Turyści w przemyśle cz. 2

A teraz kwestie jakie wynikły z Disqusa, gdy zaczęła się dyskusja o narzędziach i rozmiarze lokalu, bo @plop wyczuł pismo nosem, a może to i owo widział w krajach o bardziej zaawansowanym postępactwie. Bo przecież zmierzamy do przodu w tłumie lemingów i tam są coraz śmieszniejsze krajobrazy. Takie że jak widzę, to sam w to nie wierzę.

Czytasz drugą część artykułu. Jeśli nie znasz części pierwszej, to polecamy lekturę.

Część jedną nogą profesjonalna

@Ireneusz poruszył kwestię taniego sprzętu, chińszczyzny opakowanej średnio, w porównaniu do chińszczyzny opakowanej po niemiecku czy szwedzku i do wyrobów prawdziwych. Oraz niezwykle ważną kwestię rozmiaru lokalu, dla żartu nazywanego halą, bo budowanego w takiej technologii, ale w rozmiarze 50m2, o co zapytał @plop odnośnie takich właśnie lokali. To dwa bardzo istotne tematy profilujące aktualnie prowadzone działalności.

Z powodu inflacji różnych sektorów zasobów (odniosę się w najbliższym czasie grubszym tekstem o tym, czym dokładnie są inflacje tych zasobów) znajdujemy się w sytuacji (kraje poważnie uprzemysłowione) – i niebawem identyczna sytuacja będzie miała miejsce w krajach “pozostałych”, choć przedsmak już macie – że pojęcie pracownika stanie się bezprzedmiotowe w przemyśle z powodu braku podaży pracownika kwalifikowanego kwalifikacjami faktycznymi, a nie papierowymi, w środowisku faszystowskim (korporacyjnym) ściśle unormowanym tak, żeby się głąbowi krzywda nie stała. Jedną z przyczyn jest podjęta przez korpo próba uproszczenia zadań do poziomu niezmotywowanych lemingów, ograniczenia wydatków na ubezpieczenia ludzi bezmyślnych (ludziom się wydaje, że są szybsi i silniejsi od maszyn, potem im odpadają palce, kończyny, wypływają oczy, czasem im połamie kości), ponieważ tych zmyślnych jakoś nie można znaleźć. Do takiego środowiska są dopasowane bardzo szczegółowe przepisy, normy jakościowe urządzeń, certyfikacje, ocena zagrożeń, bezpieczeństwa pracy, zabezpieczenia urządzeń. W rezultacie nie da się pracować, bo po tym jak dodali do najnowszych obrabiarek panic button, który trzeba trzymać wduszony aby obrabiarka działała (i to akurat tą ręką, którą mam do drapania się po… i dłubania w nosie – jedna ręka dla jachtu, nie dwie!), to niektórym się ulało. A system podatkowy spłaszczył płace do tego stopnia, że czy coś umiesz, czy nie umiesz, to różnica w wypłacie pozwala na wynajęcie garażu – ale bez samochodu (do wyboru są rybki albo akwarium). W rezultacie wróciliśmy do starego dylematu:

– Ja Pana zatrudnię, ale pensje są sam Pan rozumie jakie.

– Dobra szefie, skoro nie można tu zarobić… to co tu można ukraść?

Dzisiaj można ukraść podatki. Nawet lepiej trochę niż kiedyś, jak się kradło materiał i robiło fuchy, chociaż dziś też się kradnie materiał i robi fuchy, z tym, że już bez żenady zajmuje się tym też szef, bo część robót po prostu musi być na czarno, bo oficjalnie nie da się do tego kwitu przykleić, bo dźwigi przecież się nie psują z braku firm uprawnionych, aby je naprawiać za normalne sumy. Sprowadźmy jednak sprawę do braku podaży pracowników chętnych pracować i coś umiejących w ogóle na poziomy rzeczywiste dla krajów poważnie uprzemysłowionych – można sobie kupić plakat z robotnikiem, to jedyny kontakt z widokiem takiego zwierzęcia. A tanieją maszyny, których nie ma kto obsługiwać albo takie, którym w korpo “wyszły” czy zdezaktualizowały się kwity na bezpieczeństwo & higienę i wisi na nich czerwona kartka (bo sami rozumiecie, jak prasa nie ma certyfikatu i jakiś głąb wciśnie tam łapy i uruchomi to leżycie, jak ma certyfikat to może tam nawet łeb wsadzić i jesteście kryci).

