Wynalezienie koła od nowa – dziedziczenie kompetencji

Zabrałem się z temat inwestowania w spółki technologiczne, ale jak się zabrałem to padł dokładnie taki temat u IT21 – o, to widać wszyscy o tym samym myślą w jednym czasie. A to nic dziwnego, bo bardzo wiele rzeczy wymyśla cała kupa nieznających się wzajemnie ludzi wnioskując z tych samych przesłanek i niektórzy wchodzą za wcześnie (jak ja z mapami w przeglądarkach, z tym że strona była przenoszona na dyskietce bo z internetem było wtedy krucho), inni z brakami tu i tam (na przykład promocji, zapotrzebowania, organizacji, biznesu), a inni akuratnie i dominują pusty rynek. Dużo rzeczy po głowie ludziom chodzi (na przykład opisywanie jedną liczbą wyobrażalną dla “normalnego” homo sapka kwaterniona w postaci kąta trójwymiarowego opisującego kierunek w trzech wymiarach, tak jak każdy przytomny czytelnik bez problemy wyobraża sobie kąt dwuwymiarowy, a czytelnicy związani z IT wiedzą nawet dlaczego 0 stopni jest w prawo od czytanego tekstu i czemu +90 jest ccw, a minus cw). O, na przykład taką ciekawostkę znalazłem kilka lat temu i to ciągle działa, taka nakładka na mapy googla what3words.com, która pozwala wskazywać w postaci trzech słów kluczowych dość dokładną pozycję bez odwoływania się do szerokości i długości skomplikowanej jak numer telefonu, czyli mnemotechnicznie nie do przyjęcia i z łatwą opcją na propagację błędu.

Tekst będzie o tym, w co konkretnie się inwestuje ładując kasę w spółki technologiczne, dlaczego się to robi, jak to jest przeżuwane i dlaczego wydaje się bezalternatywne. Przyjmiemy przy tym założenie, że gramy w grę “kto umrze najbogatszy”, więc kluczowym celem postępu technicznego będzie doprowadzenie oponentów w grze do tego stanu zanim staną się najbogatsi i oczywiście chcemy wygrać jak najmniejszym wysiłkiem, a jeśli większym – to cudzym.

Z inwestycyjnego punktu widzenia wrzucamy do “spółki technologicznej” jakiś “kapitał” (wrzucamy prawo pobrania towarów z magazynów i rozporządzenia tymi towarami – istniejącymi towarami, nieistniejącym wiertłem słabo się otwory wykonuje) i liczymy na to, że za dekady (nie oszukujmy się, ile trwa proces wdrożenia materialnego rezultatu technologii) będzie z tego jakaś owsianka, akurat bardzo zgrabnie, że za dekady – bo wtedy będziemy na owsiankę łasi. Oznacza to, że wynalazczość, przedsiębiorczość, odkrywczość jest przeniesieniem psujących się zasobów (podlegających entropii, inflacji) przy użyciu wydatku korelacyjnego w przyszłość, i to w naszym wypadku w taką przyszłość, kiedy spodziewamy się, że chętnych na dobro będzie więcej niż dzisiaj, więcej jego wycena w cudzej pracy będzie większa, czyli w takim tam uproszczonym do nominałów myśleniu dla łekonomów – to zarobi się. To wszystko to była bardzo długo prawda, ale z wykresu przyrostu ludności już wiemy, że jesteśmy po piku ludnościowym, a w interesujących nas regionach jest już bardzo słabo i mamy destrukcję przemysłu (odpisy po kilkanaście procent w skali dekady) i w przyszłości albo to nie będzie prawda (dla pewnych firm), a dla pewnych prawda wyniknie z innych przyczyn. Ponieważ handel polega na tym, że wymieniamy się na to, co jest wytworzone – złoto z czasów faraonów to jest to samo złoto jakie dziś mamy, ale faraon nie mógł kupić za to karabinów – mimo że my możemy, a złoto jest to samo. Liczymy więc, że rezultat działania spółek technologicznych zapewni nam w przyszłości towary jakich dziś nie ma, a będą one wymienialne na pielęgniarkę i owsiankę, względnie na inne dobra potrzebne naszym dzieciom i wnukom. Czyli że te spółki zapewnią produkty & usługi w jakości & wolumenie f((commodites)(quantity & quality)/population) rosnące w funkcji czasu. Piękne marzenia. Jakby coś zazgrzytało, to na populację zrzuci się zasobniki z ujemnikiem i wszystko będzie grać i kolidować^^ A jakby dalej nie działało, to doda się nieistniejące wcześniej towary (commodities) lub towary supresowane (czyli nieistniejące w rozrachunku) do obrotu – narkotyki już dodano, niewolnictwo wraca do łask, wrzuci się to w księgi i będzie pięknie. Z nieistniejących zaś wyceni się na giełdzie usługi FAANG i jelenie to kupią. Potem się to znacjonalizuje i jeleniom coś kiedyś obieca licząc, że do tego czasu będzie jakiś ujemnik na jelenie. Ten ujemnik już sprowadzono, bo przecież śniadzi w żaden FAANG nie inwestowali, więc “wola polityczna” nie będzie na ulicach koherentna, a któż by nie chciał postrzelać do jeleni?

Najczęściej sprowadzamy pytanie do spółki technologicznej “czy ona zarobi”, delikatnie pytamy jak i na czym, oraz z przyczyn praktycznych patrzymy w księgi czy tam zmienność nie rozszarpie spółki w tym czasie (dekady), czyli czy dość jeleni włożyło w to prawa ciągnienia (towarów z magazynów), co w rezultacie daje nam konstrukcję biznesu opartą o zarząd gwiazdorów/prezesa guru, który jest w stanie zgromadzić prawa ciągnienia aby zagwarantować przepchnięcie (nie ma znaczenia czego – czegoś co zarobi) w tym czasie. To jest warunek konieczny, mamy więc tu soft skills, interesuje nas wizjoner, dobry administrator, człowiek przyciągający kapitał. O ile natura rodzi takich aspirujących do elity władzy członków wyższej klasy średniej (bo tylko tam można zgromadzić kompetencje w praktyce && zachować presję na pięcie się w górę, ponieważ klasy wyższe nie mają się już gdzie piąć i u nich nie ma żadnego bata, by ich tak wychować) to trzeba w ogóle mieć te klasy społeczne aby takie kompetencje zaistniały. Muszą fizycznie istnieć pięciolatkowie, aby z nich zrobić sześciolatków w ciągu roku – no po prostu inaczej nie działa. Istnieją krainy, gdzie z powodu braku organicznego kapitału (zniszczonego w serii wojen i prób rekonsolidacji we wrogim środowisku, zamiast prób rozśrodkowania) nie występują podstawy materialne do zaistnienia takiej klasy społecznej. Są oczywiście jednostki, którym się udało, ale – i tutaj jest bardzo poważny zgrzyt – technologia wymaga technologii równoległych, bo gdyby wszystko dawało ogarnąć się w ramach jednego ośrodka korelacji to byśmy mieli jeden korelator polityczny na świecie i byłby on nieśmiertelny, a tak przecież nie jest, gdyż elementy każdego aparatu są śmiertelne, co zapewnia strukturalne nieciągłości w funkcji czasu. Powerpoint oczywiście wpadł na to, aby tę klasę mianować. Coś jak mianowanie na terrorystę samobójcę – rynek będzie do takiego strzelał, a na samym końcu operator go zdalnie wysadzi z marginalnym wpływem na rynek.

Z tym, że ludzie zajmujący się “wizjami” spędzają czas na administrowaniu, planowaniu, knuciu, a doba ma tyle godzin ile ma i owszem, można spać po pięć godzin (ostatnio praktykuję bo dużo dłubię w warsztacie, a przecież jeszcze trzeba potrollować tu i tam, bo przecież czytelnicy sypią monetą, ostatnio ktoś 50 ojro wrzucił – polecam usługi rozbrajania zabezpieczeń serwisowych w urządzeniach elektronicznych, bo to trzeba reklamę robić jak tak wrzucają monety) i dla tych ludzi też ma tyle ile ma (robiłem kiedyś na takim stanowisku i to wyjątkowo wyczerpująca robota) i z całą pewnością oni w najlepszym razie firmują pracę ludzi, którzy spędzają godziny na czymś innym. Być może na realizowaniu pomysłów szefa, choć to zazwyczaj polega na czymś innym i jest to coś przytomnego – wynika z korporacyjnego ładu. Otóż ludzie tam pilnują słupków i używają bata, aby słupki z dołu szły ku górze, co daje nam rezultaty gospodarcze. Ale tylko w jednym, jedynym wypadku (zderzonko cywilizacyjek have & have not). Otóż wyciskają tam słupki w czasie, a te słupki przedstawiają postęp badań, rozwoju, wdrożeń, innowacji i całej innej abstrakcyjnej szpeji jaka jest potrzebna do dużych, zorganizowanych projektów. Duże, zorganizowane projekty mają “metaboliczną wadę Simsa” (wyłożę tę koncepcję w tekście o takim zapewne tytule, tak jak i to zdrzeonko cywilizacyjek). Wada metaboliczna Simsa polega generalnie na tym, że Sims ma tyle godzin na dobę ile ma i ma w niej takie aktywności jakie ma, wtedy kiedy je ma i najwyżej można dokonać supresji, ale nie zmieni to faktu, że na nocnej szychcie będzie mało wydajny i w czasie kiedy je, to nie poprawia demografii. Sims jest elementem natury i jak każda kopalnia dopuszcza wydobycie tego co w niej jest, a nie tego czego w niej nie ma. Słupki więc można narysować sobie dowolne, a papier wszystko przyjmie, z tym że jak pogrzebiemy w spółce technologicznej głębiej to na końcu, gdzieś tam na dole musi być sprawny, skończony, gotowy, wdrożony produkt, który w ogóle coś robi. Z tym, że dotarcie do tych ludzi i przeprowadzenie całego procesu wdrożenia i zarobienia na tym wymaga całego tego aparatu i kontroli tegoż aparatu, a ten aparat żre i to żre bez litości. Szczególnie, że inwestorzy go karmią.

Ale inwestorzy nie mają wyboru – są w sytuacji bezalternatywnej. Są w takiej sytuacji, ponieważ diamenty są bezwartościowe. Gdyby tu przemknęło przytomne pytanie, że przecież nie są, że ceny takie a siakie, to zwracam uwagę, że diamenty jubilerskie i inwestycyjne (te bardzo czyste, nie jak ten jubilerski gruz zasyfiony inkluzjami) są wydobywane z ręcznie kopanych jam o istotnej głębokości (często po 40m) przy użyciu narzędzi z początków neolitu (kamień i patyk) – nie dostarcza się tam pliznołkom ani nowoczesnych wyrobów alpinistycznych, ani narzędzi górniczych i mimo to… mimo to żadna armia nie rusza zająć tego terenu, żadne spółki wydobywcze nie ruszają tam ze swoimi armiami (a mają) żeby wysadzić cały ten teren w gruzy i przepuścić przez płuczki w celu pozyskania kamieni. Nie rzucamy się też ku toni wodnej po ropę, węgiel i hydraty. Rzucamy się na piękne panie i rzucamy pomidorami w polityków. Ponieważ te diamenty są bezwartościowe – tak je oceniliśmy w naszej nikłej racjonalności, ponieważ prędzej zorganizujemy się, aby tworzyć takie brednie jak elektromobilność, niż w zorganizowany sposób ruszymy do pliznołków po kamienie. I wydaje się to całkowicie bez sensu, bo przecież przodkowie ruszali w dalekie strony, rzucali się na łódkach przez oceany i zajmowali nowe terytoria, a my z ołówkiem w ręku jesteśmy w stanie wykazać, że nigdzie nie ruszamy – tu wojujemy na swoim terenie z durniami o swoje, bo jest tu więcej korzyści do ugrania niż użeranie się z pliznołkami gdzieś daleko.

