Zarządzanie kozetką

Kozetka u kołcza, to jest bardzo fajne miejsce w firmie. Szczególnie jak firma jest sektą, kołcza nie ma i znikąd ratunku. Kiedy trzeba sobie na bazie danych, jakie w swej omylności człowiek bierze za obiektywne, w dynamicznej sytuacji zmienić sposób myślenia. To niesłychanie trudne i groźne. Ludzie, szczególnie ci bystrzejsi, od dawna “rozwiązywali sudoku” czyli prowadzili przeróżne gry intelektualne, gdzie po wielu krokach okazywało się, że jakkolwiek strategia dawała pozytywne rezultaty, to samo założenie początkowe gwarantowało brak sukcesu. Wysnuwali z tego wniosek, że sam proces daje wiele informacji gdy tylko go uruchomić, natomiast założenia mogą być błędne nawet przy poprawnej logice ich egzekucji. Płynie z tego bardzo istotny wniosek polityczny: realizacja celów w środowisku o znacznej złożoności (przerastającej racjonalne rozwiązanie brute force mocą obliczeniową) nie polega na działaniu, a na ustawianiu wejść i uruchamianiu procesu, aby przerwać go, gdy będzie korzystne nowe ustawienie. Z punktu widzenia cybernetyki jest to odcinanie i podłączanie zasilania z alimentacji i akumulatora oraz rekonfigurowanie systemu. Ludzie zawsze próbowali dokonywać takich operacji na sobie i innych, po to są szkoły, indoktrynacja, środki zmieniające świadomość. Celem jest taka zmiana własnego i cudzego sposobu myślenia, aby osiągnąć zamierzone cele. A czasem się tych celów nie planuje tylko uruchamia proces “i jakoś to będzie”.

Jest w tym pewien problem, ponieważ każda spójna, niepatologiczna, pozbawiona dysonansu psychika człowieka jest na tyle kompletna, że człowiek, owszem, uważa, że jak był młodszy, to był głupszy, ale nie wysnuwa z tego wniosku, że będzie mądrzejszy w przyszłości, będzie miał zupełnie inne poglądy i zapatrywania, że nie będzie sobą. No bo kim by miał być jak nie sobą? Kimś innym?

A jednak. Psychologia w biznesie jest istotna, ponieważ to ludzie podejmują decyzje i wpływanie na ich stany emocjonalne i rezultaty, wydajność intelektualną nie jest jakąś specjalnie trudną sprawą. Chcesz podpalić miasto – zablokuj dostawy żywności i wody.

Ten tekst jest wprowadzeniem do ciągu dalszego “Turystów w przemyśle” odnośnie kolejnych etapów $ds, środków sprawowania władzy i kilku innych, które mam równolegle rozpoczęte, a do których trzeba wyjaśnić metody korelowania i sposoby w jakie się to odbywa, ponieważ nie myślimy w taki sam sposób. Nawet jeśli czytelnicy myślą w sposób dający podobne rezultaty do mojego, chcieliby w taki myśleć, albo myślą inaczej i mają te same rezultaty, albo myślą tak samo i rezultaty mają inne, albo ich sama metoda ciekawi. Za to nieczytelnicy nie czytają właśnie dlatego, że ten niszowy sposób myślenia jest odmienny od ichniego i przez to nieinteresujący. Trzeba mieć świadomość jakie są “te inne” i czym się charakteryzują, oraz jakie dają skutki, ponieważ nie żyjemy w próżni. Żyjemy w gromadach. W gromadach, gdzie wszyscy co prawda wyglądają jak futrzaki i udają, że pędzą w jednym i tym samym kierunku, ale jak się tak bliżej niektórym przyjrzeć, to ich czoła marszczy grymas wysiłku intelektualnego. I to wysiłku innego niż ten, jaki przyjęliśmy uważać za zasadny – a mimo to dający jakieś rezultaty.

Epistemologia praktyczna

Myśleć można na różne sposoby. Każdy jakoś tam po swojemu myśli, proces w takich sieciach jak te nasze w głowie i ciele przebiega tak, że uaktywniają się z różną wagą połączone w sieci węzły i nawzajem się wzbudzają lub wygaszają uruchamiając kaskady impulsów, a wygaszając inne. W rezultacie jest sukces i jest zasilanie, albo sukcesu nie ma, zasilania nie ma i dana konfiguracja traci wagi. Co daje zasilanie jest powtarzane. Można tak ruszyć ręką, można nogą, można też tak zaplanować i poprowadzić firmę, ród, organizację polityczną, szpiegów, kucharki, sądzić i rozważać. Jak rezultaty są dobre, to już zewnętrznie w ramach gromady społecznej poklask mamy i rób tak dalej – dobrze robisz. Albo go nie mamy i dajemy sobie spokój jak przyjmujemy na poziomie emocjonalnym czy intelektualnym tę opinię za ważącą, a jak na emocjonalnym owszem, a na intelektualnym nie, to strzelamy focha, robimy swoje, ale w zaciszu, ponieważ więcej wierzymy w to, co sami uważamy niż w to, co uważają inni i mamy dwie różne rzeczywistości – jedną zbiorową, a drugą prywatną. I każdy ma swoją własną macierz takich przestrzeni, i każdy inną widzi, a świat niby ten sam wkoło.

Każdy myśli inaczej, choć zazwyczaj podobnie, gdzieś tam przecież jest jakiś program podstawowy, który racjonalnie na chwilę potrafimy wytłumić, a na dłużej w ramach treningu nurkowania, bo przecież co byśmy nie postanowili, to w końcu organizm upomni się o przywrócenie procedury “wdech – wydech – powtórka”. Czasami jednak potrafimy wygasić i zracjonalizować wygaszenie tych procedur na tyle, że ciąg zdarzeń doprowadzi do naszego unicestwienia. Czasem sami głowę w pętlę wsadzimy stojąc na stołku, a czasem seryjnie nam pomogą gdybyśmy chcieli podjąć taką decyzję wbrew naszej woli, naprzykrzając się dysponentowi takiej władzy. Racjonalny wniosek więc: nie naprzykrzać się silnym. Trudno się jednak niektórym powstrzymać, gdyż za niezwykłą atrakcję mają i podnietę odczuwają z faktu, że kpiny z silnych urządzą, czyniąc gromadnie uważanych za silnych słabymi, choćby przez chwilę i z jakiegoś punktu widzenia. Za co czasem zdarza się dostać po punkcie siedzenia batem w dyspozycji silnej ręki ze swoim punktem widzenia.

