Unikanie danin – charakter występków urzędniczych, a gospodarczych – część 1

To co różnicuje występek urzędniczy od gospodarczego, to sposób jego zapisu w księgach. Urzędnicy manipulują wycenami zmieniając przy użyciu “zasięganych opinii ekspertów” wartości zapisów. Przedsiębiorcy natomiast dopuszczają się występku samym faktem “nieujawniania w księgach” czyli niedokumentowania prowadzonej działalności.

Chciałbym wrócić do lapidarnie potraktowanego tekstu “księgowość dla żuczków“.

Zastanówcie się czy urzędnik ogłaszający przetarg na budowę dogi, uzyskujący w przetargu ceny znacznie powyżej sumy przeznaczonej na budowę drogi, wykonał pracę. Czy jest z tego w rezultacie droga? Ale kasę bierze?
To teraz postawcie się w sytuacji przedsiębiorcy, który przepracował 40h w tygodniu i rzuca grabki – niech się wali, niech się pali. Nie poprowadził dokumentacji – ale poprowadzi ją w przyszłości, natychmiast gdy warunki to umożliwią – czyli gdy będzie miał czas. Co w praktyce oznacza nigdy, ponieważ jak będzie miał wolne, to zamknie firmę, gdyż nie będzie mu przynosiła dochodów. Gdy w urzędzie słyszymy, że musimy poczekać w kolejce “bo jest wielu petentów” to jest przytomne, a gdy urząd musi poczekać w kolejce na dokumentowanie zdarzeń jakie sobie życzy, to w kolejce nie może poczekać, bo jest wielu innych chętnych i machają portfelami? No to taka jest koncepcja obowiązku, że mamy to wykonywać za frajer – to całe donoszenie na siebie.

Frapuje mnie oczywiście kwestia Amber Gold, to co tam sobie gadają to gadają, ale mechanizmy rozliczeniowe i księgowe jakie stosowano są niezwykle interesujące. Są takie jak do przekształcenia spółki w bank. Natomiast warto zauważyć jak urzędactwo opisuje wartość spółki (lotniczej pana Klienta, szesnasta minuta):

“RZYMKOWSKI i PIĘTA o tym KTO STAŁ za MARCINEM PLICHTĄ”

Otóż biurwy tam zastanawiają się nad majątkiem firmy i jego wartością (sprzedanej za 1 EUR), czyli w ich rozumowaniu środek kapitałowy jest czymś co należy zbyć, rozproszyć i się tym pożywić, nawet gdyby to było po kilka centów za dolara. Ponieważ to mają w księgach. Przedsiębiorcy chętni jednak zakupić gotową strukturę (spółkę) nie kalkulują w kategoriach jak to rozdrapać po wartości księgowej, ale jak tym narzędziem pozyskiwać dywidendy – ponieważ spółka do istnienia ma cashflow i to ten cashflow jest materią, która po pewnych przekształceniach (na przykład poszerzeniu, zmianie oferty) zapewni rezultaty. Ale tego w księgach nie ma i urzędactwo nie potrafi myśleć takimi kategoriami. A przedsiębiorcy i jednymi i drugimi.