To z tego podstępny wniosek proponuję wysnuć (chyba że kto ma inne wnioski), że źródłem owsianki w przyszłości będzie nie kamień z odległego płaskowyżu spalonego słońcem, ale ludzka pomysłowość poparta kompetencją i zdolnością wytwórczą oraz stanem posiadania umożliwiającym marnotrawstwo zasobów na nieudane próby wdrożeń, i że istnieje jakiś zasób, którego bardzo dużo jest w klastrach przemysłowych, a którego nie ma na pełnym diamentów płaskowyżu. Zasób, który inwestorzy by chcieli wyzyskać dając prawa ciągnienia surowców… surowców właśnie z tych odległych płaskowyżów, z zimnych tundr, z głębin morskich. Ale przecież to nie inwestor wyzyskuje ten zasób, to ten zasób wyzyskuje “inwestora” bo ten jest zmuszony dostarczać dobra do tego zasobu, utrzymać drożność szlaków, zasilać, karmić, głaskać po głowie i poganaić orki, aby dostarczały do klastrów przemysłowych to co jest tam oczekiwane. Czyli zasoby i zasilanie płyną nie z klastra, a do klastra. I jest tam ciasno, drogo i nie każdy dureń się tam utrzyma, bo franco i loco jest bardzo istotne. Bo warto zamienić komfortowe M4 w Warszawie na przyczepę campingową w Palo Alto. Pozostaje ustalić, co to takiego, dlaczego tam to jest i czy tego na pewno nie ubędzie i czy to można zabrać do domu i u siebie rozmnożyć, żeby też nam dowozili metali, minerałów, prąd podłączali, dostarczali orka, łupy i branki. Bo to musi być bardzo dobry interes, skoro tylu inwestorów go finansuje rzucając w te spółki technologiczne prawami ciągnienia.

Zróbmy sobie specjalistę

Aby skrócić tę długą historię, od razu przejdźmy do samego dołu tej piramidy jaką tworzy korpo, scalając klocki w warstwach kompetencji: na samym dole jest gotująca się, bulgocząca zupa. Na samym dole koncłagru jakim jest klaster przemysłowy, gdzie powietrze ma smak i kolor, a woda jest w butelkach są ludzie, którzy co prawda nie komunikują się jak guru, nie wzbudzają inwestorów, siedzą w swoich szopach knując swoje urządzenia, a wychodzą jedynie po to, aby przynieść jakieś brakujące zasoby i ewentualnie pochwalić się kolegom po fachu zabawkami. Po cóż mieliby zapraszać durni, którzy powiedzą, że to czary, że tak knuć i zarządzać masowymi nastrojami na fejsbuku to nie wolno (i dawać guru przed politykierów – niech poniewierają reprezentantem szatana – przecież łun sam osobiście jak Stalin wszystkich banuje, a nie jakaś tam kadra średniego szczebla, co ma błędy i wypaczenia). Otóż tam próbuje się wedrzeć korpo w postaci wykupionych ŚiD (średnich i dużych firm) aby wykupić MiŚie, a nawet ludzi luźnych i nieformalnych. Ponieważ jest to jedyne źródło orka zdolnego coś dostarczyć, coś co działa, i tego orka się z tego matecznika porywa, aby po dostarczeniu z góry praw ciągnienia większej i lepszej jakości dóbr dostarczał dla swoich nowych panów owoców pracy.

Chwila chwila! A czemu oni to coś umieją i mają czym to wykonać, a cała ta reszta certyfikowanych durni nie potrafi? I dlaczego niby w tych opresyjnych koncłagrach klastrów technologicznych jakoś tak działa sito, że wypiera i poniewiera słabych i głupich, a ci co potrafią okpić ten środek wypierający to sobie mogą tam funkcjonować i wszyscy udają, że są niewidzialni, i nikt im nie zabiera zabawek?

Jak Ci skubańcy zdobyli kompetencje? Bo logicznie w korpo wydobywają właśnie ich, bo nimi najtaniej jest zrobić co nowego, bo tych certyfikowanych durni nie da się w żaden tani sposób skierować na te tory – taniej jest porwać orka z matecznika. Jak powstaje matecznik? Dlaczego matecznika nie da się ukraść, zdobyć, trzeba wyhodować własny? Jak to jest, że Szwajcaria, Szwecja i Japonia mogą wyprodukować proporcjonalne do liczby ludności serie nowatorskich produktów, a w innych krajach nakład inwestycyjny na to samo i gorszej jakości jest o rzędy wielkości większy? Dlaczego? Jak? Czemu? I wcale nie zahaczamy o filozofię. To są przytomne pytania. No i to najważniejsze – jak sobie takie coś skonstruować – jak stworzyć elity.

Ludzie najczęściej mają lat 25 po tym jak mieli 20, a wcześniej 15, inne przypadki są nieznane. Ludzie, którzy mają jakąś kompetencję specjalistyczną zazwyczaj rozwinęli ją z innej kompetencji potrzebnej do obsługi narzędzi istotnych w tej specjalizacji, jedyną metodą nauki obsługi wkrętaka jest przydanie uczniowi tegoż i pokazanie co i jak z tymi śrubami – niby proste, niby wiedza powszechna, ale zapewniam Was, że jak weźmiecie jakiegoś imigranta Bantu i postawicie przed problemem śruby z jego poziomu wiedzy ogólnej i common sense to on wbije ją młotkiem. Ma inną bazę wiedzy i doświadczeń niż ta, którą my uważamy za bazową. Z tym, że do pewnych zastosowań używa się zębatych podkładek i udaru na wkrętarce, aby trwale zamocować śrubę jakiegoś krytycznego elementu. A na niektórych dynamometru, a nie udaru. Można pracownika przeszkolić “procedurami” co ma gdzie robić i jak, ale ten co to wymyślił, wiedział również dlaczego tak to wymyślił i dlaczego tak to trzeba wkręcać (z udarem albo bez). Ponieważ wiemy ilu jest ludzi i mniej więcej w jakim wieku, to wiemy jakie jest maksymalne wysycenie kompetencjami, ale wiemy też, że mamy w tej funkcji jakiś potykacz – taki parametr “tarcia” który wymienia nam to w centy za dolara, czyli że ludzie z całą pewnością opanowali mniej kompetencji niż mogli (bo się choćby lenili), a jeśli rzucimy okiem na potrzeby gospodarcze, a kompetencje jako alokacje to z całą pewnością opanowali inne niż oczekiwane przez innych, bo opanowali te jakich sami oczekiwali, jakie oczekiwali ich najbliżsi (o największym wpływie dzielonym przez odległość w sieci/grafie), jakieś przypadkowe (bo wszyscy szli na politologię), a to co tam ktoś w przyszłości będzie od nich chciał, jest najczęściej im w ogóle nieznane. Leming kupuje kompetencje, które rosną i pozbywa się tych, które tanieją. Każdy leming zmienia więc kierunek zgodnie z ruchem całego stada i lata od przepaści do przepaści po wyspie o stromych brzegach z każdej strony. Specjaliści to najczęściej tacy, którym udało się usiąść na jakim zasobie i opanować go mistrzowsko spędzając wiele lat w jednej grupie zagadnień.
Najefektywniejszym sposobem pozyskania pracownika, który najszybciej zacznie nam przynosić złotówkę jest pozyskanie takiego (choćby i drogiego), który już wszystko umie, albo umie na tyle rzeczy pokrewnych, że od razu można go wdrożyć w tę specjalistyczną jakiej jeszcze nie ma w pakiecie. To że umie inne rzeczy wskazuje nam, że tego co chcemy też się nauczy. Nie musi być to prawdą, ale powszechnie przyjmujemy, że jest to bardziej prawdopodobne niż wybranie losowej osoby z populacji bez ujawnionych kompetencji. Dlatego mający zajęcie jest atrakcyjniejszy od niemających, dlatego żonaty ma większe wzięcie od kawalera, a dysponujący haremem szejk to magnes jednobiegunowy^^ W celu pozyskania 25 letniego pracownika w ciągu roku rekrutujemy 24 latka – co jest oczywiste i nie wymaga objaśnień. Kwestia gdzie ich szukać też jest dość banalna – przy maszynach jakie mają obsługiwać – na przykład dyrektora szukamy blisko dyrektorskiego stołka, może to być jego co-, vice- czy inny rowoliz mający kontakt z przedmiotem.

Inwestując w spółki technologiczne dokładnie to robicie – uruchamiacie cały aparat rozrachunkowy giełd i banków, aby poprzekładał ludzi z jednych alokacji na inne, dorozumiejąc (po to cały ten bajzel bankowo giełdowy tyle przecież żre) że z alokacji tak sobie efektywnych na efektywniejsze, zapewniające lepszą produktywność w zakresach oczekiwanych przez klientów. Ponieważ pracownik, którego zabieracie z jednej firmy i umieszczacie w innej, znajduje się na raz w jednym miejscu, i ma tyle godzin na dobę ile ma, to w firmie z której został zabrany trzeba rozwiązać kwestie czy był niezbędny, czy jest zastępowalny, czy łańcuch funkcjonuje, jaki jest czas wdrożenia pracownika z boku (identycznego poprzez takie samo odebranie w poziomie z innej firmy, albo z dołu poprzez rozwinięcie już posiadanych kompetencji). Ponieważ ludzie w czasie kariery czasem umierają, a nie rodzą się ludzie będący już w pewnym wieku i na pewnym etapie kariery, to gra ma sumę delikatnie ujemną o tę właśnie śmiertelność (ale to nie jedyna ujemność). Czyli model jest delikatnie redukcyjny (na razie delikatnie). Oczywiście wiemy, że zdobywanie kompetencji to nie jest pionowy komin społeczny, że każdemu się uda i wszyscy mają przetarte szlaki od urodzenia do spisania ze stanu). Z tego, że model jest delikatnie redukcyjny wynika, że musicie surowcami pokryć przynajmniej tę różnicę (plus koszty ruchów, czyli koszty doszkalania pracownika, strat przez to spowodowanych, etc. – póki towar jaki mają wytworzyć nie znajdzie klienta to Wy jesteście klientem, a każdy koszt jest przerzucany na klienta). Co jest oczywiste.

