuro konstrukcyjne klienta uroi, może być dość abstrakcyjnym komiksem (szczególnie, że gównażeria po studiach nie ma zielonego pojęcia o czymkolwiek poza cadem i zarządzaniem), ale łańcuch iso wymusza pewną formalizację tego płonącego burdelu, a to oznacza lewników, biurwę (obieg dokumentów, certyfikacji, zgodności), księgowych i sama produkcja jest jakimś tam dodatkiem do trójkąta. Często dodatkiem symbolicznym. O ile jeszcze trafią Wam się w czasie rosnącej koniunktury kwiatki pod tytułem “jednorazowy klient z dobrą marżą w stosunku do oczekiwań”, to standardem będzie stały klient na jakieś skromne partie kilku detali “on demand” w ilościach niegodnych zatrudnienia pracownika, i dopiero portfolio takich klientów będzie Wam zapewniać ruch na podłodze (nawet jak jednoosobowo to robicie), ale oni będą chcieli więcej jak rośnie koniunktura (i wpadają ci jednorazowi klienci), a jak leci na łeb to jest cisza na zamówieniach. Natomiast duży klient i do tego stały jest dlatego stały, że nie ma mocy korelacyjnej (do zorganizowania sobie departamentu robiącego to co Wy), perspektywy ciągłości danego produktu, albo tnie Was na marżach i chce udławić prawnikami (Haliburton z tego słynie, Toyota jest na tej samej liście i GP też tam się czai). Duży klient przecież jak potrzebuje, to sobie taką firmę jak Wasza kupi razem z zawartością śmietnika i żywopłotem na podjeździe – skoro nie kupuje to znaczy, że knuje coś niegodziwego i ta cała produkcja to nie jest żaden interes. Ponadto taki biznes wiąże się z tym, że tak jak jest otwarty, tak się zamknie przy spadku koniunktury – jak robicie jednoosobowo czy rodzinnie to jeszcze pikuś, jak to jest jakaś działalność z pełną komerchą to uzyskanie ROI na poziomie 7-10% (kiedy wszystko jest na leasingu, a firma istnieje bo ma dodatni bilans) jest normą. Z tym, że na spadku koniunktury gdy się to zamyka można się nakraść, ale wtedy idzie to za liche centy od dolara.
Dlatego warto opierać działalność o gotowy, najlepiej skończony produkt albo jakiś wkład w OEM jak nie jesteście w stanie sami czegoś do końca wyprodukować. Nie trzeba też ciągle produkować tego samego – było ale już nie robimy, bo to okazja była rynkowa i już nie jest. Jest taka kraina (Smaland) i tam jest Gnosjo i tam po garażach mają ludzie produkcję takich rzeczy (każdy sam, każdy chytry jak Poznaniak wygnany ze Szkocji za skąpstwo), że głowa boli, a zasysają serwisantów ze Szwajcarii jakby z ołowiu złoto produkowali. Bo też po prawdzie nie ma tam stodoły bez obrabiarek, a w co trzeciej jest taka, w której można się zabierać za jaki przemysł jądrowy, lotniczy czy kosmiczny i zazwyczaj są tam do takiej zabawy kompetencje. To wylęgarnia firm zasypujących rynek produktami. Biurwa nie ma na tych ludzi bata, zresztą to taka kraina buforowa – pogranicze, choć obecnie niby w centrum “państwa”. W centrum państwa przemysłowego, gdzie pociągi mają jeden tor i mijanki.

Podsumowując.

Mobilny warsztat ma swoje zalety, przesiadka na większą formę jest bardzo ryzykowna, generuje koszty stałe, najlepiej ją robić gdy jest miotła na rynku i można się obkupić w maszyny. Miotła nie musi być rynkowa, może być demograficzna. Ta przesiadka wciąga narzędzia, materiały eksploatacyjne, czas i koszty stałe, dlatego wypada ją robić delikatnie, nie psując małego kota, który samodzielnie zapewne nie uciągnie kosztów rozpędzania tego interesu. Trzeba więc mieć produkt, wymyślenie produktu, wytworzenie próbek zajmuje czas, trzeba to zrobić wcześniej, wcześniej też trzeba zgromadzić oszczędności, narzędzia, maszyny, materiały. Oznacza to, że trzeba poświęcić wiele lat na przygotowania (dorwanie się do zrabowanego albo pożyczonego kapitału nic Wam nie da – zapewne nie wytrzymacie pierwszego roku działalności dowiadując się tego, czego nie wiedzieliście że nie wiecie) i czasem nie wyjdzie, a czasem trzeba będzie zamknąć z powodu koniunktury i innych okazji inwestycyjnych. Chyba, że ma się jakie lemingi, którym można interes zostawić taki już rozpędzony, ale jakby lemingi umiały prowadzić firmy to już by prowadziły, a jakoś im to nie wychodzi. Otwieram takie coś nie wiem który już raz, mam w tym pewną praktykę, za każdym razem idzie to sprawniej, szybciej i szybciej zaczyna zarabiać przynajmniej na jakieś tam pokrycie kosztów stałych. Ale pierwszymi produktami dla mnie samego, pomijając takie mobilne, które potrzebuję do działania tego interesu będą… usprawnienia małego kota ewakuacyjnego na wypadek. Bo gdyby jednak w tym roku przyszło rynkowe tsunami to muszę jakoś doczekać do tej WWH (Wielkiej Wojny Handlowej), kiedy zbałkanizuje się gospodarka i trzeba będzie się zabrać za jakie rzemiosło tu na miejscu, a ci co zaczną później będą musieli przepychać się z tymi, którzy już pokryli koszty otwarcia.
No chyba że nie będzie WWH, ale jak sobie przy stole usiądzie Xi i Trump to mam nadzieję, że będzie tam leżał Pierścień judzący do sporów i nienawiści. Bo przecież tyle rzeczy ludzi dzieli – dlaczego by się o to nie pokłócić?