Turyści w przemyśle cz. 1

Padło na forum kilka zapytań o narzędzia. Osoby nie zajmujące się na co dzień pracą warsztatową są zainteresowane narzędziami, czy to jako hobby, czy na wszelki wypadek, czy też z duchowej potrzeby i męskiej realizacji w wieku, kiedy projekt domu w połowie jest opisany jako garaż:

https://www.gearheadhomes.com/

Koniecznym jest więc, żeby napisać jakiś tekst dla entuzjastów. Ludzie mają różną zasobność portfela, miejsce i czas na dłubanie różnych gadżetów. W USA jest na przykład takie hobby, aby sobie w domu na własnej frezarce dorabiać elementy kluczowe podlegające obrotowi rejestrowanemu, ale całą resztę narzędzia można legalnie i bez pytań nabyć:

https://www.ghostguns.com/

Ale cóż mnie niby interesuje po co komu się chce szlajać po warsztacie?

Postaram się ująć w tekście jak to mniej-więcej sobie zorganizować, w jakiej kolejności i czym się nie zajmować oraz dlaczego. Czym się nie zajmować, bo to albo trudne (czyli poziom pro), albo nawet szkodliwe i niebezpieczne, albo czasochłonne i znowu poziom pro na kształcenie. Jak zaczniecie włazić na tereny profesjonalne, to wyjdzie Wam, że prawdopodobnie jesteście w stanie na usługach z tym związanych zarobić więcej niż na etacie w korpo i to nawet na bardzo poważnym stanowisku, o ile nie jesteście specjalistą w jakiejś dziedzinie w korpo.

Przy okazji wynikły bardzo ciekawe kwestie poruszone przez @Ireneusz odnośnie pewnej skali oszczędnościowej i parahobbystycznej, do części nieco profesjonalnej. Jedną nogą profesjonalnej. I na koniec odniosę się do $ds przy ekspansji jakościowej (bo w tym robię).

Zacznijmy od ciuchów. Pierwsze co, to musicie się ubrać. W jakieś odporne na ogień, dobrze zabezpieczające przed warunkami pracy ciuchy. Mogą to być spodnie, mogą być ogrodniczki, może być kombinezon. Moda zależy od celowości, poziomu syfu i gimnastyki we wdzianku. Do czołgania się po instalacjach najzasadniejszy jest kombinezon, do pracy monterskiej i ogólnego kucania ogrodniczki, a do pracy warsztatowej przy maszynach – spodnie. Najczęściej z przyczyn praktycznych jak się dłubie we własnym warsztacie, to przy dyrygowaniu ludźmi kończy się w spodniach i czerwonej koszuli w kratę, a jak się samemu dłubie to z wiekiem i tak wychodzą ogrodniczki. Dobrze jest też mieć jaki szalik czy inną osłonę szyi, bo czasem zimno, czasem chrypa, gardło jest narażone na wiele czynników szkodliwych (opiłki, pyły, dymy), a do tego taki mamy klimat, że zimą jest zimno.

Buciki – z wiekiem człowiek się do wielu rzeczy przyzwyczaja, a szczególnie do lekkich butów jak musi w nich być cały dzień i to jeszcze na nogach. Ale to kwestia wykonywanej pracy. Generalnie buty do warsztatu mają tytanowe czuby w razie jakby co na nogę spadło i do kopania biurwy w d, żeby rozpędu przez płot nabierali. Jak nie zamierzacie łatać rur po kostki w błocie, to się kalosze nie przydadzą, ale gumofilce są bardzo praktycznym wynalazkiem.

Okulary – przyjmując, że okulary się nosi z przyczyn obiektywnych, niezależnych od przesiadywania przed monitorem od dziecka, to do warsztatu organizujemy sobie drugą parę, ze szklanymi szkłami, na wypadek jakby jakie gorące iskry poleciały czy opiłki to okulary szklane to zniosą – plastikowe nie. Jeśli jednak nie nosimy okularów, to do warsztatu zakładamy ochronne, a do pewnych prac osłonę na całą facjatę, bo iskry latają nie wiadomo gdzie i jak się w oko dostanie to później dużo stresu i bardzo boli. Wyjątkiem jest oczywiście spawanie, zaraz wrócimy do tematu.