Musi jeszcze istnieć zasób, infrastruktura, środowisko w którym tego orka-specjalistę będzie można wyzyskiwać z jego kompetencji – na nic specjalista od rocket science kiedy nie ma fabryk paliwa, pomp, blachy aluminiowej na zbiorniki/kadłuby, metalurgii do pracy w wysokich temperaturach, elektroniki, chemii. Oczywiście ZAWSZE każdą technologię ktoś kiedyś wykonał jako pierwszy samodzielnie i co najważniejsze CAŁĄ – czyli jakiś człowiek ogarniał tyle aspektów i tyle kompetencji, że dokonał przełożenia na praktykę całej zunifikowanej przez niego wiedzy. Co przy skończonej liczbie ludzi i skończonym czasie ich życia oznacza, że pewne kompetencje miał już w postaci scalaków – nauczył się ich po łebkach bez głębszego zrozumienia w stanie wiedzy właściwym dla niego bez wdrożenia skąd się to wzięło i jak to odtworzyć. Jako przykład możemy rzucić dzisiejszą metalurgię, hutnictwo i energetykę. Mamy gotowe stopy i nie trzeba się zastanawiać jak i skąd się biorą tak dobre i w takiej jakości – mleko jest ze sklepu i zawsze jest w sklepie. Oczywiście w badaniach nad stopami to tam trochę się w to wgłębiamy, ale nie na tyle żeby wynajdować wielki piec na nowo. W hucie też nie kombinują, tylko robią tak jak zawsze robili, bo mają zrobić dużo, a od produkcji “detalicznej” materiałów specjalnych są mniejsze huty, hutki właściwie, gdzie się materiały bada i dokładniej nad nimi siedzi bardzo dokładnie badając. Oczywiście w jednych krajach cały ten bias hutnictwa jest przesunięty poważnie w jakość i tych hutek od materiałów specjalnych jest sporo, a w innych produkowane jest liche, co i też to nikomu nie przeszkadza, bo to jest akurat na takim poziomie jak zapotrzebowanie tamtejszego przemysłu (dla przykładu Szwecja i Szwajcaria nie wytwarza takich jakości jak Czechy, a te jakie wytwarza Rumunia wytwarza mnożnikiem drożej, więc wynikają z tego poważne siły jakie trzeba przykładać do sieci handlowych stalą w Sz i Sz aby upilnować koherentność rynku, bo inaczej co bardziej ogarnięci ludzie wywrócą wolumeny importem produktów z samego dołu podnosząc ceny stali jakościowych na potrzeby hajteku, ponieważ piec jest ten sam, ale wolumen produkcji przez większość czasu idzie na produkty zupełnie normalne tylko w niezwykle dobrej – choć niepotrzebnie wysokiej jakości po to, aby kształcić pracowników do produkowania tego materiału wysokiej jakości – sieć handlowa i biurwa zaś pilnują wysokich cen i obrotu materiałami, aby klient pokrywał koszty zdobywania tych kwalifikacji i ich koncentrowania, czyli tworzenia klastra przemysłowego, o tym pisze właśnie nasz tutejszy @MedykHell’wecki). No i energetyka – praktycznie nie ma państwa na świecie dysponującego aparatem odtworzeniowym energetyki, elektrowni bazowych jest coraz mniej (to takie, które potrafią włączyć prąd po upadku zasilania bez zewnętrznego zasilania) w stosunku do ogólnej liczby elektrowni, nadrabiane jest to coraz lepszymi planami uorganizowania sieci, czyli siecią coraz lepiej skorelowaną, ale nikt nie chce przeprowadzać manewrów z włączaniem tego w ten sposób, ponieważ jeśli coś nie zadziała to trzeba będzie włączać to wszystko “ręcznie”, to znaczy że specjaliści z bazówek będą jeździć po trafostacjach i przełączać kolejne tory dostaw prądu do rozruchu kolejnych elektrowni aby system powoli wstał, a ponieważ proporcja bazówek do produkcyjnych jest coraz lichsza to i wysycenie sieci specjalistami od nich jest takie samo – można się tego uczyć tylko w miejscu gdzie jest taki aparat, a to kawał instalacji i nie miejmy tu na uwadze Polski, ale krajów gdzie trzeba będzie podnieść do ruchu reaktory jądrowe, które co prawda mają własne elektrownie konwencjonalne na tę okoliczność, ale zakładamy że jak się wszystko popsuje to nie będzie to przypadek, tylko ktoś kto się na tym zna celowo zrzuci bomby gdzie trzeba, a nie przypadkiem).
Czyli inwestujemy tam, gdzie już jest jakaś infrastruktura. Bo tam gdzie jej nie ma, to nie ma specjalistów od tej infrastruktury co daje nam poważny kontrast pomiędzy głuszą, a klastrem przemysłowym. Jeśli tak krok po kroku prześledzimy, skąd pobieramy specjalistów niższego szczebla i ciągniemy ich do góry faszerując kompetencjami to wyjdzie nam, że już kilka pięter niżej w kompetencjach z braku dostatecznej liczby ludności pewne kompetencje znikną przynajmniej z zakresu zastosowań przemysłowych, ekonomicznych i racjonalnych. Pozostaną być może jako hobby, jako sztuka, jako zabawa, ale to jest tylko krok w stronę śmietnika historii, wyjaśnię dalej matematyczną przyczynę powstania nieciągłości, z której leci się na śmietnik. Dla przykładu podam, że zapewne nikt dzisiaj w zachodniej Europie nie orientuje się czym różnią się gatunki węgla drzewnego z różnych drzew w procesie produkcji metali, ponieważ nie stosuje się już tej technologii w produkcji (jest to zabawa dla hobbystów), nie ma całego łańcucha dostaw w tym nieistniejącym przemyśle i nie tylko że robi się to dzisiaj inaczej, jakoś inaczej – tego się po prostu zupełnie nie robi, dzisiejsza technika produkcji metali nie ma nic wspólnego (prócz rudy) z tym co było jeszcze 200 czy 500 lat temu. Oznacza to, że przez tysiące lat przekazywaliśmy kompetencje, które nie są dziedziczone, ponieważ niczemu nie służą, nie istnieje przedmiot dla tych zagadnień – podobnie jak nie ma dziś specjalistów od polowania na tura. Ale jak poszukacie gdzieś po jakiej głuszy, po stepach ciągnących się z Ukrainy pod Pekin to tam są ludzie, co jeszcze takich technologii używają, są też tacy w Afryce (Bantu) i tam ciągle są ludzie mający pojęcie jak to się robi. Z tym że już wskazywałem, że ich wdrożenie do nowoczesnego przemysłu to nie jest prosta sprawa.
Wynajdujemy więc substytut dawnej technologii, który jest lepszy od oryginału – wynajdujemy koło od nowa. Reinventing the wheel. To oczywiście kosztuje. I to jest właśnie inwestycja w spółki technologiczne i czytelnicy na pewno rozumieją, że w długiej perspektywie to jest spójne logicznie, że trzeba było to wszystko zbudować, stworzyć łańcuchy, rozwinąć, połączyć, pokombinować czy to pasuje tak czy siak i w dwieście lat skonsolidowaliśmy dzisiejszy przemysł hutniczy na tyle, że właściwie można przerzucać ludzi pomiędzy Jugosławią, Chinami, Szwecją, USA, Japonią i proces produkcji energii elektrycznej, stali, organizacji pracy i struktur wykonawczych będzie jakoś tam coś ludziom przypominał, urządzenia będą miały podobne zastosowanie, logika produkcji będzie zbliżona. Będą różnice jakościowe, różnice w bezpieczeństwie pracy, różnice w mocy korelacyjnej wkładanej w proces, różnice w skażeniu na stanowiskach (państwo rozumieją, że to nie jest świeże leśne powietrze, gdzie hasają sarenki i czas życia w przemyśle jest o wiele krótszy niż ten emerytalny), ale jak to zebrać do kupy to rozpiętość techniczna obejmie około 70 lat i będzie ona się objawiać głównie w skażeniu, behapie i jakości produktu końcowego. Istnieją jednak niższe poziomy techniczne (choćby huty, małe huty w porównaniu z naszymi, i odlewnie w Afryce), które z punktu widzenia naszych oczekiwań jakościowych produkują surowiec w kategorii złomu na wsad do pieca. Ale ich te produkty zadowalają, tak jak zadowalały naszych praszczurów 150-200 lat temu. Sprowadzenie tych ludzi z takimi kompetencjami może zadowolić najwyżej hobbystyczne kluby rękodzieła czy historyków od odtwarzania technologii co siedzą przy opracowywaniu materiałów z wykopalisk.

Wiemy więc, że w perspektywie czasu powiedzmy 3 cykli 70 letnich wyrzucamy całe gałęzie produkcji razem z technologiami i kompetencjami na śmietnik historii i nie mają one żadnego istotnego (sztuka i hobby) zastosowania gospodarczego. W czasie 200 lat mieliśmy przyrost liczby ludności o rząd wielkości i to z mnożnikiem, akurat dość wyjątkowy w historii naszego gatunku i mamy już objawy przesunięć i spowolnienia. Jakoś rozeszły się te alokacje po kościach i dajemy radę, ale… ja takie kasacje alokacji, na które poszło bardzo dużo zboża dla myszy miałem w ciągu ostatnich dwóch lat kilkukrotnie. Sprowadza się to do tego, że knujemy jakiś tam projekt, wszystko przemyślały tęgie głowy, specjaliści z dziedzin obwieszeni doktoratami coś tam sobie umyślili, tak to wykonujemy, no tak wymyślili to tak im to konstruujemy żeby pasowało do założeń i nagle wpada nam w projekt jakiś dinozaur co coś tam u nas zamówił, ma z nas niezłą bekę, po czym wyjaśnia że całe to rozwiązanie jest głupie i w ciągu kilku godzin rozkładając technologię na czynniki pierwsze objaśnia jak krowie na rowie dlaczego oraz co się działo pół wieku temu jak też im się coś takiego wydawało, bo oni już kiedyś zabrnęli w ten pomysł. Pal diabli, że jesteśmy durniami, którzy nie wiedzieli czego jeszcze się nie dowiedzieli – wynajdowaliśmy kwadratowe koło i jeszcze nie doszliśmy do etapu testów toczenia tego koła po równi, ale inwestorzy… o tu jest problem… oni za to zapłacili, a przecież w nauce jakoś tam nie ma sensu wyprowadzać ponownie dowodu na rzeczy dowiedzione – można w ramach badań coś tam sprawdzić, no ale nie w biznesie – przecież można kupić gotowe rozwiązania, skoro to już jest znane, to po kiego to od nowa wymyślać?
I tutaj mamy zgrzyt, na jaki natykają się inwestorzy – otóż dinozaur stawia warunki o rzędy wielkości za progiem bólu inwestorów. Młodzi gniewni na meetingu twierdzą, że co to tam stary będzie im gadał – łune młode wiedzą wszystko lepiej od starych i łune przekonają inwestorów. To, jaki tam jest kanał informacyjny do inwestorów to nie moja sprawa – nie za to mi w miskę sypią, ale zbadałem takie sprawy co, jak i dlaczego. Właściciel dinozaura nie chce go oddać, a dinozaur wcale nie chce wyłazić ze strefy komfortu. Inwestorzy nie są w stanie wycenić oszczędności wynikających z niewłażenia na miny, jakie wykryto dekady temu, a młodzi gniewni twierdzą, że znajdą lepszą ścieżkę przejścia przez pole i że za tym polem minowym jest jakaś góra skarbów do zdobycia. Mnie płacą za to, że idę przez to pole, tam idę gdzie każą, płacą mi nawet jak nie ma rozkazów – tylko żebym sobie gdzie nie podreptał. Czy tam za tym polem co będzie to nie moja w tym głowa, ja się konformuję do tego co płaci, on mi podaje azymut a ja przeprowadzam natarcie, są trąbki, przygotowanie artyleryjskie, szturm – czy to kępa pokrzyw czy umocnienia wszystko jedno – kazali = nacieram.