Do brzegu! Już jesteśmy (na Północy), a niebawem i Wy będzie w sytuacji, w której takie zjawisko jak pracownik będzie istniało tylko w urzędowej koncepcji prowadzenia działalności gospodarczej przed wiekami. Co przytomniejsi ludzie pokupują sobie maszyny i pochowają je w domach razem ze swoimi kompetencjami (znam takich), z co większymi po stodołach (znam takich), linie produkcyjne na kilometry też da się schować przed biurwą razem suwnicą na 50ton (znam takich). Będzie można u nich, owszem, coś zamówić, a nawet kupić usługę, ale to na granicy ich wydolności czasowej, chciwości i chciejstwa (żebyście wiedzieli co korpo wymyśla za kwity, żeby takie usługi podpiąć pod budżet). Poruszyłem więc, że linia technologiczna kryje się w hali. Co jednak kiedy linia mieści się w większym garażu, a ze względu na obciążenie posadzki, poziom hałasu etc. musi, no po prostu musi stać na zazbrojonej metr w głąb posadzce i musi być otulona betonowymi ścianami? No ostatecznie grubą warstwą cegły? A pracowników tam nie będzie, więc nie potrzeba nam pomieszczeń socjalnych. Wystarczy sanitariat i produkcja.

I na to biznes nieruchów daje nam odpowiedź. Byłem nawet zdziwiony, że w ogóle ma. I to w kilku krajach gdzie prowadziłem usługi dla przemysłu. A w niektórych to jest nawet lepiej. Otóż w Szkocji dostępne są całe ciągi takich nieco szerszych garaży z kawałkiem wjazdu, żeby tak akurat dwa pojazdy weszły i to są takie niby strefy przemysłowe, w których oczywiście są też obiekty większe. Tam sobie jakiś rzemieślnik może coś podłubać ze szwagrem, przy czym jest to dość drogie i nominalnie, i ciężko się na to załapać (ciasnota na rynku), i ratio dochody/koszty są znacznie wyższe niż w Skandynawii. Są też lokale “większe”, generalnie w rozumieniu, że wyższe i z betonu, ale też w gabarytach po 50, 70, 100m2. przy czym 100m2 to już jest jakaś normalna powierzchnia żeby sobie czterech proli zagnać w kierat, jakiś kącik socjalny wykroić i sobie tam szefować. Ale na co komu całe ciągi wysokich, betonowych lokali po 50m2 z wysokim wjazdem? Że to garaż na dwie fury taki drogi? A to w Skandynawii też takie są i to od razu w strefach przemysłowych, gdzie można sobie widlakiem do poważnych firm po sąsiedzku podjechać, gdzie infrastruktura jest i pozostało się wywiedzieć czemu to od razu było budowane z zamysłem i infrastrukturą na 50m2. Otóż jest cała masa firm “my ze śwagrem” czy innych “Zdzichu & syn”, a nawet wszedłem kiedyś do jednej, tak znienacka pogadać, co wyglądała na stale zamkniętą, a brama była zarosła krzakami (kamuflaż) i tam w środku stało obrabiarek tak ciasno, że przejść nie mogłem, jeden dziadzio, wiórów na podłodze po czubki butów i to wszystko było na chodzie, a on jeszcze palnikiem na tej całej kupie rury lutował. Od słowa do słowa wyspowiadał się, że ma za dużo roboty i czasem mu syn pomaga, ale robić nie ma komu, a pracowników nie chce. No i takie są to firmy w takich lokalach – zamiast stanowiska pracy dla roszczeniowego prola, to sobie siedzi tam człowiek z maszynami “zrobię sobie wszystko siam” i robi wszystko sam. Jak zrobi, to jedzie do drugiego takiego (od razu tym swoim widlakiem), który udaje że w środku nie ma żadnej firmy i sru całe to żelastwo do kąpieli cynkowej, a potem na pakę i do klienta. I wszystko rozliczane w gotówce, maszynach i usługach wzajemnych. Są też tak pochowane warsztaty i punkty bazowe dla firemek budowlanych. Obok oczywiście wynajem sprzętu na hektary – bo czymś kopać trzeba, a nie trzeba kupować krowy aby napić się mleka.

Czyli to co @Ireneusz śmieszy, to zaczyna być rzeczywistość w krajach uprzemysłowionych poważnie – nie ma pracownika, to się redukuje powierzchnie i zagęszcza maszynami $ds, a że maszyny nie mają kwitów koszerności, to pracownika tam nigdy nie będzie – to wszystko hobby (wiadomo, hobbyści mają po domach obrabiarki na Sinumeriku, prasy mechaniczne ze zautomatyzowanymi podajnikami i hydrauliczne po 800ton – no przecież hobby wymaga).