Czapeczka – o ile nie pracujemy w warunkach gdzie coś na głowę może zlecieć i wtedy w kasku, to generalnie w warsztacie robi się różne rzeczy, od których jest syf we włosach – pyły, popioły, opiłki. Jak nosimy jakieś graty na głowie (kask, przyłbica, korona, nauszniki), to wtedy czapeczka dla spawacza, a jak nie nosimy, to może być nawet z daszkiem, a kowale i hutnicy potrafią do tej pracy zakładać nawet skórzane kapelusze i ma to swoje uzasadnienie praktyczne (i historyczne) dlaczego właśnie rondo potrzebne jest nad oczami.

Rękawice – oczywiście zakładając, że nie uważacie ludzi dbających o dłonie za pedałów, których powinno się przeganiać z ulic wprost pod samochody, aby dzieci wstrętu do pracy nie nabierały. Oczywiście jeśli, to do wielu prac zakłada się rękawice przeróżne, a w niektórych normach zakładowych jest to po prostu obowiązkowe ponieważ jest się tam czym pokaleczyć. Jak ktoś się wychował w warsztacie, to ma oczywiście skaleczenia w poważaniu, ale są takie prace monterskie, gdzie po prostu lepiej założyć dla samej osłony ręki przed obciążeniem, szczególnie że dziś są dostępne rękawice nie tylko polepszające chwyt i chroniące dłonie, ale też wzmacniające gnaty przed uderzeniami. Wyjątkiem są prace “na ciepło” czyli odlewnicze, hutnicze, obróbka cieplna, chemiczna i spawanie. W tych kwestiach obowiązuje wystrój specjalistyczny, po prostu ciężko się inaczej te prace wykonuje, a poparzenia są bardzo poważne w skutkach, nawet jak ich przez pierwsze godziny nie widać.

Prace cieplne – pewien wyjątek – większość prac cieplnych ma tę wadę, że leci tam gorący metal i generalnie jest gorąco. Można się ubrać, można być twardzielem. Przy spawaniu nie ma kombinowania, trzeba się ubrać. Promieniowanie przeniknie skórę i ujawni oparzenia na drugi dzień – będzie bardzo bolało i można sobie zrobić poważną krzywdę.

Wyposażenie hobbysty

Skoro się już ubraliśmy, to wypada zagospodarować sobie jakieś miejsce, gdzie narobimy syfu. Jeśli akurat macie wolną chatę, a babiniec i dzieci wybył, to najlepszym miejscem do popełnienia samobójstwa jest kuchnia – to jest warsztat, wygląda jak warsztat, nawet ma udogodnienia jak warsztat, z tym że jak zrobicie tam syf i wróci babiniec, to może wyniknąć z tego jaki rozwód. Dlatego warto mieć jaki garaż albo pojazd na takie wyjazdy i dłubanie na parkingu. Ostatecznie ogródek, ale graty trzeba gdzieś trzymać. Ogródek jest bardzo dobry na odlewnię czy kuźnię – jak zrobicie palenisko, podłączycie odkurzacz do nadmuchu powietrza i zacznie hałasować paląc koksem, to zakładając, że sąsiedzi nie zadzwonią po municypalnych, pierwsza awantura Was dotknie kiedy okaże się, że w promieniu kilku metrów wszystko przestało rosnąć. Oczywiście przemysł nie jest odpowiedzialny za skażenia, gdzieżby – fabryki należy stawiać w środku miasta, aby regulować ceny nieruchomości rekreacyjnych.

Właściwie to nie wiem po kiego hobbystom narzędzia. Ja w domu nie trzymam nawet śrubokręta, o młotku nie wspominając. Owszem, czasem się pofatyguję i coś zrobię, to przytaszczę gratów, ale mnie się kalkuluje polecić lemingom, żeby wyinternetowały kogoś z tych ich mediów do szukania pięknych pań jakiego człowieka z wkrętakiem – taniej będzie. No, chyba że ktoś chce zostać bohaterem domu i dostać medal z kartofla – to co innego. Bo co niby takiego hobbysta nieprzemysłowego może robić w domu? W gospodarstwie to rozumiem, w domku to rozumiem, ale w bloku? Pohałasować? Jest kilka takich narzędzi uniwersalnych: pierwsze to wiertarka, a drugie to szlifierka kątowa. Jak ktoś nie używa, to może być na baterie, a jak ma być do używania to jednak bez baterii, za to ze 20 metrów przedłużacza pod 16A się przyda. Oczywiście, jak na hobbystę przystało, należy kupić sobie wypas, bo przecież to będzie 20 lat kurz zbierało i zanim co nawali, to żadne gwarancje i rękojmie nie będą obowiązywać. Będzie dobrze jak do tego czasu będzie jeszcze można szczotki do silnika dostać. Tym co się interesują to już na forum poleciłem, żeby wybadali co Kanadyjczyk AvE z YT uważa o narzędziach i dlaczego, ewentualnie miałbym coś do dodania jeśli chodzi o pracę na instalacjach w warunkach urągających zdrowemu rozsądkowi, ale hobbystów się nie wpuszcza na 30 stopniowy mróz nad fale, żeby co w polarne noce cięli i lepili, więc ekstrema to nie jest temat do tego tekstu.