Biznesowe mrówki

Skupmy się na biznesie – na ileż to sposobów można poprowadzić firmę. Najpewniej na taki, że ja wszystko sam. Sam sobie koreluję (najkrótszy, najbardziej koherentny i najmniej pluralistyczny sposób, ale przynajmniej wiadomo kto winien wszelkim skuchom), sam sobie efektoruję, sam sobie za to zapłacę i z własnej mojej skarbonki wszelki dostatek. Jest to dominujący sposób myślenia jaki daje SKUTECZNE rezultaty. Łatwo to poznać po tym, że na rynku ilościowo dominują mikrofirmy zupełnie jednoosobowe i ze wszelkiej kolektywności odarte. Najwidoczniej aby działały inne, musi być szersze zasilanie i nie tak prosto to skonstruować, a może i niecelowo. Praktyka wykazuje, że gospodarka opiera się na przedsiębiorczości bezpośredniej, jednoosobowej i ledwo wiążącej koniec z końcem z tej to prostej przyczyny, że w naszej geografii nie da się wytworzyć w ten sposób paliwa do pojazdu, trudno też tak pozyskać węgiel (choć to możliwe) czy drewno (a w kraju taki mamy klimat), prądu na wiatraku za dużo się nie zrobi, a na pewno nie tyle, żeby na to widlak jeździł. Można się oczywiście wykarmić z ziemi i słońca jak kogoś interesuje rolnictwo, ale żeby na oleju z rzepaku nawet przy bierności biurwy pojazd ruszył to nikłe szanse, tym bardziej, że stali i aluminium oraz wysoko przetworzonych produktów przemysłowych jednoosobowo nie sposób uzyskać.

I w niczym to nie przeszkadza – takich firm widać potrzeba najwięcej, być może i samym je prowadzącym skoro takie dominują. Wszystko własnym kosztem i na własne ryzyko.

Trochę większe mrowiska

Są ludzie kalkulujący w sposób rodzinny, paternalistyczny, najczęściej można ich opisać jako gospodarzy, nawet jeśli gospodarstwem jest przedsiębiorstwo. Przygarniają oni takich ludzi, jacy przygarnąć się dali, czyli takich, co w takim układzie są gotowi i chętni funkcjonować. Są na świecie całe gospodarki agrarne, które funkcjonują w ten sposób i ludziom tam żyje się całkiem dostatnio w granicach tego, co w ramach takiego (często olbrzymiego) przedsiębiorstwa są w stanie wygospodarować. Zasilaniem takiej formy gospodarowania (jak większości form gospodarowania) jest ekstensywna, młoda, egzodynamiczna populacja. Im trzeba suwerena, suweren potrzebuje ich jako efektorów. Ten wzorzec myślenia dotyczy najczęściej prac agrarnych, prostego wydobycia i prymitywnego przemysłu na granicy rzemiosła (przemysłu masowego, podzielnego na szereg prostych czynności o niskim poziomie korelacji). Funkcjonuje to dlatego, że (i to jest istotne dla przyczyn z jakich gospodarka centralnie planowana nie funkcjonuje) każda praca wymaga pewnego wysiłku korelacyjnego, czyli wymaga tego, aby trochę nad nią pomyśleć i żeby miała sens. Ponieważ w pętli patriarchalnego gospodarstwa mamy od razu ocenę zwrotną czy coś było dobrze czy źle, jest ona osobista (a nie instytucjonalna) i trudno jest zepchnąć czy rozmyć odpowiedzialność, to mamy zestaw osobistych, metabolicznych, racjonalnych i emocjonalnych stanów przymusowych, które kierują nasz wysiłek, naszą energie i pomyślunek na jak najkorzystniejsze wykonanie zadań i polepszenia tym bytu (stanu energetycznego) swojego jak i tych, od których rozdział rezultatów zależy. Można nawet coś czasem podsoviecić, ale w granicach zdolności swojej korelacji. Jej przekraczanie skutkuje ograniczeniem udziału w rezultatach – jakby nie patrzeć – kolektywnego wysiłku z odpowiedzialnością indywidualną wobec indywidualnego patriarchy.

Podejrzewam, że ten sposób myślenia znacie – jest on najpowszechniej funkcjonującym modelem gromadnym działania przedsiębiorstw. W normalnych rodzinach, gdzie jest po kilku synów to naturalny ustrój prowadzenia działalności. Po co jaki inny skoro ten działa i jest sankcjonowany biologicznie?

Smocza jama

Można też kalkulować z pozycji zasilania ekskluzywnego – kopalni, portu, przełęczy, mostu. To nie tylko trzeba mieć, to jeszcze trzeba utrzymać się na okopanej pozycji jak na krześle w przejściu do lodówki (cieśniny lądowe mecenasa Bartosiaka) i doprowadzić przemocą do sytuacji, w której inni będą musieli z nami negocjować dostęp do tego zasilania. Pierwszą charakterystyczną cechą takiego myślenia jest gromadzenie siły “na zapas” w celu podtrzymania trwałej zdolności do długotrwałej konfrontacji ze skonsolidowanymi ośrodkami siły rozproszonej (czyli ze skonfederowanym “ludem” z pochodniami i widłami albo innym pospolitym ruszeniem) oraz zdolności do układania się ze skonsolidowaną siłą federacyjną lub unitarną (władca “chodzący w po ludie” a nawet “państwo” w rozumieniu majestatu stosującego przemoc w granicach swojej projekcji). Oznacza to, że ten typ myślenia wytwarza jakościowo i objętościowo rożny akumulator (skarbiec) od każdego innego typu działalności. W Polsce taki typ konsolidacji siły był typowy dla pasa górniczego zwanego Jurą Krakowsko – Częstochowską z przedłużeniem aż pod Poznań. Pozostałością materialną takiej konsolidacji jest Częstochowa i jej umocnienia, skarbce i wota w nich ukryte oraz organizacja hierarchiczna zdolna podtrzymać tę akumulację. Z grzeczności nie stawia się pytania o władzę nad krajem tego klasztoru, ale każdy władca grzeczność okazuje i pielgrzymuje.

Należy zwrócić uwagę, że jest to połączenie dwóch sprzecznych działalności – siłowej i przedsiębiorczej, pomiędzy którymi w ramach jednej, pozbawionej dysonansu psychiki ludzkiej bardzo trudno jest utrzymać równowagę. Dlatego właśnie powstaje tam wzajemnie szachująca się dwuwładza (świecka – religijna czy cywilna – wojskowa) zapewniająca zasilanie środkom przemocy i podtrzymanie zasilania dla funkcjonowania źródła zasilania (na przykład sprawności portu, drożności przełęczy, utrzymania brodu, mostu). Jeśli przyjrzycie się wszystkim kopalniom w Polsce, to mają one siłę ofensywną zdolną wywierać naciski na każdy inny aparat. Są to zazwyczaj związki zawodowe górników dowodzone przez “byłych” żołnierzy (zazwyczaj desant, komandosi), obecnie “związkowców” więc wiadomo, że Pan Pancerny tym rządzi, natomiast zasilanie (sama kopalnia) jest zbywalna w zarząd w ramach skuteczności podtrzymania tego zasilania. A gdzież takie interesy można robić jak w polskich kopalniach? Gdzież indziej takie zamówienia i takie frukta? Tylko, że nie dla każdego.

Istotne w kształceniu wyższych kadr wojska jest to, że wbija się do podgolonych, pustych łbów, żeby ze swoimi strategiami myślenia nawet nie dotykali się do bezpośredniego zarządzania gospodarką – wolno im brać wszelkie wygody z gospodarki, ale niech się nawet nie dotykają do niewojskowego aparatu, bo popsują w nim autokorelację potrzebną w przemyśle i żadnego zasilania z tego nie będzie. Po prostu są to dwa potrzebne na raz, sprzeczne sposoby prowadzenia procesów logicznych, emocjonalnych i kontaktów społecznych z dwoma zupełnie różnymi aparatami (zasilającym i przemocy), wobec czego ciężko o jedną głowę zdolną to ogarnąć.

