Zakupy bez wyboru

W toku dyskusji u IT21 wynikła z @Arcadio taka sprawa, w której przedstawił racjonalne argumenty jak powinno być odnośnie obrotu butelkami, ale niestety społeczeństwo głupie. I to jest pewien problem jaki mamy w całej produkcji. Tekst będzie o przemyśle, o tym jak organizujemy produkcję, automatyzację, dobieramy narzędzia, dlaczego tak a nie inaczej i dlaczego rezultaty są takie, że wychodzi nam 10k mikrofirm “ja czasem ze śwagrem i kuzynem” na siedem takich 500+ (dane z zeszłego roku odnośnie branż technicznych, w innych jest jeszcze gorzej – jest mniejsza konsolidacja).

Ciekawą koncepcję przedstawił Jack Ma, że (w domyśle pod dominacją Chin) nie będzie panoszenia się międzynarodowych korporacji (chińskie oczywiście będą się panoszyć, no ale łune narodowe), będzie pierdyliard milionów małych firm, które będą na platformach handlowych działać globalnie (USA i EU idą w izolacjonizm bo WASPY w USA tak zdecydowały). Wynika to z tego, że Partia nie chce mieć żadnej konkurencji skonsolidowanej i chce kontrolować przepływy bez demolowania rynku przydzielając jak monarcha uprawnienia na większe przedsięwzięcia (bo każdy może sobie na boku kit z okien dłubać).

Ten tekst o automatyzacji będzie się składał z gawędziarskiego mamrotania (w formie katechizmu – pytania i jedynie słuszne odpowiedzi na nie, bo przecież żadne inne niż takie, co autorowi pasują^^ – nie wypada abym powoływał się na manifest Unabombera, że cała ta koncepcja z rozwojem technicznym może być o kant i skończyć się brakiem dzieci kiedy zgodnie z ideą promowaną przez @bmen’a zaczniemy pukać lalki-roboty), następnie nieco kwestii praktycznych, obudowa teoretyczna do tego wszystkiego wyjaśniająca dlaczego to tak powoli idzie, i że to że coś się da nie oznacza, że zrobimy to w ogóle, a tym bardziej od razu i na koniec co nieco o systemie podatkowym i rozrachunkowym.

Odsyłam do tekstu gdzie wyjaśniałem obrachunkowe rezultaty podbijania $ds we własnej firmie poprzez pchanie wdrożeń *1,006 przez kolejne miesiące. Będzie to potrzebne do uchwycenia ekonomicznej zasadności bądź jej braku w przypadku automatyzacji.

Tekst z całą pewnością jest nieco nie poukładany (należy traktować jako zbiór luźnych przemyśleń, bo na ten temat mógłbym w detalach z przykładami prawie bez końca), pisany był po kawałku i zapewne są w nim powtórzenia, przynajmniej funkcjonalne – opisujące pewne ciągi konsekwencji. Na pewno dałoby się to zredagować i skrócić, ale to rzemieślnicza robota i nie bardzo istnieje aparat do kompresji lanej wody, gdyż płyny mają taką właściwość, że są mało ściśliwe.

Gdy zaczynałem pisać, na halę wszedł behapowiec i z regału jaki mijał osunęła się paleta na jakiejś nieprzyzwoitej wysokości rozsypując setki kilogramów nielekkich nierdzewnych detali wielkości wystarczającej, by z tej wysokości zabić. Klątwa – zero racjonalności. Behapowiec dostał ochrzan za brak butów z noskami. Oczywiście protokołu nikt nie będzie pisał, a zdarzenie nie miało miejsca i nikt nie będzie o tym do wieczora pamiętał. Są oczywiście zautomatyzowane systemy magazynowania, są widlaki samodzielnie korygujące pracę operatora, są różne rzeczy w katalogach. W rzeczywistości to te nowinki występują w jednej firmie na kilka milionów mieszkańców w co bardziej uprzemysłowionych krajach.

Ten tekst właściwie mógłbym zacząć od podsumowania, że cała ta automatyzacja, automaty zabierające pracę i robotyka to na razie jest kamieni kupa. Jest tego tyle co śmigłowca na rysunku Leonarda i to rysunku wysikanym w śniegu. Na razie nie ma maszyny zdolnej wsadzić sznurówki w buty (najdroższy element produkcji trampek), żeby zawiązać, to w ogóle można zapomnieć, nie ma maszyny zbierającej szparagi, truskawki, jabłka, pomidory. Dobrze, że kury znoszą jajka na taśmociąg. W tekście wyjaśnię, że proces wdrażania technologii jest zgodny z dużym cyklem koniunkturalnym i wyjaśnię przyczyny tego zjawiska (pozór istnienia cyklu wynika właśnie z wdrożeń), a proces wymiany maszyn nie jest taki jak samochodów osobowych z trzyletnią gwarancją przy korzystaniu z ASO. Wiem, że tv propaguje obraz robotów składających różne rzeczy i wygląda to fajnie – to są demonstracje technologii. Rzeczywistość jest taka, że “fabryka” produkująca ajfony zatrudnia prawie pół miliona ludzi, a samolotów z poważnym napędem (odrzutowym, turbowentylatorowym) w średniej wielkości kraju jest poniżej tysiąca, co wyznacza liczbę techników i metodę produkcji tego – młotkiem (nie żartuję) oraz elementów w takich ilościach (składamy je ręcznie, a sczepiamy krytyczne elementy bijąc punktak młotkiem aby zdeformować powierzchnie i docisnąć do siebie przed dalszym spajaniem). Zautomatyzowana to jest na razie produkcja gwoździ (dwie operacje), śrub (trzy do pięciu operacji – te na pięć to bardzo drogi wypas), nitów, podkładek, łożysk, brzeszczotów do pił (ale na metry, albo takich co pasują do seryjnych pił – cena na półce z metra x3 za ucięcie i zgrzanie). W trybie ciągłym udaje się produkować stal, walcować, ekstrudować, kształtować. Ale jak policzycie ile tych elementów wszystkich jest, to wyjdzie Wam jakaś niewielka, skończona ilość i standaryzacja przynajmniej na poziomie krajów, zazwyczaj kontynentów, a nawet globalna, chociaż spróbujcie kupić śruby imperialne na kilogramy w środku Europy, albo metryczne w Kanadzie to zrozumiecie jakie to są żarty logistyczne. Już pominę, że w USA mają inne profile stalowe i inną “inżynierię” z powodu innego klimatu, więc przeniesienie ich rozwiązań na dostępne w całkiem zbliżonym UK to jest mordęga, a w Reichu kompletny odlot.

Procesy są automatyzowane dopiero kiedy jest “sto milionów dla każdego” – o, to właśnie dlatego ten tekst wynikł z dyskusji z @Arcadio, ponieważ w wiodących browarach są automaty rozpoznające butelki, automaty myjące butelki, znakujące, kapslujące. I to się kalkuluje – we wiodących, sprzedających wielkie mnóstwo browarach, które przez dekady nie zmieniają kształtu butelki, rozmiaru kapsla i wtedy ma to sens. Zerowy stopień swobody, brak rozchwiania procesu. Tymczasem rynek i klienci mają fiu bździu w głowach i zamiast piwa marki piwo chcą jakiś lokalnych wynalazków. O ile można wpuścić na taśmę lepienie innej naklejki i koloru kapsla, to zmiana butelki jest już pewnym utrapieniem, a jeszcze nie doszliśmy do zawartości butelki.

Z zawartością jest wesoło w żywnościówce, bo sami rozumiecie – co jakiś czas aparaturę do produkcji ciastek, kremów, czekolady, frytek, ryb, piwa i soków trzeba umyć. I tu zaczyna być wesoło – otóż elementy maszynowe muszą być odporne na temperaturę w jakiej będą czyszczone – gwarantuje Wam, że żadna seryjna obrabiarka nie przetrwa takiego eksperymentu zachowując dokładność pracy. A i mało który robot (ramię) zniesie takie bestialstwo jak SPA w domowej zmywarce. Do hut robi się elementy do robotów rzemieślniczo na sztuki (nie schodzą w serii, robiłem te sztuki), nikt tam nie oczekuje dokładności i powtarzalności, a te do obsługi pieców są do tego tak często w kalibracji i na remontach, że się je po prostu wymienia mając na hali parking takich, co wymagają doktora i takich, co są gotowe do powrotu na front robót. Sami rozumiecie – z temperaturą oszczędnie, no to zamiast temperatury chemia, a potem soczek i do butelek – czy muszę tłumaczyć detale? Właśnie dlatego istnieją drobni producenci eko i raw food i innych fiu bździu i niektórzy naprawdę, na poważnie dbają o to żeby było zgodnie z ideą. Czasem się na fuchę robi im różne maszyny. Ich rzemieślnicza produkcja po przepuszczeniu przez fiu bździu kawiarnie z takimi cenami za ciastka, że musiałbym na głowę upaść (u Wierzynka są ludzkie ceny czekoladek, a w tych kawiarniach nie) jest ekonomicznie niezasadna w takim ręcznym wydaniu, więc wyrabiają markę, sprzedają proces do zautomatyzowanej ciastkarni, tam już wiecie jaki jest proces mycia, no i wracamy do punktu wyjścia.

Siekiera

Drewno obrabiamy siekierą z tego jedynie metabolicznego przymuszenia, że zębami bardziej boli. A odciski na rękach jakoś da się przeżyć. Ognisko czy gwiazda ma podstawową dla zamieszkiwanego przez nas świata dystrybucję mocy – w każdym kierunku. Korelacja polega na użyciu tej mocy w większej koncentracji na określonym kierunku. Dlatego najpierw coś nam się pali, czy wybucha, a później montujemy to w cylindrach i wybucha raz wysyłając tłok w kierunku wrogów naszych znienawidzonych, a potem to się nawet do tego da coś podłączyć i silnik zbudować. Ruch po okręgu to przywiązanie sfery do osi, ruch po linii to przywiązanie sfery do okręgu. Z tego wynika, że uzyskanie ruchu liniowego wymaga przynajmniej trzech stopni uwiązania mocy ze źródła naturalnego.

Najlepszym źródłem mocy jest niewolnik, tego zastępuje koń, a tego silnik. Ponieważ silnik na razie nie konkuruje z nami o żywność, to zazwyczaj używamy silników, co przekształciło nasze (opisywane dalej w tekście) piramidy społeczne w bardziej szpiczaste – więcej ludzi musi myśleć co z tą mocą spalaną w postaci milionów ton ropy, węgla i uranu zrobić. Oczywiście moglibyśmy to wszystko po prostu podpalić i cieszyć się pożarem szybów naftowych – ogień jest fascynujący – ale wystarczająco wielu ludzi uważa, że to nie jest dobry pomysł, więc budujemy cywilizację techniczną (znaczy ja buduję, bo ludzie to różne rzeczy robią – malują, politykują, tańczą, oddają się rozpuście).