Trzeba jednak zwrócić uwagę, że taka mała powierzchnia oraz ograniczony zasób ludzki (czyli “Zdzicho wszystko siam”) powoduje, że występuje konsekwencja ekonomiczna, którą @Ireneusz też poruszył w postach. Otóż można mieć sprzęt tani – do większości gównianego podwykonawstwa dla szkopa wystarczy. I wtedy można sobie Dedrą i Telwinem dłubać. Ale jak mamy kompetencje i chcemy z nich wycisnąć $ds z poziomu z mnożnikiem, to zaczynają nas cisnąć potrzeby jakościowe – maszyna czy droga, czy tania, czy jakościowa, czy do masówki dla szkopa zajmuje dokładnie tyle samo metrów w tym i tak ciasnym warsztaciku, dla żartu nazywanym halą (bo technologicznie tak jest budowane). Zaczynają więc padać pytania o profesjonalność sprzętu, koszty serwisowe, obciążenie pracą. Przecież ja też mam niektóre gadżety chińskie, ale używam ich tyle, że nawet nie wiem w której skrzyni leżą. Natomiast to czego używam, to są markowe rzeczy, głównie dlatego, że zamienniki materiałów eksploatacyjnych do nich są produkowane masowo, tanio i w jakości. A samo urządzenie raczej się nie psuje. Z banalnej chciwości więc, zagęszczając miejsce (a już ładując się na pickupa to na pewno), niezawodność i komfort pracy będzie coraz istotniejszy. Jest oczywiste, że jak chcecie na jakiejś kompetencji zarabiać, to chcecie narzędzie z którym nie trzeba się kopać i chcecie jak najszerszy zakres możliwości, z których korzystacie, że w razie jakby klient miał niestworzone oczekiwania jakościowe i śmierdział groszem, to ulżycie jego sakiewce ku obopólnemu zadowoleniu. Mam za sobą takie przypadki kiedy z próbkami moich wykonań szefowie fabryk odwiedzali się i pytali czy w takiej jakości im to zrobią tu czy tam. Bo mieli słuszne podejrzenie, że jednak nie. A jakość w wykonaniu, to nie tylko kwitologia jaką można pod to podpiąć, to również estetyka skracająca dalsze kroki obróbki, a nawet pozwalająca te kroki pominąć, daje to oszczędność czasu, maszyn, materiałów eksploatacyjnych czyli… kasy. Bo przecież nie dla chwały Pana w tych warsztatach dłubiemy, a dla marności tego świata. Ale to tylko taki mój bias – trzeba wiedzieć kiedy trzeba dać sobie na wstrzymanie z kupowaniem kolejnych gadżetów, kiedy zacząć to sprzedawać, rozdawać, trzeba wiedzieć kiedy ratio jakość/zysk jest kontentująca i nie ma co dalej cisnąć 1,006, bo wynik nie jest już godny zakupu kawy. Jest pewien szczyt rozwoju firmy, za którym już tylko piętrzą się koszty i gadżeciarstwo. Dla @Ireneusz ten poziom jest na supermarkecie, dla mnie jest w narzędziach profesjonalnych, ale da się jeszcze iść kilka kroków dalej i są firmy co na tym zarabiają korzystając z wysoce specjalistycznych narzędzi. Bo przecież oprawki Waszych okularów są spawane i to zazwyczaj ręcznie (za trudno to zrobotyzować, za szybko moda się zmienia). A taka laserowa spawarka, zgrzewarka, stacja do lutowania twardego w powiększeniu z precyzyjnymi manipulatorami zapewne zainteresowałaby jednego z naszych czytelników zajmującego się produkcją biżuterii, ale z jakiegoś powodu jubilerzy takiego sprzętu nie używają i podejrzewam, że jest to już zbyt wysoki poziom gadżeciarstwa względem zysku.