O sentymencie bez sentymentów

Sentyment (haha – znajdźcie definicję ścisłą tego słowa, ta tutaj jest na potrzeby tekstu) jest to zjawisko emocjonalne, warunkowane w przypadkach niepatologicznych powiązaniami zestawu memów z rezultatami wzmocnienia zasilania – czynników pozytywnych (lub w sytuacji odwrotnej są to fobie przeciwko stresorom). Dzięki temu nasza sieć neuronowa zwraca nam z różnym natężeniem na bazie przebytych doświadczeń warunkowania (niekoniecznie własnych przeżyć) informację emocjonalną, którą określamy nasze nastawienie, czyli sentyment właśnie, do danej sytuacji, przedmiotu. Celem procesu wychowania jest wytworzenie silnie pozytywnego sentymentu do zachowań, które wychowawca uważa za korzystne (być może nawet dla wychowanka). Zazwyczaj jesteście w stanie określić swoje predyspozycje i zdolności opisując strefę komfortu jako przestrzenie biznesowe, w których się czujecie, oraz takie w których odczuwacie ryzyka, czyli takie do jakich sentyment wyrażacie, lub jego brak, a nawet jesteście w stanie stwierdzić, że pewne zjawiska odbieracie jako zagrożenia i odczuwacie przed nimi fobię – potrzebę redukcji ekspozycji na zjawiska.

Wysokie piętra piramidy

Można kalkulować per prokura, w imieniu pana swego miłościwego. W dzisiejszym rozumieniu jest to korpo, a w nim biurwokraci. Podstawą funkcjonowania korpo jest odgórne sterowanie zasilaniem pobieranym oddolnie bez przepływu z dołu piętrami do góry jak w systemie feudalnym, a z teleportacją rezultatu ekonomicznego z dołu na samą górę i dystrybucja odgórna na korelatory hierarchiczne w dół plus trójkąt hierarchiczny aparatu kontrolnego w kierunku przeciwnym. Już z tego widzimy, że trzeba funkcjonować przynajmniej w trzech macierzach formalnych o skutkach rzeczywistych dla węzłów, a jeszcze dochodzą macierze nieformalne, gdy formalności prowadzą do braku wyników wymaganych formalnie. To prawdziwy bałagan jaki nie występuje w normalnych ustrojach, ale w normalnych ustrojach takie organizacje tworzy się jedynie w sytuacji nienormalnej – czyli do prowadzenia wojny z morzem o niezatonięcie tankowca. Korpo jest strukturą zdolną w czynie ciągłym uzyskiwać, przy olbrzymich kosztach, rezultaty właściwe dla armii. Po prostu to taki aparat i do tego służy. A że ma zastosowania, to się go stosuje. Koszty działalności korpo ponosi leming, który najczęściej koło 30-35 roku życia łapie się, że na rynku za to samo dostanie więcej, albo że w ogóle nic nie umie i trzeba zmienić kwalifikacje. Dlatego właśnie aby rynek nie konkurował z korpo to jest lobbingiem dewastowany, bo wywróciłby każdą armię w pierwszym kontakcie. Zresztą wpuśćcie markietanki do armii i dyscyplina wyjdzie tą samą bramą.

Ten typ kalkulacji ma tę zaletę, że gra się za cudze żetony i ponosi odpowiedzialność wyłącznie “polityczną” – skuteczność tej odpowiedzialności jest o tyle, o ile ktoś nie posiada kwalifikacji do wyjścia i samodzielnego funkcjonowania poza korpo. Są jednak takie aspekty, gdzie korpo nie ma swobody ruchów (z powodu lobbingu skonfrontowanego z rzeczywistością) i zapycha to dosypując liczb na papierze. Z tego wynikają stanowiska, na których musi wyniknąć swoboda ruchu, wynikająca z paraliżowania odgórnego w kontaktach nieformalnych aparatu kontrolnego i tam właśnie powstaje nieformalny styk korpo z rynkiem, gdzie rynek odsysa korpo, ale korpo dzięki temu wentylowi potrafi przetrwać. Wszystko działa dopóki korpo zapewnia w tej rotacji zasilanie dość duże, aby kupić lemingi zdolne uzyskać rezultaty swoją korelacją. Niby można wymienić lemingi na inne, ale ocenę lemingów przeprowadzają lemingi, a jedyne kryteria oceny polegają na osądzeniu historii i umiejętności miękkich. Twarde kupuje się za twardą walutę i wygody, jakie u Szacha mają korpomyszy. W rezultacie tego systemu oceny korpo wprowadza plany & projekty oceniane na bazie deklaracji wygłaszanych przy użyciu wysoko rozwiniętych soft skills, ale rezultaty są w wyniku działań kwalifikowanych technicznie. I tutaj powstaje pewien problem, jaki znamy z polityki – ten gościu, co się ładnie uśmiecha i wygrywa wybory, to nie on rządzi, to nawet nie rządzi jego sekretarka, tam rządzi egzekutywa aparatu dozującego przemoc i albo ona tego ktosia co się uśmiecha słucha, albo słucha Pana Pancernego i może sobie minister wzywać policję, aby wchodzić do siedziby SKW. A u podwładnych Pana Pancernego nie liczą się struktury formalne, a podległość osobista i lojalność, wszak to jest głębokie państwo, a państwo ma rację stanu, a nie prawo i jak CzeKiszczak chce sponiewierać księdza, to żadne kwestie formalne nie są mu do tego potrzebne, racja stanu – racją egzekutywy aparatu przemocy. W produkcji jest ta sama przemoc, tylko stosowana maszynami na materiale, z którego wyciskamy, wycinamy, wytrawiamy i generalnie produkujemy przedmioty do czegoś potrzebne. Tak jak bryłę marmuru można przekonać dłutem w ręku egzekutywy do przyjęcia pozy, w której nie ma nic zbędnego, tak samo dłutem w ręku sprawnego mistrza wiele można uzyskać od człowieka.

Zwróćcie uwagę, że operowanie soft skillem mimo braku pojęcia o egzekucji technicznej jest mimo wszystko skuteczne, nawet jeśli drogie. Korpo jest więc rozwiązaniem. Drogim, lemingożernym, ale lemingów mamy pod dostatkiem aby dostarczali tych drobinek mocy korelacyjnej i przepalali się w ucieraniu swoich wyników (słupków) na wszystkich macierzach komunikacji, jakie są dostępne. Od razu zwrócę uwagę, że hard skillowcy, techniczni, jak się biorą za firmy odrobinę większe od małych, to bajzel powstaje niesamowity i mimo spójności logicznej zamiarów – to nie działa. To takie ostrzeżenie wobec Czytelników takich jak ja – istotne jest tylko czy organizacja działa, a nie to, co nam się wydaje, że powinno działać. Jedyną znaną mi metodą technokratycznego zarządzania taką strukturą jest “nie wpier… się – działa – nie psuj, niech sobie samo działa”. Oznacza to, że z punktu widzenia celów korpo jest całkowicie niesterowne jak ugrupowanie wojska czy szyk “w świnię”. Trzeba to zdemontować i zbudować nowe, w nowym kierunku, aby zaatakować inną branżę, zmienić front i kierunek natarcia. Nie będę tu wnikał w grubszą logistykę prowadzenia działań w skali frontu i teatru działań, ale manewr w takich strukturach nie istnieje. Manewr to od biedy jest na dole. Cena manewru jest taka, jaką podawałem przy przeliczaniu $ds’a z fabryki szprotek w puszkach na produkcję komputerów.