Płyńmy jednak do brzegu, czytelnicy znają cztery sposoby wydawania zobowiązań – swoich na siebie (typowe dla przedsiębiorców, nawet tych co przedsiębiorcami nie są – ale muszą jakoś żyć i gospodarstwo domowe prowadzić), swoich na kogoś (działalność dobroczynna i pewne paternalistyczne aspekty przedsiębiorczości), cudzych na siebie (odwrócona strona paternalizmu w korporacji) oraz cudzych na kogoś (działalność biurwia zarówno urzędnika publicznego jak i prywatnego – wynajętego do zarządzania majątkiem). Powszechnie za występek uznajemy czynność naganną, którą inni uczestnicy sieci mający z nami powiązania uznają bezobjawowo za naganny i ochłodzą z nami stosunki (wydłużą odległość od nas w sieci i zwiększą tarcie na połączeniu), objawowo wytykając nas palcami, wznosząc hasła o przyczynie nagany, a nawet wystawiając przedstawiciela który zgani nas z wyższej pozycji w jakiejś hierarchii (na przykład kultu, albo poczytnego medium) i rozprzestrzeni tym informację w swoim trójkącie hierarchicznym, a nawet może się to skończyć jakąś akcją węzłów sieci uzbrojonych w widły i pochodnie, które nas sponiewierają za występną i przebrzydłą działalność, jakiej to dopuszczamy się w sekrecie i wbrew powszechnie internacjonalizowanej normie, iż na przykład noszenie skórzanych butów jest równoznaczne z mordowaniem zwierza na buty, a to tak samo jakbyś zamordowali człowieka albo jeszcze gorzej i zaczną nam przysparzać zgryzot. Tymi pochodniami i widłami. Są oczywiście dwa sposoby uniknięcia tego: dyssymulacyjny, polegający na nieujawnianiu naszej działalności niebu obrzydłej, na przykład zamieszkanie w znacznej odległości od sieci i w tej odległości dopuszczanie się czynów godnych Scyta, bądź zachowanie pozorów nie prowadzenia jakiejkolwiek działalności oraz symulacyjny pozorujący działania inne niż te, jakie prowadzimy w rzeczywistości, co często oznacza pójście w zaparte gdy złapią nas za rękę. W przypadku objętym jednak tym tekstem oprzemy się na memplexach dotyczących wyłącznie dwóch interesujących nas zagadnień (przedsiębiorca i biurwa, w tym wariant korpoludka), zakresie formalnym, nieformalnym oraz przyczynach takiego stanu rzeczy (czyli próbie wzbudzania naganności czynu w mempleksie danej sieci). Zahaczę dla swady o pewne poboczne kwestie, ale nie będą one tematem przewodnim.

1

Wyjdźmy ze zbioru pustego, homo pravus w starciu z naturą być może ma jakiś stosunek do prawdy i piękna, ale przede wszystkim żyje pod stałą presją metaboliczną i stresorami. Ciągle mu się coś chce (potrzeby fizjologiczne), ciągle coś mu przeszkadza (szyszki pod posłaniem to niekoniecznie jest kwestia estetyki), ciągle jest głodny, spragniony, zmęczony, doskwiera mu trzeźwość w konfrontacji z niedającym przyjąć się do wiadomości światem, a jeszcze gdy podrośnie, to mu w ogóle szajba odbija i na porządku dziennym pojawia się kwestia pań pięknych w ilościach nie do przerobienia, konkurencja innych samców do wszystkiego oraz konieczność zapewnienia przetrwania potomstwu przynajmniej do stanu gdy ich własna dynamika uruchomi się w kierunku pań, łupów i trykania się łbami z innymi samcami. Jakkolwiek przedstawienie jest abstrakcyjne i sugeruje nam jakiegoś dzikusa, bo większość tych spraw mamy pozornie rozwiązanych i ujętych kulturowo, to jednak ciśnienie jakie wynika z rozwiązania tych wszystkich kwestii w gromadzie sprawia, że indukowani jesteśmy jeszcze większą liczbą potencjalnych stresorów – każdy coś od nas chce, nawet jeśli tego nie ujawnia.