Takim tokiem rozumowania dojdziemy do wniosku, że jeśli sprytnie skorelować maszynę i ona nie zawiedzie, to ten płonący w niej, doprowadzony jakimś przemyślnym wężykiem szyb naftowy nie tylko będzie kopcił, ale na przykład będzie zawiązywał buty, podawał do stołu i wyjmował towary z magazynu Amazona. Wystarczy dołożyć mocy korelującej – o ile ją mamy. Czy mamy i ile, to łatwo poznać po tym, że na razie do stołu podają nam lemingi, a nie roboty. Czyli że wytworzenie posłusznego, w miarę rozgarniętego robota jak na razie sprowadza się do zbrzuchacenia niewiasty i jakiegoś procesu wychowawczego, a na technologię jeszcze za bardzo liczyć nie można. Ale fantaści wyrażają nadzieję, że będzie można. Jak wszystko pójdzie dobrze, to być może tak będzie, ale nie za naszych czasów i nie za czasów wnuków naszych wnuków. Żyjemy w czasach, bardzo krótkich, kiedy doszło do dość gwałtownej realizacji projektów technicznych przy gwałtownej obsuwie demograficznej, rozrachunkowej, politycznej, kulturalnej, społecznej. I tylko z powodu tej dezorganizacji nie wszczynamy wojen, bo nie bardzo mamy kim wojować. To chwilowa, przegrzana alokacja, a to bardzo łatwo poznać po tym jakie maszyny budujemy. Otóż konstruujemy roboty bardzo uniwersalne, obrabiarki w miarę uniwersalne, i planujemy zwiększać tę elastyczność, a nie zmniejszać. Tymczasem tekst zaczął się od automatu rozpoznającego czy butelki ze zwrotów są dobre czy nie dobre, nasze czy nie nasze, brudne czy czyste, pełne czy puste. Głupia robota? Prosta? Bardzo złożona maszyna, wymagająca konserwacji i konsumująca zasoby, jakie można by przeznaczyć na inną maszynę rozpoznającą co innego, zostały alokowane właśnie w tę. Dlatego, że po pierwsze te zasoby mieliśmy, a po drugie że w ramach systemu transakcyjnego doszliśmy do wniosku, że to wystarczająco przytomna alokacja, a po trzecie przytomna dlatego, że człowiek rozpoznający butelki nie tylko robi to o wiele wolniej, ale rozpoznaje je w miejscu, gdzie musi ileś tam zasobów dostać żeby mu się chciało, jego też można alokować inaczej, i pomijając koszty jego obsługi i utrzymania w zdrowiu, to płaci prawie 90% podatki od zasobów. A robot tylko vat i akcyzę od prądu (więc tam, gdzie prąd jest tani, robot jest jeszcze bardziej konkurencyjny), a koszty obsługowe (pan doktor od robotów, psycholog co mu na kozetce tłumaczy jak pracować – programista, kierownik – ustawiacz) to ma i pracownik, i robot na podobnym poziomie. System podatkowy wypiera więc pracownika i wybiera robota. Ktoś to na górze koreluje i tak wychodzi. Ale nie wszędzie wypiera – są przecież małe wytwórnie, gdzie przerób jest na tyle mały, że nie opłaca się wydać tyyyyle na robota, żeby się 40 lat spłacał – pracownik wychodzi racjonalnie. Dlatego jeszcze konkurujemy z robotami. Natomiast zastanówcie się ilu prac jeszcze nie zautomatyzowano (doktora, psychologa, kierownika robotów & pracowników). Nie zautomatyzowano czyli nikt jeszcze nie wytworzył systemu rurek, którymi tak sprytnie płynie moc ze złóż, że aż wykonuje nam dobra i usługi jakich oczekujemy. Wiele rzeczy, które pozornie działają automatycznie (logistyka), działa dlatego, że stale dostarcza się tam ludzi, karmi ich i mizia za uszkami aby mruczeli jak zadowolone koty. Póki co ilość nieprzewidzianych okoliczności w logistyce jest tak ogromna ,że nikt się nawet nie porywa na scalenie branży. Na razie sny dotyczą automatów ładujących na środek transportu palety, kontenery, ciężarówek które same jeżdżą choćby po wybranych trasach.

Cały problem z tym tekstem jest taki, że nie wiem kto to będzie czytał. Mamy czytelników z którymi można podyskutować o twardości narzędzi w procesach zautomatyzowanych i będą tutaj oczywiste oczywistości, ale mamy też takich, co mają o przemyśle wyłącznie wyobrażenie. Jestem zmuszony więc napisać wszystko na tyle, aby dało się w tym odnaleźć jakieś przytomne kierunki dalszego szperania w ogólnie dostępnych materiałach, a to oznacza, że do przeczytania tekstu ze zrozumieniem konieczna jest wcześniejsza znajomość tekstu. Czyli znowu trzeba będzie to czytać ze dwa razy.

Kasa misiu kasa!

Sedno tematu. I chociaż obecny system transakcyjny wykazuje pewną nieprzytomność przymuszając nas do produkowania przedmiotów nietrwałych by je szybko zastąpić kolejnymi nietrwałymi, to przyczyną tego zjawiska może być osiągnięcie pewnej krytycznej masy narzędzi dość niezniszczalnych, które ze względu na odporność z jaką były wykonane są oporne na odzysk materiałów.

Kiedy ten młotek za złotówkę zarobi złotówkę jest jak najbardziej zasadnym pytaniem. I właśnie dlatego mimo wszelkiego wsparcia nie mamy fabryk zapchanych pracującymi za nas automatami. Co więcej, te sprawdzone co już się zamortyzowały, to byśmy chętnie kupili, ale nie zawsze chcą nam je sprzedać. A maszyny im starsze, tym bardziej odporne, ponieważ dawniej nie wiedzieli jeszcze jak na nich oszczędzać.

Rzeczywistość produkcji masowej dającej największy przyrost bogactwa dostępnego dla wszystkich (stać Was na śrubki – a 200 lat temu wykonanie śruby do prasy to był taki wyczyn ekonomiczny jak dziś skonstruowanie robota do huty) to nie są te fikuśne roboty uniwersalne czy uniwersalne obrabiarki. Bo uniwersalne są dlatego, że wytwórca narzędzia nie ma zielonego pojęcia co kupujący będzie chciał nim wytwarzać, ani jak, ani w jakim procesie. To jest ich wada skracająca ilość cykli jakie przetrwają o rzędy wielkości, tym samym ograniczając ilość krótkich cykli koniunkturalnych w jakich wezmą udział w swojej klasie dokładności, a potem trafią do warsztatów choć najczęściej… na złom. Rzeczywistość jest dokładnie ta sama co około sto lat temu – podstawą produkcji masowej jest prasa i młot. Młot jest oczywiście od setek lat automatyczny, mechaniczny, hydrauliczny i wytwarza odkuwki – najczęściej łby śrub i nakrętek, łożysk, a potem części silników, narzędzia. Napędzany biegiem rzeki, koniem, silnikiem parowym, elektrycznym, hydrauliką. I prasa bijąca otwory, tnąca, wyginająca i wytłaczająca kształty. Pralek, zmywarek, karoserii nie robią fikuśne roboty o wielu stopniach swobody – to powstaje na prasach. Często na takich, co mają po sto lat. Dodaliśmy oczywiście sterowanie do tych pras aby łatwiej je było ustawiać, dodaliśmy podajniki, wyposażyliśmy w transfer pomiędzy prasami, uzbroiliśmy w trwalsze, lepsze metalurgicznie narzędzia, ale kasę produkują prasy i młoty – w pierwszej kolejności. I po nich jest długo, bardzo długo nic i dopiero wiertarki, po nich daleko tokarki, i jeszcze dalej pozostałe udziwnienia.

W rezultacie masowo produkowane części z jakich zrobione są tanie drukarki 3d są tak tanie, a składający je Pan Chińczyk tak tanio i powtarzalnie je składa, że drukarkę 3D jest taniej kupić nową niż serwisować. Tak samo jak laserową czy plujkę. Powoli czeka to resztę maszyn, z tym, że mamy pewien kłopot z rozbieraniem tej góry śmieci – ale o to niech się martwią kolejne pokolenia.

Pomyślcie tylko ile razy spłaciła się prasa, która od stu lat pracuje. Jest obwieszona kolejnymi etapami unowocześnień jak choinka, jest ich dużo, są tanie. I tylko Jasiów co umieją je obsługiwać trudno znaleźć.

Mamy takich kolektywistów kredyciarzy co uważają, że wszystko da się kupić i to zarobi jeszcze więcej niż kosztowało. To mylne podejście, ono sprawdza się dla pierwszych w piramidzie – tych, którzy jako pierwsi rozwinęli przemysł i produkcję masową, ponieważ w początkowym okresie każdy, absolutnie każdy produkt (pierwszym masowo produkowanym przedmiotem był pluszowy miś Teddy, potem żyletki i maszynki do golenia) z powodu wyjaśnionego później geometrycznie ssania na rynku się sprzeda. Jeśli chińską tandetę sprzed 10 lat uważacie za tandetę, to wyobraźcie sobie, że sprzęt z początku XX wieku był jeszcze lichszy, a mimo to szedł jak świeże bułeczki. Z tym, że wtedy był on na tyle wartościowy, że go naprawiano i nikt specjalnie go nie postarzał w produkcji, ani nie planował awarii, a części z powodu sposobu działania rynku były ogólnie dostępne i przedmioty naprawiano. Były z naprawami inne problemy: nie było standaryzacji, pasowały śrubki tylko z jednej fabryki i na innych maszynach nie dało się ich powtórzyć, bo była inna mechanika modułu spinającego obrót z posuwem (obecnie masowe śruby są wyciskane na obrotowym tłoczniku prasy). Ubaw mieli Niemcy z ponad dwoma tysiącami różnych śrub (z różnych warsztatów) w jednym samolocie i zaczęli forsować w czasie wojny standaryzację – ograniczyli do pięciuset^^

Mamy najniższy od trzydziestu lat poziom inwestycji w środki trwałe na planecie. Nawis inflacyjny jest olbrzymi, cykl zapewne się zakończył ze dwa lata temu, tylko nie wybuchła wojna i nie wiemy z czyjej winy nie wybuchła. Ten poziom inwestycji w środki trwałe oznacza (a spadał przez ostatnie 3 dekady), że od trzech dekad nie było żadnego nowego wdrożenia. Zresztą siedzę w badaniach, “nowych technologiach”, wdrażamy pomysły z konceptów z lat 50-60 na bazie technologii, jakich wtedy brakowało do ich wdrożenia, a jakie powstały w wyniku badań podstawowych z lat 70. Rozwiązania techniczne i zakres wiedzy przygotowano w latach 80, w szkołach było to powszechne w 90, a po 2000 kilka generacji studentów zapoznało się z tematem i już mamy prototypy, i działają. Robimy je ręcznie, wdrażamy na sztuki do przemysłu, jak się przyjmie za 2-3 lata będzie zapotrzebowanie w molochach sieciowych i koło 2025 zacznie się to schodzić. Do 2030 będzie linia i fabryka, wygląda na to że w Chinach, bo demografia wskazuje, że tam wtedy będzie tani inżynier. W 2050 powinno być to przemysłowym standardem. Zauważyliście, że USA ciągle nie wycofały A-10 Thunderbolt II, który zaczęto dłubać w 1966 na bazie jeszcze starszych, bo istniejących ówcześnie technologii?

Fundamentalnym powodem, dla którego nie pracujemy na maszynach wymyślonych w zeszły czwartek jest to, że górnicy z rolnikami by nas pozabijali gdybyśmy na taki pomysł wpadli i żaden Pan Hetman by nas nie zdołał obronić. Za każdym razem jak Jasio dokonuje czynności, to zużywa materiał, narzędzie, prąd ze ściany płynie, Jasio je, pije, ścieki trzeba odprowadzać, dzieci Jasia jedzą, żona na zakupy jeździ. Trzeba dostarczyć Jasiowi paliw, chleba, mleka, rozrywki, mebli, odzienia, butów, ajfona, tablet, krawat, książkę, trybunę ludu, świerszczyki, koła, klocki hamulcowe, odkurzacz – multum rzeczy. I na każdym z tych łańcuchów dostaw jest więcej Jasiów i oni też jedzą. Na końcu jest górnik co wydobywa ropę na paliwa, smary i plastiki, rudy metali i węgiel do ich obróbki oraz do zasilania elektrowni i ogrzewania domu Jasiom i sobie też. Obok górnika jest rolnik co zapewnia Jasiom papu i górnikowi też, a sam mało nie je i byle czego nie pije. No i leśnik co uprawia las – taki gatunek rolnika od czegoś co bardzo długo rośnie. Tak długo, że ten co las sieje, to go wyciętego za swojego życia raczej w tartaku nie zobaczy.