Coś tam pisałem w kwestii specjalistów na swoim – no dinozaur właśnie jest w takiej sytuacji, on produkuje wolumen dość ekskluzywnego produktu, na tyle nienowego żeby nie kopać się z koniem i na tyle mózgochłonnego żeby tego byle kto nie przeprowadził tak tanio, żeby zarobić se tyle co dinozaur (po podziale tego na pięć tęgich głów to już nie jest dobry interes). Oznacza to, że wolumen produkcyjny nieco starszego produktu daje lepsze skutki ekonomiczne w teraźniejszości niż przyobiecane skutki w przyszłości z rozwoju technologii. To powinno być bardzo istotnym ostrzeżeniem dla inwestorów, że linia rozwojowa jest zbyt szpiczasta, specjaliści tam nie idą = nie będzie specjalistów. Nikt więc nie będzie kultywował kompetencji i z braku rekruta w odpowiednim wieku, nikomu ich nie przekaże. Linia jest również zbyt szpiczasta rozrachunkowo, bo dinozaur stawia kwoty zaporowe i on w rzeczywistości coś w ten deseń zarabia, oznacza to, że środki na badania są “za małe” – czyli badania są zbyt przyszłościowe a gałąź technologiczna za wąska. Czyli na obecnym etapie rozwoju techniki istnieje zbyt duża konsolidacja kompetencji, technologii, łańcuchów dostaw i innych detali niescalonych i trzeba zająć się scalaniem tych detali, aby mniej ludzi o niższych kompetencjach było w stanie dostarczyć nam taniej podzespoły. Dochodzimy więc do tego, że trzeba pójść ławą, po szerokości przemysłu i techniki i podciągnąć ogólny poziom. A to oznacza, że musimy wysycić infrastrukturą środowisko – ono jest nie dość wysycone do oczekiwanych rezultatów. Kiedyś będzie, ale dzisiaj jeszcze nie jest. Jednakże kadra korpo to havenots. Oni nie mają innego źródła zasilania niż napisać swoim dawcom-inwestorom takie laurki, aby te ich wzbudziły do dalszego finansowania – to jest bezalternatywne. Kadra techniczna ma to kompletnie w poważaniu, ponieważ to są posiadacze firemek i mają takie kompetencje, że coś tam sobie na tym poziomie dochodów tak czy tak ogarną, bo mają czym – nawet jakby wkoło był pożar na rynku. Poruszę tę kwestię w tekście “zderzonko cywilizacyjek”, ale od razu uczulę Państwa na kwestię, że jak do działu technicznego, gdzie na poziomie szkoły wbijają do głowy że “wierzy się w kościele, a tu jest warsztat i tu się wie, bo inaczej Bozia maszyną ręce upi…” przyłazi jaki przeszkolony do sterowania sektą neofita i zaczyna wykładać coś o wierze w projekt, w inteligentny projekt gdzie sami cwani zegarmistrze teoretycy wszystko już wymyślili, to w przedszkolu zwanym hajskul (od stałego przebywania na haju jak rozumiem) to może działało, ale na podłodze są ludzie przytomni, co łatwo poznać że są, a nieprzytomnych już nie ma.
Wracając do naszej piramidy kompetencyjnej – na jej górze wydzieliła się “kropla” – ona się pnie ku górze, ale nie ma ciągłości przekazywania kompetencji. Gdy system rozrachunkowy przykłada zbyt wielką siłę do piramidy aby pociągnąć technologię bez wysycenia infrastruktury, to taka niewysycona substancja jest z natury mało gęsta, i pod taką siłą piramida zaczyna wypełniać się bąbelkami kawitacyjnymi, które w drodze ku górze łączą się w bąble i odrywają krople unoszące się w gazie. Jestem przypadkiem takiego nafaszerowanego kompetencjami kawałka piramidy w bąblu gazu lecącym ku górze z bardzo krótką praktyką zewnętrzną na wybranych stanowiskach (krótszą niż sam uważam za potrzebną, bo wewnętrzne praktykowanie we własnym warsztacie to jest inna bajka i tam sam sobie oceniam po owocach czy mnie smakują) i mamy na podłodze taki problem, że ja pewnych rzeczy nie chcę robić, bo tak jak dinozaur uważam, że mi nie zapłacą tyle co bym chciał, więc palę głupa że nie umiem i przebieram nogami w stronę biznesowo-handlową, żeby nie zostać w branży która odfrunie w ślepą uliczkę, a ja będę specjalistą od kwadratowych kół. Jak się takich kropel naodrywa w całej gospodarce, to nie ma ciągłości łańcuchów dostaw z przyczyn wyłącznie jakościowych – tak jak podawałem akapit wyżej – brakuje wysycenia infrastrukturalnego do zachowania ciągłości kompetencji. I nie żeby to był jakiś hajtekowy odlot, tylko technologie które wymyślono w latach 1950-1960 i wtedy dość szybko połapali się, że brakuje techniki na pewne podstawowe procesy, dzisiaj te problemy już są rozwiązane więc robimy kolejne podejście, ale to że wrzucane jest ziarno i karmione są myszy nie oznacza, że w spichlerzu pojawi się zboże.

Alokacje mniej i bardziej błędne

Teoretycznie można sobie wyobrazić absolutnie skorelowany system, w którym dinozaur przekaże wiedzę z pieśnią na ustach i nawet jakoś tam takie dereistyczne ustroje się nazywają – zdaje się, że utopie. Rzeczywistą przeszkodą, dla której nie da się tego zrealizować są oczekiwania zwrotu przez dinozaura vs aktualne środki w dyspozycji inwestorów (dinozaur chce tu i teraz, a IOU na prawa ciągnienia mogą sobie wsadzić), a to wynika z alternatywnych zajęć jakie przynoszą dinozaurowi dochód. Nie wiemy nawet, ile razy jakiś dinozaur wiedział ale nie powiedział, bo nie wiedział, że my nie wiemy o czymś oczywistym. Wynajdujemy więc to koło ponownie, ponieważ moc korelacyjna dostarczana przez system rozrachunkowy (zapewniająca nam nadwyżkę z praw ciągnienia na potrzeby badań) jest niedostateczna. I żadne “inwestycją nacjonale” tego nie rozwiążą, żeby nie wiem jakiego Powerpointa postawić przed tablicą, ponieważ jest to moc korelacyjna większa od mocy całego zbioru. A to dopiero początek – jak już nam koło wyjdzie, to się okazuje, że infrastruktury nie możemy użyć powtarzalnie. Ponieważ infrastruktury nam jednorazowo w drodze wyjątku użyczono z innych badań, a nie ma gospodarki współdzielonej – jest wyłącznie własnościowa, a taka infrastruktura to 10 letni budżet całego ośrodka. Czyli far beyond krótkiego cyklu gospodarczego – system rozrachunkowy nie dostarczy nam takiego środka technicznego do wyłącznej dyspozycji, być może za 50 lat będzie to powszechne, ale dziś jest dość wyjątkowe nawet w klastrze przemysłowym – i ma zarabiać, a nie służyć badaniom. Więc tułamy się od jednego takiego urządzenia do drugiego, jest to drogie, możemy tam siedzieć jak nie mają produkcji, a jak mają to nas przepędzają, za każdym razem trzeba modyfikować urządzenia na bazie uzyskanych rezultatów, potrafi to ledwo kilkunastu ludzi w klastrze – byle czego nie jedzą (na przykład ja), co jasno wskazuje że po prostu inwestorów nie stać na wkrętak do tej śruby. Ale młodzi gniewni obiecają wszystkim wszystko. A gdyby inwestorzy tracili zaufanie, to tak w praktyce gdzie mają pójść? Do innej takiej samej firmy? Nakupować sobie morze ropy, węgla i stali i zmagazynować to na pustyni i jeszcze tego bronić przed chciwcami? Trzeba przepalić kapitał w grze o sumie ujemnej ponosząc jak najmniejszą stratę. Dlatego jeśli przyjrzycie się wynikom spółek hard techu (wytwórców nowoczesnych maszyn), to szybują one wysoko, wysoko nad wynikami FAANG-u. Z tym, że jest to rynek płytki w porównaniu do innych branż i indukcja zasobami ma tam opóźnienie na trzy i pół dekady. Co prawda przez ostatnie 3 dekady było tam spore niedoinwestowanie w środki trwałe i odpisy są okrutne z tego tytułu, ale teraz płynie tam szeroki strumień, ponieważ to tam zostaną przekazane kompetencje. A mnie pożarła MiŚ ryba i mi dobrze w środku, a na nią czai się już ŚiD ryba i tylko pada kwestia czy połknie w całości, czy rozszarpie i wyjmie technikę do połknięcia.

Mamy więc już dwa problemy – jeden z konsolidacją kompetentnych ludzi (bo oni mają co robić), a drugi z konsolidacją środków technicznych do realizacji tych kompetencji. Dwa problemy na raz to trzeci problem^^

