Źródła władzy w poliarchiach

Od źródeł zasilania i form krystalizacji politycznej bywającej (ale bez konieczności) konsolidacją zależy metoda władania. Nie należy tego mylić z ustrojem. Ustrój to są takie bajki dla potłuczonych formalistów. Metody sprawowania władzy są trzy, nas będzie najbardziej interesować to, czy klasa średnia może ze swojego grona wydzielić oligarchę albo samodzierżcę (owszem może), ale w przypadku klasy średniej ani do tego warsztatu (bo środki są), ani celu innego niż dezorganizacja wszystkich innych źródeł władzy, albo samej sobie (wrogie przejęcie od wewnątrz grupy).
W firmach jakby nie patrzeć też kto rządzi, o ile w małej bezsprzecznie rządzi szef i najwyżej można dla dziada nie pracować, to w większych, szczególnie o ładzie korporacyjnym uzyskiwanie przewag i lewarów na różne, płynne kwestie jest codzienną walką o wpływy, w których władza formalna to tylko zdolność papieru do absorpcji atramentu.

Ten tutaj miły człowiek o gołębim sercu, Arystoteles, stworzył na bazie etyki dereistyczną teorię państwa dzieląc ustroje na monarchię (tyranię), arystokrację (oligarchię) i politeję (demokrację). Są to koncepcje aprioryczne, idealistyczne, opisują one model abstrakcyjny a nie przestrzeń świata rzeczywistego. To nic złego, żeby sobie taką cybernetyczną koncepcję wymyślić dwadzieścia trzy wieki temu, ale nie istnieje desygnat rzeczywisty tej koncepcji. Czyli takie smoki, jakie Arystoteles opisał, nie istnieją w rzeczywistych poliarchiach, za wyjątkiem oligarchii (jedyny trafnie opisany przez Arystotelesa model mający desygnat rzeczywisty w jakiejś istotnej części) oraz, być może tyrania, ale należy zachować przytomność – Arystoteles myślał w kategorii państwa mającego taką liczbę mieszkańców, że mogli się oni wszyscy spotkać na wiecu i sobą ewentualnie tyrać^^ (poddawać swej władzy jeden drugiego) bez pośredników. Czyli świecie Arystotelesa tyrania mogła mieć desygnat rzeczywisty, wygasł on wraz z rozwojem struktur, choć w zakresie władzy rodowej w trakcie wiecu (czy obiadu rodzinnego) może to być model funkcjonalny.
Ale przecież w naszych rzeczywistych poliarchiach nie mamy wątpliwości, że każdy sobie nieco rządzi, to pozostaje się zastanowić jak, szczególnie jeśli kogoś kusi żeby i jego szablę bez omyłek policzyli na wiecu.

Z modelu sprawowania władzy wynika charakter państwowości (konfederacyjny, federacyjny, unitarny, wyspowy):
Spółdzielczość = demokracja wojenna = klasa średnia. Konfederacja. Podstawa materialna.
Oligarcha = spółki kapitałowe = republika. Federacja. Emocjonalne powiązanie dyspozycji materialnej z celami politycznymi.
Chodzenie w po ludie = gangsterka, junta wojskowa = monarchia. Państwo unitarne. Konsolidacja siły.
O tym, czy Polska obecnie ma charakter unitarny, warto się zastanowić w kontekście Pikusia Podkarpackiego, rejestrowania siedzib banków raczej we Wrocławiu, “Sycylii” trójmiejskiej oraz układów i układzików lokalnych (zarówno wrocławskiego jak i gdańskiego o silnym wpływie ujawnionym, jak i krakowskim, który sobie prezydenta sprawił). Przecież nie z naczelnikiem-pierwszym sekretarzem się załatwia sprawy w regionach, a Pan Gadowski musi się nieźle nagimnastykować, aby władza centralna wysłała czołówki na prowincję i potrząsnęła lokalnymi gangsterami nawet biorąc jasyr.

Zacznijmy od takiej prostej, feudalnej kwestii: kto to jest wasal, a kto to jest suweren i dlaczego. I to bez zabierania się za jakieś lwie starcia z Saladynem, ale w konstrukcji biznesu. Wasal to jest taki sobie pan udzielny co firmę ma albo mu się ją daje, żeby sobie jak swojej używał, i może sobie tam robić co mu się uwidzi, obmacywać asystentki, zbierać znaczki i finansować ZSL. Ale wasalem jest dlatego, że ma suwerena. Suweren to jest taki gad, na którego rozkazy wasal się stawia ze swoją firmą i pyta jak wysoko ma skakać. On tego nie robi z naiwności swojej, ale z tego to powodu, że wykonywanie fizycznych ruchów w terenie, jakie tam chorągiewkami oznaczył suweren na swoich mapach mentalnych zapewnia przepływy liczb, z których to można sobie wyciągnąć jaki pierwiastek. Ten wyciągany pierwiastek jest niezwykle istotną motywacją posiadania suwerena, ale gdyby tylko to było na stole to by można kombinować jak takiego suwerena okpić i się z poddaństwa wyemancypować. Otóż poddaństwo (komendacja) jest zasadne z punktu widzenia wasala, gdyż suweren jego mocą swoją ma na rozkazy piekłofilów co rzucają się z wieży na rozkaz, a nawet potrafią podpisać jaką nieprawdę, krzywo przysięgać i generalnie sikać biurwie do mleka. A to są już usługi nie takie, co się za nie płaci w liczbach, ale jakie suweren zdobywa na niwie emocjonalnej i ideologicznej. Bo samobójców za pieniądze trudno jest kupić i kurs wysoki jak za nerki i wątrobę. Tymczasem suweren w biznesie potrafi takich krasnali rekrutować, co sami zgłaszają się, żeby biurwie do mleka sikać, tylko ich trzeba zaprowadzić do kanki i wskazać, że do tej właśnie. A gdy biurwa się przypadkiem przebudzi i ryczeć bestia zacznie to suweren potrafi ją przyjąć na klatę w trybie alarmowym dając wasalom czas na przejście do pozycji pozajurysdykcyjnych, a krasnalom by w lesie się rozproszyły między bajki.
I ta prosta zależność pomiędzy ludźmi determinuje hierarchie zawodowe pomiędzy nimi.

