Żonglowanie liczbami

Skąd się biorą straty w produkcji stoczniowej kiedy w telefonach szósta sigma? Jak zauważyliście w moich tekstach często przewijają się przeróżne rozrachunki strat wynikłych w trakcie produkcji, strategie ich minimalizowania, poziom dopasowania do potrzeb klienta w czasie. Są też inne kwestie, takie jak krzywe możliwości produkcyjnych czy przeróżne trzyliterówki wyników ekonomicznych jak ROI.

Przedyskutowałem ten praktyczny temat na konkretnych przykładach fabryk z różnymi dziadkami co je prowadzą, sam też zajmowałem się tym prowadząc cudze produkcje (sam nigdy fabryki zatrudniającej setki, albo choćby dziesiątki osób nie miałem – kilkunastu zatrudnionych to był dla mnie wielki ból – wolę współpracowników). Otóż Czytelnicy mogą być skonfundowani, podobnie jak świeżo napakowani teorią inżynierowie produkcji, technolodzy czy zajmujący się tym samym MBA. Wskazywane liczby nie odpowiadają temu, co się wpisuje w tabelki (że udaje się dopiero czwarty statek), ale jednak rozrachunek ekonomiczny wskazuje, że rzeczywiście gdzieś w procesach jest taki rozkurz, że z samego kurzu, jaki się przy tym unosi, to ze trzy statki spokojnie by wyszły, no i jeszcze jest jacht prezesa. Ten temat jest poważnym problemem dla ludzi, którzy dopiero wchodzą w biznes, a często ich jedyne doświadczenie jest z korpo, gdzie w tabelkach naczytali się takich bzdur, że gdyby próbowali po tych wskaźnikach prowadzić przedsiębiorstwo, to by skończyli biedni i zdziwieni.

Dziś raczej mięso w mięsie – @rpis da tu skrót do tego krwistszego, co nam wyjaśnia dlaczego jeszcze nie wsadzono mnie za ten anarchistyczny blog do lochu i nie potrząsam łańcuchami wyjąc potępieńczo, że ja od teraz to już będę pokornie prawo i porządek sławił (Skrót – przyp. red.)

W tym tekście wyjaśnię jak te liczby są „robione”. Po co, na co, przez kogo, dlaczego i dlaczego puszczenie wszystkiego na żywioł, uproszczenie, podzielenie na poddostawców i odczepienie się od pracowników potrafi skutkować w pewnych przypadkach wzrostem wydajności, a w innych rozpadem przedsiębiorstwa.

Zacznijmy od tego skąd się bierze szósta sigma. W jakim miejscu się ją bada. Banalna odpowiedź – na ostatnim stanowisku kontrolnym mierzona jest ilość kasacji z miliona i jak są trzy czy cztery, to według przyjętych odchyleń standardowych sigma jest jaka być powinna. Nikt nie wlicza do tego zwrotów od klientów, liczy się wyłącznie ostatnie stanowisko QC. Zwroty od klientów też kosztują firmę i odliczają się od wyniku jaki można wypłacić. Natychmiast więc przytomnie zauważycie, że rzeczywiście można mieć produkcję przynoszącą straty w pięć dziewiątek (99,999%) i dalej utrzymać szóstą sigmę – oczywiście, a przecież niby jak trafiają produkty w kosmos? No to musi kosztować.

Bo to właśnie jest różnica pomiędzy tym co kosztuje, a tym co się wpisuje w tabelki że jest dobre. To że pracownik choruje to nie jest dobre, ale jest i albo się to przyjmuje do wiadomości, albo się wdraża mobbing, zwiększa rotację i obniża poziom kompetencji w przedsiębiorstwie (bo nikt kompetentny sobie na fikanie nie pozwoli). Szczegóły procesu opisuje Total QM (podaję bez skrótu TQM, bo Toyota ma swoje Toyota QM – to też jest fajna sekta, bardzo sobie cenię to, że z nimi pracowałem).

Zacznijmy od garści przykładów

Bo tego bajzlu nie da się opisać inaczej niż na przykładach. Ludzie zarządzający przedsiębiorstwami zazwyczaj mają pojęcie o tym co robią i doskonale wiedzą, że jest to burdel nie do ogarnięcia, ale mają być jakieś wyniki i coś to ma zarabiać. Z tego powodu utrzymają bardzo szerokie rezerwy (poduchę finansową), żeby mieć płynność do gaszenia pożarów. Przemysł daje olbrzymie zwroty, ale wymaga utrzymywania bardzo wysokich oszczędności. Koncepcje kolektywnego rozkręcania sprawnego przemysłu na kredyt to są rojenia, przemysł wciąga kapitał jak gąbka – nie ma takiego rozwiązania, którego nie da się ulepszyć, a to przecież musi kosztować. Przemysł można zbudować wyłącznie na bardzo długo terminowych oszczędnościach i to nie tylko w postaci gratów, ale też w dziedziczonych kompetencjach wykonawczych i organizacyjnych. Zwracam uwagę na bardzo istotną rzecz – pomiędzy pomysłem na produkt, a jego końcowym rezultatem jest tak olbrzymia przestrzeń na zmiany, że po drodze zmienić można wszystko, nawet pomysłodawcę. I tym wszystkim jakoś starają się sterować zarządcy, kierownicy tego cyrku. Nie mamy żadnego pomysłu jak to zorganizować, jednak metodą błędów doszliśmy do tego, że jak ktoś ma wyniki, to znaczy, że robi dobrze. Co oczywiście sprowadza biurwią koncepcję tego, żeby sobie te wyniki wpisać, podstemplować, poświadczyć, zaświadczyć i zgarnąć premię. Oto jak to biurwa próbuje robić.

Aby coś wyprodukować potrzeba materiału. Oczywiście najrozsądniej jest tego materiału użyć jak najmniej, bo materiał kosztuje. Ale jego obróbka też kosztuje i czasem obróbka stratna jest ekonomicznie zaradniejsza od mniej stratnej, ponieważ kosztuje też czas pracy, zużycie narzędzi, amortyzacja maszyn, przestoje, dostępność.

Jeśli ktoś przytomny zorganizuje produkcję „tym co jest”, to będą rozpisane tabelki, że na tyle produktów trzeba zamówić z magazynu tyle a tyle materiału i przetworzyć na kolejnych stanowiskach mając tyle a tyle spodziewanych strat. Na końcu może wyjść nadwyżka (ale nie musi) i to wysyła się do klienta (jeśli chce). Przytomne? No tak działa i nie ma co psuć. Szczególnie jak macie z Toyotą podpisane quantity just in time on demand z dokładnością czasu dostawy do ośmiu minut.

I to musi oczywiście kosztować. Ale dorywają się do tego młodzi gniewni, co lepiej nam świat zorganizują i oto co nam wyczyniają.

Najpierw stwierdzają (zasadnie), że te wyrzucane produkty przecież kosztują i owszem klient za nie płaci, ale przecież mogłyby to być oszczędności (dobrze kombinują). Teza piękna, teraz przejdźmy do wdrożeń. Otóż sprawdzają ile produktów poszło do kosza w cyklu, i o tyle zmniejszają następne zamówienie z magazynu. Ludzie jednak chcą mieć pracę i żeby firmy jakiś gnojek z biura nie zdemolował, to mają swoje kanały dowiadywania się o tym ile jest zamówione i robią po staremu, lejąc kompletnie na to co tam sobie młodzież powymyślała.

Młodzież jednak taka naiwna nie jest, ktoś uprzejmie doniesie (młodzież na polityce i szpiegowaniu się zna), albo po prostu załoga ma w d i realizuje ten plan zmniejszenia ilości zamówionego towaru. Na końcu wychodzi inny brak, przyjmijmy że mniejszy i znowu coś idzie do kosza. Powtarzamy procedurę – zmniejszamy kolejne zamówienie o to co dobre a w koszu (przytomnie przecież). W rezultacie, w końcu dojdzie do sytuacji, że just on time wyprodukujemy mniej niż zamówiono i do klienta idzie co idzie, a wraca kara umowna. Na szybko dorabia się krótszą serię, krótsza seria „na szybko” demoluje plan produkcji na inne detale, strat wychodzi grubo w krótkich seriach jak w małym przedsiębiorstwie i pożar jakoś gaśnie, czasem tylko z wyższego piętra biurwy dochodzi na dół wzbudzony bodźcem kary umownej okrzyk „quuu! wy tam na dole!”, moc truchleje, młody po MBA pisze raport, w którym oczywiście spychologię stosuje i zwala na technicznych, że źle robią, ale już on im wdroży plany naprawcze.

No i wdraża. Najpierw rozdaje kartki, żeby każdy wpisywał ile dostaje i ile mu z tego wychodzi (tak jakby kierownik był głupi i nie wiedział gdzie ile towaru się rozeszło po hali), następnie wg tego chodzi i się przypi… do techników że mają za dużo kasacji w procesach. Technicy oczywiście nic sobie niecodziennego nie przypominają więc stwierdzają że to nie oni, nie wiadomo kto. Kolejnym wdrożeniem jest więc likwidacja anonimizacji tego. Rezultatem zaś spadek tempa produkcji gdzieś tak delikatnie o kilkanaście procent, w rezultacie nadgodziny – no bo przecież trzeba biurwią robotę robić i tabelki wypełniać, a personel techniczny ma na to wrodzoną alergię (normalnie zajmuje się tym personel na praktykach co chodzi za technicznymi i wypełnia takie bzdury nie przeszkadzając, bo „panie ja nie umiem pisać w tabelkach, ja jestem programistą”). Na spadek tempa reakcja jest natychmiastowa – w tabelkach pojawiają się czasy operacji do wypełnienia. No i że tam jest podpis i tak dalej, to pracownicy, co z niejednego pieca chleb jedli, od razu rozumieją, że to nie w celu poprawy czegokolwiek tylko zwykłego mobbingu i jechania po premiach. Ale niektórzy wypełniają, a nawet zaczynają tam podawać wyniki takie, jakby mieli medal za stachanowskie rezultaty dostać (plus mikser i paczkę kawy). Oczywiście nikt tej całej makulatury nie czyta i nie przetwarza, a nawet tam gdzie wdrożono elektroniczny dozór tego to rezultaty są niepoważne (duża rotacja personelu), ale czas na to jest stracony (Mark & Spencer pisał na temat bezcelowego biurwienia po godzinach rzeczy, których i tak nikt nigdy nie przeczyta).

W rezultacie młodzi i dynamiczni kreatywnie wdrażają nowe normy pracy, a pracownicy techniczni, mając wszystko kompletnie w poważaniu, zaczynają tych norm przestrzegać.