Narzędzia władzy

Czy w kulturze korporacyjnej dopuszczalne jest zamordowanie konkurenta o stanowisko? Czy dopuszczalne jest stosowanie gróźb przeciwko zdrowiu & życiu przełożonych i ich rodzin? Czy też pytanie jest “od jakiego stanowiska”? Od jakiego poziomu? Znam przejęcia firm (przemysł) i wysokich stanowisk, gdzie takie wydarzenia miały miejsce. Oczywiście wszystko było zagłaskane kasą, żeby nikomu nie pozostał posmak w ustach, no ale sam fakt, że takie rozwiązania są kładzione na stole może zepsuć niektórym osąd rzeczywistości, co powoduje, że opisywana dwuwładza siłownik + przedsiębiorca może być niezwykle przydatna w biznesie w naszych ciekawych czasach. Co ciekawe, w polityce takie rozwiązania są standardem. Zwróciliście uwagę kim był amigo nostro prezydenta Gdańska, zamieszanego w ciągnięcie liny? A kto był przyjacielem samego Bolka? Kiedy lemingi wpadną na pomysł, aby wyrąbać sobie ścieżkę kariery wypadkami samochodowymi?

Wspólnie i w porozumieniu

Kooperacja w rozumieniu spółdzielczym jest stanem umysłu. Współpraca przedsiębiorców o bardzo zbliżonym statusie materialnym jest częstym zjawiskiem we wszystkich kulturach, oczywiście ma swoje źródła w maszoperii odnośnie połowów, pracy na roli, hodowli, polowaniu. Istotą tej współpracy na poziomie kontaktów jest podejmowanie decyzji przy udziale wszystkich niezbędnych do wykonania zadania, z których tylko poprzez aklamację można uzyskać rezultat i w żaden inny sposób. Dlatego ucieranie stanowisk jest tu najbardziej rozwinięte, a siła ekonomiczna jest drugorzędna, bo jeśli liczy się wyłącznie deficyt głosów jako bezskuteczność, to nie ma innej sensownej miary zliczania głosów niż po sztuce na korelator. Jest to zasadnicza demarkacja systemu spółdzielczego od kapitałowego – jeden = jeden głos. Organizacje małych i średnich przedsiębiorców, a nawet ich kooperacja, też strukturalnie zawierają te elementy i prowadzenie biznesu w takich warunkach WYMUSZA równorzędne traktowanie siebie nawzajem oraz wyklucza oligarchizację, mimo iż to ta grupa wyłania ze swojego grona ewentualnych oligarchów, wykluczając ich tym samym z procesów decyzyjnych. Spółdzielczość to właśnie “szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie”, jakkolwiek nie jest to prawdą, to jest skuteczne – nie da się wspólnie i w porozumieniu zewrzeć szeregu bez porozumienia się wszystkich wspólnie. To cecha immanentna pospolitego ruszenia. Z tej praktyki (bo nie z koncepcji) wywodzi się egalitaryzm, równość wobec prawa, a nawet to, co jest u nas zauważalne – równość wobec urzędnika i urzędu. W Polsce przymuszenie sędziego do odszczekania wyroku spod stołu nie jest zamachem na władzę, nie jest tak odbierane. To po prostu sprawa pomiędzy dwoma, równymi stronami, z których jedna poczuła się nieukontentowana zachowaniem drugiej – jak się okazało słabszej. Tak samo przemoc sądu nad sądzonym nie jest odbierana jako racja stanu, a zwykła złośliwość biurwy w todze przeciwko obywatelowi na zagrodzie, któremu biurwa odbiera traktor za długi sąsiada.

Mam pełną świadomość, że ze względu na stresory ekonomiczne nie mieliście zbyt wielkiego kontaktu z takim organizowaniem (samoorganizowaniem się oddolnym) gospodarzy, przedsiębiorców, w biznesie się to nie zdarza poza organizacjami, gdzie na stole negocjacyjnym jest przemoc, dopiero w systemie politycznym na poziomie wojskowym (negocjowanie traktatów). Udało mi się w kilku miejscach zapoznać z takimi strukturami i dysponują one zadziwiającą płynnością. Podział rezultatów mimo jakichś śladów wpływu ekonomicznego i rozrachunku abstrakcyjnego, jest ograniczany od dołu “nie mniej niż jeden udział”. Przedsiębiorcy potrafią się samodzielnie tak organizować rzucając posiadane zasoby, struktury, organizacje o bardzo zróżnicowanym sposobie rozrachunku (jeden da fabrykę, drugi maszyny, trzeci kompetencje, czwarty czas, piąty organizację i zaopatrzenie – rozsądź co się komu należy i napisz do tego umowy; śmiechu będzie co nie miara), a mimo to, a być może dzięki temu, ci ludzie potrafią działać wspólnie i w porozumieniu, rozumiejąc, że jakoś się dorozumieją i dotrą w miarę postępu prac. Wiem, że w Polsce koncepcja “jakoś się dogadamy” jest głupia z powodu niedostatków płynności, ale w rejonach gdzie płynność i zasilanie istnieją koncepcja “jakoś się dogadamy” nawet nie jest wyrażana – jest ona dorozumiana. Mając dobre zasilanie można sobie dowolnie zwariowany układ postawić, nawet republikę szlachecką na podgolonym łbie.

Na wariackich papierach

Kooperacja uzupełniająca i zastępcza – organizatorzy biznesu bez biznesu. Bazujący na kontaktach. To jest sól większości Czytelników, z tego co się zdążyłem zorientować. Prowadzą biznes polegający na dokładaniu mocy korelującej inne biznesy i ewentualnym scalaniu wyników w ostateczny produkt, pakowaniu, naklejaniu koszerności i do kasy. To nie jest wcale taki prosty biznes, żeby sprzedać coś, czego się nie ma, obiecując zapłatę liczbami, jakich się jeszcze nie widziało i takie przekonanie wszystkich kooperujących, żeby w to weszli i się nadstawili. Niby tam są jakieś gwarancje patykiem na wodzie pisane i jakieś płynności, ale obsuwa na takim biznesie jest ryzykiem dnia codziennego (co to się działo przy budowie autostrad za Tuska, o to były kpiny z wielu ludzi dopiero). Radzenie sobie z takim uorganizowaniem biznesu i znoszenie psychiczne pozostawania w ciągłym stanie przyszłym i niezrealizowanym, ale w formie pewności jej realizacji (tej przyszłości w formie rojonej przez obrotnego biznesmena), to stąpanie po kruchym lodzie, ale przecież @Wariat jakoś obie radzi. Zapewne jak każdy wariat przebywa po prostu na oddziale, bierze tabletki i prowadzi dyskusje z Napoleonem – tak jest łatwiej.