Zaznaczam, że większość rzeczy jest niezdrowa trochę lub bardziej. Nawet durna, hobbystyczna “pilarka” z krótką piłą już nie tyle, że nieumiejętną ręką może uciąć nogę, to wibracjami potrafi człowiekowi oderwanemu od komputera sprawić bóle w mięśniach i stawach. Narzędzia są wagowo dopasowane do zadań jakie są przewidziane do wykonywania nimi, ale normę liczono na dwustufuntowego goryla jako najchudszego w stadzie, tak żeby trzystufuntowemu udało się pracować jedną ręką. Wróćmy więc do tej szlifierki – oczywiście Makita, Milwaukee, z tym że bardziej to pierwsze. Tu zaczynamy od 125mm tarczy. Szlifierki występują w wadze “do polerowania” i mają moc sinika 500-700Watt. To są takie małe, zabawkowe szlifierki, coś tym niby można zrobić, ja to nawet takich nie mam, bo to są zabawki do automotive. Dalej jest waga 1,1kW do 1,4kW i to są szlifierki o konstrukcji większych szlifierek jeszcze udających rozmiarem małe, to są szlifierki uniwersalne, ale już rzucają ręką na tyle że nie służą do polerowania (tak jak te poprzednie gdzie artystycznie można nimi plastik obrabiać). Kupuje się tego do pracy po trzy, pod tarczę 6mm, 1mm, Xmm i lamelka (czasem do pewnych prac papier ścierny albo tarcza diamentowa, ale to po prostu wyjątki, jakaś szczota druciana duża) tak, żeby nie wymieniać tego przy pracy z metalem. Oczywiście są specjalne narzędzia do aluminium. Normalną tarczą nie polecam dłubać aluminium, bo się pozakleja i g z tego będzie. Jak się porówna komfort pracy materiałem dedykowanym, to niby hobby pozwala nad tym przejść do porządku dziennego, a specjaliści – oczywiście ja – mają takie narzędzia, o których nie wolno nawet głośno myśleć, żeby zakładać na kątówkę do ciosania aluminium, takie jak na przykład frez tarczowy z otworem 22mm pasujący na szlifierkę 22,2mm jak się mu każe. Nie róbcie tego w domu, jak nie wiecie co czynicie, bo się tym można zabić, a już nie wspominajcie PIPie o tym, że w ogóle kiedyś słyszeliście, aby ktoś coś takiego robił – do stoczni i tak ich nie wpuszczają. Dalej są szlifierki niby jeszcze małe, ale już z wydłużonym uchwytem o mocy 1,7kW i zamiarach na 2,1kW jak się uda upchnąć silnik (za rok czy dwa da się seryjne silniki tak upakować w “małą” obudowę) i to jest szczyt szlifierki na 125mm tarcze, ale ta nie udaje już małej, ona jest średnia tylko ma taką przekładnię i właściwie się tego nie kupuje, bo to nie wiadomo co ma być, chyba że ktoś ma dużo małego do szlifowania 6mm ściernicą to wtedy ma to jakiś sens. Dla hobbystów polecam 1,1kW Makity, są najtańsze w swojej klasie, produkowane masowo, przekładnia jest z odkuwki, zajechać to można próbując ciąć fi20 frezy z kobaltem – to wtedy w kilka minut taka szlifierka się spali, ale trzeba mieć dobre przełożenie na dobrym gorylu, co ją trzyma i tak katuje (ja spaliłem). Zaletą tych elektronarzędzi jest to, że na szczotkach do silnika są sprężynki i jak się szczotka skończy, to reszta ustrojstwa nie tnie silnika tylko rozłącza obwód. Do tego kuta przekładnia, dobre łożyska w każdym miejscu, do tych nowszych dodają takie ustrojstwo elektroniczne, żeby nie tylko przełącznik je włączał, ale też sprawdzają czy przełącznikiem je kto włącza po podłączeniu do prądu a nie przed. Po własnych wypadkach z pracą na wysokościach rozumiem czemu to dodali (oraz własnych głupotach jakie się robi z kablami, jak się człowiekowi nie chce zejść ze zwyżki, żeby wymienić przewód na taki, z którym się przed chwilą leciało z drabiny i na nim zawisło rwąc wewnątrz ciągłość). Nie żebym był jakoś szczególnie głupi – ot tak przeciętnie leniwy jestem.