Tu część praktyczna – jak się przestrzega podkręconych norm produkcji. Otóż kierownicy mogą przyspieszyć ruch całej „taśmy”. Nie zawsze jest to taśma, ale generalnie można przyspieszyć ruch całej struktury i to z palcem w nosie. Najpierw wyrzuca się sprzątanie, bo „nie ma czasu”. I inne głupie rytuały, takie jak utrzymanie ruchu, konserwacja i naprawy – „bo nie ma czasu”. Następnie skraca się czas przygotowania maszyn do pracy, więc ustawiacze porzucają sprawdzanie ustawień i puszczają maszyny na żywioł , najwyżej się coś połamie (to się wymieni narzędzie), a jak coś poważniejszego to dzwońce po serwis – musiał być błąd w procedurach – „ja nie wiem, ja nie mam czasu”. Oczywiście amortyzacja z maszyn schodzi szybciej niż przewidywano i jeśli tak działa praca trzyzmianowa, to w ciągu cyklu siedmioletniego zwrotu z inwestycji z samej góry dojdzie nas zwrotne „quuu! wszyscy won!”. Ale kto by dziś pracował w jakiej firmie siedem lat? Któż liczy na takie zasiedzenie? Dwa lata to jest wynik!

Więc się nie ma co przejmować tylko podkręcać prędkość i wpisywać wyniki w CV.

Ileż razy widziałem ten scenariusz w przeróżnych firmach. To zawsze wygląda tak samo, owszem są takie metody obrotu kartami pracy, kwitami zlecenia robót i tak dalej, ale one są w celu takim, żeby dało się graty na podłodze znaleźć i na właściwe stanowiska odtoczyć, a nie po to żeby ich do analizy tempa produkcji i zużycia materiału używać. To narzędzie nie do tego służy. Celem jest produkt odebrany od klienta – to jest przytomny cel działań – Pan Klient w łaskawości swej niepojętej płaci nasze rachunki. I albo nam z tym odroczonym o 180 dni plus kwartał produkcji starcza na pokrycie kosztów produkcji, a wierchuszka tak organizuje, że mamy poduchę na rok czy dwa działalności i obsuwy, albo się rozchodzimy do małych firm, gdzie terminy są krótsze i poduszki nie tak puchowe. Jedyny istotny feedback jest więc po 180 dniach. Wtedy liczymy ile wydajemy, ile zarobiliśmy i wiemy jaki jest bilans. Wszystko wcześniej to są przewidywania. Bilanse robi się tylko w takich skalach, jak ktoś zacznie wyliczać zysk na każdej śrubce w pierwszym cyklu amortyzacji, to powinien zmienić pracę, wziąć kredyt i ćpać połowę.

W MiŚiu ten cykl może być tak krótki jak tydzień, w molochu może być tak długi jak wydobycie złota (25-30 lat cykl wydobywczy). W molochu można sobie w kolejnych cyklach wieloletnich modyfikować pewne parametry i niektóre dostosowywać do aktualnego rynku, robić wdrożenia techniczne, ale nie da to rezultatów mierzalnych przed zakończeniem następnego cyklu (nawet nie tego, a następnego). Dlatego MiŚie się błyskawicznie (w skali miesięcy) dostosowują, a molochy nie. Przy czym młodzi z gorącymi głowami myślą, że to wszystko czego się nauczyli o firmach działających pokolenia, to wdrożą od razu w pierwszej firmie do jakiej trafią. Bo mają dyplom, a oni tu mają wszystko źle, po staremu zorganizowane i młody zaraz wszystkim wszystko poprawi.

Wróćmy do liczb

To te złośliwe znaczki w tabelkach. Pierwszą rzeczą jaką obcinają przytomni przedsiębiorcy w zautomatyzowanych fabrykach jest biurwa. Po prostu wszyscy won!

Polecam jak kombinowali kolektywiści przed wojną:

Czekać, gromadzić zasoby, spodziewać się okazji. Sam koniec przemówienia jest akurat do tutejszych Czytelników – wyjaśnia po kiego nam to złoto i żelazo w kufrach gromadzone.

Cztery produkty sknocone ma miliona na ostatnim stanowisku badania jakości. A co przed tym stanowiskiem? Ten temat znam z praktyki i z fabryk znajomych emerytów, sobie tam chodzę, patrzę, głupie pytania zadaję, czasem sam jakiś proces przeprowadzę (bo taką mam robotę, że muszę robić takie procesy jak mają dziadki, tylko na zmodernizowane produkty, a jedyny sposób, żeby dowiedzieć się jak to się robi, to tam pójść, zobaczyć, zapytać i się długo przyglądać i w tym pomagać).

Jeśli prowadzisz przedsiębiorstwo, to tak po prawdzie g Cię obchodzi ile produktów jest sknoconych (wychwyconych kasacji) na ostatnim stanowisku testowym. Interesuje Cię ile się gotówki wsypuje z przodu i ile firma pozwala wyjąć z tyłu, najlepiej czynem ciągłym. Dlatego w wyliczeniach procesów podaję tę przybliżoną wartość 2-50% strat w procesie i w zsumowanym procesie.

Procesy skonsolidowane (zsumowane straty) to najprzytomniej są podwykonawcy dostarczający produkt, moduł z ceną (i podatkami, żeby je odliczyć z przyczyn formalnych jak się w podatki bawicie – to drogie hobby). W każdym produkcie użytym do dalszej produkcji ukryta jest moc korelacyjna odrzucania produktów wadliwych. Po to jest wymyślony cały łańcuch ISO, biurwa, papiery, certyfikaty – pod warunkiem, że działa, a obecnie jest z tym pewien problem – działa tyle o ile, z tym że ma olbrzymi koszt tej mocy korelacyjnej i obrót zwrotami, przyjmowanie reklamacji. Z przyczyn praktycznych coraz bardziej rozjeżdżają się możliwości gospodarcze z potrzebami gospodarczymi (z braku masowości produkcji – zbytnio ciśniemy do przodu z „nowościami” i będzie cofka technologiczna jak po każdym takim manewrze).

Spójrzmy od strony oczekiwań – chcesz w procesie mieć stratę na poziomie 2% (to bardzo dobry wynik na jednoosobową, w pełni zautomatyzowaną fabrykę o mocy 150 Chińczyków – taka jednostka mocy – jeden Kitajec). Ze względu na rozmiar dostarczanego wsadu (surowca) i sposobu jego przetwarzania możesz wyjść gdzieś pomiędzy 15-50% na pierwszej operacji (reszta do śmieci), chyba że dogadasz się z dostawcą, że ma dostosować formaty surowca do Twoich potrzeb, a Ty mu zapewnisz wolumen (korpo tak robi) i zapewni Ci surowiec akurat pasujący do Twojej linii technologicznej (albo Ty dopasujesz linię do masowo występującego surowca, który jest tani w liczbie „wielkie mnóstwo” – to przytomniejsze). To pozwoli Ci zejść z odpadem poniżej 10% na operacji.

Powiedzmy, że zamawiasz blachę w szpulach, szpula się rozwija, coś się tam z tego ucina, jakieś otworki wyciska, formuje, nakłada na to warstwę (miedzi, niklu, co tam akurat w technologii potrzeba). Oczywistym jest, że to co poucinasz i wytłoczysz to są odpady. Trzeba je wynieść, zmagazynować – to kosztuje, to jest strata w procesie, bo nie daje produktu, ale bez tego nie sposób robić. Nie mamy na razie innej niż substratywna metody produkcji zasadnej ekonomicznie. Do tego trzeba ten proces uruchomić – i nie schodzi ani pierwszy kawałek taśmy w dobrych produktach, ani koniec – więc jakąś rozsądną długością szpuli jest ograniczona najmniejsza przytomna długość serii. Na to, że pracownik chory i nie robi też nie bardzo mamy wpływ. Czasem maszyna źle wytłoczy ponieważ – i tu następuje seria uzasadnień co się stało, że się zesr… a że proces jest zautomatyzowany, to hurtem to do śmieci leci. Oczywiście dziadki, co same prowadzą produkcję, to po to przy tym siedzą, aby własnym okiem konia tuczyć i dokonywać supresji takich błędów.

Dodajmy do tego kalkulację ekonomiczną – sknocenie na każdym kolejnym etapie jest droższe, ponieważ produkt przenosi już więcej wartości z poprzednich operacji, dlatego o ile w pierwszym procesie straty możemy mieć w nosie, o tyle w ostatnim są bolesne i tam dokonujemy największej supresji, a nawet rekuperacji (produkty z wadami naprawiamy i do klienta wysyłamy). Po tym są jeszcze zwroty (zasadne bądź nie) od klientów, ich obsługa bardzo dużo kosztuje, bo się z tym trzeba wozić, odpisywać, czasem prawnicy muszą też się ukontentować naszymi stratami. Z tego chaosu jednak wyłania się pewien czysto prakseologiczny porządek, do którego sprowadzam wyliczenia.

Jeśli weźmiemy pod uwagę wszystkie czynniki jakie następują w procesie jednorazowym i niepowtarzalnym, to musimy kalkulować 50% ryzyko, że nam nie wyjdzie. Rozsądnie więc klienta kasujemy za dubel materiału i wtedy przynajmniej jeden produkt nam wyjdzie (jeśli rozszerzycie to na całą branżę, to oczywiście kompetentniejsi mają mniejsze straty, niekompetentni większe, ale przeciętnie połowa potknie się na chorowaniu nie w porę, awariach transportu, błędach w planowaniu, awariach maszyn, braku zasilania, niedoborach organizacyjnych, przestojach w dostawach, niespodziewanej zmianie cen). Można dokonać supresji tych wszystkich czynników, ale to kosztuje, dlatego podwajamy na każdej operacji unikalnej cenę wsadu. Tak określamy cenę.

Natomiast jeśli jesteśmy zdrowi, mamy sprawną maszynę, materiał dobry i robimy coś manualnie to w serii straty będą zależnie od naszych umiejętności wahać się pomiędzy 15% a 2%, przy czym w przemyśle przyjmujemy 15% za spodziewany rezultat, a mniejsza strata jest pokrywana droższym pracownikiem. Rezultat ekonomiczny będzie ten sam, ale statystyka odpadu będzie ładniej wyglądać, dlatego do drogich materiałów używamy kompetentniejszych i bardziej doświadczonych pracowników niż do tanich materiałów, co intuicyjnie i całkiem przytomnie sobie wyobrażacie nawet jak się tym nie zajmujecie.

Jeśli jednak sobie tak policzymy sumę ryzyk, to wyjdzie nam, że MiŚ robiący unikalne produkty ma tak wielką rozpiętość ryzyk i generowania strat, że nie ma mowy aby wyprodukował coś bardzo złożonego (i zaraz wrócimy do piramidy kompetencyjnej w tym temacie). I owszem, z tym że produkty złożone nie są zazwyczaj unikalne. Nawet satelity robi się przynajmniej parami, żeby jedna była identyczna na Ziemi gdy druga niebo zwiedza, żeby było wiadomo co się stało, że się na niebie zesr… i nam g z nieba leci.