Nie żałujmy sobie, zadajmy pytania egzystencjalne (co prawda same pytania, jak i odpowiedzi na nie, interesują mnie tyle co bałwan ulepiony w sierpniu, ale konsekwencje odpowiedzi przeróżnych sieci i ich hierarchii na opisane działania, mogą być korzystne lub uciążliwe i to jest istotne). Człowiek włada tym, co w łapy weźmie i nikt tego nie skontestuje. Natura niewiele kontestuje, ale czasem się odzywa gdy w pożądliwości kopalin zapuszczamy się w tunele, które walą nam się na głowę, niekoniecznie z powodu wadliwej konstrukcji szybu, ale z powodu zupełnie naturalnych ruchów geologicznych, a nawet tektonicznych. Czasem drwala przygniecie drzewo – można zwalić na samego drwala, że nie zabezpieczył, ale rezultat jest kłopotliwy i czasu się nie cofnie. Czasem kto wsadzi łapę w maszyny i ta ręka podniesiona na przemysł zostanie mu odjęta.
Te pytania są dla przykładu takie:
– Czy przedsiębiorca może sobie palić wapno i mieszać je z piachem aby pozyskać beton? A jak dużo tego może zrobić i jak bardzo tą działalnością zdemolować przestrzeń? Jeśli jest sam, to może demolować dość długo, ale w terenach zurbanizowanych ludzie mają już fochy o silniki Diesla (taka nowa religia świecka, że diesle są be), ci sami ludzie chcą przepędzać silniki (oczekując, że im to poprawi powietrze w miastach) zamiast wynieść się do lasu gdzie powietrze czyste już jest i nikt tam szczególnie samochodami nie jeździ. Rozwiązanie niby logiczne, a jednak jest coś takiego w koncłagrze, że mapety nie chcą go opuszczać.
– Czy można sobie tak wycinać lasy i regulować rzeki? Czy kwestia wolno/nie wolno nie wynika wyłącznie z gęstości kontestujących na obszarze? A jeśli problemem są ludzie – wszak wytwarzają stresor – to trzeba rozwiązać problem z ludźmi, nie z przedsiębiorcą, a w konsekwencji czy aparat przemocy winien zapewniać monarsze (mając w tym interes przecież – byle czego nie jedzą) ochronę przed opresją sieci społecznej? A jeśli tak, to czy wyłącznie od roszczeń niezasadnych i kto rozstrzygnie o zasadności? A jeśli od wszelkich, to czy tylko tych wyrażanych rabunkiem i przemocą, czy może wyłącznie artykułowanych, a nawet dyskutowanych? A może nawet trzeba kontrolować co ludzie myślą i pilnować, aby myśleli poprawnie? czy można stosować przemoc, na przykład nahaje, do rozpędzenia roszczeniowców? A jak długo wolno ich gonić gdy już rozpoczną odwrót? A czy wolno karabinem? A minami? A czy można im zbombardować domy?

Przypadek Donbasu za czasów sovieckich wskazuje, że zbuntowanych górników (i niezbuntowanych też – hurtem i zbiorowo) NKWD wymordowało razem z rodzinami i przywiozło nowych.

Warto zauważyć, że jest to tylko kwestia rozwiązywania problemu ze stresorami pojawiającymi się z sieci społecznej przez pewien rodzaj przedsiębiorczości (monarchii), ale i korporacja choć bezosobowo tak czyni, politbiuro tak czyni, jest więc coś na rzeczy w kwestii uznawania co komu wolno i co jest naganne i kto to może zganić. Pytania jakkolwiek na kompletnym odlocie filozoficznym to sprowadzają się do bardzo prostego rozróżnienia – czy po zastosowaniu danego środka będę mógł dalej czerpać korzyści ze świata i czy będzie to łatwiejsze czy trudniejsze? – bo po co sobie samemu utrudniać życie?