I Jasio coś tam narzędziem wytwarza, idzie na to jakiś materiał, czyli praca górnika i rolnika (mogli leżeć bykiem, ale wypracowali dobra i dali je Jasiom, przytomnie sądzimy, że po to aby Jasie podniosły im wydajność wydobycia, jakość życia i uzysk z plonów). Wiemy oczywiście, że Jasiowi czasem może nie wyjść i wtedy mamy produkt drugiej kategorii – czasem się tandetę sprzeda, a czasem nie. Czasem Jasie tak poknocą, że cała robota na nic – więc i robota całego łańcucha, więc i górnik i rolnik nic z tego nie mają – mogą na Jasiów pozłorzeczyć, że ich robotę marnują. Mamy oczywiście od tego cały system transakcyjny, ale trzymajmy się realiów (dokładnie tak to wyglądało przy odbudowie po wojnie – system transakcyjny był dla żartu). W przypadku produktów już opanowanych, od których jest wielu Jasiów, poziom kompetencji jest niewysoki, a produkty mało lub średnio dokładne i możliwe do użycia mimo odstępstw od abstrakcyjnego ideału (dokładność wykonania podkładek, gwoździ, śrub, budynków o peerelowskich kątach) powstają nam nawet nie półprodukty, a jakieś fanty z których dopiero coś (w kolejnych korelacjach Jasiami) wytworzymy.

Automatyzacja oznacza, że Jasio dostaje do ręki narzędzie, gdzie po uruchomieniu procesu wypada Wielkie Mnóstwo przedmiotów. I pozostaje nam mieć nadzieję, że użytecznych, sprawnych, działających. Podstawowe maszyny to prasy, przeciągarki, wtryskarki, walcownie, odlewnie. Są to maszyny na tyle proste, że w jednym procesie pod wielką siłą i przymusem wychodzi jedna i zawsze taka sama (mniej więcej) rzecz jeśli dostarczy się odpowiedniej mocy. Uruchomienie takiego procesu powoduje olbrzymie ssanie pracy górnika i rolnika (bo przecież materiał z nieba nie spada, ja wiem – materiał jest z magazynu, a mleko z lodówki^^). Jeśli Jasio wcisnął guzik i jest dobrze to bardzo dobrze i mamy gwoździe, blachę falistą, uchwyty do mocowania kabli na ścianach. Chyba że nie jest dobrze, to wtedy w trybie zautomatyzowanym wylatują nam z maszyny buble. I cała praca rolnika i górnika idzie w gwizdek. A to może być bardzo dużo pracy bardzo wielu rolników i górników, i oni się mogą zbulwersować, porzucać śrubami, poblokować drogi, a nawet – i wtedy jest problem – porzucić robotę i się byczyć wytwarzając tylko tyle, żeby im starczyło, a reszta niech się zajmie czym pożytecznym. Sami państwo rozumiecie, że jak staje kopalnia, to się wysyła czołgi i do ryli strzela, ale to słabo wpływa na przywrócenie pracy kopalni jeśli nie ma z tego kiełbasy.
To teraz dokręćmy śrubę – nie jedną, tak z kilka od razu. Zaraz nam się wyjaśni czemu obrót butelkami mamy zautomatyzowany, a produkcję wahadłowców nie. Otóż wiele procesów przemysłowych zapewniających nam dobra jest wykonywanych w kolejnych krokach. I sknocenie któregokolwiek kroku daje nam bubel. W każdym kolejnym kroku jest jakiś poziom kasacji, ale “wartość” przenoszona przez obiekt jest sumą kosztów wszystkich operacji jakie wykonano na obiektach, wliczając w to obiekty sknocone. Gdzieś w jakimś tekście podawałem jak to wygląda dla różnych branż. Zwrócę jeszcze uwagę, że obiekt sknocony to nie tylko taki, który ma wadę funkcjonalną, ale również taki, który się klientowi nie podoba, a tu wchodzi w kwestię gustów. Bo to, że mamy produkcję butów dla pań to nie znaczy, że panie będą tych butów pożądać. Oczywiście mamy na różne sposoby przekonywanie, że nasze buty lepsze od innych i cały przemysł na tym zbudowany, ale mimo funkcjonalności (ba, te buty wcale nie muszą być do chodzenia, ileż się wytwarza docelowo do leżenia^^) pani-klient może po prostu nie przekazać swojego talonu na węgiel, który to otrzymała od sztygara stachanowca co ten węgiel wydobył (nie pytamy o okoliczności w jakich bohaterski sztygar trwoni wypłatę, tak aby każda pani miała buty), i jeśli pani nie kupi butów to cała produkcja na nic. Ale gusta są różne i przyjmijmy, że nie sprzeda nam się 90% rozmiarówki, to znaczy, że cena tych co się sprzedały musi pokryć wartość przenoszoną przez te co się nie sprzedały. I za to tak czy siak płaci nasz gospodarz i sztygar. Bo przecież oni już materiał na te buty wytworzyli i Jasiów nakarmili, a tylko cała ta robota na nic. Dlatego najpierw buty robiono na zamówienie, a dopiero jak ulepszono “pług i kilof”, to zaczęto produkować nieco rozrzutniej bez krótkiej pętli korelacyjnej z klientem. Wyobraźcie sobie co by się działo, jakby te prawie pół miliona Chińczyków w fabryce ajfonów wyprodukowały ajfony co nie działają – byłaby lekka draka?

Tymczasem mamy system biurokratyczny, w tym “sprawiedliwości”, który nijakiej sprawiedliwości nie dostarcza – w każdym razie rolnicy i górnicy szurają, że coś im się nie podoba i nie chcą karmić darmozjadów. Z rozmachem więc utrzymujemy Jasiów co nic pożytecznego nie produkują, i zamiast nazwać rzecz po imieniu, że prawnicy dostają jałmużnę i powinni przed kościołem klęczeć, to te socjalne miejsca pracy nazywamy kancelariami, sądami etc. A kto bogatemu zabroni.

Te butelki sprawdzane przez maszynę jak mają jakąś udziwnioną liczbę odrzutów, to idzie obejrzeć jakiś Jasio i przytomnie ocenić czy maszyna głupot nie robi. Butelki są tanie, jak maszyna źle rozpoznaje, to się wrzuca partię jeszcze raz do maszyny, trochę to prądu zużyje, Jasia trzeba jeszcze raz nakarmić, napoje przez to trochę droższe, ale tragedii nie ma – i tak w porównaniu z małoskalowymi rozlewniami, gdzie się to robi ręcznie to skala zapewnia, że automatyzacja może być czasem na manowce. W przypadku butelek. W przypadku gwoździ, podkładek i śrub trochę się trzeba już łapać za kieszenie, ale odda się do huty i przetopią – to było kilka operacji. Jednak jeśli w jakimś drogim, opornym na to i śmo materiale porobi się otwory, coś powycina, coś wytłoczy i Jasie uznają, że to dobre i puszczą dalej, i się na tym kolejne operacje powygina, i tak kilka tysięcy ton przez miesiąc i dopiero klient co to montuje podniesie alarm, że to nie pasuje, to sami państwo rozumieją – kilka tysięcy ton poważnych materiałów zawierających nikiel, chrom, obrabianych narzędziami zawierającymi mangan, molibden i wanad, które się zużyły, a wszystko psu na budę i do huty sprawia, że trzeba odpisać bardzo dużo górnikom i rolnikom (sami sobie winni, że gamoniom dali zasoby).

Dlatego właśnie mamy Wielkie Mnóstwo małych firm i dużych tyle, że da się je spisać na kartce, ponieważ za każdym razem kiedy dochodzi do użycia systemu transakcyjnego, to dochodzi do oceny towaru przez odbiorcę, czy mu to pasuje czy nie pasuje. I dzięki temu wiemy czy produkt się nadaje czy nie nadaje i dać talon na zasoby czy nie dać. Im większa firma i bardziej złożony produkt, tym dłuższa pętla, większe rozchwianie procesu i szersze spektrum zysków, ale też i strat gdyby jednak wyszedł bubel. Czasem przemysł jest sprawdzany raz na pokolenie, stawiamy stróża żeby przed zbójami nas strzegł, dajemy mu środek techniczny – dzidę taką jaką umiemy wystrugać i przykazuje dźgać każdego, kto by tu z niecnymi zamiarami przyszedł i chciał nam dobrostan popsuć. Wszystko pięknie z taką maszyną zbudowaną z ludzi, ognia i żelaza dopóki ona defiluje, bo jak do Jasiów przychodzą Hansy z Siergiejami i się okazuje, że ich nie tylko dużo, ale i nasze dzidy na nich wrażenia nie robią, a ich na nas i owszem, a do tego spenetrowali nam wyższe szarże i zdemolowali koordynację, to w dwa tygodnie pozamiatane i pozostaje los niewolnika na pokolenia. Dlatego właśnie gamoni co chcą budować wszystko wielkie, centralne i państwowe trzeba gonić. Armii w kraju powinno być tyle co oligarchów – każdy książę z własną, jak jeden gamoń by miał złą armię, to drugi może będzie miał lepszą. Oczywiście jest opcja, że mamy samych durniów, ale jak każdy wojuje po swojemu, to jest szansa że ktoś coś uwojuje. Wszak Hansy nie nacierały na nas jedną armią, a kilkoma różnymi, na przykład ci harcownicy co szli w szpicy, to w ogóle nie był Wehrmacht tylko SS. I oni mieli na stanie inne, własne, lepsze uzbrojenie, które nie tak łatwo wytworzyć, jak na przykład zwężające się przewody luf małokalibrowych dział ppanc z pociskami o rdzeniu z prawdziwego wolframu. Spróbujcie zrobić taki przewód lufy, który ściska i kształtuje pocisk w trakcie przepychania go pędnikiem przewodem lufy. Jeszcze zróbcie to narzędziami z lat 30. Oczywiście szybko im się ten sprzęt skończył, bo rolnicy i górnicy na to dekady tyrali, ale na te dwa krytyczne tygodnie wystarczył. I dlatego nie mamy jednej, wielkiej państwowej firmy (czebola) od wszystkiego tylko małe firemki – każda od swojej śrubki. Ale są na świecie gamonie co wyciągają wniosek z tego, że skoro dało się zautomatyzować obrót butelkami u wiodących producentów, to należy zakazać robienia tego inaczej. I pod przymusem sprzedawać samochody elektryczne, a innych zabronić.

Ponieważ w każdym następnym procesie dochodzi do coraz większego rozchwiania, a co za tym idzie utraty wartości, to jest zasadnym aby jak najmniej w procesie zmieniać. O ile mała firma rzemieślnicza jest dość elastyczna jeśli chodzi o produkt jaki wytwarzają rzemieślnicy stale móżdżąc nad każdym produktem, to wsad składa się z dość prostych elementów (profili, płaskowników, form ekstrudowanych, łączników, materiału sypkiego, płynnego), które są następnie przetwarzane w procesach obróbki (cięcia, wiercenia, skrawania, przetapiania, rozpuszczania, traktowania chemią, ciepłem, zimnem, ciśnieniem i mądrym spojrzeniem). Te procesy automatyzuje się oddolnie w oparciu o prawo własności – możesz sobie zrobić ze swoją maszyną co zechcesz i dokładnie wiesz co chcesz, albo zlecić komuś zrobienie na tyle, na ile się zrozumiecie. Łatwiej jest pokazać gotowe i skopiować, bo wyobrażenie sobie czegoś co jest i się to widzi, rozmontuje, zmaca, uruchomi, jest prostsze niż bez tego doświadczenia (cargo kult jest tu przykładem). Ludzie więc robią eksperymentalnie jedną sztukę wyjątkowego narzędzia i jeśli uzyskują tym oszczędności w procesach (ulepszenie *1,006), to uzyskują korzystniejszy bilans ekonomiczny niż inni, więc bogacą się szybciej i w ramach “chcę mieć trawę tak zieloną jak u sąsiada” ludzie kopiują te rozwiązania często biorąc za to jaki wziątek, za to, że wiedzą raz, bo oni już mają doświadczenie i to robili. Jeśli rozwiązań jest już powtórzonych wielkie mnóstwo (na przykład prawie wszyscy rolnicy zmienili radła na pługi), to każdy może sobie na to wielkie mnóstwo rezultatu popatrzeć i ktoś w końcu coś wymyśli i doda kolejną modyfikację.
Żyję w pełnej świadomości i praktyce z ludźmi co mają od razu wizję pełnej linii produkcyjnej wypluwającej gotowe produkty. Wyzywają nas (rzemieślników) od zaplutych, konserwatywnych karłów reakcji pozbawionych ducha nowoczesności. Za każdym razem jednak ludzie z wizją rozbijają się o to samo pytanie u tych co rozdzielają zasoby: “za ile?”, często okraszone inwektywami i pętlą znowu na biurku w warsztacie, gdzie na początek skreślamy uniwersalnego robota z listy wydatków i dodajemy tam koszt stały w postaci Jasia. Jak zapewne zauważyliście, cięcie desek i produkcja gwoździ na palety jest zautomatyzowana, ale samo zbijanie palet – niby nic trudnego – jakoś robią Jasie. Mimo milionów sztuk nakładu jakoś robot nie ma w tej robocie ekonomicznego uzasadnienia, a Jaś ma. Po tym jak skreśliliśmy robota, zaczynamy wywalać czujniki i serwa, a stawiamy moc, posuw i jazdę do mechanicznej krańcówki. Następnie z maszyny wylatuje uniwersalność i zostaje dostosowana do jednego produktu (ku rozpaczy pomysłodawcy), a na sam koniec projekt wygląda jak ustawa prezydencka po zmasakrowaniu w komisjach i podkomisjach, przypominając to co właściwie było do tej pory tylko na nowszy produkt, odrobinę szybsze, mocniejsze i uproszczone (bo maszyn się nie udziwnia w projektach tylko upraszcza – udziwni się w praktyce użytkowania rzemieślniczymi poprawkami – będzie obwieszona udziwnieniami jak choinka). Bo wszystko trzeba pozmieniać aby zostało po staremu.
Maszyna musi się spłacić, znaczy musi na tyle dać ulgi w pracy górnikowi i rolnikowi, żeby oni zasili cały aparat organizacyjny, huty, elektrownie, CDProjekt (bo rozrywka też musi jaka być), kotom śmietany, śledziom soli, artystów, socjalistów (bo przecież lepiej jak siedzą w programach publicystycznych i przez tv ekscytują gawiedź i nam byle dureń pod widlaki nie wchodzi; jak ich wpuścili do fabryk, to w kioskach trzeba było mięso sprzedawać). Czyli nie stworzymy od razy tylu maszyn ile byśmy chcieli, tylko tyle na ile mamy materiału.