Zawijamy więc w papierek

Przypomnijmy jak nasz MiŚ robił z towaru za 67 coś za 134. Jest to praca rzemieślnicza i wliczona w to była strata. Ale jeśli zamówić w tym samym MiŚiu, żeby robił serię tego samego, to będzie w stanie dokonać supresji strat i to bardzo szybko, bo jeśli tylko ma kompetencje (w piramidzie) to tak przygotuje aparaturę do procesu, że w pierwszym miesiącu wytężonego wysiłku (spaleniu zasobów na produkcję 180 jednostek – na bogato) zmniejszy straty z 90/180 o 1,006^180 powtórzeń (zakładając że nie dojdzie do ściany swoich kompetencji) do 30/180. O ile ma takie kompetencje i człowiek a z pomysłami – to 1,006 z nieba nie spada. No i przypominam, że w tym miesiącu firma żarła, materiał przepalała, a zysku nie ma. Aby podnieść o tyle jakość produkcji spalono zasoby za około kwartał i nie ma z tego zysku. Jest oczywistą sprawą, że aby dokonać tak szerokiej inwestycji to trzeba spodziewać się zysków. Przy utrzymaniu takiej produkcji spadek strat o 2/3 (do 15-18%) rekompensuje się tylko pod jednym, znanym oczywiście czytelnikom warunkiem – wolumenem.

Nasz MiŚ taką inwestycją podniósł jakość, ale usztywnił metody produkcji i teraz tymi narzędziami czego innego już tak łatwo nie wyprodukuje (wróci do strat 90/180). Ten nowy wynik powiedzmy 15% strat sprawia, że

Z każdego materiału wartości aby wyprodukować 100 sztuk produktu o wartości 100 jednostek potrzebujemy 133 produktów rezultatu (straty z 2 procesów pociąć-skleić), co przy prostych procesach gdzie dublujemy wartość (produkcja structural steel) wymaga od nas wsadu (materiał i energia) na poziomie 67 dając 33 zysku. – źródło

zejdziemy sobie ze 133 sztuk wsadu na jakieś 118. Jak widzicie szału nie ma, a licząc po najtańszym przedstawionym w tamtym tekście MiŚiu to gdybyśmy utrzymali narzut rzemieślniczy podciągnięty mniejszą stratą to na naszą „inwestycję” będziemy musieli zasuwać 400 dodatkowych sprzedanych jednostek (a przy dzisiejszym narzutach podatkowych 1200) co wskazuje nam jasno, że pozbieranie się do kupy po takiej „inwestycji” zajmie nam od czterech do dwunastu miesięcy bardzo dobrej koniunktury z przewidywalnymi zamówieniami tego co uprościliśmy.

Ale naszym rezultatem jest zawinięte w papierek, gotowe COŚ, co kto inny może wsadzić w powtarzalny sposób do swojego procesu. Nie wiem jak to jest po polsku – niby właściwym wyrazem jest regeneracja – zregenerowanie przedsiębiorstwa po takim cyklu supresji strat zajmuje od kwartału do roku przy założeniu że ktoś w ogóle miał pomysły jak ulepszyć operacje (zakładamy na razie, że idziemy śladami już istniejącego przemysłu więc te wszystkie pomysły już były i my je tylko kumulujemy i odtwarzamy w naszym MiŚiu, więc nie musimy na nowo wymyślać prochu). Ponieważ regeneracja sytuacji finansowej zajmuje nam ile wymieniłem to jeśli dobrze wstrzelimy się w cykl koniunkturalny, to powtórzymy ten numer jakieś pięć do dwudziestu razy zależnie od upierdliwości biurwy (dlatego działy badawczo rozwojowe izoluje się od systemu podatkowego). Co to znaczy powtórzenie tego numeru 5-20 razy w cyklu, otóż że nasze straty zejdą do wsadu na poziomie około 101 ze 133 na pewno, ale w najlepszym przypadku zejdą nam niżej szóstej sigmy. Będziemy potrzebować jakieś 3 sztuki ekstra na dziesięć milionów produktów. Oczywiście tak się nie produkuje całych śmigłowców tylko gwoździe, śruby, tranzystory, żywice, ale już na przykład cegły, prefabrykaty betonowe i palety tak dobrze nie wychodzą (sugeruję więc zadumę nad marnością naszego 1,006 i oczywistymi ograniczeniami do przyczyn których zaraz wrócę w piramidzie).

Czyli rozwój ma sens – ale ciśnięcie rozwoju to już tak bez przesady – nie ma się co szarpać – po nas przyjdą kolejni – zostawmy im też coś do myślenia. Jak sami widzicie nie ma się co szarpać – rozwój przedsiębiorstwa intensywny daje słabsze wyniki niż ekstensywny i dlatego właśnie walczymy o nowe zasoby, nowe populacje, nowe rynki, a nie rozwijamy rzeczy w coraz nowocześniejsze we własnych garażach.
I dlatego też żadne kolektywne „weźmy się w kupę i zróbmy super produkt, którym podbijemy świat” nie mają podstaw racjonalnych – opierają się na powtórzeniu czyjegoś dość przypadkowego sukcesu zazwyczaj związanego z ekspansją wewnętrzną i zubożeniem swoich zasobów (głównie demografii) na potrzeby wytworzenia tego cudu gospodarczego. Tak to jest w kolektywie:

Jest jeszcze kolejny problem – każdym takim procesem zmieniamy $ds całego rynku, ponieważ mając mniejsze straty oczywiście chcemy wolumenów, aby osiągnąć wolumeny łatwiej jest poszerzyć się ekstensywnie niż intensywnie, a zwracam uwagę, że w każdym takim procesie miesięcznego ciśnięcia ulepszeń podnosimy (i to drastycznie) wartość kapitału na twarz w produkcji. Jeśli więc wyrobimy kapitałowe zakręty koniunktury w tak zwanym cyklu, to możemy zakończyć z czterema drzwiami na koty różnej wielkości na pracownika. To jest bardzo duża koncentracja kapitału intelektualnego w firmie, a to oznacza, że trzeba płacić im jak w Dolinie Krzemowej i będą chcieli sekretarek i karmienia ich winogronami w czasie rzucania zaklęć, a ze stanowiska pracy do kantyny to nosić ich będą lektyką – taniej nie będzie. Mamy takie poziomy absurdu i jeśli robiliście w firmach wysokich technologii to pamiętacie wielkie akwaria, granie w golfa na korytarzach oraz inne fiu bździu rozwydrzonych pracowników.

Jak sami rozumiecie cała gospodarka tak nie jest w stanie funkcjonować, ponieważ rozkład:

You have one chance out of 3,333,333 of scoring five standard deviations higher than the mean.
You have one chance out of 506,797,346 of scoring six standard deviations higher than the mean.

źródło

sprawia, że w Polsce owszem znajdzie się być może nastu ludzi z pięcioma odchyleniami standardowymi intelektu od normy, ale z sześcioma to rodzi się jeden na jakieś 70 lat (z tym że coraz rzadziej bo się coraz słabiej mnożymy). Jeszcze żeby ten człowiek był czymś zainteresowany takim od produkcji, a nie na przykład sztuką, filozofią, historią, polityką… Szansa że nasz bystrzacha z pięcioma odchyleniami trafi do przemysłu jest skrajnie nieprawdopodobna, ponieważ ciężko będzie mu wyrąbać sobie zasoby i organizację (więc zakładając najlepszy możliwy scenariusz nie będzie specjalistą od przemysłu a od organizowania zasobów w tak wrogim środowisku) co stawia nas od strony nauki i przemysłu od razu na starcie w czarnej d względem ludów liczebniejszych o mniejszym skostnieniu systemu dziedziczenia zawodów z łatwiejszym dostępem do zasobów „od zera do milionera”.
Sami więc rozumiecie, że jak nam biurwa kradnie z każdego cyklu ulepszeń 8 dodatkowych miesięcy regeneracji zasobów z 4 które są absolutnie konieczne to ludzie wybitni rzucają grabki i jadą tam, gdzie biurwa kradnie mnie – im mniej tym lepiej.

Albo zaczynamy zdobywać kompetencje jak stać się dla biurwy niewidzialnymi i zaczyna się polowanie Morawieckiego na pochowane wehikuły prawno formalne. A jak jeszcze dorwiemy się do świnki skarbonki jaką jest budżet to mając te kilka odchyleń standardowych potrafimy zdemolować cały system fiskalny.

Oczywiście można sobie poprawić $ds demolując innym firmy, tak żeby z nami nie konkurowały. Stosuje się wszystkie metody na raz, a należy pamiętać że ludzie wybitni nie są przez swoją wybitność jakoś z definicji moralni czy uczciwi, nawet niekoniecznie widzą w słabszych intelektualnie swoich bliźnich czy nawet ten sam gatunek.

Oczywiście przecież że te głupie goje to zniewolone przez sprytnych czarowników zaklęciami demony, spętane by służyć wybranym.

Ten $ds jest tym co razem ze wszystkimi wymienionym aspektami sprawia, że rozciągnięte na 30-50 lat rozwoje firm z nagromadzonym 1,006 wprowadzają nam standardy. Na przykład ledwo pięć różnych standardów śrub na całym globie – to sukces – dopasowanie czegokolwiek zajmuje tylko zamówienia właściwych elementów z drugiego końca świata – to wielki sukces – jeszcze 50 lat temu trzeba było odnaleźć konkretną fabrykę, która produkowała akurat konkretny typ pasującej tylko w danym produkcie śruby. Ten $ds prowadzi nas też przez dekady do tego, że ze względu na jedyną sensowną skalę produkcji, jedyną powszechną jakość, olbrzymi wolumen, niską cenę (względem wynajdowania prochu od nowa na substytutach składników) powstają nam naturalne monopole niepodtrzymywane nazbyt biurwą (najpierw oczywiście biurwa zapewnia „standard”, ale z przyczyn praktycznych stanowiska i tak ucierają się do praktycznego – bardzo taniego ze względu na masowość standardu) zapewniającą nam wielkie mnóstwo bardzo tanio. Dlatego na przykład macie komputery, śrubki, popularny bar szybkiej obsługi, i oczywiście nie jest to jakoś tanio (rzemieślniczo robione hamburgery pod marką noname są przynajmniej dwukrotnie tańsze od tych najpopularniejszych), ale przynajmniej wiemy co dostaniemy.

Ale trafiamy na ściany

Bo to jest labirynt. Pierwszą jest rzeczywisty rozkład kompetencji w społeczeństwie i zaangażowanie (ludzie naprawdę mają ważniejsze sprawy niż rozwijanie metod rąbania drewna – rozwój intensywny; ludzie mają na głowie rozwój ekstensywny – dzieci trzeba robić, wychowywać, utrzymywać kontakty społeczne, być razem – bo razem to fajnie i można nawet iść po rampie do gazu i prosto do pieca, byle razem – jak stado baranów). W małej firmie zaangażowany może być właściciel i jakiś młody z polotem – to bardzo wiele osób, ale już w 30 osobowym średniaku jak tam jest 3-5 osób zaangażowanych w pchanie 1,006 to jest wielki sukces, w większych organizacjach jest jeszcze opór wdrożenia (rozszerzenia kompetencji wszystkim innym, kiedy oni wolą pieśni śpiewa, wiersze pisać i poza pracą zawodową się realizować) i te nasze 4 miesiące regeneracji na zmniejszenie strat o połowę w rzeczywistości to zadziała nam raz. Jeśli ujmiemy wszystkie czynniki to nasza firma wyląduje przeciętnie na 1,006 rocznie (a nie na 50 powtórzeniach miesięcznie co 4 miesiące). Taka jest pragmatyka tego zagadnienia.