Co więc nam ułatwia prowadzenie interesu – nie żałujmy sobie ujawnienia naszych skrytych marzeń (nie różnią się one wszak niczym od deklaracji naszych umiłowanych przywódców). Otóż z punktu widzenia człowieka przedsiębiorczego, najkorzystniejsza sieć w jakiej może brać udział, to jest taka, w której każdy coś tam sobie produkuje (czyli istnieje pełne i produktywne zatrudnienie^^), istnieje możliwość wymiany z każdym (czyli do każdego jest krótkie połączenie, czyli jest to sieć spełniająca warunek grafu pełnego, jest więc kliką, a to oznacza, że liczba chromatyczna grafu jest równa liczbie wierzchołków, a macierz połączeń w sieci zawiera n(n-1)/2 komórek i jest rozszerzana o szerokość pasma komunikacji mnożnikami), a przy tym odległość pomiędzy każdymi dwoma wierzchołkami jest na tyle duża, iż nie mogą one sobie zawłaszczyć zasobów i dokonywać wzajemnie na siebie agresji, co oznacza, że poprzedni warunek konieczny do handlu i komunikacji jest z tym warunkiem sprzecznym. Rosja graniczy z kim chce, a chce z nikim. Ten problem sprzeczności występuje w zarobmy.se – najkorzystniej byłoby się nie ujawniać i nie wzbudzać, ale z przyczyn koniecznych do nawiązywania kontaktów trzeba wzbudzać i czasem nawet się z ludźmi spotkać, co może się skończyć zderzeniem z rzeczywistością wiodącą wprost do lochu, bo się komuś to kontestowanie może nie spodobać. Ponieważ świat w jakim działamy nie jest idealny, to trzeba znaleźć w tej sytuacji synkretycznej balans pomiędzy dwoma rozwiązaniami absolutnie sprzecznymi, sytuacja jest zmienna więc równowaga ta jest dynamiczna. Korelowanie dynamiki wymaga zasilania. Ten idealny system składa się wyłącznie z ekwiwalentnej wymiany więc nam mocy nie dołoży więcej niż sami dokładamy, co oznacza, że w tej idealnej sytuacji nie można się znaleźć, bo ona nawet nie może wystąpić, niezależnie od tego co by sobie Misesiaki wydumali. Nie jest więc idealnie.
Trzeba pozyskać moc do korelowania równowagi w takim systemie, a ponieważ od razu ujawnimy wady naszej dystopijnej rzeczywistości, to trzeba tej mocy bardzo dużo, nieproporcjonalnie do wyobrażeń, gdyż bardzo wiele węzłów wpada na to, że trzeba wyzyskiwać moc socjologiczną innych węzłów, a skoro tak, to po co w ogóle trudzić się jakimiś przedsięwzięciami innymi niż wyzyskiwanie? Przecież zbiorowość ludzka to jest taka sama kopalnia dóbr jak kopalnia, tylko dobra są już przetworzone i mocno skorelowane w funkcjonalne użyteczności. Nie żałujmy sobie więc pasożytowania i rabunku. Z tym, że cała sieć nie może tak funkcjonować – sprawdziliśmy w toku wojen, że wszyscy z rabunku żyć nie mogą, obrabowani żyć nie mają jak, co narzuca pewien nonszalancki barbaryzm w wyzyskaniu.
Pierwszą z przyczyn tego zjawiska jest kwestia ilu ludzi wpadnie na to jak stworzyć strukturę pasożytującą na sieci (w jakikolwiek sposób, czy to formalny, prawny, patentowy, religijny, emocjonalny, memetyczny, zbrojnie gwałtem i przemocą – ale w każdym razie bez ekwiwalentnej mocy socjologicznej w potrzebnych dobrach), jak te struktury rozwinie i ilu głąbów uwierzy, że można znaleźć frajerów co za to zapłacą. Takie grupy wymyślają sobie prawa jakie próbują narzucić innym, opowiadają bajki albo po prostu przygotowują środki techniczne do spuszczania manta. Niekoniecznie taka grupa jest świadoma, że dopuszcza się czynów niebu obrzydłych. Często uważają się za króla z bożej łaski i z tego wnioskują o konieczności nieekwiwalentej wymiany dóbr z korzyścią dla siebie, czy też wymyślają inną necesitę jak przedszkola, żłobki i samotne matki (które rosną na drzewach) albo twierdzą, że nikomu nic nie zabierają, bo podatek jest neutralny, albo pracują na to jakieś maszyny więc ludziom nie ubywa (a maszyny są Marsjan i oni je serwisują, i obsługują, a w ogóle to produkują je na Wenus i nam darmo przysyłają).
