Wszystkie ręce pod dach

Rynek w każdym czasie jest skończony – w przyszłości oczywiście może być większy, ale w danym momencie jest jaki jest i żaden inny. Pewne zasoby da się wydrenować z ryku do tego stopnia, że ich rozproszenie nie pozwoli na ich dalsze, ekonomicznie efektywne pozyskiwanie. W toku rozwoju różnych działalności człowieka zawsze w proporcjach niezbędnych do sukcesu dóbr jest ile jest, ale jakiegoś jest zauważalnie mniej na tyle, aby jego brak był ograniczeniem. I wtedy się to dobro substytuuje.
Przeszliśmy już kilka takich huśtawek: najpierw problem był z rozrachunkiem – PM w postaci metali szlachetnych ma pewną właściwość wynikającą z ilości będącej racjonalnie niepodzielną (nie operuje się żetonami mniejszymi od 0.2 grama kruszcu – w żadnym okresie historycznym nie wystąpiła mniejsza jednostka obrachunkowa niż waga ziarna powszechnie dostępnego zboża) – tą właściwością jest oszałamiające tempo cyrkulacji, co oznacza wręczanie drobnych sum za każdą czynność – otwarcie drzwi, przeniesienie bagażu, przekazanie wiadomości ustnej. Co ciekawe, istnieją do dzisiaj gospodarki pewnych dość peryferyjnych ludów, ale handlowych, które w taki sposób bytują – i bytują w biedzie (w naszym rozumieniu), ponieważ PM wyklucza akumulację kruszcu w dużej skali (w takiej jak my dziś rozumiemy stan aktywów dla jakiejś globalnej spółki). Po prostu w takim rozliczeniu, gdzie emitentem jest Stwórca, a mincerzem każdy kto wykopie, nie ma ani potrzeby akumulacji, ani nie da się tej akumulacji racjonalnie wyzyskać manipulując podażą. Był to poważny problem i zawsze obchodzono go kwitami na złoto, co zmniejszało tę szaloną prędkość cyrkulacji (która była problemem gospodarczym), ale doprowadzało to 1:166 – co jakiś czas dochodziło do zatorów płatniczych, rzeczywiste stopy procentowe na PM są zazwyczaj trzycyfrowe (tak wykazała praktyka z kilku tysiącleci) i zanim ktoś zdążył się wytłumaczyć, był licytowany.
Potem brakło żywności, potem koni, potem kompetencji, wdrożono szkolnictwo, potem administratorów, potem kadry zarządzającej – każdy problem rozwiązaliśmy i zaraz trafialiśmy na następny. Tak nieco przed naszymi czasami wynaleziono między innymi tranzystor i pojawiła się cała nowa dziedzina – elektronika, a co za tym idzie IT. Jak to ma działać to matematycy knuli już w XVIII wieku, a masowo w XIX tylko brakowało materialnego obiektu wykonawczego. Gdy byłem mały, czterobitowe komputery w domach to był wielki wypas, a czołgi jeździły po ulicach. Dziś zaparzacz do kawy ma więcej flopa w dyspozycji niż wtedy superkomputer. Ale ten przemysł potrzebował ludzi, inżynierów, techników aby wykonać te elementy materialne, oraz całej masy matematyków o specjalności IT, żeby to zaczęło działać. Rozwiązaliśmy ten problem – prawie wszyscy ludzie z jakimikolwiek śladami braku odchylenia w dół zajęli się IT, a Ci bystrzejsi elektroniką. Ale ludzi było ilu było – Ci co tam poszli, w innych branżach się nie objawili. Dęba stanęła budowlanka i ceny nieruchomości pofrunęły tak, że dziś na wykresach sprzed stu lat się nie mieszczą (są ludzie, co kupowali swoje mieszkania za kwartalne wypłaty – bardzo dawno temu – dziś są emerytami z nieruchami o wycenach na 120 lat hipoteki^^), dęba stanął przemysł motoryzacyjny (chyba tego dzisiejszego złomu co ma gwarancję na kilka lat nie ma co porównywać do W123, który był dotarty kiedy to dzisiejsze nie ma już prawa jeździć), przemysł chemiczny, maszynowy, okrętownictwo – wszystko nieco zadyszki dostało. Dostała zadyszki też edukacja w tych branżach, ponieważ nasz model kształcenia (pomijając wstępny przesiew na nieogarniętych tumanów