Jednak większość firm nie rozwija się wcale, a nawet się zwijają, bo widzicie – te 1,006 daje rezultaty dopiero po okresie regeneracji, przy bardzo dobrej koniunkturze i podtrzymaniu na rynku iluzji że my dalej robimy rzemieślniczo niepowtarzalne rzeczy – kłamstwo trudno utrzymać kiedy wypuszczamy towar hurtem i sami zbijamy własne ceny aby się przebić na rynku, a inni też nie śpią. Im większa firma tym w tej bezwładności jest większa szansa, że nasza biurwa zassie jakiego młodego gniewnego, który nam obetnie maintenance, podkręci taśmę i zacznie przeżerać amortyzację w szybszym tempie niż zakładaliśmy pchając wyniki ekstensywnie, a nie intensywnie. I w statystykach będzie to wyglądało jak rozwój organizacyjny, z tym że po cyklu zwrotu inwestycji zostaniemy z kapitałem, który powinien dać nam odrobinę lepszą firmę za tę samą wartość, a w rzeczywistości nie będzie aż tak różowo.

Jest i chiński mur – bardzo istotna ściana – 1,006 jest prosto skompilować do 50 powtórzeń w miesiącu jeśli się idzie po śladach innych przedsiębiorstw, które już się zmodernizowały i mają wyniki, kopiujemy ich pomysły, rozwiązania, wdrożenia, bo one działają. Ale Ci co są z przodu peletonu, w awangardzie postępu to oni już nie mają kogo kopiować – oni muszą sami wszystko wymyślać. I tutaj okazuje się że nie każdy nakład na 1,006 daje nam rezultat – zazwyczaj nie daje. Jeśli biurwa potrafi nam zmniejszyć w małej firmie rozwój podatkami z 20 miesięcznych powtórzeń do 5 w cyklu koniunkturalnym, to rzeczywistość zmniejszy te 5 do 1. A w przypadku firmy 30 osobowej do 1/5-1/6, a w przypadku większej jest jeszcze gorzej. Dlatego w państwach nazbyt rozwiniętych nakłady na rozwój są tak wysokie, a wyniki tak mierne. Dlatego też taniej jest iść w drugiej lidze i kosić na ekstensywności niż pchać się w awangardę. Dlatego ośrodki badawczo rozwojowe nie są kombinatami od wynalazków i takie bajki jak wielkie laboratoria w których tysiące ludzików wymyśla nowe graty i je montuje są wyłącznie w kreskówkach.

Przytomna alokacja to jeden, góra dwa takie skoki rozwojowe w MiŚiu i utknięcie w alokacji produkcji stałego produktu i usztywnienia stanowiska sprzedaży. Nie ma się o co więcej szarpać i dlatego przedsiębiorcy na tym zazwyczaj poprzestają – inne gwałtowne ruchy już nie podnoszą istotnie prędkości wzrostu majątku. A są jeszcze inne przeszkody.

Nie można jednak sobie tego rozwoju zaplanować i z premedytacją zrealizować w jakiejś wyśnionej skali, stoi temu na przeszkodzie hierarchia społeczna i szerokość krzywej dzwonowej naszego rozumu.

Piramidy kompetencji – czyli mięcho

Dyrektor kombinatu górniczego nie musi być górnikiem, fajnie oczywiście jak tam kilka miesięcy dla fasonu popracował pod ziemią w młodości, ale żeby być premierem nie trzeba malować kominów czy elektrykiem by ogarniać z pomocą oficera prowadzącego urząd prezydenta jakiegoś tam bantustanu. Sam fakt tego oficera sprowadza nas do zadumy nad tym, że my nie bez powodu jesteśmy gromadne, i nie bez powodu mamy ludzi o kompetencjach socjalizujących sobków co sobie sami knują w garażach nie chcąc z innymi mieć zbyt wiele do czynienia.

Wiemy mniej więcej ile kompetencji ogarnia zupełnie przeciętny człowiek, i wiemy że te kompetencje nie są głównie zawodowymi. Musi się socjalizować (jest gromadny, sam jak palec nie żyje). Wiemy że w ostatnim sprawnie funkcjonującym ekonomicznie i demograficznie modelu społecznym samice przejmowały znaczną część funkcji socjalnych, wychowawczych i organizacyjnych (podejmowanie decyzji o wycenach zakupów choćby) pozostawiając samcom polowanie i zapewnianie białka, kasy do domu. Podobny model wynikł dużo wcześniej u Azjatów (Azja centralna i wschodnia – czyli rozsadnik populacji i kolejnych inwazji ze stepów od kilku tysięcy lat). Rzeczywistość wymusiła taki model. Zauważyliśmy też że potencjał opanowanych przez osobnika kompetencji rośnie z wiekiem, czyli że każda kolejna wymaga czasu. Różnego czasu zależnie od szczególnej umiejętności, mistrzostwa w jej opanowaniu, a i fenotypowych predyspozycji osobnika, ale mniej więcej 5 lat przyjmujemy dla porządku. Przeciętnie osobnicy dożywali 20 lat, a czasem 30 (na więcej homo sapiens nie ma zębów do szarpania się z naturalną dietą) i tak to sobie przez ćwierć miliona lat szło powolutku (tak nam się przynajmniej wydaje).

Dopiero od niedawna (zauważalnie od epoki brązu, ale i wcześniej były pierwsze podejścia) zaczęły pojawiać się osobniki, które kosztem mocy swobodnej innych osobników i usprawnień technicznych żyją dłużej i mogą się wykazać potencjałem intelektualnym. I wykazują się. Najpierw metodami socjalizacji – integrowania grupy w jakiej żyją, nie w jakimś celu, po prostu w ramach twórczej ekspresji umysłu z potencjałem na manowcach przestrzeni do opanowania. Inni wyrażają siebie sztuką, jeszcze inni zostają wielkimi myśliwymi i wielkimi wojownikami uwiecznianymi przez tych poprzednich na ścianach jaskiń (ten który załatwił Mamuta i było jak za Gierka).

Model matematyczny wskazuje nam jasno (przypominam ten model http://fathersmanifesto.net/iq.htm używam jako opisowy do zagadnienia), że ludzie różniący się od ludzi wykazują odchylenie (standardowe). Po tym ich rozróżniamy, że się zauważalnie różnią. Jeden człowiek na dwunastu jest o odchylenie bardziej spostrzegawczy od takiego „normalnego” (1/6 ma odchylenie standardowe, ale jeden po jednej stronie krzywej dzwonowej, a drugi niby po tej przeciwnej). Z tym że ta spostrzegawczość nie musi przekładać się zaraz na jakieś ogólnie korzystne zaradności – może pięknie malować, deklamować wiersze, rozumieć geometrię – z tym że jak nie ma wokół narzędzi do zastosowania to się nie wykaże. 1/88 jest taki co jest wyjątkowo odchylony dwa razy bardziej, ponieważ grupa koczownicza zazwyczaj ma w okolicach 170 osobników żyjących do maksymalnie 30 lat, to jest to akurat tyle, aby statystycznie w grupie naturalnej występował przywódca grupy rozgarnięty ponad miarę i jego równie rozgarnięty następca. Dlatego władza wodza w takich organizacjach raczej nie jest dziedziczna z praktycznej przytomności, tego co się nadaje kształci się na wodza, arcykapłana czy czarownika. 1/1430 jest odchylony o trzy pozycje, czyli pojawia się w plemieniu co dwa pokolenia i wtedy, jeśli akurat ma narzędzia (własne plemię jest narzędziem, własny ród również) to może dokonać wielkich czynów. Pozostałe odchylenia są dość rzadkie. Na tyle że przez chwilę je pominiemy gdyż w prawie 40 milionowym, wymierającym narodzie jest około 500 pozytywnie odchylonych o cztery takie miary do przodu, i teoretycznie podobna ilość ludzi tak głupich, że trzeba ich objąć opieką (chyba prawie 40 milionowy naród mógłby się wykosztować na wsparcie 500 kretynów, ale po zasiłki więcej rąk jest wyciągniętych – ciekawe dlaczego…). Z tego być może 350 z nich jest w wieku dorosłym bądź starszym i może mieć zrealizowany swój potencjał w postaci nabytych kompetencji. 350 ludzi w prawie 40 milionowym narodzie zwracam uwagę (to tyle co dwa koczownicze rody).

Wróćmy jednak do tych 1/6 czyli jedno odchylenie, czyli 1/12 będzie bystrzejszy od normalnych zauważalnie. I przyjmijmy na razie, że nie poświęci 20 lat na udoskonalanie sztuki deklamacji, filozofowania o marksizmie czy liczenia diabłów na główce szpilki i odprawianiu ceremonii. Przyjmijmy, że ten człowiek nabędzie jakiś kompetencji rzemieślniczych, socjalnych, organizacyjnych (do tego wychowawczych bo nie mam na myśli patola), i dzięki temu będzie w stanie zorganizować pracę kilku mniej rozgarniętym od siebie (czyli zupełnie normalnym ludziom) w takiej liczbie jak podawałem najmniejsze przedsiębiorstwo pięcioosobowe plus serwisant, co pięknie nam się składa na to, że on zorganizuje 4-5 innych ludzi i razem z sobą zagospodaruje góra sześciu swoimi kompetencjami organizacyjnymi (do tego ich zsocjalizuje) i będzie sobie jako małe gospodarstwo czy przedsiębiorstwo działać.

Jak samo widzicie jest już tutaj pewien ból, bo on jest jeden na dwunastu, a organizuje sześciu. Co z resztą?

Już na tym etapie nasuwa Wam się podejrzenie, że reszta żyje w biedzie, porzuceniu i anarchii. Albo musi się organizować inaczej, czyli gorzej, czyli nie tak optymalnie i rezultaty ich pracy będą mniej spójne. Ale jakoś żyć muszą, więc skoro sobie ćwierć miliona lat radzili to jakoś sobie poradzą. O ile ktoś im nie będzie zmieniał środowiska, grodził lasów i wypędzał z domów. Od razu postawię kolejny wniosek wynikający z tej proporcji – już na samym dole nie da się stworzyć ze wszystkich pruskiej armii. Nie da się rządzić wszystkimi w sposób skuteczny, nie da się wszystkich kontrolować, po prostu jest to niemożliwe z powodu rozkładu krzywej dzwonowej zaradności ludźmi – nie jesteśmy tak bystrzy jak na się wydaje, i jedynie z powodu wypychania mniej bystrych poza nawias naszej socjety roi nam się w głowach, że większość jest tak rozgarnięta jak my – nie jest.