I tutaj na chwilę wciśnijmy hamulec, bo przecież ludzie, którzy się czegoś uczą to oni też są inwestorami, z tym że w samych siebie i społeczność co im wiedzę przekazuje też inwestuje, tyle że właśnie w nich. I każdy musi odejść w poczuciu, że zyskał – a przynajmniej czasu nie tracił. Zacznijmy od strony “społeczeństwa” – wydają na szkoły, karmią wykładowców, w niektórych krajach wyrywają z przemysłu praktyków, aby uczyli młodzież przez kilka lat, bo tam są poważne potrzeby przemysłowe (głównie zbrojenia). Najkorzystniej z punktu widzenia “społeczeństwa” jest, aby każdy miał jedną specjalność – czyli każdy skończył jedną szkołę i się specjalizował w tym, czego się nauczy. Po pierwsze zapewnia to wszystkim jakiekolwiek zajęcie, po drugie każdy w takiej społeczności może się czuć do czegoś potrzebny, po trzecie wypłaszcza to zarobki, po czwarte nie ma nadmiernego obciążenia pracą. Ale indywidualnie to nikt nie jest taki głupi (ludzie kalkulują nawet kiedy sobie tego nie uświadamiają), żeby psuć sobie własnego $ds’a. Jest więc pewna grupa zachowań wśród starych wyjadaczy ujawniająca się w każdej kulturze – dysponujący wieloma kompetencjami niektórych nie chcą używać, ponieważ jest to ekonomicznie niezasadne i w ramach korporacji zawodowej, a nawet bez niej proponują, by pracę wykonał kto inny – “nie chcą zabierać komuś zajęcia”. Jest to silna presja ekonomiczna na przedsiębiorstwa, ponieważ przymusza do zatrudniania większej liczby ludzi z większą ilością kompetencji niż wykorzystywana, ale $ds’y zazwyczaj są wyceniane po sumie potencjału a nie po produktywności. W rezultacie takie gospodarki muszą zasilać się zewnętrznie, a specjaliści najczęściej zajmują się struganiem tęgiej lagi, aby wytworzona siła była zdolna zasysać dla nich zasoby. Nie jest znany inny model gospodarczy wysokich kompetencji niż silny przemysł zbrojeniowy – inne zwierzę nie występuje w naturze. Kolejnym zachowaniem jest siła odśrodkowa, jaką wytwarzają specjaliści kluczowi dla procesów technicznych – bardzo często dezintegrują przedsiębiorstwa, co w rezultacie umożliwia odtwarzanie hierarchii zawodowej i procesu zdobywania kompetencji przez “doły” (przez młodzież, względnie młodszych w gospodarkach z kończącym się resursem demograficznym), co nie jest możliwe w obecności siły przyłożonej do macierzy powiązań społecznych, którą to siłą jest dodruk i wymuszenia dóbr & usług o ten hokus pokus oparte. Z punktu widzenia korzyści społeczności kształcącej specjalistów zachowują się oni racjonalnie, ponieważ kapitał w postaci kompetencji nie może być przekazywany w obecności iluzji kapitału wyrażonego IOU. Identyczne zjawisko występuje w armii, flocie, lotnictwie (szczególnie w lotnictwie) i jeśli specjaliści na czas nie rozniosą struktur przymusowych, to kompetencje potrafią zginąć razem z nimi w ramach czerpania doraźnych korzyści przez aparat władzy. Z punktu widzenia społeczności najkorzystniej by było, aby wszyscy byli “dobrze wykształceni” w rozumieniu, że celowo i potrzebnie względem aktualnego chciejstwa wykonawczego społeczności – co jest alokacją wewnętrznie sprzeczną. Są pewnie sztuczki demograficzne, jakie potrafią być organizowane metastabilnie w społecznościach na pewnym etapie rozwoju, wrócę do tych sztuczek kiedyś, ale da się przesunąć średnią wieku i dziedziczenia kompetencji bez psucia dzietności i bez ekspansji populacji – Polanie zbudowali na tej sztuczce imperium, ale kilka innych ludów w okolicy też robiło takie numery.
Jednakże – jakiegokolwiek systemu edukacji byśmy nie wymyślili, to będzie on redukcyjny w funkcji wieku poszczególnych osobników. Czyli jeśli na jakiejś inwestycji w kompetencje osobnik się potknie, albo pozna kogoś kto się potknął, albo będzie to czerpał z przekazu ogólnego “że złodziei powszechnie wieszają”, to porzuci dany zawód i najczęściej już do niego nie powróci. Kiedy więc dochodzi do kryzysu gospodarczego, ludzie trwale porzucają zajęcia odwrotnie do piramidy zdobywania kompetencji pomiędzy cyklami gospodarczymi (opisywałem to w jakimś tekście tu i częściowo tu), w rezultacie tacy którzy jeszcze mają szansę się cofnąć z mechaników precyzyjnych do obróbki maszynowej robią to, ale ci na dole nigdzie się już w branży nie cofną, więc najczęściej kończy się na tym ich kariera. Z powodu, od jakiego zacząłem ten tekst (inwestor–>zarząd/guru–>kadra kierownicza–>średnia biurwa–>wykonawcy i podwykonawcy) tak samo wygląda łańcuch zasilania – to najpierw zasilanie zanika w miejscu, gdzie najwięcej się go zużywa – czyli wygaszane są piece, kopalnie, stocznie, huty, energetyka i łańcuchy dostaw masowych i przemysłowych. Ludzie, którzy wylatują z takich branż albo emigrują (gospodarka bez przemysłu i tak nie jest w stanie dostarczyć poziomu zamożności jaką dostarcza gospodarka z przemysłem) albo trwale porzucają zajęcie i w kosz idzie cała długo alokowana w nich moc swobodna. Ponieważ odtworzenie takich narzędzi, jakie stosowane są w przemyśle bez posiadania przemysłu jest bardzo pracochłonne i nikt się nie będzie zarzynał za frajer czy inną ojczyznę, to specjaliści koncentrują się wokół tych jakie są (o ile nie porzucają zawodu), co najczęściej oznacza zagraniczne klastry przemysłowe. Taka koncentracja powoduje, że zaczynają w klastrach powstawać branże ekskluzywne, co wyklucza ich głęboki upadek przez długi cykl gospodarczy (dłużej klastry i tak nie wytrzymują z przyczyn demograficznych, skażenia, zdemolowania struktur społecznych – przemysł szkodzi i zabija, zawsze zabija wszystkich uczestników). Z punktu widzenia “ludu” kształcącego swoich członków masowo w specjalnościach przemysłowych katastrofą jest, jeśli rezultatem tego kształcenia nie będzie wojna – jaka bądź – a najlepiej wygrana. Tak błędnej alokacji natura nie wybacza, ponieważ taki poziom uorganizowania dużych struktur ludności zabija je – niszczy demografię, co wykażę z przyzwoitą metodologią w tekście o Simsach.

I tu wróćmy do tematu – likwidacja klastra przemysłowego z podanych wyżej przyczyn (pomijamy przygotowania do konfrontacji zbrojnej) czyli wygaśnięcia z powodu przepalenia demografii na danym obszarze koncentracji… likwidacja oznacza, że trzeba wynaleźć całą masę kół, kwadratów i trójkątów od nowa, mimo że wcześniej już były znane. Pewne detale odnośnie logistyki, organizacji, działania urządzeń, struktur handlu są możliwe do dziedziczenia jako zasób wiedzy WYŁĄCZNIE przez ich praktykowanie w warunkach występowania. I w żadnych innych. Wiedza owszem, jest przekazywana w formie teoretycznej, ale najczęściej dla tych co tego się uczą nic praktycznego z tego nie wynika, a tacy co radzą sobie z praktyką muszą mieć jakąś motywację, aby zmieniać coś co umieją i co im wychodzi na jakieś teoretyczne nie-wiadomo-jeszcze-co. Jeśli więc przyjrzymy się tematowi to pojawia się coraz więcej reduktorów (dziedziczenie redukcyjne) – czynników niszczących. Tutaj sobie zapewne można pomyśleć, że przecież internet pozwala odnaleźć specjalistów i jakoś do nich dotrzeć – nic z tego. Po pierwsze ludzie o wysokich kompetencjach nie piszą o swoich zajęciach z wielu powodów – ja na przykład mam zapis na lojalce. Po drugie sygnał poszukiwawczy idzie z góry – zarząd/guru–>kadra–>biurwa… a odpowiedzi na sygnał poszukiwawczy udzieli inna biurwa–>kadra–>zarząd a to dlatego, że biznes gra w kulki sam ze sobą i posługuje się komunikatem zrozumiałym wyłącznie dla siebie, dlatego posiadają średnią i wykonawczą biurwę, żeby wyszukała specjalistów i uruchomiła wykonanie. Z punktu widzenia biznesu o zasilaniu z pśp wymuszonych tęgą lagą (czyli w wyniku pracy przymusowej – pańszczyzny, niewolnictwa) cały ten cyrk poniżej to jest zbędny ozdobnik, a komunikat z postaci materialnego rezultatu musi być tłumaczony na tabelki, prospekty i wyniki, aby był zrozumiały. Tymczasem na dole w ogóle języka biznesu się nie stosuje – rezultat jest albo go nie ma. Nie ma czegoś takiego jak: prawie jest, połowiczny sukces, jesteśmy już blisko. Rzeczywistość dołu jest taka, że wszystko zajmie tyle czasu, ile musi i będzie kosztować aż przestanie, a jak się zrobi to się okaże. Dlatego są tam tak okrutne przeliczniki z poziomu na poziom i dlatego efektywność uzyskiwania zwrotów jest tak różna pomiędzy inwestowaniem w górę, a w dół.
Co sugeruje, że patrząc na inwestycje należy szukać, kiedy dany klaster się manifestował, czy emergentność jest naturalna (czy też jest to jakiś COP), czy jest tam dobre zasilanie demografią oraz jaką liczbę cykli dany klaster już istnieje. Jeśli się komuś chce poszperać, to polecam Detroit jako dobrze znany przykład przejścia całego cyklu. Jeśli więc wchodzimy w jakąś “branżę” przy użyciu jakiegoś funduszu konsolidującego i uśredniającego, to patrzymy na jakich klastrach siedzą wybrane firmy, jeśli w firmy to patrzymy gdzie ma rozproszenie (duże koncerny mają zdolność przenoszenia centrów pomiędzy klastrami, dlatego potrafią od biedy przetrwać długi cykl, choć takich przypadków jest niewiele – marka ginie, kapitał zmienia branżę aby ostatecznie i tak transformować w bank), no i jeśli inwestujemy w firemki to warto rzucić okiem na skład kadry technicznej, konkretnie na rozrzut wieku, jeśli jest tam “młody, dynamiczny zespół” to najpewniej płacimy za wynajdowanie koła na nowo tylko dlatego, że nie potrafią odnaleźć && skomunikować się z dinozaurami, które niekoniecznie są zainteresowane psuciem sobie jakiegoś własnego biznesu o takiej ekskluzywności że strach pytać o rentowność bo będzie abstrakcyjna jak handel sztuką.