Czasem trzeba wejść w cudzy biznes i tam poukładać. To znowu specyfika korpo, kiedy wysyłają specjalistów całą bandą do uruchomienia procesu w innym oddziale, innej firmie albo do implementacji technologii. Trzeba komuś uzupełnić korelację, czyli za niego po prostu pomyśleć. Wejść w czyjąś firmę i wprowadzić mu procedury, zasady, strukturyzować działania, koszmar, przecież nie Ty wybierasz ludzi, którym masz wyprostować i poukładać w głowach, a oni mogą być niechętni, a nawet zjeżeni.

A czasem trzeba pojechać w rejon, gdzie brakło pracowników i na bazie zasobów gospodarza wyprodukować sobie jego narzędziami i własną mocą korelacyjną co tam się chce. Uzupełnić mu więc moce przerobowe nie o maszyny, a o ludzi. Jedzie się wtedy w jakieś nieznane miejsce, o nieznanych standardach, pracować się będzie nie wiadomo czym, a jeszcze jak się co popsuje to będzie na gości.

Cena korelacji

Gospodarka centralnie sterowana, korporacjonizm państwowy, faszyzm i niedobór korelacyjny. Ten deficyt w korelowaniu jest najczęstszym faktem jaki ma miejsce, a jaki jest pomijany kompletnie przez planistów. Różne rzeczy można zawrzeć w umowie, ale bardzo trudno umieścić oczekiwanie “rozważania” i rozwiązywania nieprzewidzianych problemów przez obowiązanego. Bo właściwie, to jak napisać jaki ma być rezultat oczekiwany rozwiązania nieprzewidywalnego? Po wojskowemu “zobowiązuję Was do rozwiązania problemu”? Już widziałem jak wojskowi rozwiązali problem niedoboru mocy w instalacji przemysłowej – postawili pod widelcem technikę z rozdzielni, kazali odłączyć wszystko oprócz wyjścia na fabrykę i ustawili tam posterunek, żeby tak było jak postanowiono. Mieszkańców wq… niesłychanie, ponieważ odcięli zaopatrzenie w wodę, odprowadzanie ścieków, prąd, telefony, Internet – wszystko zdechło. Już pal diabli piwo w lodówce.

No, to tak jest zawsze z gospodarką sterowaną centralnie, kiedy zaczynają w niej występować “chwilowe problemy o charakterze trwałym”. Wynikają one z tego, że ktoś zaplanował, czyli pomyślał – skorelował i tak ma być – to na pewno zadziała. Więc skoro tak ma być i wszystko jest przemyślane (wszak nazywa się przemysł – znaczy ktoś przemyślał), to tak robimy pod rozkazy się oddając. A jak coś nie działa tak, jak się spodziewamy – nic nie szkodzi, tak ma być, ktoś to przemyślał, a my tu nie jesteśmy od myślenia tylko od wykonywania. Wszak gospodarka centralnie zaplanowana. Niema dostawy – czekamy, źle oznaczono dostawę – nic to, wszak na kartonie napisano, a instrukcja jest żeby sypać z tak oznaczonego kartonu. Instalacja się popsuła – nic to – niech sobie to rozwiąże ktoś, kto ma w umowie rozwiązywanie tego problemu – ja nie mam. A czy ktokolwiek ma w umowie? A to niech myślą centralni planiści – oni wszystko zaplanowali.

W korpo ten problem jest opisywany przez soft skillsów jako “macie złe podejście” i “z takim podejściem to daleko nie zajdziemy”. No ale hard skills oczekują wtedy instrukcji co robić, jak robić, skoro soft skillsy lepiej wiedzą to niech rozwiążą problem – to łune tu przecież są decyzyjne. Korpo to taka sama gospodarka centralnie nieprzemyślana jak kapitalizm państwowy Hilarego Minca.

Oczywiście mamy na to strategie. Japońską, gdzie pracownika przymusza się ideologicznie (Kaizen) do samodzielnego myślenia i nawet tego uczy. Rezultatem jest nadmiarowość pracowników i nadmiarowość czasu na myślenie (spotkania robocze). I tyle z optymalnego wykorzystania zasobów – już czegoś trzeba w nadmiarze. Mamy też amerykańską – wyprodukować wszystkiego w nadmiarze i najwyżej sobie zgnije, i tyle z optymalizacji. Mamy też sovieckobrytyjską – proli zrobić w ciula, wcale im nie zapłacić, a jak się zbuntują to im zapoznać nery z gumą. No i mamy też strategię MiŚiową – rozdrobnić strukturę korelacyjną, rozdrobnić magazyny (akumulatory), skrócić odległość korelator – efektor i pętlę zwrotną sprzedawca – klient oraz dać sobie siana z centralnym planowaniem, niech sobie każdy tak zorganizuje, jak mu dobrze.

To jest właśnie bolączka systemów zbyt wysokiego uorganizowania hierarchii decyzyjnej, że tam na dole nikt nie myśli, bo ma już jasne i czytelne instrukcje, z których nic nie wynika, ponieważ nie opisują zastanej rzeczywistości. Wielu Czytelników skarży się na pracowników, którzy potrafią zepsuć młotek. Odpowiedzią biurwy jest instrukcja użycia młotka, odpowiedzią korpofaszyzmu – kara za zniszczenie młotka, odpowiedzią MiŚia jest kupno palety młotków i uznanie tego za rozkurz (za element kosztu działalności), jakby mieli psuć całe fabryki to też by się dało wliczyć, bo przecież innego racjonalnego wyjścia nie ma. Biurwa i tak przyjdzie skontrolować czy w widocznych miejscach przy stanowiskach obsługi młotka są instrukcje. To czy młotki na stanowiskach je czytają ze zrozumieniem i stosują jest jednak niezbadane.