Drugą z przyczyn jest to, że część ludzi wpadnie na wyzyskanie nerwic innych ludzi i będą tworzyć rzeczy co prawda metabolicznie przyswajalne jako korzystne, ale nic nie wnoszące do efektu kuli śnieżnej jaką jest cywilizacja techniczna (a korzystają z jej rezultatów jak najbardziej). Za przykłady mogą posłużyć dzieła propagandowe, reklamy, narkotyki, rebranding, przekształcanie przestrzeni już przekształconej (zamiast zagospodarowanie nowej – przestrzeni brakuje?).
Trzecią jest spontaniczne i niezamierzone tworzenie rzeczy niedorzucającej śniegu do kuli śnieżnej, a czasem nawet nieco zdejmujące. Jest to spontaniczna działalność artystyczna, ale też ślepe zaułki i niedokończone projekty w tworzeniu cywilizacji technicznej – ilość broni, która wojny nie widziała, ilość bunkrów jako pomników zaplanowania obrony na kierunkach, na jakich nikt nie nacierał, jest imponująca. No i czwarta przyczyna to wprost przewaga w zaradności technicznej, gospodarskiej, handlowej sigm z tych dziedzin nad resztą. Co prawda nie uznajecie tego powszechnie za niesprawiedliwość, no ale czy to sprawiedliwe, że jeden urodził się mądrzejszy od innych i do tego miał zamożne wychowanie, dzięki czemu żyje mu się grubymi mnożnikami lepiej niż innym, a już w szczególności dysponuje niewybrednością samic pięknych i płodnych? Wreszcie dochodzimy do rezultatów tego problemu dającego opisać się liczbami: przeciętnie wydatkujemy moc na poziomie korzystnym w skali 3,5% rocznie, a materialnych efektów tego zginania grzbietu jest 0,6% i to w bardzo dużych skalach, bo jak się tak dobierze konkretne okresy historyczne i konkretne produkty, to występuje zjawisko o jakim wspomnę w tekście o inwestowaniu w spółki techniczne, że my ciągle wynajdujemy koło od nowa.
Kula śnieżna ma rozmiar więc taki jaki ma – cywilizacja techniczna to ta kula śnieżna, a udziały każdy chciałby mieć w niej takie, że ulepiony zeń bałwan sięgałby Księżyca. Rzeczywistość jest odwrotna, kula śnieżna jest jaka jest, natomiast bałwan to ten, co ma wobec kuli oczekiwania.
Z czego wynika, że aby się w takim ustroju wzbogacić dwukrotnie to trzeba
(100/0.6 – siebie = 166) osób rocznie wyzyskać i zostawić z początkową pulą z jaką wchodzili, ale można też posunąć się do działań ostrych i tych wyzyskanych wcale nie zostawiać. Wiem, że to przykre, ale całe ludzkie gospodarowanie sprowadza się do tego rozrachunku i nie ma co oceniać czy to jest sprawiedliwe, czy uczciwe, nie ma też co sobie łamać głowy czy można inaczej. Można durniom artystom zabrać pędzle, ale i oni będą z tego powodu niespełnieni twórczo, a i my będziemy smutni, że komuś żyć nie dajemy kiedy jest wyłącznie niegroźnym wariatem. Jest jak jest. O ile można czasem próbować innych wyzyskać, to już wielkim osiągnięciem jest tak pokierować swoim życiem, aby nie zostać wyzyskanym. Co oznacza, że 166 innych wyzyskanych być musi.
Operuję tu przewrotnie terminem “wyzysku”, ale do tego zaliczamy również to, że jeden ma, a drugi nie ma i nie rozpatrujemy kwestii, że pierwszy się napracował, a drugi leżał bykiem. Interesuje nas jedynie rezultat końcowy “ma / nie ma” i wynikająca z tego dysproporcja w zasobach będących w dyspozycji (bo być może “lenistwo” nie jest takim głupim pomysłem i będzie na ten temat tekst, którym sobie strzelę w kolano z tym propagowaniem rozwoju przemysłowego i rzemiosła, i poprawię w stopę).