Ludność niekontestująca. Podstawowym błędem, jaki można popełnić, to poszukiwanie poparcia zamiast poszukiwania siły. Siła to są tacy doraźnie lub trwale popierający co mogą komuś coś zrobić lub komuś coś zabrać. Poparcie, które komuś może coś dać to jest baza podatkowa (pańszczyźniana, niewolnicza), która może i tak dać każdemu, więc jest nieistotna w rozrachunku wpływu w okresie konfrontacji. Trzeba ją więc neutralizować do poziomu niekontestującego swojego stanu, aby nie miała struktur do wyrażania poparcia (ponieważ mogłaby poprzeć kogokolwiek i trzeba by ich pacyfikować). Utrzymanie ludzi w stanie niekontestującycm to sprowadzenie ich do roli kornych rabów, którzy codziennie zajmują się pracą i nie pytają na jakie to potrzeby, tylko bułka jest, wurst jest, ciepła woda w kranie jest – no to robim choopy.
Zauważcie jak Marsz Niepodległości z manifestacji ludności kontestującej stał się manifestacją taką jak pochód pierwszomajowy – smętna wyprawa rodzin (a nie siły zdolnej ścierać się z państwem) i machanie flagami, że woda w kranie jest dość ciepła. Większość ludzi nie ma żadnych poglądów, żadnych własnych idei i własnych tez do realizacji. Jak im się jakaś spodoba emocjonalnie, albo materialnie, albo im pogrozimy pałą czy mikrofonem & kamerą to będą gdakać, że mają jakąś tam opinię, rano taką, po obiedzie siaką. Nie ma się co nimi przejmować, póki pracują i dostarczają zasobów sile.

Może istnieć grupa kontestująca siłę niedysponująca siłą, zazwyczaj jednak nie jest to grupa – jest to rozproszenie – takie zjawisko, że ludzie jednostkowo wykluczają się z udzielania rezultatów swojej pracy (i siebie) i zjawisko przybiera skalę masową. Przykładem takiego zjawiska jest brak ludzi o istotnych kompetencjach i przewadze intelektualnej chętnych wstępować do aparatu siłowego i fiskalnego, gdyż w sytuacji alternatywnej dysponują memem, iż gdzieś można sobie lepiej poukładać życie i nie być zależnym od poborcy podatkowego zależnego od przedsiębiorcy zależnego od klienta, tylko od razu przeskoczyć na zależność od klienta i mieć w nosie tarcie całego łańcucha (a patrząc po pensjach policjantów to to tarcie jest przeogromne). Kłopot z takim rozproszeniem jest taki, że nie ma jakiejś puli ludności co pójdzie w mundury, aby dzierżyć bijące serce partii jaka by nie była, pula jest wspólna i na bazie memów dobierze sobie takie alternatywy jakie zna, a niektórzy zaczną badać niezbadane, aby poznać nowe alternatywy. Część to eskapiści co zaczną malować, fantastykę pisać, część stanie się niekontestująca i pójdzie pracować u kogoś choćby i w Babilonie, część poszuka szczęścia w szerokim świecie, a kohorta ma taką liczebność jaką ma i braknie sigm na poborców skarbowych i policjantów, co powoduje (i mamy już tego rezultaty), że muszą scalać sobie sigmy w grupy zadaniowe do konkretnych spraw i pozostawiać całą rzeszę lemingów, a nawet kompletnych durniów bez dozoru, zadań i korelacji. Zresztą jakie to zadania można wyznaczyć durniom?
Z punktu widzenia władzy jak się ma nieogarniętą siłę (bandę durniów) jest sprowokowanie kontestujących do demonstracji siły (po prostu manifestacji lub zebrania się w jakąś grupę jasno oznaczoną transparentami, choćby na posiedzeniu klubu kontestujących) i spuszczenie im łomotu. Bo jak się nie zbiorą albo i nie ujawnią (sprowokowani jakimś blogiem^^) to banda durni nie ma zdolności do ich wyłowienia z ludności niekontestującej. A prowokowanie ludności niekontestującej siłą doprowadzi do spadku zasilania rezultatami ich pracy.

Z punktu widzenia władzy najkorzystniej jest mieć siły wasalne i masę ludności niekontestującej, którą można obrać z zasilania. Tak funkcjonowały imperia pierwotne dominujące obszary niekontestowane ani siłą, ani ludnością (Asyria, Babilon) – kłopot się zaczynał, jak zaczęły na siebie włazić “na mapie” i odbierać dobra tej samej ludności niekontestującej (która obierana przez dwie strony się jeżyła i wytwarzała siłę pokazując wszystkim figę). Dziś gęstość ośrodków krystalizacji jest istotnie większa i na mapie zrobiło się ciasno więc tworzymy powiązania z ignorowaniem mapy, ale siła, jaką dysponuje władza formalna, nie może sobie od tak działać na terytorium innej siły. Nieformalna może, ale durnie nie nadają się do walki z grupami nieoznaczonymi transparentami (co się zresztą dziwić, gry jakie im się produkuje zawierają pojawianie się nad wrogiem informacji że to wróg, tak żeby nikt się aby nie pomylił).

Najgłupsze co może robić władza, aby prowokować niekontestujących, to wdrażać takie metody odsysania ich mocy swobodnej (nadwyżek produkcyjnych), aby ich sprowokować do czynów nieistotnych. Zaczyna się od palenia w miejscu niedozwolonym, handlu bananami o niewłaściwej krzywiźnie i obrazoburczym twierdzeniu, że ślimak nie jest rybą. Te twierdzenia wraz z przemytem termometrów i żarówek są podstawą erozji ustroju. I chociaż może się to wydawać śmiesznie, to ludzie zapewniają sobie taką przestrzeń jaka okaże się niekontestowana siłą. Zazwyczaj nie obierają azymutu na konfrontację – jeśli nie wolno zabijać i kaleczyć ludzi to zazwyczaj powstrzymują się od obijania sobie nawzajem paszczy, bo to lepiej nie sprawdzać czy władza tego pałą nie skontestuje. Ale jak się reguluje bardzo dokładne granice co wolno, a czego nie wolno i pozostawia przestrzeni, w której siła może się ujawnić, a może się nie ujawnić to ludzie zepchnięci przepisami do zachowań nieracjonalnych testują reakcje siły już na polu władzy – czyli przenoszą wojnę na terytorium wroga. A dalej to już żadnych barier nie ma i skoro można handlować bananami o niewłaściwej krzywiźnie to można nie rejestrować firmy, nie płacić podatków i podpalać komitety partii. Można generalnie sikać do mleka. Władza oczywiście też nie mając tej szarej granicy, gdzie czasem może komuś coś ukraść zaczyna kraść – przenosić wojnę na terytorium niekontestujących – na potęgę to, co do władzy nie należy, a żadnej przestrzeni szarej nie ma. Co oczywiście spycha ludzi do kontestowania władzy i udziału w strukturach alternatywnych.
W takiej sytuacji znajdujemy się obecnie. I to jest przyczyna trzynastego punktu konstytucji, żeby nam do głowy nie przyszło tworzenie organizacji niejawnej i bez struktur, ponieważ potrzeba olbrzymiej mocy korelacyjnej by taką strukturę dookreślać i likwidować w momencie, kiedy zacznie ona obezwładniać przeszkody osobowe na drodze swojej ekspansji.