Problem niszowy

Problem niszowy często występuje w działalności, gdy porywamy się na wysokie zmienności, aby je wykorzystać i porzucić z rezultatem. Najczęściej takie sektory odpychają wysokim wkładem, wysokim progiem wejścia w $ds, wysokimi nakładami i co najgorsze – wysoką przeceną wyjścia w momencie wychodzenia (i jeszcze do tego w punkcie wychodzenia – geograficznym punkcie). Mamy więc drogie wejście w stan działania i praktyczne porzucenie stanu posiadania w momencie wyjścia. Wiem, że przed oczyma stają Czytelnikom działalności występne o charakterze rzemiosła, gdy pada koniunktura i wpadają czarni, ale to jest nisza nisz. Pomyślcie o zakupie fabryki z przemysłu ciężkiego, produkującej maszyny o różnym stopniu zaawansowania. Wejście w maszyny jest drogie, bardzo drogie albo nawet tak astronomicznie drogie, że potrafi szarpnąć gospodarką regionu czy kraju samym faktem pojawienia się zdolności produkcyjnej i przewalaniu $ds dla całych procesów (huta, stalownia, kopalnia paliw płynnych i stałych). Teraz sobie skalkulujcie, że chcecie z czegoś takiego wyjść – no chcecie sprzedać elektrownię, no już, że nie elektrownię, ale średniej wielkości fabrykę maszyn na 40 stanowisk obróbki i w sumie jakieś 240 pracowników razem z magazynem, transportem i własną biurwą w biurze konstrukcyjnym. Jak akurat nie daje to perspektyw (a czemu wychodzicie? bo perspektyw nie ma? znudziło się?), to zbycie tego w całości jest niemożliwe, a na części zejdzie po 5-10 centów za dolara, a i tak nie sprzedacie wszystkiego (czyli tacy tam nasi kochani socjaliści od @bmena będą krzyczeć, że gospodarkę rozkradziono, a przecież tak żarło – znajdźmy winnych czemu zdechło!). Spróbujcie wyjść z wysokiego mnożnika $ds gdzie macie władowane 40m USD w 40 obrabiarek i stanowisk dookoła. Jak 2-5 letnią obrabiarkę za milion sprzedacie za 100-200k to po prostu się jej pozbyliście. Szansa, że Wasza specyfikacja maszyny będzie pasowała komuś do innego profilu biznesu, jest znikoma, no chyba, że wykupuje Was konkurencja, ale to wtedy wykupuje w całości, a nie po zdemolowaniu Was na sztuki. Jeszcze spróbujcie sprzedać firmę na jakimś końcu świata w Finlandii, to Was dopiero przecenią. Rynek w Finlandii jest płytki, a potrzeby ma normalne. Dowiezienie sprzętu tam kosztuje więcej, więc za wejście przepłacacie, serwis kosztuje więcej, specjaliści byle czego nie żrą, a wyjście przeceni Was na 5 centów minus koszty transportu. Dlatego na Północy tak popularne są aukcje, zbycia za bezcen oraz forma prawna spółki prawa handlowego, gdzie można “umyć ręce” i zamknąć działalność (nad bilansem lub na zero względem zobowiązań), a resztą gratów pozostałych po biznesie zajmie się instytucja – tam występuje problem porzucania przedsiębiorstw. W środku Europy, w Reichu, Polin czy okolicach nikomu by do głowy nie przyszło, że nie opłaca się skanibalizować przedsiębiorstwa, a na Północy wystarczy sztandar wyprowadzić i nawet nie trzeba kłódki na bramie wieszać – lodówkę trzeba tylko opróżnić, żeby niedźwiedzie się nie zalęgły.

To teraz sobie skalkulujcie ile musicie zarobić przez 2-5 lat, aby wchodzić w biznes warty stówkę za dwie stówki i wychodząc sprzedać majątek za złotówkę? 10 procent rocznie?

Bądźmy przytomni… Przy 50% zwrocie kapitału jest strach wchodzić na taką zmienność. A jednak na Północy działa bardzo poważny przemysł ciężki. A w Polsce się wywrócił. Czy z perspektywy Waszego doświadczenia bylibyście psychicznie gotowi wchodzić w przemysł? Czy też jest to kompletna abstrakcja?

No, to to właśnie będzie przedmiotem ciągu dalszego o turystach w przemyśle i $dsach.

Jak myślimy o państwie – jak myśleli przodkowie, a jak myśleli ich przodkowie?

Najpowszechniejsze obecnie wyobrażenie o abstrakcie “państwo” jest indukowanym memplexem, w rezultacie którego powstaje urojenie, iż państwo jest bytem niezależnym od myślącego o państwie. Co więcej, jest to byt realny, dysponujący instytucjami i korelujący (niby pustymi łbami ojców narodu – przywódców naszych światłych) działania uzbrojonej w podkute buty stonogi maszerującej równym tempem, która jest tak wielka i nieograniczona, że wszystko wie, wszystko zbada i wszystkich może w lochu wytarmosić. W tym mempleksie jest taki oto mem, że państwo ma służby (trzymał Kozak Tatarzyna – służba państwo za ryj trzyma) i łune służby groźne. Tak groźne, że mamy nieprzejezdne drogi, smog i dziury w mostach, a zdarza się, że nawet – niesłychane – babci wyrwą torebkę “na balonik”. Zdarza się nawet nie babci, ale samemu państwu z budżetu wyrwać to i owo. No, to takie są właśnie te wszechmocne służby.

Istotą jednak mempleksu jest to, że państwo jest i jest bytem od myślącego o nim niezależnym, bytem zdolnym do działania w naszej rzeczywistości i to, że państwo ma (ma służby, instytucje, dokonania, historię, terytorium). Jest do tego dopisana taka oto bajka, że państwo unitarne na kanwie etnicznej uorganizowane terytorialnie w zawartych granicach na bazie umów OBWE, stanowi wyrażenie woli politycznej narodu stanowiącego kanwę uorganizowania etnicznego. Nie dość, że masło maślane, to jeszcze z samych hipostaz się składa. Z tym, że jest to jedyny sposób myślenia jaki mamy, chociaż jest tak głupi, że instytucje stanowiące deep state nie funkcjonują w ten sposób, a w sposób wcześniejszy, jaki zaraz przypomnę, bo by się ten bajzel nie utrzymał, gdyby więcej takich jak ja weszło do urzędu. Działałem w kilku państwach i im bardziej ten powyższy model jest prawdziwy, a im mniej ujawnia się reakcja deep state korelatora objawiającego jaką przytomność, gdy mu haczę zasilanie, tym łatwiej tam się chąsi. Z tym, że też łatwiej gospodaruje, ponieważ ten model potrafi niezwykle demolować racjonalność swoją formalnością – o ile formalność skutecznie działa w rzeczywistości.

Oczywiście co przytomniejsi żyją w świadomości, że to tak wszystko formalnie nie jest, że państwo nie jest unitarne, i oligarchowie są faktem. Może akurat w naszej geografii to są tacy mniejsi oligarchowie na prowincji jak Pikuś Podkarpacki, czy Jaśnie Oświecony Senator Stokłosa, dawny Pan na Pile, którego sprawę sąd skierował do ponownego rozpatrzenia, a nawet inni, co im się zmarło poza granicami, czego udowodnić nie sposób, tacy jak szef Kruszyw Dolnośląskich, czy doktor Jan. Wielu też innych mniej popularnych. Mamy też oligarchów organizacyjnych, a nie terytorialnych – są to szefowie partii i urzędów, kierownictwa banków, kierownictwa służb (policji). No i mamy creme de la creme – hetmanów naszych umiłowanych, nieżyjącego już CzeKiszczaka, Jaruzela i jeszcze miłościwie nam otwierającego szampany Dukaczewskiego, pana na paliwach.

Mamy też takich małych lokalnych, gminnych, ale… prawie nie ma tego na szczeblu pomiędzy powiatem a województwem – tych zwalcza góra, a w dół ciągnie gminny dół. Nie ma więc możliwości awansu do oligarchii z dołu, klasa średnia jest oddzielona szklaną taflą od rzeczywistego systemu sprawowania władzy i możliwości zdobycia generalskich szlifów w trzy pokolenia. Taki zastany system staje się nieefektywny, a rezultatem jest szemranie przedsiębiorców na samym dole, co kieruje ich do czytania pamfletów i innych blogów oraz badania za jakie jeszcze brewerie kto nie dostał gumą po nerach – może i mnie się uda.

Ponieważ deep state to są jednak osoby, a to te osoby, a nie instytucje, mają w rzeczywistości swoje osobiste hierarchie w służbach i ku nim kierujące swoją lojalność, bo przytomnie nie kierują ich do abstraktów – abstrakty ich w opiekę nie wezmą.