Dalej mamy szlifierki średnicy 180mm, raczej się tego nie kupuje. Ja mam, bo dostałem w rozliczeniu jakieś spadkowe i mi to potrzebne do przerabiania na inne narzędzia do innych zastosowań. To są takie szlifierki 1,4 kW (stare i niemodne już), przez 1,7kW, jak ta opisywana wyżej Milwaukee z długim uchwytem tylko inną przekładnią na wolniejsze (większe) tarcze, aż do 2,4kW już w obudowach od dużych. To taki model pośredni, więc olewamy i idziemy dalej, jak musimy przeciąć co dużego albo sobie most oszlifować. Szlifierki 230mm to taki standard przemysłowy, dzisiejsze mają poważne silniki, przełożenie takie, żeby prędkość kątowa była odpowiednia i podziałkę na osłonie, żeby było wiadomo kiedy ściernica jest tak zjechana, że można przełożyć do 180, a nawet do 125. Im mocniejszy silnik tym większy komfort pracy i koszty, z tym że objaśniam od razu, że rozpędzony silnik 3,2kW jest od przeciętnego człowieka trzymającego to rękoma około 20 razy silniejszy (rękoma macie mniej więcej tyle mocy co wkrętarka na paluszki albo najsłabszy 150-watowy blender do ubijania jajek) i jak coś tym głupiego zrobicie, to może oddać, więc należy zachować przytomność, jak się tym pracuje, choć nowoczesne tarcze na siatkach pozwalają na pewne głupoty, jakie niegdyś nie uchodziły. Z praktyki przyznam, że jak macie już kupić szlifierkę i macie w nosie, że będzie droga, bo to i tak na koszt Mikołaja, to kupcie największą – akurat wszyscy inni będą mieli małe i będą szukać dużej żeby przeciąć coś, gdzie mała nie sięga. Małe szlifierki to są narzędzia “ślusarskie”. Z tym że ściernice do dużych nie są za darmo (do małych są prawie za darmo). Oczywiście do szlifierki zawsze zatyczki do uszu czy inne słuchawki i osłona twarzy z plexy. Do dużej, bo małą można spokojnie znosić w okularach jak się wie co robi, jak nie wiecie czy wiecie – osłona na całość, bo wbitki w oczach są paskudnym przeżyciem.

Dalej wiertarki – dogodzili nam producenci. Oczywiście też Makita. No chyba że ktoś musi to Milwaukee z Reichu, choć w zakresie hobbystycznym nie odnajduję zalet. Mamy do rozwiązania trzy problemy: drewno, beton i stal, przy czym stal byle jaką i stal jakościowo wkurzającą przy obróbce, oraz hartowaną na poważnie, którą w ogóle hobbystom nie będę zawracał głowy. Drewno to tam można byle czym – jak się kręci, to wywierci. Beton wymaga udaru i odpowiednich do tego przełożeń, one niby dla drewna i małych otworów w stali są dość uniwersalne, ale wynika to z mocy silnika.

Oczywiście pominę wiertarki niskoobrotowe z czterobiegową skrzynią biegów, jakie stosuje się do wiercenia “z klaty” (takie mają oparcie, wygooglujcie sobie B4-32 Milwaukee), albo z uchwycenia maszynowego na słupie czy magnesie, one są na morse’y i są dostępne dla klientów pro po niecałe tysiąc euro za samą wiertarkę bez gadżetów. Czasem pojawiają się w sklepach pro tak, żeby klienta połechtać – może kto to kupi, ale generalnie ten sprzęt nie leży na półkach – to się zamawia. Gdybym miał to do czegoś polecić jako wiertarkę ze skrajnie niskimi obrotami używaną “z klaty” lub na słupie, to są to bardzo dobre otwornice do dużych gabarytów, ale to jest praca zespołowa dla ludzi, co wiedzą co robią. Myślę, że wypada też pominąć magnesówki, czyli wiertarki z uchwytem magnetycznym. Mają co prawda tę zaletę, że jak się pomyśli to można tego używać do różnych materiałów po prostu mocując do stalowego kloca nad imadłem, ale to jest kawał grata z jednokierunkowym zastosowaniem mimo przekładni w głowicy – to jest do stali. To są rzeczy nie do domu, to są maszyny do wyjazdu pickupem w plener jak komuś się na instalacji przypomniało że mu otwór 50mm jest potrzebny na końcu już postawionej tregierki 550-tki, gdzie jest 19 milimetrów blaszki do przewiercenia i proszę Pana – tak co 200mm po sztuce tego otworka, pięć poproszę, tam osiem metrów nad ziemią, a palnikiem to byłoby tak nieestetycznie, jeszcze ktoś to z ośmiu metrów dojrzy i nie odbierze. Psychiatria zna takie przypadki.