Powstaje nam więc cały segment nieruchomości dla racjonalnie działających mikrofirm o wysokim wysyceniu techniką (bez techniki nie ma ratio nakład/zysk, żeby można było sobie na taki lokal pozwalać) i kompetencjami do tej techniki, gdzie nie ma pracowników, i ich nie będzie, więc nie potrzeba biurwy, a całość bałaganu można wywieźć w ciągu kilku godzin. I trzeba się będzie do takiej nowej formy biznesu dostosować, takiej gdzie nie ma podaży młodych jeleni do pracy za bezdurno, nie ma żadnych zamykanych masowych miejsc pracy, z których można starych i kompetentnych jeleni nałapać na bezdurno. Trzeba będzie pracować samemu. Oczywiście przy użyciu maszyn, przy dość istotnej automatyzacji, przy wsparciu silników i przy mocy z elektrowni, ale… granicą rozwoju będą pomysły @Wariat, żeby skoordynować jakąś ilość takich firm i z ich produktów poskładać coś, przypiąć do tego certyfikat i sprzedać do przemysłu ciężkiego jako gotowe urządzenie. I do tego, to może nawet nie być potrzebny garaż, wystarczy parking. No kawał placu ewentualnie.

Jest pewna odległość, jaka dzieli turystę od takiej działalności zawodowej o charakterze ciągłym i wystąpieniu kosztów stałych, a koniunkturą i jej zmienności weryfikują kto tam zostanie, a kto odpadnie. Aby przetrwać w takich zmiennościach, potrzebna jest sieć kontaktów. Jeśli ją macie przed trzydziestką – zapewne nie macie kompetencji technicznych, jak je macie – zapewne kulejecie organizacyjnie lub marketingowo. Jednak w innych lokacjach te problemy udało się przezwyciężyć, zarówno we Włoszech jak i w Skandynawii. My oczywiście raczej będziemy kierowali się wraz z techniką na networking, ale przecież bez środków technicznych jakimi dysponujemy i mimo faszystowskiego korporacjonizmu we Włoszech i Szwecji powstała cała masa firm produkcyjnych/rzemieślniczych w przemyśle maszynowym, które miały i mają długoterminową zdolność do wytwarzania produktów specjalistycznych pchając ich 1,006 i co za tym idzie, specjalizując swój $ds w mnożnikach, trzymając się jednej, charakterystycznej przesłanki: na ich rynku nikt nie kombinuje jak ich zastąpić w łańcuchu, po prostu sam łańcuch, sam poziom organizacyjny i to, że to wszystko razem do siebie pasuje jakościowo, a organizacja tych firemek działa od pokoleń, to jest już wartość na tyle wysoka, że się przy tym nie majstruje. I to zaczęło wracać w przemyśle specjalistycznym, po prostu wymagania jakościowe odstraszają cenami na rynku “na zamówienie” w przemyśle maszynowym, a jakościowo odstrasza zamawianie “kto zrobi to taniej”. Co więcej korpo, które na tym żerowało, coraz częściej w dziale zakupów słyszy od oferentów ciszę, a nawet bezczelne “nie robimy z Wami interesów, macie złą opinię”. Organizacja ma więc swój ciężar jakościowy i znaczenie. My takiej organizacji jak Włosi czy Szwedzi nie mamy, ale to nie powód, żeby sobie nie zacząć czego takiego strugać. Oczywiście wiemy jakie to u nas wywołuje patologie takie gwarantowanie sobie wzajemnie ciągłości zamówień, ale zapewne inaczej się nie da funkcjonować w nadchodzących czasach przemysłu na 50m2, który zaczną nam zasiedlać turyści, którzy nawet nie planowali swojej kariery łączyć z wytwórczością. Jest tylko jedna rzecz, która kusi w rzemiośle i przemyśle – wynik finansowy.