Ale przecież samo się to nie wymyśliło tak jak działa, mimo że formalności, które są iluzją jaka nie działa (bo mechanizmy deep state się za nią kryją, sitwy przecież i koterie), ktoś to musiał dotrzeć, żeby tak działało samo z siebie i mimo fałszywego mempleksu indukowanego w szkole jednak deep state, jakkolwiek dziedziczony i zdegenerowany, to istniał. Nasi przodkowie jeszcze 3-5 wieków temu inaczej widzieli “państwo”. Państwo to tworzyli Oni (przodkowie nasi z łbami podgolonymi, pustymi tak samo jak nasze dzisiaj), to nie jakieś tam państwo miało służby – to oni mieli własne sługi i te sługi pełniły służbę dla nich osobiście i lojalnie, bo zasilanie za tym szło bezpośrednio i bez żadnej biurwy. To oni byli siłą zbrojną, to oni byli siłą policyjną osobiście, to oni mieli zwiady, szpiegi i gospodarkę pod ręką, w garści własnej i sami sobie sądy sprawowali. To nie były jakieś tam bezosobowe instytucje, gdzie na stanowisku można człowieka podmienić. To byli konkretni ludzie, którym służyli inni ludzie, bo ich znali i byle komu nie służyli. To nie decyzją jakiegoś tam zwierzchnika sił żyrandolowych można było myśleć o zebraniu siły i jej użyciu, ale szło się do sąsiadów, słało wici do dalszych, objaśniało na sejmiku czy innym wiecu problem i własnymi siłami, na własny koszt go rozwiązywało. Szablą i samopałem, bo przecież na tym polega praca MSZ, że się wysyła kanonierki i dyktuje umowę o szybkim handlu do podpisania. Żaden inny MSZ nie był naszym czcigodnym przodkom potrzebny, państwo z takim rozmachem zakreślili na mapie, że ani go zmierzyć, ani go obronić. Bo sprawa się rypnęła, gdy po raz pierwszy w historii ktoś wymyślił, że Rzeczpospolita dysponuje wyłącznie siłą ofensywną, a nie ma w kraju ani muru, ani nawet płotu, ani nawet sił ostrzegawczych i policyjnych, aby dopuścić się jakiejkolwiek obrony swojego terytorium. Ponieważ Rzeczpospolita prowadziła politykę międzynarodową dokładnie tak jak USA – wbijała w glebę, wspólnie i w porozumieniu wszystkich zwaśnionych koterii, każdego w zasięgu swojej kawalerii, tak aby nikt w piórka nie obrósł i nie trzeba się było przed nim bronić. Aż wreszcie ktoś spoza zasięgu kawalerii przypłynął kilka razy statkami, dostając po uszach i zbierając cięgi wymyślił jak przejść przez Pomorze Zachodnie i wtargnąć w samo miękkie podbrzusze gospodarki. I sprawa się rypnęła – bez gospodarki, bez zasilania cały ten na podgolonej głowie postawiony ustrój.

A wcześniej robili jeszcze inaczej, choć podobnie. Też dostarczali własnej siły po imieniu, ale pod sztandar największego gangstera, który objazdowo prowadził “państwo” samemu nim będąc. Objazdowo i bez stałej stolicy, ponieważ tego wymagało operowanie siłą, a rzeczywistość lichego zasilania nie pozwalała na pozostawanie skoncentrowanej siły w jednym miejscu, natomiast czas jej koncentracji po rozproszeniu nie pozwalał na operowanie nią. Było to “chodzenie w po ludie”, objazdowa forma państwowości z doraźnym sprawowaniem wszelkich funkcji w tym sądów, pobierania “należności”, “doglądania” gospodarki (kopalń, przemysłu, bo przecież nie kmiecich gospodarstw). Z naszego punktu widzenia tak działa junta wojskowa, gangsterka czy państwo w czasie odbudowy ze zniszczeń wojennych, kiedy towarzysz gospodarz jeździ z gospodarskimi wizytami w po ludie. Jak się tak dobrze przyjrzeć, to dygnitarze tak jeżdżą do dzisiaj. Czyżbyśmy przeoczyli jaką niewidzialną wojnę, którą przegraliśmy i ze zniszczeń się ciągle odbudowujemy?

Popatrzcie tu na artykuł naszego faszysty @Arcadio, który taki pogląd wyraża, aby rózgą przymusić wszystkich do myślenia prawidłowego, czyli takiego jakie On uważa:

http://www.bogaty.men/droga-do-bogactwa-narodow-cz-3-anatomia-eksploatacji/

Z tym że łun komuch tam pisze, że państwu zginęło hopsztylion miliardów – państwu żadna strata. Ale mnie jakby zginęło, to bez litości bym się mścił. A państwo głupie jakieś takie – okradzione, a wróżdy żadnej. Na co komu takie państwo? Co to w ogóle za system obronny, który wykrywa, że Soros go maca Społeczeństwem Otwartym i się tego społeczeństwa do łagrów od razu nie zamyka, a do Sorosa nie wysyła silnorękich, aby go zamordowali razem z rodziną i kwadratem ulic w jakim mieszka? Czyżby państwo instytucjami silne, siły nie miało? A może korelatora nie ma? Może to tylko taki zombie państwo jest i takiego ma orła – wypchanego, co nie lata?

Ale nie tylko nasz umiłowany faszysta @Arcadio, to też tacy co się za patriotów uważają, wolnościowców (Zajączkowska i Rola o szefie SKW, reprywatyzacji i “niesprawiedliwie traktowanych” Niemcach):

35 minuta – “niech powstanie jakaś instytucja” (niech ktoś za nas nam d… podetrze, bo my szabel i samopałów nie mamy). Pomstują co to by oni siłami państwa zrobili, że w kibitki i na Rakowiecką (czy gdzie to tam się teraz wozi). Pomstują, bo sił żadnych swoich nie mają, ani państwa swojego. Chceta zdrajców łapać, prawo stanowić, do lochu ciągać – to sobie zróbcie to własną siłą, własne prawo ustanówcie, własne lochy wybudujcie i wtedy Waszym własnym kosztem, Waszą własną siłą, Waszym pomyślunkiem stanie się rzeczywistość. A gołodupcy mogą sobie napisać żale na ośle albo innym blogu i posłać w pustynię internetu. Nasi czcigodni przodkowie kalkulowali inaczej – oni sobie państwo własnymi szablami takie wyrąbli, jakie im wyszło, a wyszło zacniejsze niż nasze, choć też okazało się wadliwe w starciu z Anglosasami per prokura.

A jak myślimy o gospodarstwie, przedsiębiorstwie i biznesie?

