Turyści w przemyśle cz. 2

A teraz kwestie jakie wynikły z Disqusa, gdy zaczęła się dyskusja o narzędziach i rozmiarze lokalu, bo @plop wyczuł pismo nosem, a może to i owo widział w krajach o bardziej zaawansowanym postępactwie. Bo przecież zmierzamy do przodu w tłumie lemingów i tam są coraz śmieszniejsze krajobrazy. Takie że jak widzę, to sam w to nie wierzę.

Czytasz drugą część artykułu. Jeśli nie znasz części pierwszej, to polecamy lekturę.

Część jedną nogą profesjonalna

@Ireneusz poruszył kwestię taniego sprzętu, chińszczyzny opakowanej średnio, w porównaniu do chińszczyzny opakowanej po niemiecku czy szwedzku i do wyrobów prawdziwych. Oraz niezwykle ważną kwestię rozmiaru lokalu, dla żartu nazywanego halą, bo budowanego w takiej technologii, ale w rozmiarze 50m2, o co zapytał @plop odnośnie takich właśnie lokali. To dwa bardzo istotne tematy profilujące aktualnie prowadzone działalności.

Z powodu inflacji różnych sektorów zasobów (odniosę się w najbliższym czasie grubszym tekstem o tym, czym dokładnie są inflacje tych zasobów) znajdujemy się w sytuacji (kraje poważnie uprzemysłowione) – i niebawem identyczna sytuacja będzie miała miejsce w krajach “pozostałych”, choć przedsmak już macie – że pojęcie pracownika stanie się bezprzedmiotowe w przemyśle z powodu braku podaży pracownika kwalifikowanego kwalifikacjami faktycznymi, a nie papierowymi, w środowisku faszystowskim (korporacyjnym) ściśle unormowanym tak, żeby się głąbowi krzywda nie stała. Jedną z przyczyn jest podjęta przez korpo próba uproszczenia zadań do poziomu niezmotywowanych lemingów, ograniczenia wydatków na ubezpieczenia ludzi bezmyślnych (ludziom się wydaje, że są szybsi i silniejsi od maszyn, potem im odpadają palce, kończyny, wypływają oczy, czasem im połamie kości), ponieważ tych zmyślnych jakoś nie można znaleźć. Do takiego środowiska są dopasowane bardzo szczegółowe przepisy, normy jakościowe urządzeń, certyfikacje, ocena zagrożeń, bezpieczeństwa pracy, zabezpieczenia urządzeń. W rezultacie nie da się pracować, bo po tym jak dodali do najnowszych obrabiarek panic button, który trzeba trzymać wduszony aby obrabiarka działała (i to akurat tą ręką, którą mam do drapania się po… i dłubania w nosie – jedna ręka dla jachtu, nie dwie!), to niektórym się ulało. A system podatkowy spłaszczył płace do tego stopnia, że czy coś umiesz, czy nie umiesz, to różnica w wypłacie pozwala na wynajęcie garażu – ale bez samochodu (do wyboru są rybki albo akwarium). W rezultacie wróciliśmy do starego dylematu:

– Ja Pana zatrudnię, ale pensje są sam Pan rozumie jakie.

– Dobra szefie, skoro nie można tu zarobić… to co tu można ukraść?

Dzisiaj można ukraść podatki. Nawet lepiej trochę niż kiedyś, jak się kradło materiał i robiło fuchy, chociaż dziś też się kradnie materiał i robi fuchy, z tym, że już bez żenady zajmuje się tym też szef, bo część robót po prostu musi być na czarno, bo oficjalnie nie da się do tego kwitu przykleić, bo dźwigi przecież się nie psują z braku firm uprawnionych, aby je naprawiać za normalne sumy. Sprowadźmy jednak sprawę do braku podaży pracowników chętnych pracować i coś umiejących w ogóle na poziomy rzeczywiste dla krajów poważnie uprzemysłowionych – można sobie kupić plakat z robotnikiem, to jedyny kontakt z widokiem takiego zwierzęcia. A tanieją maszyny, których nie ma kto obsługiwać albo takie, którym w korpo “wyszły” czy zdezaktualizowały się kwity na bezpieczeństwo & higienę i wisi na nich czerwona kartka (bo sami rozumiecie, jak prasa nie ma certyfikatu i jakiś głąb wciśnie tam łapy i uruchomi to leżycie, jak ma certyfikat to może tam nawet łeb wsadzić i jesteście kryci).

Do brzegu! Już jesteśmy (na Północy), a niebawem i Wy będzie w sytuacji, w której takie zjawisko jak pracownik będzie istniało tylko w urzędowej koncepcji prowadzenia działalności gospodarczej przed wiekami. Co przytomniejsi ludzie pokupują sobie maszyny i pochowają je w domach razem ze swoimi kompetencjami (znam takich), z co większymi po stodołach (znam takich), linie produkcyjne na kilometry też da się schować przed biurwą razem suwnicą na 50ton (znam takich). Będzie można u nich, owszem, coś zamówić, a nawet kupić usługę, ale to na granicy ich wydolności czasowej, chciwości i chciejstwa (żebyście wiedzieli co korpo wymyśla za kwity, żeby takie usługi podpiąć pod budżet). Poruszyłem więc, że linia technologiczna kryje się w hali. Co jednak kiedy linia mieści się w większym garażu, a ze względu na obciążenie posadzki, poziom hałasu etc. musi, no po prostu musi stać na zazbrojonej metr w głąb posadzce i musi być otulona betonowymi ścianami? No ostatecznie grubą warstwą cegły? A pracowników tam nie będzie, więc nie potrzeba nam pomieszczeń socjalnych. Wystarczy sanitariat i produkcja.

I na to biznes nieruchów daje nam odpowiedź. Byłem nawet zdziwiony, że w ogóle ma. I to w kilku krajach gdzie prowadziłem usługi dla przemysłu. A w niektórych to jest nawet lepiej. Otóż w Szkocji dostępne są całe ciągi takich nieco szerszych garaży z kawałkiem wjazdu, żeby tak akurat dwa pojazdy weszły i to są takie niby strefy przemysłowe, w których oczywiście są też obiekty większe. Tam sobie jakiś rzemieślnik może coś podłubać ze szwagrem, przy czym jest to dość drogie i nominalnie, i ciężko się na to załapać (ciasnota na rynku), i ratio dochody/koszty są znacznie wyższe niż w Skandynawii. Są też lokale “większe”, generalnie w rozumieniu, że wyższe i z betonu, ale też w gabarytach po 50, 70, 100m2. przy czym 100m2 to już jest jakaś normalna powierzchnia żeby sobie czterech proli zagnać w kierat, jakiś kącik socjalny wykroić i sobie tam szefować. Ale na co komu całe ciągi wysokich, betonowych lokali po 50m2 z wysokim wjazdem? Że to garaż na dwie fury taki drogi? A to w Skandynawii też takie są i to od razu w strefach przemysłowych, gdzie można sobie widlakiem do poważnych firm po sąsiedzku podjechać, gdzie infrastruktura jest i pozostało się wywiedzieć czemu to od razu było budowane z zamysłem i infrastrukturą na 50m2. Otóż jest cała masa firm “my ze śwagrem” czy innych “Zdzichu & syn”, a nawet wszedłem kiedyś do jednej, tak znienacka pogadać, co wyglądała na stale zamkniętą, a brama była zarosła krzakami (kamuflaż) i tam w środku stało obrabiarek tak ciasno, że przejść nie mogłem, jeden dziadzio, wiórów na podłodze po czubki butów i to wszystko było na chodzie, a on jeszcze palnikiem na tej całej kupie rury lutował. Od słowa do słowa wyspowiadał się, że ma za dużo roboty i czasem mu syn pomaga, ale robić nie ma komu, a pracowników nie chce. No i takie są to firmy w takich lokalach – zamiast stanowiska pracy dla roszczeniowego prola, to sobie siedzi tam człowiek z maszynami “zrobię sobie wszystko siam” i robi wszystko sam. Jak zrobi, to jedzie do drugiego takiego (od razu tym swoim widlakiem), który udaje że w środku nie ma żadnej firmy i sru całe to żelastwo do kąpieli cynkowej, a potem na pakę i do klienta. I wszystko rozliczane w gotówce, maszynach i usługach wzajemnych. Są też tak pochowane warsztaty i punkty bazowe dla firemek budowlanych. Obok oczywiście wynajem sprzętu na hektary – bo czymś kopać trzeba, a nie trzeba kupować krowy aby napić się mleka.