Jeśli komuś ta liczba jakoś kojarzy się z liczbą osobników w gromadzie i jakąś taką maksymalną, przytomną liczbą znajomych jakich rzeczywiście możecie obsłużyć życiem towarzyskim w ramach socjalizacji, to nie mam na ten temat zdania, nie wiem, liczby są ciekawe, ale nie wiem czy jest sens wyciągać pochopny wniosek, że rozmiar ludzkiej gromady wypadł dokładnie w takiej równowadze, aby wyzysk miał sens. Być może, a być może to przypadek.

Warto zwrócić uwagę, że ze względu na środki komunikacji mamy trzy rezultaty:
Po pierwsze nie da się tak łatwo doić wszystkich, sigmy istnieją i każdy sobie coś tam uszczknie, więc znaczna część tego rezultatu rozejdzie się po piramidzie wyzyskujących.
Po drugie tak czy tak, ludzie mogą zareagować na memy i jakiś szaman w pięknym krawacie będzie dysponował mocą socjologiczną, mimo że jakiś cwany bankier zdąży zgarnąć obiekty pożądania i je ukryć.
Po trzecie mamy gońców, pocztę konną, telegraf, telefon, pocztę lotniczą, teleks, internet i sieć sprzedaży lokat w złoto – no bo czemu tylko 166, zrolujmy ile się da, piramida będzie droższa, ale wolumen za to jaki. Rośnie przy tym rozkurz, do tego stopnia, że pewne pozycje społeczne, mimo dysponowania ogromnymi zasobami, w rzeczywistości mogą sobie co najwyżej pomolestować pracowników i pokorzystać z wygód, ponieważ operują w izolowanych podsieciach społecznych gdzie co prawda zarabia się w 7+ cyfrach, ale i w cyfrach płaci się za pojazdy.

Podsumowując jedynkę, jakoś tak wyszło na świecie, że gdzieś tam w Kenii niby homo sapiens, a jednak pracują za darmo, gdzieś tam w chińskich koncłagrach ponoć pracują jacyś ludzie w pasiakach też za bezdurno. Gdzieś na świecie żyją też całe społeczności, które gromadzą majątek na poziomie 0.25 mUSD / homo sapka (Polska), są takie gdzie jest to wyceniane na 1m (mityczny Zachód) i proporcjonalnie tyle dorzucają w ciągu swego życia do pieca na Kapitana Państwo, gdzie wszystko się przepala na żłobki dla matek z dziećmi i tych bez także. Jest to jakaś dysproporcja i niesprawiedliwość, a przecież i w tych społecznościach rozkład dochodów nie jest homogeniczny i też są tam tacy co mają mnożniki (i w jedną, i w drugą stronę). Każdy sam sobie rozważa czy wydając owoce swojej pracy na siebie czyni krzywdę innym, na ile jest za innych odpowiedzialny, z jakiego tytułu (jeśli supliki takie przyjmuje w ogóle). Mamy takich specjalistów od mieszania w głowach i wzbudzania emocjonalnego tłumów, że ten kto sam wszystko zeżre co mu w łapy wpadło ,to łun jest złodziej, bo łun korzysta z infrastruktury co ją “wszyscy” budowali (najwięcej krzyczą Ci co gród w Gnieźnie i Wawel budowali – oni właśnie ręce robotą umęczone mają i dlatego w prawie są głos podnosić). Zauważamy jednak, że nagany ze strony bliskich na takie zachowania nie ma (o, by się nasze lemingi śmiały odezwać przy pańskim stole, że głodne być wolą, habitatów z naszej łaskawości wydanych nie mieć, z pojazdów nie korzystać – bo to wszystko łupiestwo), a nawet ze strony znajomych (przecież nie będziemy się z byle kim zadawać, jeden @Jarzabek śmiał podnieść sprawę, że durni chąsiłem kiedy się wypięli, to @rpis do dziś nie wie jak mu bana cofnąć, a sam wymierzył), a jedynie ze strony jakichś obcych, a ich zdanie jak i życie, nic dla nas nie warte i nic nas nie obchodzi.
Właściwie nie ma takiego ustroju formalnego, w którym by podniesiono kwestię, że należy się komukolwiek tłumaczyć co się uczyniło ze swoją własnością, a to z czego się trzeba tłumaczyć, to nie do końca jest własność indywidualna. Dlatego trzeba bardzo wymyślnych i bezbożnych kombinacji, aby komukolwiek stawiać takie zarzuty, że wydając owoce swojej pracy wedle własnego uznania (na swoje więc potrzeby, nawet jeśli to na jałmużników) czyni się jakiś występek powszechnie uznawany za naganny. I dlatego szara strefa może sobie istnieć i funkcjonować, bo ustroje formalne to takie plewy na wietrze, trochę to pomłóci i ślad po tym nie pozostaje. Jedyna przytomna sankcja jaka czeka właściciela źle dysponującego swoim majątkiem to samodzielne plucie sobie w brodę. Do tego oczywiście trzeba w ogóle brodę mieć, co wyklucza kobiety i Indian, Indianie “zawarli” w huku dział jakieś dziwne umowy, a kobiety zawierają takie codziennie – wystarczy dać im plastik i puścić do małpiarni.
Oczywistym jest, że jeśli właściciel owocu pracy nie chce go na coś wydać, to mu najwidoczniej to do niczego niepotrzebne, jeśli więc unika danin, to najwidoczniej nie potrzebuje on urzędnika i dobrodziejstw jakie ten mu dobroczyńca ludzkości jest gotów na niego w swym miłosierdziu zsyłać.
Ale przecież są tacy, co by chcieli wydać owoce naszej pracy na przeróżne “inne cele” – najsampierw na swoje własne.