A i my nie jesteśmy wcale tacy bystrzy, bo przecież nie każdy ma kompetencje komunikacji (widać to na działach technicznych), socjalizacji, organizacji innych (sam se zrobię – to mój garaż – nie ruszaj narzędzi bo moje). Jeśli odsiejemy ludzi, którzy zajmą się pisaniem wierszy, malowaniem obrazów, są odludkami i nikogo nie organizują (ja na przykład nie mam już pracowników i mieć nie chcę) to zaczynamy mieć bardzo poważny zgrzyt w organizacji w małe grupy. Jest jednak substytut!

Jest nadzieja. Otóż wymyśliliśmy metody kształcenia (substytuowania dziedziczenia) i dzięki temu potrafimy ludzi normalnych wykształcić w zarządzaniu innymi ludźmi (albo ich socjalizowaniu, albo komunikowaniu się z nimi) tak że tylko odrobinę patologizując przerostem edukacji nad potrzebę potrafimy uzyskać po 15 letnim procesie kształcenia kogoś, kto nadaje się w wieku 30 lat do postawienia na stanowisku kierowniczym będąc osobą o zupełnie przeciętnych,średnich, normalnych zdolnościach i potencjale intelektualnym. Pod warunkiem, że funkcjonuje w nauczonym go środowisku, w grupie ze współkształconymi ludźmi od komunikacji, organizacji etc. Czyli po pierwsze – przez 30 lat nie dłubiemy przy metodach organizacji (przekazujemy kompetencje), po drugie wyrywamy z normalnych pracowników z liczby naszych prawie 10 normalnych (2/12 jest nienormalnych trochę, a jeszcze mniej nienormalnych bardziej), i organizujemy ich w grupy po kilka kompetencji sprzężonych (organizacja, komunikacja, socjalizacja), licząc na to że reszta jest wykształcona tak, aby pod ich kierownictwem pracować. Czcze marzenia, próżny trud – nasz świat zmienia się szybciej niż Ci ludzie nadążają się kształcić, a nasi gdakacze wymyślają zmiany we wszystkim od legislacji począwszy w takim tempie że się sami w nich nie orientują (i Pan Marcin Plichta kpi z komisji naszych światłych przywódców, którzy nie rozumieją i nie rozróżniają terminów formalnych jakie sami głosowali).

Z tego powodu powstają nam piramidy biurwy, korposzczurów i innych ludzi zupełnie normalnych, którzy niczego nie wytwarzają, a ich kompetencje są potrzebne jedynie do korelowania pracy innych. To oczywiście przy założeniu celowości tej korelacji. Że to nie działa tak żeby dawało rezultaty przy tym tempie zmian to sami widzicie i tłumaczyć rzeczywistości nie trzeba. Tymczasem ludzie bardziej rozgarnięci im dłużej żyją i więcej narzędzi mają do rozwijania kompetencji tym bardziej wymuszają swoim zapotrzebowaniem na rezultaty fragmentację społeczeństwa. Coś jednak trzeba robić z tymi, którzy odpadli z wyścigu szczurów. Na razie dajemy im zasiłki… może nie będziemy wracać do zrzucania ich ze skały, ale stworzyliśmy granice państwowe i nie wpuszczaliśmy tych nieogarniętych tam gdzie środowisko było już zindustrializowane. To prowadzi nas do wnioski, że postanie wyspowy apertheid – miasta dla nieogarniętych z żetonami w trzech kolorach i tereny poza miastem, dla tych co wymyślili jak z miast uciec. Ja chyba tę koncepcję nawet gdzieś czytałem…
A ciśnienie rośnie.

Aby skorelować rezultaty pracy kilku przedsiębiorców coś produkujących to 1/88 ludzi jest bystrzejszy zauważalnie nawet od nich. czyli znowu w podobnej proporcji musiałby ich korelować pęczkami w 50 osobowych przedsiębiorstwach. Z przyczyn praktycznych tacy ludzie zostają specjalistami w różnych zawodach i raczej nie korelują pracy innych, ponieważ nie mają do tego narzędzi (organizacji, zasobów we władzy) z tego powodu,że jak wykazałem powyżej to narzędzie (organizacja) jest zamiatane rozwojem w takim tempie, że mamy problem z jego odtwarzaniem. Co oczywiście nasuwa nam na myśl i zamiast korelować ogarniętych to może zorganizować sobie sektę i posępić na tych nieogarniętych wciskając im do głowy duby smalone – to przecież też jest jakaś koncepcja ich zagospodarowania. O na przykład może partię komunistyczną założyć i obiecać im wielkie mnóstwo – czy przywódcom partii komunistycznych źle się żyje?

Jesteśmy jednak w takiej sytuacji, że ludzie uczą się używać narzędzi jakie są i 1/88 coś tam knuje (1,006) żeby sobie te narzędzia ulepszyć. Ulepszyć organizację, komunikację, socjalizację. I powoli to idzie do przodu dając nam coraz skuteczniejszy język, coraz lepsze metody organizacja przedsiębiorstw, gospodarstw, biznesów i coraz lepsze metody manipulacji ludźmi w celu integrowania ich w grupę kierowaną jedną bezmyślnością w kierunku zachodzącego słońca.

Ludzie rozwijają kompetencje do jakich mają narzędzia wkoło, bo nie ma sensu rozwijać zdolności nie do użycia (jak niby zweryfikować ich rozwój?). Dlatego ci nasi 1/12 i 1/88 skręcili na informatykę. Bo koszt wejścia jak podawałem jest niski, rezultaty są mierzalne i potrzebne. W ciągu kilku dekad posunęliśmy tę część rozwoju narzędzi w olbrzymim tempie.

Wskazywałem wcześniej proporcję (z oficjalnych statystyk) jak wiele jest mikrofirm na jednego molocha (i inne średnie i średniejsze i małe i takie całkiem małe firmy też). Macie jakąś orientację ile firm jest jednoosobowych i „ja ze śwagrem”, jak mało jest takich do 10 pracowników, jak rzadkie są te większe po 50-100, jakimi rodzynkami są molochy 500+. Te które mają dziesiątki czy setki tysięcy pracowników zapewne znacie bo je można na palcach policzyć na całej planecie. Przyczyną jest nie tylko że muszą się trafić Ci 1/12 co w ogóle zainteresują się prowadzeniem firm, nad nimi Ci 1/88 co w ogóle skorelują ich pracę i zapewnią obieg informacji zwrotnej głównie w postaci zapłaty, ale i miziania za uchem, że dobrze są te produkty, jeszcze nad nimi 1/1500 co zorganizuje to w jakieś duże przedsiębiorstwo i ta garstka 1/70k ludzi co w ogóle ma szansę ogarnąć coś wyżej. O ile się przebije, o ile w czasie ich zdobywania kompetencji będą narzędzia i się zbytnio nie zmienią, a oni bystrze za zmianami nadążą, o ile… tych o ile jest tak wiele, i w rezultacie mistrz miecza kończy życie w klasztorze gdy pokona już wszystkich godnych pokonania. Zacznie pisać marne wiersze. Dlatego właśnie małe watahy potrafią kręcić średniej wielkości państwem, a najpotężniejszym na planecie imperium kręci ledwo 200 rodów i nierodów. W takim bałaganie większość ludzi nie należy nigdzie, ani do grupy, ani do narodu, ani do firmy, ani do kultu – żyją sobie po prostu niczym plewy na wietrze i nikogo ich los nijak nie interesuje. Dlatego ludzie próbują się integrować w gromady oddolnie i nakładanie na nich obowiązków biurwokratycznych w postaci dwóch dodatkowych kompetencji to małpie okrucieństwo.

Dziedziczenie kompetencji – czyli drugie mięcho

Możesz nauczyć się jedynie narzędziem jakie masz w dyspozycji, bo albo je sobie zrobisz (bo wiesz jak zrobić bo przodkowie tak robili, albo jesteś wybitny i właśnie to wymyśliłeś) albo Ci je ktoś da i być może nawet wyjaśni, a Ty nawet go zrozumiesz bo się umiecie komunikować (w nowoczesnym korpo język upraszcza się do jakiejś przedziwnej mieszanki zastosowań praktycznych w danej branży specjalistycznej zrozumiałych w zakresie tylko praktyków tej branży).

Oczywiście najprostszym sposobem skonsolidowania kilku kompetencji do jednej czy dwóch i ich opanowania jest trafienie w środowisko (najłatwiej po rodzinie) gdzie od małego wpoją Ci jak się to robi, czym to się robi i odcedzą wiedzę z przeszłości już zbędną o tym jak to jest zrobione gdyby trzeba było odtworzyć proces powstawania tej wiedzy jaka jest. Dzięki temu mamy możliwe do opanowania zakresy umiejętności operatorów obrabiarek wspieranych grubą elektroniką i mających olbrzymią wydajność, choć Ci sami operatorzy drapią się w głowy jak ich znienacka rzucić na maszyny manualne – muszą odtwarzać pewne zautomatyzowane procesy ręcznie i nie każdy sobie z tym radzi. To nie jest wada, to jest właśnie postęp. Nie musisz wiedzieć jak się produkuje młotki czy procesory – ważne że umiesz obsługiwać narzędzie i tworzyć w językach wysokiego poziomu, bo po co komu tłumaczyć asm i indeksowanie pamięci?

Z tego prosty wniosek, że zorganizowane, niedemolowane wojnami społeczeństwa, którym nikt nie kradnie narzędzi są w stanie wytworzyć w przeciągu kilku pokoleń kadry odstające jakościowo od innych społeczeństw przy takich samych zasobach początkowych. Wystarczy ten luksus że nie przydarzyło im się nieszczęście i nie wymyślili nic głupiego (jak wielkiej imprezki ze ścinaniem samurajom koków gilotyną). Jeśli rzucicie okiem na Szwecję i Szwajcarię to widać rezultaty, które długo udaje się trwonić i ciągle jeszcze jest tam tyle dobra, którego tak bardzo pragniemy. Chąsić pragniemy. To są państwa uprzemysłowione, które nie tknęła wojna od dość dawna (co nie znaczy że są to rejony bezbronne, ale geografia im sprzyja obronnością, tu góry, tam woda).
Przewaga ludności w takich rejonach jest taka, że muszą opanowywać inne niż inni zakresy kompetencji. Pozoruje to że mają wyższe kompetencje przeciętne, ale to dlatego że ich potencjał może być szerzej rozwijany niż w społeczeństwach narzędzi pozbawionych. A do tego z powodu zapotrzebowania na potencjał (bo sami mają taki jak wszyscy inni) zasysają ludzi odstających pozytywnie z obszarów niedorozwiniętych do siebie zmieniając tym proporcję tych 1/12, 1/88 i tak dalej. O ile im specjaliści bardzo pomagają w rozwoju i utrzymaniu infrastruktury, o tyle brak tych odessanych łebskich ludzi z regionów rozwiniętych nie dość poważnie sprawia, że pozostawiona tam ludność ma powoli przesuwaną w lewo całą krzywą. Nie pomogą na to żadne zaklęcia, choćby najbardziej kompetentny w organizowaniu mas do kolektywnego wysiłku polityk nie zmieni stanu posiadania narzędzi przy emigracji ludzi zajmujących się tworzeniem narzędzi. Bo to nie wystarczy się uorganizować politycznie i podejmować właściwe decyzje jak twierdzi „młody” towarzysz poseł Bosak. Trzeba jeszcze umieć zrobić szable i samopały. Bo to nie tylko obca przemoc bierze, to my też szablą zabierać obcym możemy.