Czyli to co @Ireneusz śmieszy, to zaczyna być rzeczywistość w krajach uprzemysłowionych poważnie – nie ma pracownika, to się redukuje powierzchnie i zagęszcza maszynami $ds, a że maszyny nie mają kwitów koszerności, to pracownika tam nigdy nie będzie – to wszystko hobby (wiadomo, hobbyści mają po domach obrabiarki na Sinumeriku, prasy mechaniczne ze zautomatyzowanymi podajnikami i hydrauliczne po 800ton – no przecież hobby wymaga).

Trzeba jednak zwrócić uwagę, że taka mała powierzchnia oraz ograniczony zasób ludzki (czyli “Zdzicho wszystko siam”) powoduje, że występuje konsekwencja ekonomiczna, którą @Ireneusz też poruszył w postach. Otóż można mieć sprzęt tani – do większości gównianego podwykonawstwa dla szkopa wystarczy. I wtedy można sobie Dedrą i Telwinem dłubać. Ale jak mamy kompetencje i chcemy z nich wycisnąć $ds z poziomu z mnożnikiem, to zaczynają nas cisnąć potrzeby jakościowe – maszyna czy droga, czy tania, czy jakościowa, czy do masówki dla szkopa zajmuje dokładnie tyle samo metrów w tym i tak ciasnym warsztaciku, dla żartu nazywanym halą (bo technologicznie tak jest budowane). Zaczynają więc padać pytania o profesjonalność sprzętu, koszty serwisowe, obciążenie pracą. Przecież ja też mam niektóre gadżety chińskie, ale używam ich tyle, że nawet nie wiem w której skrzyni leżą. Natomiast to czego używam, to są markowe rzeczy, głównie dlatego, że zamienniki materiałów eksploatacyjnych do nich są produkowane masowo, tanio i w jakości. A samo urządzenie raczej się nie psuje. Z banalnej chciwości więc, zagęszczając miejsce (a już ładując się na pickupa to na pewno), niezawodność i komfort pracy będzie coraz istotniejszy. Jest oczywiste, że jak chcecie na jakiejś kompetencji zarabiać, to chcecie narzędzie z którym nie trzeba się kopać i chcecie jak najszerszy zakres możliwości, z których korzystacie, że w razie jakby klient miał niestworzone oczekiwania jakościowe i śmierdział groszem, to ulżycie jego sakiewce ku obopólnemu zadowoleniu. Mam za sobą takie przypadki kiedy z próbkami moich wykonań szefowie fabryk odwiedzali się i pytali czy w takiej jakości im to zrobią tu czy tam. Bo mieli słuszne podejrzenie, że jednak nie. A jakość w wykonaniu, to nie tylko kwitologia jaką można pod to podpiąć, to również estetyka skracająca dalsze kroki obróbki, a nawet pozwalająca te kroki pominąć, daje to oszczędność czasu, maszyn, materiałów eksploatacyjnych czyli… kasy. Bo przecież nie dla chwały Pana w tych warsztatach dłubiemy, a dla marności tego świata. Ale to tylko taki mój bias – trzeba wiedzieć kiedy trzeba dać sobie na wstrzymanie z kupowaniem kolejnych gadżetów, kiedy zacząć to sprzedawać, rozdawać, trzeba wiedzieć kiedy ratio jakość/zysk jest kontentująca i nie ma co dalej cisnąć 1,006, bo wynik nie jest już godny zakupu kawy. Jest pewien szczyt rozwoju firmy, za którym już tylko piętrzą się koszty i gadżeciarstwo. Dla @Ireneusz ten poziom jest na supermarkecie, dla mnie jest w narzędziach profesjonalnych, ale da się jeszcze iść kilka kroków dalej i są firmy co na tym zarabiają korzystając z wysoce specjalistycznych narzędzi. Bo przecież oprawki Waszych okularów są spawane i to zazwyczaj ręcznie (za trudno to zrobotyzować, za szybko moda się zmienia). A taka laserowa spawarka, zgrzewarka, stacja do lutowania twardego w powiększeniu z precyzyjnymi manipulatorami zapewne zainteresowałaby jednego z naszych czytelników zajmującego się produkcją biżuterii, ale z jakiegoś powodu jubilerzy takiego sprzętu nie używają i podejrzewam, że jest to już zbyt wysoki poziom gadżeciarstwa względem zysku.

Powstaje nam więc cały segment nieruchomości dla racjonalnie działających mikrofirm o wysokim wysyceniu techniką (bez techniki nie ma ratio nakład/zysk, żeby można było sobie na taki lokal pozwalać) i kompetencjami do tej techniki, gdzie nie ma pracowników, i ich nie będzie, więc nie potrzeba biurwy, a całość bałaganu można wywieźć w ciągu kilku godzin. I trzeba się będzie do takiej nowej formy biznesu dostosować, takiej gdzie nie ma podaży młodych jeleni do pracy za bezdurno, nie ma żadnych zamykanych masowych miejsc pracy, z których można starych i kompetentnych jeleni nałapać na bezdurno. Trzeba będzie pracować samemu. Oczywiście przy użyciu maszyn, przy dość istotnej automatyzacji, przy wsparciu silników i przy mocy z elektrowni, ale… granicą rozwoju będą pomysły @Wariat, żeby skoordynować jakąś ilość takich firm i z ich produktów poskładać coś, przypiąć do tego certyfikat i sprzedać do przemysłu ciężkiego jako gotowe urządzenie. I do tego, to może nawet nie być potrzebny garaż, wystarczy parking. No kawał placu ewentualnie.