i takich, co jest im w ogóle sens dać co do czytania) jest typowym algorytmem dostarczającym Wielkie Mnóstwo. A dostarcza dlatego, że zawody wymagające najwyższej jakości sigm dobierane są do osobników tak, iż pcha się tam mnóstwo ludzi, którzy nawzajem się pozagryzają i ci co się wygryzą na szczyt to są najlepsi. W polityce, lewie i zarządzaniu być może się to sprawdza. Ale w pozostałych segmentach z tytułów “naukowych” zrobiło się pośmiewisko. A tam, gdzie są poważne sprawy z materialnymi rezultatami, to natychmiast cały ten pomysł rozgoniono i nie dopuszczamy do narzędzi ludzi, którzy nie okazują się dość przytomni, aby ich nie popsuć. Swoje mogą psuć jak sobie kupią. Kształcenie kadr w tych branżach polega na przekazywaniu kompetencji następnemu w łańcuchu wiekowym, w przybliżeniu 15 latka uczy 20 latek, jego 25 latek, jego 30 latek i tak cały łańcuch do samego drzemiącego w kącie dziadka, który jest w stanie odpowiedzieć na pewne praktyczne zagadnienia i przypomnieć, jak doprowadzono do tych rezultatów z poziomu wiedzy, kiedy on miał lat 15. Dlatego gospodarka gania w kółko po dwa razy w takim 70 letnim długim cyklu gospodarczym i regularnie od nowa wynajdujemy koło (tak – płacicie podatki, aby szły dotacje na wynajdowanie od nowa tych samych rzeczy jakie były wcześniej znane, tylko zerwał się łańcuch przekazywania kompetencji; 1:166 się kłania – nie trzeba kraść, samo się gubi). Wszystko działało świetnie, jeśli podaż ludności dostarczała dubla uczniów w każdym kolejnym cyklu, a ludzie pracowali do czterdziestki – jak zaczęli do 60, a potem do 70 lat to dlatego, że brakło u dołu piramidy uczniów. A brakło ich dlatego, że rosnąca liczba branż ich zasysała. Zaczęły pojawiać się nieciągłości, najpierw nie co 5 lat był nowy pracownik, a co 7, potem co 10, potem co 15, a potem to już w ogóle nie była piramida, tylko bardzo cienka sztafeta i przekaz 1:1 w łańcuchu co 20 lat. Oczywiście razem z automatyzacją, więc obciążenie fizyczne spadało, ale na podłodze z łańcucha 1+2+4+8+16 itd. zostało 1+nic+1+nic+nic+1. Ale oczekiwania finansowe i proporcja zarobków nie drgnęła – ten dinozaur na górze dalej zarabia rząd wielkości więcej od tego na dole. Z tym, że ten na dole po pierwsze nie ma się od kogo uczyć, po drugie nie ma kiedy, ponieważ musi wykonać liczbę czynności przypisaną dołowi łańcucha 1+2+4+…(+*2), a po trzecie łańcuch wytwarzający dobra materialne też jest tak wydrenowany (bo przecież nie ma nic bardziej potrzebnego niż zatrudnienie 9/10 ludzi w IT przy animacjach, filmach, XXX, kotkach z wielkimi oczami i grach – no efektywniej się gospodarki zrobić nie dało? – no tego ludzie chcą, za to płacą – jakby gamonie nie miały zasiłków, to by się ta alokacja dawno wykoleiła i przestałby płynąć sygnał, że trzeba to produkować). Weźmy sobie jakie materialne dobro, złośliwie – dom. Otóż wydrenowany o rząd wielkości łańcuch produkujący “dom”, przy braku spadku liczby konkurentów o “dom” (wszak ci co nie budują to dlatego, że pracują w innych branżach) && przy proporcji zarobków o rząd wielkości różnej od dinozaura powoduje, że młody człowiek rozpoczynający pracę, przy swoich zarobkach może kupić dom jaki zbudowałby w rok przyobiecując swoje dochody gdzieś tak z pomiędzy stu a tysiąca lat, co oznacza, że większość mieszkańców planety nie ma w ogóle szans na “własność”. To nie jest żaden problem, bo i tak żadnych szans nie mieli, ale sobie sami budowali substytuując drogie łańcuchy dostaw i jakoś tam sobie bytowali, a tutaj silnym impulsem odciągnięto ich do jakiej wirtualnej roboty i konkurowania z całym światem o to, kto klepnie w klawiaturę taniej.