2

O wydawaniu swoich zasobów na cudze potrzeby nieco już wspomniałem pomstując na nasze kochane lemingi nic nikomu przecież nie winne, że takimi są, jakimi ich Pan Bóg stworzył i nam jako krzyż w ziemskiej drodze do zbawienia przydzielił. Bo taki mamy pomysł w “naszej” kulturze (no może ta “nasza” to taką łagodna nie była i się ofiary z ludzi zdarzało składać), że Ci zaradniejsi, mądrzejsi, mający więcej szczęścia od innych, powinni chcieć zadbać o swoich krewnych, a nawet i innych jeśli aż tak dobrze im darzy. Nic ten pomysł przecież ludziom zaradnym i pracowitym nie wadzi, toć przecież nic na ten świat nie przynieśliśmy i nic z niego nie wyniesiemy, nie szkodzi więc jeśli czasem karczmarzowi przepłacimy, bo przecież Żyd to imigrant pracowity choć swoje za uszami ma i po to go Pan Bóg na tym świecie stworzył, żeby karczmę prowadził i po to Żydom Niemców stworzył, aby ich w lichwie poskramiali. Wydajemy więc na jałmużników (po to przecież pod kościołami klęczą, nikt przed siedzibą Partii czy budynkiem państwowym na jałmużnę nie liczy), wydajemy na piękne panie (bo choć one skore z własnego uniesienia, to jednak nie wypada aby gołe i obdarte się po ulicach szwendały), wydajemy na naszych kochanych szalikowców (bo przecież kto by lepiej hasła patriotyczne wznosił), Kontestacji czasem nie pożałujemy (bo to przecież też ludzie, choć naiwni). No ale to my wydajemy i najlepiej wiemy ile, komu i czasem nawet lepiej wiemy na co, to i matkom pociech naszych sprawia się jakie siedziby, co by kura grzędę miała i sobie nie krzywdowała. Obowiązku niby takiego nie ma, no ale co to komu szkodzi, że się tam wyda i na Kapitana braknie?
A tak, jest jeszcze Kapitan koncłagru, ten to ma oczekiwania, ale jakoś na jego potrzeby wydawać chętnych nie ma i słusznie ma deficyt, z czego powinien wywnioskować, że złym jest sługą, że ze złym towarem się wystawił i nikt kto ma jaki towar i usługi tego szajsu nie chce i za to nie zapłaci. No ale Kapitan jest wzbudzany decyzjami emocjonalnymi tłumu, co mu krzyczą “pisz ustawy”, tak jak mnie “pisz bloga”, ale jak się zajrzy do kasy bloga (297,98 EUR od samego początku nażebrane, a tam dwa nazwiska się przewijają na zmianę i wiem że jedno z takiej uczelni gdzie tam “dla cywili” fundacja grasuje, to ja sobie z tego wnioskuję naiwnie, że to ja jestem ten cywil, którego tak umiłowali; no a @rpis już się wyeksplikował, że 60 EUR wyda na jakie narzędzie co mu tam robotę ułatwi, ale mu się widać chciało coś porobić darmo i już nie potrzebuje wydawać i to takie jest dla Jaśnie Wielmożnych Panów sprawozdanie na co my przepuszczamy to co wydajecie na nas; najbardziej to się z tego wszystkiego cieszy @rpis, bo ktoś tę całą robotę docenia, mniejsza o kwotę, @rpis lubi słupki odwiedzin i te wpłaty, bardzo Go to na duchu podtrzymuje, a ja bardzo lubię się na różne mało ważne tematy poprzekomarzać z dyskutantami) no to jak się tam zajrzy, to jasno widać, że nie tylko Kapitan ma ciężko z deficytem, ale Kapitan może mieć deficyt, a my takich luksusów nie zażywamy. Ot, widać ciężki jest los jałmużnika z nie dość tęgą lagą.