Jest pewna odległość, jaka dzieli turystę od takiej działalności zawodowej o charakterze ciągłym i wystąpieniu kosztów stałych, a koniunkturą i jej zmienności weryfikują kto tam zostanie, a kto odpadnie. Aby przetrwać w takich zmiennościach, potrzebna jest sieć kontaktów. Jeśli ją macie przed trzydziestką – zapewne nie macie kompetencji technicznych, jak je macie – zapewne kulejecie organizacyjnie lub marketingowo. Jednak w innych lokacjach te problemy udało się przezwyciężyć, zarówno we Włoszech jak i w Skandynawii. My oczywiście raczej będziemy kierowali się wraz z techniką na networking, ale przecież bez środków technicznych jakimi dysponujemy i mimo faszystowskiego korporacjonizmu we Włoszech i Szwecji powstała cała masa firm produkcyjnych/rzemieślniczych w przemyśle maszynowym, które miały i mają długoterminową zdolność do wytwarzania produktów specjalistycznych pchając ich 1,006 i co za tym idzie, specjalizując swój $ds w mnożnikach, trzymając się jednej, charakterystycznej przesłanki: na ich rynku nikt nie kombinuje jak ich zastąpić w łańcuchu, po prostu sam łańcuch, sam poziom organizacyjny i to, że to wszystko razem do siebie pasuje jakościowo, a organizacja tych firemek działa od pokoleń, to jest już wartość na tyle wysoka, że się przy tym nie majstruje. I to zaczęło wracać w przemyśle specjalistycznym, po prostu wymagania jakościowe odstraszają cenami na rynku “na zamówienie” w przemyśle maszynowym, a jakościowo odstrasza zamawianie “kto zrobi to taniej”. Co więcej korpo, które na tym żerowało, coraz częściej w dziale zakupów słyszy od oferentów ciszę, a nawet bezczelne “nie robimy z Wami interesów, macie złą opinię”. Organizacja ma więc swój ciężar jakościowy i znaczenie. My takiej organizacji jak Włosi czy Szwedzi nie mamy, ale to nie powód, żeby sobie nie zacząć czego takiego strugać. Oczywiście wiemy jakie to u nas wywołuje patologie takie gwarantowanie sobie wzajemnie ciągłości zamówień, ale zapewne inaczej się nie da funkcjonować w nadchodzących czasach przemysłu na 50m2, który zaczną nam zasiedlać turyści, którzy nawet nie planowali swojej kariery łączyć z wytwórczością. Jest tylko jedna rzecz, która kusi w rzemiośle i przemyśle – wynik finansowy.

Historycznie…

Całe to zjawisko nie stało się nagle. Nie trafiło nas jak meteoryt z pustki kosmosu. Udawaliśmy, że się nic nie dzieje i znajdowaliśmy uzasadnienie, że skoro nikt czegoś nie robi, to jest to niepotrzebne, a po co ma ktoś robić, jak Chińczycy zrobią to za nas za bezdurno – szukaliśmy jeleni do pracy za nas. Na Północy zaczęło się od tego, że po wojnie przyjechali Grecy pracować w fabrykach, gdzie wykonywano masowo proste prace. Bo po wojnie w mało którym kraju kamień na kamieniu stał i fabryki były rarytasem. Później gdy brakowało chętnych i system zaczął chylić się ku upadkowi, pomogli Niemcy z USA – rozwalili Jugosławię z całym przemysłem w drobny mak. Pożytek z tego taki, że cała kadra techniczna była do wzięcia – i została przygarnięta. “Blatte” to słowo opisujące grupę jaka wtedy przybyła, taki jakiś odpowiednik angielskiego Kanake. Nasi ciągle tam byli, ale integrowali się szybko i nie rzucali w oczy. Fabryki działały, w szatniach było ciasno, pracowały dwie zmiany, w niektórych firmach trzy. Potem, gdzieś tak w końcówce lat dziewięćdziesiątych, drugiej szychty było pół, a potem nawet wcale. W branży wszyscy doskonale wiedzieli co się dzieje i co się stanie. Zaczęto zasysać kadrę – nauczycieli zawodów z demoludów inkorporowanych do EU, a własną kadrę zaczął odsysać przemysł – taki japoński problem. Japoński, bo można uzyskać chwilową przewagę w lotnictwie pchając kadrę do walki w kokpitach, ale kadra jest od tego, żeby siedzieć na uczelniach i kształcić kolejne pokolenia przeciętnie dobrych rzemieślników danego fachu, a nie bić się na froncie o lepsze jutro, bo straty w kadrze są takie same jak wśród innych, to tylko ich produktywność jest wyższa. Wywalił się system kształcenia, ale było to już bezprzedmiotowe, bo nie było żadnych uczniów chętnych się kształcić. Blatte zaczęli odchodzić na emerytury, niektórzy sprolongowali to o kilka lat za sowite wypłaty (wszak to byli specjaliści z przemysłu lotniczego i kosmicznego – byle czego nie żarli i mało nie popijali), średnia wieku na podłodze drastycznie się przesuwała, młodych do reszty nie było już 1:1 jak dawniej, nie było ich nawet tylu co potrzeba, ich było literalnie JEDEN na firmę. Na 60 osób. Trzeba było ich nauczyć wszystkiego, a rozkład standardowy odchyleń w pojętności jest jaki jest. Powoli kadra zaczęła się wykruszać na emerytury, coraz częściej trzeba było wypożyczać sobie specjalistów od ustawiania maszyn i linii produkcyjnych pomiędzy firmami, serwisanci stali się dobrem publicznym i reglamentowanym. Krzywa liczebności zaczęła lecieć na południe, krzywa kompetencji jeszcze ostrzej na północ razem z krzywą wieku.

Pewnego dnia sprowadzili do jednej z kooperujących firm maszyny z sąsiedniej firmy razem z pozostałą załogą – w ciągu półtora roku odeszła im cała kadra, laboratorium, QC i zarząd – na emerytury, a niektórzy po prostu poumierali ze starości. Korpo z rozpędu postawiło tokarnię na 300 maszyn, znaleźli do nich ośmiu operatorów. Zlicytowało ich, że aż helicopter money się z tego zrobiło. Powoli w szatni zaczęło być pusto, szychta była tylko jedna, najpierw było po prostu pusto, potem każdy miał po dwie szafki, potem po trzy, potem każdy miał własny rząd szafek. Powoli doszło do tego, że optymalizacje oprogramowania maszyn straciły sens – to maszyna i tak czekała, aż człowiek będzie miał dla niej czas. Nie było po co wyciskać kolejnych sekund z kodu, zresztą nie miał nikt na to czasu, rutyna dnia zaczęła się powoli sprowadzać do uruchamiania ciągów maszyn i łażenia po hali w kółko, aby podtrzymać ruch. Wszyscy musieli obsługiwać wszystkie, więc kompetencje rosły i tak sobie spacerkiem chodziliśmy w kółko. Ci, co mogli chodzić, zanim ktoś nie przytaszczył roweru, a drugi wózka na baterie. Wpadł nam kiedyś szczur korporacyjny na halę, zresztą nikt bramy nie pilnował, drzwi też nie, sobie po prostu wszedł i kwadrans się włóczył po hali, na której nawet nie zapalaliśmy światła, bo w każdej obrabiarce było własne i lepiej było widać co się gdzie dzieje. Szczur znalazł po kwadransie ruch, światło i człowieka z kawą w pomieszczeniu do pomiaru narzędzi, a maszyny chodziły. Miejsca każdy miał coraz więcej, coraz więcej maszyn na głowie, zaczął się kanibalizm – przekładanie części z maszyn niesprawnych do tych jeszcze na chodzie. Gdzieś w kącie hali był dziadzio przy suportowej tokarce, nucił piosenki, które były popularne gdy Niemcy zdobywali Stalingrad, zabrała go opieka społeczna jak któryś raz myślał, że autobusy nie jeżdżą i na piechotę przyszedł na dzielnicę przemysłową w niedzielę, nie rozumiejąc czemu jest kłódka na bramie. Już nie bardzo kojarzył co się dzieje, wiedział że trzeba do pracy rano przychodzić i stać przy tokarce i robić to, co jest na karcie pracy. Drugi dziadek nie chodził kółek po hali, przy tokarkach siedział, i tak sobie siedział, i kiedyś ktoś się połapał, że za długo siedzi, a on sobie na tym fotelu po prostu wziął i umarł.