Kup krowę, by napić się mleka

Przejdźmy do rozrachunku tego mechanizmu redukcyjnego, to nam da jakieś pojęcie o rzędach wielkości populacji, jaka potrzebna jest do utrzymania przemysłu w ruchu. O ile w przeszłości było niezwykle istotne, jak silny jest niewolnik oddający nam owoce swojej pracy, później problem ten rozwiązano wołem, koniem i silnikiem, to obecnie istotne jest, jaką mocą korelującą na wybranym odcinku manipulowania elementami rzeczywistości dany osobnik dysponuje. Nie bardzo mamy jakąkolwiek miarę obiektywną na te właściwości, ale po owocach ich poznajemy – coś działa, albo coś nie działa. To czy to działa tak jak chcieliśmy jest drugorzędne – ważne, że w ogóle daje jakiś rezultat i pytamy innych czy im się ten rezultat do czego przyda – czasem człowiek produkuje coś, co mu jest do niczego niepotrzebne, ale dają mu za to coś co go cieszy i gospodarka się kręci. Jak dają batem po grzbiecie, żeby pracował za darmo to się kręcić przestaje. Są jednak dwie własności oparte o to co człowiek ma w głowie, które jesteśmy w stanie rozróżnić z całą pewnością, i które są esencją tego od czego się ten tekst zaczyna. Przyjmijmy sobie jakieś dwa desygnaty tych mocy korelacyjnych – jeden to oczywiście operowanie materialną rzeczywistością (hard skills) – uzyskiwanie zasobów, urządzeń, maszyn, procesów z rzeczywistości materialnej, polskim wyrazem to opisującym jest chyba przemyślność. A drugi to przebiegłość – zdolność do operowania umysłami innych ludzi (soft skills), tworzenia hierarchii, przepychania swoich pomysłów. Czytelnicy dlatego są właśnie czytelnikami, że czytają tutejsze wodolejstwo, a to dlatego, że odczuwają jakąś formę zadowolenia z tej manipulatywności lingwistycznej, bo przecież bezcelowym byłoby stawianie mi zarzutu, że w erystycznych żartach nie odwracam kota zarówno ogonem jak i dowolną inną częścią kota w każdą stronę, tak iż ewidentnie kura przypomina osła. A do tego dysponuję pewnymi kompetencjami twardymi, dlatego zajmuję się przemysłem. Pozwala mi to skonsolidować w jednym ręku cały pion jaki opisałem na początku – od zarządu, po zarządzanie organizacją i samą egzekucję materialną, daje to pewne perspektywy na działanie tego i wymusza wysługiwanie się innymi ludźmi, a ludzie ci chcą abym się nimi wysługiwał, ponieważ jest to dla nich korzystniejsze niż kiedy poddają się władzy swoich własnych umysłów – właśnie dlatego ludzie szukają sobie władców – żeby ktoś coś za nich… najczęściej pomyślał. Oni już tam sobie po swojemu to zrobią, ale żeby im ktoś nadał kierunek, sens, wskazał horyzont.
Mamy jakiś tam aparat pomiarowy na rozrzut takich kompetencji. Jest on wadliwy i taki sobie, ale mamy też źródła z zastosowań praktycznych wskazujące, że mniej więcej takie liczby jakie nam wynikają z odchyleń standardowych opisują ludzką przemyślność. Aparatu opisującego ludzką przebiegłość nie jesteśmy w stanie skonstruować ze względu na jego dynamikę i brak jawnego rozrachunku, ale oczywiście takie próby są podejmowane, ponieważ potrzebuje tego do rządzenia nie tylko aparat władzy, ale również aparat przemocy do neutralizacji swoich oponentów (spisków, mafii, gangów, lig, przedsiębiorców, straszliwych kelnerów, a soviet to nawet lekarzy). W rezultacie wiemy, że jeden człowiek na dwunastu jest wyraźnie inny od pozostałych (no dwóch jest wyraźnie innych, z tym że jeden jest wyraźnie głupi, a nas wyrazistość w innym kierunku interesuje – blasku jaśniejącego, nie sfery ciemnoty szukamy), a 1/88 jest jeszcze wyraźniejszy, jednak wynika to z błędu odniesienia od standardu – jeśli po wybraniu 1/12 przesuniemy odniesienie na takiego to kolejny od niego w jego skali odchyleń też będzie 1/12. Po prostu w odchyleniach standardowych miara nominalna odchylenia spada wraz z siłą wychylenia od normy, ale gdybyśmy rachowali ludzką pomysłowość i przebiegłość to interesuje nas, kto ma zdecydowaną przewagę nad nami z naszego poziomu odniesienia, a nie z jakiejś obiektywnej “normy”. Co niezwykle drastycznie zawęzi nam przy takim liczeniu liczbę punktów uznawanych za jasne, ponieważ każde kolejne odchylenie będziemy wtedy uznawać za 1/12^n i zamiast krzywej Gaussa uzyskamy jej negatyw nominalny (czyli rysujemy od maksimum grafu nie dzwon, a zjeżdżalnie w obie strony). Oba wykresy opiszą nam dokładnie tę samą właściwość tej samej populacji – zmieni się jedynie metodologia przeszukiwania zbioru.
I to ma desygnat rzeczywisty – ten sposób filtracji populacji metodologią to system egzaminacyjny, doboru na wybrane uczelnie, dopuszczania do zasobów w sposób formalny, nieformalny i polityczny, sposób doboru zarządów, pracowników, filtr jaki stosują administratorzy dóbr skonsolidowanych (inwestorzy instytucjonalni poczynając od świątyń kilka tysięcy lat temu) do wyboru obszarów wartych wsparcia skonsolidowanym, masowym wysiłkiem. To, jak ostry jest ten system selekcji (jak wysokie jest q, funkcja p/q^n) wynika z zasilania wystarczającego do uzyskania przewagi (przyjmujemy ją standardowo za przewagę dwukrotną, choć w praktyce wojennej na przykład siedmiokrotna gwarantuje zwycięstwo, a w przemysłowej i 50:1, i 200:1 potrafi ciągnąć się całymi cyklami gospodarczymi zanim dojdzie do przejęcia – dlatego rozstrzygamy spory zbrojnie), a jak wysokie jest n zależy od liczebności populacji. P przyjmujemy za 1 tylko dlatego, że zakładamy indywidualność jednostek, ludzi w procesie tej selekcji, ale… niektórzy grają gromadnie i dla nich wzór ma inną formę, rody, sekty, koterie, plemiona i narody potrafią tym wzorem manipulować i uzyskiwać pewne specyficzne wyniki poważnie różniące się od innych wyników uzyskiwanych przy takich samych zasobach a innym zarządzaniu procesem. Metodologią można manipulować w rzeczywistości, co jestem w stanie wykazać, że praktykowano pół tysiąca lat temu nad Wartą i z tego wynikały sukcesy. Korporacje, partie polityczne próbują robić tak samo – to nie jest proste, ponieważ nie mają podaży kluczowego zasobu w tym równaniu – rody mają, dlatego rządzą rody bankowe, polityczne, wojskowe. Rody są suwerenami, a nie korporacje.

Przyjmijmy sobie to 1/12 (ale pamiętajmy o możliwości przesunięcia q i to raczej na liczby większe a nie mniejsze) i zacznijmy dokonywać selekcji. Dzieci wychowują niby rodzice, ale małe dzieci wychowują matki, nie ma się co do tego co oszukiwać, potem jak dziecko ma już pewne zdolności rozumowania i komunikacji, jest dopuszczane do zadawania pytań dziadkowi czy ojcu. Jednym z dalszych rozwinięć jest udział w działaniach rówieśniczych i pomocniczych dla dorosłych – niezależnie od tego jak odlotowa jest to kultura, to jeśli to w ogóle jest kultura to tak to przebiega. Dzieci w swojej grupie już dokonują selekcji w hierarchię. A dorośli obserwują rezultaty pomocy w swoich działaniach i decydują o dopuszczeniu do udziału w bardziej zaawansowanych czynnościach – to bardzo istotna nagroda. I to są metody selekcji, szkoła niczego właściwie nie zmienia, po prostu więcej dzieci przypada na tańszych=głupszych dorosłych i to takich, że kilkuletnie dziecko jest w stanie się połapać, że ich uczą jacyś durnie, których twarzy nie kaleczy objaw uruchamiania korelatora (bo na nauczycieli dobiera się mistrzów pokera^^). Tutaj już następuje wstępny odsiew, ale nas interesują trzy grupy – takich co to wszystko łykają i pilnie się uczą, aby uzyskać dobre wyniki – już na etapie do nastoletniości można przyjmować zakłady, że te typy trafią na średni szczebel struktur organizacyjnych, zresztą system edukacyjny jest tak skonstruowany, aby wytwarzać ludzi tworzących system – to zupełnie przytomne. Czy to będą struktury ważne, czy mało ważne, czy nawet bardzo poważne ma drugorzędne znaczenie – ci ludzie będą szkieletem sieci logistycznej – będą zamawiać towary, dysponować dobrami, wymuszać haracze, dostarczać zasoby specjalistom, wyszukiwać specjalistów, wyszukiwać niewolników, handlować orkiem, głaskać po głowach niespokojnych, wzbudzać leniwych. Druga grupa to tacy, którzy co prawda mogą, a czasem nawet się uczą, ale im się to wszystko nie podoba – to jest dynamika, oni są potrzebni aby nie doszło do stagnacji – oni wyrywają całość ze strefy komfortu i przepychają przez górkę do następnej strefy. No i tacy co swoje wiedzą, udają że są bierni, wierni, mają formalnie skuteczne wyniki (kierujące ich do żłoba), ale oni już wiedzą, że nie ma się co szarpać, że trzeba gromadzić zasoby i atakować wyłącznie w przewadze, a gdy ich atakują negocjować warunki kapitulacji – to jest kisiel. Kisiel zajmuje się politykowaniem, organizowaniem, robią za guru, za zarządy, ale czasem, bardzo niewielu ma łeb i siada do kwestii ścisłych operowania rzeczywistością. Znacie takie przykłady – komuch Kossecki do końca życia odżegnywał się od błędów niebu obrzydłych – tworzenia jakiś organizacji, przynależności i wrogości wobec kogokolwiek. Oni tam z panem w muszce swoje za uszami mieli i nie bez powodu Partia z nimi wojowała, a gdy sztandar wyprowadzono wojować nie przestano. Hetmana naszego umiłowanego też znacie, czy premiera Amber Bieleckiego. Znacie też takie w skali światowej jak Ford, który pierwszy jeździł samochodem własnej marki (bo sobie go wystrugał w garażu), a wersja rozwojowa to organizacja przemysłu hegemona w czasach jego największej produktywności. Właściwie w tym miejscu selekcja 1/12^1 i 1/12^2 się kończy – na tym etapie już wiadomo kto dziobie, a kto będzie dziobany. Nastolatek jest dorosły. Pozostaje dobrać narzędzia dziobania i tu akurat jest pewien problem, jeśli dorośliście w kraju spalonym przez Balcerowicza czy innego Eskimosa – nie ma zasobów, którymi moglibyście operować. Cóż po kadrach, jak nie ma tam mięsa na kościach – nie ma przemysłu, który wytwarza dobra? Można zacząć akumulację od nowa – od handlu i wtedy gwiazdami zostają handlowcy, no ale czymś trzeba płacić. To powoduje, że q trzeba podnieść bo dokonujemy tylko selekcji softskills do handlu – to wypacza gospodarkę, ponieważ tacy co sprawdziliby się w innym modelu selekcji wyjeżdżają do państw poważnych (miłujących pokój i zbrojących się po zęby). W rezultacie zmienia się n, ale system zostaje odessany z pewnych typów sigm, i nie wiemy jak to opisać, ale kiedy się szuka firm na pewnym poziomie technicznym, to ani ich nie ma, ani nie ma z kogo skonsolidować takiego przemysłu – w Polsce żebyście stanęli na głowie, to w ciągu najbliższych 25 lat nie da się wdrożyć produkcji nowoczesnych myśliwców, śmigłowców, okrętów podwodnych i czołgów. Radary i systemy korelacji jeszcze da się. Można nienowoczesne – od czegoś trzeba zacząć. Model selekcji wpływa na wartości pqn i zależnie od kraju i branży w jaką inwestujecie, trzeba bacznie przyglądać się tym wartościom.
Oczywiście pierwsze co przychodzi do głowy to dowalić takie n, żeby eksplozja demograficzna zapewniła nam przewagę liczebną – taka gospodarka na pewno będzie miała nominalną produktywność bardzo wysoką, ale całkiem prawdopodobne, że moc swobodna tej gospodarki będzie nikła w stosunku do jej rozmiaru (ludność będzie słabo zorganizowana – będzie zasobem niekontestującym, ale niesterownym). Taki model pozwala przepalać populację na bardzo rygorystyczne selekcji, ale nie jest powtarzalny już w drugim pokoleniu, ponieważ tych co odpadli z selekcji trzeba spychać ze skały żeby nie zajmowali miejsca, albo wyganiać do Afryki na kolonizowanie terytoriów, albo do obozów pracy zsyłać, albo na pustynię, w góry, w tundrę – precz. Ponieważ obraz tych represji jest znany populacji to stresory powodują spadek dzietności i n nam się stabilizuje, nie zapewniając dynamiki przewag. Teoretycznie można zmanipulować p przeorganizowując społeczeństwo, z tym że konkurujące już wewnątrz społeczeństwa podgrupy celowo i z premedytacją prowadzą innych do atomizacji, aby wyzyskiwać swoją przewagę. Jeśli chcecie tworzyć ród, plemię czy naród, to musicie uciec na pustynię, gdzie pada manna z nieba. Czyli gdzie jest licha gęstość zaludnienia i bardzo wydajny przemysł broniony korzystną dla eksportu geografią i zasilany sigmami. Inwestycje kapitałowe w takim kraju są pozbawione sensu, bo tylko czekać aż zostaną przepalone na eksplozję demograficzną – a przecież głupio mieć wkład dolarowy spłacany niewolnikami? Albo rozliczeniem w zapałkach? Wiertłach? Ropie? Miedzi? Złocie? – no ostatecznie coś tam można by wybrać. Ale nie miejmy złudzeń – kapitał z krajów przemysłowych ucieka – dochodzi do eksportu prostych prac z klastra przemysłowego na peryferia (dalej do klastra wrócę).
Tym samym doszliśmy do celu selekcji, bo przecież jak już przeczeszemy grupę 1/12 czy 1/144 to nie zostawiamy ich tak jak byli, tylko konsolidujemy na jakiej uczelni i z nich przeprowadzamy dalszą selekcję (zazwyczaj 1/12, czyli 1/12^3), ale też limitujemy im zasoby, firmy, narzędzia, urzędy, partie, parafie jakimi będą kierować. I musimy jeszcze wziąć pod uwagę, że rody mające już jakieś zasoby kalkulują, czy brać udział w społeczności czy już na tym etapie się utaić “w garażu” i tam sobie coś na boku produkować – z tego powodu kadry technicznej w populacji jest zawsze pozorny deficyt, ponieważ oni sobie wytwarzają i gromadzą narzędzia “poza systemem” niezależnie od systemu. Im dłużej trwa pokój & dobrobyt, tym większa jest grupa wykluczająca się do własnej szopy z produkcją (i tym potężniejszymi narzędziami zniszczenia może dysponować społeczeństwo, jeśli im dać pracować). Rosjanie mają pokój od bardzo dawna i dzięki YT możemy dowiedzieć się co porobili w szopach i garażach, a tam są nawet śmigłowce – nie ma okrętów, bo nie mieszkają nad ciepłymi morzami tylko w inlandzie. A Szwedzi czy Szwajcarzy mają pokój jeszcze dłużej.
Jeśli więc wkładamy jakiś “kapitał” to trzeba pamiętać, że dajemy go ludziom już wyselekcjonowanym, a oni wymagają aby kapitał im płacił, a robią to tak:

I tu wrzutka o ludzkiej konstrukcji psychicznej, konkretnie o ludziach rzeczywiście gromadzących zasoby – endodynamikach, i to skrajnych. To może przyjść z wiekiem, ale niektórzy po prostu szybciej dojrzewają w takim wrogim środowisku (na przykład w środowisku elity władzy: wojskowej, politycznej, formalnej, religijnej, przemysłowej). Kapitał na nas pracuje. Sobie siedzimy, śpimy, myślimy a nasz kapitał – nasze dokonania przeszłe odcinają kupony z cudzej produktywności i nam wszelkiej wczasy dostarczają. Bardzo fajna koncepcja – wojskowy podbił i okupuje, polityk nakłamał i kradnie lizaki, biurwa wydaje decyzje i zabiera, kapłan ekscytuje afirmację i otrzymuje dary, przemysłowiec zamienia mniej potrzebne obecnie rzeczy na inne pożądane rozmontowując tory za lokomotywą postępu i kładąc przed lokomotywą. Dla każdej z tych osób kapitał ma inny desygnat, dla wojskowego to logistyka, morale, zapasy magazynowe, dla polityka i kapłana poziom zasobów osób ekscytowanych do ich przekazania, dla biurwy zdolność absorbcji stresorów przez ograbianych, dla przemysłowca to ta lokomotywa właśnie (maszyny, fabryki, branże) tak kierowana, aby jechała od zasobu do zasobu i aby jej sił na dojazd do kolejnego nie brakło. Sobie siedzimy, a kapitał pracuje – bardzo fajnie. No, to co bystrzejsi specjaliści robią dokładnie tak samo – przychodzi do nich biurwa havenot i suplikuje o zwiększony wysiłek na rzecz Babilonu, po czym sadzi uzasadnienia, które wydają się takiemu ekscytujące dopuszczając się zarzutu, że przecież specjaliście płacą za godzinę, a ten siedzi i się leni, a pracy poniżej swoich kwalifikacji nie ruszy (zatrudnijcie kogoś kto szuka takiego zajęcia i ma mniej kwalifikacji – od tego są młodzi), czeka na zadania godne zwrócenia na nie uwagi – bezczelny typ! Ale bez tego bezczelnego typa te właśnie kluczowe zadania nie zostaną zrealizowane. Kompetencje tego bezczelnego typa to właśnie kapitał – on sobie siedzi, a kapitał pracuje, bo inwestor za każdą godzinę płaci, żeby w ogóle mieć dostęp do tego kluczowego zasobu. Sobie specjalista siedzi i mu od siedzenia przybywa – na tym polega inwestycja we własne kompetencje, płacą za dostępność. Coś jak żona – też efektywnie droższa od kochanki na godziny.

Co powoduje, że nam te sigmy z każdego dolara przy wewnętrznej produktywności w mnożnikach dadzą może dwudziestą część centa od dolara. A do tego… same na tym prawie nie zarobią. Za to zbudują poważną infrastrukturę, ponieważ ta infrastruktura (facebook, dolina krzemowa, gnosjo, energomasz) jest właśnie kapitałem materialnym, organizacyjnym i strukturalnym. Rozcalenie tych ludzi – powiększenie odległości między nimi powoduje gwałtowny spadek konsolidacji produktywności i produktywności w ogóle. To ta infrastruktura jest siłą stojącą za tym, że tego dolara co wyjmiemy z inwestycji i te kilka centów kuponu ktoś w ogóle przyjmie – bo będzie mógł je w przyszłości wymienić. Inaczej musielibyśmy płacić tymi sigmami, a to są lepsze cwaniaki i tak łatwo się ich w siatkę nie łapie. A i oni mają własny model selekcji – okrutnie okrutny i rysujący nam coś, co nazywamy nierównością społeczną. Ten model selekcji to klaster przemysłowy.

Małpie okrucieństwo wyrażone cenami

Jeśli byście chcieli wejść do jakiegoś klubu, to musicie spełniać warunki lub zapłacić – są kluby o takich wycenach, że nie ma takich kwot aby zapłacić – pozostaje spełniać warunki. Zresztą jak rzucicie okiem na dyskusje fizyków zajmujących się przemysłem wysokich energii, to ktoś kto nie jest w klubie i tak nic z tego nie zrozumie. Wezmę jednak na tapetę dzisiejsze Palo Alto w dolinie krzemowej jako przykład znany i ekstremalny, chociaż są lepsze w Chinach czy Europie tylko tak w oczy nie kłują (no dobra – City kłuje). Gdańsk, Kraków czy Poznań też kiedyś miały takie własności.
Powszechna wiedza o klastrach jest taka (dla ciemnego luda), że tam dużo płacą. No to byśmy kombinowali jak się tam dostać. Ale rzeczywistość na miejscu jest taka, że wszystko tam bardzo dużo kosztuje – i to są koszty zaporowe po to aby durnie, co nie potrafią sobie zorganizować środków nawet tam nie podchodziły i nie zużywały zasobów potrzebnych sigmom. Chętnych jednak aby coś z tortu urwać jest tak dużo, że wszelkie usługi są tam oferowane i każdy towar może być dowieziony, tylko to będzie bardzo dużo kosztowało. Co powoduje czasem dziwaczne alokacje określane ekscentrycznością, snobizmem, wysoką sztuką i innymi takimi hokus pokus. Jak to mnie znajomy dinozaur-burżuj ostatnio zbeształ, kiedy zrobiłem jaką tam metaloplastykę, że to widać iż zrobił to mechanik precyzyjny a nie kowal, bo chociaż robione na oko, to to nie było zwykłe oko i można na tym zapewne przyrządy pomiarowe kalibrować. Trzeba było to walnąć młotkiem i pokrzywić, żeby wyglądało na rękodzieło, a nie na produkt z laboratorium. Chociaż jak co do czego, to jego prace od moich dzieli właśnie taka przepaść jak przemysł polski od szwedzkiego – funkcjonalnie to samo, ale pozostaje zanurzyć mikrofon w wodzie, aby odgadnąć że jeden napęd okrętu jest z Cegielskiego, a drugiego nie słychać.
Pierwszą barierą klastra jest zazwyczaj granica państwa – jest ona klastrowi zbędna, ale daje jakiś teoretyczny odsiew. Jest ona dzisiaj nieistotna, bo nie da się granic upilnować przy takim natłoku i tej strukturze wiekowej, a niechęci do min i kaemów.
Drugą jest cena miejsca parkingowego, hotelu, żywności. W Palo Alto doszło do tego, że średni szczebel techniczny – wykonawczy musiał się wyprowadzić do samochodów i przyczep (a mimo to pozostał na miejscu) ponieważ nie stać ich tam na domy – jak chcą to mogą dojeżdżać po 200km – i tak wiele firm tam funkcjonuje i klient płaci. Ale można sobie podróży oszczędzić i mieszkać w przyczepie. I tak ludzie robią. Najwidoczniej zyski z tego są olbrzymie, więc ludzie godzą się na takie warunki – przecież mogliby się przenieść gdzie indziej (wszak przyczepa i samochód campingowy jest na kołach). Całe ulice w Palo Alto zastawione są campingami, działki są drogie, domy jeszcze droższe, rzemieślnicy kasują astronomiczne kwoty za pracę i w rezultacie nie stać ich na domy jakie budują – pełen odlot. Powiedzielibyśmy, że koncentracja kapitału, że inflacja – to jest przepychanka, selekcja sigm. Kto sobie nie poradzi, kto choć przez chwilę nie będzie produktywny nie utrzyma się “wewnątrz murów miejskich – w grodzie” i opuści terytorium i przestanie zabierać zasoby. Taki koncłagier jest typowym obozem pracy, celem jest produktywność, wszyscy nieproduktywni – won! I to właśnie kapitałowi jest potrzebne do rozmnażania. Ludzie sami chcą być w takich nieludzkich warunkach i ścisku, kiedy ego i intelekt sąsiada wywierają ciśnienie wyrażone ceną nieruchomości i jej niedostępnością – ponieważ zapewnia nam to sąsiada, który umie takie rzeczy, jakie mało kto jeszcze na świecie umie – to sąsiad selekcjonowany, a nie przypadkowy.
Mieszkam w biedawersji klastra na skalę i możliwości jakie tutaj są, a i tak w mojej branży to światowa czołówka. Mamy tutaj bardzo ciekawe zjawisko, że na wsi ulica na jakiej mieszkam się polonizuje i wszyscy są jakoś tam mniej lub bardziej związani z jakim rzemiosłem na poziomie średnio lub bardziej zaawansowanym. Ponieważ pierwszą rzeczą jaką robią sigmy to selekcja gdzie kto mieszka, dlatego w średniowiecznych miastach były ulice szewców, cieśli, rymarzy etc. A dzisiaj mamy wioski i ulice wysycone zarządami, administracją, handlowcami, kadrą techniczną. Struktura jest taka sama jak w średniowieczu, tylko inaczej budujemy miasta – społeczeństwo identycznie. Zjawiska w Kalifornii są identyczne, tyle że tam jest rozmach. Im dalej od klastra tym taniej, im bliżej tym wszystko droższe. A ponieważ podróże są dzisiaj tanie i informacja powszechnie dostępna to ludzie odnoszą się do poziomu klastra, a nie swojego lokalnego i każda chłopska córka marzy o księciu, zamiast o chłopskim synu czy w ostateczności młynarzu. Rezultat tego taki, że chłopskie córki ruszają gromadnie do miasta w poszukiwaniu księcia z bajki, a ponieważ w klastrze drogo jest okrutnie, to są zmuszone do radzenia sobie, a kapitał mają póki są piękne i młode, a potem przyjeżdżają następne. A to też ciekawe zjawisko, ponieważ klastry co prawda używają starców (tych co zebrali kontakty, zasoby i korelują pracę innych operując ich mocą socjologiczną) ale tylko tych, co sobie to miejsce wygryźli i mimo spadku mocy witalnej dysponują socjologiczną. A pozostałych się eksportuje – klastry są produktywne, to daje się tym wyświecanym na starość zdrowy wziątek emerytalny, żeby sobie poszli bez poganiania, ale rezultat tego jest taki, że trafiają do krajów obsługowych dla emerytów – gdzie z ich punktu widzenia (przemysłu w klastrze) jest tanio, a tam pielęgniarki podają akuratną owsiankę i służą wiernie swoim herrenvolkom bez zaganiania ich do tego batem i przypominania wiszącą w szafie kolekcją Hugo Bossa z czasów niegodnych wspominania, że kiedyś próbowali siłą sprowadzać niewolników do klastra zamiast tak jak dzisiaj to sprytnie wykombinować.