Za pięć czwarta, zaraz pojadę sobie postać w korku w drodze do swojej firmy – wpadł szef wszystkich szefów i widać dorwał jakiegoś skazańca w biurze, bo mu każe z miarką chodzić. Zdziwiony, że za pięć czwarta zostali wyłącznie przedsiębiorcy i młody Pers. Za Jego czasów, kiedy zaczął pracować… czyli jeszcze zanim Niemcy przegrali wojnę – warto uściślić – to się pracowało na dwie szychty (i budowało dobrobyt, który dziś rozdają nachodźcom – warto było tyrać^^). A teraz na dwie szychty pracują wyłącznie przedsiębiorcy – wyzyskiwana underclass^^

Wpadł, bo znowu znalazł klienta na wynalazek. Wynalazki są ukryte na hali, niby można by to wszystko spakować w torbę i wywieźć, wdrożyć sobie, ale… na świecie specjalistów co akurat się nudzą i umieją przeprowadzić proces z taką dokładnością oraz mają do tego środki techniczne właściwie nie ma. Mamy czytelników co środki techniczne co prawda mają i coś produkują, ale nie w tych dokładnościach. Na razie więc robimy to ręcznie, klienci przeprowadzą eksperymenty jak to wpływa na wydajność procesu, czy pasuje, jak się spodoba to dosypią nam kaszy (bo ten interes jest na grubym minusie – firmy są po to, aby przynosiły straty, no taki ustrój), jak dosypią to zrobimy tego, a niech będzie z rozmachem – dziesięć sztuk, znowu wdrożenie będzie, optymistycznie to za 5-10 lat będzie zamówień na poziomie tysięcy rocznie i wtedy wszyscy zaczną to kopiować i robić po swojemu. Zresztą do tego czasu technologia się zmieni i może połowa procesu będzie zbędna. Oczywiście zadali pytanie jak ułatwić transfer i dorysowałem do tego komiksu zwanego dla żartu rysunkiem technicznym poduszkę powietrzną. No i jest w narzędziu, nie wiem po co, ale zrobili – kto bogatemu zabroni. Przynajmniej wiem, że trzeba robić ją inaczej, bo tę przetestowałem i nie działa, wyrzutniki są za słabe. O to takie są historie właśnie z automatyzacją – ja będę się bujał na fotelu i wnuki mi będą dawać owsiankę (mam nadzieję, a w razie czego w ruch pójdą brzdęki^^), a to już będzie stawało się “standardem” – niby, bo mam za sobą technologie (w jednym z ostatnich akapitów wspominam o tym), których już nie ma. I te które dzisiaj stosujemy, to ich też już za kilka lat nie będzie, bo są upierdliwe i chcemy je obejść (kąpiele chemiczne). Przynajmniej mamy nadzieję, że ci co nad tym myślą to coś wymyślą. Bo inaczej będzie drogo, tak drogo że cały proces da smutne 1,006, a nie wielkie mnóstwo jak śnią inwestorzy.
Wynalazki oczywiście tajne, ale nie wiem po co, ponieważ to i tak potrafią skopiować wyłącznie w przedsiębiorstwach, w których mają co robić. Prawo patentowe na razie sobie jakoś działa i lewnicy mają zajęcie, ale gospodarka się bałkanizuje, USA ściągają produkcję do siebie, w EU zaczęto wlepiać vat na listy z Chin, w Szwecji wymyślili “podatek od opuszczania kraju” polegający na wpłaceniu zaliczki w wysokości takiej jakby się miało sprzedać wszystko przed wyjazdem. Paszporty może zaczną zabierać? I jachty^^
Na początek zaczęły się cuda z finansowaniem w ABB i Elcore, Toyota kręci nosem na ogniwa, chce baterii, ale za darmo i Northvolt leży na 30% finansowaniu z jałmużn – ale z rynku nie bardzo ma kapitał. Zapewne sen o niespalinowych pojazdach minie zanim się zacznie, jak silnik Wankla.

Tworzymy tylko z tego, co już istnieje

Z tego co wytworzyli nasi poprzednicy, nie mamy nic innego do wyboru, a nasi następcy nie będą mieli nic ponadto co im pozostawimy. Dlatego używamy maszyn mających dekady – bo tych nowszych jest jak na lekarstwo i mimo, że wymyślić można sobie cokolwiek (a nie żałujmy sobie – myślmy), narysować część z tego, opowiedzieć, to jednak wykonać i jeszcze uruchomić aby działało – sami rozumiecie, że trzeba struktury przenoszącej środki techniczne i wiedzę o ich użyciu przez pokolenia. Można dowolnie puszczać wodze fantazji o produkcji elektrycznych samochodów w kraju, gdzie nie przetrwała nawet rodzima produkcja rowerów bo wykupił to Chińczyk. Produkcja w Europie to (pomijając gwoździe, śruby, łożyska, kebab, hamburgery, chleb i jajka) jest rzemiosło, owszem z użyciem bardzo poważnych narzędzi, ale wytwarzane są policzalne ilościowo serie i to w funkcji czasu coraz krótsze, a rezultaty są coraz mniej trwałe. Gdzieś około 70-80 roku cywilizacja techniczna na zachodzie osiągnęła swój szczyt (nie dlatego szczyt, że się przestała rozwijać, a dlatego że Japończycy z Koreańczykami poszli dalej), a następnie demografia i poziom organizacji społecznej oraz system rozliczeń nie uciągnął dalej takiego przyrostu bogactwa (bo samochody przestały się psuć, zresztą korpusy maszyn tak zróżnicowały się metalurgicznie pomiędzy na przykład Szwecją a Rumunią, że huty w demoludach można było już tylko sprzedać i zaprosić z technologią i wdrożeniem jakości “Zachód”). Gdzieś dalej jest akapit o tezauryzacji i jeszcze inny o konsekwencjach społecznych.

Z tego też są niezłe jaja, bo jak nie pokradną materiału, to potem to leży i “chłopaki zróbcie z czegoś prototyp taki żeby tylko zobaczyć czy to wszystko pasuje do siebie”. No to się robi z jakiegoś spadu. I były jaja w Bumarze jak ktoś taki prototyp przepchnął do dalszych testów, bo chciał oszczędzić na robieniu już takiego prawdziwego, a do tego nie było kwitów. Pamiętacie zapewne aferę z “mikropęknięciami” – poszło o to, że do złomu nie było certyfikatu, a blacha pewnie pamiętała czasy WRONy. @Wariat pewnie by coś bliżej opowiedział o przygodach w tej branży, ale na razie chce żyć w Polsce, więc nie opowie. Jak nie będzie żył też już pewnie nie opowie.