Powoli (w ciągu dekady) doszło do tego, że zamiast PLC mieliśmy przy maszynie takiego z lokalnego PFRON-u, co to trzeba mu było pracę przygotować, ale uparcie potrafił robić tysiące części powtarzalnie na ręcznej maszynie, cieszył się ze wszystkiego, no i robił. I jeszcze był jeden pracownik do wszystkiego, a reszta to byli przedsiębiorcy. Licząc tego co miał rozumu tyle co PLC, to wychodziło po chłopie na szlachcica – jak po Potopie. Wtedy doszliśmy do rachunku ekonomicznego, że właściwie jakby zrezygnować z tych prac, do których potrzebujemy pracowników, to zostaje nam portfel zyskownych zamówień. Z tym, że hale są kosztem stałym, a maszyny nie potrzebują takiej ogrzewanej kubatury. Policzyliśmy że wychodzi nam w takiej sytuacji, że nie po szafce w szatni, ale każdy będzie miał po dwie szatnie, kompleks biurowy i własny kibel w tym przybytku, a to już zbytek. Na hali jednak ciągle działał automat podbijający karty pracy i tylko metry miejsc na karty pracowników wskazywały ilu ludzi codziennie ustawiało się kiedyś w kolejce, żeby rano i wieczorem podbić, że tu byli. Poszliśmy oznaczać na halę co jest nam absolutnie potrzebne i ile to będzie w metrach. Potem skreśliliśmy połowę. Potem jeszcze połowę połowy, bo mieliśmy po kilka sztuk tego samego sprzętu. Stanęło na 10% wyposażenia, bo reszta to były zduplikowane stanowiska na większą liczbę pracowników, a doszliśmy już do takiego poziomu rozrzutności, że każda wiertarka była od jednego rozmiaru wiertła, a każda prasa od jednego narzędzia do produkcji detalu, bo po co wymieniać narzędzia, skoro maszyn tyle? Drzwi były na kota w każdym rozmiarze. Tak uradziliśmy i przenosimy się do 50m2, żeby tam sobie w weekendy co podłubać. Wykupiliśmy od właściciela te maszyny za bezdurno. Zamówień mamy że hoho, tylko robić nie ma komu. Dziś przy niedzieli piszę tekst, ale rano to ja byłem partyzantkę na produkcji urządzać.

I tak jest w każdej fabryce, z jaką jestem powiązany. Łapankę na pracowników by urządzili, ale nie ma skąd brać ludzi, których można wpuścić na produkcję na maszynach bez “panic button”. W Polsce jeszcze trochę się napchaliście Ukrami, @Wariat jeszcze znajduje jeleni, co robotę zrobią, bo się w jakieś dziwne układy z dotacjami wkopali na sprzęcie, ale my tu już spłaceni i obkupieni. Powoli przenosicie produkcję coraz dalej z outsourcingiem aż do granicy opłacalności transportu. U siebie organizujecie montaż i zbyt, macie pełną świadomość, że ten model już trzeszczy, a macie tę zaletę że robicie na niższych mnożnikach $ds w Polsce niż awangarda na Północy. A w szpicy samej awangardy jest jeszcze gorzej, mimo słusznej koncepcji ucieczki do przodu okazuje się, że każdy kolejny poziom wymaga coraz większej specjalizacji, a ze względu na zwały całych branż nie ma gdzie się aż tak długo specjalizować. Będzie z tego downgrade po tym, jak najpierw puszczą limity na ceny za hi-tech, ceny których rynek nie strzyma. Kierunek inflacji jest taki, że kompetencje podrożeją, maszyny stanieją, ale ustawienie z tego całego łańcucha, aby sprzedawca miał co sprzedać klientowi będzie pobożnym życzeniem. I być może to, że kompetencje podrożeją, będzie oznaczało tylko tyle, że nie będzie na co wymienić wyniku, chyba że na przedmioty służące okazaniu zamożności w biedniejącym społeczeństwie bezindustrialnym.

Szanownych Czytelników prosimy o komentowanie zgodne z tematyką wpisu. Zapraszamy na forum po dyskusje na tematy wszelakie.

Jeśli chcesz zwrócić uwagę na literówkę lub błąd techniczny, zapraszamy do formularza kontaktowego.

  • gruby

    smutne rzeczy piszesz, waszmościu.

    A tak właściwie to na co komu przemysł ciężki ? Po co topić metal, kuć, spawać i frezować ?
    Wojen nie ma: armie od dziesięcioleci w koszarach krawężniki malują. Statki przychodzą z Korei, pociągi i samoloty już niedługo przychodzić będą z Chin. Samochody robimy jeszcze siłą rozpędu i przywiązania do lokalnych marek ale to też już się chwieje, coraz więcej trafia na rynek pojazdów z Korei i Japonii.

    Nie odnosisz czasami wrażenia że znajdujesz się w sytuacji kowala siedzącego na magazynie pełnym podków który obserwuje jak mu się klientela z bryczek do automobili przesiada ?

    • hes

      @gruby:”kowala siedzącego na magazynie pełnym podków który obserwuje jak mu się klientela z bryczek do automobili przesiada ?”

      Pytanie tylko czy wcześniej kowal umrze ze starości (w dostatku) czy prędzej znikną te bryczki i umrze w niedostatku?

      Ja (z 15 lat temu) myślałem, że zawód informatyka to już do piachu. Gdzie spluniesz, to “informatyk”. Piszę w cudzysłowie, bo 90% z nich nie wie jak działa procesor a assembler to dla nich pewnie jakieś urządzenie do pakowania produktów. Co, oczywiście, nie przeszkadza im działać w tej dziedzinie. Nawet myślałem, że jakbym miał coś studiować, to wybrałbym biotechnologię, bo to przyszłość. I co? Siurpryza. Pojawili się nowi “pracodawcy” (wojsko/gangi/wywiad gospodarczy) i dalej jest ssanie na rynku pracy. Nie takie jak dawniej ale bezrobocie im raczej nie grozi a dodatkowa zaleta jest taka, że można coś zrobić samemu (na własny rachunek). Przyszłość idzie (czasem biegnie), ale jak się wstrzelisz ze swoimi kompetencjami w okres “prosperity”, to wygrałeś (a po nas to choćby potop:). Np. ja uważam się za szczęściarza, którego ominęła wojna. Może to dla innych naturalne (i oczywiste) ale wiem, że w przeszłości każde pokolenie w Europie miało takie “nieprzyjemne” doświadczenie. Mnie się udało.

      • Medyk Helwecki

        Biotechnologia dzis to raczej porazka.
        Podobnie jak medycyna

        • abo

          “Biotechnologia dzis to raczej porazka.
          Podobnie jak medycyna”

          Jak się tu Was tak trochę posłucha to wychodzi na to, że w niedalekiej przyszłości zostało nam już tylko zbieractwo i łowiectwo ;).

          • gruby

            … oraz wydłubywanie kitu z okien, gospodarz tego miejsca promuje tą “niszę” od pewnego czasu.

            A co do zbieractwa i łowiectwa: to jest model gospodarki rodem z Korei Północnej. Plus złoża węgla kamiennego, oczywiście. Czyli się da. To nawet dość podobna do Polski sytuacja gospodarcza: też nic z wyjątkiem węgla, korzonków i lemingów nie ma, tyle że w przeciwieństwie do Phenianu Warszawa jeszcze specjalnych stref ekonomicznych nie pozamykała. Ale spoko, na ten pomysł ze względu na infiltrację lokalnych umysłów rozsiewanym w stojących w Polsce obozach pracy relatywizmem moralnym nadwiślańska władza musi dopiero wpaść.