Wróćmy na ziemię, do domu wróćmy. To co Wam potrzeba do domu to wiertarka z udarem, im większa tym lepsza – mniej się narobicie. Te większe mają dwubiegową skrzynię, a czasem nawet przełączenie na sam młot. W takiej wiertarce, choćby nie wiem jakiej marki, jak używacie to zużyje się helix odpowiadający za udar. To się wymienia i zużywa, to jest część eksploatacyjna i ona celowo jest robiona “miękka”, bo jak się robi mechanikę maszyn, to jedne części daje się “miękkie” a inne twarde, żeby te “miękkie” były zamienne, czyli żeby zawsze diabli brali zębatkę, a nie listwę zębatą i tym podobne rozwiązania. I właściwie taka wiertarka jak jej wyłączyć udar, przewierci wiertłem fi10 stal tudzież fi20 drewno i ponoć nawet trochę więcej, ale odradzam jak nie wiecie co czynicie, bo są owszem wiertła “kowalskie” (googlujcie Blacksmith Drills) i da się je wsadzić w normalny uchwyt 13mm, ale to nie znaczy, że ktoś, kto nie wie co i do czego to jest, powinien wiercić tym blaszki po 20mm z ręki.

Istnieją też wiertarki do stali. Oczywiście nie mają udaru, mają za to inną przekładnię (zredukowane obroty) i taki moment obrotowy, że jak wydawało się Wam, iż wzięliście do ręki zwykłą wiertarkę i weźmiecie omyłkowo taką, to może skrzywdzić nadgarstek. Dla przykładu Makita DP4003. Te wiertarki w przeciwieństwie do normalnych MOŻNA używać do mieszania farby większym wiosłem. Normalne tego eksperymentu nie zniosą. Stosuje się je do wiercenia niby, chociaż to musi być jakieś nietypowe wydarzenie, żeby poważny instalator akurat takim czymś wiercił, jak może na słupowej albo z wymienionej wcześniej B4-32, no ale można sobie to wyobrazić w pewnych warunkach. W pewnych szczególnych warunkach, ponieważ, w porównaniu z innymi o szerokich zastosowaniach, te specjalistyczne wiertarki z przekładniami nie są tak masowo produkowane jak inne, więc ich cena je wyróżnia i odstrasza. W warsztacie produkcyjnym jest jednak pewne przytomne zastosowanie, w którym te wiertarki wygrywają z wkrętarkami na baterie: jest to gradowanie otworów na gotowych elementach bez kopania się z koniem. No i na montażu do użycia tych nieszczęsnych wierteł kowalskich, przy czym… te wiertła trzeba przygotować. Znaczy nie trzeba, ale żeby przypadkiem ten moment nam się przenosił z silnika na otwór bez jakichś tam poślizgów w kontakcie uchwyt wiertarki – wiertło, to na osi wiertła robimy migomatem taką delikatnie zrzuconą kropkę z drutu, odprysk taki, co się tam na gorąco przyspawa jako śmieć na szafcie, i taki szaft nam w uchwycie już zawsze będzie blokował się na szczękach uchwytu przenosząc moment obrotowy z otworu wprost na nadgarstki bez żadnych poślizgów. Ja wiem, że tak nie wolno krzywdzić wierteł, że po to wymyślono morse’a, no ale sami rozumiecie – są pewne triki zawodowe, których trudno się oduczyć. Tylko nie róbcie tak z twardymi (maszynowymi) wiertłami z wolframem i kobaltem – po pierwsze nic tam się nie przyklei na dłużej, a po drugie zniszczycie wiertło. W obrabiarkach są inne uchwyty niż w wiertarkach i tam żadne narzędzie nie ma poślizgu.