Jak opisałem wyżej młodzi nie wiedzą co jest, bo się nie obyli z techniką, więc po kilku pingpongach kiedy z powodu kosztów starsi i mądrzejsi odsyłają ich po cięcia do prayktyków, przyswajają sobie katalogi z elementami gotowymi i w granicach wyznaczonych katalogiem wolno im dobierać gadżety – produkowane masowo części maszynowe są o dwa rzędy wielkości tańsze niż te robione przez nas ręcznie w fabryce – możemy je robić, ale wtedy będą to wyroby wyłącznie dla arystokracji. Nas samych nie będzie na nie stać i różnica pomiędzy zdolnością nabywczą, a wytwórczą będzie rosnąć i ludzie będą porzucać pracę. Są więc katalogi klocków i z nich (mając wielkie mnóstwo bardzo tanio – tanio w porównaniu ze zrobieniem sobie samemu) można sobie tworzyć dowolne gadżety do maszyn. Wychodzi z tego bardzo dużo pomysłowych rzeczy ułatwiających pracę i zmniejszających obciążenie nią. Pewnie za 30 lat będą standardem w branży, ale dokładnie w takim tempie, w jakim nowi ludzie przychodzą się uczyć rzemiosła, oglądać, zapamiętywać i powtarzać to co jest, scalając to w gotowe moduły sprzedawane w przyszłości jako klocki. Na tym polegają właśnie cofki technologiczne, że wiele rzeczy jest scalane w gotowe moduły I/O i nie trzeba nad nimi móżdżyć. Od razu podam przykład jaki macie w domach albo w biurach w wyniku cofki w branży. 50 lat temu pompy ciepła to były skomplikowane urządzenia, zupełnie niepodobne do dzisiejszych. Było tam bardzo wiele operacji wykonywanych warunkowo, wymagało to osprzętu w urządzeniu więc było w rezultacie drogie jak pierun. Do tego były jeszcze inne uwarunkowania związane z procesami technologicznymi w latach siedemdziesiątych gdy w Polsce “produkcja samochodów” nie oznaczała produkcji przemysłowej, a rzemieślniczą dłubaninę sztuki po sztuce przez rzemieślników, tak, że drzwi ze Stara nie pasowały do drugiego Stara – jak części od Lugera. Liczba ma znaczenie, skala ma znaczenie, skala oznacza dobór narzędzi o dużej odporności, wykonujących to samo przez długi czas w milionach sztuk. W milionach oznacza w przypadku samochodów bardzo dużo i wysycenie rynku jednym modelem jest możliwe tylko, gdy po prostu nie ma żadnej konkurencji czy loi w początkach branży. Wracając do przykładu – profesor od ciepła, Lars Persson, przedsiębiorca, badacz, rodzina ze starymi pieniędzmi, wymyślił sobie samobalansującą się (energetycznie) pompę ciepła. Dokładnie taką, jaką dziś macie w biurze – innych już nie ma, a były. Rozebrał to co było na rynku, wywalił większość elementów, samodzielnie zmodyfikował (stworzył od nowa) kilka istotnych jakie są dzisiaj, zmontował to wszystko (no nie w jeden wieczór, kilka lat to zajęło) i uruchomił, a po serii błędów udało się i zaczęło działać. Wielu specjalistów z branży jęczało, że to nie zadziała bez szpeji kontrolnej. Zadziałało. Dziś macie klimę montowaną wszędzie. Ma bardzo prostą konstrukcję – w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych też klima istniała, ale była bardzo skomplikowana więc montowano ją wyłącznie w wysokościowcach i miejscach, gdzie się przelewało. Młodzi koledzy Larsa do dziś prowadzą firmy zajmujące się różnymi aspektami tej technologii. Najpierw sami produkowali całe pompy, potem wybrane detale do nich. Większość urządzeń na świecie jest na bazie technologii z lat 60-70 tylko z rozwiązaniami funkcjonalnymi z nowszych czasów. I te urządzenia są produkowane masowo i stać Was na nie – idziecie do sklepu, poproszę klimę do budynku, dostajecie zapakowaną – czeka na klienta w sklepie. Produkcja tego jest całkowicie zautomatyzowana (no powiedzmy “całkowicie”, bo stoją przy tym emeryci i patrzą czy to co maszyna robi to ma sens, czasem po całym procesie wychodzi, że kamieni kupa i trzeba dojść co się stało że się zsrr). Oczywiście od lat 70-tych to coś tam wymyśliliśmy, to co jest z 80-tych, to już jest wdrażane do produkcji masowej, to z lat 90-tych idzie z automatu hurtem, ale “złóż se sam”, więc straty są przy tym większe (kasacje), co za tym idzie cena jest wyższa, ale to są zazwyczaj urządzenia o wyższej wydajności i większym dopasowaniu do potrzeb klienta (dopasowanych do oczekiwań sprzed prawie 30 lat – piorunem), są produkty z okolic 2000 i schodzą one do klientów OEM, którzy już wdrożyli tworzenie z nich jakiś tam ręcznie robionych konstrukcji je zawierających, a nowsze to przyszły razem ze studentami i doktorantami, i sobie były robione na kolanie przygodnymi narzędziami, teraz są już na poważnie i co prawda rynek woła o sztuki i obiecuje zamówienia, ale wracamy do kwestii “za tyle!?”. No jak się to robi ręcznie korzystając z wybranego elementu za kupę milionów euro wyłączonego z całego szeregu linii produkcyjnej tylko po to żeby go sobie ręcznie jako młotka poużywać, to musi kosztować. Musi ponieważ alternatywnym (i przytomnym) zastosowaniem tego jest trzaskanie produkcji w ilości 120 sztuk na minutę, a my 120 sztuk to dłubiemy sobie na tym ręcznie do obiadu, a odłączyć to od linii i podłączyć, to też nie sekundę zabiera, a czasem trzeba to spasować jeszcze z linią jak za dużo rzeczy maszynami poprzestawiamy. Obniżamy więc produktywność około tysiąckrotnie z takiej dniówki. No to przytomne, że fabryka co nas wpuszcza z takimi żartami oczekuje od nas ceny trzy rzędy wielkości wyższej niż gdyby to było zautomatyzowane. Tyle właśnie kosztują produkty co to je pokazują w różnych programach tv “i czasopismach”, że to teraz najnowsze i trzeba się tym jarać. Obecnie srajfon kosztuje cztery tysie peelenów, a za 70 lat będzie po dzisiejsze cztery złote (odpowiednik produkcyjny). Kiedyś kalkulatory były drogie, a dziś są tanie. I małe, i szybkie, i niezawodne, i wydajne. Mamy czytelników co się zajmują podobną produkcją tylko nieco bardziej prymitywną i zarabiają na tym więcej niż tu awangarda na wynalazkach, bo cała ta innowacyjność to nie jest cymes dla nas, to tezauryzacja dla tych, co się dopiero rodzą. A z tego wynika, że musimy im sadzić las, las wynalazków, rozwiązań, hałdy węgla, stali, śrub, nitów, maszyn, tak żeby mieli w czym wybierać i co odrzucić.

Technologie wygasają wraz z ostatnimi co umieją je utrzymać w ruchu – to nie jest żadna wada. Są linie produkcyjne wytwarzające powoli, od dekad jedno z najnowocześniejszych, bezkonkurencyjnych rozwiązań tylko dlatego, że jest to tak skomplikowane w utrzymaniu jakości, że robi się to w jednym miejscu i starcza na zaopatrzenie całego świata. Ma to zastosowanie przemysłowe, a fabryk nie ma wcale na planecie tak dużo, starcza więc jedna linia, jeden człowiek i nic tu nie trzeba poprawiać. Człowiek zresztą stary a mechaniczne jądro linii jest z 1930 roku z Chicago, obwieszone późniejszymi choinkami pneumatyki, sterowania mechanicznego, szafami sterowniczymi z Japonii z lat 60, chińszczyzną, hydrauliką, nowszymi maszynami, przed chwilą byłem w tym podłubać, trzy różne systemy pneumatyki niepasujące do siebie na metrze kwadratowym. Cofka technologiczna dla tego rozwiązania jest już przygotowywana. Dziadek w końcu rzuci grabki, młodzi dostaną nowe narzędzia, zamówią nowe linie zaprojektowane w latach 90-00 i wyprodukowane w 10-15 ze zintegrowanym sterowaniem, dużo lepsze metalurgicznie, i po 90 latach nastąpi wymiana techniczna linii robiącej właściwie to samo tylko z nowszych, lepszych materiałów w nieco nowszej formie. To coś takiego jakbyście chcieli robić innowacje na gwoździu. Aby to miało ręce i nogi musi dojść do olbrzymiego rozchwiania procesu (absurdalne kompetencje dziadka co to trzyma w ruchu, zresztą wychowanek samego profesora Larsa wcześniej wspomnianego), postępu rozwiązań oraz musi istnieć zapotrzebowanie trudne do zastąpienia. Nie ma ekonomicznego sensu dublowanie tej produkcji i konkurowanie z nią (nisza), trzeba więc poczekać aż będzie zdychać (zdycha) technologicznie i wtedy przygotować się do podmiany. Jest niewykluczone, że do tego wcale nie dojdzie ponieważ mamy inne rozwiązania dla produkcji czegoś jeszcze lepszego na bazie tej technologii i całą gamę starych produktów trzeba będzie powoli likwidować, ponieważ nikt nie będzie już wytwarzał kluczowego podzespołu, a nie ma sensu jego wykonywanie na sztuki. Nowszy produkt jest prostszy, łatwiejszy w uzyskaniu, bezpieczniejszy, no same zalety – jakby nie patrzeć cały duży cykl rozwojowy spakowany w moduł. Umiem obsługiwać procesory do wywoływania filmów, tylko nie ma do nich ani chemii, ani filmów, ani tych procesorów. No gdzieś tam pewnie jeszcze coś jest, ale generalnie to nie znajdziecie.

Baza teoretyczna jak zawsze w formie geometrycznej

Niby produkcja masowa powinna rozwiązać wiele, i wiele produktów masowych przecież mamy, ale jednak nie wszyscy, nie wszędzie i nie wszystko w ten sposób wytwarzają. Wynika to z wielu przyczyn mimo chciejstwa. Warto prześledzić jak przebiega proces automatyzacji oraz jakie ciśnienia kompetencyjne i organizacyjne wywiera na “rynek” oraz jakie są alternatywy wykorzystania zasobów. Najistotniejszą kwestią jest coś oczywistego – po co my w ogóle cokolwiek wytwarzamy, wszak zwierzęta jedzą, śpią, żerują – i nic innego nie robią, a też przecież żyją. No może nie wszyscy, ludzie endemicznie występujący w strefie optymalnej też jedzą, śpią, żerują, nawet nie ekspandują populacyjnie, a ich wytwórczość jest znikoma. Dopiero mieszkańcy terenów nieco mniej gościnnych mają rozregulowany metabolizm i poświęcają aktywności więcej czasu starając się ułatwić sobie życie w spodziewanym czasie, gdy natura go zacznie utrudniać i trzeba będzie dystrybuować oszczędności, co może rodzić spory i rozstrzyganie ich przy użyciu wszelkich metod. To przystosowanie metaboliczne przymusza nas do stałego poszukiwania coraz szerszego zasilania aby przetrwać. Jest wiele sposobów na jakie ludzie próbują tę kwestię rozwiązać – wznoszenie modłów do bóstw dobrobytu, składanie ofiar duchom opiekuńczym (ofiar z przedsiębiorstw państwom opiekuńczym), masowe podejmowanie przeróżnych inicjatyw wielkoskalowych projektów (jedni budują piramidy, inni przekierowują rzeki), ale skupmy się na tym co (jak jesteśmy przekonani) w ogóle dało rezultaty (i przemilczmy poglądy z Pobudki, że pozostało się modlić o mannę z nieba) – przemysł, rolnictwo przemysłowe, korporacjonizm (faszyzm) jako forma organizacji – bo taka jest nasza smutna rzeczywistość na tym nienajlepszym ze światów, że tak wygląda nasz obecny stan uorganizowania. Ten stan jest jednak zmienny w czasie, z tego powodu, że mamy bardzo wysoki stopień uorganizowania. Struktury hierarchiczne homo sapiens mają strukturę piramid o pewnym kącie nachylenia zapewniającym wystarczającą dla zaspokojenia potrzeb metabolicznych uczestników efektywność poboru zasilania z otoczenia oraz rozpływ mocy korelacyjnej i socjologicznej. Piramidy nieefektywne wystarczająco dla uczestników nie istnieją, jeśli zmienia się metabolizm uczestników (poprzez wymianę pokoleń choćby), to również dochodzi do ich rozpadu (zazwyczaj od podstawy poprzez ubytek uczestników dokładających mocy socjologicznej) i zmianę kąta nachylenia piramidy na bliższy pionu. Przykładem takiej rozpadającej się od podstaw piramidy jest obecny stan demografii społeczeństw postindustrialnych. Co za tym idzie rozpad struktur zawartych. Moc takiej piramidy będąca funkcją mocy socjologicznej i korelacyjnej jest w kontraście do otoczenia (a to może być różne i do tego zmienne w czasie) w tym do stycznych piramid daje pewne ciśnienie, które od otoczenia jest albo wyższe (i dochodzi do ekspansji) albo niższe (i dochodzi do zawężenia), to czy piramida ekspanduje czy się zawęża widać po odchyleniu boku piramidy od pionu na kolejnych piętrach hierarchii (bok jest albo wypukły, albo wklęsły), jeśli prześledzicie rozkład demografii w czasie to widać pulsowanie struktury, która ekspanduje liczebnie, następnie robi się obła, uzyskuje olbrzymią moc chwilową, dokonuje alokacji i coś tam wytwarza – jeśli akurat dobrobyt dla starców, to co prawda większość starości nie dożyje, ale na piramidzie powstanie szpica, piramida będzie wyższa i moc korelacyjna piramidy oraz poziom jej uorganizowania aby zapewniać starcom moc socjologiczną wzrośnie mimo ogólnego zawężenia podstawy i bok piramidy stanie się wklęsły. Zjawisko to znajdziecie w każdej strukturze firmy rozpisane w czasie, w całej ekonomii, w branżach, a nawet w sposobie publikacji poczytnych blogów. Działanie tej struktury, cykle gospodarcze (duży i mały) to pochodne będące abstrakcyjnymi opisami sumy rezultatów naszych całkowicie metabolicznych zachowań. Można na tej fali płynąć – ale przecież każdemu wolno podjąć bezsensowną walkę z żywiołem i polec.

Ponieważ pomysłów i potrzeb mamy więcej niż rzeczywistych zdolności socjologicznych i korelacyjnych to rozkładamy akcenty w czasie i nazywamy je alokacjami, raz rozwiniemy filozofię, raz rolnictwo, czasem powojujemy – każde pokolenie stara się uzupełnić to, czego brak odczuło jako wpływający na metabolizm w dzieciństwie. I każde działa takimi strukturami, jakie odziedziczyło, odrobinę je modyfikując. W gospodarce światowej są to cykliczne globalizacje i bałkanizacje gospodarek. Jest to tak samo konieczne jak bankructwa przedsiębiorstw i wymieranie głupich narodów pozbawionych państwowości (choćby i w toku wojen, nawet jeśli dany naród wojować nie chciał i poszedł po rampie do pieca) aby ci mądrzejsi co przeżyją mogli państwowość bez durniów zorganizować – bo z durniami nie sposób było, czego historia dowodzi datami wprost. przez prawie dwa tysiące lat się nie dało, a wystarczyło że dym po spolegliwych się rozwiał i od razu zakwitło agresywne, zmilitaryzowane i pełne zapału państwo na środku pustyni.