            Nowy premier, specjalista od nawracania zachodu Europy posiada umysłowy format niezbędny do samodzielnego wymyślenia nadwiślańskiej wersji dżu-cze, tylko trzeba dać mu na to trochę czasu. Na razie już za pół roku wyjedzie na szosy pierwszy polski samochód elektryczny i nie mogę się wprost doczekać chwili w której Elon Musk padnie trupem ogłosiwszy wcześniej bankructwo Tesli. To już na wiosnę się stanie, tak rzekł Pan Premier a słowo jego przecież świętym jest i ma niewąską moc sprawczą.

            • 3r3

              @gruby nie wiem czy premier zdąży:
              https://businessinsider.com.pl/firmy/sprzedaz/niewyplacalnosc-firm-w-polsce-listopad-2017-r/2mqvbvb

              zanim mu ostatnich poddostawców zamkną i będzie musiał w państwowej^^ firmie tego misia z elektrosłomy dziergać.

            • abo

              ” zanim mu ostatnich poddostawców zamkną i będzie musiał w państwowej^^ firmie tego misia z elektrosłomy dziergać ”

              Aż się chwilami nie chce wierzyć, że to wszystko tak przez przypadek i z niewiedzy.

            • 3r3

              @abo nie czarujmy się, to nie przypadek – celowo nam stręczą takich durni. Przecież on nie był prezesem bo kupił tyle akcji banku że sobie mógł decydować jak właściciel, tylko całując pańską klamkę, uniżenie jak sługa piastował tam powierzone przez Jaśnie Właściciela stanowisko. I dalej kica na rozkazy. Bo to dureń jest od kicania. Etatysta do szpiku kości, on nigdy nie miał nic własnego. On nawet nie kalkuluje w kategoriach samostanowienia bo nigdy o niczym sam nie stanowił.

              Zalatuje absurdem, że władcami zostają usłużni niewolnicy.

            • abo

              “Zalatuje absurdem, że władcami zostają usłużni niewolnicy”

              W myśl zasady, że władzy się nie zdobywa, władzę się otrzymuje.

            • gruby

              Jakim władcą znowuż ?

              Toż to taki obozowy kapo jest. Jego zadaniem jest pilnowanie porządku w baraku. Ma pałę i gwizdek, ma swój barak. I pałę i gwizdek i awans dostał od strażnika. Strażnik też ma swój odcinek, takich 10 baraków z dziesięcioma operatorami pał na przykład. Nad nimi stoi komendant obozu, nad komendantem stoi główny zarząd obozów który sterowany jest przez Reichsführera. Ten z kolei podlega wodzowi naczelnemu, który z kolei sterowany jest przez finansujących ruch narodowo-socjalistycznego wyzwolenia. Ci z kolei sterowani są przez właścicieli drukarek i monopolu drukowania na nich walut.

              Wszystko to ubrane jest w szatki demokracji, niby że raz na cztery lata osadzeni w obozie mają prawo wybrać sobie komendanta oraz w fatałaszki praw człowieka, niby że komendant nie ma prawa tak po prostu zabić osadzonego za jego krzywy uśmiech. W teorii ten zakaz działa, w praktyce typu Blida czy Stachowiak jest inaczej. Do tego dochodzi również wolność przemieszczania się pomiędzy barakami: ach, jak cudownie: wolno mi samemu sobie wybrać barak, pod warunkiem że mnie miejscowi więźniowie zaakceptują. Ale spróbuj chociażby spróbować opuścić obóz to zaraz wsadzą do więźnia niby że ISIS wspierasz, bo przecież na wyjazd do Syrii to zezwolenie od komendanta obozu potrzebne jest.

              Weź Ty mi tu i z władcami nie wyjeżdżaj, toż to są zwykli sierżanci wywrzaskujący rozkazy.

            • gruby

              “On nawet nie kalkuluje w kategoriach samostanowienia bo nigdy o niczym sam nie stanowił.”

              Przypominam jeszcze sposób, w jaki tatuś kupił mu fotel wicepremiera. Był z tego niewąski skandal, aż po tym kamery nieposłusznych władzy dziennikarzy z sejmu wyrzucili.
              Ale jak widać opłaciło się.

            • abo

              “nie wiem czy premier zdąży”
              “zanim mu ostatnich poddostawców zamkną”
              Uznałem, że warto zerknąć, choć w sumie to do premiera.

              https://www.linkedin.com/feed/update/urn:li:activity:6348859003690459136

            • Medyk Helwecki

              Co do Tesli to ona przeciez jest wydmuszka. Powiedzialbym ze glowna funkcja Tesli jest bycie na gieldzie a ich dzialalnoscia poboczna produkcja aut.

              Ciekawe kiedy ktos powie sprawdzam.

            • 3r3

              @Medyk prowadziłem kiedyś firmę, której celem były podatki, a cała działalność była poboczna.

      • 3r3

        @hes – jeszcze wszystko przed Tobą, może Cię nie ominie^^

    • 3r3

      @gruby właściwie to nie, roboty mam po sufit i aż się przelewa. Robić po prostu nie ma komu.
      I to nie dlatego że ludzie nie chcą, chcą bo w tym jest kasa, ale przychodzą łiszfinkerzy i zaczynają od “chcielibyśmy” – chceta to se zróbta, tam jest maszyna. “Ale my nie umiemy…” – no właśnie, a kopertę przynieśliście? A na kancie ona stoi?

      • Bodek

        Oni w 10 PLN płacą bo to zazwyczaj gołodupce sterowane smartfonami, więc uważaj bo stanie na kancie, ty się połasisz a tu dupa.

        Faktycznie z zachodu zaczęło do mojej klienteli w Q3.2017 zjeżdżać taka ilość maszyn i to nawet mercedesów takich prawdziwych np. Groningerów, że na hali nie ma gdzie ich ustawiać. Ciekawe bo ukrów zaczęli my zatrudniać, chociaż zaklinaliśmy się że w życiu. Hale coraz większe ale to ślepa uliczka jest. Trzeba będzie marże podnieść, maszyny niepotrzebne wyrzucić a “ludziom” takim prawdziwym ludziom do michy wrzucić bo inaczej nie pojedzie. Jak nie smarujesz to nie jedzie.
        Druga sprawa, że tam gdzie robiom regeneracje dla automobilów to tyle przyjeżdża tych rozruszników, alternatorów, kół masowych że cholera nie ma tego gdzie trzymać. Człowiek na złom oddaje bo nie ma miejsca. Tak se myślę, że tam na zachodzie po prostu nie ma im tego kto zrobić. No bo do teraz tyle nie zjeżdżało, znaczy się sami na miejscu robili. Kto, żyw przenosi zakłady do nas.
        Tylko, że my to powinniśmy przejmować, a nie tam pracować. Panie Premierze kochany parafianie liczą na Pana, że Pan taką odwrotną transformację zrobi. My z chęcią przejmiemy te Niemieckie, Francuskie i Włoskie biznesy, licytujcie Panie Premierze my będziemy na licytacjach kupować. W końcu Państwo jest bogate bogactwem swoich obywateli a nie jakimś PKB co to niby nominalnie jest dodatnie, ale każdy rozgarnięty wie, że realnie to na czerwono wychodzi albo nie po tej stronie bilansu w ogóle.

        • 3r3

          @Bodek jak się przejmuje firmy to akurat wiem z doświadczenia moich oligarchów, łaskawie mi widlaki z rzędem za służbę wierną oddających. Przejmuje się przemocą, zastraszaniem i porwaniami. To są realia Zachodu dla niepoznaki nienazywanego dzikim. To i u nas trzeba takie obyczaje ekspropriacyjne wprowadzać jak co chcemy mieć – przyjechał Niemiec z Francuzem – znaczy chce był łupiony – oharaczować go trzeba.