W takiej sytuacji szansa, że nauczycie się operować organizacją, której nie ma Wasz szanowny rodziciel, albo chociaż wuj, że gdzieś na jakiejś uczelni utytułowany matołek, który nigdy nie prowadził firmy wyjaśni Wam jak to się robi… szansa na to jest niegodna uwagi. Dlatego też opanowujecie rozliczne kompetencje, które są w Waszym zakresie dostępu do narzędzi i dzięki tym szerokim kompetencjom z puli możliwych do wykonywania i popłatnych zawodów zawsze możecie wybrać jakiś płatny przynajmniej przyzwoicie. Oczywiście że gdybyście mieli te kompetencje kompilowane jak elita zarządzająca bankami to byłoby inaczej, ale nie macie żadnych banków aby się tego nauczyć, ani się w takim otoczeniu nie wychowaliście i nie kształciliście. W rezultacie mimo szerokich kompetencji uzyskujecie szeroki, ale poziomy dostęp do koryta i czasem jakieś życiowe piki wyższych dochodów, gdy sytuacja akurat się tak korzystnie złoży. No chyba że się składa tak zwyczajnie i wtedy biedujemy sobie tak jak nam to właśnie przyszło na tym nie najlepszym ze światów.
Zobaczcie jak trudno cokolwiek poskładać z takich ludzi jacy są, jak trudno uzyskać jakiekolwiek efekty, jak wiele trzeba umieć być zbudować strukturę choćby małą. Musi być wielkie mnóstwo małych struktur aby z tego mnóstwa ktoś średni miał taki wybór i taki $ds aby cokolwiek więcej z nich wykrzesać. Zwróćcie uwagę jak bezwładne i marnotrawcze są jakiekolwiek większe niż kilkuosobowe struktury, a tym czasem nasi socjalizujący wszystkich socjaliści o masowych kolektywów bohatersko wciskają nam ciemnotę, że jeśli podzielimy jeden ideał (taki żeby pracować za darmo dla idei, bo my nie mamy ciekawszych rzeczy do roboty w życiu) to już za klika pokoleń (które się nie urodzą) spadnie na mas wielkie mnóstwo dobrobytu. Ci fantaści stawiają pytania dlaczego przedsiębiorca w kraju, w którym są tylko 80% podatki na bezcelową organizację udającą państwo wyłącznie teoretycznie nie płaci tych podatków ze śpiewem na ustach i że trzeba sprowadzić lepszych, zagranicznych przedsiębiorców. No ja jestem takim zagranicznym przedsiębiorcą polonijnym i Was czasami zaszczycam – łapcie się wtedy za kieszenie bo ja byle czego nie zjem. Jedyny co mnie od Was przegania to sytuacja, w której dach się nie otwiera i za duże zgrzyty są przy Wielkich Inwestycjach za Wielkie Mnóstwo. W bałaganie jaki wynika z wskazanych powyżej wyliczeń co bardziej odchyleni standardowo jak ryby w mętnej wodzie pływają. A tym czasem Polska przecież nie ma normalnej struktury odchyleń standardowych po prawej stronie. Nie czarujmy się, ale awangarda emigracji to ludzie, którzy umieją trochę więcej niż dwa do dwóch dodać, bo muszą jako pierwsza fala znać języki, radzić sobie z przepisami obcych, zdobyć tam przyczółki, zorganizować kolejnym falom pracę (aby ich wyzyskać), mieszkania, lokale. I tutaj wróćmy do tych co ich się jeden trafia na 1/3 z 10m. Czyli w Polsce mamy ich tysiąc, z czego połowa jest cztery odchylenia w dół i trzeba się nimi opiekować bo mogą mieć trudność z samodzielnym przejściem przez jezdnię. 1/3 z pozostałych to dzieci i młodzież, które nie żyją dostatecznie długo aby się otrzaskać w różnych kompetencjach i ujawnić niebywałe talenty. Dorosłych ludzi z czterema odchyleniami w prawo w takiej Polsce powinno być jakieś 350 sztuk. Część z nich to malarze, rzeźbiarze, archiwiści zaczytani w starożytnych językach. Być może ujawni się publicysta czy dziennikarz co ma warsztat i „mądrze gada”, ale przecież może być to jakiś lewicowy Bralczyk bo i po lewej stronie przecież się trafiają ludzie porażającej spostrzegawczości. Papież się czasem znajdzie. Czasem trafi się Kluska, a czasem zwyczajne bliny. Jednak większość tych ludzi przejdzie niezauważona nie mając w takim kraju, przy takiej dezorganizacji narzędzi aby ujawnić swoje powołania. Z tym że gdzie indziej narzędzia są, są ludzie zorganizowani, są aparaty korporacyjne, które potrzebują sobie takich ludzi dobrać bo im to zwiększy produktywność w całym łańcuchu i zamknie organizacyjny trójkąt. Często potrzebują tak odchylonych specjalistów. I tych ludzi Wam odsysają. Nie tylko czerwoni waląc komu popadnie w potylicę nam takich przekasowali, ale też CzeKiszczak i jego państwo pełne Tusków, Kaczyńskich, Buzków, Belek i reszty agentury (no Belka to akurat pan oficer nie agent) zapewnili dogodne warunki aby wyeksportować sobie konkurencję i zapewnić korporacjom poważnym kadry aby były one jeszcze lepiej zorganizowane niż państwa pozostałe.

I na sam koniec przychodzi do nas #Rysio co tu komentuje i wie po co tu przyszedł, a my wiemy skąd. On wie, że tu siedzą ludzie co mają na tyle rozumu, że Oni tam, skąd przyszedł #Rysio to by takich chcieli, z tym że mamy dla niego smutne i odstraszające odpowiedzi, i nieważne jakby się srożył, jakich by argumentów nie użył to przepaść jaka dzieli i trzy i cztery odchylenia od średniej jest tak dramatyczna, że bez szerokiego zaplecza jedynek i dwójek (tych brakuje atrakcyjnej lewicy gdzie przychodzą ładne panny, a co dopiero prawicy gdzie wabików jak na lekarstwo) nie da się wykrzesać z tych całkiem normalnych ludzi tego co oni sami z siebie chcieliby wykrzesać integrując się w grupę nawet jeśli inkluzywną jak naród, czy ekskluzywną jak Pobudzeni. Chcą, wiedzą że ktoś ich zrobił w konia, wiedzą już kto, już znaleźli bystrych ludzi od gdakania i korelowania ich komunikacyjnie – wytworzyli własny język, organizacyjnie nawet jakoś sobie radzą na niskich poziomach – wszak możemy ich zidentyfikować, nazwać, określić, nawet się potrafią socjalizować wokół ideałów przywódców, publicystów, ale… Nie na gdakaniu polega produkcja państwa narodowego będącego monopolem na przemoc. Do tego potrzeba ludzi zdolnych planować, wydawać i egzekwować polecenia, a tym ludziom trzeba dać do ręki sprawnie działający aparat, który rozkazy wykonuje krwi i życia nie szczędząc. Oni wiedzą że takie aparatu nie mają, ale szukają kogoś kto ich zorganizuje. Współczuję naszym przyjaciołom patriotom, że nikt kogo oni by chcieli za wodza nie chce ich przygarnąć. Pozostaną rozbici zgodnie z przedstawioną powyżej algebrą, bo tych 1/12 i 1/88 nawet jeśli emigracja przesunęła to na 1/15 i 1/100 to jeszcze tam sobie znajdą, tych 1/500 to mają problem, ale kilku mają, z tym że im potrzebny jest taki inny z tych 350, z których nawet jeśli tylko setkę zassało za granicę, to nie pozostał dla nich nikt podzielający ich poniekąd słuszne, marzycielskie, oderwane od daty ideały o państwowości i narodzie, który 400 lat temu zaczął chylić się ku upadkowi i 300 lat temu ostatecznie zniknął z mapy.


Widzicie jakie są problemy z integracją w grupę ludzi nieprzeciętnych, dlatego organizacje składają się z ludzi nieprzeciętnych inaczej, zarządzane są przez przeciętnych integrowanych procedurami i czasem trafia się firma organizowana przez nieprzeciętnych w rozumieniu pozytywnym i to już pozwala na lokalny sukces, a jak kto ma dwa odchylenia i zajmie się organizacją innych ludzi mając do tego narzędzia i przytomne pomysły (a nie naukę kilku języków starożytnych i ucinanie ludziom głów) to as biznesu. Jeśli więc lękacie się istnienia jakiś omnipotentnych służb specjalnej troski, które Was penetrują, korelują dane i zagonią do lochu to matematyka przywraca przytomność – te służby to ledwo gonią za narodem politycznym, a za całą populacją nie mają szans.

I tu zwracam uwagę – organizujemy się wedle tych piramid kompetencyjnych ponieważ siłę fizyczną tysięcy mniej spostrzegawczych zastąpiły maszyny zasilane skałami w płynie. Nie organizujemy się już w narody, które wspólnie iw porumienieniu wysilając się w przemyśle tworzyły wspólnotę produkcyjną. Nie organizujemy się już w plemiona (jednokrewne grupy etniczne), ponieważ jest to bezskuteczne poszukiwanie grupy zintegrowanej etnicznie (takich grup już właściwie nie ma na planecie, niektórzy trzymają się tego „ideowo” wykazując swoje ukorzenione korzenie sobie nawzajem). Od biedy organizujemy się w rody korzystając z nepotyzmu. O narodach etnicznych, w których kalekie dzieci zrzucano ze skały czy zostawiano wilkom w lesie nikt nawet z grzeczności nie wspomina (a niby dlaczego tych co mają złe wyniki nie wypędzać z kraju? a tych co mają to się wypędza fiskalnie? to przytomne?). Właściwie nie organizujemy się politycznie, ponieważ jest to bezskuteczne w konfrontacji ze stanem posiadania (ustroje polityczne nam bankrutują – z braku podaży dóbr się wywracają). Za to organizujemy się podług naszych kompetencji w pewien szczególny sposób – organizujemy się w korporacje. W grupy ekskluzywne, do których można przystąpić o ile się zostanie dopuszczonym, zaproszonym, przyjętym. Oczywiście że nie są tam przyjmowani gamonie, dla gamoni zostaje grupa inkluzywna „naród” (czyli piwko przy skokach narciarskich i kopaniu piłki). Oczywiście że korporacje mają przewagi jakościowe swoich członków, ich wpływu na innych nad każdą inną wymienioną metodą organizacji (być może konkurować z korporacją mogłoby państwo etniczne w rozumieniu starożytnych – inkluzywne wyłącznie po selekcji; słabych ze skały).
Korporacje, a nie narody są przyszłością, są rzeczywistością, stan formalny ustawia je w sądach na równi z państwami. To przedsiębiorstwa wydobywcze prowadzą wojny, to przedsiębiorstwa wojskowe służą im zbrojnie, państwa narodowe są już wyłącznie kwiatkiem do kożucha.