Do wkręcania polecam wkrętarkę. Wiertarka, owszem, może, ale to jest rozwiązanie doraźne i niszczące ze względu na moc. Są wkrętareczki małe, z udarem – rwą imbusy na metalowych podkładkach na drewnie aż miło. Wkrętarka to jedyne dopuszczalne urządzenie na baterie, no chyba że macie tych wkręceń na kilogramy to wtedy na kablu z udarem albo pneumatyczna bez udaru – no, ale to nie w domu taki montaż robicie.

Na czym jednak robić ten montaż i nie wyposażać się od razu w metry kwadratowe blachy calowej na stół montażowo – spawalniczy przenoszony widlakiem, to trzeba chwilę pogłówkować. Największym problemem jaki możecie spotkać w domu, to cięcie desek. Tym się różni od cięcia stali szlifierką kątową na cegle po dociśnięciu żelastwa solidnym butem na nodze równie solidnego goryla, że nie ma takiej piły do drewna, którą da się ciąć w tej pozycji. No po prostu takie są uchwyty w piłach i takie upierdliwości wykazuje cięcie drewna. Oczywiście w sklepach znajdziecie piły, co się schylają, jeżdżą do przodu i do tyłu, ukosują, mają stolik, ten stolik jest na koziołku, koziołek ma rolki na materiał, nogi i w ogóle cała konstrukcja wygląda lekko i garażowo, z tym że… spakowane mieści się na palecie. Ale wygląda filigranowo. Oczywiście jak potrzebujecie czegoś do zbierania kurzu w garażu i zajmowania metra kwadratowego, za który zapłaciliście, to jest Wasz metr, Wasz garaż i Wasz prywatny kurz. Póki żona nie parkuje w tym garażu tyłem, to ten koziołek i na nim maszyna nadają się do pokazywania kolegom. Rozwiązaniem jest więc posiadanie blatu stołowego i dwóch koziołków w wadze adekwatnej do najczęściej wykonywanej pracy. Jak to jest stolarstwo to składane drewniaki, a jak spawacie hobbystycznie piece CO, to są nieskładane z torów kolejowych, względnie jakiś zbędny kawałek mostu czy wiaduktu stalowego, który na pewno nie był potrzebny w konstrukcji i szkoda, żeby tak rdzewiał niepotrzebnie na dworze.

Piła, wkrętarka i dłubanie na doraźnym stole sugerują nam, że będzie konstrukcja. Jak konstrukcja, to będzie miała wymiary, a wymiary trzeba czymś pomierzyć. Sprzęt pomiarowy jest drogi. Taki poważny i poważniejszy to jest nawet bardzo drogi, jak również jest dość delikatny. Taki stolarski jest supermarketowo tani. Do stali będą Wam potrzebne małe miarki i suwmiarka, dla wypasu można dobrać Mitutoyo, jakiś przymiar na kąt prosty – też w skali do wykonywanej pracy, jakaś dłuższa miara i zwijana metrówka. Do drewna zaś rozkładana metrówka, i jakieś duże graty do pomiaru kątów. Właściwie nic więcej nie trzeba póki bawimy się w turystę. Jak się nie bawimy i nie jest to hobby, to dojdą nam jeszcze blaszki pasowe na grubości, a jak obróbka maszynowa nam się zwiduje to dojdą mikrometry na pudełka (bo każdy mierzy inny zakres) i blaszki pasowe, ale nie takie ze sklepu z częściami samochodowymi do pomiaru szczeliny w świecy, a takie po milimetrze z mikronami najmniej i później nawet większe. Ale na razie porzućmy precz obróbkę maszynową. Dla szpanu można mieć jakiś laser, co po ścianach nam wyrysuje co to znaczy prosto, a dla wielkiego szpanu jak ktoś ma za dużo kasy to jakiś stary CMM arm. Jest jeszcze masa specjalistycznego sprzętu pomiarowego do różnych rzeczy, wysokościówki i takie wyposażone w rysy. Ale jedyne co poza tymi miarami może się Wam w domu przydać to multimetr do różnego prądu.