Chodzenie w po ludie

Jest to protopaństwowy sposób tworzenia struktur, z braku struktur i z braku możliwości delegowania zadań osoba (osoba władcy, najwyższego gangstera, szefa junty) organizuje osobiście siłę, aby mieć możliwość narzucania woli przemocą, czyli zbiera ludzi gotowych mu służyć, zazwyczaj dysponujących przewagą szkoleniową i techniczną nad zasobem niekontestującym i dokonuje podjęcia zasobów osobiście. Czyli pobiera haracz. Tak powstają gangi, systemy sprzedażowe MLM (tam to się dopiero trzeba nachodzić po ludie), ustroje polityczne i handel. Zanim zacznie się wytwarzać struktury do delegowania zadań (a na to muszą być środki & wykształcone kadry) to trzeba osobiście stawić się, osobiście przewodzić sile, osobiście wydawać rozkazy, osobiście… szef, herszt wszystko musi samemu zrobić, samemu się umawiać, samemu prowadzić finanse, politykę i aparat przemocy, samodzielnie wydawać wyroki, tworzyć prawo i obijać gruchy kontestatorom.
W przypadku protopaństwa wynika z tego, że nie ma jeszcze koncepcji stolicy, więc taka jest nieustanowiona i objazdowo zarządza się państwem doraźnie ferując wyroki, pozwalając lokalnym możnym składać hołdy i witać miłościwie panującego uniżenie oddając swoich synów do aparatu władzy – zarówno w celu zapoznania się z systemem sprawowania władzy (noszenie teczki za Balcerowiczem przez siódmego króla), jak i jako zakładników na wypadek jakich dąsów, jak i w celu pobrania z lokalnych możnych uzbrojonej (zazwyczaj bardzo dobrze w celu ochrony ich zdrowia i życia), wstępnie przeszkolonej wojskowo młodzieży na ich własny koszt. Danina jest więc pobierana w samej sile ujmowanej z siły potencjalnych lokalnych kontestatorów (gra o sumie zerowej – władcy przybywa, opozycji potencjalnej ubywa). W ten sposób każdy dość możny, aby dodać siły władcy ma swojego przedstawiciela w drużynie (w młodszej lub starszej drużynie chościska miłościwie nam panującego) i jest sposób, aby się do władcy zwrócić i wyrazić swoje zdanie. Jest to zasadnicza różnica w udziale sprawowania władzy pomiędzy chadzaniem w po ludie, a systemem imperialnym (gdzie władca ma własne, niezależne źródło siły i nie ma kontaktu z delegatami władanych). Wszyscy mają też w przypadku konfrontacji z kontestującymi udział w stratach. Młodsza drużyna to aparat policyjny, wykonawczy, jak sama nazwa wskazuje z młodszych lub słabiej uposażonych, starsza drużyna to gwardia dbająca o zdrowie i życie władcy, złożona z samców w średnim wieku o istotnej pozycji, majątku, stanie uzbrojenia i doświadczeniu wojskowym zdolnych do prowadzenia działań o wyższej intensywności niż młoda drużyna – czyli są to ludzie od prawdziwej wojny, a nie harców.
Dzisiaj wcale nie jest inaczej – dzisiaj wszelkie koterie, firmy i instytucje kształcą specjalistów od wspierania władzy (od zarządzania, wojskowości, rozliczeń, prowadzenia kadr, dostarczania informacji, kontrwywiadu, handlu, negocjacji) i wysyłają ich na stanowiska w aparacie etatystycznym, aby stanowili zasób kadrowy dla władzy, mieli kontakt i wpływ na jej sprawowanie (czyli z pominięciem ludności niekontestującej).

Ten protopaństwowy sposób sprawowania władzy występujący do dzisiaj w strukturach państw nowoczesnych sprowadza się do kwestii – chcesz mieć zrobione – zrób se sam. Chcesz wyroku – osobiście przekonaj aparat, chcesz kogoś męczyć w lochu – wyślij swojego osobistego kata, chcesz lochu w Kiejkutach – osobiście weź za to karton papieru, cokolwiek chcesz – zrób se sam. Bo jak zlecisz to biurwie to czekaj tatka latka, a jak zlecisz oligarchom to będzie bardzo dużo kosztowało.