Handlowcy w takiej konkurencji ze zautomatyzowanym handlem w internecie najpierw pozamykali sklepy, a teraz to już ciężko znaleźć głupiego, co by z zapałem dzwonił do klientów bo “wszystko jest na ebaju”. Zresztą po co miałby w ogóle iść do pracy, skoro może sobie za to najwyżej odpalić po pracy laptopa w pokoju u rodziców? To przecież bez pracy też można nawet zbliżając się do czterdziestki – nie żałujmy sobie.

Co oznacza, że pozrywane łańcuchy kształcenia kadr technicznych sprawiły, że z każdą dekadą jest coraz większe ssanie na tego dziadka co przysypiał w kącie, tylko że nie istnieją schody prowadzące na tę pozycję. No, chyba że ktoś albo się nakombinuje przez dekadę czy dwie, albo wyniesie to z domu, gdzie miał cały łańcuch pod ręką swój własny, albo jest genialnym samoukiem. Pierwszych i ostatnich to można uznać za błąd statystyczny, a tych w środku to łatwo policzyć, z tym że oni zazwyczaj dziedziczą firmy i wiedzą co mają robić, zanim rynek zacznie ich zaczepiać. Ich żaden plan biurwy nie interesuje i żaden dodruk z banku centralnego ich nie porwie na dłużej. A ponieważ produkty materialne stały się takim rarytasem, że znowu wzbudzają pożądanie, to zaczęto się licytować ile kto da za taki łańcuch, co umie zrobić nowe produkty. No takie łańcuchy są, ale to rarytasy i niedobitki, tam gdzie silnoręcy utrzymali ministerstwa finansów za mordę, że broń kupuje się własną i nie pyta ile kosztuje – dopłaci się z jej eksportu. Dzięki temu wyniki finansowe spółek zbrojeniowych są takie, jak producentów papieru toaletowego i masła, no ale armaty są zamiast masła. To bardzo istotne – zamiast, bo tych specjalistów nie ma w innych branżach, kiedy są w tej. Bilokacja nie funkcjonuje w takiej skali.

Rozwiązaliśmy każdy problem – finansowanie jest (NIRP), maszyny stoją na magazynach – brać wybierać – Chińczyk dośle, surowiec tani tylko robić ni ma komu. Ponieważ rynek w każdym czasie jest skończony i nikt przytomny nie otworzy firmy, nie kupi maszyn, nie stworzy łańcucha sprzedaży, administracyjnego i kontrolnego, żeby sobie tak amuzo istniał, kiedy kształcenie kompetentnego pracownika zajmuje 25 lat i jest gotowy zazwyczaj koło 40-45 lat. Nikt przytomny też nie pójdzie się kształcić spodziewając wyników koło 40-45, skoro on domu potrzebuje do chowania dzieci w wieku 20 lat, a potem to on już nie ma potrzeb i całujcie go wszyscy w… Były pewne spory na ten temat na blogu IT21, otóż padło tam przytomne stwierdzenie, iż do każdej produkcji pracownika da się przeszkolić. I to twierdzenie jest racjonalne, z tym że pracownik musi w ogóle istnieć (ktoś tam go musi urodzić i czytelników po “nowoczesnych” szkołach uświadamiam, że płcie są dwie, a dzieci rodzą wyłącznie panie -niezależnie od tego co tam za bzdury wygaduje ta pochodząca od małpy Senyszyn). No ale przyjmijmy, że istnieje, tylko ma niższe kompetencje – wtedy czas nauki można skrócić, to nawet racjonalne, że szukamy kogoś kto ma już jakąś bazę wiedzy i praktyki, z tym że… i tutaj wychodząc z pułapki znowu w nią wpadamy – zabieramy tego człowieka z jakiejś innej, również potrzebnej części produkcji dóbr materialnych. To znaczy, że uwzględniając starzenie się ludzi i ich odchodzenie z jakiejkolwiek wytwórczości, a małą podaż do każdej branży mamy grę o sumie ujemnej. I