To akurat tak wyszło, że w czasach gdy byłem młody w interesującym nas obszarze (dobywania zasobów socjologicznych) występował tak dotkliwy deficyt korelacji rezultatów produkcyjnych, że handlowcy byli na wagę złota, zwroty były w handlu potężne, a obrotniacy obrastali w tłuszcz i obwieszali złotem. Potem okazało się, że ssie na matematyce dla komputerów – wyrosło na planecie całe pokolenie IT – ledwo zdążyłem wysiąść z pociągu jak się połapałem, że ten pociąg pod górkę to już jechał. Potem wyszło, że w zglobalizowanym świecie na księgowości można zrobić kokosy, tak, że państwa po prostu skapitulowały (tylko jeszcze o tym nie wiedzą, bo się nie rozniosło) z braku środków do wpływania na biznes. A teraz będzie lekka cofka, przeorganizowanie technologiczne, w EU powrót do rzemiosła (odtworzenia bazy przemysłowej) i za 10-15 lat ten pociąg też przestanie jechać pod górę, chyba, że ktoś się weźmie za wojowanie na poważnie. Mając na myśli teraz to mam myśli dzisiaj dokładnie, bo giełda jęknęła jakby jaki niedźwiedź – nic dziwnego, tydzień temu otworzyłem nowy interesik. Zawsze jak otwieram tego typu interesik rzemieślniczy, to zaczyna się kryzys – z dokładnością do miesiąca. Jak przy każdej cofce będzie panika pod hasłem “niech ktoś coś zrobi”, później będzie powrót przytomności “kto w ogóle wie jak się robi”, oczywiście będą tabuny świeżo kształconych specjalistów od zarządzania gotowych zarządzać “tylko dajcie mi ludzi”, a bałkanizacja polega między innymi na tym, że przedsiębiorstwa zwijają się do piramid względem podstawy zasilania, a nie rozwijają względem szczytu korelatora. Gdyż odpowiedź na pytanie “jaka jest najkrótsza droga feedbacku na linii korelator-efektor” brzmi zawsze tak samo: jest to jedna osoba która sama sobie zaplanuje i sama sobie zrobi nafaszerowana kompetencjami jak kaczka śrutem. A przecież mamy struktury organizacyjne – bohaterskie kolektywy, pierwszym pomysłem wszak powinno być ich wyciśnięcie aby uzyskały pożądany rezultat masowo. Już to zrobiono – nie uzyskały rezultatu wcale. Armia nie wytwarza sobie czołgów i myśliwców, a flota lotniskowców. Żeby nie wiem co wymyślili w sztabie, to wojsko po prostu nie ma kompetencji do realizacji produkcji. Ponieważ ścieżka jest odwrotna – to rzemieślnicy wytwarzający lotniskowiec, kadra techniczna, inżynierowie i logistycy co to zebrali do kupy są pierwszą załogą, która będzie obsługiwać maszynę i kształcić w jej obsłudze dostarczonych ze szkół mundurowych specjalistów od wojowania. Nie ma innego miejsca kształcenia mechaników okrętowych niż okręty przy których będą dłubać – po prostu w tę stronę woda płynie.

Częstotliwość

Od razu czytelnicy doszli do wniosku (ja nie mam wątpliwości, że do takiego wniosku doszli od razu), że piramida nie musi być ani wklęsła, ani wypukła, a może mieć bok prosty, albo powiedzmy metastabilny w taki sposób, że ze względu na częstotliwość zmiany kontrastu do otoczenia będzie w stanie pozornej stazy i będzie wyłącznie zajmować przestrzeń. W świecie idealnym przy nieskończonej mocy korelacyjnej i nieskończonym zasilania ze środowiska oraz braku tarcia i oporów o inne piramidy oraz przepływów między nimi to by może i tak mogło być. Ale na planecie mamy oceany, po wodzie przechadzał się na razie wyłącznie jeden przypadek, a dookoła planety mamy dość pusto i poza ledwo widoczną Wenus to żadnej innej w okolicy gołym raczej nie widać, a w każdym razie trzeba dłuższych studiów żeby się połapać, że to planeta. Rozmiar kroku jaki jesteśmy zdolni uczynić na tyle, aby wytworzyć nową piramidę i rozpocząć transfer ludności pomiędzy nimi, jest ograniczony mocą pozostającą w dyspozycji na takie wycieczki. Dla przykładu transfer do Ameryki za pierwszym razem się nie powiódł i ślad po szczupłych populacyjnie Vikingach nie pozostał poza ich własnymi sagami. Za drugim też niewiele brakowało. Częstotliwość tej ekspansji (Egipcjanie, Rzymianie, Vikingowie, Hiszpanie) jest liczona w wiekach – tyle czasu trzeba się zbierać przy lichym feedbacku na takie wycieczki przy tak wątłych zasobach. Potem oczywiście jest z górki, ponieważ jest feedback o nowych rezultatach i lemingi biegną rzucać się ze skały. Przypominam kiedy ostatni raz ludzie niby byli na Księżycu.

Ponieważ występuje to zjawisko “to teraz już z górki”, to lemingi rzucają się na branżę, kształcą, dochodzi do alokacji, po czym okazuje się że jest tam wielkie mnóstwo ludzi i można przebierać, wybierać, ciąć koszty. Ale i organizować, bo jest kogo. A jak nie ma kogo, to sobie niektórzy umyślili że można robota. Wcześniej była bajka o tym, że automaty same, teraz roboty same, jest już bajka że AI sama. Będą kolejne bajki. A to dlatego one będą, że te pulsujące piramidy jakie opisałem dlatego są piramidami, iż hierarchia gromadna homo sapiens na zupełnie metabolicznej podstawie w ramach stosunku uległości dominującym spycha oczekiwanie mocy korelacyjnej z dołu piramidy do góry i jest to oczekiwanie roszczeniowe, bezczelne i zawierające palenie głupa na całego. U osobników nisko w hierarchii gromadnej zdolność do szerokiej korelacji i automatycznego wszczynania takiego procesu zanika z powodu przystosowania do życia w grupie. To jest metaboliczne przystosowanie społeczne do życia w gromadach. Podstawowym zadaniem korelatora jest przecież zajęcie pozycji dominującej i rozmnożenie się. A pozycję dominującą zajmuje się po trupach – dlatego naturalnym przystosowaniem jest autosupresja takich zachowań, a osoby nietłumiące takich zachowań są uważane za agresywne – zagrażają strukturze reorganizacją zgodnie z włóczoną za sobą hierarchią. Osobniki dominujące zaś wykazują podniesione libido do takiego stopnia, że aż niegrzecznie jest zadawać pytanie po co tyle asystentek.

Rozkład w czasie jest dość istotny, a częstotliwość sterowania zgodna z czasem życia kolejnych pokoleń, co skutkuje długim cyklem koniunkturalnym. Dlatego właśnie ludzie wymyślają prawa, zasady, ideologie – łatwiej jest na bazie takiego mempleksu dokonać formacji piramidy, a przynajmniej jej okrojenia do oczekiwanego porządku. Oczywiście nie musi być to porządek racjonalny – to wcale nie jest do niczego potrzebne. Wszak hierarchia oparta jest o autorytet, mem sugeruje że autorytet eksperta, bo doświadczony rzemieślnik na pewno lepiej ocenia rzeczywistość dotyczącą swojego rzemiosła niż laik, wobec czego mamy system prawny, dla żartu nazywany sprawiedliwością, w którym sędzia orzeka na bazie swojego doświadczenia życiowego i pal diabli dowody – jeśli z doświadczenia sędziego wynika, że jesteś winny to zostajesz skazany i żadne obiektywne przeszkody tego nie powstrzymają. I takie są uzasadnienia wyroków – i nikomu to najwidoczniej nie przeszkadza. No to spróbujcie na takiej “racjonalności” wysłać coś w kosmos, w głębiny, albo chociaż zorganizować ruch pociągów, autobusów czy sygnalizację świetlną – sami wiecie jakie będą rezultaty takiego autorytarnego planowanie i nie trzeba bystrym ludziom dwa razy tłumaczyć na jakie manowce zwiodą nas autorytety. Jednak jesteśmy zwierzakami gromadnymi i ze względu na oszczędności jakie nasz najbardziej energochłonny organ – mózg – wdraża aby nie szafować metabolizmem nadmiernie, spychamy oczekiwanie wydatków korelacyjnych na postawionych wyżej w hierarchii, a wydatków fizycznych na tych niżej. Jedną ze struktur oszczędzających wnioskowanie są mempleksy zawierające “zasady”, czyli skróty w korelowaniu co czynić w danej sytuacji. A przecież zawsze znajdujemy się w jakiejś sytuacji, a nie w innej i trzeba w tej sytuacji sobie poradzić jaka jest, dla oszczędności zasobów skracamy sobie wnioskowanie odnośnie tego co mają myśleć inni i jak mają się zachować oraz żywimy przekonanie, że to wszystko naprawdę.

Przekonanie naiwne

Antropomorfizujemy innych ludzi na nasze podobieństwo rojąc sobie bzdury o tym, że oni myślą tak samo jak my, to samo co my i wnioski też mają takie same. A jeśli robią to inaczej, to są głupi, durni, szaleni. Jeśli ktoś jedzie szybciej od nas samochodem, a dla nas już tak szybka jazda jest stresująca, to oczywiście pierwsze skojarzenie – wariat! Pirat drogowy! A on po prostu może mieć lepszą od nas koordynację, lepszy refleks, albo być mniej spostrzegawczym odnośnie faktu, że już nad maszyną nie panuje. Zresztą to przekonanie jest powszechne – maszyna poruszająca się zaledwie 40km/h wymyka się ludzkiej percepcji. To, że nie zabijamy się samochodami nazbyt często wynika z tego, że stosujemy skróty wnioskowania zwane zasadami, jeździmy po prawej, używamy sygnalizacji, nie wjeżdżamy na drogi ekspresowe pod prąd i ustępujemy tym z prawej. Przestrzegamy tych zasad nie dlatego, że grożą jakieś sankcje od pani przedszkolanki za ich nieprzestrzeganie, ponieważ mieszkam w miejscu, gdzie pani przedszkolanka nie zaznacza już swojej obecności, ale dlatego że inaczej nigdzie po prostu nie dojedziemy i nie zrealizujemy swoich celów.

Pracownicy roją sobie co powinien myśleć szef, kierownicy roją sobie, że pracownik pomyśli, generałowie, że żołnierze wykonają rozkaz też sobie roją, żołnierze, że dostaną takie rozkazy jakie według ich rozeznania są właściwe. Wszyscy żyjemy w świecie urojeń na temat tego co inni myślą, co myśleć powinni, o czym i z jakiego wnioskowania to miałoby wynikać. Nie żałujmy sobie – fantazjujmy. Potem tylko pada pytanie czemu to wszystko nie działa. Bo przecież skoro szef wie lepiej, to niech mi szef powie dokładnie jak to zrobić – niech mi poda specyfikację.