Chociaż ustanowienie stolic i deklaracje państw nowoczesnych coś tam opowiadają o delegowaniu zadań i zastępowalności osobowej na stanowiskach to jednak nie tylko pierwsi sekretarze, Kaczka, Bolek i Tusku musieli się fatygować i doglądać gospodarskim okiem przemysłu, odbierać parady wojskowe i ciągać liny od amber samolotów, ale i Władymir Władymirowicz musi spędzać czas obserwując odpalanie rakiet, odbierać parady, jeździć do jakiś niedogadanych matołów od wielkiego przemysłu i ich terroryzować aby się dogadali (korporacjonizm faszystowski – nikt inny nie jest w stanie dostarczyć usługi, a Ci co mogą bez pogrożenia tęgą fasci nie potrafią się dogadać), krążownikiem pływać i eksponować swoją obecność wszędzie. I nie tylko Putin, Xi czy Trump też muszą szwendać się po świecie, ręcznie sterować procesami, osobiście majstrować przy powoływaniu ludzi, a McArthur to musiał osobiście jeździć po froncie i się do wojska uśmiechać, dyrdymały im jakieś wygłaszać poza regulaminem. A przecież zawsze można na telefon skorygować działanie niezawisłych sądów czy nawet post factum ułaskawić kogo trzeba, no i niektórzy wożą ze sobą guziki od niuków, zamiast mieć od tego wojskich. Jak widać teoria konstrukcji struktur państwa sobie, a praktyka partii wodzowskiej i struktur protopaństwowych sobie – z tego wypływa wniosek, że w wyniku “wyborów” wcale się nie przejmuje struktur państwa i nie czeka tam wygodny, pluszowy tron, a dla zdobywców stołki do pierdzenia w SSP, tylko trzeba to sobie wszystko samemu zbudować, przyprowadzić, ponieważ w trakcie walki o władzę (dla żartu zwanej wyborami) te struktury zostaną zdemolowane do poziomu protopaństwowego. I trzeba przyprowadzić własnych generałów, własnych policmajstrów, własnych kanclerzy, banksterów, rachmistrzów, przyjść trzeba z własnym tronem, żyrandolem i własnymi siłownikami. Czyli trzeba sobie zbudować całe własne, kieszonkowe państwo zanim stanie się do walki o władzę. A skoro w trakcie trzeba zbudować własne, to jedyny powód nielikwidowania tego starego jest taki, że zamiast tworzyć własne struktury to można przejąć te już istniejące, z gotowymi do zakupu generałami wojska i policji, z gotową strażą graniczną i tylko trzeba trochę tam przewietrzyć, posprzątać, dogadać się i można grać dalej. Z tym, że w takim państwie rządzi biurwa, w szczególności średnia kadra urzędnicza, to ona wystawia kadry, to ona przyjmuje rozkazy i to ona wykonuje zadania. A ponieważ wykonuje to jak chce, to trzeba łazić w po ludie i ręcznie ludziom tłumaczyć co i jak ma funkcjonować.
Aparat zaś do delegowania zadań to najkorzystniej oligarchowie (wtedy nam się robi ustrój korporacyjny, i w przypadku oligarchów niekontestujących lub niezdecydowanych czasem trzeba nieco fasci im zadać, a w przypadku zaangażowanych w nasze władanie stają się członkami politbiura i biorą udział w delegowaniu sobie samym zadań).
Oczywiście jest alternatywa do istnienia średniego szczebla biurwy, przy czym rezultaty istnienia takiego aparatu są takie same, a nawet śmieszniejsze, ponieważ zastąpienie systemu etatystycznego (będącego kompletną anarchią biurwy przeciwko wszystkim – anarchia to taki ustrój, gdzie formalnie nie da się dociec kto rządzi) systemem spółdzielców-właścicieli (rządami klasy średniej bezpośrednio bazując na dysponowaniu własnymi majątkami) czyli szlachty powoduje, że tak jak zawsze mogą rozjechać się cele gospodarcze, polityczne i militarne elity władzy i społeczeństwa, tak w ustroju z dominantą szlachty zamiast biurwy ta szlachta może częścią (skonfederowana) sama sobie poprowadzić politykę niekontestowaną przez elitę, a nawet odmienną od zamierzeń władzuchny centralnej i sobie na przykład napadną i zajmą Moskwę panowie Wielkopolscy, bo to oni mają przemysł, stal, konie i zboże i sobie będą tym tak dysponować jak zechcą. Zwrócę uwagę, iż polska szlachta około 1600 roku wyrażała powszechnie i z przekonaniem takie zdanie, iż cara mogą sobie wezwać przed polski trybunał i sądzić. Tak jakby mieli na tyle siły jak dziś jaki międzynarodowy trybunał co sobie może Milosevica czy innego Saddama (no tego to jankesi bez trybunału wyhuśtali) za uszy zatargać do lochu. Polska szlachta miała dokładnie takie samo podejście do konieczności stosowania się do ich polityki przez obce podmioty jak dziś mają elity jankeskie – że mogą sobie posłać drona i spuścić komu zechcą niebo na głowę. Szlachta to jest bardzo niebezpieczna alternatywa dla biurwy. Bo biurwa to jest brana z durniów i oni żadnych własnych zasobów nie mają, można ich przekupić i na agenturalnej smyczy uwiązać, a takich co zasoby posiadają, wytwarzają, udowadniając tym samym, że im się te zasoby i władza należą, bo taki jest stan faktyczny i niech kto im spróbuje odebrać to już interesuje zostawanie oligarchami (ekspansja intensywna) albo ekspansja pozioma (terytorialna, liczebna, ekstensywna). Taki problem ma Arabia Saudyjska (ot taki przykład krainy rządzonej jak za Popiela), że tam sobie rody magnackie prowadzą samodzielną (albo częściowo delegowaną – sami sobie wyznaczając zadania w ramach grupy trzymającej władzę) politykę zagraniczną i tworzą wojska (takie jak rodzina Bin Ladenów stworzyła) i przejmując udziały we władzy w innych krajach (wspierając je zbrojnie, organizacyjnie, finansowo).
Jedynym sposobem wzięcia udziału w walce o władzę jest wytworzenie wszelkich struktur koniecznych do działania organizmu politycznego, jakim chce się rządzić. A to oznacza konieczność daleko idących ustępstw w układaniu się z innymi chętnymi na kawałek tortu.
Czy u siebie w firmach zauważyliście, że macie podobnie? Że trzeba czasem pojechać do oddziału w jakimś kraju i tęgą lagą ludziom przypomnieć jakie są cele i gdzie ma płynąć zasilanie?
Zauważcie, że taki system rządzenia ma pewną wadę w komunikowaniu, dlatego że komunikować się może tylko przywódca (z braku lub mizerności aparatu administracyjnego od kontaktów z innymi przywódcami musiał się Otton III z Bolesławem komunikować na zjeździe gnieźnieńskim bezpośrednio), nikt inny nie jest na właściwym szczeblu (nie posiada zdolności honorowej do zawierania umów i traktatów w imieniu korelatora), a z braku stałego punktu dyslokacji aparatu administracyjnego podpartego siłą (ponieważ siła jest wędrowna razem z władcą) nie jest możliwa detencja kontestatorów (trzeba do tego mieć choćby osiadłego wasala co szubrawcę ugości), karanie więc sprowadza się do działań wojskowych, niszczących, doraźnych. Jedyny komunikat jaki można wysłać obcemu korelatorowi będącemu przejawem krystalizacji politycznej w przypadku próby obrócenia gospodarczego obszaru kontestowanego w niekontestowany własny jest działanie niszczące obszar gospodarczy lub siłę przymuszającą obszar do jej zasilania. Nie ma innych zdolności komunikacji strategicznej, operacyjnej i taktycznej w przypadku takich aparatów. Można jednak dokonywać aportu powiększającego siły (albo obniżającego integralność korelacyjną sił) poprzez przekazanie sformowanej organizacji siłowej na zasilanie (koszt) aparatu obdarowanego aportem (przekazanie wojsk, i nie wiadomo kogo one posłuchają, co zrobią, i czy to nas wzmacnia czy naraża i w jakich warunkach, ale karmić to ich musimy na pewno, bo inaczej zachowają się jak Lisowczycy).

Konstrukcja nowoczesna

Nowoczesna, tak z przekąsem nazwijmy to, koncepcja zakładająca istnienie w stałej stolicy tronu, majestatu państwa reprezentowanego przez osobę (władcy) dysponującego na tyle wielkimi aktywami aby przy zduszeniu głosów kontestujących uzyskać zasilanie od ludności niekontestującej w postaci dóbr, usług i porządku społecznego (niedemolowaniu przepływu tych dóbr i usług do majestatu), ten model zakłada istnienie centralnego rozrachunku, nawet jeśli istnieje rozproszony aparat skarbowy, to rozrachunek następuje przez centralę (majestat, władcę, komitet centralny, politbiuro) lub instytucję delegowaną przez władcę (być może przez innego – tego prawdziwego, a nie wystruganego z banana) – bank centralny. Nawet jeśli istnieją jakieś banki gminne i jakiś pobór podatków w gminach bezpośrednio do kas gmin (Skandynawia) to rozdział środków celowych jest w centrali i tam trzeba czapkować. To jest sedno władzy monarszej, zamiast władcy chodzącego po ludzie lud sam wysyła władcy owoce swojej pracy, ponieważ w procesie “kształcenia” jest indoktrynowany, że tak trzeba. Pierwszym wdrożeniem takiego rozwiązania była dziesięcina dla KK. Rozwiązanie tanie, lepsze niż bezpośrednie wymuszanie na każdym haraczu, ale wymagające zasilania aparatu administracyjnego olbrzymią liczbą sigm, co w średniowieczu doprowadziło do zintegrowania w ramach KK wszystkich wymagających pomyślunku działań ekonomicznych i społecznych, a ponieważ na potrzeby gospodarcze i wojskowe też trzeba było ludzi przytomnych to zaczęły powstawać alternatywy w opcjach kariery i w niektórych krajach masowo porzucono pracę na cele społeczne i organizacyjne (co za tym idzie nauki niemające celów gospodarczych) tworząc tam nowoczesną bankowość (przywracając starożytną lichwę) i wymyślając jakieś brednie o trójpodziale władzy (władzę dzielimy na emocjonalną, siłową, materialną, a nie na jakieś wymysły propagandzisty Monteskiusza).