Spawanie – no mamy upartych czytelników. Już pominę, że to jest skomplikowana czynność manualna wymagająca wiedzy. Ja wiem że nakursowano masę ludzi na operatorów spawarek, którzy używają tego narzędzia do klejenia żelaza z żelazem i mylnie nazywani są spawaczami. Większość tych ludzi nie umie nawet ustawić maszyny innej niż ta, na której pracuje. Ale rzućmy na to zasłonę milczenia. Polecam iść do szkoły, jak ktoś chce się za to zabierać i nie ma nikogo, kto by nauczył. To i tak strata czasu, no ale jak już ktoś musi, to nie poradzę. Naprawdę większość rzeczy da się skręcić śrubkami przy użyciu wiertarki wytwarzając w przedmiotach otwory, ostatecznie nawet gwintując te otwory w materiale niegodnie grubym. Spawać można elektrodą otuloną (stick, mma) na prąd zmienny, stały rutylowe (-) i stały bazowe (+) – te w Polsce, to chyba są celulozowe nazywane i dają najmniej dymu. Nie jestem pewien czy to poprawne tłumaczenie, u mnie licho z polskim technicznym. Te na zmienny to są mocno takie sobie, te rutylowe to są takie sobie i lepsze jak coś trzeba skleić, a te bazy to są drogie i poważne na jakość wykonania do rur i takich tam rzeczy, co mają być wykonane na poważnie. Spawarki transformatorowe, te najtańsze, dają wyłącznie prąd zmienny, co zawęża nam opcje tego czym możemy coś skleić. Te poważniejsze już mają prąd stały (wyłącznie), a inwertery to mają nawet hot start, żeby się nie kleiło i wygaszanie na zwarciu też w tym celu. Droga różni się od taniej tym, że ze względu na jakość podawanego prądu i sterowania nim łatwiej jest dokonać zajarzenia przy mniejszym prądzie i słabych kwalifikacjach operatora. A dla operatora z kwalifikacjami ta lepsza pozwala na sztuczki takie, jak rzucanie kropelkami w jezioro na długim łuku (na granicy wygaśnięcia), czego na byle czym nie sposób zrobić. To niestety najbardziej wymagająca manualnie metoda, w profesjonalnym zastosowaniu najlepiej płatna z wielu przyczyn logistycznych oraz $ds wynikającego z wymaganych do niej kwalifikacji manualnych. I oczywiście istnieją elektrody do każdego rodzaju stali, do żeliw, a nawet do aluminium, ale osiągnięcie jakości w użyciu tego narzędzia w takich celach naprawczych jest trudne, a w celach produkcyjnych to strata czasu na kopanie się z koniem.