          • Bodek

            Tylko, że ja pomagam Niemcom i Francuzów grabić Polaków ( przejmować ich interesy – ale bez porwań i zastraszania nie przesadzajmy ), bo Polak nie chce płacić 450 PLN za godzinę bo jest głupi i w szachy nie umie grać a Francuzów chce płacić to ma.

            Już drugiego rodaka puściłem niestety w skarpetach i zajmujemy teraz jego halę 10.000 m2. Tylko smuci mnie to i monotonia, jakiś niesmak czuję. Liczę na Premiera, że zacznie cisnąć tych obcych żeby im się odechciało, narzędzia ma i to ile od strażaków przez kominiarzy o sanepidzie nie wspomnę.

            We Francji co bardziej rozgarnięci zaczęli się tam cashować i tu do Polski upychają co mogą, w takie rzeczy, że to nie ma raczej szans się udać. Oni mówią, że tam i tak stracą wolą tu upchać może z 10 MLN chociaż jeden milion coś uruchomi co będzie dawało jakiś zwrot. Jest czas “żniwów”.

            • 3r3

              @Bodek nie rozumiem Twoich rozterek – to jest wina Polaków że są grabieni przez Ciebie z Francuzami i Niemcami. Wszak nie chcieli Polacy z Tobą grabić Francuzów i Niemców. A niechby i z zastraszaniem i porwaniami jak tak licho stoimy z kapitałem. A z Polakami nic się nie da. No to się da z kim innym.

            • Bodek

              Z tego też założenia wychodzę, te rozterki to pro forma, żeby na wygnanie nie skazali. Kiedyś nie rozumiałem czemu te Francuzy i Niemce takie konspiratory, wszystko tajne przez poufne. Teraz wiem i rozumim oni się tam rżną nawzajem na potęgę, tam jest dżungla. U nas musi być tak samo inaczej się nie da.

              Wiesz ja teraz misia prawie zwinąłem, mam jednego całkiem ładnego niewolnika, 10 godzin tygodniowo pracuję, resztę czasu alokuje na poszukiwanie dobrego żarcia dla moich dzieci, muzyki na starych LP sobie słucham co je w szafie mam, wkładkę Shelter MM 201 Ci polecam na ebay z Japonii za 170 USD sobie ściągniesz, miodzio.

              W zeszłym tygodniu szukałem świeżego kwasu z kapusty i znalazłem okazało się, że jest blisko i za darmo. Jutro będę eksplorował kwestię kiełbasy z dzika i pasztetu z sarniny. W końcu czas na coś pożytecznego alokować trzeba.

              A płyta najfajniejsza z szafy jest :

              https://www.discogs.com/Sztywny-Pal-Azji-Europa-I-Azja/release/1012282

              Czy Rigol MSO2000A to dobre narzędzie według Ciebie? Do debugowania AVR? Młody się bardzo zaparł na programowanie Attinków w C :-).

            • bdgr

              Sprzęt jest dobry ale do tego zastosowania to taki ni pies ni wydra. 100MHz to dużo więcej niż potrzeba (AVR wyciągną najwyżej 25, tyle mają najtańsze rigole) a nie ma analizatora logiki

            • madbrain

              @Bodek
              “Czy Rigol MSO2000A to dobre narzędzie według Ciebie? Do debugowania AVR?
              Młody się bardzo zaparł na programowanie Attinków w C :-).”

              Jak se mlody dlubie kod w C to po grzyba mu oscyloskop za 1k£. Zabawka z ali za mniej niz 10% tego mu systarczy (e.g. INSTRUSTAR ISDS220B).

              A do debugowania to lepiej mu kup programator od Atmela na JTag’a to pare stowek leci ale mozna sie bawic na calego..

              Ale zeby sie “bawic” to niech lepiej sie wpierw ASM nauczy – jak ma do tego zaparcie, to mu sie zabawki przydadza, a jak chce klepac w wysokim poziomie mikrokontrolery to mu zadne zabawki oprocz kabelka USB za pare PLN do Arduino Nano nie potrzeba.. Chyba ze lepsza stacja lutownicza bo jak sie nawdycha olowiu to mu ekscytacja do wszystkiego przejdzie.

            • bdgr

              Porządny oscyloskop to jest takie przydasię co generalnie warto mieć (wiem bo teraz nie mam).

              Jak ktoś chce traktować embedded na tyle poważnie żeby kupować JTAG do AVR to z moich doświadczeń lepiej przeskoczyć ten etap i od razu wejść w ARM, na przykład STM32. Osiągi lepsze, części i narzędzia tańsze. Jedyny problem że delikatniejsze i trudniejsze w obsłudze ale jakoś cały ekosystem bardziej pro wygląda.

            • Bodek

              No to już nie kapuje, kupić ten oscy MSO czy w jakiś inny kierunek uderzać? Co to takiego ten STM32?

            • bdgr

              To rodzina mikrokontrolerów mocniejszych niż AVR, są 32 a nie 8bitowe i jest większy wybór szybkości, pamięci i dodatkowych układów. Bardziej profesjonalne od AVR.

              Po tym co opisujesz to na teraz wziąłbym oscyloskop, przy czym ja brałbym raczej coś tańszego. MSO na start w 100% i tak się nie wykorzysta a coś się upali przy nauce to mniejsza strata.
              Jak posiedzi na AVR z rok i zacznie mu na nich brakować RAMu, cykli zegara i debuggera to kupić mu zestaw z Discovery i niech sobie przejdzie kurs z forbota dla wdrożenia
              https://botland.com.pl/kursy-forbot/5860-forbot-stm32f4-discovery-zestaw-elementow-bezplatny-kurs-on-line.html?search_query=STM32F4+zestaw&results=23

            • Goblin

              @bdgr:disqus dobra rada.
              Ja przygodę z elektroniką zacząłem od STM (Stellaris Launchpad) i to mnie trochę przerosło. Potem wziąłem Arduino i Raspberry, ogarnąłem pewne tematy, które powinno się wiedzieć a ciężko je w książkach znaleść, i teraz odkurzyłem STMa i już śmigam.

            • Bodek

              No i to jest porada konkretna. Dziękuje koledze. Młody ma lat 12 więc ma jeszcze czas na naukę, na razie 8 bitów to świat i ludzie. Dziś mieliśmy krótką rozmowę na temat macierzy i wyszło, że 8 bitów to jest na razie poziom percepcji młodego. Kupiliśmy DS1054z,

              https://www.rigol.eu/products/digital-oscilloscopes/1000z/

              i od razu zgodnie z logiką partii @3r3 coś ukradliśmy. Dokładnie ukradliśmy 615 EUR, kradnie się zaglądając na stronę http://gotroot.ca/rigol/riglol/

              DS1000z device options:
              DSAB – Advanced Triggers
              DSAC – Decoders
              DSAE – 24M Memory
              DSAJ – Recorder
              DSBA – 500uV Vertical
              DSEA – 100MHz
              DSFR – all options

              Trochę wolny ten oscyloskop, ale na 12 latka wystarczy.

              Kwas z kapusty dobry jest …. polecam też kabanosy z dzika . Ludzie nie chcom kupować bo zaraza na dzikach jest. Ja to zawsze lubię takie choroby bo można tanio kupić dobre kabanosy.