Technokracja

Przestaliśmy mierzyć parametr = utraciliśmy nad nim kontrolę. Na przykład poprzez doprowadzenie do stanu gospodarczego wytwarzającego “Wielkie Mnóstwo” – jest ministerstwo od czołgów & śmigłowców bo ich nie produkujemy, od mebli ministerstwa nie ma. Celem technokracji jest odtwarzanie zdolności skonsolidowanej władzy do chodzenia po haracze tak, aby była materia, po którą można się wybrać. Celem zarządzania słupkami jest utrata nad nimi kontroli poprzez przekazanie ich najpierw oligarchom i marginalizacja liczebna oligarchów (poprzez ich wytwarzanie odgórne) do poziomu organicznej spółdzielczości. To marzenie próbują realizować imperia w czasie, gdy przekształcają się ze struktur pierwotnych w konfederacje handlowe z czapą polityczną. Niestety ten sen pryska natychmiast, gdy od zewnętrznych ośrodków krystalizacji politycznej pojawiają się sygnały o tworzeniu stresora militarnego i odrzucaniu układów materialnych (o wymianie dóbr). W takiej sytuacji technokraci muszą natychmiast egzaltować swoich oligarchów od konsolidowania struktur dysponujących bystrymi ludźmi (sigmami) do wytworzenia za wszelką cenę i jak najszybciej przewagi organizacyjnej i technicznej nad potencjalnym stresorem i jego obezwładnienie. Ponieważ Wielkie Mnóstwo ma pewną wadę, póki nie jest absolutnie powszechne – przyciąga do paśników tych, których dręczy głód, a którzy nijak nie są zdolni przyczynić się do powiększania tego dobrostanu.

Oligarchia – przewagi strukturalne

Oligarcha to osoba/instytucja/firma dysponująca przewagą strukturalną i lewarem na pozostałych uczestników poliarchii. Dysponuje wyjątkowym dobrem, zazwyczaj wynikającym z geografii (kopalnia, port, cieśnina wodna lub lądowa) lub (bardzo rzadko) organizacyjnym zdolnym wytworzyć trudny do substytuowania produkt (skoncentrowali tam tyle sigm z branży, że nie bardzo jest kim analizować zagadnienie). Oligarchą może być władca geograficzny kontrolujący wymienione obszary (czyli lokalny “chodzący po ludzie” włączający się aportem w wyżej uorganizowaną strukturę), kontrolujący trakt/handel morski na jakimś akwenie (kupiec – stowarzyszenie kupców, gildia, Hansa), organizator aparatu przemocy (dowódca wojskowy, hetman) a nawet aparatu biurokratycznego (Talleyrand) czy systemu handlu (sieci handlowej – nie żeby zaraz niemieckiej czy portugalskiej, dystrybucyjnej, logistycznej – nie żeby zaraz Frasyniuk), a nawet powszechnego kreowania nastrojów (nie żeby zaraz Polsat, TVN czy Facebook).
Wpływ oligarchy na rozkład akcentów w strukturze poliarchii jest taki, że oligarchowie wspólnym wysiłkiem i w celu obrony swojej pozycji oraz jej ekspansji na obszary poza władzą swojego koła (czyli bez kopania się powyżej kostek) tworzą metastabilny układ, w którym nie można ustalić realizacji formalnej i jej wykonać w rzeczywistości jakiegokolwiek przedsięwzięcia mającego na celu poszerzenie władzy całego koła pod wspólnym szyldem państwa, grupy kapitałowej czy innego politbiura. Oligarchowie dostarczają sobie wzajemnie usług, jakich nie jest w stanie natychmiast i wiarygodnie dostarczyć nikt inny, oraz są w stanie pomiędzy sobą wyegzekwować naciskami zapłatę (na przykład z “kasy państwa”) co powoduje, że nikt inny poza nimi nie oferuje dużych, masowych i reglamentowanych (siła) usług na rzecz “państwa”.
Oligarchowie zajmują się więc kreowaniem masowych nastrojów, emocji. Zajmują się utrwalaniem powszechnych memów o sile aparatu jakim dysponują, tworzą ten aparat i eksponują na ludność niekontestującą, aby w tym stanie pozostawała. Operują aparatem transakcyjnym i negocjacyjnym, a niektórzy pełnią funkcje notarialne (są świadkami umów). Dokonują odsysania nadmiaru mocy swobodnej sieciami dystrybucji, amplifikują moc swobodną uzyskiwaną z podległych im struktur spółdzielczych. Ale przede wszystkim oligarchowie starają się przekształcić strukturę o dużej liczbie oligarchów w strukturę podległą, kontrolującą zasobem kluczowym (aparatem bezpieczeństwa, kontroli siłowej) o mniejszej liczbie oligarchów (nawet uwzględniając odpadnięcie części struktury) tworząc tym samym specyficzne “chodzenie po ludzie” w rozumieniu “chodzeniu po mniejszych oligarchach” i wzbudzaniu ich (emocjonalnie – zaangażowanie ideologiczne, materialnie – udział w torcie, siłowo – na wypadek gdyby się bisurmanili) do świadczenia swoich usług ekskluzywnych na rzecz aparatu. Z tego wnioskujemy, że każdy z oligarchów po tym jest do odróżnienia od nieoligarchów, że zasila w mniejszym lub większym stopniu (lub nawet tworzy własny, wymusza jego polityczne uznanie i wdrożenie do struktur “państwa”) aparat bezpieczeństwa, kontrwywiadu (kontroli własnych struktur), siłowy, no i oczywiście musi mieć własne zasilanie.

Hetmani w Rzeczpospolitej za własne środki tworzyli aparaty wywiadowcze, kontrwywiadowcze, a spółdzielcy dostarczali im aparatu siłowego, zasilaniem były olbrzymie dochody z łupów, kontrybucji i ceł jakie nakładano w czasie operowania aparatu siłowego na danej sieci transportowej – bo transport przecież ustać nie mógł; struktura inwestycji w wojskowość na terenie i w czasie trwania wojny trzydziestoletniej była identyczna

Dlatego każdy oligarcha ma swoją bezpiekę lub (mniejszy oligarcha) udział w czyjejś – czyje stanowisko wspiera (lub kilka dla bezpieczeństwa) i ostatecznie ten, kto zarządza dominującą strukturą od kontroli, inwigilacji, tworzenia agentury i zrywania paznokci jest w stanie przejąć dominującą kontrolę w strukturze decyzyjnej na najwyższym szczeblu (czyli tam, gdzie tworzy się politykę państwa, wewnętrzną politykę, jeśli nie chodzi o wojnę – czyli politykę zewnętrzną). Te struktury nie muszą być jawne, zazwyczaj ściśle są one powiązane z aparatem wywiadowczym i kontrolnym (dysponowanie sigmami tworzącymi sieć teleinformatyczną) oraz wytwarzaniem siły (przemysł).