owszem – możemy zaoferować pracownikom złote góry, a bank centralny nam te złote góry wydrukuje, z tym że produkcja materialna będzie dalej taka sama, najwyżej będzie nieco inna i (oczywiście!) decydenci liczą na to że lepsza, ale przeciągnięcie pracownika o oczko wyżej w kompetencjach podnosi mu zapłatę zauważalnie, tak że po przejściu 8 oczek jest ona o rząd wielkości różna od startowej przy pozostawaniu na tym samym poziomie hierarchii ładu korporacyjnego, czyli szeregowego robola. Bo przecież nawet samodzielnie obsługujący całą halę maszyn dinozaur jest de facto szeregowym robolem, po prostu ma gigantyczne zarobki.
W praktyce wygląda to tak, że gdybym chciał “podnieść poziom” i zaproponował jakiej polskiej firmie (nawet mam takie na liście) produkowanie czegoś hajtek, co jest możliwe przy ich parku maszynowym (choć pozostaje poza praktyką kompetencji, ale jest jakoś tam wyobrażalne gdyby ktoś im to wdrożył), to konsekwencje będą takie, że oni przestaną produkować to co produkowali do tej pory. To znaczy, że to coś nagle poszybuje z cenami w górę i raczej nie będzie fabryki substytuującej już tak prostą produkcję – po prostu ślad po produkcji nie zostanie ani nie zostanie nikt, kto by przekazał kompetencje, bo oni już przecież je skonsolidowali w fabryce. A nawet gdyby ktoś od razu wpadł na to, żeby ich substytuować, to jego trzeba będzie też i ten łańcuszek gdzieś na końcu jest urwany pomijając przechodzenie tych ogniw w czasie i nieudane podejścia do zajęcia pozycji rynkowej. Oznacza to, że gdyby podejść do sprawy formalnie, to “kupujemy” od nich park maszynowy na nowy podmiot, przenosimy do nowego podmiotu tych pracowników, którzy nam się przydadzą (czyli konsolidujemy najwyższe kompetencje a młodych zostawiamy na lodzie i oni prawie na pewno porzucą zawód i poszukają innego, bo ciągle potrzebują łańcucha +*2 aby się w nim wspinać) no i oczywiście kontrahentów zostawiamy z dzieckiem wśród opadającego na hali kurzu. Ani nie mają już komu dostarczać swoich półproduktów, ani odbierać komponentu z produkcji – sobie mogą zorganizować wszystko nowe, no i to trochę kosztuje. Od czasu do czasu jakieś ostre przekładanie wajchy w gospodarkach robi taką demolkę i po tym bajzel jest okrutny, a na ulicach ludzie z transparentami, że się zbulwersowali “po co psuć kiedy działa!”. W kilku krajach znajome dinozaury przeprowadziły takie manewry, albo kładł na to kasę bardzo duży kapitał (USA i Chiny), albo “państwo” (Korea Południowa akurat). Odessali specjalistów z najwyższego poziomu obróbki narzędziowej, średniego z obsługi linii, kadry zarządzające, a w rezultacie wyszły firmy zatrudniające x30, x60 i x6 pracowników (w kolejności krain wymienionych przed chwilą) w stosunku do tego, co jest wzorcem i niezdolne substytuować zadanej produkcji z 30 letnim przynajmniej opóźnieniem. Co oznacza, że wypchnięto do nich prostsze i tańsze produkty o nieistotnej już dziś wartości dodanej, natomiast skupiono się u źródła w produkcji hajteku, który tamci i tak muszą sobie zamówić, bo nie są w stanie skopiować procesów po dinozaurach właśnie dlatego, że jeszcze nie są dinozaurami. I nie będą – bo do pozyskania dinozaurów przemysłowych tak jak deep state’u z poważnymi siłami trzeba sztafety pokoleń – na kamieniu się nie rodzą.