Żebyśmy nie wiem jak stanęli na głowie, to w dynamicznej sytuacji i przesuwających się wymaganiach w najbardziej optymistycznej wersji że porzucimy wszystkie inne działania niż te celowe, przytomne, produktywne rezygnując ze sztuki i rozmachu jesteśmy w stanie zorganizować 1/3 żywych. Co zrobić z resztą nie wiemy. Korporacja daje nam jednak pewien pogląd na to – nie inkorporować. Nie podejmować ich do grupy ekskluzywnej. Pozostawić ich w patriotycznym snuciu rozważań o grupach inkluzywnych z urodzenia. O narodach, plemionach, rodach. Widać ilu chodzi na wybory. Bo niby po co tam chodzić, skoro i tak działania skorelowane przez innych mają na nas wpływ marginalny – liczą się produkty, co takiego mają, czego nam trzeba.

Nie żałujmy sobie jednak póki salwa nie padła i humory dopisują – ludzie roją sobie w głowach że co prawda ich zdolności korelowania innych ludzi w grupy są liche, ale takich co to potrafią jest bez liku i wszyscy inni są dobrze zorganizowani. Ja oczywiście mam za sobą potężną watahę, sami wilcy, jak zauważył #gruby serwerów nam pilnuje GRU, w potężnych laboratoriach Dexter z Pinkim i Mózgiem tworzy nam maszynę do przejęcia kontroli nad światem. Tymczasem #korposzczur zwija się w kułak, że jakby zbeletryzować te opowieści z mchu i paproci, zapewniające mi czysto hipotetyczną, wyssaną z brudnego eksperiencję to lemingi wzięłyby system śmiechem szturmując bramy lochów pod hasłem „zamknijcie nas wszystkich”.

 

Komentarze są moderowane. Szanownych Czytelników prosimy o komentowanie zgodne z tematyką wpisu. Zapraszamy na forum po dyskusje na tematy wszelakie.

Jeśli chcesz zwrócić uwagę na literówkę lub błąd techniczny, zapraszamy do formularza kontaktowego.

  • gruby

    @3r3 napisał:

    „I to musi oczywiście kosztować. Ale dorywają się do tego młodzi gniewni,
    co lepiej nam świat zorganizują i oto co nam wyczyniają.”

    … po czym pojechał przykładem materiał + koszty jego przetworzenia – odpad = produkt

    No niby rację masz, ale patrzysz na produkcję od strony hali produkcyjnej. A to nie tak: otóż biurokracja rośnie aby nadążyć za potrzebami rosnącej biurokracji. Efektem tego jedna ze znanych mi korporacji w dwa lata zdążyła wymienić cztery systemy informatyczne do HRu. No nie do końca może, ten czwarty jeszcze stoi ale już gromadzą się nad nim czarne chmury.

    Każdy pracownik wpisuje nie tylko kiedy przyszedł i kiedy poszedł (to można byłoby załatwić jeszcze kartami magnetycznymi na wejściu) ale również siada sobie do jakiegoś tam kompa który znajdzie i wklepuje ile godzin dla kogo konkretnie („podaj konto projektu”) pracował. Minimum raz dziennie. Taki robol z taśmy to ma dobrze: jedzie seria to ją trzaska. Potem wpisze dniówkę na konto serii numer … i ma spokój. Ale ludzie siedzący w dziale obsługi klienta na telefonach to mają przechlapane.

    Jak wiemy nie wszyscy w korpo są biegli w komputerach. Więc już trzy razy całe korpo szkolone było z obsługi nowego programu do wklepywania godzin. Nawet magazynierzy. Trzy szkolenia w dwa lata, po dwie godziny każde razy ilość twarzy w korporacji. Każde kolejne szkolenie ujawnia rosnący debilizm pracowników (zdaniem managerów coraz ciężej jest ludzi tej prostej czynności nauczyć) lub też rosnący debilizm managerów (zdaniem pracowników nie rozróżniających już tych programów od siebie nawzajem). Zależy kto na problem patrzy.

    Zdaniem właściciela tej korporacji wszystko jest w porządku. No ale on odziedziczył tą korporację po tatusiu. O ile tatuś (zdarzało się) spał na kozetce w pokoju sanitarnym przy hali produkcyjnej jak problemy były o tyle dla synusia ta korporacja jest bankomatem.

    Inna znana mi korporacja używa dwóch różnych systemów IT do czatów dla pracowników, oczywiście systemy te nie są ze sobą sprzężone, bo po co ?

    Jeszcze inna firma używa trzech różnych ticketsystemów: jeden dla programistów, drugi dla klientów, trzeci dla administratorów. Jak masz pecha to znalezienie prostej odpowiedzi „co walnęło i u kogo” wymaga przelecenia się po wszystkich trzech systemach, które oczywiście nie wymieniają się danymi (nie wolno!).

    To wszystko też są koszty.

    A nie doszliśmy jeszcze do kuriozum jakie powstaje kiedy jedna firma dostaje dwa zlecenia z paragrafu R&D od konkurujących ze sobą przedsiębiorstw. A to dość często zdarza się w jeszcze innej, znanej mi korporacji. Wtedy na przykład trzy ticketsystemy trzeba podzielić na pół, dwa czaty też na pół, a ilość kontraktów na które można wpisać swoje godziny można opisać wzorem ilość klientów razy ilość projektów razy ilość faz projektów. To oznacza, że najpierw pracownik coś dla jakiegoś projektu robi a potem zaczyna szukać pasującego kontraktu w bazie danych. O takich drobiazgach jak fizyczne rozdzielenie działów już nie wspominam. Jedni dostają jeden biurowiec, drudzy dostają drugi i muzyka gra. Tylko na bożonarodzeniowym spędzie jest trochę głupio, jak popiją i zaczynają opowiadać … na całe szczęście klienci o tym nie wiedzą bo by była chryja.

    Oczywiście to też jeszcze nie koniec. Armia pracowników wklepująca godziny do systemu jest kontrolowana przez dywizję kierowników projektów wspieranych przez samodzielny batalion księgowych. Cała ta struktura zarządzana jest przez kompanię dyrektorów, która z kolei nadzorowana jest przez zarząd w sile plutonu. Plutonem rządzi głównodowodzący który kwartalnie spowiada się wzmocnionemu plutonowi tworzącemu Radę Nadzorczą.

    W takiej typowej korporacji cena końcowa produktu którą obliczasz w tekście z punktu widzenia betonu w hali produkcyjnej jest dodatkowo mnożona przez 10 lub przez 15 przez korpobiurwę, to zależy od tego czy się właścicielom tego interesu chce jego pilnować czy też nie.

    Jak się kończą możliwości dopasowywania cen mnożnikami (nawet korpo czasami koryto się urwie) to wyrzucają działami, albo je sprzedają albo wysyłają produkcję na wschód. Nie widziałem jeszcze, żeby jakaś korporacja na poważnie wzięła się za własną strukturę kosztów i nie jestem już pewien czy tego momentu dożyję …

    • 3r3

      A to wszystkie bolączki jakie wymieniasz znam z mojego korpo, ale zrobiliśmy numer na [znana niemiecka firma od bardzo małych wozów] niewiarygodny, sprzedaliśmy im dwa razy ten sam projekt do dwóch różnych biur odbierających projekty badawcze.

      Ale o godziny nikt nie pyta, przyjdziesz to jesteś, pójdziesz to Cię nie ma, sam wypisujesz ile chcesz za ile godzin i do przodu.

      „Nie widziałem jeszcze, żeby jakaś korporacja na poważnie wzięła się za własną strukturę kosztów i nie jestem już pewien czy tego momentu dożyję …”

      Też się nie spodziewam, ale mi to wcale nie przeszkadza. Dopisałem się do struktury kosztów i tam ciążę 🙂

      • splinter

        Niezłe. Majstersztyk.
        Pytanie jednak mam do tekstu -operujesz na abstrakcyjnym poziomie, a gdzieś w tekście pojawia się poglądowy film z produkcji powerbanków. Jest też uwaga, że pchanie się do pierwszej ligi technologicznej niekoniecznie ma pozytywny skutek dla ekonomicznego efektu przedsięwzięcia. Jak mógłbyś określić stopień skomplikowania produktów, którymi obecnie się zajmujesz/ewentualnie które byłyby warte wytwarzania?

        • 3r3

          @splinter
          Dziękuję. Właściwie to zadałeś pytanie, gdzie odpowiedzią może być pięć stron tekstu i wrzucenie tego na główną. Siedzę na kilku stołkach. Na razie żywię się głównie w korpo jako wynajęty na godziny (na lata) personel, żeby mieć czas i odpocząć, ale od jakiegoś czasu zacząłem sobie też fabrykować gdzie indziej, no a jeszcze zdarza mi się jaką fuchę w weekend robić.

          W korpo wchodzi olbrzymia kasa, która jest marnotrawiona na poziomie rozgrywek politycznych. Produkt można zrobić, można zmienić metodę produkcji i nie wychodzi, dział techniczny (czyli wiadomo kto) zrobi znowu dobrze, znowu z przyczyn jakiś tam politycznych zmieniamy linie technologiczne – znowu nie wychodzi. Sprzedawcy wqr… że obiecują klientom OEM, który czasem jest, a czasem go nie ma. Polityka to nie moja sprawa. Są tam drogie, zaawansowane technicznie produkty, na których $ds jest 1k/50. Ani rynek tego nie robi, ani nie robi się tego tanio – to się robi na bogato, do czasu aż ktoś tego nie zautomatyzuje (nie ma na to ciśnienia bo zbyt specjalistyczne).
          Z tym że obok po koleżeńsku jest stara fabryka, która na maszynach z lat 30tych XX wieku robi starszą wersję tego samego, tylko jednoosobowo produkując kilkakrotnie więcej. Inna sprawa ile odchyleń standardowych ma ten co to prowadzi.

          Ale z tego młodego i dynamicznego korpo chaosu idę sobie wieczorem do prymitywnej produkcji z ledwo przetworzonych, tanich i powszechnych surowców, gdzie moje kwalifikacje to overkill zapewniający czterokrotny wzrost produktywności względem normalnie dostępnych pracowników. I tam organizuje mi pracę dziadek, który 50 lat prowadzi firmę, czyli nieco ma na budziku i czas na niego. Każdy detal jest przemyślany, dopracowany (on sobie sam wymyśla, projektuje, wie jak co ma wyjść nawet jak sam nie zna jakiego rzemiosła), mało tego – stanowisko pracy na jakie przychodzę na gotowo jest tak przygotowane, że mucha nie siada. Podnosi to produktywność niesamowicie. Poprzynosiłem (ciężarówką) część tych gratów wsparcia od dziadka do korpo i pokazałem jak ma być, a nie tak jak to zrobili i kupili. Z tym że porównujemy tu doświadczenie kogoś kto 50 lat temu zaczął prowadzić biznes, i kogoś kto 10 lat temu skończył studia. Przepaść jest olbrzymia, inny też komfort pracy.