Warto zwrócić uwagę, że w Rzeczypospolitej hetmani byli albo z Wielkopolski, albo z Małopolski – czyli tam, gdzie były dochody z przemysłu i sama zdolność do produkcji uzbrojenia (Kraków był jednym z najistotniejszych centrów eksportu uzbrojenia, w szczególności armat), natomiast na wschodzie były królewięta o zasilaniu z prymitywnej gospodarki rolnej i ze względu na lichą koncentrację kapitału na mili kwadratowej zajmowali się głównie ciągłą rekonsolidacją i tłumieniem działań odśrodkowych na swoim obszarze

Cena unitarności

Integrowanie struktur w celu uzyskania samowładztwa (samosterowania, suwerenności) sprowadza się do pozbycia się aparatów wewnątrz struktur uważanych za obce, co oczywiście pociąga za sobą demolkę tych struktur. One niekoniecznie są potrzebne do realizowania zamierzeń integrysty, ale mogą być potrzebne do utrzymania populacji niekontestującej w łańcuchu dostaw dla majestatu. Na przykład biurwa fiskalna przysiadła sobie w takim miejscu, że nie da się jej usunąć nie budując od podstaw państwa o innej, nieskonsolidowanej centralnie (nieunitarnej) strukturze redystrybucji. Być może można wrócić do państwa o bardzo niskiej redystrybucji (marginalnej i zdecentralizowanej), ale będzie to za cenę struktury federalnej a nawet skonfederowanej. Można więc mieć bardzo mały i negocjowalny wpływ na olbrzymią strukturę formalną, albo bardzo silny wpływ na własną, zintegrowaną strukturę do chadzania po ludziach i przymuszania ich do łaskawości. Należy przypomnieć przypadek Napoleona wracającego z wyspy nieodległej (później zapewniono mu wczasy nieco dalej), który małą grupą zintegrowaną (starą gwardią) na skutek masowych reakcji emocjonalnych bez nazbyt częstego obijania gruch kijem reintegrował swoje władztwo nad Francją.

W tym samym czasie państwo kontestowane (przez Napoleona) nie przestało przecież istnieć. Struktury zostały przejęte, zmieniono jedynie łańcuch podległości korelatora elity władzy. Te struktury, które były gotowe służyć jakiemukolwiek korelatorowi byle pozostać strukturami to była ta nowoczesna biurwa, wyglądała tak: Charles-Maurice de Talleyrand

Zawsze w przypadku jakiejś ideologii o integrowaniu struktury (Wielka Polska Taka czy Siaka) pada pytanie kogo integrujemy, ile Ci ludzie mają “dywizji”, czy mają zasoby do ich utrzymania bądź kto takich zasobów dostarczy, czy dostawca zasobów nas kontestuje czy ma w nosie czyje dywizje będzie utrzymywał, oraz czy ludność z zaangażowaniem będzie do tych “dywizji” wstępować i z radością płacić daninę krwi realizując cele wyznaczone przez korelator. Może się okazać, że nie dysponujemy dość dużą mocą korelacyjną aby się dogadać (aż po Berdyczów), albo że kontestujące nasze wpływy ośrodki krystalizacji politycznej podnoszą poprzeczkę wydatku mocy na integrację do poziomu jakiego nie jesteśmy w stanie osiągnąć. To jest właśnie kłopot z kolektywnymi integrystami (sami wiecie jakimi, ale odlecieli kompletnie), że nie mając zdolności do zintegrowania zainteresowanych, potrafią im najwyżej rozpisać procedury (prawo) i wyrazić nadzieję, że się niekontestującym (czyli takim, co mają w nosie kto rządzi, bo oni i tak muszą na każdy ustrój – jaki by nie był – w pocie czoła zasuwać i niech sobie nawet będzie chiński) nagle zachce wytwarzać dla nich siłę. Kompletny dereizm, ale ludzie tak właśnie kalkulują: że ktoś za nich się podłoży w teatrze działań argumentami ostatecznymi, a oni w tym czasie będą siedzieli przy grillu popijając piwko. Niestety – jak się chce przejąć obszar kontestowany to jest taka przykra konieczność, że trzeba zamordować kontestujących, bo przecież oni mają świadomość, że jak im odetniemy wpływy nad ludnością niekontestującą to i tak zdechną z głodu, bo sami nie potrafią nic wytworzyć – bo siła nie jest w stanie zapewnić sama sobie zasilania jak ją kto siłowo kontestuje – wojny są na wyniszczenie, na wojnach się niszczy a nie buduje.
Czasem jakiejś branży, firm, sieci sprzedaży po prostu nie da się zasadnie przy istniejącym zasilaniu zintegrować. Dlatego istnieje bardzo wiele MiŚiów i nie da się tego siłami MiŚiów scalić w kombinat, ponieważ całe trójkąty struktur korelacyjnych, jakie są do tego potrzebne nie mogą być zasilone przez MiŚie, i dlatego nie mamy czeboli – żaden generał nie jest w stanie zintegrować takiej mocy na obszarze Warty, aby przy kontestowaniu jego stanowiska przez Niemcy i Rosję dokonać takiego ujednolicenia stanowiska odnośnie dystrybucji środków. A szlachta potrafiła – ale to tam każdy sam chciał, bo każdy był czego właścicielem i miał co do powiedzenia, dopiero zdezintegrowanie przemysłu Potopem sprawiło, że przy uszczupleniu ludności szlachetkowie stali się właścicielami 1/7 chłopa we wsi kolokacyjnej, ale dalej chcieli mieć co do powiedzenia, gdy głód w oczy zaglądał i trzeba było się czepić klamki jakiego magnata integrysty. Decyzyjność jest więc funkcją stanu posiadania, a nie funkcją chciejstwa i zaangażowania.

Różnica pomiędzy działaniem wojskowym a policyjnym

Jest dość prosta, działania wojskowe to nieodwracalne działania niszczące. Działania policyjne to takie, gdzie możliwa jest detencja środka (produkcji, organizacji, korelacji) do czasu uzgodnienia stanowisk i wtedy jego uwolnienia. Środek policyjny jakkolwiek może być niszczący z pozorem niecelowości (poprzez brak zdolności właściciela do panowania nad rzeczą), ale może być po prostu niszczący (i wtedy zazwyczaj zajmują się tym zieloni, choć poprzebierani w niebieskie mundury) sprowadzając się do mordowania w lochu, tortur, rozkradzenia dóbr zatrzymanego właściciela przez “nieznanych sprawców” czy wywołanie kaskady następstw formalnych braku zdolności przetrzymywanego do wykonywania swoich obowiązków formalnych lub faktycznych.