Chińczycy oczywiście mają ten numer rozpracowany, więc przysyłają czeladników prosto do źródła i nie pytają ilu ludzi trzeba zamknąć w obozach, żeby za to płacili mirabelkami i szczawiem.

Ale i święta matka korporacja też walczy!

I ma rozwiązanie. Skoro gra jest o sumie ujemnej, to racjonalnie jest tak spaprać wszystkim $ds, aby w ogóle nie byli w stanie grać i spalili rynek. Czyli należy zrobić ucieczkę do przodu i skonsolidować u siebie całą produkcję, zanim inni powykupują poddostawców i rozniosą rynek dla produktów wysokich technologii. Oczywiście każdy w swojej skali:

“A nam czy siedzieć cicho? Gdy wielki wielkiego
Będzie dusić, my duśmy mniejszych, każdy swego.”

Firmy przeprowadzają gwałtowne konsolidacje pod własny dach, kończy nam się kolejny cykl globalizacji i będzie niebawem bałkanizacja łańcuchów. Ma to poważne konsekwencje dla zdobywania i przekazywania kompetencji w klastrach produkcyjnych oraz poza nimi – wytworzy to bardzo ostre kontrasty i faktyczne bariery w przepływie kompetencji. Bariery jak zawsze jednokierunkowe, na wypadek gdyby jakiś rzemieślnik “z bagien” osiągnął mistrzostwo graniczące ze sztuką, ale masowego odpływu rzemieślników nie będzie, dopóki dwa kolejne pokolenia z braku udziału w łańcuchu importu nie wytworzą tych rzemieślników. A wytworzą, ponieważ brak zdolności do kompensowania importu wymusi substytuowanie drożejących dostaw. O, to pewnie niektórzy z tego wyczytają, że będzie produkcja i będzie praca – będzie, ale z biedy, a nawet z nędzy. To żadna wada być żebrakiem w City – ale być przedsiębiorcą w Kongo, to może nie być zdrowy interes.

Jest taka bajka, że jak nie ma podaży do jakiegoś zawodu to płace tam są za małe, bo gdyby były odpowiednie to by ludzie się nagle znikąd pojawili. Tylko że jeśli wymagamy, aby dawali materialny rezultat tej pracy, czyli dowód swoich kompetencji, to to “znikąd” staje się dosyć konkretnym obszarem pozyskiwania specjalistów.

Konsolidacja łańcucha polega na wdrożeniu pewnej szczególnej przytomności istotnej dla gry o sumie ujemnej (grę o sumie ujemnej ludzie zazwyczaj nazywają wojną, może to być wojna handlowa, o rynek, ale pewne jest, że suma wyników na końcu gry będzie niższa niż suma wejściowa, gramy więc o straty przeciwnika wyższe niż nasze własne; niekoniecznie musimy te straty mu zadać – wystarczy pozwolić przeciwnikowi na szarpanie się z otoczeniem i popełnianie błędów). Ta przytomność polega na tym, że jeśli specjalistów ubywa (bo się starzeją), a jedynych nowych kształci się na podłodze firm (a przecież nie zatrudniamy nowych, bo nic nie umieją na tyle, aby ich w krótkim terminie wdrożyć – przypominam, że jesteśmy po 30 latach spadków nakładów inwestycyjnych w przemyśle – albo coś daje zwrot od razu, albo nie jest godne “inwestycji” przy obecnej, ujemnej nominalnie cenie kapitału vs inflacja rzeczywista) i skoro jest ich coraz mniej, to jeśli odessiemy ich z rynku, zablokujemy rynek lobbingiem (patenty, certyfikaty, pozwolenia, licencje) to liczba konkurentów na konsolidującym się rynku (mały liczy na to, że duży kupi go drożej bo ma bliskie dojście do drukarki) będzie malała, co w odległej perspektywie pozwoli na oligopol, a może i monopol na rynku. I to nie monopol wynikający z aparatu przemocy, a materialny wynikający z niezdolności rynku do substytuowania produkowanego dobra w oczekiwanej jakości i scaleniu (będzie tekst o scalakach, ale nie elektronicznych). Materialny monopol jest co prawda krótkotrwały, ale zapewnia taki zastrzyk zasobów na początku nowego długiego cyklu, że wiele starych rodów przy tym powstanie. I na tym polega przenoszenie wartości pomiędzy dużymi cyklami gospodarczymi (czyli przejścia w szyku zwartym przez transformację aparatu przemocy, politycznego, rozrachunkowego i łańcuchów dostaw).