          No i czasem robię fuchy – owszem za paskarskie ceny, ale mnie trzeba skusić żebym komu się pofatygował jakie schody, płot, halę czy bramę zrobił (a i tak jestem tańszy od rynku, no i przede wszystkim u mnie realizacja trwa weekend jak mi się chce). Niby prosta, prolska robota, tylko jakoś proli nie ma żeby to robili, bo to trzeba umieć przemyśleć, zaplanować i wykonać, co w przypadku normalnej firmy oznacza cały trójkąt ludzi, a nie „my ze śwagrem”.

          Pierwszy biznes – korpo, ma bardzo wartościowe produkty, opiera się na tym że ktoś tam w nie wierzy i wrzuca na to kasę. Produkty są bardzo skomplikowane i jak nie wychodzą to jest się czym martwić. Przy czym prowadzą to młodzi z pomysłami, pomysły mają świetne, z tym że są młodzi i ich prowadzenie firmy to ciągłe gaszenie pożarów.
          To są badania.

          Drugi biznes to świetnie zaplanowana, prosta produkcja, z ciągle planowanymi od nowa produktami wedle życzeń klienta. Nie jest to szczególnie skomplikowane, i trzeba konkurować z jakimś rynkiem (i z chińską masówką), ale da się z tego przyzwoicie żyć, a ile się od emerytów można nauczyć o unikaniu opodatkowania… No przecież oni te majątki skonsolidowali nie przez to że ofiarnie na ojczyznę łożyli, znaczy łożyli, a jakże, ale też i sobie nie żałowali.
          To jest produkcja.

          No i trzeci biznes to wyrywanie fuch z rynku, gdzie problemem nie była cena, tylko w skutek błędów i wypaczeń planowania trzeba szybko szybko, a na rynku robić nie ma komu. Każdy produkt niby inny, ale to jest rzemiosło.

      • gruby

        @3r3:disqus napisał:

        „znana niemiecka firma od bardzo małych wozów”

        Kiedyś rządził tam Herbert, który jak sam mawiał nie solił inżynierom zupy bo się na tym nie znał. Wtedy ten numer by nie przeszedł. Teraz rządzi tam jego córka, księgowa, więc nie dziwi mnie że kupuje parę razy to samo. Ona zna się tylko na tabelkach.

  • madbrain

    „Przemysł można zbudować wyłącznie na bardzo długo terminowych
    oszczędnościach i to nie tylko w postaci gratów, ale też w
    dziedziczonych kompetencjach wykonawczych i organizacyjnych.”
    Bzdura na resorach.. ulubiona przez gospodarza Szwecja – miejscowi poganiacze orkow sprzedali swoich orkow Citi w zamian za fure kapitalu i odrobinke technologii i mogli wystrzelic wsrod miejscowych jak rakieta.
    Idziemy dalej Niemcy XXw banda lemingow wypranych z wszelkich odchylen (dzieki przeszlo wiekowi indoktrynacji wymyslonej przez „odchylonego” Bismarca) w XXw dwa razy nafutrowana przez kapital „ze wschodniego wybrzerza! by zrobic zadynme na 2 fajerki(swiatowe) co pchnelo cala technologie i logistyke o lata swietlne.. a przy okazji spalilo paredziesiat milionow lemingow na starym kontynencie..
    Japonia jak sam gospodarz pisal – banda dzikusow ktora dzieki „kresce” od dziadka bylego premiera Camerona zrobila skok i i dala rade wojowac z Rosja carska u szczytu rozwoju gospodarczego. Potem kolejna „kreska” tym razem od kumpli dziadka Camerona tym razem z Nowszego Yorku i mamy skok o kolejne lata swietlne 50 lat pozniej(oczywiscie technologicznie) bo lemingi dalej zyja jak robaki. Jak sie Japonczyki zajechaly 30 lat temu to trzeba bylo zrobic kolejny skok – tym razem kapitalu bylo na tyle na „wschodnim wybrzezu”(wyjeli go miedzy innymi od Japonczykow no i rozpad „bloku wschodniejgo” – ale to patrz nizej o Plichcie) ze stac ich bylo zeby pchnac cale Chiny.. to tyle o „dziedziczeniu” ..

    I jeszcze jedna rodzynka:
    „Pan Marcin Plichta kpi z komisji naszych światłych przywódców,”
    Podniecanie sie geniuszem Pana Plichty to jak podniecaniem sie potomkiem wielkimch rzymian niejakim Walensa. Z tym ze Plichata to biedna wersja Walesy skrojona na jume ledwie paruset baniek gdzie stary Walensa to byl slup pierwszej wody skrojony na jume paru calego przemyslu co wedle wyliczen gospodarza daje ze 2 extra odchylenia do Pana Plichty i mozna powiedziec ze jest matematycznie niemozliwe.. (to byl sakrkazm – notka dla tych co w zbiorze odchylen nie maja spostrzegawczosci i analizy laczenia kropek)

    • 3r3

      Rozumiem, że te fury kapitału i odrobinki technologii były brane z długu, a nie z tego że ten kto ich udzielał to je najpierw wytworzył i zmagazynował?
      Wszak źródłem dóbr jakie się otrzymuje na kredyt jest zobowiązanie kredytobiorcy a nie zmagazynowana podaż kredytodawcy?

      Komisja śledcza to jest kabaret, podejrzewam że tę głupią prokuratorkę Wasermankę na jej czele wybrano nie bez powodu taką właśnie. I przepaść pomiędzy prokuratorką i komisją, a niektórymi przesłuchiwanymi widać. To są przesłuchania iluzjonistów, których się pyta dlaczego lemingi biły brawo i rzucały papierem gdy papier znikał.
      Mam niejaką eksperiencję w tej przepaści, często się lemingi-etatyści z koszernymi zaświadczeniami na spostrzegawczość nie mogą spostrzec skąd się biorą zdolności do dysponowania dobrami w rękach iluzjonistów. Kropki można połączyć na różne sposoby, z tym że nie wszystkie są zgodne z rzeczywistością prowadzącą do przyrządów kreślarskich jakimi się te kropki w ciemności łączy by nimi kierować.

      • madbrain

        „Rozumiem, że te fury kapitału i odrobinki technologii były brane z
        długu, a nie z tego że ten kto ich udzielał to je najpierw wytworzył i
        zmagazynował?”
        Fury kapitalu byly brane w 90% z rabunku lemingow „nie naszych” – zaczelo sie od wielce udanego rabunku kapitalu zgromadzonego przez KK „na wyspie” a potem juz sie posypalo, Rosja, Indie, Ameryka itd…. zanim zrobili skok na KK to 100 lat wczesniej probowali zaczac od rabunku naszych przodkow – casus Henryka IV Lancastera (dla tych z odchyleniami w kierunku kropek)..
        Zreszta nie przeszkadzalo im to w maksymalenj eksploatacji lemingow „swoich” w Albionie – Workhhouse’y zostale zlikwidowane dopiero po ostatniej „swiatowej” wojnie..

        • 3r3

          Należy więc doić lemingi swoje i cudze i jakie się tylko trafią, aby mieć ŚRODKI na projekcję kredytu, który jest siłą. Ale tego jak widzisz nie dostaje się na kredyt, najpierw trzeba obrobić lemingi, które coś zachomikowały.
          A jak się trafi słabe państwo czy słaba korporacja (KK) to samo sobie jest winne napaści, gdyż nie było dość silne aby zabezpieczyć się przed napaścią prewencyjnie orząc każdego kto potencjalnie mógłby napaść.

          Jednak samym chceniem otrzymania kredytu nic się nie wskóra, to nie jest wolitywne dla biorcy, to dawca który już włada rzeczą może chcieć dać, ale może też inną wolę wyrazić.

          • madbrain

            Moral z tego zarzadcy lemingow nadwislanskich graja nienajgorsza gre bo graja na glownego gracza(hegemon) od czasu do czasu puszczajac oko do jego adersarza (skosnoocy).
            Kredyt zamiast na import balastu(mocodawcy makreli) postanowili przeznaczyc na jedyne co maja do zaoferowania czyli produkcja lemingow(500+).. a potem sie zobaczy.

            Jak historia uczy granie na zajechanie wszystkich lacznie ze swoimi (stere GB -obecnie na wyspie dominuje okreslenie „rip-off” B) jest bez sensu nadluzsza mete..

            • 3r3

              A jaką my mamy swoją metę i czy my musimy wiązać się z jakimiś upadającymi państwami? Narodami? Terytoriami?
              „Rip-off” co się da i chodu w spokoju konsumować.

            • gruby

              @3r3:disqus napisał:

              ” „Rip-off” co się da i chodu w spokoju konsumować.”

              W ten sposób niszczysz swój rynek, bo zarabia się dopiero kiedy klient zacznie wracać. Ale rozumiem, że jest to skuteczna strategia w fazie zwijania interesów. Sprzedajesz zaufanie klientów za dodatkową opłatą i w drogę.

              Naprawdę jest już tak Twoim zdaniem źle ?

            • 3r3

              Ja tak robię regularnie na tych samych rynkach i się regularnie przenoszę – działa.
              W nosie mam wspólne pastwisko które niszczę. Ja chcę mieć taki udział jaki ja uważam, skoro nie można się z małpią bandą dogadać racjonalnie no to pograjmy nieracjonalnie – ja swoje wyrwę, po mnie zgliszcza. Jak odbudują i przedawnią – wracam. Już tak zawinąłem kilka pętli. Taki mamy klimat.

      • madon

        ,,Komisja śledcza to jest kabaret”

        A to i ja podam ciekawy przykład. Znajomy mojej wujenki od strony szwagra, prawnik od czarowania z podatkami, był niedawno przesłuchiwany przez komisję sejmową swojego zacnego Rimlandowego królestwa na okoliczność pojawienia się jego nazwiska w pewnej głośnej na cały świat aferze z Papierami.

        W owej komisji zasiadało: dwóch absolwentów stosunków międzynarodowych, były oficer policji, fizyk, młody ekonomista (od zawsze w polityce, nigdy księgowości ani prawa spółek nie dotykał) oraz feministyczna krytyk literatury ^^.
        Poziom pytań odzwierciedlał fachowość.

        Tylko że ja nie jestem pewien, czy oni tak specjalnie. Oni mogą po prostu nikogo lepszego nie mieć. Może nie tylko polskie państwo istnieje tylko teoretycznie.

  • Eltor

    „To prowadzi nas do wnioski, że postanie wyspowy apertheid – miasta dla nieogarniętych z żetonami w trzech kolorach i tereny poza miastem, dla tych co wymyślili jak z miast uciec. Ja chyba tę koncepcję nawet gdzieś czytałem…”

    I akurat ostatnio media donosiły o koncepcji nowych przepisów, które uniemożliwią wydania WZ na działce, która nie ma zabudowanego sąsiedztwa. Taki kroczek we „właściwym” kierunku.