Spółdzielczość – dają abyś dał

To jest bardzo ciekawe rozwiązanie, ponieważ daje najwyższe poziomy zasilania siły, z tym że kompletnie nie da się tym kierować. Występuje ono marginalnie i tylko w bardzo wysokich stanach zasilania (przy bardzo dobrym rynku), a kieruje się zawsze w stronę zasilania jak ławica piranii. Jedną z prób kierowania taką ławicą jest propagowanie memów o występowaniu zasilania do przejęcia i liczenia na to, że ławica nie wzbudza sama siebie innymi memami. Podstawową przewagą spółdzielczości, czyli udziału równych sobie maszopów o tak nieistotnych różnicach w dysponowaniu środkiem kluczowym dla wybranej alokacji, że naliczanie kapitałowe i system rozliczeń są niecelowe, nad systemem oligarchii czy chadzania po haracze jest to, iż opiera się on na oddolnym świadczeniu pracy jako środka rozliczeniowego. To jest najistotniejsza, odróżniająca od jakiejkolwiek innej formy działalności, różnica. Choćby piractwo wymaga nakładu kapitałowego na środek produkcji (okręt, czy to na giełdzie w Londynie, czy wcześniej wyceniane w attung) i jest rachowane kapitałowo przy celowym, minimalnym, niepodzielnym udziale wskazującym zdolność środka produkcji do przenoszenia udziałowców w celu wytworzenia własną pracą zwrotu z kapitału. System spółdzielczy nie wymaga wkładu kapitałowego do “wspólnej kasy” – środki produkcji pozostają indywidualne, natomiast wszyscy spółdzielcy oceniają wszystkich spółdzielców wzajemnie i okazują swoje wyceny na niwie emocjonalnej. Dlatego w systemach kapitałowych występuje przymusowy chłód emocjonalny (środki po zawiązaniu spółki są “spólne” – są spółki bezosobowe i nikt nie ma nad nimi władzy absolutnej ani możliwości wycofania się ze spółki niezgodnie z umową, gdyż jest to materialnie niewykonalne – udział można zbyć, ale nie umorzyć) o tyle w systemach spółdzielczych każdy może zabrać grabki i pójść sobie precz. Te zasadnicze różnice kulturowe czytelnicy znają z historii, gdzie szlachtę Rzeczypospolitej dało się porównać do wczesnośredniowiecznych czy szkockich zachowań, a nijak do sobie współczesnych na zachodzie Europy. Różnice te były nawet w sposobie prowadzenia polityki.
Koncepcja spółdzielczości bazuje na naturalnym zachowaniu emocjonalnym (a nie materialnym) i opiera się obdarowaniu kogoś pracą przy użyciu środków własnych z oczekiwaniem na reakcję lustrzaną – obdarowaniem rezultatami pracy. Oznacza to, że strony muszą same, własną pracą już być na tyle zamożne, aby ryzykować utratę daru przy niewystąpieniu oczekiwanej reakcji zwrotnej. Ta reakcja jest samowzbudna, amplifikująca i jest ona podstawą funkcjonowania osiadłej klasy średniej. Rezultatem działania spółdzielczości jest wytwarzanie Wielkiego Mnóstwa dóbr podstawowych, których scalanie w ramach wyższego uorganizowania (przez osoby na tyle bystre by stworzyć, przejąć, poprowadzić organizację) może wytworzyć klasę zamożniejszą, a w pewnych warunkach oligarchię (na przykład przez ambitne zebranie poparcia spółdzielców, a następnie uzależnienie ich dobrostanu od działań konsolidującego z powodu odcięcia ich od własnego zasilania przyczynami “obiektywnymi” – tak przebiegła konsolidacja szlachty zależnej od magnatów po zniszczeniu im zasilania Potopem).
Spółdzielczość wytwarzając Wielkie Mnóstwo może być ludnością niekontestującą (protopaństwo Piastów) wspierającą władcę możliwością udziału w konsolidowaniu władzy nad kontestowanym obszarem wydobycia i produkcji (Ślężanie). Spółdzielczość może też, jak ławica piranii, dokonać konsolidacji konfederacyjnej (czyli dobrowolny udział tej części struktur spółdzielczych, które chcą brać udział – bardzo przytomne zachowanie, żadnego przymusu) i jeśli osiągnie to wysycenie poziom decyzyjny (wystarczający do podjęcia akcji stan gotowości do użycia zasobów) to potrafi taka banda ruszyć sobie na Moskwę i ją zająć (bez kłopotania się z kwestiami – co dalej, celem jest wszak rabunek) po drodze podłączając do wzbierającej fali oligarchów chcących na tej fali wznoszącej poszerzyć swoje wpływy i zasilanie (też łupy).
Spółdzielcy nie są w rzeczywistości sobie równi, często ich moc dyspozycyjna i majątek różnią się poważnymi mnożnikami, ale z powodu korzyści strukturalnej (zapotrzebowania na świadczenie pracy własnym środkiem kapitałowym) nie jest to (ten stan “równości” pomiędzy spółdzielcami) kontestowane. Taka niekontestująca struktura jest najlepszym cymesem, jaki może przytrafić się władzy, szczególnie jeśli wytwarza ona nadwyżki ludności, w szczególności ludności zaangażowanej emocjonalnie i materialnie w ekspansję “władzy” tym samym zapewniając stały dopływ zbrojnego mięsa. W przypadku struktury kontestującej jest to dla “władzy” dramat, ponieważ ta, aby się utrzymać, musi zaczerpnąć większej siły niż mają kontestujący (przelicytować), zniszczyć podstawy zasilania kontestujących (dokonać supresji), lub wybiórczo zmienić płaszczyznę konfrontacji (najczęściej w postaci represji).
Jest oczywiście pewna szalona koncepcja, że spółdzielcy mogą sprawować władzę sejmikami i tworzyć strukturę pozorującą nawet chadzanie w po ludie konstytuując sobie “króla”. Jednak struktura ta, będąc skonfederowana faktycznie, a tylko pozorująca federacyjne zachowania przez delegatów sejmików na sejm jest zdolna do wytwarzania takich pozorów tylko tak długo, jak wszyscy z jakiegoś emocjonalnego, materialnego i siłowego (poczucie zagrożenia) powodu strzelają w tym samym kierunku. Jakiekolwiek działania rozłamowe różniące interesy na jakiejkolwiek płaszczyźnie (geograficznej, ekonomicznej, ideologicznej, materialnej) doprowadzą do rozpadu struktury na niezależne o różnych celach (spółdzielcy wszak są od siebie niezależni – mogą w każdej chwili zabrać zabawki i strzelić focha). Wielu uważa ten formalny brak tyrana za anarchię, jednak jest to bazowy ustrój polityczny do wytworzenia gospodarki. A to, że nie mamy rządu planetarnego, tylko w miarę “równe” podmioty prawa międzynarodowego (przynajmniej te z argumentami ostatecznymi komplementują się taką równością) to aby nie jest anarchia?
A przecież dysponowanie własnymi środkami materialnymi jest podstawą wyrażania magnackiej emocji o tym, że nie potrzeba nam adopcji strategicznej. Gdyby się jeszcze który oligarcha z naszych magnatów na władcę nadał – o, to by pięknie było, i żeby on nie był importowany jak Saakaszwili na Ukrainę, tylko żeby on z tych spółdzielców był, prawie że z Piastów. Takie są marzenia spółdzielców, takie zawsze były nawet gdy królewiątka Wiśniowieckiego na Pszczelego Króla sobie obierali.