Łatwo napisać, ale w praktyce jak to zrobić… żaden z obecnie kształconych “speców” od zarządzania nie ma na ten temat jakiejkolwiek wiedzy wyniesionej z uczelni, ponieważ ludzie, którzy w ogóle mieli kontakt z praktyką takich działań w Europie i mogliby tę wiedzę przekazać mają obecnie ponad 90 lat. A z przyczyn obiektywnych wymagających pewnego wieku i przytomności w biznesie, to żeby byli zorientowani musieliby mieć koło setki. Coś tam sobie rekonstruujemy z tego jak to się robi, z tego co popisali dawniej przedsiębiorcy w niskonakładowych publikacjach, no i co przekazują nam teoretycy trzymani na uczelniach państw poważnych i uzbrojonych po to (tam trzymani), aby był ktokolwiek, kto chociaż wie, w czym trzeba się orientować w takiej sytuacji. W sytuacji gry o sumie ujemnej. Po bardzo długiej gonitwie wykresów w górę na sumy dodatnie i u szczytu cyklu neutralne. Oczywiście wszyscy czują, że skończy się to na bagnetach, ale akurat ten aspekt pomińmy, skupmy się na krajach oddzielonych geograficznie, gdzie jest nadzieja, że znowu uda się szwajcarskim swędem jakoś w górach, na wyspach czy za morzami przeczekać grubszą awanturę i zachować przemysł oraz ciągłość kadrową bez uszczuplania potencjału militarnego jaką konfrontacją.
Czyli samą bijatykę omijamy.
ŚMK ściąga więc do siebie specjalistów z branży – ale nie tak jak do tej pory (tylko w swojej specjalności), ale też z całej obsługi równoległej (serwisantów, podwykonawców, poddostawców) razem z maszynami i jakimś ułamkiem ich produkcji. Pytanie, ile to kosztuje powoli staje się mało istotne, właściwie jest to kwestia pomijalna. Oraz ściąga ludzi z kompetencjami wejściowymi do kształcenia w danej branży (też specjalistów odessanych z innych branż pokrewnych). Ponieważ tego wszystkiego jest jak na lekarstwo, a bardzo demoluje to łańcuchy (zaczyna spadać produkcja “dla ludności” – pro civili^^) to jest oczywistym, że kierunkiem jest konsolidacja w kombinat, który i tak w przypadku W będzie nacjonalizowany w taki czy siaki sposób, ponieważ utrzymanie tak “naprężonej” alokacji (odchylonej od luźnej pozycji na swobodnym rynku, czyli działaniu dla klienta mającego środki wymiany, a nie w interesie dostawcy surowca) nie jest możliwe przy dobrowolnym rozrachunku. A utrzymanie nieproduktywnej alokacji na bagnetach na dłuższą metę jest nie do podtrzymania jakimikolwiek stresorami. Oczywiście można sobie wyobrazić stworzenie zapasów na taki krótki (siedmioletni), agresywny cykl, i nie żałujmy sobie – wyobraźmy – jest to równowartość w złocie Waszych obecnych wydatków przez siedem lat zachomikowana na wypadek W. Jak już sobie ktoś wyobraził taką górę surowców (nie żeby zaraz złota, bo ono tylko do zobrazowania kosztu, ale węgla, stali, ropy, odczynników chemicznych, szkła, butów, krzeseł, wiertarek, kluczy, opon, dętek, łyżek do koparek) to oczywiście wie, że jest to nierealne. Dlatego 2WW trwała tak krótko, ale była tak intensywna – gdyby stronom udało się przeciągnąć status quo jeszcze ze 2-3 lata, to trzeba by negocjować jakieś modus operandi jak za 1WW prowadzącej do powtórki w drugiej. Warto zauważyć, że 1WW była prowadzona przez gospodarki o swobodnym rozrachunku i dobrowolności udziału w łańcuchach dostaw, 2WW już nie – taki wysiłek przez tak długi czas był nie do utrzymania w warunkach ujemnej sumy gry, grano więc o to, kto ostatni ustoi na nogach.