Jakkolwiek wymyślono kilka konstrukcji opisu naganności takich działań jak wydawanie swoich owoców pracy na cudze potrzeby. Pierwszą taką niby społecznie uznawaną za naganną czynnością (w naszym kręgu kulturowym) jest zapraszanie pijaka na kielicha, dawanie ćpunom na narkotyki i podobne praktyki. Podejrzewam, że to dlatego, iż powszechnie panuje opinia, iż pogarsza to i tak już złą kondycję cierpiącego na te dolegliwości w jakie sami siebie wpędzili, choć wypada mieć na uwadze, że z przyczyn metabolicznych jedni łatwiej wpadają w takie pułapki, a inni wykazują większą oporność – no tacy się po prostu rodzą, a innych rozrywek widać nie zaznali. Nie spotkałem się jeszcze z przypadkiem, by ktoś pięknym paniom zarzuty stawiał, że kuszą seksoholików, no ale to kobiety tworzą szum informacyjny w komunikacji społecznej i to kury słychać jak gdaczą, więc czemu miałyby gdakać na koguta?
Istnieją też formalnie i społecznie ganione zachowania, takie jak podpisywanie volkslisty, współpraca z Urzędem, współpraca z najeźdźcą i podobne, w których to generalnie chodzi o to, że wydajemy zasoby (choćby w formie usług lub danin) na potępianych, aby za te środki krzywdzili potępiających. Bo taki jest już los ludów durnych i bezbronnych, że jedynie złorzeczenia im pozostają wobec silnych i zaradnych. Jednym z wariantów takiej nagany jest potępianie zbiórek na działalność terrorystyczną i nawet formalnie to przeróżne banki, urzędy i inne gangi ścigają, że daniny na samoloty co bombardują ludzi są dobre, a daniny na tych co wracają oddać to są złe i próbują nas w ten konflikt zaangażować, bo tych co wpłacają z przyczyn religijnych i społecznych nie sposób już przekonać żeby robili inaczej, gdyż oni na własne potrzeby wydają i w swoim interesie. O, tutaj mamy ciekawy przypadek, że większość działań obejmujących zwalczanie terroryzmu w Europie nie dotyczy wcale czarnej i zielonej flagi żeby łune nas asymetrycznie nie penetrowały, a zwalczanie katoli i chrześcijan drugiego sortu (co drogę zgubili i trzeba ich na powrozie do KK sprowadzić), którzy to za działania odwetowe zgodnie ze słowami Urbana Drugiego się biorą. No to w ogóle jest koncepcja bezpieki, która broni nas przed wymierzaniem kary naszym winowajcom – no to na co nam taka bezpieka? To lepiej nie mieć żadnego państwa niż takie. Innym wariantem formalnym (ale społecznie mającym nikłe poparcie) jest udzielanie wsparcia wyjętym spod prawa, no takim co podpadli władzy formalnej i łapsy są na nich bardzo zawzięte. Nawet są jakie kwiatki jak art. 239 kk, że nie możemy przekazywać zasobów jakich chcemy i komu chcemy, bo nas Kapitan za to sponiewiera. Oczywiście nasza opinia o tym, że spragnionego napoić nie ma dla Kapitana bezbożnika jakiegokolwiek znaczenia, bo to tak się właśnie kończy swobodne dysponowanie zasobami jak władcą zostaje się z woli ludu pochodzącego od małpy, a nie z pomazania.