            • madbrain

              To rozumiem ze Pan jezdzi Mercedesem S bo to jednak duzo lepszy smaochod niz zykly “compact” – przyda sie..
              Narzedzia maja sluzyc swojemu celowi jak nawet gospodarz mowi. Jak ktos ma lat nascie to mu po grzyba zabwaka z ladnym logo..
              Jak mu sie zabawa spodoba to mozna kupic lepsze “drzwi na kota”..

            • 3r3

              @madbrain – w młodym wieku efektowny sprzęt ma tę zasadność, że jeszcze nie ma się sławy, aby więc przez drzwi przepuszczali trzeba okazywać zamożność przynajmniej w zakresie profesjonalnym. Dlatego smarkaci sprzedawcy wydają tyle na ciuchy, a turyści na narzędzia. Samochód też nie zaszkodzi – panie same wsiadają i podejmują ryzyko dania społecznie gdy spichlerz daje myszy perspektywy dostatku gdyby się tam zagnieździła.
              Starsi nie potrzebują już reklamy, funkcjonują w sieci społecznej, w wyobrażeniach.

            • Bodek

              A to błędna ocena, to ojciec wymusił na młodym drogą zabawkę, bo młody się interesuje i spędza dużo czasu na vvblog, przeczytał Kardasia pierwszą pozycję. Stereotypy to ślepa uliczka. Ojciec ma świadomość, że nie jest wieczny, jak ojca zabraknie to PMM raczej młodemu nie kupi dobrego oscyloskopu, pan PMM co najwyżej młodemu da kredyt na zakup. Tata na razie ma a bez sensem jest trzymać w banku. Młody ma komórkę Noki za 45 PLN co sugeruje raczej, że nie działa w schemacie o którym piszesz. Życie jest za krótkie trzeba uczyć się na najlepszych narzędziach nie koniecznie najdroższych ale najlepszych. Prosiłem kolegów bo się na tym nie znam a młody jest cholernie oszczędny najlepiej kupiłby oscyloskop za 500 PLN o ile taki istnieje. Rigol to dobre narzędzie wycenione w papierkach które nie mają wartości więc w czym problem.

            • bdgr

              Jeszcze jedno mogę polecić – książkę Make AVR Programming. Warto rozumieć co się składa na toolchain i w razie awarii umieć znaleźć jej miejsce, żeby wiedzieć co naprawiać.

            • Bodek

              Bardzo koledze dziękuje za poradę i wsparcie, prezentujemy widzę to samo podejście. Ja młodemu tłumaczę codziennie, że najcenniejszym zasobem jaki otrzymał jest czas. Każde obciążenie procesu poznawczego nieefektywnym narzędziem zabiera ten zasób. Nauczyliśmy się z młodym na płytkach prototypowych. Ten kto wprowadza niestykające płytki prototypowe i kable połączeniowe niskiej jakości powinien być od razu rozstrzelany i ja tu nie żartuję albo że koloryzuje, tylko tak powinno być. Jak bym był chińczykiem i prowadził bym wojnę z hunami specjalnie wysyłam bym im takie płytki i kabelki. Kiedyś młodemu zajęło cały dzień badanie niedziałającego układu, dopiero po 6 godzinach odkrył że to płytka jest stara ku…a i czasem nie styka. Ale odkrył to dzięki temu, że kupiłem mu miernik SANWA pc5000a, ten sprzęt dał mu bodziec. Polecam ten miernik, nie ma podświetlenia ale jest naprawdę dobrej jakości. UNIT-T U70A schowaliśmy do mojego samochodu sprawdzam nim sobie czy akumulator naładowany. UNIT to nie jest narzędzie do pracy nawet dla 12 latka który jest ogarnięty. Kiedyś Korwin mówił, że dzieciom trzeba kupować profesjonalne narzędzia a nie zabawki. Dziecko musi czuć, że moc jest z nim jak trafi na słabe narzędzia, autokreacja spada, przeczytaj manifest unabombera.

              Make AVR Programming została połknięta w 2 tygodnie w polskiej edycji już 4 miesiące temu – ta seria Heliona jest naprawdę niezła. Myślę że kupię młodemu angielskie wydanie tej pozycji ale jak trochę kasy wpadnie i młody obejrzy cały EEVBlog.

              Młody już ma Rigola DP711, dostał na zeszłe święta i bardzo sobie chwalił, więc szliśmy za ciosem z tym oscy. Niemiec wyprzedaje na clearance center z dużymi upustami :

              https://www.rigol.eu/clearance/

              Dave z kraju kangurów pomaga jak odblokować te urządzenia. W Polsce ludzie do mieszkań na potęgę kupują DSA815 pewnie koło telewizorów stawiaja i filmy na tym odtwarzają. Nawet ci co na ursynowie tym handlują się dziwią ile naród tego kupuje. Znaczy się po domach to oni straszne rzeczy robią. Pojedź tam do dystrybutora na ursynów w dzień roboczy i popatrz ile codziennie produktów RIGOL, SANWA, APPA tam się wysyła głowa Cię zaboli. Adresy wcale nie kończą się na Sp. z o.o. tylko …. ski i …. ak.

            • bdgr

              Jak przyjdzie sytuacja że będę nawijał dziennie setki kilo asfaltu na koła i miał tyle luzu w budżecie to pewnie sobie coś z tej klasy wrzucę – bo jednak w dużym cichym wozie mniej rzeczy wkurwia niż w małym i głośnym.

              Lupka to akurat coś innego. W elektronice wszelkiego typu to jedno narzędzie które samo pozwala zrobić 80% typów zadań. Zwykle kosztuje więcej niż pozostałe bzdety razem wzięte jakie się uzbierały więc zadek boli, a jak się użyje multimiernika i włosa z nosa to niby często jakoś można pomyśleć i poradzić sobie bez… Tylko jak forsa nie jest twardym obciążeniem po co się męczyć, lepiej wywalić te paręnaście władysławów za obniżenie obciążenia kognitywnego. Jak się w tym siedzi to nie jest kwestia czy oscyloskop okaże się konieczny tylko kiedy to nastąpi.

            • Bodek

              Stację lutowniczą Wellera dostał na urodziny. Lutowanie już mu przeszło, lutuje jak musi, kombinuje na płytce prototypowej. Wie. że lutowanie to się zleca niewolnikom, samemu się bierze kasę za myślenie a nie za lutowanie. ISDS220B zamówiłem, aczkolwiek z oporami ja to lubię na bogato nie wiem czy będę zadowolniony, spróbujemy. DSLOGIC młody wypatrzył i mówi, że może to, ale już mam dość tych klonów, niekompatybilności oprogramowania etc. Ostatnio programator kupiliśmy klon AVR AVT5388, niby 100 PLN dałem ale potem dwa razy musiałem gdzieś jeździć coś wyjaśniać i 8 godzin zmarnowałem, dla mnie to marnacja 2.000 PLN była bo klienta nie obsłużyłem. Tak, że ja no sobie oszczędzać nie lubię, lubię oszczędzać na obcych, to mi najlepiej wychodzi.

      • gruby

        Każdy łańcuch b2b kończy się gdzieś, kiedyś na “c”. I bez tego “c” nie będzie łańcuchów pośrednich typu b2b w których sobie teraz rzeźbisz. Tak się po prostu głośno zastanawiam czy ten wzmożony popyt na Twoje produkty pochodzi od jakiegoś realnego zapotrzebowania jakiegoś realnego “c” gdzieś na końcu łańcucha producentów i dostawców czy też raczej napędzany jest błędną alokacją wytworów drukarni dokonywanej przez karmiące Cię bezpośrednio korpo.