I to dokładnie robią korporacje wykupując MiŚie na potęgę. Kto będzie w stanie “sprzedać” się większemu przed “dniem sznura” i zająć miejsce w konsolidowanym przemocą łańcuchu dostaw, aby mieć szansę przetrwać i skorzystać z pozycji monopolistycznej po przejściu przez wąskie gardło gry o sumie ujemnej, ten przynajmniej zachowa jakieś tam formalne stanowisko “szefa swojej firmy” w ustroju przymusowym i później. ŚMK oczywiście prokuruje bajki o tym, że celem są zyski, wyceny akcji etc., ale każdy kto kończył jaką ekonomię czy zarządzanie ma dość pojęcia, żeby się połapać, iż ściąganie pod swój dach produkcji podwykonawców i obniżanie wolumenu to strzał w kolano obowiązujących wskaźników, a ściąganie do siebie specjalistów, ciągu edukacyjnego i badawczo rozwojowego razem z badaniami podstawowymi to strzał w potylicę i to z armaty. Przecież gdyby miała trwać gra o sumie dodatniej, to trzeba by to wszystko outsourcingować, zamawiać u poddostawców, ciąć koszty, wypychać prostszą produkcję do gamoni, a nie ściągać do siebie, żeby pedanci rozczulali się nad małoskalową produkcją. Celem jest przetrwanie, a potem – jakoś to będzie, będą się martwić następcy. Przetrwanie nie tyle firmy, co udziału w łańcuchu coś wytwarzającym, ponieważ Ci co nie będą w stanie dostarczyć czegoś, za co warto ich okryć kołderką, zostaną na mrozie. A w grze o sumie ujemnej kołderka robi się coraz krótsza.

Jest taka bajka, że podaż waluty nakręca gospodarkę, ponieważ pojawia się środek wymiany – taka funkcja magiczna waluty “środek wymiany” i ma “gwarancję” Kapitana, że będzie dalej przymuszał, by ktoś to na coś zamienił – i tak wszyscy wiemy, że na coraz mniej, bo Kapitan to owszem, może dobra pozyskać bez problemu zamykając właścicieli dóbr w gułagu i rozporządzając jak swoim, no ale mamy ten magiczny pśp. Z tym, że każdy z Was może wystawić równie dobry papierek, istotny jest jednak ten, co taki papierek ma przyjąć – przyjmie albo nie przyjmie. Tym się różni waluta od PM, że może jej być ile kto w Zimbabwe zechce, a nadwyżki trzymane są na umarzanie przyszłych zobowiązań z nadzieją, że będzie ktoś chętny coś nam dać i będziemy mu zobowiązani. W “zeszycie” więc tuzy giełdy mają hopsztyliony euralów. Ale niech no tylko spróbują to wydać, to się dowiedzą jaka jest głębokość rynku oraz ile kosztuje upilnowanie zakupów^^

Może paść pytanie dlaczego tak, a nie siak jest to zorganizowane w długim cyklu. W małych cyklach mamy bankructwa podmiotów na rynku, odtworzenie produkcji po bankructwach przy braku spadku liczby ludności wymaga albo gwałtownej podaży młodych (do pracy) i dzięki temu można przyobiecać w systemie rozrachunkowym tyle, aby utrzymać wpływy (władzę – zdolność do manipulacji podażą rozkazu zapewniającego zysk wykonawcy rozkazu), albo w warunkach braku przyrostu demograficznego (powiedzmy w warunkach płaskiej, starzejącej się demografii) taki gwałtowny przyrost wydajności, aby