Historycznie…

Całe to zjawisko nie stało się nagle. Nie trafiło nas jak meteoryt z pustki kosmosu. Udawaliśmy, że się nic nie dzieje i znajdowaliśmy uzasadnienie, że skoro nikt czegoś nie robi, to jest to niepotrzebne, a po co ma ktoś robić, jak Chińczycy zrobią to za nas za bezdurno – szukaliśmy jeleni do pracy za nas. Na Północy zaczęło się od tego, że po wojnie przyjechali Grecy pracować w fabrykach, gdzie wykonywano masowo proste prace. Bo po wojnie w mało którym kraju kamień na kamieniu stał i fabryki były rarytasem. Później gdy brakowało chętnych i system zaczął chylić się ku upadkowi, pomogli Niemcy z USA – rozwalili Jugosławię z całym przemysłem w drobny mak. Pożytek z tego taki, że cała kadra techniczna była do wzięcia – i została przygarnięta. “Blatte” to słowo opisujące grupę jaka wtedy przybyła, taki jakiś odpowiednik angielskiego Kanake. Nasi ciągle tam byli, ale integrowali się szybko i nie rzucali w oczy. Fabryki działały, w szatniach było ciasno, pracowały dwie zmiany, w niektórych firmach trzy. Potem, gdzieś tak w końcówce lat dziewięćdziesiątych, drugiej szychty było pół, a potem nawet wcale. W branży wszyscy doskonale wiedzieli co się dzieje i co się stanie. Zaczęto zasysać kadrę – nauczycieli zawodów z demoludów inkorporowanych do EU, a własną kadrę zaczął odsysać przemysł – taki japoński problem. Japoński, bo można uzyskać chwilową przewagę w lotnictwie pchając kadrę do walki w kokpitach, ale kadra jest od tego, żeby siedzieć na uczelniach i kształcić kolejne pokolenia przeciętnie dobrych rzemieślników danego fachu, a nie bić się na froncie o lepsze jutro, bo straty w kadrze są takie same jak wśród innych, to tylko ich produktywność jest wyższa. Wywalił się system kształcenia, ale było to już bezprzedmiotowe, bo nie było żadnych uczniów chętnych się kształcić. Blatte zaczęli odchodzić na emerytury, niektórzy sprolongowali to o kilka lat za sowite wypłaty (wszak to byli specjaliści z przemysłu lotniczego i kosmicznego – byle czego nie żarli i mało nie popijali), średnia wieku na podłodze drastycznie się przesuwała, młodych do reszty nie było już 1:1 jak dawniej, nie było ich nawet tylu co potrzeba, ich było literalnie JEDEN na firmę. Na 60 osób. Trzeba było ich nauczyć wszystkiego, a rozkład standardowy odchyleń w pojętności jest jaki jest. Powoli kadra zaczęła się wykruszać na emerytury, coraz częściej trzeba było wypożyczać sobie specjalistów od ustawiania maszyn i linii produkcyjnych pomiędzy firmami, serwisanci stali się dobrem publicznym i reglamentowanym. Krzywa liczebności zaczęła lecieć na południe, krzywa kompetencji jeszcze ostrzej na północ razem z krzywą wieku.

Pewnego dnia sprowadzili do jednej z kooperujących firm maszyny z sąsiedniej firmy razem z pozostałą załogą – w ciągu półtora roku odeszła im cała kadra, laboratorium, QC i zarząd – na emerytury, a niektórzy po prostu poumierali ze starości. Korpo z rozpędu postawiło tokarnię na 300 maszyn, znaleźli do nich ośmiu operatorów. Zlicytowało ich, że aż helicopter money się z tego zrobiło. Powoli w szatni zaczęło być pusto, szychta była tylko jedna, najpierw było po prostu pusto, potem każdy miał po dwie szafki, potem po trzy, potem każdy miał własny rząd szafek. Powoli doszło do tego, że optymalizacje oprogramowania maszyn straciły sens – to maszyna i tak czekała, aż człowiek będzie miał dla niej czas. Nie było po co wyciskać kolejnych sekund z kodu, zresztą nie miał nikt na to czasu, rutyna dnia zaczęła się powoli sprowadzać do uruchamiania ciągów maszyn i łażenia po hali w kółko, aby podtrzymać ruch. Wszyscy musieli obsługiwać wszystkie, więc kompetencje rosły i tak sobie spacerkiem chodziliśmy w kółko. Ci, co mogli chodzić, zanim ktoś nie przytaszczył roweru, a drugi wózka na baterie. Wpadł nam kiedyś szczur korporacyjny na halę, zresztą nikt bramy nie pilnował, drzwi też nie, sobie po prostu wszedł i kwadrans się włóczył po hali, na której nawet nie zapalaliśmy światła, bo w każdej obrabiarce było własne i lepiej było widać co się gdzie dzieje. Szczur znalazł po kwadransie ruch, światło i człowieka z kawą w pomieszczeniu do pomiaru narzędzi, a maszyny chodziły. Miejsca każdy miał coraz więcej, coraz więcej maszyn na głowie, zaczął się kanibalizm – przekładanie części z maszyn niesprawnych do tych jeszcze na chodzie. Gdzieś w kącie hali był dziadzio przy suportowej tokarce, nucił piosenki, które były popularne gdy Niemcy zdobywali Stalingrad, zabrała go opieka społeczna jak któryś raz myślał, że autobusy nie jeżdżą i na piechotę przyszedł na dzielnicę przemysłową w niedzielę, nie rozumiejąc czemu jest kłódka na bramie. Już nie bardzo kojarzył co się dzieje, wiedział że trzeba do pracy rano przychodzić i stać przy tokarce i robić to, co jest na karcie pracy. Drugi dziadek nie chodził kółek po hali, przy tokarkach siedział, i tak sobie siedział, i kiedyś ktoś się połapał, że za długo siedzi, a on sobie na tym fotelu po prostu wziął i umarł.