Z przyczyn praktycznych klaster potrzebuje portu – sprowadza gigantyczne ilości energii kablem, gazem, ropą, uranem, węglem. Ktoś tym musi zarządzać – to te budynki w środku klastra – te wyższe, te z których widać zakres korelowanych zasobów – o to tam są wyceny z kosmosu, aby nikt nie wyparł zarządów i guru. To za utrzymanie tej pozycji przepalany jest kapitał inwestorów. To tam jest piekło na ziemi, gdy klaster przestaje być wydajny, zarządy się wynoszą, znika ochrona pilnująca tam porządku i pojawiają się patole. Potrzebuje obwodnic, potrzebuje logistyki, magazynów, fabryk. Gdzieś w tym wszystkim brakuje miejsca dla ludzi – jeśli się da, to wyprowadzają się poza ośrodek na wieś spokojną/wieś wesołą i trzeba ponosić koszty codziennego dowożenia sigm do centrów. Jeśli ten koszt z jakiś przyczyn jest wyceniany zbyt wysoko, to sigmy zaczynają otwierać centra u siebie na wsiach (mamy takie) i dochodzi do dyssypacji, a co za tym idzie – ekspansji klastra, kolejnej warstwy obwodnic, kolejnych tras wejścia i jeśli geografia pozwala – kolejnych portów. I ceny rosną. Jednak do obsługi tego wszystkiego trzeba masy ogłupionych ludzi gotowych mieszkać w środku, gdzie nie ma miejsca, gdzie nikt przytomny nawet nie jedzie, bo nie ma gdzie wjechać, nie ma gdzie parkować i w środku Detroit robi się patologia. A Singapur to po prostu stan umysłu. Taka przestrzeń przyciąga wszystkich, wybiera sigmy i wciąga je do łańcucha. Utrzymanie się jest tam drogie – trzeba umieć wejść, utrzymać pozycję i mieć dokąd się wycofać, kiedy muzyka na chwilę przycichnie. I trzeba to zrobić na czas, ponieważ gdy muzyka cichnie o połowę to nagle się okazuje, że za połowę nie da się w klastrze przeżyć.
Nie jest to zdrowa struktura społeczna, gdzie ludzie się nie rodzą tylko są importowani, gdzie nie ma starców bo są eksportowani, gdzie tych co nie dają rezultatów wypycha się ekonomicznie. Ale jest to struktura niezwykle produktywna. Właśnie dlatego rozgrzana gospodarka dostarcza do klastrów wielkie mnóstwo wszystkiego i dobrobyt stamtąd osypuje się w takich ilościach (po jego przetworzeniu przez klaster), że nawet bierni inwestorzy mogą zarobić.

Podsumowując

I pojawia się tylko jeden mały zgrzyt. Co jeśli w trakcie dłubania przy pqn okaże się, że n spada? Że q poszło do innej branży niż lokalna i pracuje zdalnie, zależąc od innej gospodarki o skrzywionej alokacji (bo każdy klaster jest zwichrowany z definicji, jest taki w Chinach co tylko telefony robi – od niedawna istnieje i za długo nie postoi a ma tyle ludności co cała Polska). Co jeśli w rezultacie trzeba będzie więcej płacić z kapitału finansowego za kapitał kompetencji? Jaki sens ma wtedy kapitał finansowy w postaci zobowiązań materialnych, kiedy moc jałowa systemu selekcji powoduje, że nie da się utrzymać ciągłości w tym organizmie (kompetencje nie są przekazywane, bo zbyt mała populacja uczestniczy w danej branży) i pewne ogniwa łańcucha dostaw okażą się pozbawione ludzi, którzy umieją dane produkty wykonać?
Mamy już takie sytuacje w klastrze (w innych też) że są prace, na które jest zapotrzebowanie i nie ma chętnych ich wykonać nie z powodu ceny, tylko z powodu limitacji zasobów w czasie. Pozostaje wtedy zrobić odpisy? Zrolować oczekiwania na później? A później to ich nie przejemy? A później to kto to wyprodukuje jak dziś nikt nie ma czasu, a nikt nowy się tego nie uczy? Wytwórca z fontanny młodości coś łyknie?

Biurwa ma na to radę, ale inwestorzy nie dali się nabrać. Otóż biurwa (administracja średniego szczebla w korpo) wciska kolejnym inwestorom na całym świecie projekty badawcze badające to, co jakby poszukać dinozaura to już dawno wiadomo i sprawdzono w praktyce. Ale z dinozaurami nie ma kontaktu, bo one mają oddzielną gospodarkę, w której sigmy czasem robią po godzinach, biurwa do klubu nie należy bo warunkiem jest posiadanie mocy produkcyjnych “w domu i zagrodzie”. Inwestorzy to łykają, ponieważ zarządy tej biurwy naciskają politycznie na dodruk (na ekspansję ilościową płynności), ale nie chcą wydawać tej płynności na finansowanie długu politycznego (państw/rządów), więc tam dodruk organizuje już bezpośrednio bank centralny skupując długi. W rezultacie mamy ujemne stopy procentowe, niby tam straszą że będą podniesione, ale coś mi się widzi, że jeszcze zdążymy zjechać do dwucyfrowej ujemności (przynajmniej oficjalnie) i będzie niewyobrażalny odlot. Są tego objawy – w pracy się nie przepracowujemy a po godzinach robimy sobie gospodarkę zapasową na tyle istotną, że to jest przemysł maszynowy wytwarzający narzędzia (maszyny) dla działających kompletnie na czarno firm budowlanych. Rzeczywista gospodarka wyrwała się z administrowanego rozrachunku. Są niby jakieś tam bajki o tym, że będzie cashless – już muzułmanie pędzą się cashlesować, jak to oni są rynkiem, to u nich suk – to oni decydują swoją liczebnością o tym, że szara strefa jest i będzie. Cashless będzie dla naiwnych. A tymczasem banki przekładają płynność na coś błyszczącego, ot tak na wszelki wypadek, bo im więcej zamienią na aktywa materialne, tym więcej przytomności wróci tym na odlocie przy drukarkach. Ostatecznie przytomność zostanie przywrócona żelazem w huku dział. Dlatego wyniki z inwestycji w spółki technologiczne, gdzie coraz częściej badania i projekty to fejki wynajdujące koło na nowo łykane tylko dlatego, że nie ma żadnej konkurencji dziedziczącej kompetencje o tym, że koło już znają, a nie ujawniają się, ponieważ tajemnicę produkcji koła dinozaury zabierają do “szopy”. Coraz częściej pada pytanie o to, co jest kapitałem. A to bardzo łatwo rozpoznać – wystarczy zapytać banku czy na to co robimy będzie nam dawał jeść, a nas przygarnie. Mniejszych przygarnie korpo, a najmniejszych ci więksi. To jest rekonsolidacja łańcucha wytwarzającego kapitał – to co będzie pożądane – nie wiemy jeszcze co, ale na wszelki wypadek staramy się skonsolidować wszelką produkcję materialną. Na samym końcu w oparciu o nowe pasywa dojdzie do konieczności wdrożenia nowej, dającej się używać waluty symulującej płynność i stopy procentowe, jak to u zarania każdej waluty będą wysokie.
Dlatego właśnie państwa poważne zassały sobie n i pal diabli, że q poleciało na mordę. Najwyżej cofniemy się do przemysłu 1.0 i 2.0 ze śladowym 3.0 i wynajdziemy to wszystko od nowa. Oczywiście będzie jakaś tam kapłańska garstka specjalistów siedząca w 3.0 ale 4.0 nie weszło i już raczej nie ruszy przy takim q jakie nam wyszło. Aby ktoś dziedziczył kompetencje, to ten ktoś musi w ogóle istnieć. Jeśli chcecie pozyskać 20 latka z trzema hardskills, to trzeba go zacząć kształcić dość wcześnie, a ponieważ obecne szkolnictwo wyklucza posyłanie dzieci do fabryk, aby zapoznawały się z maszynami, organizacją pracy i produkcji (czy nawet negocjacjami z klientem, zarządzaniem, organizacją zamówień, zakupów i dostaw) to dzieci którym będzie to dostarczone, będą miały olbrzymią przewagę na tymi co zakończą kształcenie bez pewności jaką mają płeć^^ No i tych dzieci w formule 1/12 trzeba posłać do fabryki ze dwanaścioro żeby mieć rezultat – to dość dobra podróż wąską ścieżką nad skałami, bo w przemyśle jest bardzo niebezpiecznie, nie trzeba nikogo spychać ze skały – sam spadnie. Przy mnie dwudziestolatkowie z kadłuba spadali i kończyli karierę. A do tego niektórzy będą jeszcze mieli pecha.

Podsumowując – jeśli chodzi o inwestycje w spółki technologiczne to podejrzewam, że sensownym zakupem długoterminowym są takie, które dysponują aparatem kształcenia zdolnym przenieść kompetencje 2.0 i 3.0. Ponieważ te firmy na pewno będą miały kluczowy towar przy spadku podaży ludności, jaki dziś obserwujemy i starzejącym się społeczeństwie produkcyjnym. Będą miały kompetencje jak uruchomić te wszystkie fabryki i podnieść ich produktywność, ponieważ w tych firmach się to praktykuje na co dzień. A kto nie praktykuje ten nie wie. Niemcy nie bez powodu otwierają w Polsce masę technicznych szkół przyzakładowych i zasysają populację – ich elity przemysłowe to ludzie poważni z odziedziczonymi kolekcjami Hugo Bossa w szafie i numerami kont Maxa Heiligera.