Dalej mamy metodę TIG – do tego trzeba czystego argonu. Do wyboru mamy maszyny, które po prostu dają prąd i zajarzają łuk przez potarcie, takie które dają prąd z pulsacją natężenia, takie które mają zajarzenie bezstykowe łuku (HF – high frequency) i potrafią kopnąć prądem, co od razu budzi, oraz takie co mają podawanie na elektrodę (zazwyczaj -) zmiennego prądu stałego, któremu można ustawić balans plusa do minusa i częstotliwość, i pulsację, i w ogóle wieś tańczy i śpiewa. Te są oznaczone AC/DC czyli że działają na prądzie niby zmiennym (na dość specyficznych krzywych napięcia do natężenia) jak i normalnym stałym, więc można nimi spawać jakościowo materiały specjalne takie jak stopy aluminium, aluminium z tytanem i podobne cudeńka, przy czym jest to po pierwsze trujące, a po drugie wymaga kwalifikacji. Więc do tego trzeba sprzętu ochronnego dla dróg oddechowych. TIG ma tę zaletę, że można nim ogrzać każdy materiał jaki przewodzi prąd, więc spawać co jest spawalne, a zmiana materiału, o ile nie wnikamy w jakieś specjalistyczne zastosowania elektrod wolframowych w różnych kolorkach poza czerwoną – torową, sprowadza się do zmiany podawanego materiału, jaki kupujemy w postaci pociętego już drutu. Mimo innych metod o niewątpliwych zaletach, ta właśnie niby tam jakoś podobna do palnika z acetylenem, choć zupełnie inne jest prowadzenie ręki, to ta właśnie metoda jest na tyle prosta do opanowania, że jak już obrona terytorialna przysyła na kurs spawania przedszkolanki, żeby w razie W każdy mógł się przyczynić do zwycięstwa nad sovietem, to się je uczy raczej tego, bo to można robić przy stole, spawać drobne, precyzyjne detale i nie ma przy tym jakiegoś rzucania kilogramami. A do tego nawet średnio rozgarnięty człowiek jest w stanie się kwalifikować na tym urządzeniu do klejenia rur na budowie. To jest proste, odporne i zrozumiałe urządzenie bez elementów ruchomych. Prostsze jest mma, ale wymaga o wiele lepszej motoryki i panowania nad procesem (jeśli chodzi o zastosowania jakościowe), a tig pozwala na pewne niedostatki w sztuce.
Pozostaje nam metoda najpraktyczniejsza MIG/MAG czyli spawanie półautomatyczne z posuwem drutu (zazwyczaj + na drucie, choć do pewnych drutów proszkowych kiedyś trzeba było zmieniać polaryzację, a dziś już nie trzeba). Można tym spawać wiele materiałów, ale się tego nie robi, ponieważ po pierwsze trzeba wymienić szpulę z drutem, a do większości trzeba jeszcze wstawić odpowiedni do materiału gaz, choć zasadniczo na dziś można uprościć, że jest to albo czysty argon do nierdzewki i aluminium, albo z dodatkiem 18% CO2 do normalnej stali. Są jeszcze różne inne mieszanki, ale nie ma co sobie zawracać głowy po co tam jest 2% tlenu czy inne cuda pododawane jak się nie rozwiązuje jakiegoś problemu jakościowego w produkcji masowej. Bo to jest narzędzie do jakiejś już produkcji rzemieślniczej, blacharskiej (bo wprowadza bardzo mało ciepła do złącza w przeciwieństwie do TIG, ale TIG też można przestawić na + na elektrodzie i pooszukiwać na grzaniu elementu elektrodą jako promiennikiem, a nie agresywnym łukiem, na przykład aluminium), a nawet lekkiej w stali konstrukcyjnej. Oczywiście są większego gabarytu maszyny nie tylko na jedną i dwie fazy, ale też takie na trzy z jakimi bez strachu o przegrzanie można się zabierać za poważne grubości i liczyć przerobiony drut w szpulach, ale w zastosowaniach hobbystycznych wystarczy Wam porządny inwerter jednofazowy 220V, albo jakikolwiek dwufazowy czy stary trójfazowy (o ile nie będzie tam za dużo parametrów do ustawiania). Im bardziej specjalistyczna maszyna, tym więcej tam można poustawiać i – jak wykazuje praktyka – tym trudniej włączyć to operatorom, którzy są “po kursach” i nie bardzo wiedzą jak przebiega proces. Są więc firmy ze specjalistycznymi maszynami nieco starszego typu, których załoga nie potrafi uruchomić tak, żeby działo się to, co by chcieli żeby się działo po uruchomieniu – brać, kupować. Z tym, że hobbystom polecam małe inwentery na pięciokilowe szpule drutu samoosłonowego niewymagającego gazu i jest kupa kłopotów z głowy. Wciskasz guzik i coś się klei.

Cała reszta narzędzi to narzędzia ręczne, mniej lub bardziej profesjonalne, sprzedawane luzem, w kompletach, a nawet z szafami narzędziowymi – bo zawsze można z rozmachem, po co sobie żałować? A maszyny to zazwyczaj jest już metr kwadratowy najmniej i kawał grata wykonującego jedną, specjalistyczną funkcję w sposób najefektywniejszy ekonomicznie, ale wymagające zasilania nie tylko w prąd, ale często i w powietrze, a czasem i w hydraulikę oraz oczekujące kwalifikacji od operatora. Warto jednak zatrzymać się na chwilę przy tej stercie gratów. Czy my jesteśmy w stanie ją sami serwisować? Te wymienione wyżej najczęściej tak, te bardziej profesjonalne jak inwertery – raczej nie. I jak już jesteśmy zdania, że umiemy wymienić szczotki w silnikach, ponaprawiać porwane i pocięte kable to możemy się zacząć decydować co my właściwie chcemy robić mając ten podstawowy zestaw i myśleć nad nożycami do blachy (elektrycznymi), piłą tarczową do stali, przecinarkami do kabli, do prętów zbrojeniowych, wyrzynarkami do drewna i całą resztą drobnych gadżetów ułatwiających życie z danym, wybranym do obróbki materiałem. Dojdą nam ściski stolarskie albo spawalnicze, jakieś instalacje elektryczne aby to podłączyć i powoli piękna pani zacznie Was z tym wyganiać do garażu i samochodu, którym można gdzieś pojechać i przywieźć jakiego upolowanego mamuta, czyli zarobić jakiś kesz i mieć co przepić.