Tym tekstem zwracam uwagę, że można myśleć różnie, a już chyba na bazie spółdzielczości wyjaśniłem, że pewne rozwiązania praktyczne nie są dla każdego, ponieważ zawsze można wyjść z punktu widzenia rozrachunku szczegółowego zamiast uogólnienia i szarpać się od poniesienia kosztu na dokładne wyliczenia co się komu należy (mimo, że koszt naliczania impulsów może być wyższy od uśrednionego i rozdzielonego kosztu utrzymania sieci teleinformatycznej, czyli że rozrachunek jest tak drogi jak sama usługa = użyteczność, a nawet droższy). To nie jest tak, że lemingi w korpo są głupie ponieważ są lemingami w korpo, przecież poza sektą dla nich nie ma życia, nie można ich wypuścić jako samodzielnych przedsiębiorców “i radźcie sobie”, bo jak nikt ich nie uciera soft skillami, to nie są one lemingi zdolne do wytworzenia czegokolwiek. Dlatego właśnie można im zabrać 9/10 rezultatów pracy, resztę opodatkować na 90%, i w rezultacie odbierając 99/100 rezultatu pozostawia się lemingowi okolice średniej krajowej, co go całkowicie kontentuje, bo wypuszczony poza ten system dostaje tylko pół średniej. Struktura, hierarchia ma swoje koszty, ale ma też użyteczności, masowego pracownika o niskich kwalifikacjach nie da się zagospodarować inaczej niż w pracy na roli, albo po przewleczeniu przez proces indoktrynacji i edukacji oraz socjalizacji wtłoczyć w ramy fabryki do przychodzenia na siódmą i pracy stąd gdzie stoi do szesnastej. I nic nie pomoże, że do pewnych masowych produktów (statki, mosty, instalacje petrochemiczne) trzeba masowo samokorelujących się na wysokim poziomie rzemieślników – to po prostu musi kosztować i jest tak pierońsko drogie, że czasem warto się zastanowić czy aby na pewno chcemy mieć przemysł. Bo kupić sobie fabrykę to nie problem, ale wpiąć się w gospodarkę i wytworzyć wartość dodaną, komukolwiek potrzebną, a nie sobie a muzom decyzją polityczną wytrzepać z podatników dotację na tę działalność, to jest już bardzo złożony i długotrwały proces.

Jak więc myślicie o swojej firmie? Jest otwarta doraźnie? Ma teorię zamknięcia? Jest firmą rodzinną na pokolenia? Są opcje zmiany profilu działalności? Jest to Wasza pierwsza firma, świnka skarbonka, przyczyna utrapień, z którą nie możecie się z przyczyn sentymentalnych rozstać? A może to automat do wyciągania kasy i niech się pali, niech się wali – oby się moneta z tego sypała? A może realizujecie się jako ojciec załogi, a załoga przychodzi do Was z problemami swojego życia i Was nimi przytłacza? A może robicie swoje, o szesnastej trzaskacie drzwiami cyrku i wracacie do normalności? Jest tyle strategii rozumowania przynoszących rezultaty i trzeba się do jakiejś dopasować, a jakąś dopasować do zastanej rzeczywistości i sobie wdrażać. Albo żyć w dysonansie – że powinno być inaczej, a jest jak zawsze. Trzeba się wszak pogodzić z istnieniem poziomu technicznego jaki jest, ryzykami jakie są i ludźmi takimi jakich zastaliśmy na tym nienajlepszym ze światów.

Dlaczego myślimy, że ktoś myśli – po czym rozpoznajemy działanie korelatorów i stopniujemy ich zdolności adaptacyjne?

Właściwie dość prosto – testem obciążenia, kto wytrzyma więcej myślenia po szerszych zakresach.

Moralizatorsko

Co myśleć, to Wam napisze towarzysz Szechter. Jak myśleć, to ja nie wiem, ale wiem jakie są strategie do jakiego biznesu i jakie dają rezultaty, i albo dopasowuje sobie takie biznesy, z jakimi sobie poradzę, względnie poradzę przez jakiś czas do takiego nasilenia dysonansów, że się wypalę i porzucę zajęcie (być może w zmiennych kadencjach z jakimś współpracownikiem), względnie rzucę się jak wieloryb na kozetkę i każę wyprostować sposób myślenia, aby pasował do danej działalności. przynajmniej przez jakiś czas jaki będzie potrzebny do powrotu mojego myślenia do nieubłaganej rzeczywistości (przecież do pracy w systemie Toyoty musiałem sobie wyprać mózg Kaizenem i przynajmniej przez jakiś czas w te, jakkolwiek skuteczne, mrzonki dawać wiarę – czyli dokładać mocy korelacyjnej do działań sekty). Zasugeruję Wam jednak o czym nie myśleć i dlaczego. Być może tę sugestię rozważycie i uznacie ją za racjonalną. Otóż porzućcie jakiekolwiek myślenie o własnym państwie, o własnych strukturach i instytucjach – nikt niczego za Was nie zrobi. Państwo jest monopolem na przemoc. Suweren, nawet jeśli jako indywidualna osoba w zbiorowości, jest suwerenem dlatego, że wykorzystuje w interesie państwa szablę i samopał (w interesie własnym, ponieważ suweren jest fizyczną emanacją państwa, jest przedmiotową, materialną funkcją istnienia abstraktu). Gdzieś tam, w samych trzewiach bycia państwem, bycia samym majestatem, suwerenem, jest konieczność zastosowania tej przemocy, wbicia żelaza w innego człowieka (nawet jeśli dziś wbija się je ze znacznej odległości) tylko dlatego, że próbuje on wdrożyć inne rozwiązanie rzeczywiste niż to, jakie Ty – suweren chcesz wdrożyć. Gdzieś tam w trzewiach państwa, to suweren bije gumą po nerach, suweren wtrąca do lochu, do łagru, wiesza i torturuje. Suweren robi to osobiście, ponieważ sam fakt decydowania o czyimś zdrowiu i życiu czyni władztwo nad tym kimś. Posłuch wobec władzy wynika z tego, że użyła przemocy i użyć może ponownie, co zapoznani z przemocą rozumieją, a niezapoznani poznają w pierwszej konfrontacji. Porzućcie więc myśli o samostanowieniu w jakiejkolwiek kwestii jeśli nie jesteście gotowi czynić innym ludziom krzywdy. CzeKiszczak był władcą i suwerenem, którego aż do śmierci nie zakwestionował sąd (co do sądu po śmierci, nie mam żadnej wiedzy). CzeKiszczak osobiście torturował ludzi, władza zawsze polega na ubabraniu się we krwi po łokcie, a często zmusza do nurkowania w Morzu Czerwonym tych, którzy nie chcą poddać się naszemu osądowi. Jeśli ujawnicie chęć udziału we władzy i zostaniecie potraktowani poważnie, to rzeczywista władza się z Wami skonfrontuje, spali majątek, sponiewiera rodzinę, Was będzie torturować, a nawet dopuści się mordu, nikomu ręka nie drgnie, nikt się nie zawaha. Porzućcie więc wszelkie aspiracje jeśli obawiacie się, że ręka Wam zadrży. Prawo do posiadania broni jest roszczeniem, jakie egzekwuje się użyciem broni wobec podważających roszczenia trzymającego do jej trzymania. Prawo do życia jest roszczeniem wobec innych żyjących, aby pomiędzy nimi znalazło się dość miejsca i zasobów na nasze egzekucję naszego roszczenia do życia, miejsca i zasobów może być nie dość dla wszystkich aspiracji żywych, nie każdy swoje roszczenia da radę wyegzekwować, większą szansę ma ten, kto się nie boi wojen.

Zresztą Czytelników to mamy przytomnych, większość odwiedzających ma celowo anonimizowane odwiedziny (2/3). Czyli większość czytelników nawet nie chce być podejrzewana o to, że czyta, że tu była, i że cokolwiek myśli. Każdy przecież ma zdanie zgodne z Trybuną Ludu, a nawet jeśli ma jakieś własne opinie to kategorycznie je potępia.