Czy ojciec rodu ma więcej mocy niż ród?

Po to sobie ludzie życzą słuchać korelatora, żeby im korelował ku wzrostom. Ale pozycja dominująca nie jest dominująca obiektywnie, tylko w rozrachunku do pozycji konsolidowanej przez zainteresowanego w relacji do dominującego. Zazwyczaj interesant względem osoby/instytucji dominującej spodziewa się, iż dominujący dominuje nad każdym zasobem w obszarze dominium, a to nie jest stan obiektywny. Obiektywnie nominalny przywódca rozgrywa zainteresowanych przydając im swojego poparcia w celu uzyskania efektów pozytywnych (zwrotu) i udziału w wyniku oraz we wzmocnieniu informacji o byciu “ojcem sukcesów” w strukturach zainteresowanych udziałem (lub niezdolnych do kontestowania swojej sytuacji przymusowej i subiektywnie bezalternatywnej), względnie rozgrywa ich przeciwko sobie dokonując supresji potencjalnych kontestatorów. Dlatego możliwe jest sprawowanie władzy nominalnej przy dysponowaniu materialnym udziałem mniejszościowym przy rozdrobnieniu pozostałych udziałowców. Bo przecież to nie jest tak, że bezpieka rządzi bo jest sama z siebie potężna, bo to ledwo tylu ludzi co można wszystkich zebrać na stadionie (do czegóż służą amfiteatry i lwy^^) tylko jest silna słabością innych, których osłabia. Kłopot w tym, że tak osłabiając można na samym końcu być nominalnym władcą struktury, w której nie ma już żadnej skonsolidowanej władzy i tylko niezdolność do kontestacji wewnętrznej przeradza się w potencjał do kontestacji przez inny ośrodek krystalizacji politycznej. Dlatego czasem bardzo korzystnie jest, kiedy w okresie pokoju nie ma żadnej władzy i nikt nie jest tyranem – Grecy tak robili – wspierali tym wzrost organiczny struktur spółdzielczych do następnej konfrontacji o oligarchię w konieczności wyłonienia tyrana na czas konfrontacji z innym ośrodkiem krystalizacji politycznej.

Teoria zamknięcia

Republika to pole bitwy koterii, ustanowienie królestwa, imperium to rezultat rozstrzygnięcia sporu o dominację nad siłami pozwalającymi okiełznać innych aspirujących do kontroli sił. Konsensus to tylko przygotowanie do kolejnego starcia, gdy wszystkim brakło sił do skutecznych ekspansji.

Rzeczywista władza to taka, jaka nie wymaga żadnych układów formalnych.
Prawo przeszkadza władzy w prowadzeniu państwa (abstraktu). Po to w ogóle prawo jest. W przedsiębiorstwie prawa nie ma, możesz ze swoimi maszynami zrobić co zechcesz, a pracownikom to co uważasz i najwyżej zmienią pracodawcę.

Te wskazane struktury poliarchii są sobie wzajemnie potrzebne do obsługi własnych interesów cudzymi siłami i cudzą mocą korelacyjną. Oligarchowie nie są samodzielnie zdolni do pozyskania w sposób efektywny zasobów od ludności niekontestującej (szarej strefy nie ogarną), a hreczkosieje jakkolwiek zdolni są pozyskać moc od ludu bez użycia zintegrowanych ssawek (czyli są w stanie wymieść dobro z kątów szarej strefy, a ta jest olbrzymia) to nie mają zdolności przeciwdziałania oligarchom bez innych oligarchów i nie mają zdolności do spacyfikowania szerokich mas kontestujących. Od czasu do czasu potrzeba też tyrana, nawet jeśli uśpionego. Jeśli któraś z grup się wyłączy z interesu (na przykład zauważalna ilość najdrobniejszych przedsiębiorców nie dostrzeże swojego interesu w czepianiu się magnackiej klamki) to próba kompensaty tych braków choćby chadzaniem po ludzie i ściąganiem haraczu doprowadzi do takich kosztów utrzymania aparatu substytuującego kontestującą część poliarchii, iż siły odśrodkowe zaczną spalać całą dostępną moc na zachowanie swoich pozycji i wpływów (w tym aparacie substytuującym). Jest to oczywista droga donikąd i jedynym racjonalnym wyjściem jest zredukowanie subsydiującego poliarchię obszaru niekontestującego, czyli porzucenie terytoriów. Tak zrobiły władze ZSRR cofając się znad Łaby, tak zrobiły władze Rzeczypospolitej poddając terytorium rozbiorom, tak zrobili Popielidzi porzucając wspieranie krewniaków nad Łabą.

Materialne, emocjonalne i siłowe (organizacyjne) źródła władzy bardzo trudno jest skonsolidować w jednym ręku jednym umysłem. Zazwyczaj jedne źródła dominują nad innymi, gdy jesteśmy materialnie zasobni zaczynamy realizować potrzeby emocjonalne, w tym potrzebę dominacji, tworzymy więc organizacje, które mają okazać swoją wyższość i przewagi nad innymi stającymi do konfrontacji, albo podjąć więcej materii od niekontestujących na realizację rosnącej piramidy potrzeb tych zorganizowanych. Na szczęście żyjemy w świecie rzeczywistym i sytuacja zastana jest, nie trzeba jej wymyślać i jak zawsze pozostaje rozgrywać to wszystko tak, aby chociaż móc sobie pokontestować. Choćby i werbalnie – nie zawsze wszak myszy mają takie wczasy, aby upubliczniać opinię, że mają kota w nosie. Kot na razie ma demograficzną średnią po 40 roku życia więc jest stary i leniwy to sobie można z niego kpić, ziarno zbierać i młode pokolenia mnożyć. Ale te młode pokolenia, gdy nasz wyż demograficzny już sobie grzecznie wymrze wspomagany przez następców, którym nie będzie się kalkulowało utrzymywać takiej rzeszy starców-wampirów, na których musieliby pracować stworzą, być może, strukturę demograficzną, gdzie kot po likwidacji starców nieco odmłodnieje, a nasze czasy będą wspominane jako “złotej wolności”.