        Jak się rozglądam po przemyśle i po tym w co i ile się teraz inwestuje to (moim skostniałym, zramolałym i prykowatym okiem patrząc) alokacja w biznesie jest postawiona na głowie, skutkiem kredytu za darmo jak mi się wydaje. Dają za darmo, to się tego papieru nie szanuje tylko wywala szuflami przez okno. Owszem, na razie opłaca się jeszcze po tą makulaturę schylać, bo na razie jest ona jeszcze na brzdęki wymienialna. Ale jakości już za papier nie dostanę. To znaczy mam z jakościowymi produktami coraz większy problem. No nie ma ich na rynku.
        Wniosek: papier wychodzi mi z obiegu. No to kurde co, znowu jak w starych czasach mam zacząć skrzynkami wódki płacić ? Kanistrami z benzyną ? Wiankami srajtaśmy ?

        Co to k… za rynek jest ?

        • abo

          “Jak się rozglądam po przemyśle i po tym w co i ile się teraz inwestuje
          to (moim skostniałym, zramolałym i prykowatym okiem patrząc) alokacja w
          biznesie jest postawiona na głowie,”

          W jednym z artykułów, do którego odnośnik znalazłem na forum, bodajże jakaś pani doktor z rosji mówiła, że aktualnie mamy na rynku do czynienia jedynie z trzema typami projektów:
          1. błędna alokacja
          2. rozkradanie pieniędzy (tu był dopisek- to zrozumiałe)
          3. stworzenie systemu totalnego zbierania danych osobowych, danych biometrycznych, i
          tworzenie systemu totalnej kontroli.

          I gdzie tu tej jakości szukać.

          Na kilkaset funduszy inwestycyjnych operujących w europie tylko około 10% przewiduje możliwość inwestycji w rozwój struktur(energetyczna/przemysłowa), cała reszta to cuda wianki i przelewanie z pustego w próżne.

  • hes

    @Autor:”Co przytomniejsi ludzie pokupują sobie maszyny i pochowają je w domach
    razem ze swoimi kompetencjami (znam takich), z co większymi po stodołach
    (znam takich)”

    Uprzejmie donoszę, że mam takiego sąsiada. Znam go od lat i wiedziałem, że coś “dudra w metalu”. Poszedłem do niego czy nie zrobiłby mi uchwytu do lutowania scalaków (w/g projektu znajomego elektronika i brata:). Wchodzę do jego starej (murowanej) stodoły /garażu i co widzę? W środku czyściutko, stoi jedna obrabiarka sterowana numerycznie, obok jakieś dwie frezarki i jeszcze jakieś drobniejsze maszyny. Garaż duży (~80m2), bo kiedyś stał w nim traktor i maszyny rolnicze. Chłopak jest po technikum i widzę, że mu się dobrze powodzi, bo właśnie skończył budowę nowego domu. Tak z nim pogadałem i wyszło, że on działa sam i jest kooperantem kilku dużych firm na jakieś specjalizowane elementy. Pokazywał mi jakieś zrobione kształtki ale ja jestem oporny na mechanikę i nie pamiętam do czego to miało być użyte.

  • lpro

    W końcu łatwiejszy do przetrawienia artykuł, choć naznaczony ciężarem. Szanowny Autorze, napisz Pan książkę, żeby się dało rodzinie sprezentować na kolejne święta… Kolejne artykuły czytam równolegle z “Atlasem Zbuntowanym” Ayn Rand i aż ręce opadają, co się z tą planetą dzieje i że ktoś to mógł przewidzieć tyle lat temu. Strasznie jestem ciekawy, jak się książka skończy i pod skórą czuję, że w realu będzie mniej książkowo, bardziej przaśnie i bardziej strasznie, a dziecko mam małe i truchleję na samą myśl.
    Zainteresowało mnie ostatnie zdanie, bardzo proszę o rozwinięcie, tym bardziej, że ten temat będzie istotny dla przetrwania każdego (i bidoka i kogoś, kto teraz produkuje, a nawet przysłowiowego bogacza)

    • 3r3

      @lpro – ło to ten świąteczny będzie taki sam tylko trudniejszy, przynajmniej miejscami^^
      Jak będą za łatwe artykuły to nam się zlezą trolle.

      • gruby

        Używanie słowa pisanego dzisiaj jest a priori przestarzałe to znaczy z definicji elitarne.
        Dzisiaj komunikacja z masami odbywa się za pomocą obrazu. Jak ten obraz się rusza i wydaje dźwięki to jeszcze lepiej.

        Z jednej strony więc mamy barierę u odbiorcy której pokonanie wymaga dodatkowych nakładów energetycznych po stronie nadawcy bo stworzenie komiksu jest energetycznie bardziej wymagające od napisania tekstu a z drugiej strony mamy potencjalny zysk nadawcy który powstanie ze zmodyfikowania lemingowi świadomości. Poproszę niniejszym o wypunktowanie tutaj zalet i zysków jakie rysownik komiksu uzyska po przeprogramowaniu swojego targetu.

        Ta podwójna bariera jest powodem dla którego srajfonowate sobie a reszta sobie. Jakby gospodarz planował lemingom urządzić nowy Amber Gold czy inny ZUS to podejrzewam że popracowałby nad technikami dotarcia lemingom między uszy. Ale na razie jak widać siedzi cicho i żadnego takiego zajazdu nie planuje. Nie ma zysków na horyzoncie to i nie ma inwestycji w formę.

        Wniosek: jak @3r3:disqus zacznie nagle mówić ludzkim głosem to trzeba wiać
        trzymając się za kieszenie 🙂

        • abo

          “Wniosek: gdyby 3r3 zaczął nagle mówić ludzkim głosem to trzeba wiać
          trzymając się za kieszenie :-)”

          Dobre.

          Tak po indiańsku to by było “dać kwiat, chcieć miłość” 😉

        • 3r3

          @gruby jak zacznę tu coś wspominać o pisaniu ludzkim głosem to znaczy że jakiś cymes potrzebuje kadry. Wtedy pozostaje tylko zapalić świeczkę za budżet tak jak za ostatnich razów.

          • gruby

            @3r3:disqus napisał:

            “Wtedy pozostaje tylko zapalić świeczkę za budżet tak jak za ostatnich razów.”

            Teraz też się budżet łoi tyle że pod inną flagą. Sami swoi. Dobra zmiana kurki poprzedników pozatykała więc nie dziwne że starzy odsunięci od cyca na wiecach kwiczą. Ale na miejsce starych kurków władza wkręciła nowe: swoje własne. No bo nie powiesz mi, że trzy nowe odrzutowce starej generacji średniego zasięgu wartę są pół dużej bańki w papierach FEDu licząc. Albo dwie przestarzałe baterie p-lot trafią do Polski za dziesięć dużych baniek, też w FEDowych papierkach licząc. I raczej nie ma się co łudzić że jakiś trzyliterowiec przyjrzy się zakupom u brzozowego, bo to już panie polityka łamane przez racja stanu jest i jak widać nawet przetargu do tego nie trzeba.

            A kto ma się obeżreć ten się obeżre, zobaczysz. Oczywiście nie od razu. Ale po takich zakupach jego córka ma gwarantowaną karierę i jest ustawiona po drugiej stronie stawu i to aż do własnej emerytury. W końcu rodzina jest najważniejsza.

  • 3r3

    @abo to co piszesz dzieje się od kilku lat w Szwecji i mali wylobbowali że albo się to zmieni, albo dop… taką legislację że będzie się opłacało płacić wyłącznie z góry.