Powoli (w ciągu dekady) doszło do tego, że zamiast PLC mieliśmy przy maszynie takiego z lokalnego PFRON-u, co to trzeba mu było pracę przygotować, ale uparcie potrafił robić tysiące części powtarzalnie na ręcznej maszynie, cieszył się ze wszystkiego, no i robił. I jeszcze był jeden pracownik do wszystkiego, a reszta to byli przedsiębiorcy. Licząc tego co miał rozumu tyle co PLC, to wychodziło po chłopie na szlachcica – jak po Potopie. Wtedy doszliśmy do rachunku ekonomicznego, że właściwie jakby zrezygnować z tych prac, do których potrzebujemy pracowników, to zostaje nam portfel zyskownych zamówień. Z tym, że hale są kosztem stałym, a maszyny nie potrzebują takiej ogrzewanej kubatury. Policzyliśmy że wychodzi nam w takiej sytuacji, że nie po szafce w szatni, ale każdy będzie miał po dwie szatnie, kompleks biurowy i własny kibel w tym przybytku, a to już zbytek. Na hali jednak ciągle działał automat podbijający karty pracy i tylko metry miejsc na karty pracowników wskazywały ilu ludzi codziennie ustawiało się kiedyś w kolejce, żeby rano i wieczorem podbić, że tu byli. Poszliśmy oznaczać na halę co jest nam absolutnie potrzebne i ile to będzie w metrach. Potem skreśliliśmy połowę. Potem jeszcze połowę połowy, bo mieliśmy po kilka sztuk tego samego sprzętu. Stanęło na 10% wyposażenia, bo reszta to były zduplikowane stanowiska na większą liczbę pracowników, a doszliśmy już do takiego poziomu rozrzutności, że każda wiertarka była od jednego rozmiaru wiertła, a każda prasa od jednego narzędzia do produkcji detalu, bo po co wymieniać narzędzia, skoro maszyn tyle? Drzwi były na kota w każdym rozmiarze. Tak uradziliśmy i przenosimy się do 50m2, żeby tam sobie w weekendy co podłubać. Wykupiliśmy od właściciela te maszyny za bezdurno. Zamówień mamy że hoho, tylko robić nie ma komu. Dziś przy niedzieli piszę tekst, ale rano to ja byłem partyzantkę na produkcji urządzać.

I tak jest w każdej fabryce, z jaką jestem powiązany. Łapankę na pracowników by urządzili, ale nie ma skąd brać ludzi, których można wpuścić na produkcję na maszynach bez “panic button”. W Polsce jeszcze trochę się napchaliście Ukrami, @Wariat jeszcze znajduje jeleni, co robotę zrobią, bo się w jakieś dziwne układy z dotacjami wkopali na sprzęcie, ale my tu już spłaceni i obkupieni. Powoli przenosicie produkcję coraz dalej z outsourcingiem aż do granicy opłacalności transportu. U siebie organizujecie montaż i zbyt, macie pełną świadomość, że ten model już trzeszczy, a macie tę zaletę że robicie na niższych mnożnikach $ds w Polsce niż awangarda na Północy. A w szpicy samej awangardy jest jeszcze gorzej, mimo słusznej koncepcji ucieczki do przodu okazuje się, że każdy kolejny poziom wymaga coraz większej specjalizacji, a ze względu na zwały całych branż nie ma gdzie się aż tak długo specjalizować. Będzie z tego downgrade po tym, jak najpierw puszczą limity na ceny za hi-tech, ceny których rynek nie strzyma. Kierunek inflacji jest taki, że kompetencje podrożeją, maszyny stanieją, ale ustawienie z tego całego łańcucha, aby sprzedawca miał co sprzedać klientowi będzie pobożnym życzeniem. I być może to, że kompetencje podrożeją, będzie oznaczało tylko tyle, że nie będzie na co wymienić wyniku, chyba że na przedmioty służące okazaniu zamożności w biedniejącym społeczeństwie bezindustrialnym.