po przeliczeniu na głowę i tak było co obiecać – rozwój elektroniki i informatyki zapewnił nam spełnienie obu warunków: po pierwsze rozwój i przyrosty wydajności w tych branżach były gwałtowne (a wdrożenia tanie), a po drugie pozwoliło to zassać usługi populacji z krajów ludnych, a odległych bez transferu samej ludności (IT) – i nie spierajmy się o jakość – jakoś to działa, może nie najlepiej, ale Wielkie Mnóstwo jakoś sobie radzi (z tym, że też doszliśmy do ściany). W każdej kolejnej serii bankructw dochodzi do coraz większego “naprężenia” alokacji w utrzymanie władzy (czyli trzeba przykładać coraz większą siłę do utrzymania “linii partii”), aż do 2008 roku, kiedy bankructwa były tak masowe, że szarpnęły samym systemem rozliczeniowym, więc zakazano bankrutować (TBTF). Podtrzymanie tego stanu wymagało przyłożenia olbrzymiej siły, a to oznacza, że zabrano tę siłę z innych sektorów. Obecnie 1/3 – 1/2 całego wysiłku populacji “pracującej” sprowadza się do nadzorowania populacji pracującej, czy się nie leni i nie bisurmani. Na początku długiego cyklu normalny wzrost gospodarczy wynosi około 15% rocznie, na końcu jest zazwyczaj niemierzalnie ujemny (nie wiemy, co właściwie mamy wskazać jako wzrost przy horoskopach dla psów wymienianych w usługach na fryzjerstwo dla kotów). Oczywiście kto może, to z takiej gospodarki się wyklucza (bisurmani się) i bierze udział w szarej strefie. Powoduje to gwałtowny wzrost wydatków populacji “pracującej” na dozorowanie wytwórców, ale stan takiego wydatkowania mocy nie jest możliwy w dłuższym terminie (dozorujemy niewolników aby zabrać im owoce pracy, jak niewolnicy nie pracują to marny los karbowego) i w rezultacie utratę zdolności do operowania w przestrzeni gospodarczej (odcięcie wpływów “władzy formalnej” od łańcucha dostaw). Ponieważ i tak jest to gra o sumie ujemnej i elity doskonale o tym wiedzą, to konsolidują resztki tej jawnej gospodarki za wszelką cenę, aby w nowym rozdaniu, kiedy podzielą się wszystkim ze wszystkimi (każdy swą część otrzyma strat), móc natychmiast i gwałtownie, na fali wzrostów i odbudowy zrekonsolidować wpływy, tak by one w kolejnym cyklu nie przebiegały po nowych, “odprężonych” liniach dostaw. Bo jakiekolwiek by nie były łańcuchy dostaw, trzeba będzie dostarczać “coś”, a ten kto przetrwa ze zdolnością wytwarzania “czegoś”, będzie musiał w łańcuchu być uwzględniony i będzie z tej pozycji mógł się rozpychać łokciami. Ten manewr niemieckojęzyczne elity przeprowadzały już wielokrotnie w ciągu ostatnich kilkuset lat. Zawsze jakoś tak wychodzi, że gospodarka niemiecka po jej kompletnym zdemolowaniu nagle w kilka lat po zrównaniu jej z ziemią wypluwa gigantyczne ilości produktów, jakich sąsiad nie jest w stanie z siebie wykrzesać i po półwieczu. W długim cyklu bankrutuje cały system – cóż to szkodzi, że firma upada i nowa będzie produkować co innego, skoro rody kadry zarządzającej zawsze te same?