Specyfikacja

I do tego sprowadza się cały problem automatyzacji. Maszyny jakie tworzymy nie różnią się organizacyjnie od młotka, różnią się poziomem złożoności, ale niczym więcej. Technologia przekraczająca wyobrażenia obserwatora może być uznana za magię, ale magią nie jest. Wysoki poziom skorelowania działań maszyny może być uznany za intelekt – ale żaden zdrowy rozsądek za tym nie stoi. Ten styk techniki i ludzkich emocji od jakiego zacząłem tekst, zmienne oczekiwania klientów (proces o wysokim rozchwianiu parametrów) względem koniecznej do ograniczenia mocy korelacyjnej (wydatku tej mocy, wynikające z braku mocy do wydawania) sprawia, że jedyną metodą jaką znaleźliśmy w automatyzacji jest powtarzalność. Oznacza to, że specyfikację zadań tworzymy “raz”, przeprowadzamy proces i wdrażamy korekty. Człowiek w funkcji czasu potrafi wydatkować moc korelacyjną w bardzo wąskich przedziałach, kwadrans skoncentrowanej uwagi to jest bardzo poważne osiągnięcie dla większości ludzi. Dlatego w ramach gromad dokonujemy specjalizacji – uczymy się powtarzania czynności, ponieważ jest to coś co ogranicza wydatek.
Każdą czynność doświadczonego rzemieślnika oddzielnie, na małpę, można nauczyć osoby, która nie będzie miała nawet pojęcia o co chodzi w procesie. Ale oszczędzimy tym samym na procesie kształcenia i będzie można posadzić na danym stanowisku wykonawczym młodego gamonia, który ma wyłącznie powtarzać daną czynność. Specyfikacja jego zadania jest krótka, feedback natychmiastowy.

Dokładnie w taki sam sposób projektujemy linie produkcyjne, mają one tę wadę, że w funkcji czasu rośnie rozchwianie parametrów (nawarstwiają się odchylenia) i trzeba je korygować. Staramy się ograniczać przyczyny powstawania tego problemu, ale żeby zwiększyć rozchwianie wystarczy kolejne odchylenia pomnożyć albo zsumować (zależnie od procesu), czyli dokładanie stopni swobody (uniwersalność procesu) gwarantuje nam krytyczną awarię o rząd wielkości szybciej za każdy taki głupi pomysł. Jako przykład warto podać formę do wtryskarki na plastik – można wyprodukować na danej formie milion zabawek i dalej będą jakościowo przyzwoite, a maszyna do produkcji będzie w miarę prawidłowo działać. Spróbujcie powtórzyć ten smutny żart na zabawkowej, a nawet profesjonalnej drukarce 3D. Wtryskarka robi wyłącznie dwie rzeczy – scala formę i pompuje tam materiał. I to ze względu na zużycie, prędzej czy później zawiedzie. Wtedy ktoś mądry od naprawy maszyn coś przy tym podłubie i dalej to pochodzi – do następnego razu. Drukarka 3D ze względu na stopnie swobody (może uzyskać inne elementy niż ten jeden dla formy wtryskarki) robi to o te rzędy wielkości częściej. “TO” – zawodzi.

Dystrybucja mocy i koncentracja rezultatu

Z tego powodu – zawodności – najpierw automatyzujemy procesy proste i wychodzi to najwydajniej przy nieszkodliwym rozchwianiu procesów. Chemia w rolnictwie jest automatycznym zwalczaniem szkodników, chorób, wilgoci przy zbiorach. Niby tam się pilnuje chłopa czy za dużo nie sypią, ale jak za dużo posypią to trudno – świnie nie zjedzą, damy ludziom. Zautomatyzowaliśmy produkcję szklanek, butelek, zabawek. Mercedes w ramach żartu pokazuje zautomatyzowaną produkcję samochodów, ale to tylko montownia. W samochodzie jest zbyt wiele elementów aby w ramach jednego procesu stworzyć moduł-samochód. W elektronice jednak udało się osiągnąć znaczące sukcesy. Natomiast każdy z tych procesów wymaga rzeszy specjalistów, którzy myślą za maszyny, kontrolują ich pracę i wdrażają rozwiązania gdy coś nie chce działać, mimo że powinno (albo działa i nie wiemy dlaczego, ale działa – nie psuj).

Ze względu na rosnące rozchwianie przy kolejnych stopniach złożoności i swobody w procesach to wyłącznie prace proste są zagrożone, tam gdzie wkłada się dużo mocy, a mało koncentruje rezultat. Im dystrybucja mocy leży bliżej sfery/okręgu, tym prościej jest do takiego kieratu zaprząc silnik, konia czy leminga. Dlatego automaty czyszczą podłogi, koszą trawę, myją okna. I na razie automatyzacja tych prac jest zasadna ekonomicznie wyłącznie w miejscach gdzie brakło ludzi do wykonywania tych zadań (czyli tam gdzie ludzie przestali się rozmnażać), gdyż wyłącznie w takich warunkach warto przeprowadzać proces kształcenia techników i inżynierów od wytwarzania i utrzymania ruchu takich maszyn. Ten proces wymaga takiego nakładu mocy korelacyjnej i tak rzadko kończy się powodzeniem (proces wymyślenia, skonstruowania, wdrożenia i utrzymania w ruchu maszyny), iż sumując ile razy się nie uda zanim ta praca da rezultat i ten rezultat będzie powtarzalny, i się utrzyma na rynku, to można większość czynności spokojnie robić ręcznie. To jak z częstotliwością odkrywania Ameryki jaką podałem wcześniej.

Suma wiedzy, doświadczenia, złożoności struktur organizacyjnych aby wytworzyć taką durną rzecz jak automat do czyszczenia podłogi jest na tyle duża, że w większości krajów się takich rzeczy nie produkuje. A z poważniejszymi maszynami jest jeszcze gorzej. Do tego w funkcji czasu może się okazać, że są inne, atrakcyjniejsze branże i ludzie zajmą się tworzeniem wirtualnych domów do gier zamiast projektować takie, które zostaną zbudowane. Wydatek mocy ten sam, tylko deszcz pada naprawdę, a nie wyłącznie wirtualnie.

Procesy jakie automatyzujemy obecnie opierają się na technologiach wymyślonych około 50-70 lat temu. To całe nakładanie ceramiki laserem na powierzchnie twarde, napawanie plazmowe, druk metalem 3d, mikrotransfer plazmą i laserem, logika procesora etc. to wszystko powstało jako pomysły około 70 lat temu. Te pomysły nie miały szczegółowych specyfikacji, łebscy ludzie przekazali je studentom, ci zostali doktorami, coraz więcej ludzi miało w głowach te rozwiązania, zaczęli je uszczegóławiać, dopasowywać do innych dziedzin jakie znali, rozglądać się za technologiami, wdrażać to i owo, sprawdzać czy da się z tego co uzyskać, często badania padały na brakach technologii w innych branżach – po prostu jeszcze się nie da, jeszcze trzeba to i tamto wymyślić. Logika linii technologicznych jakie dziś tworzymy ma ponad sto lat, to czym zajmujemy się w działach prototypów dzisiaj wejdzie do produkcji w jakiejś tam dopasowanej do rzeczywistości formie za lat piętnaście. To wszystko co badacze, często futuryści ogłaszają, że wymyślili to projekty jakie być może będą realizowały ich prawnuki.

Ponieważ tezauryzacja polega na przekazaniu rozwiązań technicznych, planów do dalszej modyfikacji, środków technicznych, zapasów paliw i materiałów eksploatacyjnych kolejnemu pokoleniu. Dlatego obecnie – na końcu cyklu wszyscy rzucili się na innowacyjność, badania, wynalazki – to jedyne bondy jakie płacą kupon za 70 lat.

Kłopot podatkowy, socjalny, organizacyjny

Technologie wygasają. Może się okazać że zapędzicie się w produkcję czegoś, po czym ślad na piasku nie zostanie, razem z całym przemysłem jaki to obsługiwał. Na przykład potrafię obsługiwać linie do wywoływania i filmów i naświetlania zdjęć na papier. Ale to dziś mało przydatna kompetencja i zapewne od nastu lat nie zakładaliście filmu do aparatu, zresztą kto dzisiaj ma aparat – przecież zdjęcia robi się telefonem (to tylko ja jestem zapóźniony z gadżetami). Trzeba przytomnie wybierać sobie rzemiosło, bo nie każdy Jasio będzie w stanie zdobywać kompetencje przez całe życie. Nie czarujmy się, większość ludzi utknie w wieku 20 lat, część do trzydziestki.

Specjalistów koncentrujących więcej kompetencji jest niewielu, a liczba branż ze ssaniem na praktyków rośnie. Każdy ma świetny pomysł – niech ktoś go wykona. I nie bardzo ma kto. Szansa na karierę w technice jest znikoma nie z powodu konkurencji z innymi chętnymi, a z powodu kosztów kształcenia – w czasie nauki na pewno popsujesz jakieś maszyny, jak są taty to najwyżej zwyzywa, jak są firmy to może klęknąć produkcja. Dlatego są regularne cofki techniczne i powrót do rozwiązań sprawdzonych, scalanie rozwiązań w moduły i wytwarzanie firm obsługujących poziomem organizacyjnym utrzymanie ruchu tych modułów. Kiedyś trzeba było mieć specjalistę od każdej maszyny, dziś są firmy usługowe dzielące tych kompetentnych ludzi pomiędzy firmy i jedynym problemem jest biurwa, ubezpieczenia i podatki. Gdyby nie te detale, byłoby taniej. Szansa na karierę jest dlatego znikoma, że wykładniczo zawęża się szansa na jakikolwiek rozwój, ponieważ gdzieś tam na końcu musisz ogarniać cały proces produkcji na bazie istniejących w Twoich czasach modułów. Bo to jest rzemiosło, nawet obsługa całej linii technologicznej to jest praca rzemieślnika – ma po prostu bardzo skomplikowany młotek.

Wicie rozumicie

Mamy takie wesołe alokacje z dotacji, bo bez dotacji to by było jak w Polsce – nikt przytomny by nawet nie myślał o zmianach. W Polsce mają swoje trzecie i piąte życie zamortyzowane wielokrotnie maszyny – znaczy są sprawdzone. W Szwecji i Szwajcarii też, i też w firmach garażowych. Po prostu do garażu kupuje się maszyny na sztuki, a na eksport idą całe linie co do garażu nie wchodzą i do 63amp się ich nie podpina.

Jasio może obsługiwać 30-40 letnią maszynę, nieco dozbrojoną w posuw i czujnik, patrzy się czy dobrze idzie i jej nie przeszkadza, względnie czasem wciska guzik i coś przy niej pomajstruje. Postęp wygląda tak, że stawiamy maszynę co robi to dwa razy szybciej (a teoretycznie nawet cztery), ale ze względu na zbyt wiele udziwnień i brak doświadczenia producenta w tym akurat zakresie (nie słuchali Jasia) się zacina więc do obsługi potrzebuje Jasia, tylko takiego co jeszcze zna się na komputerach i coś tam kojarzy z programowania sekwencji. Cena maszyny zawiera pensję na całe życie od urodzenia do śmierci dla czterech Jasiów oraz cztery stare maszyny z resursem na całe życie Jasiów. Zamienił stryjek siekierkę na kijek. Zresztą głównie stoi i się kurzy, więc gdyby ktoś pytał o jej amortyzowanie się… no włączyłem ją dzisiaj na trochę do trybu ręcznego, bo potrzebowałem. Kto bogatemu zabroni. No to tak właśnie wygląda postęp na podłodze. Rolnicy i górnicy coś tam szurają że kamieni kupa, no ale co ja mogę?

Pchanie się w nowe technologie to wcale nie jest żaden wielki cymes, robimy to raczej z konieczności, to jedyna forma przenoszenia wartości w czasie – zboża nie da się przechowywać przez sto lat – głupie pomysły owszem. Czasem nawet jakieś środki techniczne. Mam trochę takich gratów z historią, na przykład wyciągarkę łańcuchową, szynową (tefler taki) z dziewiętnastego wieku. Wykonaną przez kowala na bazie koła do wózka z kopalni, jakich to kół było wtedy wielkie mnóstwo i dlatego miał dostęp do tych części i łańcuchów, Wszystko jest czterokrotnym overkillem tego co dzisiaj, ale warto czasem prześledzić funkcjonalność urządzeń, materiały, sposób projektowania. Nasze rozwiązania nie są wcale takie różne od tych sprzed stu lat. Wszystko jest oczywiście nieco lepsze, nieco nowocześniejsze, ale żeby poprawić demografię to trzeba by zgasić wszystkim światło i wyprowadzić wojsko na ulice. Z tym, że nie mamy już poważnego wojska, które ktoś by traktował na poważnie, ponieważ tę wypasioną broń ręczną jaką używają robimy na sztuki (bo taka jest dzisiejsza liczebność zielonych), wycinamy detale elektroerozją z kosmicznych materiałów. Nikt przytomny by nie robił tak broni na wojnę masową, ale dzisiaj broń ręczna ma podobny sens jak produkcja szabel dla oficerów. Owszem – większość ofiar konfliktu jest raniona bądź zabijana bronią ręczną, o rząd wielkości mniej ginie lub jest rażonych minami, a kolejne rzędy wielkości przysługują innej broni w tym bombom lotniczym, więc broń ręczna jest dominującym zagrożeniem na współczesnym polu walki. Przy czym chodzi o broń, konkretny model z 1947 roku, a to dokładnie o duży cykl gospodarczy temu było i jego rozwojowe wariacje. A nie o tę broń na super wypasie jaką produkują highendowi producenci współcześnie. Na temat broni zapewne napiszę tekst, jak będę miał czas. Natomiast jest temat, który zawarłem w nieopublikowanym tekście jakiego jeszcze nawet redakcja nie widziała, dotyczącego gospodarki i systemów giełdowych w czasach protopaństwowości Polan/Goplan. Oraz kolejnych zmian w gospodarowaniu. Bo to jest taki klops z tym, że dziś pracujemy po 8-12h. 200 lat temu ludzie pracowali 4-5h dziennie (poza żniwami), ponieważ to wszystko co my kupujemy w sklepach wykonywali sami sobie ręcznie po południu, już w ramach hobby. Czegoś takiego jak praca zarobkowa na pełnym etacie jeszcze 350 lat temu nie było w ogóle. Każdy musiał uprawiać jakiś kawałek pola żeby się i rodzinę wyżywić, a do tego zajmował się handlem, wytwórczością etc. Lemingów nic nie posiadających prawie nie było, ponieważ zwyczajnie umierali z głodu (lub w wyniku dopuszczania się czynów nagannych mających im problem głodu rozwiązać). Zależnie od profesji, każdy miał pola mniej lub mało, ale nawet mieszkańcy “miast” mieli coś tam do odrobienia na swoim polu – chłoporobotnicy. Wraca nowe?

Warto sobie przytomnie uświadomić, że technologie są coraz bardziej skomplikowane, oczywiście można każdy problem rozwiązać skończoną liczbą studentów, ale do tego trzeba ludzi tak spauperyzować aby dali się masowo zagnać do nauki czegoś, w czym jeden na stu odniesie sukces (jak w IT), a legenda spowoduje że będą pchać się kolejni. Rozbito tym sposobem mur problemów, teraz byłoby najlepiej, żeby ci co im się nie udało sobie zniknęli, bo tylko bezsensownie zabierają zasoby. I znikają – bezpotomnie, i to jest jakiś sukces. Ponieważ przy takim lichym wzroście wydajności jak 1,006 jest tylko jedna droga rozwoju i jest to droga okrutna. Wszyscy rzucają się do wykonania zadania i garstka tych co sobie poradzą, co zassają rezultat przeżywa, a resztą znika. Dla wszystkich rezultatu nie starczy. Jeśli każdy chce zarobić 10% rocznie, rzeczywisty rozwój techniczny zapewnia *0,006 a wliczając wszelkie dobra i usługi nietrwałe i niematerialne niedające się przenieść w czasie 3,5% to jest oczywiste że musimy co roku odsuwać od koryta 2/3 wytwarzającej dobrobyt populacji. Inaczej nie działa. Inaczej się nie dodaje. I odsuwamy – obiecujemy im emerytury, obiecujemy, że przekażą coś dzieciom, których mieć nie będą.

Przez ostatnie 30 lat dokonywano amortyzacji (wielokrotnej) maszyn jakie są w użyciu. I jeszcze jakiś czas one podziałają – wytworzono wielkie mnóstwo produktów – magazyny starczą na lata, na dekady być może. Są inne aspekty ludzkiej aktywności jakie w tym czasie zaniedbano – demografia, edukacja, religia – będzie czas zająć się i tym. Przemysł oczywiście przetrwa sobie tam gdzie zawsze – w enklawach, gdzie i tak nic innego się od stuleci nie robi. I jedyny problem jest dokładnie taki sam jak z butelkami – czy klientom nie opatrzy się towar jaki jest i nie będą chcieli innego? Bo inny towar będą produkowały coraz mniejsze firmy demolując standaryzację jaka jest w naszych czasach. Będą go produkowały na maszynach jakie dostały “po starszym bracie” wykupując używane maszyny po wielkich firmach (a małe po średnich). Czytelnik właśnie mi napisał, że do Polski kupili używane roboty, najwidoczniej gdzieś zastąpiono je czymś lepszym, a te sprzedano młodszym i biedniejszym. To nie jest żadna wada żeby kupować używane urządzenia, ale warto pamiętać, że nieco inaczej projektowano maszyny sto czy pięćdziesiąt lat temu, ludziom wydawało się że maszyn jest mało (dalej jest mało, ale w tv bombardują, że są i ludzie wierzą, że pracują jakieś roboty, a nie Chińczycy), więc projektowali je tak, aby amortyzowały się wielokrotnie – aby były niezniszczalne. Nie żałowano na to żelaza – problem wibracji w urządzeniach wtedy w ogóle nie występował. Ten sam czytelnik knuje jak produkować oszczędniej części odciążone – właściwie czemu nie, i jest bardzo niewiele zastosowań, a to chyba jest właśnie takie, gdzie skomplikowane urządzenia hydrauliczne do produkcji (na przykład drzwi samochodowych) wymagają przestrzeni wewnątrz narzędzia, które skrawaniem są paskudnie trudne do wykonania i drogie jak pierun, aby umieścić tam pod różnymi kątami sztance, dyny i tłoczniki. Z tym, że nie wiem czy to jest droga do przodu, a nie na boki, bo drzwi do Koenigsegg są co prawda skomplikowane strukturalnie, ale nie są z metalu.
Mamy całą masę uniwersalnych lub uniwersalnych w pewnych zakresach urządzeń – roboty, obrabiarki. Wynika to z tego, że każdy produkt (weźmy na tapetę silnik, bo tu ostatnio @gruby o silnikach szalał) na początku robi rzemieślnik “ręcznie”. Silnik jest to bryła metalu (w produkcji masowej odlew, z takiego metalu jaka tam jest akurat technologia w danych czasach) i się w niej ujmuje (najczęściej wierceniem, frezowaniem i wytaczaniem) to czego tam jest za dużo aby ukazać bryłę która nie ma nic zbędnego. Honuje się cylindry i z górki. Proces polega na ustawianiu pod odpowiednim kątem do bryły narzędzi, które ją będą okrawać bądź w niej wiercić/wytaczać. Można obracać bryłę, można narzędzia. Jeśli robi to rzemieślnik, to proces jest tak sobie powtarzalny, tolerancje są tak sobie powtarzalne i (polecam historię wdrożenia produkcji masowej silników z rzemiosła do automatyzacji tej maszyny – to bardzo dobry przykład) najczęściej części z jednego tak sobie pasują do drugiego, są więc nieszczelności, a że ostatnio @Maksior mnie penetrował na temat silników modelarskich, to właśnie to są problemy z robieniem sztuki – ryjąc materiał na pięć spasuje się jedną idealną, dlatego silniki modelarski są w małych nakładach i pieruńskich cenach. W dzisiejszych czasach mamy obrabiarki cnc co bardzo ułatwia pracę rzemieślnikom i zapewnia powtarzalność o rzędy wielkości lepszą niż dawniej, ale i wymagania wobec silników, kultury ich pracy, szczelności wzrosły. Są specjalistyczne obrabiarki właśnie do silników (czteroosiowe z potężnym uchwytem – huśtawką z dwoma podparciami) stosowanych do sportu czy innych takich jednorazowych imprez. Osobom, które nie mają doświadczenia od razu wyjaśniam, że obrabiarka (nawet z nawigowaniem adaptatywnym) jak raz puści detal i dostanie go znowu (po obróbce termicznej w piecu na przykład) to już go absolutnie tak samo nie trzyma. A najczęściej w piecu lekko lecą wymiary (bryła puchnie) i trzeba je przywrócić. Dlatego w produkcji masowej nie stosuje się robotów uniwersalnych (takie ramiona jak często widać na filmach o fabrykach – jak robot jest w klatce to ma silne serwa do szybkiej pracy i nie da się przed nim ani uciec, ani nawet spostrzec, że to już koniec, a te bez klatek pracują powoli, są silne, ale jest istotne żeby zrobić krzywdę), chociaż na filmach pokazują jak te roboty spawają (zgrzewają, zazwyczaj lutują twardo obecnie) czy wiercą – mają rozchwianie parametrów mniej więcej wielkości odpowiadającej grubości obrabianej blachy i jak tam kto mądry nie spostrzeże, że kamieni kupa idzie z taśmy to zdarza się, że tysiące sztuk wyglądają jak ser. No i oczywiście te buble wliczane są do ceny wyprodukowanych dobrych co idą do klienta – a ze względu na czas montażu nie opłaca się ich demontować gdy są częściowo sklecone, wartość jest przenoszona w detalach tylko w jednym kierunku. W produkcji masowej ustawia się narzędzia pod stałymi kątami i ze stałymi głębokościami wiercenia – trzeba jednak pilnować zużycia narzędzi. Ma to sens wyłącznie jeśli produkowane są setki tysięcy takich samych silników, karoserii czy zawieszeń bez żadnych modyfikacji. Zauważyliście, że wiele jankeskich samochodów ma zawieszenia z lat 50-60 jeszcze? Co prawda na europejskie drogi i szwajcarskie zakręty się toto nie nadaje, ale nie trzeba jak we francuskich wynalazkach ustawiać geometrii kół po każdym krawężniku. Oczywiście sens kupowania używanych linii do produkcji W123 czy innych poważnych urządzeń nie jest nazbyt sensowny – bloki silnika to się akurat najmniej zużywają i tych jest multum, ale ludzi którzy umieją te linie utrzymać w ruchu i obsługiwać – no to jest pewien kłopot. A będzie jeszcze większy. Jak się zrobi poważny, to znowu będzie masowa alokacja w przemysł i pewnie wcinając owsiankę zdążymy tego doczekać, że rzemieślnicy znowu będą zastępowani wąskimi specjalistami w olbrzymiej liczbie. Będzie wtedy można kupić wszystko – ale w jednym, masowo produkowanym kolorze.


Kompetencje wynikają z narzędzi – liczba osób “wykształconych” do danej specjalności ma znaczenie o tyle, że z nich można wybrać tych co wykonują ten zawód w liczbie limitowanej ilością narzędzie – na przykład władców państw jest nie więcej niż państw, a jak chcesz zostać i brakło Ci państwa – wystrugaj sobie własne. Dlatego firm jest nie więcej niż szefów firm, a rzemieślników umiejących obsługiwać narzędzia akurat tylu co narzędzi – bo bez codziennej praktyki umiejętność jest czysto teoretyczna. Ludzie w olbrzymiej większości korzystają z pamięci motorycznej i posługują się kinestetyką do wykrywania błędów działania urządzeń (nawet wynikłych z błędu operatora) – nie racjonalną logiką. Po prostu odruchy motoryczne i kinestetyczne są szybsze i tańsze energetycznie od wszelkich innych oraz w szumie jakie jaki panuje w ludzkiej głowie są kaskadami najwyrazistszymi o największym kontraście do szumu.

Obecnie przeszliśmy gwałtowny rozwój scalania organizacji w pionach, ssanie jest olbrzymie – nie ma tylu ludzi aby wzięli udział w tak zbiurokratyzowanych administracjach firm, a pętlę korelacyjne oparte o meetingi band ludzi nie mających pojęcia o praktyce nie prowadzą do efektywnego gospodarowania. Cykl globalizacyjny ponownie się kończy, tak jak skończył się przed pierwszą WW1. Kto zassał zasoby i kadry ten ma i skorzysta, kto dał się obrać z populacji będzie kolonią. Od 30 lat spadają nakłady inwestycyjne na narzędzia i dlatego nasze kochane lemingi nie mają obycia z narzędziami, bo ich święta matka – korporacja im nie kupiła zabawek. A świniom kupili.